- To łobuzy myszkują po sadach - skwapliwie wyjaśniła mleczarka. - W czoraj u sąsiadów otrzęśli wszystkie jabłka, złamali gruszę. Co za młodzież dziś mamy, skaranie boskie! A mój syn, złociutka, wczoraj poszedł na wojnę i nawet na pożegnanie kieliszka nie wychylił. Powiedział tylko: "Nie płacz, mamo, do zobaczenia!" i poszedł sobie, podśpiewując, mój serdeczny... Wieczorem popłakałam sobie do woli, a w nocy obudziłam się i słyszę, że ktoś łazi po podwórku. No, myślę, koniec ze mną! Teraz jestem sama jak palec, nikt mnie nie obroni! Dużo to mnie, starej, potrzeba? Cegłą po głowie - i gotów! Ale Bóg miłosierny. Połazili, połazili i poszli sobie. Nawet nic nie ukradli.
Następnego dnia, kiedy Olga odpoczywała na werandzie, przez furtkę do ogrodu wszedł jakiś oficer.
Szedł pewnym i zdecydowanym krokiem, jak gdyby bywał tu już nieraz. Zdziwiona Olga podniosła się z krzesła.
Przed nią w mundurze porucznika wojsk pancernych stał Georgij.
Ale było już za późno. Ciężkie koło zaskrzypiało, zadrgały przewody. "Trzy - stop, trzy - stop, przerwa!" I pod dachami szop, w kurnikach i składzikach zadzwoniły dzwonki sygnałowe, grzechotki, butelki i blaszanki. Tłum nie tłum, ale co najmniej pięćdziesięciu chłopaków zbiegło się na znajomy sygnał. - Olu! - Żenia wybiegła na werandę. My też pójdziemy go odprowadzić! Wyjrzyj przez okno. Zobacz, ile nas jest.
Arkady Gajdar
TIMUR i jego drużyna
Przełożyła Danuta Wawiłow
Ilustrował Zbigniew Łoskot
1982 Młodzieżowa Agencja Wydawnicza
Tytuł oryginału rosyjskiego "Timur i jego komanda" I.W. "Nasza K sięgarnia", 1981
@Copyright for the Polish edition by I. W. Nasza Księgarnia, Warszawa 1950
Tekst i ilustracje wg wydania XVII I.W. Nasza Księgarnia, 1981
ISBN 83-203-1868-8
Dowódcy dywizji pancernej, pułkownika Aleksandrowa, już od trzech miesięcy nie było w domu. Prawdopodobnie przebywał na froncie.
W połowie lata przysłał telegram, w którym zaproponował swoim córkom, Oldze i Żeni, aby resztę wakacji spędziły pod Moskwą, na letnisku.
Zsunąwszy na tył głowy kolorową chusteczkę, wsparta na kiju od szczotki i naburmuszona, Żenia stała przed Olgą, która mówiła:
- Pojadę odwieźć rzeczy, a ty tymczasem posprzątaj mieszkanie. Nie rób głupich min, jak do ciebie mówię, dobrze? Potem zamkniesz drzwi na klucz i odniesiesz książki do biblioteki. I żebyś nie latała po kominkach, tylko poszła od razu na dworzec. Aha, z dworca wyślesz do taty ten telegram. A potem wsiądź w pociąg i przyjedź na letnisko... Eugenio, będziesz mnie słuchać czy nie? Jestem twoją siostrą!
- Ja też jestem twoją siostrą!
- Ale ja jestem starsza... a zresztą, tak postanowił tata.
Kiedy na podwórku rozległ się warkot odjeżdżającego samochodu, Żenia westchnęła i rozejrzała się dookoła. W mieszkaniu panował nieprawdopodobny rozgardiasz. Dziewczynka podeszła do zakurzonego lustra, w którym odbijał się wiszący na ścianie portret ojca.
No, dobrze! Olga jest starsza i trzeba jej słuchać.
Ale za to ona, Żenia jest podobna do ojca! Ma taki sam nos, jak tata, takie same usta i brwi i taki sam charakter!
Żenia mocniej przewiązała włosy chusteczką, dla wygody zrzuciła sandałki, wzięła do ręki ścierkę. Potem ściągnęła ze stołu serwetkę, postawiła wiadro pod odkręcony kran i schwyciwszy szczotkę, zabrała się do zamiatania.
Po chwili wesoło buzował płomień prymusa.
Podłoga zalana była wodą. w cynkowej miednicy syczała i pryskała mydlana piana, a zdziwieni przechodnie spoglądali na bosą dziewczynkę w czerwonej sukience, która niebezpiecznie wychylona z okna drugiego piętra, wesoło tarła ścierką mokre szyby.
Ciężarówka mknęła po szerokiej, zalanej słońńcem szosie. Olga usadowiła się na wiklinowym fotelu, podłożyła pod plecy tobół z rzeczami, a pod nogi - walizkę. Na jej kolanach leżał rudy kociak i bawił się bukietem chabrów.
Po pewnym czasie wyminęła ich kolumna samochodów wojskowych. Czerwonoarmiści, siedząc na ustawionych rzędami drewnianych ławkach, trzymali karabiny lufami w górę i śpiewali.
Na głos tej pieśni otwierały się okna i drzwi w domach. Zza płotów i furtek wybiegała rozradowana dzieciarnia. Dzieciaki wymachiwały rękami, krzyczały "hurra", rzucały żołnierzom zielone jeszcze jabłka i niezwłocznie rozpoczynały zacięte bitwy i potyczki, dokonując bohaterskich ataków na gąszcze pokrzyw i łopianu.
Ciężarówka skręciła na wąską uliczkę i zatrzymała się przed niewielkim, porośniętym dzikim winem, domkiem. Kierowca wraz z pomocnikiem zabrali się do wyładowywania rzeczy, podczas gdy Olga otworzyła kluczem werandę. Z werandy widać było duży, zapuszczony ogród. W głębi tkwiła niezgrabna, piętrowa szopa, a nad jej dachem powiewała czerwona chorągiewka.
Olga wróciła do ciężarówki. Czekała już tam na nią sąsiadka - ruchliwa i przedsiębiorcza staruszka, zajmująca się sprzedażą mleka. Od razu zaproponowała Oldze, że doprowadzi domek do porządku, umyje okna podłogi.
Kiedy sąsiadka pobiegła do domu po szmaty i wiadro, Olga wzięła kociaka i poszła do ogrodu.
Wśród liści wisiały podziobane przez ptaki wiśnie, na pniach lśniły ciepłe strużki żywicy. Odurzająco pachniały czarne porzeczki, rumianek i piołun. Omszały dach szopy był cały w dziurach, a z tych dziur ciągnęły się ku górze i niknęły w listowiu jakieś dziwne liny i przewody.
Olga z trudem przedostała się przez zarośla leszczyny i strząsnęła z twarzy pajęczynę.
Cóż to? Po czerwonej chorągiewce nad szopą nie było śladu, zamiast niej sterczał nagi kij.
Nagle w po bliżu rozległy się przyspieszone, trwożne szepty. Ciężka drabina, która dotąd stała spokojnie, oparta o okienko na strychu szopy, runęła w dół wśród trzasku łamanych gałązek i grzmotnęła o ziemię.
Sieć przewodów nad dachem zadrgała. Kociak, przestraszony, zadrapał dłoń Olgi i fiknął koziołka w pokrzywy.
Olga zamarła w bezruchu, nic nie rozumiejąc. Ale ani wśród liści, ani za płotem, ani w czarnym kwadracie okna na strychu nic się nie poruszyło. Panowała cisza.
Olga wróciła na ganek.
Tylko beczka tam stała dębowa - we dwóch jej z miejsca nie ruszysz - to do samej furtki ją przesunęli! Co to byli za jedni i czego chcieli - sam diabeł się nie rozezna!
Wieczorem, kiedy sprzątanie było skończone, Olga wyszła na ganek. Ze skórzanego futerału wyjęła ostrożnie biały, lśniący masą perłową akordeon - podarunek urodzinowy od ojca. Położyła akordeon na kolanach, przerzuciła pasek przez ramię i zaczęła dobierać akompaniament do niedawno słyszanej piosenki:
Ach, gdyby jeszcze raz zobaczyć twoje oczy,
ach, gdyby jeszcze raz i dwa, i trzy...
Mój miły, nawet nie wiesz,
szybując w groźnym niebie,
jak czekam tu na ciebie
i śmieję się przez łzy.
Pilocie, ach, pilocie,
w swym szybkim samolocie
pomknąłeś hen, daleko, w bój.
Czy przyjdzie dzień wspaniały,
gdy wrócisz zdrów i cały,
gdy wrócisz do mnie, miły mój.
śpiewając, Olga kilkakrotnie obejrzała się niespokojnie na ciemny krzak, rosnący tuż przy samym płocie.
Potem podniosła się szybko i odwróciwszy głowę w tam tym kierunku, powiedziała :
- Może będzie pan tak uprzejmy i wyjaśni mi, po co pan tu wszedł? I dlaczego się pan chowa?
Zza krzaka wynurzył się młody mężczyzna w białym letnim ubraniu. Lekko speszony, pochylił głowę i powiedział uprzejmie.
- W cale się nie chowam. Po prostu nie chciałem pani przeszkadzać. Słuchałem tylko, jak pani śpiewa.
Sam też jestem trochę artystą...
- I w tym właśnie celu musiał pan przełazić przez płot?
- Przez płot? - obruszył się młody człowiek. Przepraszam, ale nie jestem kotem! W płocie brakuje kilku desek, więc pozwoliłem sobie...
- Rozumiem! - pokiwała głową Olga. - Na lewo od pana jest furtka. Będzie pan łaskaw wyjść przez nią na ulicę.
Nieznajomy usłuchał bez słowa i zamknął za sobą furtkę na zasuwkę. Oldze zrobiło się go żal.
- Proszę zaczekać! - powiedziała. - Czy pan naprawdę jest artystą?
- Nie całkiem - odparł mężczyzna. - Jestem inżynierem mechanikiem, ale w wolnym czasie śpiewam i gram w naszym zespole amatorskim.
- Wie pan co? - poprosiła nagle Olga. - Proszę mnie odprowadzić na dworzec! Miała dziś przyjechać moja młodsza siostra, ale już późno, ciemno się zrobiło, a jej jeszcze nie ma. Nie boję się iść sama, ale nie znam dobrze drogi. Nie, proszę nie otwierać furtki, zaraz sama wyjdę.
Olga odniosła do domu akordeon, narzuciła na ramiona wełnianą chustkę i wyszła na ciemną, pachnącą rosą i kwiatami uliczkę.
Po drodze prawie nie odzywała się do swego towarzysza. Myślała o Żeni i była zła i niespokojna. Młody człowiek za to powiedział, że na imię ma Georgij, na nazwisko Garajew, pracuje zaś w fabryce samochodów.
Przyszedł jeden pociąg, potem drugi, wreszcie trzeci i ostatni, ale Żeni nie było.
- Wstrętne dziewczynisko! - wybuchnęła Olga prawie ze łzami. - Szkoda, ze nie mam czterdziestu albo przynajmniej trzydziestu lat! Może wtedy by mnie słuchała! Ale teraz, kiedy mam osiemnaście, a ona trzynaście...
- Nie, nie! - żywo zaprotestował Georgij. - Po co pani czterdzieści lat? Lepiej mieć osiemnaście, słowo daję! Ale proszę się nie martwić, siostra na pewno przyjedzie jutro rano.
Peron opustoszał.
Georgij wydobył z kieszeni papierośnicę. W tej samej chwili przystąpiło do niego dwóch wyrostków i nonszalanckim gestem wyciągnęło papierosy, czekając na ogień.
- Młody człowieku! - powiedział spokojnie Georgij, zapalając zapałkę i oświetlając nią twarz starszego z chłopców. - Zanim zaczniecie pchać mi pod nos swoje papierosy, wypadałoby się przywitać. Zwłaszcza że mieliśmy już przyjemność się poznać, prawda? W parku, kiedy pracowicie wyłamywałeś deskę z nowego ogrodzenia. O ile mnie pamięć nie myli, nazywsz się Michał Kwakin?
Chłopak odchrząknął i cofnął się, Georgij zdmuchnął zapałkę i nie patrząc więcej w jego stronę, poprowadził Olgę w kierunku domu.
Kiedy się oddalili, drugi wyrostek wsadził wymiętoszony papieros za ucho i spytał niedbale:
- A to co znowu za apostoł? Tutejszy?
- Tutejszy - odparł niechętnie Kwakin. - Wujek Timki Garajewa. Temu Timce to należy się porządny wycisk. Skombinował sobie paczkę i coś za bardzo szura..
Kwakin urwał nagle, dostrzegłszy na końcu peronu dostojnie wyglądającego siwego pana, który wsparty na lasce, schodził po schodach.
Był to, również tutejszy, doktor Kołokolczykow.
Chłopcy rzucili się za nim, głośno wołając o zapałki.
Ale ich maniery i wygląd nie wywarły widać na siwym dżentelmenie korzystnego wrażenia, gdyż pogroził im z daleka sękatą laską i ruszył swoją drogą.
Żenia nie zdążyła wysłać do ojca telegramu z dworca w Moskwie, toteż wysiadłszy z pociągu podmiejskiego, ruszyła najpierw na poszukiwanie poczty. Idąc na przełaj przez stary park i zbierając polne dzwoneczki, znalazła się jednak zupełnie nieoczekiwanie na przecięciu dwóch uliczek, bezludnych i zapuszczonych. Wszystko wskazywało na to, że zgubiła drogę.
Na końcu ulicy mała, ale energiczna dziewuszka z krzykiem i wymysłami ciągnęła za rogi opierającą się kozę. - Dziewczynko! - zawołała Żenia. - Nie wiesz, jak tu się idzie na pocztę?
Ale w tej samej chwili koza szarpnęła, opuściła rogi i ruszyła galopem przez park, a dziewczynka z wrzaskiem pobiegła za nią. Żenia rozejrzała się - zapadał zmierzch, a ulica w dalszym ciągu świeciła pustkami.
Po chwili zastanowienia otworzyła pierwszą napotkaną furtkę do ogrodu i zbliżyła się do szarego, piętrowego domu.
- Przepraszam! - zawołała, starając się jednak, aby jej głos brzmiał jak najuprzejmiej. - Jak tu się idzie na pocztę?
Nikt nie odpowiedział. Żenia przez chwilę stała na ganku, potem otworzyła drzwi i weszła do pokoju. Był pusty. Kiedy skonsternowana, postanowiła zawrócić i wyjść do ogrodu, spod stołu wynurzył się nagle duży, jasnorudy pies. Przyjrzał się jej uważnie, po czym z groźnym warknięciem ułożył się pod drzwiami.
- Zwariowałeś? - przestraszyła się Zenia. - Nie jestem złodziejką! Nic wam nie wzięłam! Patrz, to klucz od mojego mieszkania! A to telegram do taty. -Mój tata jest dowódcą, rozumiesz?
Pies milczał i nie ruszał się z miejsca. Żenia, posuwając się ukradkiem w stronę otwartego okna, ciągnęła:
- No widzisz! Leż sobie grzecznie, leż! Dobry piesek, mądry piesek, kochany...
Ale zaledwie dotknęła parapetu, mądry piesek warcząc zerwał się z miejsca i dziewczynka skoczyła na kanapę, ze strachu podkulając nogi.
- Głupi! - powiedziała prawie płacząc. - Łap sobie złodziei i różnych tam szpiegów,
a mnie zostaw w spokoju! Co ci zrobiłam! Idiota! - i w bezsilnej złości pokazała psu język.
Nie było rady. Położywszy klucz i telegram na brzegu stołu, Żenia czekała cierpliwie na przyjście gospodarzy. Ale minęła godzina, potem dwie... Zrobiło się ciemno.
Przez otwarte okno dobiegały dalekie gwizdy pociągów, szczekanie psów. Jacyś ludzie grali w siatkówkę, ktoś brzdąkał na gitarze. Tylko tutaj, w tym dziwnym domku, było cicho i pusto.
Żenia opuściła głowę na twardy wałek kanapy i rozpłakała się cicho. Potem, sama nie wiedząc kiedy, zapadła w głęboki sen.
Zbudziła się dopiero nad ranem.
Za oknem szeleściły gęste, lśniące po niedawnym deszczu liście. W pobliżu skrzypiało koło u studni, ktoś piłował drzewo, ale w domku w dalszym ciągu panowała cisza.
Żenia stwierdziła ze zdumieniem, że pod głową ma skórzaną poduszkę, a nogi przykryte kocem. Psa w pokoju nie było.
Dziewczynka zerwała się z kanapy, poprawiła zmiętą sukienkę, schwyciła ze stołu klucz i telegram i chciała jak najprędzej uciekać, gdy wzrok jej padł na leżący na stole skrawek papieru. Na kartce dużymi, niebieskimi literami było napisane:
DZIEWCZYNKO, KIEDY BĘDZIESZ WYCHODZIĆ, ZATRZAŚNIJ MOCNO DRZWI.
A pod tym podpis: TIMUR.
Timur. Kto to jest Timur? Trzeba by go odszukać i podziękować za wszystko. - pomyślała Żenia.
Drzwi do sąsiedmego pokoju były uchylone. Dziewczynka zobaczyła biurko, na nim przybory do pisania, popielniczkę, nieduże lustro. Z prawej strony, obok skórzanych rękawic samochodowych, leżał stary rewolwer. Obok, wsparta o biurko, stała krzywa turecka szabla w wytartej pochwie. Żenia odłozyła klucz i telegram, dotknęła szabli, potem wyjęła ją z pochwy, uniosła nad głowę i spojrzała w lustro.
Wyglądała klasa, szkoda gadać. Gdyby się tak sfotografować i zanieść zdjęcie do szkoły. Mogłaby powiedzieć wszystkim, że była z ojcem na froncie. Do lewej ręki rewolwer... o tak! Tak będzie jeszcze lepiej. Żenia przybrała marsową minę, wycelowała do swego odbicia w lustrze i nacisnęla spust.
Rozległ się głośny huk. Pokój napełnił się dymem.
Lustro upadło na popielniczkę. Zapomniawszy o kluczu i telegramie, Żenia wybiegła z pokoju i rzuciła się pędem ku furtce, jak najdalej od tego strasznego i niebezpiecznego domu.
Nie wiadomo kiedy dziewczynka znalazła się na brzegu rzeki. Jej sprawy przedstawiały się fatalnie.
Nie miała klucza od moskiewskiego mieszkania, nie miała telegramu ani dowodu jego nadania. Teraz trzeba było powiedzieć Oldze o wszystkim - o psie, o nocy spędzonej w obcym domku letniskowym, o tureckiej szabli i co najgorsze - o wystrzale! To dopiero pech! Tata na pewno wszystko by zrozumiał, ale Olga!
Rozgniewa się od razu albo, co gorsza, zacznie płakać.
Płakać Żenia sama umiała, ale na widok łez Olgi ogarniało ją zawsze nieprzeparte pragnienie wdrapania się na najwyższe drzewo, na słup telegraficzny albo na komin.
Wykąpała się więc dla dodania sobie otuchy i powlokła się na poszukiwanie siostry.
Kiedy wchodziła na ganek, Olga stała w kuchni i rozpalała prymus. Słysząc kroki Żeni, odwróciła się i spojrzała na nią w milczeniu, z wrogim i zaciętym wyrazem twarzy.
- Dzień dobry, Olu! - powiedziała żenia, zatrzymując się na przedostatnim stopniu i z trudem zdobywając się na uśmiech. - Olu, a nie będziesz się gniewać?
- Będę - nie spuszczając z niej oczu, odparła Olga.
- No, dobrze - zgodziła się pokornie Żenia. Wiesz, miałam okropnie dziwną przygodę. Po prostu nieprawdopodobną.! Olu, bardzo cię proszę, nie rób takich oczu, nie stało się nic strasznego! Po prostu zgubiłam klucz do moskiewskiego mieszkania i nie wysłałam do taty telegramu...
Żenia zmrużyła oczy i nabrała powietrza w płuca, aby wypalić jednym tchem całą straszną prawdę. Ale w tej chwili furtka otworzyła się z łomotem. Na podwórko wpadła kudłata koza, cała oblepiona kulkami rzepu i, nisko opuściwszy rogi, pomknęła w głąb ogrodu. Za kozą biegła z krzykiem, znana już Żeni, bosonoga dziewuszka.
Korzystając z okazji. Żenia przerwała niebezpieczną rozmowę i rzuciła się za kozą do ogrodu. Dogoniła dziewczynkę w tej samej chwili, gdy ta zadyszana, chwyciła kozę za rogi.
- Ej, ty, nie zgubiłaś czegoś? - cicho, przez zęby spytała Żenię dziewuszka, nie przestając okładać kozy.
- Ja? - nie zrozumiała Żenia.
- A to nie twoje? - spytała dziewuszka, pokazując jej klucz od mieszkania.
- Moje! - odparła szeptem Żenia, oglądając się na werandę.
- Tu jest klucz, list i kwit z poczty, a telegram już wysłany - wciąż tak samo szybko i przez zęby powiedziała dziewczynka.
Potem, wsunąwszy Żeni do ręki zwitek papieru, rąbnęła kozę pięścią. Koza skoczyła ku furtce, a dziewczynka pobiegła za nią, nie wybierając drogi, przez ciernie i pokrzywy. Wkrótce obie znikły za krzakami.
Żenia skuliła się, jakby to ona, nie koza, dostała po karku, i powoli rozwinęła papier.
Klucz. I kwit za telegram. To znaczy, że ktoś go już nadał. Tylko kto? Aha, jest list. Ojej, co to ma znaczyć? Na kartce dużymi niebieskimi literami było napisane:
DZIEWCZYNKO, NIC SIĘ NIE BOJ. WSZYSTKO JEST W PORZĄDKU, NIKT SIĘ NICZEGO NIE DOWIE.
I podpis: TIMUR.
Żenia, jak zaczarowana, włożyła list do kieszeni. Potem odetchnęła głęboko i już spokojnym krokiem ruszyła ku Oldze.
Olga stała przy nie zapalonym prymusie i oczy jej wzbierały łzami.
- Olu! - zawołała Żenia z rozpaczą. - Ja żartowałam! Nie gniewaj Się, bardzo cię proszę! Posprzątałam całe mieszkanie, wymyłam okna, podłogi, wyprałam wszystkie szmaty, starałam się, jak mogłam. Masz tu klucz i dowód nadania telegramu. Daj, to cię pocałuję. Nie masz pojęcia, jak cię kocham! Chcesz, to skoczę dla ciebie z dachu w pokrzywy? No, powiedz, chcesz?
I nie czekając odpowiedzi, rzuciła się Oldze na szyję.
- Ale ja się tak niepokoiłam... - powiedziała Olga prawie z płaczem. - I te twoje głupie żarty. A tata mi kazał... Żeniu, zostaw mnie! Żeńka, mam całe ręce w nafcie! Już lepiej zagotuj mleka!
- Kiedy ja nie umiem bez żartów... - mamrotała Żenia, podczas gdy Olga myła ręce.
Dziewczynka z impetem nalała mleka do garnka, postawiła go na kuchence i dotknąwszy leżącego w kieszeni listu, spytała:
- Olu, czy jest Bóg?
- Nie ma - odparła Olga i pochyliła się nad miednicą.
- A kto jest?
- Nikogo nie ma! - zirytowała się Olga. - Daj mi spokój!
Żenia zamilkła na chwilę, potem spytała znowu:
- Olu, a kto to jest Timur?
- To nie Bóg, tylko taki król - odparła niechętnie Olga, mydląc sobie twarz i ręce. - Zły, kulawy, z historii starożytnej.
- A jeśli nie król, nie kulawy i nie z historii, to kto?
- To nie wiem. Odczep się ode mnie. Po co ci ten Timur?
- A po to, że ja go chyba okropnie lubię...
- Kogo? - Olga uniosła ku niej w zdziwieniu twarz z resztkami piany mydlanej. - Co ty znowu pleciesz?
Wymyślasz sobie różne bzdury, nawet umyć mi się nie dajesz spokojnie. Czekaj, przyjedzie tata, to Ci pokaże!
- Tata jeśli nawet przyjedzie, to i tak na krótko! - z goryczą zauważyła Żenia. - A poza tym tata nie będzie krzywdził swojej samotnej i bezbronnej córki!
- To niby ty masz być ta samotna i bezbronna? roześmiała się Olga. - Oj, Żeńka, z tobą to doprawdy można dostać kręćka! w kogoś ty się wrodziła?
Żenia spuściła głowę, przyjrzała się swemu odbiciu w błyszczącej pokrywce czajnika i odparła z dumą i przekonaniem:
- W tatę! Tylko w tatę i w nikogo więcej!
Starszy pan, doktor Kołokolczykow, siedział u siebie w ogrodzie i reperował zegar ścienny.
Przed nim z ponurą miną stał jego wnuk Kola.
Zadaniem Koli było pomagać dziadkowi w pracy, ale praca polegała na tym, że już od pół godziny trzymał w ręku śrubokręt, czekając, aż dziadek będzie go potrzebował.
Ale stalowa sprężynka, którą należało umieścić na właściwym miejscu, stawiała opór, a dziadek był cierpliwy. Wyglądało na to, że oczekiwanie nie będzie miało końca. W Koli wszystko się gotowało, zwłaszcza że zza płotu już kilkakrotnie wynurzała się potargana głowa Simki Simakowa, chłopaka nader rezolutnego i doskonale o wszystkim poinformowanego. Sima Simakow językiem, głową i rękami dawał Koli znaki tak dziwne i tajemnicze, że nawet pięcioletnia siostra Koli, Tatianka, która siedząc pod lipą, w skupieniu usiłowała wepchnąć rzep do pyska leniwemu psisku, wrzasnęła nagle i szarpnęła dziadka za spodnie, a wtedy głowa Simy natychmiast skryła się za płotem.
Wreszcie sprężyna trafiła na swoje miejsce.
- Człowiek powinien pracować - ocierając spocone czoło, z naciskiem powiedział siwy dżentelmen do wnuka. - A ty masz taką minę, jakbym cię częstowal rycyną. Podaj mi śrubokręt i weź obcęgi. Praca uszlachetnia, a tobie wyraźnie brak szlachetności. Na przykład wczoraj zjadłeś cztery porcje lodów i nawet do głowy ci nie przyszło podzielić się ze swoją młodszą siostrą.
- Kłamie bezczelnie! - oburzył się Kola, rzucając na Tatiankę druzgocące spojrzenie. - Trzy razy dałem jej ugryźć po dwa kęsy. A ona poleciała na mnie z jęzorem i w dodatku po drodze gwizdnęła mamie ze stołu cztery kopiejki!
- A ty w nocy wyłaziłeś przez okno po sznurze! Nie odwracając głowy, z zimną krwią rzuciła Tatianka. - I masz pod poduszką latarkę. A do okna naszego pokoju wczoraj wieczorem rzucał kamienie jakiś łobuz. Rzuci, a potem gwizdnie, rzuci i znowu gwizdnie.
Kolę aż zamurowało od tej bezczelności. Zatrząsł się cały i zacisnął pięści. Na szczęście, dziadek, pochłonięty pracą, nie zwrócił uwagi na to podłe oszczerstwo, a może po prostu go nie dosłyszał. Poza tym do ogrodu weszła - w bardzo odpowiednim momencie - mleczarka i nalewając kubkiem mleko do bańki, poczęła się uskarżać:
- Fiodorze Grigoriewiczu, kochaniutki, dziś w nocy złodzieje o mało mi beczki dębowej nie ściągnęli z podwórka. A rano ludzie widzieli u mnie na dachu dwóch chuliganów. Siedzieli na kominie i machali nogami!
- Jak to, za pozwoleniem, na dachu? W jakim celu? - począł wypytywać zdumiony dżentelmen.
W tej chwili od strony kurnika dobiegł łoskot i brzęk.
śrubokręt w rękach starszego pana drgnął, uparta sprężyna wyskoczyła i z hałasem uderzyła o dach. Wszyscy, nawet Tatianka, nawet leniwe psisko, odwrócili się w jednej chwili, nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje. Natomiast Kola Kołokolczykow śmignął jak zając przez grządki warzywne i znikł za płotem.
Zatrzymał się dopiero przy oborze, z której tak samo jak z kurnika dochodził głośny hałas, jak gdyby ktoś walił żelaznym odważnikiem w kawałek szyny. Tu zderzył się z Simą Simakowem i zaczął go wypytywać gorączkowo:
- Słuchaj, co to ma znaczyć? Nic nie rozumiem! Czy to alarm?
- Coś ty? To chyba sygnał numer jeden, ogólny wywoławczy.
Przeskoczyli przez płot i dali nura w szczelinę między deskami parkanu, otaczającego park. Tu zderzył się z nińli krępy, barczysty Gejka. Za nim podbiegł Wasilij Ładygin, po nim jeszcze inni. Zręcznie i bezszelestnie, sobie tylko znanymi ścieżkami, pędzili wszyscy w tym samym kierunku, przerzucając się w biegu krótkimi uwagami. - Niemożliwe! Wtedy byłoby "trzy - stop trzy - stop". To jakiś bałwan kręci kołem jak popadło!
- Zaraz się zobaczy. - To lećmy! - Aha, gazu!
Tymczasem w pokoju, gdzie Żeńka spędziła noc, stał wysoki ciemnowłosy chłopiec, lat około trzynastu. Miał na sobie ciemne spodnie i granatową koszulkę bez rękawów z wyhaftowaną czerwoną gwiazdą.
Do chłopca podszedł starzec o siwych, zmierzwionych włosach. Strój jego dość niezwykły - nędzna płócienna koszula i szerokie parciane spodnie, całe w łatach. Do lewego kolana przypiętą miał drewnianą kulę. W jednej ręce ściskał stary, oblazły rewolwer, w drugiej kartkę papieru.
- "Dziewczynko, kiedy będziesz wychodzić zatrzaśnij mocno drzwi!" - odczytał z ironią starzec. Może mi jednak powiesz, kto dziś nocował na naszej kanapie?
- Jedna znajoma - odparł niechętnie chłopiec. Pies ją tu zatrzymał, kiedy mnie nie było.
- Kłamiesz, aż się kurzy. - rozgniewał się starzec. - Gdyby to była twoja znajoma, w liście nazwałbyś ją po imieniu.
- Kiedy pisałem ten list, jeszcze jej nie znałem. A teraz ją znam.
- Nie znałeś? I zostawiłeś ją rano samą w mieszkaniu? Mój kochany, masz kręćka i trzeba cię wysłać do domu wariatów. Ta bandytka rozbiła lustro, zniszczyła popielniczkę... Dobrze jeszcze, że rewolwer był nabity ślepymi nabojami! A gdyby to były prawdziwe naboje?
- Ależ, wujku, skąd mógłbyś mieć prawdziwe naboje? Przecież twoi wrogowie mają karabiny i szable z drewna!
Starzec uśmiechnął się pod wąsem. Mimo to, potrząsnąwszy zmierzwioną czupryną, powiedział surowo:
- No, no! Niech ci się nie zdaje, że jestem ślepy.
Uważaj, żebym za twoje ciemne sprawki nie odesłał cię z powrotem do matki!
Kuśtykając na drewnianej nodze, starzec ruszył po schodach na górę. Kiedy zniknął za drzwiami, chłopiec podskoczył, schwycił za przednie łapy psa, który właśnie wbiegł do pokoju, i ucałował go w pysk.
- Wpadliśmy, Rita! Ale to nic, -wujek jest dziś w dobrym humorze. Zaraz będzie śpiewał.
I rzeczywiście. Z pokoju na górze dobiegło chrząkanie, potem rulada i wreszcie niski baryton zaśpiewał:
Już trzecią nie śpię noc.
Wciąż słyszę w gęstym mroku tajemne jakieś szmery
i echo obcych kroków...
- Stój, wariatko! - zawołał Timur. - Dokąd mnie ciągniesz? Uważaj, podrzesz mi spodnie!
Ale w chwilę później z hałasem zatrzasnął drzwi prowadzące na górę do pokoju wujka i rzucił się korytarzem w ślad za psem.
W kącie werandy, tuż przy małym, własnej roboty telefonie, trząsł się, podskakiwał i uderzał o ścianę miedziany dzwonek, uwiązany na sznurze.
Chłopiec ścisnął go w ręku i nawinął sznurek na gwóźdź. Sznur nagle zwisł swobodnie, jakby został zerwany.
Nic nie rozumiejąc, rozgniewany Timur schwycił słuchawkę.
Na godzinę przed tym Olga siedziała przy stole nad otwartym podtęcznikiem fizyki.
Do pokoju weszła Żenia i sięgnęła po buteleczkę z jodyną.
- Żeniu - zapytała z niezadowoleniem Olga skąd masz tę pręgę na ramieniu?
- Znikąd - odparła beztrosko Zenia. - Szłam sobie, a na drodze stała taka jakaś ostra i kłująca rzecz...
- No i podrapałam się!
- No i podrapałam się! - przedrzeźniała ją Olga. Dlaczego na mojej drodze nigdy nie ma żadnych ostrych i kłujących rzeczy?
- A, nieprawda! Bo stoi ci na drodze egzamin z matematyki, a on jest właśnie ostry i kłujący. Uważaj, bo się zetniesz!... Wiesz co, Oleńko. Lepiej nie ucz się na inżyniera, tylko na lekarza! -- zatrajkotała Zenia, podsuwając siostrze lusterko. - Spójrz sama, jaki tam z ciebie inżynier? Inżynier powinien wvglądać
o tak... - Tu Żenia przybrała marsową minę. - A ty wyglądasz o tak... I Żenia zatrzepotała rzęsami, uniosła w górę brwi i uśmiechneła się promiennie.
- Ty głuptasie! - Olga objęła siostrę, ucałowała i leciutko odepchnęła. - Idź, nie przeszkadzaj mi. Jeśli ci się nudzi, przynieś wody ze studni!
Żenia wzięła z talerza jabłko, przespacerowała się po pokoju, potem popatrzyła w okno i rozpinając futerał od akordeonu, powiedziała:
- Olu, wiesz, dzisiaj podszedł do mnie na ulicy jakiś facet. Taki nawet przystojny i blondyn w białym ubraniu. Więc podszedł do mnie i pyta: "Dziewczynko, jak ci na imię?"' A Ja mówię: "Żenia".
- Żeniu, nie przeszkadzaj i odłóż instrument! - odparła Olga, nie podnosząc głowy znad książki.
- A twoja siostra - ciągnęła Zenia, wyjmując akordeon - na imię ma Olga, prawda?
- Żeńka, nie przeszkadzaj i odłóż instrument! powtórzyła Olga, mimo woli nastawiając ucha.
- Twoja siostra - mówi ten facet - bardzo ładnie gra. Czy nie wybiera się czasem do konserwatorium? (Żenia wyjęła akordeon i zarzuciła pasek na ramię). A ja mu na to: "Nic podobnego. Już studiuje na politechnice. Specjalność - żelazobeton" A on na to: "A-a..." (Żenia nacisnęła klawisz). A ja mu na to.
..Be-e..." (I Żenia nacisnęła drugi klawisz).
- Wstrętne dziewczynisko! w tej chwili odłóż instrument! - zawołała Olga, zrywając się z miejsca.
- Kto Ci pozwolił rozmawiać na ulicy z obcymi?
- Mogę położyć! - obraziła się Zenia.. - Ale to w nie moja wina, on zaczął pierwszy. Chciałam powiedzieć, co było dalej, ale teraz ci nie opowiem!
- Czekaj, przyjedzie tata, to ci pokaże!
- Mnie? To tobie pokaże! Przeszkadzasz mi się uczyć!
- Właśnie że tobie! - chwytając wiadro, już z ganku odkrzyknęła Żenia! - Powiem mu, że posyłasz mnie sto razy dziennie to po naftę, to po wodę, to po mydło. Nie jestem koniem pociągowym ani traktorem!
Żenia przyniosła wody i postawiła wiadro na ławce. Ponieważ jednak Olga w dalszym ciągu nie zwracała na nią uwagi pochylona nad książką, dziewczynka nadąsana wyszła do ogrodu.
Na ławce przed starą szopą wyjęła z kieszeni procę i przymrużywszy oko, wystrzeliła w powietrze małego spadochroniarza z kartonu.
Spadochroniarz wzleciał do góry nogami i przekoziołkował w powietrzu. Otworzył się nad nim błękitny bibułkowy spadochron, ale w tej chwili powiał silniejszy wiatr i porwał go. Żenia spostrzegła, jak znikał w czarnym oknie pod dachem szopy.
Awaria! Trzeba ratować tekturowego człowieczka!
Dziewczynka obeszła dookoła szopę, przez której dziurawy dach rozchodziły się we wszystkie strony jakieś druty i sznury. Podciągnęła do okna starą, przegniłą drabinę i wdrapawszy się po niej, znalazła się na strychu.
Dziwna rzecz, ale strych wcale nie sprawiał wrażenia zaniedbanego. Na ścianie wisiały zwoje sznurów, latarnia, dwie skrzyżowane chorągiewki sygnalizacyjne i plan osiedla, upstrzony niezrozumiałymi znakami.
W kącie leżało naręcze słomy, przykryte starym workiem, a obok, przewrócona do góry dnem, drewniana skrzynka. Tuż przy omszałym, dziurawym dachu znajdowało się duże koło, przypommające sterowe. Nad kołem wisiał telefon, wykonany przez jakiegoś majsterkowicza.
Żenia wyjrzała przez szparę. Przed nią, niby fale morskie, poruszały się zielone korony drzew owocowych. Po niebie szybowały gołębie. Przyszło na myśl, że gołębie to mewy, stara szopa z wszystkimi tymi linami, latarniami i chorągiewkami może być wielkim okrętem, a ona sama kapitanem.
Wrócił jej dobry humor. Pokręciła kołem sterowym. Napięte przewody zadrgały, zaśpiewały. Wiatr zaszumiał głośniej, Pędząc przed sobą zielone fale. Dziewczynce wydało się, że to jej okręt-szopa powoli i spokojnie kieruje się na pełne morze.
- Ster lewo na burtę! - głośno skomenderowała Żenia i mocniej szarpnęła ciężkim kołem. Wąskie, proste promienie słoneczne przedostały się przez szpary w dachu i padły jej na twarz i sukienkę. Ale Żeni wydało się, że to okręty nieprzyjaciela ścigają ją swymi reflektorami. Należało wydać im bitwę.
Żenia z wysiłkiem kręciła skrzypiącym kołem steroto w prawo i donośnym głosem wykrzykiwała słowa komendy.
Ale oto ostre promienie reflektorów pobladły i zgasły. To nie słońce skryło się za chmurę. To rozgromiona flota nieprzyjacielska szła na dno.
Bitwa była skończona. Żenia zakurzoną dłonią otarła czoło i w tej samej chwili na ścianie zabrzęczał telefon. Dziewczynka zdziwiła się - sądziła, że jest on tylko zabawką. Poczuła się trochę nieswojo, wzięła jednak do ręki słuchawkę. Dźwięczny chłopięcy głos zawołał:
- Hallo! Hallo! Proszę odpowiadać! Co to za osioł zrywa przewody i nadaje głupie sygnały?
- To nie osioł... - wymamrotała speszona Żenia. To ja, Żenia!
- Wariatko! - ostro i prawie ze strachem wykrzyknął głos. - Rzuć ster i uciekaj! Zaraz przybiegną chłopaki i stłuką cię na kwaśne jabłko!
Żenia rzuciła słuchawkę, ale było już za późno. W oknie ukazała się czyjaś głowa: był to Gejka, za nim Sima Simakow, Kola Kołokolczykow... Na strychwskakiwali coraz to nowi chłopcy.
- Kto wy jesteście? - odstępując od okna, spytała przestraszona Żenia. - Idźcie sobie! To nasz ogród, nikt was tu nie prosił!
Ale chłopcy, ramię przy ramieniu, zwartą ławą nacierali na nią. Zapędzona do kąta, Żenia krzyknęła.
W tej chwili w jasnym kwadracie okna śmignął jeszcze jeden cień. Wszyscy odwrócili się i rozstąpili.
Przed żenią stał wysoki ciemnowłosy chłopiec w granatowej koszulce z wyhaftowaną czerwoną gwiazdą.
- Cicho, Żeniu, - powiedział. - Nie bój się. Nikt ci nie zrobi krzywdy. My się przecież znamy. Jestem Timur.
- Ty jesteś Timur? - otwierając szeroko pełne łez oczy, wykrzyknęła Żenia. - To ty przykryłeś mnie w nocy kocem? To ty zostawiłeś mi list na stole? I wysłałeś do taty na front telegram, a mnie przysłałeś kwit i klucz? Ale dlaczego? Po co? Skąd mnie znasz?
Timur podszedł do niej, wziął ją za rękę i odparł:
- Zostań z nami, to się przekonasz. Usiądź i posłuchaj.
Chłopcy rozsiedli się na pokrytej workami słomie.
Timur położył przed sobą plan osiedla.
Przy oknie usadowił się na sznurowej drabince obserwator. Na szyi zawieszoną miał starą lornetkę teatralną.
Obok Timura siedziała Żenia, przyglądając się i przysłuchując w napięciu wszystkiemu, co działo się wokół i co przypominało naradę jakiegoś nie znanego nikomu sztabu. Timur mówił:
- Jutro o świcie, dopóki wszyscy śpią, ja i Kołokolczykow naprawimy zerwane przez nią - tu wskazał na Żenię - przewody.
- Kolka zaśpi - rzucił chmurnie wielkogłowy Gejka w marynarskiej koszulce w paski. - On się budzi tylko na śniadanie i obiad.
- Podłe oszczerstwo! - zrywając się na równe nogi, krzyknął Kola. Ze zdenerwowania zaczął się nawet jąkać: - Ja... ja... ja... wstaję zawsze z pierwszym promieniem słońca!
- Nie wiem, który promień słońca jest pierwszy, a który drugi, ale wiem na pewno, że on zaśpi - z uporem powtórzył Gejka.
Obserwator, huśtający się na sznurach, gwizdnął. Chłopcy zerwali się z miejsc.
Ulicą, w tumanach kurzu, pędził dywizjon artylerii konnej. Potężne konie, zaprzężone w skórę i żelazo, ciągnęły za sobą zielone skrzynie z amunicją i przykryte szarymi pokrowcami działa.
Ogorzali, opaleni jeźdźcy siedzieli w siodłach, jak przyrośnięci. Właśnie dziarsko skręcali za róg i baterie jedna za drugą zniknęły w zagajniku.
- Pojechali na stację, będą się ładować - z dumą wyjaśnił Kola Kołokolczykow. - Zawsze poznaję po umundurowaniu, dokąd jadą: na manewry, na paradę czy jeszcze gdzie.
- Jak wiesz, to trzymaj język za zębami - przerwał mu Gejka. - My też mamy oczy. Wiecie, chłopaki, że ten papla chce zwiać na front?
- Marny pomysł - wtrącił Timur. - Bez sensu.
- Dlaczego marny? - zaprotestował Kola, czerwieniąc się po uszy. - Dawniej też chłopcy uciekali na front!
- Dawniej to co innego! A teraz wszyscy dowódcy mają żelazny nakaz, żeby nas pędzić z frontu na łeb, na szyję.
- Jak to na łeb, na szyję? , - jeszcze bardziej poczerwieniał Kola. - Swoich?
- Ano właśnie - Timur westchnął. - Swoich! A teraz, chłopaki, do rzeczy!
Wszyscy powrócili na swoje miejsca.
- W Krzywym Zaułku, w sadzie przy domu numer trzydzieści cztery, jakieś typy otrząsły wszystkie jabłka z jabłoni - oznajmił Kola Kołokolczykow. - Złamali dwie gałęzie i podeptali klomby.
- Czyj to dom? - Timur zerknął do zeszytu w ceratowej okładce. - Czerwonoarmisty Kriukowa. Kto tu był dawniej specem od cudzych jabłek.
- Ja - rozległ się czyjś zawstydzony głos.
- Czyja to może być robota?
- Miszki Kwakina i jego pomocnika, tego, co go nazywają Figura. To jabłoń pierwsza klasa, krzyżówka miczurinowska, słodkosoczyste, oni się na tym znają.
- Znowu ten Kwakin! - Timur zamyślił się. - Gejka, rozmawiałes z nim?
- Aha.
- I co?
- Dosunąłem mu parę razy.
- A on?
- Też mi dołożył.
- Ty to zawsze na jedno kopyto. "dosunąłem", "dołożył"... A pożytek z tego żaden. No, dobra! Do Kwakina jeszcze wrócimy. Kto ma coś jeszcze?
- Pod dwudziestym piątym syna starej mleczarki wzięli na wojnę. Do kawalerii.
- Ale nowina! Już od trzech dni jest tam znak nasz na furtce. Kołokolczykow, to ty go malowałeś?
- Ja...
- To dlaczego jedno z górnych ramion gwiazdy jest krzywe jak pijawka? Jak już coś robisz, to rób po ludzku. Ludzie będą się śmiali. Co dalej?
Sima Simakow zerwał się i wypalił jednym tchem:
- Na Puszkarowej pod pięćdziesiątym czwartym zginęła koza. Idę i widzę, że na podwórku starucha leje rózgą dziewczynę. Więc wołam: "Psze pani, dzieci się nie bije, dzieci się okłamuje!" A ona mi na to: "Koza mi zginęła, niech Ją wszyscy diabli!" "Gdzie zginęła?". "Ano tam, w wąwozie, za lasem! Przegryzła sznur i tyle ją widziałam! Może ją wilki żeżarły?"
- Czekaj, kto tam mieszka?
- Czerwonoarmista Paweł Guriew. Dziewczyna to jego córka. Niurka jej na imię. Biła ją babka, nie wiem, jak się nazywa. A koza nazywa się Mańka. Szara, z czarnym grzbietem.
- Znaleźć tę kozę! - skomenderował Timur. Pójdzie czterech. Ty, ty, ty... i ty! To wszystko, chłopaki?
- Pod dwudziestym czwartym płacze dziewczynka - oznajmił niechętnie Gejka.
- Dlaczego?
- Pytałem, nie chce powiedzieć.
- Trzeba było lepiej pytać. Może ktoś ją uderzył albo jej dokuczył?
- Pytałem, nie chce powiedzieć.
- Duża ta dziewczynka?
- Ze cztery lata.
- To pech! Zeby była większa, ale cztery lata! Czekajcie, czyj to dom?
- Lejtnanta Pawłowa. Tego, co niedawno zginął na granicy.
- "Pytałem, nie chce powiedzieć!" - chmurnie powtórzył za Gejką Timur. Zasępił się i przez chwilę rozmyślał w skupieniu. - No, dobra. Sam to załatwię.
- Na horyzoncie Miszka Kwakin! - ogłosił ze swej drabinki obserwator. - Idzie po drugiej stronie ulicy.
Zapycha jabłko. Timur, wyślij grupę operacyjną, niech mu wlepią za wszystkie czasy!
- Nie trzeba! Zostańcie tutaj! Zaraz wrócę!
Timur zeskoczył z okna na drabinę i znikł w krzakach. Obserwator zameldował znowu:
- Przed furtką, w polu widzenia, jakaś dziewczyna stoi z dzbankiem i kupuje mleko. Dorosła i bardzo ładna. Chyba nowa letniczka.
- To twoja siostra? - ciągnąc Żenię za rękaw, spytał Kola. Nie otrzymawszy odpowiedzi, ostrzegł ją urażony. - Tylko nie próbuj jej wołać!
- Siedź cicho! - wyszarpując rękaw, odparła kpiąco Żenia. - Wielki mi przywódca!
- Nie zaczynaj z nią lepiej - podjudzał Kolę Gejka.- Bo jeszcze cię spierze!
- Ona? Mnie?! - oburzył się Kola. - Najwyżej paznokciami! Zobacz, jakie mam muskuły! Na rękach i na nogach!
- Ona cię spierze razem z twoimi muskułami! Chłopaki, uwaga!- Timur podchodzi do Kwakina!
Wywijając zerwaną gałązką, Timur szedł prosto na Kwakina, jakby chciał przeciąć mu droge. Widząc to, Kwakin przystanął. Jego płaska twarz nie wyrażała zdziwienia ani strachu.
- Sie masz, komisarzu! - powiedział półgłosem, pochylając głowę. - Dokąd się tak spieszysz?
- Cześć, atamanie. - odparł tym samym tonem Timur. - Do ciebie.
- Bardzo mi miło. Poczęstowałbym cię, ale nie mam czym. Chyba że... - sięgnął ręką za pazuchę i podał Timurowi jabłko.
- Kradzione? - spytał Timur, próbując.
- Mhm - potwierdził Kwakin. - Gatunek "słodkosoczyste". Szkoda, że jeszcze niedojrzałe.
- Kwaśne! - rzucając jabłko, odparł Timur. - Słuchaj no, czy widziałeś na płocie pod trzydziestym czwartym taki znak? - i pokazał wyhaftowaną na swojej koszulce gwiazdę.
- Może i widziałem, bo co? - wycedził Kwakin. Ja wszystko widzę. We dnie i w nocy.
- W porządku. Więc jeśli we dnie czy w nocy zobaczysz gdzieś taki znak, to pryskaj stamtąd, gdzie pieprz rośnie.
- Strasznie jesteś nerwowy, komisarzu! - leniwie cedząc słowa, powiedział Kwakin. - No, pogadaliśmy i wystarczy.
- Strasznie jesteś uparty, atamanie! - nie podnosząc głosu, odparł Timur. - A teraz zapamiętaj sobie i przekaż swoim kumplom, że to nasza ostatnia rozmowa.
Patrząc z boku, nikt nie domyśliłby się, iż jest to rozmowa dwóch zaciekłych wrogów, a nie przyjacielska pogawędka. Toteż Olga, trzymając w ręku dzbanek, spytała mleczarkę, kim jest ten chłopak, który naradza się z chuliganem Kwakinem.
- Bo ja wiem! - odparła z irytacją mleczarka. Pewnikiem taki sam łobuz i nicpoń. Ciągle się kręci koło waszego domu. Patrz złociutka, żeby ci siostrzyczki nie skrzywdzili!
Olgę ogarnął niepokój. Spojrzała z nienawiścią na obu chłopców, weszła na werandę, odstawiIa dzbanek z mlekiem, zamknęła drzwi na klucz i wyszła na ulicę szukać Żeni, która od dwu godzin nie pokazywała się w domu.
Wróciwszy na strych, Timur opowiedział chłopcom o swojej rozmowie z Kwakinem. Postanowiono, że jutro bandzie Kwakina zostanie przekazane pisemne ultimatum.
Chłopcy bezszelestnie zeskakiwali ze strychu i przez dziury w płocie, a niekiedy wręcz przesadzając płot, rozbiegali się w różne strony do domów. Timur podszedł do Żeni.
- I co? - spytał. - Teraz rozumiesz?
- Aha - odparła Żenia. - Ale nie wszystko. Wytłumacz mi.
- W takim razie chodź ze mną. Coś ci pokażę. Twojej siostry i tak jeszcze nie ma w domu.
Kiedy oboje byli już na ziemi, Timur przewrócił drabinę.
Było już ciemno, ale Żenia bez wahania ruszyła za nim.
Zatrzymali się przed domem starej mleczarki. Timur rozejrzał się. Wokół było pusto. Wyjął więc z kieszeni tubkę z farbą i podszedł do furtki, na której widniała namalowana czerwona gwiazda. Jedno z jej górnych ramion rzeczywiście skręcało się jak pijawka.
Timur pewną ręką wyrównał ramiona gwiazdy.
- Po co to wszystko? -- spytała Żenia. - Wytłumacz mi, co to ma znaczyć.
Timur schował tubkę do kieszeni. Potem zerwał liść łopianu, otarł pobrudzony palec i patrząc Żeni w oczy, powiedział:
- To znaczy, że z tego domu ktoś odszedł na front, do Armii Czerwonej. I że od tej chwili ten dom i jego mieszkańcy znajdują się pod naszą opieką i ochroną. Twój ojciec jest na froncie?
- Tak! - odparła Żenia z dumą i wzruszeniem. Jest dowódcą.
- Więc i ty jesteś pod naszą ochroną i opieką.
Przystanęli przed furtką następnego domku. Tu także na płocie namalowana była gwiazda. Ale wokół jej
ramion widniała szeroka czarna obwódka.
- Widzisz? - spytał Timur. - Z tego domu też ktoś poszedł na front, ale już nie wróci. To dom lejtnanta Pawłowa, którego niedawno zabito na granicy.
Tu mieszka jego żona i ta mała dziewczynka, która nie chciała powiedzieć dobremu Gejce, czemu tak często płacze. Jeśli ją kiedyś spotkasz, Żeniu, postaraj się zrobić dla niej coś miłego.
Powiedział to po prostu i zwyczajnie, ale Żenia poczuła, jak po plecach przebiegł jej dreszcz, mimo że wieczór był ciepły i parny. Dziewczynka przez chwilę milczała, nie podnosząc głowy. Potem spytała, aby coś powiedzieć:
- Więc Gejka jest dobry?
- Tak - odparł Timur. - Jest synem marynarza.
Często dokucza temu śmiesznemu chwalipięcie Koli, ale zawsze i wszędzie bierze go w obronę.
Ostry i gniewny okrzyk rozległ się za ich plecami.
Żenia i Timur odwrócili się i ujrzeli Olgę.
Żenia dotknęła dłoni Timura, chciała podprowadzić go do siostry i zapoznać z nią.
Ale nowy okrzyk, zimny i kategoryczny, kazał jej zrezygnować z tego zamiaru.
Z żalem pożegnawszy Timura, Żenia wzruszyła ramionami i nic nie rozumiejąc, podeszła do Olgi.
- Eugenio! - dysząc ciężko, ze łzami w głosie, powiedziała Olga. - Zabraniam ci rozmawiać z tym chłopakiem! Zrozumiano?
- Ależ, Olu... - wymamrotała Żenia. - Co się stało?
- Zabraniam ci podchodzić do tego chłopaka! - powtórzyła stanowczo Olga. - Masz trzynaście lat, a ja osiemnaście. Jestem twoją siostrą! Starszą siostrą! Kiedy tata wyjeżdżał, kazał mi...
- Ależ, Olu, przecież ty nic nie rozumiesz! - wykrzyknęła Żenia z rozpaczą. Drżała z przejęcia. Chciała wyjaśnić siostrze, wytłumaczyć jej, jak jest naprawdę, ale nie mogła. Nie miała prawa. Machnęła więc ręką i bez słowa poszła do swojego pokoju.
Tam od razu położyła się do łóżka, ale długo jeszcze nie mogła zasnąć. A kiedy wreszcie zasnęła, nie słyszała, jak nocą ktoś zapukał do okna i wręczył Oldze telegram od ojca.
Nadszedł świt. Zanucił swoją piosenkę róg pastuszy.
Stara mleczarka otworzyła furtkę i pognała swoją krowę do stada. Zaledwie skręciła za róg, gdy zza akacji
wybiegło pięciu chłopaków i starając się nie dzwonić pustymi wiadrami, rzuciło się do studni.
- Kręć!
- Dawaj!
- Trzymaj!
- Łap!
Oblewając wodą bose nogi, chłopcy Pędzili na podwórko, wlewali zawartość wiader do drewnianej kadzi dębowej i nie zatrzymując się, wracali znowu do studni.
Do mokrego Simy Simakowa, który niezmordowanie kręcił kołowrotkiem u studni, podbiegł Timur i zapytał:
- Nie widzieliście Kołokolczykowa? Poważnie? To znaczy, że zaspał! Szybko, spieszcie się! Babka zaraz wróci!
Przeskoczywszy przez płot do ogrodu Kołokolczykowów, Timur stanął pod drzwiami i gwizdnął. Nie doczekawszy się odpowiedzi, wdrapał się na drzewo i zajrzał do pokoju. Z drzewa widać było tylko połowę stojącego przy oknie łóżka i czyjeś, owinięte kocem, nogi.
Timur rzucił na łóżko kawałek kory i cicho zawołał:
- Kolka, wstawaj! Kolka!
śpiący nawet się nie poruszył. Wtedy Timur wydobył scyzoryk, ściął długą cienką gałązkę, zaostrzył jej koniec i przerzuciwszy kij przez parapet, zaczepił nim koc. Potem pociągnął ostrożnie.
Lekki koc zsunął się z łóżka. W pokoju rozległ się pełen zdumienia i oburzenia okrzyk. Wytrzeszczywszy zaspane oczy, z łóżka wyskoczył siwy dżentelmen w bieliźnie i starając się pochwycić uciekający koc, rzucił się do okna.
Znalazłszy się twarz w twarz z czcigodnym starcem, Timur jak gruszka pacnął z gałęzi na ziemię. Zaś siwy dżentelmen rzucił na łóżko uratowany koc, zerwał ze ściany dubeltówkę, pospiesznie włożył okulary, wystawił dubeltówkę z okna lufą do góry i z zamkniętymi oczami wystrzelił.
Przestraszony Timur zwolnił kroku dopiero przy studni. To dopiero pech!
śpiącego starszego pana wziął za Kolę, a starszy pan z kolei wziął jego za bandytę!
Timur spostrzegł, że stara mleczarka z wiadrami na koromysłach wychodzi z domu po wodę. Dał susa za akację i czekał, co będzie dalej. Wróciwszy od studni, stara uniosła wiadro, wylała jego zawartość do beczki i natychmiast odskoczyła, gdyż z przepełnionej beczki z chlupotem i bryzgami lunęła jej pod nogi woda.
Stękając i wyrzekając na moce piekielne, stara obeszła beczkę dookoła. Umoczyła dłoń w wodzie, powąchała ją. Potem pobiegła na ganek sprawdzić, czy kłódka wisi na miejscu. I wreszcie, zupełnie już skołowana, zapukała do okna sąsiadki.
Timur zaśmiał się i wyszedł ze swojej kryjówki. Czasu pozostało niewiele. Słońce wznosiło się coraz wyżej, a przewody wciąż jeszcze nie były naprawione.
Ach, ten Kołokolczykow!
Skradając się ku szopie, Timur zajrzał do otwartego okna domku.
Przy stole, obok nie zaścielonego łóżka, siedziała Żenia w koszulce i spodenkach i niecierpliwie odrzucając zwisające na twarz włosy, pisała list.
Na widok Timura nie przestraszyła się ani też nie zdziwiła. Pogroziła mu tylko palcem, aby nie zbudził Olgi, schowała nie dokończony list do szuflady i na palcach wyszła z pokoju.
Usłyszawszy od Timura o pechowych wydarzeniach dzisiejszego ranka, Żenia zaproponowała, iż pomoże mu w naprawieniu przewodów które sama przecież uszkodziła.
Kiedy praca była ukończona i Timur stał już za ogrodzeniem, Żenia powiedziała:
- Nie wiem, dlaczego tak jest, ale moja siostra strasznie cię nie lubi.
- Tak samo jak mój wujek ciebie - powiedział Timur zmartwiony.
Chciał odejść, ale Żenia zatrzymała go.
- Poczekaj, uczesz się. Jesteś dziś okropnie potargany.
Wyjęła grzebień i podała go Timurowi, ale w tej samej chwili z okna za jej plecami rozległ się pełen oburzenia krzyk Olgi:
- Żeniu!... Co ty tu robisz?
Chwilę później siostry stały naprzeciwko siebie na werandzie.
- Ja ci nie narzucam znajomych - broniła się rozpaczliwie Żenia.
- Jak to jakich? Sama dobrze wiesz! W białych ubraniach! "Ach, jak twoja siostra cudownie gra!" Cudownie! Gdyby usłyszał, jak moja siostra cudownie mi wymyśla! Czekaj, czekaj, o wszystkim powiem tacie! Właśnie do niego piszę!
- Eugenio! Ten chłopak to łobuz, a ty jesteś głupia - powoli mówiła Olga, starając się nie tracić panowania nad sobą. - Możesz sobie pisać do taty, co ci się podoba, ale jeśli jeszcze raz zobaczę cię z tym chłopakiem, natychmiast, tego samego dnia, wracamy do Moskwy! Znasz mnie i wiesz chyba, że umiem dotrzymać słowa!
- Wiem, ty okrutnico! - odparła Żenia, przełykając łzy. - Nie musisz mi tego mówić!
- A teraz weź i przeczytaj. - Olga położyła na stole telegram otrzymany nocą i wyszła. Telegram brzmiał:
WKRÓTCE PRZEJAZDEM KILKA GODZIN W MOSKWIE STOP
DZIEŃ GODZINĘ PODAM TELEGRAFICZNIE STOP TATA
Żenia otarła łzy, przycisnęła telegram do ust i wyszeptała cicho:
- Tatuśku, przyjeżdżaj szybko. Tato, twojej Żeńce jest bardzo źle!
Na podwórko domu, gdzie zginęła koza i gdzie babka zlała wczoraj Niurkę, przywieziono drzewo.
Wyrzekając na nieodpowiedzialnych woźniców, którzy zwalili drwa na kupę, jak leci, babka poczęła układać je w sągi. Była to jednak dla niej zbyt ciężka robota. Babka zakaszlała się, przysiadła na ganku, żeby odetchnąć, potem wzięła polewaczkę i poszła do ogrodu. Na podwórku pozostał tylko trzyletni brat Niurki, malec energiczny i przedsiębiorczy. Ledwie babka zniknęła za furtką, wziął do ręki kij i począł nim walić w ławkę i przewrócone do góry dnem koryto.
W ówczas Sima Simakow, który dotąd uganiał się po krzakach i wąwozach za zbiegłą kozą, szybką i nieuchwytną jak tygrys bengalski, zostawił jednego ze swoich chłopaków pod lasem, a z pozostałymi czterema wdarł się niby wicher na podwórko.
Wepchnął malcowi do ust garść poziomek, a do ręki - piękne, błyszczące pióro kawki i cała czwórka poczęła pospiesznie układać drwa w sągi.
Sima Simakow ruszył tymczasem wzdłuż płotu, aby w razie czego zatrzymać babkę w ogrodzie. Przystanął tam, gdzie nad płotem zwieszały się gałęzie wiśni i jabłoni. Zajrzał przez szparę do ogrodu.
Babka nazbierała do fartucha ogórków i już chciała wracać na podwórko.
Sima Simakow cichutko zapukał w deski ogrodzenia.
Babka nastawiła uszu. Wtedy Sima podniósł kij i począł nim grzebać w gałęziach jabłoni.
Babce wydało się, że to ostrożnie wdrapuje się na płot jakiś amator jabłek. Wysypała ogórki na ziemię, zerwała spory pęk pokrzyw i cichutko przyczaiła się u płotu. Sima Simakow raz jeszcze zajrzał przez szparę, ale babki już nie zobaczył. Zaniepokojony, podskoczył, uczepił się brzegu płotu i począł ostrożnie podciągać się ku górze.
W tej samej chwili babka z tryumfalnym wrzaskiem wyskoczyła z ukrycia i zręcznie trzepnęła Simę po rękach pokrzywą.
Wymachując poparzonymi rękami, Sima popędził ku furtce, skąd wybiegła właśnie po skończonej robocie czwórka jego przyjaciół.
Na podwórku znów pozostał tylko malec. Podniósł z ziemi drewnianą szczapę, położył na sągu, potem złożył tam jeszcze skrawek kory brzozowej.
Przy tym zajęciu zastała go babka, wracająca z ogrodu. Wytrzeszczywszy oczy, stanęła zdumiona przed ułożonym starannie w sągi drewnem i spytała:
- Kto to tak wszystko poukładał7 Malec, zbierając z ziemi kawałki kory, odparł z powagą: - Nie widzisz, babciu, że to ja?
Na podwórko weszła mleczarka i obie starowiny poczęły z zapałem roztrząsać przedziwne przypadki z wodą i drwami. Usiłowały wywiedzieć się czegoś od malca, ale z niewielkim skutkiem. Dzieciak oświadczył, że do ogrodu wbiegli jacyś ludzle, dali mu słodkich poziomek i pióro, obiecali złapać zająca z dwojgiem uszu i z czterema łapami. A potem ułożyli wszystko i uciekli.
Do ogrodu weszła Niurka.
- Niurka - spytała ją babka - nie widziałaś, kto u nas dopiero co był na podwórzu?
- Nie. Szukałam kozy - odparła ponuro Niurka. Całe rano latałam po lesie i po wąwozach.
- Ukradli! - poskarżyła się z westchnieniem babka mleczarce. - A cóż to była za koza, moja złociutka!
Gołąbek, nie koza!
- Aha, gołąbek! - mruknęła Niurka, na wszelki wypadek odsuwając się od babki. - Tylko że rogaty. Jak nastawi te swoje rogi, to nie wiadomo, dokąd uciekać!
- Cicho, Niurka, ty głąbie kapuściany! - rozkrzyczała się babka. - Prawda, że koza była z charakterem. Chciałam ją nawet sprzedać, bydlątko boże. Ale już za późno, ukradli ją, zginęła moja kozunia!
Furtka otworzyła się ze zgrzytem. Z opuszczonymi nisko rogami koza wbiegła na podwórko i ruszyła z kopyta wprost na mleczarkę. Mleczarka, schwyciwszy ciężką bańkę, z wrzaskiem skoczyła na ganek, a koza rąbnęła rogami w ścianę i zatrzymała się.
Dopiero wtedy wszyscy zauważyli przymocowany do kozich rogów kawałek tektury, na którym widniał duży napis:
JESTEM KOZA ZŁOŚNICA,
WŚCIEKŁA JAK TYGRYSICA.
KTO BIĆ NIURKĘ SPRÓBUJE,
SKÓRĘ MU WYGARBUJĘ.
A za płotem, na rogu ulicy, chłopcy skakali do góry i chwytali się za boki ze śmiechu.
Sima Simakow wbił w ziemię kij i przytupując wokół niego, zaśpiewał na całe gardło:
To nie zbóje, nie bandyci,
chociaż o nich tak myślicie.
Czy kto wierzy, czy nie wierzy,
to weseli są Pionierzy,
Hej, Ha!
I chłopcy, szybko i bezszelestnie jak stado ptaków, rozpierzchli się na wszystkie strony.
Roboty na dziś zostało jeszcze sporo, ale najważniejszą sprawą było napisanie i przekazanie Miszce Kwakinowi ultimatum.
Nikt jednak nie wiedział, jak się pisze ultimatum, toteż Timur zmuszony był zwrócić się z tą sprawą do wujka.
Wujek wyjaśnił, że każdy kraj pisze ultimatum na swój sposób, ale na końcu tradycyjnie dodaje się: "Prosimy przyjąć wyrazy najgłębszego szacunku". Następnie przez akredytowanego przedstawiciela wręcza się ultimatum rządowi nieprzyjacielskiego mocarstwa.
Lecz ani Timurowi, ani jego drużynie sposób ten nie przypadł do gustu.
Po pierwsze, ani im było w głowie świadczyć szacunek draniowi Kwakinowi, po drugie, nie mieli akredytowanego przedstawiciela w jego bandzie. Toteż po krótkiej naradzie postanowiono sporządzić ultimatum prostsze, na wzór listu, który Kozacy zaporoscy pisali do tureckiego sułtana. Każdy widział taką ilustrację ucząc się o tym, jak śmiali Kozacy walczyli z Turkami, Tatarami i Lachami.
Naprzeciwko domu, który wynajmowały Olga z Żenią, za szarą furtką, na której widniała czerwono-czarna gwiazda, na piaszczystej alejce pod drzewami, bawiła się mała jasnowłosa dziewczynka. Jej matka, młoda i ładna, lecz o twarzy smutnej i zmęczonej, siedziała w bujanym fotelu przy oknie. Obok niej stał w wazonie duży bukiet polnych kwiatów, zaś na kolanach leżał stos otwartych telegramów i listów od krewnych i przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Wszystkie listy były serdeczne i ciepłe. Były to jakby głosy z daleka, niby leśne echo, które nie prowadzi donikąd, niczego nie obiecuje, a jednak podnosi na duchu i utwierdza w przekonaniu, że ludzie są blisko, że nie jesteś sam w mrocznym lesie.
Trzymając lalkę do góry nogami, tak że jej drewniane ręce i włosy z pakuł wlokły się po piasku, jasnowłosa dziewczynka przystanęła za płotem. Z płotu zjeżdżał kolorowy tekturowy zając. Zając poruszał łapą, brzdąkał w struny namalowanej bałałajki i miał zabawny, zasmucony pyszczek.
Zachwycona tym niespodziewanym cudem, który nie miał sobie równego na świecie, dziewczynka upuściła lalkę, podeszła do płotu i zając posłusznie spadł jej prosto w ręce. Nad płotem ukazała się uśmiechnięta twarz Żeni.
Dziewczynka popatrzyła na Żenię i spytała:
- Czy ty się ze mną bawisz?.
- Z tobą. Chcesz, to do ciebie zeskoczę?
- Tu jest pokrzywa - powiedziała dziewczynka po chwili zastanowienia. - Wczoraj sparzyłam się w rękę.
- To nic - zeskakując z płotu, odparła Żenia. Wcale się nie boję. Pokaż, która cię wczoraj poparzyła?
Ta? Spójrz, wyrwałam ją, rzuciłam na ziemię, podeptałam i naplułam na nią. Chodź, pobawimy się. Trzymaj zająca, a ja wezmę lalkę.
Olga widziała z ganku, że Żenia kręci się koło cudzego płotu, ale nie chciała jej wołać. Siostrzyczka i tak dość już dzisiaj płakała. Ale kiedy Żenia wspięła się na płot i zeskoczyła do cudzego ogrodu, zaniepokojona Olga wyszła z domu, zbliżyła się do płotu i otworzvła furtkę.
Żenia z dziewczynką stały przy oknie, obok młodej kobiety która patrzyła z uśmiechem, jak w rękach jej córeczki śmieszny i smutny zając gra na bałałajce.
Z niespokojnej twarzy Żeni kobieta odgadła, że Olga jest niezadowolona.
- Proszę się nie gniewać - cicho powiedziała do Olgi. - Ona bawi się tylko z moja córeczką. Mamy wielkie zmartwienie... - Kobieta zamilkła na chwilę. Ja płaczę, a ona... - tu wskazała na swoją małą córeczkę i dodała niemal szeptem: - a ona nawet nie wie, że jej ojciec zginął niedawno na granicy.
Teraz speszyła się Olga, a Żenia posłała jej z dala spojrzenie pełne goryczy i wyrzutu.
- Jestem tutaj zupełnie sama - ciągnęła kobieta. - Moja matka mieszka w górach, w tajdze, bardzo daleko stąd. Bracia są w wojsku, więcej nikogo nie mam...
Dotknęła ramienia Żeni i wskazując na okno, spytała:
Dziewczynko, czy to ty przyniosłaś mi w nocy ten bukiet?
- Nie - pospiesznic odparła Żenia. - Nie ja. Ale to na pewno ktoś z naszych.
- Co takiego? - Olga w zdumieniu uniosła brwi.
- Nic - poprawiła się przestraszona Żenia. - To nie ja. Ja nic nie wiem. Patrzcie, ktoś idzie.
Za furtką rozległ się warkot samochodu. Dróżką ku domowi szło dwóch lotników.
- To do mnie - powiedziała kobieta. - Znów będą mnie namawiać na wyjazd do sanatorium albo do uzdrowiska.
Lotnicy podeszli i przyłożyli palce do czapek. Starszy rangą, kapitan, musiał, usłyszeć jej ostatnie słowa, gdyż powiedział :
- Tym razem ani do sanatorium, ani do uzdrowiska.
Czy nie chciałaby pani zobaczyć się z matką? Pani mama właśnie wsiada dziś do pociągu w Irkucku i wkrótce tu będzie. Przywieźliśmy ją do Irkucka specjalnym samolotem.
- Kto "my?" - zawołoła kobieta zmieszana i uradowana. - Pan?
- Nie - odparł kapitan. - Nasi wspólni przyjaciele.
Podbiegła dziewczynka, śmiało spojrzała na przybyszów - widocznie ich granatowe mundury były jej dobrze znane.
- Mamo - poprosiła. - Zrób mi huśtawkę! Będę latać w powietrzu tam i z powrotem! Daleko, daleko!
Jak tatuś. - Och, nie. - zawołała matka, chwytając córeczkę w ramiona i tuląc ją mocno do siebie. - Nie odlatuj tak daleko... jak twój tatuś!
Na ulicy Małej Owrażnej, pod starą kaplicą pokrytą osypującymi się freskami, które wybrażały groźnych, brodatych apostołów i gładko wygolone anioły, tuż pod wizerunkiem Sądnego Dnia z kotłami, smołą i wszędobylskimi diabłami, na polanie porosłej rumiankiem, chłopaki z bandy Kwakina grali w karty.
Gracze nie mieli pieniędzy, grało się więc "na prztyczki", "na kopniaki" i na "ożywienie nieboszczyka". Temu, kto przegrał, zawiązywano oczy, kazano mu się wyciągnąć na trawie i w zastępstwie świeczki wziąć do rąk spory kij, którym nieszczęśnik miał po omacku opędzać się przed serdecznymi kumplami - kumple bowiem usiłowali przywrócić go do życia, chłoszcząc z zapałem po bosych nogach pękami pokrzywy.
Zabawa była w pełnym toku, kiedy za ogrodzeniem rozległ się donośny głos trąbki.
Przed kaplicą stali obaj parlamentariusze drużyny Timura.
Trębacz Kola Kołokolczykow ściskał w dłoni miedzianą błyszczą trąbkę, zaś bosy, posępny Gejka trzymał sklejoną z papieru pakunkowego kopertę.
- A to co znowu za cyrk? - przewieszając się przez ogrodzenie, spytał pomocnik Kwakina, Figura. Miszka! - wrzasnął odwracając się. Rzuć karty! Jakaś procesja do ciebie!
- Co jest? - wspinając się na płot, zapytał Kwakin. - A, siemasz, Gejka! Po co ciągniesz ze sobą tego
picusia?
- Weź list - rzekł Gejka, podając Kwakinowi ultimatum. - Macie dwadzieścia cztery godziny na odpowiedź. Zgłosimy się po nią jutro rano o tej samej porze.
Dotknięty mianem picusia, trębacz sztabowy Kola Kołokolczykow uniósł trąbkę i nadymając policzki, z całej siły zatrąbił sygnał odwrotu. Następnie, nie odzywając się ani słowem i jakby nie dostrzegając ciekawskich spojrzeń chłopaków uczepionych płotu, parlamentariusze oddalili się z godnością.
- Co to ma być? - obracając kopertę na wszystkie strony i spoglądając na zastygłych z otwartymi ustami koleżków, powiedzlał Kwakin. - Żyliśmy sobie spokojnie, jak u Pana Boga za piecem, aż tu nagle gwałt, zamieszanie... Słowo daję, wiara, nic nie rozumiem!
Rozerwał kopertę i usadowiwszy się wygodniej na ogrodzeniu, zaczął czytać:
- Do Michała Kwakina, atamana szajki zajmującej się okradaniem cudzych sadów... To do mnie! - oznajmił głośno -Kwakin. - Z wszystkimi tytułami, jak się patrzy!... i do jego haniebnej sławy poplecznika Piotra Piatakowa, zwanego Figurą... To do ciebie! - obwieścił z satysfakcją Kwakin. - Ale mają wyrażonka! "Haniebnej sławy poplecznika!" Jak na ciebie to za elegancko, mogliby po prostu napisać "idioty"! ...oraz do wszystkich członków tej odstraszającej bandy - ultimatum. A to co znowu? - drwiąco wzruszył ramionami Kwakin. - Nie mam zielonego pojęcia... Jakieś przekleństwo czy co?
- To takie międzynarodowe słowo... Znaczy, że będą naparzać - wtrącił stojący obok Figury, ostrzyżony na zero, Aloszka.
- To trzeba było od razu tak napisać - odparł Kwakin. - Czytam dalej, Punkt pierwszy. Ponieważ napadacie nocami na sady spokojnych obywateli, nie szczędząc domów, oznaczonych naszym godłem -czerwona gwiazdą, jak również tych, na których widnieje gwiazda z czarną żałobną opaską, nakazujemy wam, nędzni tchórze... Ale umieją wymyślać, dranie! - odchrząknął i uśmiechnął się krzywo. - A co dopiero dalej! Same wykrzykniki! No, no! ... nakazujemy, aby Michał Kwakin wraz ze swym godnym pogardy poplecznikiem, Figurą, stawili się w miejscu wskazanym przez naszych posłów najpóźniej jutro rano, z pełną listą członków swojej podłej bandy... W razie odmowy pozostawiamy sobie całkowitą swobodę działania.
- Jaką swobodę? O co im chodzi? - spytał znowu Kwakin. - Przecież nie wsadziliśmy ich do ciupy?
- To też takie międzynarodowe słowo. Znaczy, że będą naparzać - znowu wyjaśnił ostrzyżony Aloszka.
- To dlaczego nie powiedzą wprost? - zirytował się Kwakin. - Szkoda, że Gejka już sobie poszedł. Coś mi stę zdaje, że dawno nie beczał!
- On nie będzie beczał - przerwał mu Aloszka. Jego brat jest marynarzem.
- No to co?
- I ojciec tak samo. Mówię ci, że on nie będzie beczał.
- A co cię to obchodzi?
- Bo mój wujek też jest marynarzem.
- Siedź lepiej cicho, ty bałwanie! Ojciec, brat, wujek... gadasz nie wiadomo co. Zapuść sobie lepiej włosy, bo chyba się przegrzałeś i na mózg ci się rzuciło! Co ty tam mamroczesz, Figura?
- Tych dwóch... no, wiecie, tych posłów... to trzeba jutro przymknąć, a Timce z jego paczką urządzić lanie, jak się patrzy... - rzucił ponuro Figura, nie mogąc zapomnieć zawartych w ultimatum zniewag pod swoim adresem.
Tak też postanowiono.
Kwakin i Figura odeszli w cień kaplicy i przystanęli przed freskiem, na którym zwinne muskularne diabły wlokły do piekła wrzeszczących i opierających się grzeszników.
Kwakin zapytał:
- Powiedz no, kradłeś jabłka w tym sadzie, gdzie mieszka ta mała... no , wiesz, co jej ojca zabili?
- Aha, bo co?
- Bo to... - mruknął ze złością Kwakin, uderzając palcem w ścianę. - Mam w nosie tego całego Timkę, nic sobie nie robię z jego nakazów i w ogóle będę go prał, ile razy go dopadnę - zawsze i wszędzie...
- No dobra - Zdziwił się Figura - ale co to ma wspólnego z tymi diabłami?
- A to - odparł Kwakin z niechętnym grymasem - że chociaż jesteś moim kumplern, Figura, to na człowieka nie wyglądasz. Raczej na takiego jak ten, plugawego czorta.
Rano mleczarka nie zastała w domu trzech swoich stałych klientów. Było już za późno, żeby iść na rynek, załadowała więc bańkę na plecy i ruszyła w obchód po domach.
Długo chodziła bez powodzenia, aż wreszcie przystanęła przed domem, w którym mieszkał Timur, i, zza płotu dobiegł ją niski przyjemny głos. Ktoś spiewał, to znaczy, że gospodarze byli w domu. Warto zaryzykować.
Mleczarka otworzyła furtkę i zawołała przeciągle:
- Mleka, mleka, komu świeżego mleka?
- Dwa litry - rozległ się w odpowiedzi dzwięczny baryton.
Mleczarka zdjęła z pleców bańkę i odwróciła się.
Z krzaków wyszedł kulawy starzec w łachmanach. Potrząsał groźnie zmierzwioną czupryną, a w ręku trzymał krzywą turecką szablę.
- Pytałam, ojczulku, czy nie trzeba ci mleka? wyjąkała przestraszona mleczarka, cofając się. - Jakiś to groźny! Szablą trawę kosisz czy jak?
- Dwa litry. Dzbanek na stole - odparł krótko starzec i z rozmachem wbił szablę w ziemię.
- Kupiłbyś sobie lepiej kosę, ojczulku - pospiesznie nalewając mleka do dzbanka i zerkając z ukosa na starca, bąkała mleczarka. - A szablę lepiej wyrzucić.
Po co po próżnicy ludzi straszyć?
- Ile płacę? - wkładając rękę do kieszeni szerokich spodni, spytał starzec.
- Zwyczajnie - odparła mleczarka. - Rubel czterdzieści litr, razem dwa osiemdziesiąt. Majątku na tym nie zrobię.
Starzec pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął duży odrapany rewolwer.
- Ależ, ojczulku, po co się tak spieszyć? - chwytając bańkę i wycofując się ku furtce, wymamrotała mleczarka. - Mogę poczekać, złociutki, nie pali się! - powtarzała prawie biegnąc i nieustannie oglądając się za siebie. Wreszcie wybiegła na ulicę, trzasnęła co siły furtką i krzykneła na cały głos:
- W domu wariatów trzeba cię zamknąć, ty stary diable, żebyś ludzi nie straszył! Tak, tak, w domu wariatów. Starzec wzruszył ramionami, schował z powrotem do kieszeni przygotowane pieniądze i natychmiast ukrył rewolwer za plecami. Do ogrodu bowiem wchodził starszy pan Kołokolczykow.
Z dostojnym i skupionym wyrazem twarzy, wsparty na lasce, wyprostowany i sztywny doktor kroczył alejką.
Widząc przed sobą dziwnego starca, odchrząknął, poprawił okulary i zapytał:
- Czy możecie mi powiedzieć, dobry człowieku, gdzie mogę znaleźć właściciela tego domu?
- Ja nim jestem - odparł starzec.
- Wobec tego - kontynuował dżentelmen, dotykając dłonią słomianego kapelusza - jest pan zapewne również krewnym niejakiego Timura Garajewa?
- Owszem - odparł starzec. - Niejaki Timur Garajew jest moim bratankiem.
- Ogromnie mi przykro - ciągnął starszy pan i odchrząknął, spojrzawszy z dezaprobatą na sterczącą z ziemi szablę. - Ogromnie mi przykro, ale pański bratanek usiłował wczoraj włamać się do mojego domu.
- Co? - zdumiał się starzec. - Mój Timur chciał się włamać do pańskiego domu?
- Proszę sobie wyobrazić. - zaglądając starcowi za plecy, z lekkim zdenerwowaniem ciągnął dżentelmen. - Podczas gdy spałem, usiłował przywłaszczyć sobie flanelowy koc, którym byłem przykryty.
- Co takiego? Timur włamał się do pana, ażeby sobie przywłaszczyć flanelowy koc? - zmieszał się starzec i mimo woli opuścił ukrytą za plecami rękę z rewolwerem.
Starszy pan był wyraźnie wytrącony z równowagi. - z godnością wycofując się ku wyjściu, mówił:
- Nie twierdziłbym tego, gdybym nie miał niezbitych dowodów. Rozumie pan, fakty... Łaskawy panie!
Bardzo proszę się do mnie nie zbliżać! Doprawdy, nie rozumiem, czemu przypisać... Pański wygląd, pańskie dziwaczne zachowanie...
- Proszę mi wierzyć - zbliżając się do doktora, odparł starzec - to na pewno jakieś nieporozumienie!
- Łaskawy panie! - nie spuszczając oczu z rewolweru i w dalszym ciągu cofając się ku furtce, zawołał doktor. - Nasza rozmowa przybiera niepożądany i poniekąd niegodny naszego wieku obrót...
Zatrzasnął za sobą furtkę i szybko ruszył ulicą, mamrocząc do siebie.
- Tak, tak, niepożądany i niegodny naszego wieku obrót...
Starzec podszedł do furtki i spojrzał na ulicę. Zdenerwowanego doktora mijała właśnie Olga, idąca nad rzekę. Starzec podniósł rękę i zawołał, aby się zatrzymała, jednakże siwy dżentelmen niespodziewanie zręcznie przesadził rów, schwycił Olgę za rękę i oboje znikli za rogiem.
Starzec wybuchnął śmiechem. Podniecony i rozbawiony, przytupując dziarsko drewnianym kikutem, zaśpiewał:
Mój miły, nawet nie wiesz,
szybując w groźnym niebie,
jak czekam tu na ciebie
i śmieję się przez łzy.
Odpiął pasek przy kolanie, cisnął na ziemię drewnianą nogę i ściągając w biegu perukę j brodę, pobiegł do domu.
W chwilę później młody inżynier Georgij Garajew zbiegł wesoło z ganku, wyprowadził z szopy motocykl i zawołał sukę Ritę, aby pilnowała domu. Potem nacisnął gaz i wskoczywszy na siodełko, ruszył na poszukiwanie Olgi, którą przed chwilą tak brzydko przestraszył.
O jedenastej rano Gejka i Kola Kołokolczykow wyruszyli z misją dyplomatyczną na nieprzyjacielskie terytorium.
- Idź równo - zrzędził Gejka. - Zamiast stawiać nogi lekko i sprężyście, podrygujesz jak kulawy kurczak. Wszystko masz niby w porządku: spodnie, koszulę i całe umundurowanie, ale szyku ani za grosz.
Nie złość się, stary, mówię, jak jest. Na przykład, dlaczego, jak idziesz, to ciągle się oblizujesz? Schowaj język, niech sobie leży na swoim miejscu... A ty co tu robisz? - spytał Gejka Simę Simakowa, który wynurzył się zza zakrętu.
- Timur wysłał mnie jako łącznika - odpowiedział Simakow. - Taki jest rozkaz i nic ci do tego. Ty rób swoje, a ja swoje. Kola, daj raz zatrąbić! Ojej, jaki z ciebie ważniak! Gejka, ty głuptaku! Jak już idziesz z taką misją, to mógłbyś przynajmniej włożyć buty!
Kto widział bosego parlameritariusza! No dobra, idźcie, nie zatrzymuję was. Na razie!
- Ależ pleciuga z tego Simki! - pokręcił głową Gejka. - Gdzie innemu starczyłyby dwa słowa, ten powie sto! No, trąb! Jesteśmy na miejscu!
- Wezwij Michała Kwakina! - rozkazał Gejka chłopakowi, który siedział na ogrodzeniu przed kaplicą.
- Chodźcie tu sami! - rozległ się spoza ogrodzenia głos Kwakina. - Furtka otwarta, już dawno na was czekamy!
- Nie chodźmy tam! - szepnął Kola, szarpiąc Gejkę za rękę. - Złapią nas i spiorą!
- Cała banda przeciwko nam dwóm? - spytał wyniośle Gejka. - Trąb! Nic nam nie mogą zrobić!
Otworzyli żelazną zardzewiałą furtkę i stanęli twarzą w twarz ze zwartą grupą chłopaków, na których czele stali Figura i Kwakin.
- Dajcie odpowiedź - stanowczo zażądał Gejka.
Kwakin uśmiechnął się tylko, Figura milczał ponuro.
- Najpierw pogadajmy - zaproponował Kwakin. Siadaj, gdzie się tak spieszysz?
- Dajcie odpowiedź! - zimno powtórzył Gejka. Porozmawiamy później.
Trudno było pojąć, czy ten wysoki, barczysty chłopak w pasiastej marynarskiej koszulce i stojący przy nim mały, pobladły trębacz mówią serio, czy tylko żartują. Czy bosonogi Gejka, mrużąc swoje szare, uparte oczy, naprawdę żąda odpowiedzi w przekonaniu, iż ma za sobą prawo i siłę?
- Bierz - rzekł Kwakin, podając mu papier.
Gejka rozwinął arkusz. Na papierze była nieudolnie wymalowana figa, a pod nią przekleństwo.
Spokojnie, nie zmieniając wyrazu twarzy, Gejka podarł papier na kawałki. W tej chwili banda rzuciła się na parlamentariuszy i mocno schwyciła ich za ręce. Kola i Gejka nie stawiali oporu.
- Za takie ultimatum powinniście porządnie dostać po karku - rzekł Kwakin, podchodząc do Gejki. Ale na wasze szczęście jestem dziś w dobrym humorze. Zamkniemy was tutaj - wskazał na kaplicę - do rana, a przez ten czas otrząśniemy sad pod dwudziestym czwartym do ostatniego jabłka.
- Zdaje wam się - spokojnie odparł Gejka.
- Nie zdaje - krzyknął Figura i uderzył Gejkę w twarz.
- Możesz mnie walić, ile chcesz - powiedział Gejka, zamykając i znowu otwierając oczy. - Kolka! mruknął uspokajająco. - Nic się nie bój. Czuję, ze będziemy dziś mieli sygnał numer dwa, ogólny wywoławczy.
Jeńców wepchnięto do małej kapliczki z zamkniętymi żelaznymi okiennicami. Potem zatrzaśnięto za nimi podwójne drzwi, zaryglowano i podparto drewnianym klinem.
- I co wy na to? - podchodząc do drzwi i przykładając dłoń do ust, zawołał Figura. - Na czyje teraz wyjdzie: na wasze czy na nasze?
Spoza drzwi głucho, ledwie dosłyszalnie dobiegło:
- Nie, bandziory, teraz już nigdy nie wyjdzie na wasze!
Figura splunął.
- Jego brat jest marynarzem - powiedział chmurnie ostrzyżony Aloszka. - Służy z moim wujkiem na jednym okręcie.
- Więc co? - spytał groźnie Figura. - Może ty jesteś kapitanem?
- My go trzymamy za ręce, a ty bijesz. To nie w porządku.
- Więc masz i ty! - rozzłościł się Figura i zamachnąwszy się, uderzył Aloszkę w twarz. Obaj potoczyli się po trawie. Koledzy usiłowali ich rozdzielić, ciągnęli za ręce, za nogi...
Nikomu nie przyszło do głowy spojrzeć w górę, gdzie wśród gęstego listowia lipy, tuż nad ogrodzeniem, przemknęła twarz Simy Simakowa.
Sima szybko ześliznął się na ziemię i na przełaj przez cudze ogrody pomknął do Timura, do swoich.
Olga leżała na gorącym piasku plaży z głową osłoniętą ręcznikiem i czytała.
Żenia kąpała się. Nagle ktoś z tylu dotknął jej ramienia. Obejrzała się zdziwiona.
- Cześć - rzekła do niej wysoka ciemnooka dziewczynka. - Przysyła mnie Timur. Na imię mam Tania i też należę do jego drużyny. On się bardzo martwi, że miałaś przez niego awanturę od siostry. Twoja siostra jest bardzo niedobra, prawda?
- Niech się nie martwi - odparła Żenia, oblewając się rumieńcem. - Olga wcale nie jest niedobra, tylko ma już taki charakter. - I nagle, uderzywszy pięścją w kolano, zawołała z rozpacza: - Już mam te. I go dość! Kiedy wreszcie przyjedzie tata.
Dziewczynki wyszły z wody i wspięły się na stromy brzeg, ponad plażą. Tutaj natknęły się na Niurkę.
- Poznałaś mnie? - Niurka zagadnęła Żenię, jak zawsze szybko i przez zęby. - A ja ciebie od razu poznałam. Patrz, tam jest Timur! - wskazała na oblepiony dzieciarnią przeciwległy brzeg i zrzuciła sukienkę. A ja już wiem kto mi znalazł kozę, kto ułożył drewno u nas na podwórku i kto dał poziomek mojemu bratu. I ciebie też znam - zwróciła się do Tani. Kiedyś widziałam, jak siedziałaś w grządkach i płakałaś. Nie płacz, to nic nie pomoże. Ej, ty, diablico, stój spokojnie, bo cię zepchnę do rzeki! - krzyknęła do uwiązanej nieopodal kozy. - Dziewczynki, skaczemy do wody?
Tania i Żenia spojrzały po sobie. Strasznie jednak zabawna była ta mała, opalona, podobna do Cyganki, Niura.
Wziąwszy sję za ręce, dziewczynki podeszły do samego skraju urwiska. W dole pluskała czysta błękitna woda. - Skaczemy?
- Skaczemy!
I wszystkie trzy rzuciły się do wody.
Nie zdążyły się jeszcze wynurzyć, gdy w ślad za nimi ktoś skoczył z chlupotem do wody.
Był to Sima Simakow, który jak stał - w sandałach, spodenkach i koszulce, rzucił się z rozpędu do rzeki i odrzucając z twarzy zlepione włosy, plując i parskając, szybko, zdecydowanie popłynał ku przeciwległemu brzegowi.
- Nieszczęście, Żeniu! Nieszczęście! - zawołał, odwracając na chwilę głowę. - Gejka i Kola wpadli w zasadzkę!
Z otwartą książką w ręku Olga szła drogą pod górę. Tam gdzie drogę przecinała kręta ścieżka, powitał ją stojący przy swym motocyklu Georgij. Podali sobie ręce.
- Właśnie tędy przejeżdżałem - począł tłumaczyć Georgij - aż tu kogo widzę! Więc pomyślałem, że może zaczekam i podwiozę panią, jeśli to po drodze.
- Nieprawda! - Olga potrząsnęła głową. - Stoi pan tutaj już od dawna i czeka na mnie.
- Ma pani rację - zgodził się Georgij. - Chciałem skłamać, ale mi nie wyszło. Chciałam panią przeprosić za poranny wybryk. Ten kulawy starzec przy furtce to byłem ja. Ucharakteryzowałem się i przygotowywałem do próby. Proszę wsiadać, podwiozę panią.
Olga przecząco potrząsnęła głową.
Georgij położył na jej książce bukiet.
Bukiet był piękny. Olga zaczerwieniła się, zmieszała... i strąciła go na ziemię.
Tego Georgij nie oczekiwał.
- Olu - powiedział z wyrzutem. - Tak ładnie pani gra i śpiewa, ma pani takie jasne i szczere oczy...
Przecież niczym pani nie dotknąłem! Dlaczego pani tak postępuje?
- Nie trzeba kwiatów! - pełna skruchy, niezadowolona z siebie odparła Olga. - Ja... i tak z panem pojadę. Bez kwiatów!
U siadła na skórzanym siodełku i motocykl ruszył.
Droga po chwili rozwidlała się, motocykl minął jednak tę, która prowadziła do osiedla i pomknął dalej, pomiędzy pola.
- W złym kierunku pan skręcił! - zawołała Olga. - Powinniśmy byli jechać na prawo!
- Tędy się lepiej jedzie! - odkrzyknął Georgij. Ładniejsze widoki!
Znów zakręt i już leżał przed nimi cienisty zagajnik. Od stada krów odłączył się pies i z głośnym ujadaniem próbował ich dopędzić. Ale motocykl był już daleko!
Jak ciężki pocisk, przemknęła z hukiem ciężarówka.
A kiedy Olga i Georgij wydobyli się z kłębów kurzu, u podnóża wzniesienia ujrzeli dym, kominy, wieże ze szkła i stali.
Było to prawie miasto.
- To nasza fabryka! - zawołał do Olgi Georgij. Jeszcze przed trzema laty jeździłem tu na grzyby i poziomki.
Nie zwalniając tempa, motocykl wziął ostry zakręt.
- Prosto! - krzyknęła Olga. - Prosto! Do domu!
W tym samym momencie motor zamilkł i motocykl zatrzymał się.
- Chwileczkę - powiedział Georgij, zeskakując z siodełka. - Mała awaria.
Położył motocykl na trawie pod brzozą, wyjął z torby jakieś narzędzia i począł coś przykręcać i naprawiać.
- Kogo pan gra w tej waszej operze? - spytała Olga, siadając pod drzewem. - Dlaczego jest pan tak surowy i tak groźnie wygląda?
- Gram starca inwalidę - nie przestając majstrować przy motocyklu, odparł Georgij. - Kiedyś był w partyzantce i teraz jest trochę... tego! Mieszka przy granicy i ciągle mu się zdaje, że wrogowie oszukają nas i zdradziecko napadną. Jest stary i czujny. A czerwonoarmiści są młodzi i lekkomyślni, po odbyciu warty grają w siatkówkę, umawiają się z dziewczynami...
Już trzecią nie śpię noc.
Wciąż słyszę w gęstym mroku
tajemne jakieś szmery
i echo obcych kroków.
Karabin pali dłoń
i dręczy mnie niepokój
jak przed dwudziestu laty,
gdy wojna wrzała wokół.
Potem zmienił głos i zaintonował, naśladując chór:
Bądź spokojny, starcze, bądź spokojny...
- Co to znaczy? - spytała Olga, ocierając chustką twarz z kurzu.
- To znaczy - wciąż stukając kluczem o tulejkę, wyjaśnił Georgij to znaczy: "śpij spokojnie, stary głupcze! Wszyscy żołnierze i dowódcy dawno już stoją w pogotowiu...". Olu, czy siostrzyczka mówiła pani o naszym spotkaniu?
- Owszem. Zmyłam jej za to głowę.
- Niepotrzebnie. Bardzo zabawna dziewczynka. Mówię jej "aaa", a ona mi na to: "beee".
- Osiwieję w końcu przez tę zabawną dziewczynkę - pokiwała głową Olga. - Przyczepił się do niej jakiś wyrostek, na imię ma Timur. Należy do bandy tego chuligana, Kwakina. Już nie wiem, co mam robić, żeby przestał się kręcić koło naszego domu.
- Timur? Hm... - Georgij odkaszlnął zakłopotany. - Naprawdę należy do bandy Kwakina? Dziwne...
nigdy bym w to nie uwierzył... Zresztą mniejsza z tym.
Proszę się nie niepokoić. Postaram się, żeby go pani więcej nie widziała koło waszego domu. Olu, dlaczego nie uczv się pani w konserwatorium? Inżynier to nie
dla pani zawód. Sam jestem inżynierem, to wiem najlepiej.
- Więc nie lubi pan swojego zawodu?
- Dlaczego nie lubię? - przysuwając się bliżej i zaczynając stukać w tulejkę drugiego koła, odparł Georgij. - Nawet bardzo lubię, ale pani tak ładnie gra i śpiewa...
- Wie pan co? - powiedziała Olga speszona i odsunęła się. - Możliwe, że jest pan dobrym inżynierem, ale motocykl reperuje pan jakoś dziwnie...
I Olga pomachała ręką, pokazując, jak Georgij stuka kluczem to w jedną część koła, to w drugą.
- Nie ma w tym nic dziwnego. Wszystko jest jak należy. - Georgij zerwał się i ostatni raz stuknął kluczem w ramę. - No widzi pani, już gotowe! Olu, pani ojciec jest dowódcą?
- Tak.
- To dobrze. Ja też jestem dowódcą.
- Dziwny z pana człowiek! - wzruszyła ramionaml Olga. - To jest pan inżynierem, to aktorem, to dowódcą... Może jest pan także lotnikiem?
- Nie - uśmiechnął się Georgij. - Lotnicy biją wroga bombami z góry, a my z ziemi, przez żelazo i beton, prosto w serce.
I znów przemknęły przed nimi pola żyta, zagajniki, rzeczka.
A oto i dom Olgi.
Na odgłos motoru z ganku zbiegła Żenia. Widząc Georgija, zmieszała się, ale gdy zniknął za zakrętem, popatrzyła za nim przez chwilę, po czym pobiegła do Olgi. Objęła ją i powiedziała z zazdrością:
- Ojej, jakaś ty dzisiaj szczęśliwa!
Banda Kwakina, umówiwszy się co do spotkania wieczorem, w sadzie domu numer dwadzieścia cztery, rozproszyła się. Pozostał tylko Figura. Złościła go i dziwiła cisza wewnątrz kaplicy. Jeńcy nie krzyczeli, nie walili do drzwi, nie odpowiadali na wołania Figury.
Wówczas Figura postanowił użyć podstępu. Otworzył zewnętrzne drzwi, wśliznął się do kamiennego przedsionka i znieruchomiał z uchem przy murze. Stał długo w tej niewygodnej pozycji. Wtem za jego plecami żelazne drzwi zatrzasnęły się z takim hukiem, jakby uderzył w nie taran.
- Ej, tam! - rzucając się ku drzwiom, wrzasnął Figura, - Bez żartów, bo jak cię dopadnę!
Nikt mu nie odpowiedział.
Z zewnątrz dały się słyszeć jakieś głosy. Zaskrzypiały zawiasy okiennic. Przez okratowane okno ktoś rozmawiał z jeńcami.
Potem w kaplicy rozległ się śmiech. Figura poczuł się nieswojo.
Wreszcie drzwi zewnętrzne otworzyły się. Przed Figurą stali Timur, Simakow i Ładygin.
- Otwórz drugą zasuwę - rozkazał Timur, nie ruszając się z miejsca. - Otwórz sam, bo pożałujesz! Figura niechętnie wykonał polecenie. Z kaplicy wyszli Kola i Gejka.
- A teraz właź na ich miejsce! - rozkazał Timur. Właź, bydlaku, ale już! - krzyknął, zaciskając pięści. - Nie mam czasu się z tobą bawić!
Chłopcy zatrzasnęli za Figurą podwójne drzwi. Potem założyli je żelazną sztabą i powiesili kłódkę. Timur wziął kartkę papieru i napisał krzywymi kulfonami :
Kwakin. straż niepotrzebna. Zamknąłem ich, klucz mam przy sobie. Przyjdę od razu na miejsce, do sadu, jak było umówione.
Chłopcy znikli w zaroślach. Wkrótce potem przed kaplicą pojawił się Kwakin.
Przeczytał list, sprawdził, czy kłódka dobrze trzyma, i ruszył ku wyjściu, podczas gdy zamknięty Figura rozpaczliwie bębnił pięściami i walił nogami w żelazne drzwi.
Przy furtce Kwakin odwrócił się i mruknął z obojętnym uśmieszkiem:
- Pracuj, Gejka, pracuj! Tylko patrz, żebyś sobie pięści nie odbił!
Dalsze wypadki przebiegały następująco:
Przed zachodem słońca Timur i Simakow pobiegli na rynek. Za stłoczonymi bezładnie kioskami z kwasem, wodą sodową, papierosami, warzywami, lodami, na samym koncu rynku tkwiła krzywa budka, która w dni rynkowe służyła za warsztat szewcom.
Timur i Simakow spędzili w niej kilka chwil.
O zmierzchu, w sztabie drużyny, na strychu, zaskrzypiało koło sterowe. Jeden za drugim napięły się mocne sznurowe przewody, pobiegły we wszystkich kierunkach ważne sygnały.
W odpowiedzi na nie ze wszystkich stron zbiegli się chłopcy. W krótkim czasie zebrała się ich spora gromada - dwudziestu czy trzydziestu, ale przez dziury w płotach nie przestawali bezszelestnie przekradać się ku szopie coraz to nowi i nowi.
Tanię i Niurkę odesłano do domu. Żenia siedziała na werandzie. Do jej obowiązkow należało zagadanie Olgi, aby ta w najbliższym czasie nie pojawiła się w sadzie.
Na strychu przy sterze stał Timur.
- Powtórz sygnał przewodem numer sześć - poprosił go, zaglądając przez okno, zatroskany Sima Simakow. - Nikt się nie zgłasza.
Dwóch chłopców malowało na kartonie jakiś plakat.
Nadeszła grupa Ładygina, potem przybiegli zwiadowcy. Banda Kwakina zbierała się na pustkowiu, na tyłach domu numer dwadzieścia cztery, obok sadu.
- Już czas - powiedział Timur. - Przygotujcie się! I wypuścił z rąk koło i mocno pociągnął za sznur. Nad
starą szopą, w niejasnym świetle przemykającegp pośród chmur księżyca, wzniósł się i załopotał proporzec drużyny - znak wieszczący wojnę.
Wzdłuż płotu wokół domu numer dwadzieścia cztery skradała się cicho, jeden za drugim, grupa około dziesięciu chłopaków. Zatrzymując się w cieniu, Kwakin powiedział:
- Wszyscy są, tylko Figury nie ma.
- To spryciarz - odparł ktoś. - Pewnie już siedzi w sadzie. On zawsze pcha się pierwszy.
Kwakin odsunął dwie deski, z których uprzednio wyjęto gwoździe, i przelazł przez dziurę do sadu. Za nim ruszyli następni. Przy płocie został na straży tylko Aloszka.
Z zarośniętego pokrzywą i burzanem rowu po drugiej stronie ulicy wyjrzało pięć głów. Cztery z nich natychmiast się schowały. Jedna, należąca do Koli Kołokolczykowa, zawahała się przez moment, ale pacnięta z góry czyjąś dłonią, skryła się także.
Pozostawiony na straży Aloszka rozejrzał się. Wokół panowała cisza i spokój. Przesunął więc głowę przez otwór w płocie, aby sprawdzić, co dzieje się w sadzie.
W tej samej chwili z rowu śmignęły ku niemu trzy postacie. Aloszka, schwytany mocno za ręce i nogi, nie zdążywszy nawet pisnąć, znalazł się po drugiej stronie ulicy.
- Gejka?! - wymamrotał zdumiony, podnosząc głowę. - Skąd się tu wziąłeś.
- Stamtąd! - syknął Gejka. - Siedź cicho! Bo nie będę zważał na to, że się za mną ująłeś!
- Dobra - zgodził się Aloszka. - Już jestem cicho. - I niespodziewanie przeraźliwie gwizdnął.
Ale w tej samej chwili szeroka dłoń Gejki zasłoniła mu usta. Czyjeś ręce schwyciły go za ramiona, za nogi i powlokły w cień.
Gwizd w sadzie usłyszano. Kwakin obejrzał się.
Gwizd się nie powtórzył. Kwakin, zaniepokojony, rozejrzał się wokoło. Wydało mu się, że wśród pobliskich krzaków coś się poruszyło.
- Figura. - zawołał cicho. - Czego się chowasz, bałwanie?
- Miszka! światła! - krzyknął nagle ktoś z bandy. -Gospodarze idą!
Nie byli to jednak gospodarze.
Za plecami bandy, w gąszczu liści, rozbłysło co najmniej dziesięć latarek elektrycznych. Oślepiając, światła zbliżały się i otaczały ze wszystkich stron rozproszonych wyrostków.
- Naprzód, bić ich! - wyciągając z kieszeni jabłka i ciskając je w stronę świateł, krzyknął Kwakin. Wyrywajcie im latarki! Walcie, czym się da!. To ten drań Timka!
- Tam Timka, a tu Simka! - wrzasnął, wyskaku]ąc zza krzaka, Simakow.
Za nim wybiegło z zarośli jeszcze z dziesięciu chłopaków i natarło na bandę od tyłów i z obu skrzydeł.
- Ej! - wrzasnął Kwakin. - Toż oni tu mają całe wojsko! Wyrywamy, chłopaki!
Banda pojęła, że znalazła się w pułapce, i w panice rozpoczęła odwrót w kierunku płotu.
Potykając się, depcząc sobie po piętach i zderzając się głowami grabieżcy wyskakiwali na ulicę i wpadali prosto w ręce Ładygina i Gejki. Księżyc skrył się za chmurami, zapadała ciemność. Wśród mroku rozlegały się głosy:
- Puszczaj!
- Zostaw!
- Odwal się! O rany, moja noga!
- Cicho! - zabrzmiał w ciemności spokojny głos Timura. - Jeńców bić nie wolno! Gdzie Gejka?
- Tu jestem.
- Prowadź wszystkich, wiesz dokąd.
- A jak który nie zechce?
- To go bierzcie za ręce i za nogi i nieście, ale z szacunkiem, jak zabytek muzealny!
- Puście, diabły. - rozległ się czyjś płaczliwy głos.
- Kto tam krzyczy? - odparł gniewnie Timur.
- Do łobuzerki jesteście pierwsi, a jak trzeba odpowiadać, to robicie w portki? Gejka, ruszaj! Daj komendę!
Jeńców odprowadzono do pustej budki na skraju rynku i jednego za drugim wepchnięto do środka.
- Przyprowadźcie Kwakina - powiedział Timur.
Kwakina przyprowadzono.
- Gotowe? - spytał Timur.
- Gotowe.
Kiedy ostatni jeniec znalazł się w budce, zasunięto zasuwę i powieszono na drzwiach ciężką kłódkę.
- A teraz zabieraj się stąd - powiedział Timur do Kwakina. - Jesteś śmieszny. Nikt się ciebie nie boi, nikomu nie jesteś potrzebny.
Nic nie rozumiejąc, czekając, aż zaczną go bić, Kwakin stał z opuszczoną głową.
- Idź - powtórzył Timur. Masz tu klucz od kaplicy, gdzie siedzi twój przyjaciel Figura.
Kwakin nie ruszył się z miejsca.
- Wypuść chłopaków - poprosił ponuro. - Albo zamknij mnie razem z nimi.
- Nie - potrząsnął głową Timur. - Skończyło się twoje panowanie. Nie masz już z nimi o czym gadać. Ani oni z tobą.
Przy akompaniamencie śmiechów, gwizdów i okrzyków, z głową wciśniętą w ramiona, Kwakin powoli ruszył przed siebie. Po dziesięciu krokach przystanął i wyprostował się.
- Będę cię bić! - krzyknął z nienawiścią do Timura. - Zawsze i wszędzie, do samej śmierci! Pożałujesz jeszcze, zobaczysz! - i odskoczył kryjąc się w mroku.
- Ładygin ze swoją piątką, jesteście wolni - powiedział Timur. - Macie cos jeszcze?
- Aha. Ułożyć drwa na Dużej Wasilkowskiej pod dwudziestym drugim.
- W porządku. To cześć.
Obok na stacji rozległ się gwizd pociągu. Z wagonów wychodzili pasażerowie. Timur począł się spieszyć.
- Simakow i jego piątka, macie coś jeszcze na dzisiaj?
- Tak, na Małej Pietrakowskiej pod trzydziestym ósmym. - Sima roześmiał się i dorzucił. - Wciąż ta sama przygoda: wiadro, beczka i woda! Hop, hop! Serwus!
- Serwus! Uwaga, ludzie tu idą! Pędźmy do domów! Szybko!
Na rynku rozległ się wrzask i łomot. Ludzie, wracający z pociągu, zatrzymali się przestraszeni. Hałas ponowił się. W oknach pobliskich domków zapaliło się światło. Ktoś włączył także światło nad kioskiem i zgromadzony tymczasem tłum ujrzał następujący plakat.
PRZECHODNIU, ZATRZYMAJ SIĘ!
Tu zamknięci są ci, którzy po nocach
grabią tchórzliwie sady spokojnych
obywateli.
Klucz od kłódki wisi za tym plakatem.
Kto zdecyduje się wypuścić jeńców,
niech najpierw sprawdzi, czy nie ma
pośród nich Jego bliskich lub znajomych.
Jest późna noc. Ciemno. Czerwono-czarnej gwiazdy na furtce nie widać, ale gwiazda jest.
Oto ogród wokół domu, gdzie mieszka mała dziewczynka. Z wierzchołka drzewa, spomiędzy gałęzi, opadły sznury. W ślad za nimi po szorstkim pniu zsunął się chłopiec. Chłopiec zawiesza na sznurach deskę, siada i sprawdza, czy nowa huśtawka jest dostatecznie mocna. Gruba gałąź skrzypi cicho, liście poruszają się i szeleszczą. Wzleciał w górę i zakwilił spłoszony ptak. Jest późno. śpi już od dawna Olga, śpi Żenia. śpią chłopcy - wesoły Simakow, milczący Ładygin, śmieszny Kola. Kręci się i mamrocze coś przez sen dzielny Gejka.
Zegar na wieży wydzwania kwadranse: "Był dzień trudny dzień'! Bim - bom! Raz - dwa!".
Tak, już późno. Chłopiec wstaje, szuka czegoś po omacku w trawie podnosi ciężki bukiet kwiatów. Te kwiaty zbierała Żenia.
Ostrożnie, aby nie zbudzić śpiących, chłopiec wchodzi na zalany blaskiem księżycowym ganek i troskliwie składa bukiet na górnym stopniu schodów. To Timur.
Był niedzielny ranek. Z okazji rocznicy zwycięstwa czerwonych nad jeziorem Hasan komsomolcy osiedla urządzili w parku koncert i wielką zabawę.
Dziewczęta pobiegły do zagajnika jeszcze z samego rana.
Olga pośpiesznie kończyła prasować bluzkę. Przeglądając zawartość szafy, potrząsnęła sukienką Żeni.
Z kieszeni sukienki wypadła kartka papieru.
Olga podniosła ją i przeczytała:
DZIEWCZYNKO, NIC SIĘ NIE BÓJ. WSZYSTKO JEST W PORZąDKU, NIKT SIĘ NICZEGO NIE DOWIE. TIMUR
"Czego się nie dowie? Czego się nie bój? Co za tajemnice ma ta skryta i uparta dziewczyna? Nie, trzeba z tym raz nareszcie skończyć! Tata wyjechał i zostawił ją pod moją opieką... Trzeba działać, póki jeszcze nie jest za późno!"
Do okna zapukał Georgij.
- Olu! - poprosił. - Niech mnie pani ratuje! Przyszła do mnie delegacja, chcą, żebym coś zaśpiewał na koncercie. Dziś taki dzień, że trudno było odmówić. Niech mi pani akompaniuje na akordeonie!
- Ja? Ależ lepiej zrobiłaby to pianistka! - zdziwiła się Olga. - Po co panu akordeon?
- Nie chcę żadnej pianistki, Olu! Chcę wystąpić z panią. Zobaczy pani, jak nam dobrze wyjdzie. Mogę wejść przez okno? Niech pani rzuci to żelazko i wyjmie instrument. Zresztą już go wyjąłem. Teraz musi pani tylko naciskać na klawisze, a ja będę śpiewał:
- Pan jest niepoprawny, Georgij... - powiedziała z wyrzutem Olga. - Ostatecznie nie musiał pan włazić przez okno, kiedy drzwi są otwarte!
W parku panował gwar. Coraz to nadjeżdżały nowe samochody, pełne wycieczkowiczów. Ciągnęły się sznurem ciężarówki z kanapkami, butelkami wody sodowej i oranżady, lodami i słodyczami.
W tłumie niebieszczyły się uniformy lodziarzy, niosących lub popychających przed sobą na kółkach skrzynki z lodami.
Na polanach różnymi głosami wrzeszczały patefony, a wokół nich rozłożyli się przyjezdni i miejscowi letnicy z jedzeniem i piciem.
Grała orkiestra.
Przed wejściem do letniego teatru stał staruszek dyżurny i wymyślał monterowi, który usiłował przedrzeć się na widownię w brudnym kombinezonie roboczym, ze skrzynką pełną narzędzi.
- W takim stroju, kochasiu, nikogo nie puszczamy. Dziś jest święto. Idź do domu, umyj się, przebierz, a potem prosimy bardzo!
- Ależ dziadku, wejście jest przecież bezpłatne! a Każdemu wolno wejść!
- Co to ma do rzeczy? Mówię ci przecież, że dzisiaj święto! Szkoda, że nie przyniosłeś ze sobą słupa telegraficznego. A ty, obywatelu, też zawracaj! - zatrzymał drugiego. - Będą tu występować, gra muzyka...
A tobie sterczy z kieszeni butelka...
- Ależ, ojczulku... - protestował bełkotliwie mężczyzna. - Ja m-muszę... Ja s-sam jestem tenorem!
- Idź do domu, tenorze, i prześpij się - odparł staruszek i dodał wskazując na montera: - Widzisz, że bas się nie kłóci, więc i ty się nie upieraj...
Żenia, która dowiedziała się od chłopców, że Olga przeszła z akordeonem w kierunku estrady, niecierpliwie wierciła się na ławce.
Wreszcie na scenę wyszli Georgij i Olga. Żeni ścisnęło się serce w obawie, że na widowni zaraz rozlegną się śmiechy. Ale nikt się nie śmiał.
Georgij i Olga stali na scenie tacy młodzi, bezpośredni i weseli, że Żenia zapragnęła ich oboje uściskać.
Ale oto Olga przerzuciła prze ramię pasek akordeonu.
Głęboka bruzda przecięła czoło Georgija. Młody człowiek zgarbił się, pochylił głowę, stając się nagle podobnym do zmęczonego starca, i niskim, dzwięcznym głosem zaśpiewał:
Już trzecią nie śpię noc.
Wciąż słyszę w gęstym mroku
tajemne jakieś szmery
i echo obcych kroków.
Karabin pali dłoń i
dręczy mnie niepokój,
jak przed dwudziestu laty
gdy wojna wrzała wokół
Lecz jeśli los nas jeszcze
na jednej zetknie ścieżce,
żołdaku wrogiej armii,
co nowej pragniesz wojny,
ja, starzec z siwą głową,
do boju stanę znowu,
jak przed dwudziestu laty,
surowy i spokojny.
- Jakie to piękne!' I jak mi żal tego bohaterskiego kulawego starca! Naprawdę!... - mamrotała Żenia ze łzami w oczach. - Graj, Olu, graj! Jaka szkoda, że tata nie może cię słyszeć!
Po koncercie, wziąwszy się za ręce, Georgij i Olga ruszyli aleją.
- Wszystko to bardzo pięknie - mówiła Olga. Ale nie mam pojęcia, gdzie się podziała Żenia.
- Widziałem ją z estrady - odparł Georgij. - Stała na ławce i krzyczała: "Brawo! Brawo!" A potem podszedł do niej... - Georgij zająknął się - jakiś chłopiec i gdzieś razem odeszli...
- Jaki chłopiec? - zaniepokoiła się Olga. - Georgij, jest pan starszy ode mnie, niech mi pan poradzi.
Już zupełnie nie wiem, co robić. Proszę spojrzeć, jaki list znalazłam dziś rano w jej kieszeni.
Georgij przeczytał list. Teraz on także zamyślił się i zasępił.
- "Nie bój się", to na pewno znaczy "nie słuchaj się". Och, gdybym mogła wziąć tego smarkacza w swoje ręce!
Olga schowała list. Przez chwilę oboje milczeli. Ale muzyka grała tak wesoło, wokół rozlegały się śmiechy. i żarty, toteż wziąwszy się znowu ze ręce, młodzi ruszyli dalej aleją.
Wtem na skrzyżowaniu niespodziewanje wyszła im naprzeciw druga para, tak samo zgodnie trzymająca się za ręce. Byli to Timur i Żenia.
Obie pary ukłoniły się sobie, w zmieszaniu, nie zwalniając kroku.
- To on! - szarpiąc Ceorgija za rękaw, z rozpaczą powiedziała Olga. - To właśnie ten chłopak, o którym mówiłam!
- Tak... - zmieszał się Georgij. - A najgorsze, Olu, że ten łobuz to właśnie mój bratanek Timur.
- I ty... i pan o tym wiedział! - wybuchnęła Olga. - I nic mi pan nie mówił!
I wyrwawszy dłoń z jego ręki, pobiegła aleją. Ale Żeni ni Timura już na starym miejscu nie było. Olga skręciła w wąską ciemną alejkę i tam dopiero ujrzała Timura w towarzystwie Kwakina i Figury.
- Posłuchaj - powiedziała, stając przed nim i patrząc na niego z nienawiścią. - Nie dość, żeście zniszczyli i złupili wszystkie okoliczne sady, nawet u starszych ludzi, nawet u tej małej dziewczynki, która straciła ojca, nie dośc, że nawet psy się was boją, jeszcze buntujesz i nastrajasz przeciwko mnie moją siostrę.
Masz na szyi chustkę pionierską, ale jesteś... zwyczajnym łajdakiem!
Timur zbladł.
- To nieprawda! - powiedział. - Pani nic nie wie!
Olga machnęła ręką i pobiegła na poszukiwanie Żeni.
Timur stał nieruchomo i milczał.
Milczeli także zbici z tropu Kwakin i Figura.
- No i co, komisarzu? - spytał Kwakin. - Jak widać, tobie też bywa niesłodko!
- Tak, atamanie - odparł Timur, powoli podnosząc głowę. - Jest mi ciężko, i to nawet bardzo... Wolałbym, żebyście mnie złapali i sprali, niż żebym musiał wysłuchiwać przez was tego wszystkiego...
- Kto ci kazał wysłuchiwać? - uśmiechnął się Kwakin. - Mogłeś przecież powiedzieć, jak było.
Przecież staliśmy obok.
- Właśnie! Mogłeś powiedzieć, a my byśmy ci dopiero urządzili bal! - wtrącił uradowany Figura.
Ale Kwakin, który zupełnie nie oczekiwał takiego poparcia, spojrzał na kumpla zimno i bez słowa. Timur, zaczepiając dłonią pnie i gałęzie drzew, powoli odszedł aleją.
- Dumny - rzekł cicho Kwakin. - Chce mu się płakać, ale trzyma się.
- Dołóżmy mu, to się rozpłacze - powiedział Figura i cisnął za Timurem szyszką.
- On jest dumny - powtórzył ochryple Kwakin a ty... a ty jesteś ostatnie bydlę! - i z rozmachem zdzielił Figurę pięścią w twarz. Figura znieruchomiał, a następnie z wrzaskiem rzucił się do ucieczki.
Kwakin dogonił go i jeszcze dwa razy zdzielił po karku.
Potem przystanął, podniósł z ziemi zgubioną czapkę, otrzepał ją o kolano i podszedł do lodziarza. Kupił porcję lodów i oparty o drzewo, dysząc ciężko, począł je pochłaniać łapczywie, dużymi kęsami.
Na polanie przed strzelnicą Timur spotkał Gejkę i Simę.
- Timur! - uprzedził go Sima. - Szukał cię twój wujek. Zdaje się, że jest porządnie na ciebie zły.
- Tak, wiem. Już idę.
- Wrócisz jeszcze?
- Nie wiem.
- Tima! - niespodziewanie łagodnie powiedział Gejka. - Co się właściwie dzieje? Przecież nie zrobiliśmy nic złego. A jeśli człowiek wie, że postępuje słusznie...
- ... to nie boi się niczego na świecie. To prawda. Ale i tak go boli.
Timur odszedł.
Do Olgi, wracającej do domu z akordeonem, podeszła żenia.
- Olu!
- Odejdź! - nie patrząc na nią, odparła Olga. Nie rozmawiam z tobą. Jadę teraz do Moskwy, a ty możesz sobie spacerować beze mnie z kim chcesz i jak długo chcesz. Choćby do rana.
- Ależ, Olu...
- Nie rozmawiam z tobą! Pojutrze przenosimy się do Moskwy i będziemy tam czekać na tatę.
- Dobrze! Tacie opowiem wszystko, a tobie nic! zawołała ze łzami rozgniewana Żenia i pobiegła na poszukiwanie Timura.
Odszukała Gejkę i Simakowa i spytała ich, gdzie jest Timur.
- Zawołano go do domu - powiedział Gejka. Wujek jest na niego bardzo zły. Zdaje się, że przez ciebie.
Żenia z wściekłością tupnęła nogą i zaciskając pięści, krzyknęła:
- Właśnie tak, nie wiadomo za co, niszczy się ludzi!
Objęła pień brzozy i przytuliła do niego twarz, ale w tej chwili podbiegły do niej Niurka i Tania.
- Żeńka! - zawołała Tania. - Co ci jest? Biegnij z nami! Przyszedł harmonista, zaczęła się zabawa, dziewczyny wszystkie już tańczą.
Koleżanki schwyciły ją i pociągnęły do koła, gdzie migotały już barwne i wesołe jak kwiaty sukienki i bluzki.
- Nie płacz, Żeniu! - swoim zwyczajem, szybko i przez zęby, powiedziała Niurka. - Ja nie płaczę nawet, kiedy mnie babka leje rózgą. Dziewczynki, chodźmy do koła! Idziemy?
- "Idziemy!" - przedrzeźniała Niurkę Żenia.
I przedarłszy się przez tłum, dziewczynki zawirowały w szybkim, wesołym tańcu.
Kiedy Timur wrócił do domu, wujek zawołał go do siebie.
- Mam już dość twoich nocnych przygód! - powiedział Georgij. - Tych wszystkich sygnałów, sznurów dzwonków, - Co to była za historia z kocem?
- To nieporozumienie.
- Ładne mi nieporozumienie! A do tej dziewczynki więcej się nie zbliżaj. Jej siostra cię nie lubi.
- Za co?
- Nie wiem. Widocznie jest za co. Co to za dziwne listy? Co to za spotkania w ogrodzie o świcie? Olga mówi, że uczysz jej siostrę łobuzerki.
- Kłamie. - oburzył się Timur. - I to się nazywa komsomołka! Jeśli czegoś nie rozumie, niech mnie zawoła i zapyta. Wszystko bym jej wytłumaczył.
- Być może. Ale dopóki jeszcze nic jej nie wytłumaczyłeś, zabraniam ci zbliżać się do ich domku i w ogóle, jeśli będę miał na ciebie jeszcze jedną skargę, odeślę cię natychmiast do domu, do matki.
Georgij zabierał się do odejścia.
- Wujku - zatrzymał go Timur. - Kiedy byłeś chłopcem takim jak ja, to co robiłeś? Jak się bawiłes?
- Ja? Biegałem z kolegami, skakałem, właziłem na dachy. Zdarzały się również bójki. Ale nasze zabawy były proste i zrozumiałe dla wszystkich.
Aby dać Żeni nauczkę, Olga nie mówiąc ani słowa, wyjechała wieczorem do Moskwy.
W Moskwie nie miała nic do roboty, toteż nie zaglądając do domu, pojechała wprost do przyjaciółki.
Przesiedziała u niej do późna i dopiero około godziny dziesiątej wróciła do domu. Otworzyła drzwi, zapaliła światło i krzyknęła. Pod drzwiami leżał telegram.
Olga porwała go i przeczytała. Telegram był od taty.
Wieczorem, kiedy ciężarówki opuszczały już park, Żenia i Tania przybiegły do domu. Szykował się mecz siatkówki i Żenia musiała się przebrać i zmienić pantofle.
Zawiązywała właśnie sznurowadła tenisówek, gdy do pokoju weszła kobieta - matka jasnowłosej dziewczynki. Mała spała spokojnie w ramionach matki.
Na wieść o tym, że Olgi nie ma w domu, kobieta zmartwiła się.
- Chciałam zostawić u was córeczkę - powiedziała. - Nie wiedziałam, że siostra wyjechała... Moja mama przyjeżdża dziś w nocy pociągiem, muszę być na dworcu.
- Proszę zostawić małą u nas - powiedziała Żenia. - Po co pani Olga. Ja przecież też jestem dorosła.
Proszę ją położyć w moim łóżku, a ja bedę spała na drugim.
- Ona śpi spokojnie, nie będziesz z nią miała kłopotu do rana - ucieszyła się matka. - Trzeba tylko czasem podejść do niej i poprawić jej poduszkę.
Dziewczynka została rozebrana i ułożona w łóżku.
Matka odeszła. Żenia odchyliła firankę, żeby przez okno widać było posłanie małej, zatrzasnęła drzwi werandy i obie z Tanią pobiegły na boisko. Umówiły się, że po każdej grze będą na zmianę przybiegać i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku.
Ledwie dziewczynki zniknęły za rogiem, na ganek wszedł listonosz. Długo stukał do drzwi, ale nikt mu nie odpowiadał. Wrócił do furtki i spytał sąsiada, czy gospodarze przypadkiem nie wyjechali.
- Nie - odparł sąsiad.- Dziewczynka przed chwilą tu była. Mogę przyjąć telegram.
Sąsiad podpisał się, wsadził telegram do kieszeni i usiadł na ławeczce przed domem. Siedział tak długo, czekając na żenię i pykając fajkę.
Po upływie półtorej godziny znów podszedł do niego listonosz.
- Co to się dzieje? - powiedział. - Pożar czy co?
- Bądź tak dobry, przyjmij jeszcze jeden telegram.
Sąsiad znów się podpisał na blankiecie. Było juź zupełnie ciemno. Otworzył więc furtkę, wszedł po schodach na werandę i zajrzał przez okno. Na rozścielonym łóżku spała mała dziewczynka. Na poduszce, tuż przy jej głowie, leżał rudy kociak. Zatem gospodarze byli niedaleko. Sąsiad uchylił lufcik i wrzucił przezeń oba telegramy, które upadły na parapet. Wróciwszy do domu Żenia musi je zauważyć.
Ale Żenia nic nie zauważyła. Nie zapalając światła, przy blasku księżyca poprawiła poduszkę pod głową dziewczynki, zepchnęła z łóżka kociaka, rozebrała się i położyła spać.
Leżała długo, rozmyślając nad tym, jak głupie jest życie. Ona, Żenia, nie zrobiła nic złego i Olga przecież też - a jednak po raz pierwszy pokłóciły się serio.
Było jej bardzo przykro. Nie mogła zasnąć i nagle zachciało jej się chleba z dżemem. Zeskoczyła więc z łóżka, podeszła do szafy, zapaliła światło i nagle zobaczyła na parapecie telegramy.
Przerażona, trzęsącymi się rękami zerwała opaski i przeczytała.
Pierwszy telegram głosił:
BĘDĘ DZIŚ PRZEJAZDEM OD DWUNASTEJ NOCY DO TRZECIEJ RANO STOP CZEKAJCIE MIESZKANIU MOSKWIE TATA
A drugi:
PRZYJEŻDŻAJ NATYCHMIAST STOP W NOCY TATA BĘDZIE MOSKWIE STOP OLGA
Żenia z przerażeniem spojrzała na zegarek. Była za kwadrans dwunasta. Narzuciwszy sukienkę i schwyciwszy na ręce śpiące dziecko, Żenia jak oszalała wybiegła na ganek. Potem oprzytommała i zaniosła małą z powrotem na łóżko. Wybiegła na ulicę i rzuciła się ku domowi starej mleczarki. Tak długo waliła w drzwi pięściami i nogami, aż z okna wysunęła się głowa sąsiadki.
- Co się stało? - spytała sennie sąsiadka. - Kto tu łobuzuje?
- Ja nie łobuzuję - błagalnie powiedziała Żenia. - Potrzebna mi jest mleczarka, ciocia Masza.
Chciałam u niej zostawić dziecko.
- Głupie gadanie! - zatrzaskując okno, odparła sąsiadka. - Gospodyni jeszcze z rana wyjechała do brata na wieś.
Od strony dworca rozległ się gwizd nadjeżdżającego pociągu. Żenia wybiegła na ulicę i zderzyła się z siwym dżentelmenem, doktorem Kołokolczykowem.
- Przepraszam - wymamrotała. - Co to za pociąg?
Dżentelmen wyjął zegraek.
- Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt pięć - odpowiedział. - Ostatni pociąg do Moskwy.
- Jak to ostatni? - połykając łzy, wyszeptała Żenia. - A kiedy będzie następny?
- Następny będzie rano, o trzeciej czterdzieści. Co ci jest dziewczynko? - podtrzymując za ramię pobladłą Żenię, spytał troskliwie starszy pan. - Czemu płaczesz? Czy mogę ci w czymś pomóc?
- Ach, nie! - powstrzymując łkanie, odparła Żenia. - Teraz już nikt na świecie nie może mi pomóc!
W domu upadła na łóżko kryjąc twarz w poduszce, ale po chwili zerwała się i spojrzała z nienawiścią na śpiącą dziewczynkę. Opamiętała się jednak, poprawiła jej kołdrę, zepchnęła z poduszki rudego kociaka.
Potem zapaliła światło na werandzie, w kuchni i w pokoju, usiadła na tapczanie i ukryła twarz w dłoniach. Siedziała tak długi czas, nieruchoma i otępiała.
Mimo woli potrąciła łokciem akordeon, leżący obok.
Wzięła go machinalnie i poczęła przebierać klawisze.
Zabrzmiała melodia smutna i uroczysta. Żenia gwałtownie przerwała grę i podeszła do okna. Ramiona jej drżały.
Nie! Nie mogła siedzieć tu dłużej sama! To było ponad jej siły! Zapaliła świeczkę i potykając się, pobiegła przez ciemny ogród ku szopie.
A oto i strych. Sznury, mapa, worki, proporczyk.
Żenia zapaliła latarkę, podeszła do koła sterowego i odnalazła właściwy przewód. Następnie zaczepiła go na hak i gwałtownie przekręciła koło.
Timur spał, kiedy Rita dotknęła łapą jego ramienia. Nie poruszył się, toteż Rita schwyciła zębami kołdrę i ściągnęła ją na ziemię.
Timur zerwał się.
- Coś ty? - spytał, nic nie rozumiejąc. - Coś się stało?
Pies patrzył mu w oczy i merdał ogonem. Timur usłyszał z werandy brzęczenie miedzianego dzwoneczka.
Dziwne! Kto mógł do niego dzwonić w środku nocy? Chłopiec wyszedł na werandę i podniósł słuchawkę telefonu.
- Tak; to ja. Timur. Kto mówi? To ty, Żeniu? Co się stało?
Początkowo Timur słuchał spokojnie. Ale po chwili wargi mu zadrżały, a na twarzy wystąpiły czerwone
plamy. Jego oddech stał się szybki i przerywany. - Tylko na trzy godziny? - spytał, z trudem panując nad zdenerwowaniem. - Żeniu, ty płaczesz? Przecież słyszę, że płaczesz! Ani się waż! Poczekaj na mnie. Zaraz przyjdę!
Powiesił słuchawkę i schwycił z półki rozkład jazdy pociągów.
- Tak, ostatni odchodzi o dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt pięć. Następny jest dopiero o trzeciej czterdzieści. - Timur zagryzł wargi. - Wszystko przepadło! A może jednak coś się da zrobić? Nie, już za późno.
Ale czerwona gwiazda dniem i nocą pali się na furtce domu Żeni. Sam, własnoręcznie ją tam zapalił i jej płomienie, proste i ostre, płoną nieustannie przed jego oczyma.
Córka dowódcy jest w niebezpieczeństwie! Córka dowódcy wpadła w zasadzkę!
Timur ubrał się szybko, wybiegł na ulicę i po chwili stał już na ganku domu siwego dżentelmena. W gabinecie doktora paliło się jeszcze światło. Timur zapukał.
Drzwi otworzyły się.
- Z kim się chcesz widzieć? - spytał sucho zdziwiony doktor.
- Z panem - odparł Timur.
- Ze mną? - Starszy pan zastanowił się, potem szerokim gestem otworzył drzwi i powiedział: - Cóż, w takim razie proszę!
Rozmowa była krótka.
- To wszystko - z błyszczącymi oczyma zakończył Timur. - Teraz już pan wie, co robimy, jak się bawimy i po co mi potrzebny pański Kola. Doktor podniósł się, nie mówiąc ani słowa. Szybkim gestem ujął Timura za podbródek, uniósł jego głowę do góry i spojrzał mu w oczy.
Potem wszedł do pokoju, gdzie spał Kola, i pociągnął go za ramię.
- Wstawaj! - powiedział. - Czekają na ciebie.
- Ale ja nic nie zrobiłem! - wytrzeszczając z przestrachu oczy, zawołał Kola. - Ja nic nie wiem, dziadku! Słowo honoru!
- Wstawaj! - powtórzył sucho starszy pan. Przyszedł do ciebie przyjaciel.
Żenia siedziała na strychu na wiązce słomy i obejmując rękami kolana, czekała na Timura. Ale zamiast Timura w kwadracie okna ukazała się potargana głowa Koli Kołokolczykowa.
- To ty? - zdumiała się Żenia. - Czego tu chcesz?
- Nie wiem - cicho i z rozterką powiedział Kola. - Spałem, a on przyszedł. Więc wstałem, a on mnie tu przysłał i kazał mi razem z tobą czekać przy furtce na ulicy.
- Na co?
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, o co chodzi, Żeniu. Jeszcze się nie całkiem obudziłem.
Nie było kogo pytać o zezwolenie. Wujek nocował w Moskwie. Timur zapalił latarkę. wziął siekierkę, zawołał psa i wyszedł do ogrodu. Stanął przed zamkniętymi drzwiami szopy, spojrzał z niechęcią na trzymaną w rękach siekierkę i na kłódkę. Cóż, trudno! Wiedział, że robi źle, ale nie miał innego wyjścia. Silnym uderzeniem rozbił kłódkę i wyprowadził motocykl z szopy.
- Rito! - powiedział ze skruchą, całując psa w pysk. - Nie gniewaj się! Nie mogłem postąpić inaczej!
Żenia i Kola stali przed furtką. W oddali rozbłysło światło, które szybko zbliżało się ku nim wraz z warkotem motoru. Oślepieni, zasłonili oczy i odstąpili ku ogrodzeniu, ale w tej chwili światło zgasło i motor ucichł. Przed nimi stał Timur.
- Kola! - powiedział, nie witając się i nie pytając o nic. - Zostaniesz tutaj i będziesz pilnował śpiącej dziewczynki. Odpowiadasz za nią przed całą naszą drużyną. A ty, Żeniu, siadaj. Jedziemy do Moskwy! Żenia krzyknęła i rzuciwszy się Timurowi na szyję, ucałowała go.
- Siadaj, siadaj! - starając się przybrać surowy wyraz twarzy, zawołał Timur. - Trzymaj się mocno! Naprzód! Ruszamy!
Motocykl zawarczał, ruszył z miejsca i wkrótce czerwone światełko znikło sprzed oczu zdumionego Koli.
Kola przez chwilę nie ruszył się z miejsca, potem podniósł kij i trzymając go na ramieniu jak karabin, obszedł wokół jasno oświetlonego domu.
- Co robić? - mruczał wybijając krok. - Ciężki jest los żołnierza! Nie ma spokoju we dnie ni w nocy.
Zbliżała się trzecia w nocy. Pułkownik Aleksandrow siedział przy stole, na którym stał wystygły czajnik i leżały resztki kiełbasy, sera i bułki.
- Za pół godziny jadę - powiedział do Olgi. Szkoda, że nie udało mi się zobaczyć Żeńki. Olu, ty płaczesz?
- Nie rozumiem, co się mogło stać, dlaczego nie przyjechała. Tak mi jej żal, tak strasznie na ciebie czekała! Teraz zwariuje do reszty! I tak już jej mało brakuje!
- Olu - powiedział ojciec, podnosząc się - nie wiem, nie wierzę, żeby Żeńka mogła wpaść w złe towarzystwo, żeby ktoś mógł nią rządzić, nakłaniać ją do złego. To nie w jej charakterze!
- O właśnie! - zawołała Olga. - Tylko jej to powiedz! I tak już bez przerwy powtarza, że ma twój charakter! Głupia smarkata! Wiesz, co ona wyprawia?
Wlazła kiedyś na dach, spuściła przez komin sznurek... Ja chcę wziąć żelazko, a ono skacze do góry! Kiedy wyjeżdżałeś, miała cztery sukienki. Teraz dwie. Są w strzępach, z trzeciej wyrosła, czwartej jeszcze nie pozwalam jej wkładać. I uszyłam jej trzy nowe, ale czy na długo ich starczy! Wszystko się na niej drze i rozłazi. Ciągle biega podrapana i posiniaczona. A potem podejdzie, wytrzeszczy te swoje błękitne oczęta, zrobi buzię w ciup i wszyscy myślą, że to anioł, nie dziewczyna! Ładny mi anioł! Osiwieć można przy takim aniele! Nie mów jej, tatusiu, że ma twój charakter, bo będzie potem przez trzy dni tańczyć na kominie albo jeszcze coś gorszego.
- Dobrze - obejmując Olgę, zgodził się ojciec. Nic jej nie powiem. Napiszę do niej list. Ale i ty, Olu, nie bądź dla niej zbyt surowa. Powiedz jej, że ją kocham i myślę o niej, że wkrótce się zobaczymy i że nie powinna płakać, bo jest córką dowódcy.
- I tak będzie płakać - odparła Olga, tuląc się do ojca. - Ja też jestem córką dowódcy i też będę.
Ojciec spojrzał na zegarek, zapiął przed lustrem pas i począł obciągać bluzę. Nagle trzasnęły zewnętrzne drzwi. Poruszyła się portiera. Bokiem, skulona jak do skoku, wynurzyła się spoza niej Żenia.
Ale zamiast krzyknąć, ucieszyć się, skoczyć ku ojcu, dziewczynka szybko i bez słowa podeszła do niego i ukryła mu twarz na piersi. Czoło miała pochlapane błotem, sukienkę pomiętą i poplamioną. Olga spytała zaniepokojona:
- Żeniu, jak się tu dosiałaś? Czym przyjechałaś?
Ale Żenia, nie patrząc na siostrę, machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć: "Poczekaj chwilę! Zostaw mnie! Nie pytaj!" Ojciec wziął Żenię za ręce, podprowadził do kanapy, posadził sobie na kolanach. Spojrzał jej w twarz i otarł dłonią pobrudzone czoło.
- Już wszystko dobrze! Zuch z ciebie, Żeniu!
- Ale cała jesteś w błocie! Co się stało? Czym tu dojechałaś? - znowu spytała Olga.
Żenia wskazała na portierę i Olga ujrzała Timura.
Timur zdejmował skórzane samochodowe rękawice.
Skroń miał pobrudzoną żółtym olejem. Miał spoconą, zmęczoną twarz człowieka, który uczciwie, do końca spełnił swój obowiązek. Pochylił głowę, witając się z wszystkimi.
- Tatusiu! - zawołała żenia zeskakując z kolan ojca. - Nie wierz nikomu! Oni nic nie wiedzą! To jest Timur, mój najlepszy przyjaciel!
Ojciec wstał i bez chwili wahania uścisnął Timurowi rękę. Szybki, tryumfalny uśmiech przemknął przez twarz Żeni. Dziewczynka przez chwilę wyczekująco patrzyła na Olgę. Wreszcie Olga, zbita z tropu, jeszcze nic nie rozumiejąc, podeszła do Timura.
- No, jeśli tak... to witaj!
Wkrótce zegar wybił trzecią.
- Tato - przestraszyła się Żenia - dlaczego wstajesz? Nasz zegar się śpieszy.
- Nie, Żeniu, nie śpieszy się. Idzie dobrze.
- Ale twój zegarek też się spieszy. - Żenia podbiegła do telefonu, nakręciła numer zegarynki i ze słuchawki doleciał monotonny metaliczny głos:
- Trzecia zero cztery. Żenia spojrzała na ścianę i westchnęła:
- Spieszy się, ale tylko o minutę. Tato, zabierz nas ze sobą na dworzec, odprowadzimy cię do pociągu.
- Nie, Żeniu, nie wolno. Nie będę miał tam czasu na pożegnania.
- Dlaczego? Przecież masz już bilet?
- Mam.
- W pierwszej klasie?
- W pierwszej klasie.
- Och, tak bym chciała pojechać z tobą daleko w świat... w wagonie pierwszej klasy.
I oto widzimy już nie dworzec, lecz jakąś stację, podobną do towarowej. Wokół tory, semafory, wagony, lokomotywy. Ani śladu ludzi. Na torze stoi pociąg pancerny. Otworzyło się żelazne okno, mignęła i skryła się czerwona od blasku twarz maszynisty. Na peronie w skórzanym płaszczu stoi ojciec Żeni, pułkownik Aleksandrow. Podchodzi do niego lejtnant, salutuje i pyta:
- Towarzyszu dowódco, wyruszamy?
- Tak jest. - Pułkownik spogląda na zegarek. Jest trzecia pięćdziesiąt trzy. Według rozkazu mamy wyruszyć o trzeciej pięćdziesiąt trzy.
Pułkownik Aleksandrow podchodzi do wagonu i rozgląda się. świta, ale niebo zasnute jest chmurami. Pułkownik ujmuje wilgotną poręcz. Otwierają się przed nim ciężkie drzwi. Stawiając nogę na stopniu, pułkownik mówi do siebie z uśmiechem:
- W pierwszej klasie? Tak, w pierwszej klasie.
Ciężkie stalowe drzwi zatrzaskują się za nim z łoskotem. Spokojnie, płynnie, bez hałasu cały ten żelazny kolos rusza i powoli nabiera szybkości. Przejeżdża parowóz, potem wieżyczki dział. Moskwa pozostaje w tyle. Mgła. Gwiazdy gasną. świta.
Rano, wróciwszy z pracy i nie zastawszy w domu, Timura ani motocykla, Georgij postanowił natychmiast odesłać bratanka do domu, do matki. Zasiadł do pisania listu, ale po chwili dojrzał przez okno idącego ścieżką ku domowi czerwonoarmistę.
Żołnierz wyjął kopertę i spytał:
- Towarzysz Garajew?
- Tak jest.
- Georgij?
- Tak.
- Proszę przyjąć list i podpisać.
Czerwonoarmista odszedł. Georgij przyjrzał się kopercie i gwizdnął ze zrozumieniem. No tak! Nadeszło wreszcie to, na co od dawna czekał. Otworzył kopertę, przeczytał i zmiął rozpoczęty przed chwilą list. Teraz należało nie odsyłać Timura do domu, lecz ściągnąć telegraficznie na letnisko jego matkę.
Do pokoju wszedł Timur i rozgniewany Georgij huknął pięścią w stół. Ale w ślad za Timurem weszły Żenia i Olga.
- Nie trzeba! - powiedziała Olga. - Nie trzeba krzyczeć ani walić w stół. Timur nic nie jest winien.
Winni jesteśmy my - ja i pan.
- Tak, tak! - podchwyciła Żenia. - Niech pan na niego nie krzyczy! Olu, nie podchodź do biurka. Ten rewolwer okropnie głośno strzela.
Georgij spojrzał na Żenię, potem na rewolwer i odbity uchwyt glinianej popielniczki. Wreszcie, pokiwawszy głową ze zrozumieniem, zapytał:
- Więc tamtej nocy ty tu byłaś, Żeniu?
- Aha. Olu, opowiedz mu wszystko po kolei, a my tymczasem weźmiemy szmaty i naftę i pójdziemy czyścić motocykl.
- Co to ma znaczyć? - cicho spytała Olga. - Czy to nowa rola w operze?
- Nie - odparł Georgij. - Wpadłem, żeby się pożegnać. To nie nowa rola, to tylko nowy mundur.
- Ach, więc wtedy to pan miał na myśli? - spytała Olga czerwieniąc się. - "Przez żelazo i beton trafiamy wroga w samo serce"? - Właśnie to. Olu, mam do pani prośbę: Proszę mi coś zagrać i zaśpiewać, żebym miał co wspominać w dalekiej drodze.
Georgij usiadł. Olga wzięła akordeon.
Pilocie mój, pilocie,
w swym szybkim samolocie
pomknąleś hen, daleko, w bój.
Czy przyjdzie dzień wspaniały,
Gdy wrócisz zdrów i cały,
Czy wrócisz do mnie, miły mój?
Na ziemi i na niebie
mój wzrok odnajdzie ciebie,
w ojczyźnie, na obczyźnie
doleci cię mój śpiew?
Twe skrzydla lśnią w oddali
i gwiazda twa się pali,
czerwona, niezwyciężona,
przez płomień, dym i krew.
- Proszę - powiedziała po chwili milczenia. - Tylko że to o lotnikach. O czołgistach nie znam żadnej dobrej piosenki.
- To nic - powiedział Georgij. - Obejdę się bez piosenki o czołgistach. Tylko niech mi pani powie jakieś dobre słowo.
Olga zamyśliła się i szukając jakiegoś dobrego słowa, w milczeniu spojrzała w jego szare, teraz już wcale nie śmiejące się oczy.
Żenia, Timur i Tania siedzieli w ogrodzie.
- Słuchajcie, wiecie co? - zaproponowała Żenia. - Georgij wyjeżdża teraz na front. Zbierzemy całą drużynę, żeby go uroczyście pożegnać. Dajmy sygnał numet jeden, ogólny wywoławczy. To dopiero będzie!
- Nie trzeba - zaoponował Timur - Dlaczego? - Bo nie. Przecież przedtem nikogo w ten sposób nie odprowadzaliśmy.
- Nie to nie - westchnęła Żenia. - Siedźcie tu sobie, a ja pójdę się napić wody.
Żenia odeszła. Tania roześmiała się. - Coś ty? - nie zrozumiał Timur.
Tania zaśmiała się jeszcze głośniej.
- Spryciara z tej Żeńki! "Pójdę się napić wody!" - Uwaga! - rozległ się w tej chwili ze strychu dźwięczny tryumfalny głos Żeni. - Nadaję sygnał numer jeden, ogólny wywoławczy!
- Wariatko! - zerwał się Timur. - Co ty wyprawiasz! Zaraz tu będzie cały tłum!
- Oho! - zdziwił się Georgij. - Nie wiedziałem, że jest was tak dużo! Całe wojsko! Można was załadować do pociągu i wysłać na front!
- Nie można! - westchnęła Żenia i powtórzyła za Timurem: - Wszyscy dowódcy mają żelazny nakaz, żeby pędzić nas z frontu na łeb na szyję. Szkoda! Tak bym chciała pojechać z wami! Naprzód, do ataku! Kulomioty, ognia! Hurra!
- Tylko ciebie tam brakowało, chwalipięto! - roześmiała się Olga i przerzucając przez ramię pasek akordeonu, powiedziała: - No cóż, jak odprowadzać, to z muzyką!
Wyszli na ulicę. Olga grała na akordeonie. Potem zadzwoniły butelki, blaszanki, puszki od konserw - zaimprowizowana orkiestra, i zaraz rozległa się piosenka.
Szli przez zielone ulice w kierunku dworca. Liczba odprowadzających coraz to się zwiększała. Początkowo przechodnie nie rozumieli, co się dzieje, skąd ten gwar, krzyki i piosenka. Potem uśmiechali się i jedni w myślach, a inni na głos, życzyli Georgijowi szczęśliwej drogi. Kiedy orszak pożegnalny zbliżał się do peronu, przez tory, nie zatrzymując się, przemknął eszelon wojskowy.
W pierwszych wagonach byli czerwonoarmiści. Ludzie machali im rękami, wykrzykiwali pozdrowienia.
Potem przejechały otwarte platformy, załadowane wozami, nad którymi wznosił się cały las zielonych hołobli. Następnie wagony z końmi. Konie kręciły pyskami i żuły siano. Im także krzyczano "hurra". Wreszcie przemknęła platforma, na której leżało coś wielkiego, kanciastego, starannie okrytego szarym brezentem, Obok, kołysząc się z ruchem pociągu, stał wartownik.
Eszelon znikł w oddali, nadszedł pociąg. Timur pożegnał się z wujkiem.
Do Georgija podeszła Olga.
- Cóż, do widzenia - rzekła. - Chyba nieprędko się zobaczymy.
Georgij potrząsnął głową i ujął jej dłoń.
- Kto wie... .
Przy akompaniamencie śpiewu, krzyku i ogłuszającego hałasu orkiestry pociąg zniknął w oddali. Olga była zamyślona. W oczach Żeni jaśniało wielkie i niepojęte dla niej samej szczęście.
Timur był wzruszony, ale panował nad sobą.
- No proszę - powiedział lekko zachrypniętym głosem. - Teraz zostałem sam. - I natychmiast dodał, prostując plecy. - Zresztą, jutro przyjedzie do mnie mama.
- Jak to sam? A ja? - wykrzyknęła Żenia. A oni? - wskazała na kolegów. - A to? - I dotknęła palcem czerwonej gwiazdy.
- Bądź spokojny - powiedziała Olga, otrząsając się z zadumy. - Zawsze myślałeś o innych, teraz oni odpłacą ci tym samym.
Timur podniósł głowę. I nawet teraz, nawet w takiej chwili ten miły i szczery chłopak nie mógł odpowiedzieć inaczej.
Przesunął wzrokiem po kolegach, uśmiechnął się i powiedział:
- Stoję i patrzę... Wszyscy są spokojni, wszystkim jest dobrze... Więc i mnie jest dobrze!
1940
RSW "Prasa-Książka-Ruch" MŁODZIEŻOWA AGENCJA WYDAWNICZA
Warszawa 1982. Wydalnie XVIIl Ark. wyd 4,3 Ark druk 0,16 N akład 299 650+350 egz.
Oddano do produkcji w styczniu 1982r
Druk ukończono w ....
Prasowe Zakłady Graficzne Łódź. ul. Armii Czerwonej 28.
Zam. 74/82 Z-98
ocr i reszta: bujnos