Okładkę i kartę tytułową projektowała Małgorzata Śliwińska Przypowieść o zdradzie © Copyright by Marek Pąkciński, 1993 ISBN 83-07-02228-2 Światło załamywało się, rozpraszało, w centrum tworzyło mglistą, lecz wyraźną kulę, po brzegach rozszczepiało się na poszczególne składniki widma, całą gamą kolorów. Działo się tak dlatego, że niewielkie szybki, z których skonstruowano misterne i rozległe okno, były na krańcach ścięte, co dawało efekt pryzmatu. Na tle tej misternej konstrukcji blasku dopiero przyzwyczajone oko dostrzegłoby kontur postaci mężczyzny, opartego swobodnie o framugę. Jego tors był nagi, gest, w którym zastygł już od dłuższego czasu, pozwalał przypuszczać, że mężczyzna właśnie pali papierosa. Nietrudno również byłoby odgadnąć, że za oknem nie widzi nic lub prawie nic, z uwagi na porażający go blask, którego natężenie można by porównać jedynie ze światłem fotograficznej lampy. Na jego twarzy dawało się dostrzec grymas, ale trudno przypuścić, jaka jest — lub była — jego przyczyna: nadmierna jaskrawość oświetlenia, atak dotkli-wego bólu czy też ból głębszy, wewnętrzny, nie z ciała pochodzący. Palce lewej ręki mężczyzny, opuszczonej swo-bodnie wzdłuż tułowia, muskały świetlistą przestrzeń. Kapitan Sorokin ocknął się z zamyślenia. Z kieszonki spodni wyjął zegarek, zerknął na niego, po czym szybkim krokiem odszedł od okna. A jednak odczuwał ból, grymas nie spełzł z jego twarzy, choć znalazła się ona w strefie cienia. Zgasił papierosa. Ubrał się sprawnie, lecz bez pośpiechu, przemagając jakiś wewnętrzny opór. W ciszy pokoju rozległo się delikatne pukanie. W półotwartych drzwiach stanął służący ze śniądaniem na tacy. Sorokin odprawił go niecierpliwym gestem. Nie mógł myśleć o jedzeniu. Ból, poczęty jakimś niejasnym zawirowaniem w okolicach serca, rozlał się po całej klatce piersiowej. Przychodził zawsze o tej samej porze i z każdym dniem wydawał się silniejszy. Kapitan zerknął na pistolet, leżący teraz na nocnym stoliku z hebanowego drzewa, jakby rozważając możliwość użycia go natychmiast. Sorokin skontrolował swój wygląd w lustrze, po czym sięgnął po broń, którą umieścił w wewnętrznej kieszeni munduru. Pomyślał z niechęcią, że jeśli wyjdzie teraz z domu, na pewno napotka kupca bławatnego Szatina, usiłującego zawsze za-bawić go jakąś błahą i głupią rozmową. Ten „gminny Kąt-ków" — jak nazywał go w myślach Sorokin — irytował go zawsze do tego stopnia, że cały początek dnia pogrążał się za jego sprawą w oparze złości i zniechęcenia. Niestety, tylko z rzadka udawało się Sorokinowi uniknąć rozmowy. Pragnął jak najszybciej znaleźć się na ulicy, odsunąć złe myśli. Zbiegł szybko po schodach. W bramie znów poraził go blask. Nienawidził słońca, gdy czuł się źle, a jego umysł pozornie chłodno analizował postępy choroby. Teraz wstrzą-snął się z fizycznym niemal wstrętem, wychodząc na zalaną światłem aleję. Ruszył szybkim krokiem w prawo, w kierunku placu św. Izaaka. Był to pierwszy etap porannego spaceru, jaki fundował sobie częściowo dla przyjemności, częściowo zaś z polecenia lekarza, doktora Merkla. Szedł szybko, obcasy butów stukały równo, regularnie, w czym odnajdywał do-datkową ulgę. Od kontemplacji bruku pod stopami oderwał go nagle czyjś głos: — Dzień dobry, Piotrze Aleksandrowiczu! Do diabła, to Szatin! — pomyślał natychmiast. Przybrał oficjalny wyraz twarzy, usztywnił kręgosłup. — Witam — odparł sucho. Tamten uczepił się tego odezwa-nia jak tonący owad podsuniętej trzcinki. — Wygląda mi pan zmęczony, Piotrze Aleksandrowi-czu... — gruchał przymilnym tonem. — Na pana twarzy widać nawał pracy, nie przespane noce... Czyżby podłe bandyckie elementy, pragnące podkopać nasze państwo, tak się ostatnio uaktywniły? Sorokin z pełną determinacji arogancją zignorował pytanie. Otworzył się cały na zewnątrz, widział niewielkie, starannie przycięte drzewa o kształtach niemalże doskonale kulistych, żwirowe alejki, nad którymi górowała pewnie osadzona bryła Soboru św. Izaaka. Była pełnia lata, niespotykane w Pe-tersburgu upały, tak że miejscami trawa zaczęła nawet żółknąć pomimo starannego pielęgnowania. Spory ruch, rozpędzone dorożki wiozły do pracy urzędników wyższej rangi, niższe rangi poruszały się pieszo, ściskając teczki pod pachami. Nie działało to uspokajająco. Sorokin postanowił najkrótszą drogą skręcić nad Newę, nawet ryzykując spóźnienie. — ...myślę między innymi o zbrodniczym zamachu na pana ministra spraw wewnętrznych — Szatin kontynuował mo-nolog, którego początku kapitan w ogóle nie słuchał. — Bardzo dobrze, także dla nas, ludzi prostych i niewiele mogących, że to wrzenie udało się wreszcie opanować. Drżałem na samą myśl, że byle student, ogłupiały od zbyt szybko zdobytej wie-dzy, otumaniony przez modne w Europie idee, konstruując własnymi rękami prymitywną bombę, może mieć wpływ na losy państwa. Pan wybaczy, ale polityka ekscelencji Zubatowa w tym względzie wydawała mi się co najmniej niezrozumiała... Sorokin znów przestał słuchać. Odwrócił się od kupca, poszukując wzrokiem najkrótszej drogi nad Newę. Klucząc pomiędzy rozpędzonymi powozami przeszedł na drugą stronę ulicy. Miał nadzieję, że Szatin utknie gdzieś po drodze lub pójdzie do swojego kantoru — niestety, przeliczył się. Głos tamtego znów zabrzmiał przy jego głowie, natrętny, nie do oddalenia. — ...zresztą dzisiejsi spiskowcy nie mają nic wspólnego z tymi, którzy w czasach mojej młodości przysparzali pracy Oddziałowi. Zgodzi się pan ze mną, prawda? Pamięta pan Ławrowa, Hercena, Bakunina, aferę Nieczajewa czy też wyczyn Wiery Zasulicz? To byli zupełnie inni ludzie... chociaż pan — proszę mi wybaczyć, kapitanie — nie może tego pamiętać, był pan jeszcze zbyt młody... Nie bacząc na całą absurdalność ich idei, trzeba przyznać, że byli odważni... oczywiście w ich wypadku można mówić jedynie o brawurze — dodał szybko — czy też tępym fanatyzmie. Jednak dzisiejsi przestępcy nawet im nie dorastają do pięt. Tchórzliwi, kryją się za plecy tłumu. Rzucają do walki masy otumanionych robotników, skrzętnie dbając o własne bezpieczeństwo. Tak, Piotrze Alek-sandrowiczu, nie ma już poświęcenia nawet wśród tych sza-leńców. Pojedyncze przypadki zamachów jedynie potwierdzają regułę... Większość z nich nawet brzydzi się prochem, rozda-jąc jedynie zakazane gazetki, w przeświadczeniu, że tłum — ten głupi, chłopski, łatwowierny kundel — zrobi wszystko za nich... Sorokin nabrał przekonania, że kupiec jest dawnym in-formatorem Ochrany, który teraz, z zamiłowania lub z na-wyku, dąży do związanych z nią ludzi jak ćma do płomie-nia świecy. W dodatku na starość najwyraźniej rozwiązał mu się język i chlapie nim na lewo i prawo... Ich nie-nawidził najbardziej, tych podłych indywiduów, z których usług musieli korzystać. Nawet wygląd zewnętrzny Szati-na nasuwał skojarzenia z jakimś budzącym obrzydzenie zwie-rzęciem — szczurem lub skunksem. — Być może niedługo będziemy zmuszeni go zlikwidować — pomyślał nie bez mściwej satysfakcji. Nagle przystanął i spojrzał na Sza-tina takim wzrokiem, że tamten musiał wewnętrznie za-drżeć. — A pan — wycedził, słowa wydostawały się spomiędzy wąskich warg jak niewielkie, precyzyjnie skonstruowane po-ciski— czy jest pan pewien, że nie ma u siebie w domu nawet jednego egzemplarza zakazanej gazety lub książki? Ku jego zdumieniu Szatin nie przeraził się, chociaż kapitan użył teraz części tej siły, jaką stosował wobec podejrzanych w trakcie przesłuchań. Spojrzał mu w oczy i Sorokinowi wydało się, że na dnie przymilnego spojrzenia trwa w ukryciu jakaś zaskakująca twardość. — Jestem pewien — powiedział po prostu. Sorokin zmieszał się i uciekł wzrokiem, najgorsza rzecz, jaką mógł zrobić teraz. A jednak kupiec nie wykorzystał zwycięstwa i milczenie między nimi przedłużało się. — Przepraszam... — wybełkotał w końcu oficer. — Źle się czuję... muszę już iść. Kupiec skinął głową w milczeniu i Sorokin odszedł, czując na plecach spojrzenie tamtego. Gdy po kilkudziesięciu metrach odwrócił się, Szatina już nie było. Ta rozmowa wyprowadziła go z równowagi. W gardle czuł bicie serca, dłonie pociły się. Chociaż otaczały go krzewy i starannie wypielęgnowane drzewa, miał wrażenie, że idzie poprzez pusty krajobraz, wzdłuż wysokiego kamiennego muru o gładkiej powierzchni. Wiedział, iż będzie musiał wspiąć się na ten mur, ale czuł też absolutną niewykonalność postawionego przed nim zadania. Szedł więc wzdłuż muru, który wydawał się nieskończony, szedł i śmiał się, sprzedawał chleb, płakał, wykonywał wszystkie czynności, do jakich zdolny jest człowiek. Nawet spał idąc. Równo i wolno pochylały się nad nim płaczące włosy nieba. Ocknął się pod wpływem delikatnego, rześkiego powiewu. Był nad Newą. Otwarta nagle perspektywa zburzyła mur jego wyobraźni. Chłonął ten widok przez skórę. Po lekko po-chylonym, żwirowym nabrzeżu zszedł w kierunku wody. Newa rozlewała się szeroko, zmarszczona po powierzchni łagodną bryzą. W pewnej odległości widział, niczym rząd miniaturek, zespół architektoniczny na cyplu Wyspy Wa-silewskiej. Dla kogo lub dla czego to robię — przyszła refleksja — dla kogo lub dla czego pracuję w Ochranie? Dla własnej satysfakcji, dla jakiejś idei, dla ludzi, którzy mieszkają w tym mieście, czy dla ojczyzny, którą kocham? Cokolwiek by to było, gdzieś na dnie tej miłości czaił się ból. Bo Sorokin w istocie potępiał to, co czynił. Oto prawdziwa ofiara — myślał z fałszywym patosem — skazywać się na wieczne potępienie dla jakiegoś mglistego uczucia, które budziły w nim obrazy miasta. Nawet on z przerażającą jasnością widział podłość niektórych swoich czynów, a co dopiero Ktoś, będący wiecznym obser- walorem tego świata, jego ostatecznym kontrolerem. O ileż prostsze zadanie mieli ci, których tropił, ci ludzie, za jego sprawą idący z kamieniem w oczach na katorgę, do twierdzy, skąd nie było powrotu, lub po prostu—przez rozlaną płytko na nieskończonym obszarze spokojną wodę śmierci. W jego działaniach była sprzeczność, którą rozważał, idąc nadbrzeżnym bulwarem w kierunku Pałacu Zimowego. Otóż kochał ojczyznę — ale przecież nie materię drzew i traw, nie atomy, z których zbudowany był pomnik Miedzianego Jeźdźca, ani też nieuchwytną tkankę stosunków i hierarchii państwa. Jeśli można mówić o miłości — wiedział to, prze-czuwał — to tylko do pewnej idei. Zaś ideę Rosji miłowali również jego przeciwnicy, więcej, próbowali zmieniać rze-czywistość tak, aby sprostała właśnie idei. Rzecz polegała na pewnym subtelnym przesunięciu znaczeń, wyborze: on akceptował pewien stan faktyczny, który dla nich był nie do przyjęcia. Nie po raz pierwszy przyszła mu do głowy myśl, że w swym sumieniu godzi się na rzeczywistość tego kraju — ale tylko wraz z projektami zmiany. W jakimś sensie kochał więc również i tych, których wystawiał na próbę śmierci i strasz-niejszego od niej duchowego zniszczenia. Kochał swoich prze-ciwników. Właściwie nie mógł tego nazwać miłością, ale pytanie pojawiło się znów, jak nawrót rozkołysanego serca dzwonu: dlaczego ich zabijasz, dlaczego służysz Ochranie? Nie wiedział. Popełnił podstawowy błąd: przyszedł zbyt późno, stanowczo za późno, dokładnie w to miejsce, w którym powinien zawsze zjawiać się o czasie. W oczach wartownika, który przepuścił go przez bramę Pałacu, dostrzegł błysk zdziwienia. Potem droga w górę marmurowymi schodami, zapomniane, mniej dosko-nałe skrzydło budowli, w którym, cisi i bez przepychu, rezydują oni: jej strażnicy, obrońcy nierozerwalnie związanego z nią porządku. Korytarz, drzwi, drugie drzwi, strażnik — sierżant, który pozdrowił go ruchem ręki. Przejście korytarzem, nagła szamotanina po lewej, brodaty aresztant obrzuca wyzwiskami trzymających go pod pachy podoficerów, Sorokin przemknął pod ścianą jak duch nie z tego wszechświata. Nieczęsto spotykało się tu podobne widoki, więźniowie przyprowa-dzani do Oddziału byli już spokojni, cisi, poruszali się nawet z pewną godnością. „Anarchista, sądząc po wyglądzie" — ocenił kapitan niesfornego brodacza. Przystanął przed drzwia-mi swojego bezpośredniego zwierzchnika, po czym zapukał i zdecydowanie wszedł. Pokój majora Kirowa urządzony był z wyszukaną suro-wością. Prostej i jasnej geometrii zgromadzonych tu sprzętów nie zakłócała żadna roślina. Nad masywnym biurkiem z ciem-nowiśniowego drzewa wyrastał niemal bezpośrednio ogromny portret cara. Do tego cztery proste krzesła i niewielki stolik, przeznaczony do mniej oficjalnych rozmów. Człowiek, stojący teraz tyłem do kapitana, nie odwrócił się na dźwięk otwie-ranych drzwi. Przez głowę Sorokina przemknął błysk: „a jeśli, jakimś niesamowitym zrządzeniem, wchodzącym byłby za-machowiec..." Zameldował się służbiście. Kirów odwrócił się -w jego stronę dopiero wtedy, gdy skończył porządko-wanie rozłożonych na biurku dokumentów. Znużonego wy-razu twarzy nie zmąciło żadne uczucie. — A, jest pan — powiedział po prostu. — Czy coś się stało? Sorokin zwlekał, był tak rozkojarzony, że nie przygotował sobie odpowiedzi na pytanie w tej sytuacji najoczywistsze. — Cóż... — odezwał się Kirów po jakimś czasie. — Z pań-skiego milczenia wnioskuję, że po prostu pan zaspał. Zwykła sprawa, ale niech pan pamięta, że taki wypadek może zdarzyć się tylko raz w ciągu całej służby. — Tak jest, panie majorze — potwierdził Sorokin z niejakim wysiłkiem. — Dobrze w każdym razie, że zameldował się pan u mnie. — Kirów rozsiadł się w fotelu, zapalając cygaro. — Mam dla pana zadanie niekonwencjonalne, odbiegające od pańskich dotychczasowych obowiązków. Proszę, niech pan siada. — Wskazał Sorokinowi krzesło. Siadając na nim kapitan po-myślał, że zawsze czuje się tu jak podejrzany. — Czy mam w związku z tym przerwać sprawę sekty Fiodorowa? — zapytał. — Tak, na jakiś czas — odparł z namysłem Kirów, obser-wując w powietrzu złożone struktury dymu z cygara. — Spra-wa Fiodorowa nie ucieknie, a to zadanie ma klauzulę naj-wyższej pilności. Milczał przez chwilę, ta chwila przedłużała się niemal w nieskończoność i Sorokin pomyślał, że być może tajność nowego zadania nie pozwala wyjawić go nawet wykonawcy. — Chodzi o dwóch anarchistów z grupy Rewolucyjnych Mścicieli, Muraszewa i Kozickiego. Jednego z nich prze-słuchiwano dzisiaj w Oddziale. Nie powiedzą już nic, a zresztą, po prawdzie, nie mają już o czym mówić. Skazano by ich na śmierć, gdyby nie to, że akurat teraz sytuacja nie jest sprzyjająca. Byłoby to złą legitymacją liberalizmu Jego Cesar-skiej Wysokości. (Tu Kirów spojrzał na portret, jakby po-szukując tam potwierdzenia swoich słów.) Ci dwaj są jednak wyjątkowo niesubordynowani. Jeśli skazać ich na katorgę, uciekną. Pozostaje twierdza, ale w tym wypadku nawet ona nie jest wystarczającym zabezpieczeniem. Mamy pewne po-wody, aby sądzić, że pozostawieni na wolności ich towa-rzysze mogą posunąć się nawet do zamachu z użyciem dyna-mitu. W tej sytuacji... Cóż, dwaj anarchiści będą jutro prze-wiezieni do Twierdzy Pietropawłowskiej. Po drodze — proszę uważać, kapitanie — po drodze nastąpi jednak coś nie-przewidzianego. Grupa anarchistów zaatakuje więzienną ka-retkę, próbując odbić Muraszewa i Kozickiego. Atak zostanie odparty przez eskortę, nikt nie zginie, oprócz... niestety, oczywiście niestety dla naszych przeciwników, obaj herosi indywidualizmu polegną w tym zbytecznym starciu. To wszy-stko, kapitanie. Sorokinowi świtała jakaś myśl, ale nie wierzył w nią jeszcze, coś broniło go przed tą wiarą. — Jak... jak pan to wszystko przewidział, panie majorze? — No cóż, w tej kwestii liczyłem na pańską inteligencję. Widzę jednak, że będę musiał wyłożyć wszystko wprost. Naturalnie niezidentyfikowaną grupą anarchistów będą pań-scy podopieczni. — Jak to...? — Sorokin doskonale udał zdziwienie. — A proces? — Zupełnie zbyteczne. — Kirów zaciągnął się dymem. — Powiedzmy, że proces już się odbył, zaś wyrok został wydany zaocznie i w trybie przyspieszonym. Pomimo ciszy, która nastała, Sorokin nie ruszał się z miejsca. Studiował wzrokiem powierzchnię biurka. We wnętrzu przed-miotów narastało jakieś niedobre ciepło. Z tego niepokojącego stanu wyrwało go dopiero pytanie Kirowa: — Coś jeszcze, kapitanie? — Tak, panie majorze... — Sorokin mówił teraz wolno, z trudem. — A... etyka naszych działań? Kirów spojrzał na niego tak, jakby przed chwilą potwier-dziły się jego najgorsze przypuszczenia. Przez jakiś czas nic nie mówił, obserwując rozżarzoną końcówkę cygara. — Zdaje się, że pańska matka jest osobą głęboko wie-rzącą — odezwał się wreszcie. — Była, panie majorze — wymamrotał zaskoczony Soro-kin. — Od dwóch lat nie żyje. — Ach tak, przepraszam, nie chciałem dotknąć bolesnej jesz-cze rany... — Nie wiadomo dlaczego w uszach kapitana te sło-wa zabrzmiały nieszczerze, niemal obelżywie. — W każdym razie wychowała pana w głębokich zasadach moralnych, w poszanowaniu godności ludzkiej osoby. Cenimy te wartości i szanujemy w najwyższym stopniu. — Zaraz będzie jakieś „ale" — pomyślał Sorokin. — Jednak musi pan sobie uświa-domić, że o te wartości trzeba czasem walczyć. Nasi prze-ciwnicy chcą znieść, zlikwidować po prostu te wartości, a zresztą i wszystkie inne. Dlaczego jesteśmy zmuszeni walczyć bez pardonu. A swoją drogą dziwi mnie, że po paru latach pańskiej służby w Oddziale Ochrany muszę panu te sprawy jeszcze tłumaczyć... — Czy jednak rezygnując z tych wartości nie działamy na własną niekorzyść? — odważył się zapytać. — Kapitanie Sorokin, to przecież oczywiste, że walczyć o jakieś wartości jest nieraz stokroć trudniej, niż żyć w zgodzie z nimi. A poza tym — major zdusił cygaro z widocznym zniecierpliwieniem — ma pan po prostu wykonać rozkaz. Sorokin wstał, odmeldował się i ruszył w kierunku drzwi. Gdy je otwierał, major powiedział jeszcze coś, i zabrzmiało to jak groźba: — Mam nadzieję, że nie będziemy już nigdy wracać do tej rozmowy. W przeciwnym wypadku... Groźba wisiała w powietrzu pokoju i Sorokin poczekał, dopóki nie rozpłynęła się całkowicie. Dopiero wtedy otworzył drzwi szerzej i wyszedłszy na korytarz zamknął je starannie. Przez moment ujrzał Kirowa — major siedział przy biurku, zajęty już innymi sprawami. Kapitan szedł w stronę swojego pokoju — był to Samo-dzielny Referat ds. Sekt Religijnych — a rzeczy wokół niego pokrywały się szkłem nierealności. Czuł się absurdalnie, bez-sensownie, największa jego wewnętrzna rana — z której co jakiś czas wypływało na powierzchnię świadomości słowo „zdrajca" — była paradoksalnie zabliźniona. Paradoksal-nie, ponieważ zadanie, które właśnie otrzymał od Kirowa, będzie — wiedział o tym — całkowitym rozerwaniem tej rany, wewnętrzną eksplozją, samobójstwem. Uświadomił sobie coś: nie ma prawa przeżyć dnia jutrzejszego. Mechanicznie otworzył swój pokój, wszedł, usiadł za biur-kiem. Pomieszczenie błyskawicznie wypełniły myśli nienazwa-ne, bez twarzy. Oznaczało to, że myśli nie są jego, że ktoś myśli nim. Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł jakiś człowiek, co spowodowało natychmiastową ucieczkę marzeń do korzeni „ja". Na tle ściany przemieściła się chytra, uśmiechnięta twarz kapitana Kuratowa z Wydziału Politycznego. Jednak ten uśmiech był tylko imitacją życia, Sorokin wiedział o tym. Wewnątrz Kuratow był wypalony. Może właśnie dlatego prowadził intensywne życie towarzyskie, odwiedzał salony i bale, „bywał"; zapewne już dawno usunięto by go z tej, bądź co bądź, tajnej instytucji, gdyby nie okazały się te salony źródłem cennych dla Ochrany informacji. — Czołem, Pietia! — zaczął rozmowę z ożywieniem, które mogło maskować lęk. — Co u ciebie? Jak tam sprawy naszych zaczadziałych mistyków? — Idą powolutku — odparł wymijająco. — A jak się czuje siostra? — Przed tygodniem wyjechała do Odessy — poinformował Sorokin, myśląc równocześnie: „nie dostaniesz jej nigdy". Jakiś czas temu Kuratow wszczął starania o rękę jego siostry, Heleny. Czynił to, jak zresztą wszystko inne, z namolną skwapliwością, która niemal od samego początku wzbudziła niechęć Heleny. — Ten człowiek żyje jakby pod przymusem — myślał Sorokin — jakby wewnętrzne uspokojenie oznaczało dla niego zamarcie strumienia życia. A jednak to wszystko jest sztuczne. — Pozdrów ją ode mnie. — Kuratow zamilkł na chwilę, jakby skończyła mu się jakaś myśl. —Wiesz, wczoraj wygrałem od Zubatowa w karty ponad sto rubli. — Gratuluję. I znów narastało między nimi jakieś niedobre milczenie. Jak każdy człowiek, który nie jest pewny swej zdolności do życia, Sorokin bał się tego milczenia. Nie mógł jednak zrobić nic, aby je przerwać. Jak w malignie wyjął jakieś papiery i zaczął je przeglądać, nie patrząc na swojego rozmówcę. — Będziesz jutro u Szereszewskiego? — padło znów pyta-nie, na które już z przekory odpowiedział głuchym: — Nie. Oczywiście było to jak najgorsze zakończenie rozmowy, Sorokin wiedział o tym. Tamta sprawa tkwiła w nim jednak jak rozżarzone żelazo, nie pozwalając na najmniejszy choćby wysiłek podtrzymania kontaktu z kimkolwiek. — Widzę, że nie czujesz się najlepiej — w oczach Kura-towa zalśniła delikatna błonka zupełnej obcości. — Odwiedzę cię kiedy indziej. Kapitan wstał i sztywno przeszedł w kierunku drzwi, a Sorokin nie uczynił nic, aby go zatrzymać. W nagłym skurczu serca poczuł powierzchnię czasu, wypełniającego po-mieszczenie, ściśle przylegającego do jego ciała i do rozmiesz-czonych tu sprzętów. Gdyby udało się wstrzymać ciągły, ciepły ruch cząsteczek czasu, ich delikatne mrowienie, być może dzień jutrzejszy nie nadszedłby nigdy. — Muszę jakoś przygotować jutrzejszą akcję — pomyślał niemal w panice. W tym celu powinien wezwać dwóch swoich najlepszych agentów, Rezlera i Dobrolubowa. Położył dłoń na słuchawce telefonu, lecz powoli, jakąś miękką falą, opanował go bezwład. W przestrzeni pamięci ujrzał twarz kobiety, którą widział dawno, gdy był jeszcze kadetem, na tajnym zebraniu kółka wolnomyślicieli. Nie zamienił z nią ani wtedy, ani potem ni jednego słowa, lecz wiedział, że uczucie, które owładnęło nim wtedy, teraz zaś powracało wraz z tym obrazem, można nazwać miłością. I znów w miejsce jej delikatnego profilu wypłynęło słowo, które przez całe lata pracy w Ochranie pragnął za wszelką cenę od siebie odsunąć, zaś teraz dopadło go, bezbronnego: zdrada. Musiał wyjść stąd. Wyjść stąd za wszelką cenę, uwolnić się od obrazu tego pokoju, od obrazu miasta za oknem, poczętego szeroko rozścieloną na pierwszym planie, srebrzystą wstęgą rzeki. Pomyślał, że jest to niemożliwe. Że niemożliwa jest rzecz najprostsza: po prostu wstać i wyjść stąd. Może właśnie dlatego postanowił to zrobić. Po kilku minutach był już nad Newą. Szedł bulwarem, mijając spacerujących ludzi, sam zanurzony w całkiem innej przestrzeni. Nie myślał o niczym, nie było go właściwie. A jednak podświadomie kierował się tam, gdzie mógł od-naleźć rozwiązanie swojej — w myślach nazwał to pate-tycznie — sprawy. Musiał być teraz sam. Może w chro-pawej fakturze kory drzew, w muśnięciach ostrych włóczni trawy odnalazłby ocalenie. Jego dłoń, ruchem również nie-świadomym, wyczuwała przez tkaninę munduru kształt kol-by pistoletu. Miasto nie było już przezroczystą, ochron-ną sferą, kulą pozornie niekonsekwentnych, chaotycznych poruszeń, zamykającą go w swym wnętrzu. Było teraz obce, wrogie. Nie pamiętał, jak znalazł się w parku. Ogarnęło go ostre, lecz nie raniące wzroku światło, cała przestrzeń wydawała się jakby głębsza i bardziej świetlista. To była otwarta wewnątrz miasta przestrzeń, jak dziura w jego zimnej tkance. Sorokin oddychał pełną piersią, chłonął tę przestrzeń przez skórę. Szedł teraz wolniej. Drzewa o grubych ciemnych pniach zamykały z obu stron perspektywę alei, niewielkie mar-murowe posągi wyłaniały się spomiędzy nich jak zjawy. Ogród Letni. Kapitan usiadł na ławce, wyjął papierosa, zapalił. Nic nie mąciło ciszy, nawet skrzypienie żwiru pod stopami jakiegoś przypadkowego przechodnia. Ziarna czasu opływały go teraz łagodnie i bezboleśnie. Dlatego czas płynął, a on nie uświada-miał sobie miary tego upływu. W momencie gdy o tym pomyślał, spomiędzy posągów wyłoniła się jakaś kobieta, tak jak on, przedtem, idąca wolno, tak jak on chłonąca rzeczywistość przez skórę. Była blondynką o włosach krótko ściętych i zaskakującej energii w spojrzeniu. A jednak sposób, w jaki oglądała park, świadczył jakby o jej wewnętrzym zachwianiu. Sorokin doskonale znał to wrażenie, dla prze-ciętnego człowieka nieuchwytne, ale dla niego wyraźne jak na dłoni. Był to sposób odbierania świata, charakterystyczny dla przestępców politycznych i byłych więźniów stanu. Jeszcze niedawno roześmiałby się, gdyby ktoś mu powiedział, że coś takiego w ogóle istnieje. Podchodziła w stronę Sorokina, a on obserwował rysy jej twarzy z rosnącym zainteresowaniem. Czyżby to... nie, przecież to niemożliwe chyba, lata już minęły... Omiotła go spojrze-niem, była piękna, może nie zawsze i nie w każdej sytuacji, lecz teraz — z pewnością tak. Delikatność i ten rodzaj wewnętrznego zachwiania, wzburzenia? który pozwala na podejmowanie działań zdecydowanych, nierzadko brawuro-wych. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ta twarz jest mu skądś znajoma. Podeszła bliżej, a on spojrzał na nią badawczo. Wydawało się, że również jest zaskoczona jego widokiem, tak jakby go skądś znała. Jej brwi ściągnęły się w jakimś rozważaniu, choć nie przystanęła jeszcze. — Kapitan Sorokin? — pytanie zadane ciepłym, nieco ochrypłym głosem zawisło pomiędzy nimi jak kruchy pomost. — Tak, to ja — potwierdził. — Pani... chwileczkę, proszę pozwolić mi przypomnieć sobie... Sprawa Zofii Karwowskiej? Była pani świadkiem? — Nie. Współoskarżoną. Przypomniał sobie właściwie, ale nadal było to jak przez mgłę. Październik chyba, tamto miasto pod grubą pokrywą chmur, ponure, mury szare, ludzie, wydawałoby się, pozba-wieni chęci życia. On, młody jeszcze oficer, przydzielony do współpracy z policją... Tak, inaczej tam było niż w Petersburgu... — To już tak dawno... — zaczai. — Spędziłam ten czas na zsyłce — powiedziała po prostu. Sorokin dopiero teraz uświadomił sobie, że uczynił grubiań-sko, nie zapraszając jej na ławkę. Przeprosił ją, usiadła, przy-patrując mu się przez cały czas z życzliwym zainteresowaniem. — A teraz? Wraca pani...? — Wyszłam za bogatego kupca. Załatwił mi cofnięcie zakazu osiedlenia. Sorokin zgasił papierosa, zamilkł nagle, wpatrzony w jakiś punkt na żwirze alejki. — Wie pan, kapitanie... Chciałam panu podziękować... Pan był najbardziej ludzki, a poza tym to wszystko, co zrobił pan dla mnie... — powiedziała szybko kobieta. — Ja zaś w jakimś sensie podziwiałem panią, i to nie tylko na procesie — przerwał jej. — Szczerze mówiąc, zawsze podziwiałem sprawność działania kobiet w ruchu wywroto-wym... Bywacie czasem znacznie lepsze od mężczyzn. Sądzę, że wypływa to z pewnej subtelnej różnicy w myśleniu, a nawet w odczuwaniu... Otóż zawsze wydawało mi się, że mężczyzna widzi przed sobą stale bariery, które powinien pokonać, bariery częstokroć wyimaginowane. Natomiast kobieta sprytnie lawi-ruje wśród zdarzeń, docierając prosto do celu... Sorokin miał wrażenie, że mówi to wszystko, aby odwrócić jej uwagę od spraw naprawdę istotnych, od wspomnień, od tego, co ich kiedyś, być może, łączyło. — Niech pan nie przecenia kobiet — powiedziała z nie-oczekiwanym smutkiem w głosie. — Kobieta pozostaje w zgodzie z czasem — Sorokin mówił dalej, jakby jej nie usłyszał. — Umożliwia jej to fakt, że nie dzieli świata na sztuczne kategorie —jak mężczyzna. Widzi tylko to, co naprawdę jest wokół niej — a więc rzeczy, zjawiska, procesy. Nie próbuje ich klasyfikować, nie stwarza potem złudnej jedności. Po prostu akceptuje różnorodność i umie z niej korzystać. — Czyżby miał pan do czynienia z tak wieloma kobietami działającymi w ruchu wywrotowym? — Tak i nie. Kobiet naprawdę aktywnie działających było niewiele, za to w najbliższym otoczeniu wywrotowców zawsze przewijało się przynajmniej kilka kobiet. Czasem było to żona, przenosząca ulotki, czasem siostra, która pomaga je druko-wać, krewna, matka, narzeczona lub nawet całkiem obca kobieta, opiekująca się rewolucjonistą — tu Sorokin wy-łapał zdziwione spojrzenie, celowo użył tego słowa — rannym w czasie jakiegoś zamachu... Chciałaby pani pewnie zapytać, co o tym sądzę? Jakie budzi to we mnie refleksje? Tak, oczywiście, są refleksje. Sądzę, że kobiety potrafią wbrew pozorom doskonale wyczuwać niewystarczalność jakiegoś ładu politycznego. Są zdolne do pracy i poświęcenia, aby ten ład zmienić. Poświęcają się temu tak, jak wszystkiemu, co w ich życiu naprawdę istotne, bo ja wiem, na przykład wychowaniu dzieci. Potrafią cierpieć. To mężczyźni tworzą łatwe i dobrze brzmiące hasła, które potem rozwiewają się jak dym. Kobiety ich nie potrzebują. Potem, jeśli jakaś rewolucja kiedykolwiek zwycięży, będą pierwsze nawoływały do opamiętania, uspokoje-nia nastrojów. A pani... — nagle zwrócił się do niej —... wierzy jeszcze w to, czemu poświęciła znaczną część życia? — Nie powinien pan pytać, kapitanie. Ale ponieważ panu ufam, odpowiem, że taka wiara tylko się z czasem utwierdza. Powiał delikatny wiatr, gałęzie drzew poruszyły się, dziew-czyna poprawiła kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. Sorokin pomyślał, że nie mylił się, oceniając jej twarz z pewnej odległości. Była piękna. — Mam poczucie winy wobec pani — powiedział głucho, nieoczekiwanie dla samego siebie — mam poczucie winy wobec was wszystkich. Proszę mi nie przerywać, wiem, co mówię. Czy pani wie, że będąc w Szkole Kadetów, należałem do tajnego kółka? Chodziłem na zebrania, zbierałem jakieś składki. Nikt tego nie wykrył pomimo bardzo starannej kontroli. Potem, służąc w armii, w jednostce liniowej, zacząłem inaczej patrzeć na pewne sprawy. Miałem jednak wrażenie, że nie popełniam zdrady swoich dawnych ideałów, ponieważ nie zdradzam siebie. Tłumaczyłem sobie, że i tam, w wojsku, powinni być ludzie, którzy... Zostałem oddelegowany do sztabu. Ponieważ uważano mnie za zdolnego oficera, za-interesowała się mną Ochrana. Na początku były to nie-zobowiązujące rozmowy, ale wiedziałem, że jestem na roz-stajach życiowej drogi. Po kryjomu skontaktowałem się z dawnymi przyjaciółmi. Powiedzieli mi, że informacje na temat pracy Ochrany mogą być dla nich bardzo cenne. Jeszcze raz uratowałem się we własnych oczach... Przenie-siono mnie do Ochrany. Motywacja była taka, jak dawniej, lecz otrzymywane przeze mnie zadania okazywały się coraz bardziej dwuznaczne. Bałem się, że zostanę rozszyfrowany i dlatego wykonywałem je rzetelnie. Z czasem dawni przy-jaciele przestali mi ufać. Pozostało już tylko samooszustwo i próby zapomnienia, stłumienia przemocą poniżenia i hańby. Pozycje, na których okopało się moje poczucie tożsamości, były coraz bardziej wątłe. Tak żyłem niemal do dnia dzisiej-szego... i właśnie dziś... ale zostawmy to... — kapitan zmieszał się, błądził wzrokiem po żwirowej powierzchni alejki. Dziew-czyna patrzyła na niego rozszerzonymi oczyma, zdumiona ogromem jego szczerości i zaufania. Próbowała jakoś od-powiedzieć na zwierzenie i wysiłek ten odmalował się na jej twarzy niemal grymasem bólu. — Proszę posłuchać — mówiła szybko — pan nie może tak myśleć, pan... — Zostawmy to — przerwał jej zdecydowanie. Rozejrzała się wokół jakby z przestrachem. — Muszę już iść... niedaleko stąd czeka na mnie mąż... już jestem spóźniona... — nerwowym, zbyt gwałtownym ru-chem podniosła się z ławki. — Proszę mi jednak obiecać, że przyjdzie pan tu jeszcze... musi pan przyjść... — w lęku, który ją teraz wypełniał, była jeszcze piękniejsza niż chwilę przedtem. — Niech pani już idzie. Obiecuję, że przyjdę, jeśli tylko będę mógł. Odeszła szybkim krokiem, nie odwracając się ani razu. Sorokin odprowadzał spojrzeniem jej sylwetkę aż do momentu, gdy zniknęła za zakrętem alei. Potem sam również wstał z ławki i ruszył w przeciwnym kierunku. Oparty o barierkę parkowego tarasu, na którym światło załamywało się w licznych szybach ażurowego pawilonu sodo-wiarni, obserwował pejzaż. Patrząc w tym nieruchomym geście na piękno roztaczających się wokół tarasów soczystej trawy, na strzelistą harmonię fontann, usłyszał gdzieś przy samej tego piękna krawędzi śpiew odległy, przywołujący. Był samą esencją piękna. Choć wiele razy myślał o śmierci, dopiero tym razem dojrzał ją i odczuł naprawdę, odczuł pełne przerażającego ciepła przyciąganie Tamtej Strony. Pragnął Jej, przywoływał całym swoim ciałem. I nie miało teraz znaczenia, że jest niegotowy, jakby ta jedna chwila mogła zrównoważyć całe nagromadzone w nim zło. Pragnął roztopienia się, rozlania, zatraty granic. I nie miało teraz znaczenia, że była w nim podłość sięgająca samego rdzenia człowieczeństwa. Podłość, przy której uczynki najbardziej zapiekłego grzesznika, lich-wiarza, są tylko płaskim wyrachowaniem. Bo zdarzały się chwile, że pragnął zła, zniszczenia, dla wszystkich i dla wszy-stkiego. Pożądał strasznego ognia, który pochłonie świat. I teraz, w cichnięciu tego śpiewu, w jego na samej granicy nieistnienia drżącym wibrowaniu, słyszał wybaczenie dla siebie na granicy nieprawdopodobieństwa. Paradoksalnie, tą szansą tak niedokonaną, że niemal niemożliwą, był sam fakt, że istnieje. Że trwa, jakby na posterunku. Sam fakt, że żyje, istnieje, był szansą drobniejszą od najdalszej gwiazdy drżącej w porywach wichru, w pulsacji atmosfery. Nie, nie mógł tego zaprzepaścić. Poczuł zawrót głowy, wszystko wokół oddalało się, jakby zniszczało z prawdziwie istotnego obrazu świata. Z jego rdzenia, w którym przebywał teraz na ułamek czasu krótszy od najkrótszej myśli. Obrazy świata — drzew, traw, fontann — zniszczały się i mijały, jak wielkie płaszczyzny światła lub materii o cieniutkim wzorzystym splocie. Na dnie pamięci głuchym oddźwiękiem odezwał się fragment listu do jego ojca, który przeczytał kiedyś przypadkiem, podchodząc w trakcie zabawy do biurka: „Mam nadzieję, że Pana syn, Aleksandrze Wasiljewiczu, odziedziczy po panu ten wewnętrzny ogień święty..." Wszystko zniszczało się, odpadało. Zaległa mgła, jakby nagle ktoś otoczył go swoją nadludzką opieką. — Jak się pan czuje? Pytanie to, zadane tuż nad jego głową głosem spokojnym i opanowanym, wyrwało go z nagłej ciemności. Z ciemności, która opadła go nagle pośród skomplikowanej sieci ścieżek tego ogrodu, bo tak być musiało, skoro leżał teraz na ławce, ze wzrokiem skierowanym w szarogranatową przestrzeń gwiezdnego nieba. Spojrzał w bok i napotkał twarz mężczyzny około pięćdziesiątki, oświetloną tylko w połowie przez latarnię z przeciwnej strony alei. Twarz poznaczona była zmarszczka-mi, lecz zarazem i spokojna, budząca zaufanie. — Zemdlałem? — zapytał próbując się podnieść, ale po-wstrzymał go kłujący ból tuż za mostkiem. — Tak, stracił pan przytomność — potwierdził mężczyzna, który trzymał teraz w dłoni jego nadgarstek, kontrolując puls. — Znalazłem pana przypadkowo, przechodząc tędy. Ma pan objawy niedomogi serca... — Zamilkł na chwilę, wsłuchany w pulsowanie tętna. — W tej sytuacji konieczny będzie szpital... — dodał. — Pan pozwoli, że się przedstawię... doktor Sergiusz Załygin z Akademii. — Sorokin... — odpowiedział podając mu lewą dłoń, bo prawa już znajdowała się w garści doktora. — Miałem szczę-ście, że pan... mnie... znalazł. — Miał pan — potwierdził lekarz z ledwo dostrzegalnym uśmiechem. — Kto wie, co mogłoby się stać, gdyby pan leżał dłużej na tej trawie. Co najmniej zapalenie płuc. Zaś kompleks phicno-sercowy bywa bardzo niebezpieczny... Cóż, w tej sy-tuacji zawołam dla pana dorożkę... — Proszę zaczekać...! — tym razem Sorokin schwycił le-karza za rękę. — Jestem tu... — kłamał naprędce... — ...z kimś umówiony. To bardzo ważne... muszę... — W tej sytuacji nic pan nie musi, kapitanie! — zde-cydowanie przerwał lekarz. — Wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. — Przez chwilę milczeli obaj, lekarz spytał: — Czy leczył się pan u kogoś? — Tak... u... doktora Merkla. — Hmm... to dobry specjalista... — zadumał się Załygin. — Nie rozumiem tylko, dlaczego pozwolił panu chodzić w takim stanie... — Już dawno go nie wzywałem... — wyznał Sorokin. Le-karz pokiwał głową. Po chwili wstał, jakby dostał zastrzyk energii. — Idę po dorożkę. Proszę leżeć i nie ruszać się pod żadnym pozorem. Niestety, na najbliższych parę tygodni muszę pana zaprosić na swój oddział—nagle odwrócił się i odszedł szybkim krokiem człowieka zdecydowanego, pragmatyka. Sorokin leżał przez jakiś czas, oddychając ostrożnie, w lęku przed po-nownym przywołaniem bólu. Nikt nie przechodził alejką, drżały gwiazdy w ruchach atmosfery, jego twarz muskał delikatny powiew. W oddali zwielokrotnionym gwarem istniało miasto, odległe teraz, jakby zanurzone pod powierzchnią niewidzialnej wody. Sorokin poruszył się. Delikatnie jeszcze, wypróbowując jakby dopiero możliwości swojego ciała, spróbował usiąść. W lęku przed bólem poruszał się wolno i sztywno jak manekin. Siedząc już, skonstatował, że jest bardzo słaby, zamiast serca miał wypełniony niepewnością lej. Ta niepewność była na granicy bólu, wiedział, że w każdej chwili może przekształcić się w ból. Ograniczony krąg światła latarni wyłaniał z ciemności fragment żwirowej alejki, ławkę po przeciwnej stronie i część trawnika; dalej rosły wysokie drzewa. Wiedział, że jest w Ogro-dzie Letnim, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, w jakiej części ogrodu zdarzył mu się wypadek, a zatem — gdzie jest teraz. W oddali, w perspektywie alejki, podzielonej na regularne sfery światła i mroku, dostrzegł, jak mu się zdawało, postać zbliża-jącego się mężczyzny. — Muszę stąd iść — pomyślał jak w gorączce — muszę iść za wszelką cenę. Wstał i na chwiejnych nogach ruszył na przełaj przez trawnik. Trawa była pokryta wieczorną rosą. W pewnym momencie Sorokin przyklęknął, zanurzył dłoń w tej rosie i otarł nią twarz; przyniosło mu to ulgę. Nie wiedział właściwie, dlaczego ucieka. Stawiając sobie to pytanie musiał rzetelnie odpowiedzieć, że faktem, który go do tego skłania, jest bodaj dzisiejsza poranna rozmowa ze spotkaną w parku kobietą. Poza tym — a było to może jeszcze ważniejsze — miał poczucie niedokończenia, niezałatwienia pewnych spraw... Nie mógł myśleć nawet i o możliwości śmierci bez załatwienia ich do końca. Za drzewami roztaczał się znajomy skądś pejzaż taraso-watych fontann. Teraz, w gęstniejącej ciemności, wyglą-dały widmowo, jak ruchome kolumny o zmiennych kształ-tach. W podmuchu wiatru do Sorokina dotarł gwar wielu rozmów. — Skąd to może być? — zastanawiał się; nie szukał samotności, wręcz przeciwnie, pragnął jakiegoś towarzystwa, aby uciec przed osaczającymi go obrazami. Korony drzew rozchyliły się i Sorokin ujrzał na wzgórzu rozświetlony rzęsiście pawilon sodowiarni. — Rano sodowiarnia, a wieczorem knajpa z wyszynkiem — pomyślał kapitan — a może wcale nie, może pomylił się po prostu i to była zupełnie inna budowla. Ludzie siedzący w jej wnętrzu wyglądali jak rybki w akwarium lub chińskie cienie. Widać było w szybie, jak bawią się, tańczą, rozmawiają ich oderwane od dał kontury. Sorokin obserwował je przez chwilę, urzeczony, po czym sam zapragnął się zde-materializować. Wygładził dłonią mundur, poprawił włosy i zdecydowanie wszedł do wnętrza. Uspokoiło go swoją zwykłością. Było ciepłym, przyjaznym schronieniem, tak jakby na zewnątrz padał teraz rzęsisty deszcz. Sorokin miał nawet wrażenie, że słyszy bębnienie tego deszczu o szklany dach pawilonu. Ale to tylko złudzenie. Niewielkie, okrągłe kawiarniane stoliki powielały się w roz-licznych lustrach. Siedzący tu ludzie wydawali się jakby wycięci z lekkiego papieru, zwracał uwagę sympatyczny brak stałości w ich ruchach. Były to marionetki, ale nie szmaciane, lecz papierowe, poruszające się lekko i wesoło. Kobiety jak motyle w swych sukniach wieczorowych, mężczyźni w garniturach i frakach, kilku — w mundurach dragonów. Ciekawe, że wejście Sorokina nie wzbudziło tu żadnej sensacji, a zdawał sobie sprawę, że wygląda dziwnie — blady jak ściana i chudy oficer w nieco wymiętym mundurze, poruszający się zbyt sztywno. Przechodząc pomiędzy stolikami dyskretnie spojrzał w lustro i najgorsze przypuszczenia potwierdziły się. Wyglądał jak wampir z najnowszego wydania francuskiej powieści bru-kowej. Wybrał stolik odseparowany od innych, pod palmą, której postrzępiony liść chronił go w pewnej mierze przed spojrzeniami kawiarnianych gości. A jednak kelner zjawił się bardzo szybko. — Co podać? — Prawdziwą rosyjską wódkę — uśmiechnął się Sorokin. — Z lodu? — kelner, dwudziestoparoletni chłopak o ciem-nych włosach, odwzajemnił uśmiech. Kapitan skinął głową. — Jakieś zakąski? Mamy bardzo dobre i świeże ostrygi... Tym razem Sorokin zaprzeczył. Gdy kelner oddalił się, z przyjemnością obserwował pełne radosnej dezynwoltury zaloty siedzących tu mężczyzn i kobiet. Czuł się tak, jakby przywrócono go życiu. Wódka tymczasem pojawiła się na jego stoliku i Sorokin, wypiwszy ją jednym haustem, myślał z przy-jemnością o kobiecych kształtach ukrytych pod tymi zwiew-nymi sukniami. Z przyjemnością kontemplował również za-powiedź spotkania z kobietą, którą widział dziś w parku, z Olgą — przypomniał sobie jej imię. Tak, to spotkanie było jakby zalążkiem nieokreślonej obietnicy. Przywołał kelnera i zamówił następną kolejkę. A jednak wspomnienie Olgi okazało się niebezpieczne, zmąciło spokój jego odosobnienia. W okolicach serca otworzyła się znów pustka, przestrzeń, którą przeniknął chłód. Wzbudziła ją myśl o jakiejś nieprzekraczalnej barierze między nimi, o tym, co już się stało i było nieodwołalne. Dlaczego jestem sobą, dlaczego — pytał — i było to pytanie o własną tożsamość, a raczej o drogę, która doprowadziła go do punktu zwrotnego biografii. Czuł, że znajduje się w punkcie zwrotnym. Nie widział ludzi, kawiarni, stolików, pustka miała tylko jedno oko, jeden zmysł. Wpa-trując się w przestrzeń przed sobą, jak w powieloną maskę mroku, myślał o swojej matce, nauczyła go szacunku dla ludzi biednych, tak, myślał, nauczyła go szacunku. Gdy był jeszcze dzieckiem, skłaniała go, aby rozdawał swoje zabawki i ubrania ubogim. Chodziło o wystarczająco głębokie zakorzenienie tego dawania, które miało coś przynosić przede wszystkim jemu, było dawaniem nie dającym, choć i nie zabierającym. Ale nie przyszło jej wtedy do głowy, że on widzi to wszystko z zu-pełnie innej perspektywy, tak jak i teraz widział to z zupełnie innej perspektywy, przyklejony wzrokiem do przeciwległej, zimnej, chropawej powierzchni. Ale ta perspektywa istniała już w tamtej niejako w zalążku. Po prostu... nie, to nie takie proste, ona pragnęła żeby dawał, a nawet rozdawał im wszystko jak arystokrata — czy to dobre słowo? — człowiek ze wszech miar lepszy, bogaty w rzeczy i przymioty. Pamiętał dziewczynkę z bardzo biednej rodziny, przychodziła do nich, ubrana w coś, co zostało doprowadzone do stanu „porządności" z heroiczną determinacją, dziewczynka była półślepa, miała taką wadę wzroku, że nie widziała dalej niż na metr od swojej twarzy, w nieświadomym założeniu on miał być więc podwójnie od niej lepszy. On tymczasem... On tymczasem oceniał wszystko zupełnie inaczej, czuł się gorszy od tej dziewczynki, gorszy, jak tylko gorszym czuć się można. I tak było już zawsze, później, teraz. Zaraz, jak tamto dziecko miało na imię, zdaje się, że Olga, i czy to możliwe, żeby... Drzwi sodowiarni otworzyły się i Sorokin nie wierzył teraz własnym oczom. Do wnętrza weszło dwóch oberwańców, dziadów, wędrownych „bogoiskatieli". Najdziwniejsze było jednak to, że na nich również nie zwrócili uwagi bywalcy tej kawiarni! Rozmawiali i śmiali się w najlepsze, żadna głowa nie odwróciła się w tamtym kierunku. Również kelnerzy krążyli pomiędzy stolikami z obojętną sprawnością, nie czując się w obowiązku wyrzucić ich z porządnego bądź co bądź loka-lu. — To właśnie charakterystyczne — myślał kapitan bez złości — kult oberwańców, kalek, „jurodiwych", muzyków z niejasnym ogniem świętości nad łbem skołtunionym. Ale żeby tak w samym środku Petersburga... Dwaj „bogoiskatiele" podeszli bliżej do Sorokina, widać oni również poszukiwali jakiegoś odosobnionego miejsca. Usadowili się w końcu przy sąsiednim stoliku i Sorokin usłyszał strzęp ich rozmowy. — Jak to dobrze, bracie Timofieju — mówił starszy i po-tężniejszy, z przerzedzonym kołtunem i długą siwą brodą. — Jak to dobrze, że już dziś Wielkanoc. Pracowaliśmy na tę noc tyle lat... — Pracowaliśmy, i ta noc przyszła — przytaknął drugi, siedzący tyłem do kapitana. — Bóg pozwoli nam dziś oglądać się w glorii... — ...a wszystko to, bracie Timofieju, dzięki cierpieniu dzieci... — tamten zwiesił głowę rozważając coś głęboko. — Dzięki cierpieniom tych małych istotek, które, niewinne, przecież dokładają swoją cegiełkę do dzieła zbawienia, co mówię — żachnął się — cegłę olbrzymią, bo zmazują swym niewinnym cierpieniem rozliczne przewinienia ludzi grzesz-nych... — ...dzięki nim w tę noc powstaną zmarli... — wymruczał młodszy i Sorokin drgnął, zelektryzowany. Sprawa Fiodorowa! Sprawa sekty, która za swą księgę świętą uznała dzieło heterodoksyjnego filozofa prawosławnego, „Fiłosofija ob-szczego dieła". Bo nie był to pogląd ortodoksyjny: uznawać, że ludzie zdolni są do wskrzeszenia umarłych, sami, niejako z własnej inicjatywy, korzystając jedynie z pomocy Boga. Ochrana nie zainteresowałaby się sprawą garstki szaleńców, gdyby nie ich zapowiedź zbliżającego się wielkiego przewrotu, przewrotu przez nich samych przygotowanego, oraz niepo-kojący wpływ, jaki sekta uzyskała w pewnych kręgach. Sorokin zajmował się tą sprawą, ale dotychczas bez żadnego efektu; na próżno rozsyłał swoich agentów praktycznie wszędzie, gdzie można, na próżno zbierał wiadomości od przypadkowych informatorów. Dotychczas sekta kamuflowała się dobrze i nie uchwycił żadnej prowadzącej do nich nici. A teraz za sprawą przypadku sam stał się świadkiem rozmowy dwóch członków sekty! — ...Chodzi o to, bracie Timofieju — mówił teraz starszy muzyk — czy wmyślałeś się dość głęboko w cierpienia istot niewinnych. To decyduje bowiem o twej gotowości do prze-miany. Spiesz się, bracie Timofieju, myśl o chorobach, które trapić mogą malutkie istotki, o chorobach nierzadko śmier-telnych, śpiesz się, myśl, bo to już dziś Wielkanoc... — W sprawach tyczących zbawienia duszy pośpiech nigdy nie jest wskazany — odparł tamten z godnością. — Dziś Wielkanoc—myślał Sorokin—co to może znaczyć, Wielkanoc w środku lata, chyba tylko to, że w tę właśnie noc ma się odbyć zapowiedziany przez nich przewrót... Jego matka nie przypuszczała, że uczulając go w ten sposób na cierpienia ludzi biednych, wyrabia w nim pozornie tylko ów zdawkowy humanitaryzm, że tak naprawdę zaczyna on nienawidzić własnej „lepszości". Czuł się niższy, gorszy, z racji swego niezasłużonego wywyższenia, otaczających go murów i przedmiotów, które są jedynie przemijającą ziemską przy-padłością. Były wtedy dla niego tak samo przypadkowe, jak i te chropawe mury, które otaczają go teraz. Tylko błądzenie wzrokiem po tych murach jest łatwiejsze, bo, po pierwsze, konieczne, po wtóre zaś — przymusowe. — Narzucona z ze-wnątrz chropowatość zawsze nęci i po chwili już wzrok więźnia topi się, grzęźnie w chropowatościach i pęknięciach ściany celi. Gdzieś z drugiej strony ciemności dobiega go chrapanie współtowarzysza. W tej celi są we trójkę: on, on i ciemność, tak cielesna, jak nie potrafiła być w żadnym innym miejscu i czasie jego życia. Ciemność, wilgoć i jakaś jedna myśl tworzą zawirowanie, mroczną galaktykę bez twarzy i imienia, w której nikną i giną, unicestwieni wraz z każdą kolejną sekundą. — Najgorsze jest, bracie Stiepanie — słyszy Sorokin, sącząc tym razem powoli następny kieliszek wódki — że nie do-stąpiłem jeszcze łaski pełnej wiary... a w szczególności trapi mnie jedna wielka wątpliwość... — Czego dotyczy, Timofieju? — Sposobu pogodzenia zła tego świata z dobrocią Boga. Bo jeśli Szatan jest bytem słabszym od Boga — a musi być słabszy, skoro jest wtórny — dlaczegoż Bóg go nie pokonał i nie wykorzenił zła tego świata? — Rozumujesz naiwnie, bracie Timofieju. Nie jestem w sta-nie wytłumaczyć ci tego, umysł mam zbyt wąski. Jest we mnie pokora, ale nie ma prawdziwej, wyższej wiedzy. Dlatego myślę, bracie Timofieju, że powinniśmy jak najszybciej porozumieć się z naszym Przewodnikiem. — Kiedy, bracie? — Już teraz, natychmiast. Obaj wstają, zagarniając powietrze szerokimi połami swoich starych płaszczy, jeden z nich, przechodząc obok kelnera, płaci mu za herbatę, zaś kelner inkasuje pieniądze z powagą, kłania się muzykowi niby jakiemuś arystokracie. Kapitan odnotował to w pamięci jako fakt dziwny, wymagający wy-jaśnienia. Poczekał, aż przeszklone drzwi zamknęły się za wychodzącymi, po czym sam przywołał kelnera, zapłacił za wódkę i wniknął w chłodne powietrze nocy. Przez jakiś czas przyzwyczajał wzrok do ciemności, po czym rozejrzał się dokładnie. W perspektywie alejki schodzącej poprzez zadrze-wioną część parku ujrzał plecy obu muzyków. Rus/ył za nimi, uważając, aby trzymać się w cieniu. Czuł się zdecydowanie lepiej, był spokojny, wypita wódka dawała mu — para-doksalnie — nieosiągalną dotychczas precyzję ruchów. W kie-szeni munduru czuł pokrzepiający ciężar rewolweru, myślał, że użycie go przeciw sobie byłoby grzechem, zbrodnią, a także absurdem. Śledził ich, tropił, a w podjętej teraz grze odnajdywał źródło siły. Natychmiast wychwycił moment, w którym obaj skręcili w boczną alejkę, nie oświetloną już. Działał precyzyjnie, skutecznie. Był zarazem podzielony na niełączące się ze sobą płaszczyzny. Jedna była działaniem, inna — myśleniem o tym działaniu. Na jeszcze innej wyobrażał sobie taką sytuację: są więzienia, twierdze, a w nich ludzie, którzy w imię czegoś tam toczą jakąś grę. Grę zawsze dramatyczną, często tragiczną. Na zewnątrz tych więzień inni ludzie śmieją się, bawią, tańczą, piją wódkę w restauracjach i spacerują po Ogrodzie Letnim. Brak związku? Czy pozorny? Są w końcu tym samym: ludźmi. Czy ci pierwsi cierpią, poświęcają się dla drugich? Nic bardziej błędnego... Po prostu pojęcie gry: każdy toczy swoją grę, mniej lub bardziej ryzykowną. (Na grę niebezpieczną decydują się ci, którzy mają w sobie żyłkę hazardu, można to nazwać również duchowym szlachectwem.) Jeśli wygrywają, jest tego dużo, tak dużo, że starcza dla innych. Dla tych innych, którzy, przy-czajeni, czekają na wynik gry. Dlatego bez goryczy już, wpatrując się w przeciwległą chropawą ścianę celi za zasłoną ciemności, widział tam profil swojej ukochanej, swojej żony. Twarz kobiety, którą poznał dawno, bardzo dawno, delikatny profil w kłębach tytoniowego dymu, na zebraniu kółka wolno-myślicieli. Dwaj „bogoiskatiele" przystanęli na niewielkim, parkowym placyku. Sorokin uznał za stosowne skryć się w cieniu ławki. Brodacze stali niemal nieruchomo, nie mówiąc nic, wpatrując się w rozrośniętą krzakami ciemność po swojej lewej stronie. Trwało to długo i kapitan myślał już, że wykryty przez niego trop jest po prostu ślepą uliczką. Wtedy z ciemności wyłonił się trzeci brodacz, dostojny, ubrany starannie i elegancko. Sorokin przez pewien czas wpatrywał się w jego twarz, którą jakby skądś znał, gdy nagle przyszło zaskoczenie i olśnienie: przecież to kupiec Szatin! Był bardzo odmieniony i dlatego kapitan nie poznał go od razu. Jego przygarbiona zwykle sylwetka była teraz sztywna, ale w sposób bardzo dostojny i pełen godno-ści. — Boże, jak ten człowiek się zmienił — myślał kapitan — a raczej, jak doskonałym kamuflażem jest jego zwykły, dzienny wygląd... — Nie przypuściłby nigdy, że ten zgarbiony sta-ruszek, mówiący z nim najczęściej o swej prawomyślności, może być członkiem jakiejś sekty, a co więcej, odgrywać w niej znaczącą rolę. Natężył słuch, ale dotarły do niego tylko strzępki dialogu. — ...dziś w nocy, w Soborze Kazańskim, odbędzie się Wieczernia. Tak, święto Wielkiejnocy zostanie w tym roku przesunięte, pierwszy i jedyny raz w historii... Świat zapamięta tę noc, bo będzie nocą ostatnią. — Przewodniku, zanim to nastąpi, zechciej w swojej mą-drości wyjaśnić wątpliwość bratu Timofiejowi, gdyż jeśli z nią pozostanie, nie będzie zbawiony... — O czym wątpisz, bracie Timofieju? — Odpowiedź Ti-mofieja umknęła w poszumie poruszonych przez wiatr liści. — ...tak, to pytanie złożone, i nie myśl, że ty pierwszy zadałeś je sobie... Dlaczego Bóg stworzył świat, dlaczego świat jest zły? A jeśli jest zły, to dlaczego go stworzył... Timo-fieju, zrozum, On musiał stwarzać, aby poznać siebie. Aby przejrzeć się w lustrze świata... Wyłonił wszystko z nicości jednym, ponadczasowym aktem, ale świat momentalnie zaczął podlegać... śmierci, czasowi. Sądził, że śmierć i czas bę-dą mu sprzyjać, że uniemożliwią powstanie czegokolwiek oprócz nieskomplikowanych skupisk materii i energii, w któ-rych mógł kontemplować sam siebie. Tak się jednak nie stało, pojawiło się coś zupełnie nieprawdopodobnego... Oczy-wiście przewidział to, ale On, Timofieju, On nie mógł się cofnąć... Timofiej kiwał głową z powagą, choć widać było, że niewiele z tego rozumie. Sorokin w swym ukryciu poruszył się nie-spokojnie, zadziwiony subtelnością wywodu Szatina. Musiał przyznać, że całe jego policyjne doświadczenie sczezło w kon-frontacji z tym zaskakującym człowiekiem. —Przewodnik... — myślał kapitan — prawdopodobnie chodzi tu o jakąś funkcję w strukturze organizacyjnej sekty. — ...zrozum, Timofieju — dopowiadał Szatin — czas i śmierć nie były na początku wrogie Wszechbytowi. Dopiero stały się takie, gdy na jednym z gwiezdnych zawirowań, mocą nieskończenie nieprawdopodobnej interwencji Przypadku, po-jawiło się życie. A nawet stało się to jeszcze wcześniej, kiedy jednorodna materia kosmiczna zaczęła formować się w gwiazdy, różne pod względem jasności i rozmiarów... Od tego momentu czas i śmierć stały się wrogie, gdyż niszczyły to, co stworzone, powodując jego cierpienie... To chyba jakaś forma gnozy — myślał Sorokin — nie sekta gnostycka, lecz gnostycka interpretacja tekstów samego Mi-strza, Fiodorowa. — Przekażę ci teraz, Timofieju, wiedzę, której, w zasadzie nie wolno mi przekazywać nikomu... — Szatin zniżył głos prawie do szeptu i kapitan z trudem wyławiał jego słowa na tle poszumu drzew. — Moim usprawiedliwieniem niech będzie twoja dramatyczna wątpliwość oraz to, że noc, która na-stanie.... która już nastała — spojrzał na ściemniałe niebo — będzie ostateczną nocą, rozwiązaniem i kulminacją. Otóż, Timofieju, dzisiejszej nocy i On będzie sądzony — ale inaczej niż w Jerozolimie, sprawiedliwie — będzie zdawał sprawę ze swoich rządów. Będzie sądzony i oczyszczony. Powiedziane jest: powstaną wszyscy zmarli, gdy człowiek zapanuje nad śmiercią... dziś, na Wieczerni w Soborze Kazańskim. — Patrzcie uważnie na ołtarz — dodał po chwili — i uchwyćcie moment, gdy wyłoni się z niego druga strona świata. A wtedy na wszystkich cmentarzach wszystkich miejsc świata powstaną zmarli. — A wtedy na wszystkich cmentarzach... — powtarzali za kupcem „bogoiskatiele". Był to najwidoczniej jakiś fragment liturgii sekty. Gdy obaj muzycy zakończyli powtarzanie go, Sorokin już oddalał się, klucząc w ciemności. Kupiec skierował wzrok tam, gdzie jego oddalanie się równymi krokami od-mierzało nieobecność, i na jego twarzy pojawił się jakby odległy, blady cień uśmiechu. Kosmosów jest pięć, a w każdym z nich profil tej dziew-czyny, dziwnej dziewczyny, kobiety ze snów, marzeń, jego żony. Wszechświat składa się z dziewięciu kuł i siedmiu kręgów, gdy nagle jeden z kręgów pęka, łomot i skrzy-pienie, otwierają się żelazne, pancerne niemal drzwi, a w nich strażnik, chłopak może dwudziestoletni, brunet, „to już?" — pytanie pękające w środku czaszki, oczywiście wiedział, że nie dotrą na katorgę. Brunet z wycelowanym w nich kara-binem i niedobrym uśmiechem na twarzy, widać, że jest pijany, aż do okna celę wypełnia odór przetrawionej wódki. Za nim drugi, dragon, jeszcze młodszy lub w tym samym wieku, tak samo pijany, tak samo z niedobrym uśmiechem na twarzy. — Psiakrew — myśli Kozicki — dosięgnęlibyśmy ich, wystarczyłby jeden skok, gdyby nie te kajdany... Do celi wpada ostre światło z korytarza, potężny brodacz Mu-raszew już jest przytomny mimo niedawnego snu, on też czuje, że to już może śmierć. Śmierć w postaci dwóch pi-janych dwudziestolatków, niech i tak będzie, szybkie przy-zwolenie. — Wstawać! — ostry krzyk eksploduje w celi, głos nie-przyjemny, wysoki, piskliwy. — Bawić się! Tańczyć! Ty, kobieta! — wskazuje na Kozickiego — i ty, mężczyzna! — robi gest w stronę Muraszewa. — Tańczyć! Już!!! — Już ja z wami potańczę, skurrrwysyny!! — Muraszew rzuca się na nich i jest oczywiste, że zgniótłby obu w rękach jak nadgniłe ulęgałki, gdyby nie zakotwiczone w ścianie kajdany. Potężny anarchista pada twarzą w beton. Rusza na niego dragon z wysuniętą do przodu kolbą karabinu, drugi, strażnik, zajmuje się Kozickim. — Tańczyć! Już!! — poszturchuje go bagnetem, nie raniąc jednak. Kozicki patrzy na niego przez chwilę, kontur tamtego rysuje mu się na tle jaskrawego światła z korytarza. — Zaprowadźcie mnie do żony, to z nią zatańczę — mówi niemal spokojnie. — Ale z nim — nie. Ostatnie słowo wtłoczone w usta kolbą karabinu, otwiera się przestrzeń, eksplozje jasnych uderzeń, głuchy odgłos karabinowych kolb młócących ich bezwładne ciała. Wszedł do świątyni, gdzie łamała się potęga nocy. Ema-nowało z jej niewidzialnego wnętrza wielogłosowe ciepło. W szarówce gasnącego dnia podchodził do jej wrót. Otwarły się delikatnie i bezgłośnie, a wnętrze ciepłych głosów stwarzało pustkę, w którą on mógł wejść. Tylko mógł, ale przecież... oczy ikon, patrzące w każdy punkt wszechświata, w każdy jego punkt. Wejść milcząco. Ojcze, przybyłem tu łaknący światła i z sercem pokornym. Ojcze... Przestrzeń nasycona. Obro-ty tych spojrzeń, tych niewidzialnych patrzeń, podtrzymują Wszechświat w ruchu, choć tak są przecież pokorne. Ich epicykle, krążenia, Twarz Chrystusa opowiada, opowiada jak dojrzewał w Świętym Grobie. Christós anesti ek nekrón thanato thanaton patisas, ke tis en tis mnimasi zoin charisamenos Wnętrze coraz głębsze, zupełnie obce światu, a przecież ten świat podtrzymujące. Kolumna, w którą wszedł, aby ją spro-fanować. Głodne ciało kobiety... chociaż nie, to niemożliwe. Stanął z boku, pod ścianą, poza głównym nurtem boskiego wichru. Wieczernia. Świat rozpadłby się, gdyby... już się rozpadł? Nie czuł już lęku. Ocean. Chrystus zmartwychwstał spośród umarłych, śmiercią podeptał śmierć, i tym, którzy w grobach, żywot darował. On tu — grzesznik. Oczy ikon, nie oskarżycielskie w inter-wałach ciszy. Jego wargi nie dotknęły Księgi, dłonie nie zapaliły świeczki pod ikoną. Czoło wzbrania się dotknąć ziemi, choć tyle razy... On, który zawsze śledzi, teraz jest tu śledzony. Nie śledzony — przyjęty. Gdzie spiskowcy? Czy to ważne, teraz, gdy dane nam będzie pić napój nowy. Obserwował ich, wchodzących: każdy ruch nadmiernie, aż do bólu odmierzony; każdy gest to unoszenie się pod wpływem wewnętrznego napięcia ku światom niewiadomym; to balansowanie na nie-widzialnych liniach spojrzeń ikon. Dwudzielność — Chrystus i Jego Matka. Sofia. Klęka, kiedy wszyscy klękają. Żegna się, gdy wszyscy to czynią, ruchem spokojnym, choć wibrującym od wewnętrznego napięcia. Więc to już teraz, tej nocy? Zwalczona śmierć na serce nagle do bólu zogromniałe. Serce, które uświadomiło sobie nagle swój głód. Skąd w nim ta pamięć? Czy otarło się kiedyś o ślad świętości? Christus resurrexit de mortuis Morte mortem calcavit, Et entibus in sepulcris Yitam donavit. Ona na środku. Księga. Z drewnianych wrót pośrodku ołtarza wyłaniają się złote duchy. Stają tyłem do wiernych (blask ikon na ich tunikach), gdy kapłan wznosi zawiłe konstrukcje z dymu, kadzidła, konstrukcje dla Chrystusa i Jego Matki. Gałęzie drzew dostrzegalne jeszcze w niewielkim okien-ku pod kopułą świątyni. Świat święty — tu i śmiertelny — tam. Teraz jeden wypełnia drugi, staje się emanacją Boga. Teraz. Więc to już tej nocy? Tej nocy śmiertelnie nieśmiertelnej? Tak, tej nocy. Zrozum, że tylko Ona, nawet gdyby potępienie. Bo przecież tylko ono. Swą śmiercią śmierć podeptał. Nie podchodzi po błogosławieństwo kapłana i pocałunek Księgi, choć czynią to wszyscy. Ich głodne niegdyś ciała, teraz w pokorze... Swą śmiercią śmierć podeptał. Wizja piekła. Jego ostatni krąg: po piersi w ogniu zanurzeni zdrajcy. Nie w ogniu, w jakiejś cieczy przejrzystej i żrącej. W lodowatej wodzie górskiego strumienia. W wodzie Lety. Czy gradacja zdrady jest narastaniem cierpienia? Kręgi zdrajców: zdrajcy ludzi, państw, narodów, zdrajca Boga, Judasz z Kariothu. Jaki jest sens zdrady? Sorokin znalazł się w Pałacu wcześniej niż zwykle. Pasaż nad Newą był jeszcze pusty, wietrzysty. Siadł za biurkiem i myślał, w jakiej przestrzeni przyjdzie mu istnieć, jeśli przeżyje lub nie. Jawiła mu się w snach przerażająca przestrzeń samotnych obrotów. Sny dane są przez Boga. Dzwonek telefonu. Sorokin podnosi słuchawkę, słyszy jakiś głos i nieświadomie dopina guziki munduru. — Tak, panie majorze... Dopracowałem plan akcji w naj-drobniejszych szczegółach... Nie, rozkazów jeszcze nie wy-dałem... Tak, panie majorze, kontakt z policją... Odkłada słuchawkę i nagle zaczyna działać gorączkowo, a zarazem w jakimś niesamowitym wewnętrznym skupieniu. Przede wszystkim wzywa telefonicznie Rezlera i Dobrolu-bowa. Potem kontaktuje się z policją: musi być pewność, że w miejscu akcji nie znajdzie się przypadkiem jakiś zaspa-ny stójkowy. Wreszcie wzywa obsługę karetki, która będzie wiozła obu anarchistów; dowiaduje się, że służba więzienna czekała już od wczoraj na jego telefon, pewnie to Kirów ich uprzedził. Po półgodzinie wszyscy potrzebni mu ludzie są już w ga-binecie. Zaprasza ich do biurka i w sposób szybki, pre-cyzyjny rozrysowuje na papierze plan akcji. — Chodzi o to, aby każdy wiedział dokładnie, co i kiedy ma robić — mówi Sorokin. — Wtedy unikniemy wypadków przy pracy. Obaj strażnicy mają twarze pobladłe, może to nie przespana noc, a może strach przed przypadkowym postrzałem. Rezler i Do-brolubow — starzy praktycy — w miarę wyjaśniania przez niego szczegółów planu kiwają z aprobatą głowami. Na zakończenie kapitan sam wyraża wątpliwość, czy użycie dwóch browningów będzie wystarczające. Dobrolubow — młody człowiek o twarzy subtelnej, niemal pięknej — uśmiecha się i jest to uśmiech delikatny, prawie kobiecy: — Browning to dobra, solidna broń — mówi — z kilku metrów można odstrzelić głowę z tułowia. Dwa rewolwery całkowicie wystarczą. Ogromny zegar przed jego twarzą. Nie, nie ogromny, nie zegar, to tylko w jego wyobraźni. Ile jeszcze minut? Piętnaście... czternaście... dziesięć... Brak łomotu serca w skroniach, jakby z każdą chwilą spływało na niego uspokojenie. W tym samym czasie, parę kilometrów od jego pokoju w Pałacu Zimowym, po ulicach Petersburga pędzi więzienna karetka. Łomot końskich kopyt rozlega się echem pomiędzy budynkami. Niektórzy przechodnie odprowadzają ją wzrokiem, inni nie patrzą w ogóle. Ale w oczach tych patrzących zawsze pytanie: kto? Kto jest wewnątrz tego wielkiego czarnego pudła z blachy, na czyją twarz pada teraz cień kraty z niewielkiego okienka w jej ścianie? A przecież brak odpowiedzi nie zatrzymuje ruchu myśli, która, raz pobudzona... Pięć... cztery... Karetka zwalnia na zakręcie i zbliża się do przecznicy. Skatowanych więźniów wewnątrz budzi gwałtowny podrzut, przez chwilę mają wrażenie, że wylecą przez ścianę blaszanego pudła. Ściągnięte nagłym ruchem konie stają dęba, o włos unikając zderzenia z wytoczonym przez kogoś na sam środek ulicy wozem. Karetka zarzuca, uderzając w rosnące na trawni-ku drzewo, pęka słabe zamknięcie jej wzmocnionych drzwi, światło wyłania z wnętrza postacie dwóch skulonych strażni-ków, a nieco dalej, w głębi — leżących na podłodze karetki, poturbowanych więźniów. Wszystko stało się zbyt szybko, oszołomienie. Strażnicy nie widzą dwóch mężczyzn, biegną-cych w stronę karetki, wyłonionych nie wiedzieć skąd, którzy już w tym biegu wyszarpują rewolwery. Ręka o bladej skórze na blacie biurka, jej kształt, rozczapierzone palce. Kilka strzałów, jeden ze strażników ucieka, ostrzeliwując się ponad ich gło-wami. Drugi, draśnięty w rękę, wypada na trawnik. Mężczyźni zbliżają się do drzwi karetki, strzelając do jej wnętrza, jedna z kuł trafia w drzwi, które walą z łomotem o zewnętrzną część budy. Kształt telefonu, oczekiwanie, niejasne przeczucie dzia-nia się czegoś w pewnej odległości stąd, puls jednak przyśpiesza, potworny huk wystrzałów w niewielkim przecież wnętrzu więziennej karetki, coś na podłodze jak ruch jakiś, pełzanie owada, dążącego ku słońcu. Jeszcze jeden strzał i ręka nie-ruchomieje. W innym zupełnie miejscu inna ręka wędruje do kołnierzyka, przez chwilę szarpie guzik, odpina go, opada z ulgą. Gdyby nie ten nieludzki huk, można by usłyszeć trzask łamanych pociskami kości, dostrzec plamy krwi na ścianach, w kilku miejscach dziurawych. Ale już koniec, cisza, która dudni, obaj mężczyźni odbiegają szybko. Nie wyrzucając dymiących rewolwerów wskakują do oczekującej w przecznicy dorożki. Mężczyzna w pokoju wstaje, przeciąga się, podchodzi do okna, już po wszystkim, myśli, teraz już tylko meldunek, raport, koniec, koniec. Sorokin drgnął, gdy otworzyły się drzwi. Odwrócił się, w szparze na tle fragmentu korytarza niepewna teraz twarz Kuratowa. — To jak, Pietia, idziesz dziś do Szereszewskiego? Sorokin podchodzi powoli z nieruchomą prawie twarzą, złudzenie, z jakimś grymasem, Kuratow aż cofa się o pół kroku, z grymasem, z uśmiechem. — Jasne, przecież nie pójdziesz sam! Przyjaznym ruchem obejmuje plecy Kuratowa, tamten też już uśmiecha się, rozluźniony. Ich złączone postacie wnikają w ciemność. Ornitolog. Nie wiedział nic o rewolucji w mieście. Hodował ptaki. Zakopoulos wyrzucił papierosa i zdusił go swym długim skórzanym butem w suchej, czerwonawej, kamienistej ziemi okolic szosy. Silnik jego motocykla już pracował na niskich obrotach, krył się w nim ruch potencjalny. Powyżej horyzontu światło jego duszy postrzegało światło słońca, wpatrzonego w górę pełną pożądania duszą. On, patrząc w górę pod krawędzią wyprofilowanego hełmu, postrzegał jakby zatratę ciała słońca, odrywanie się od tego rozpalonego kręgu wciąż nowych kawałów ognistej materii. A słońce uciekało, wy-mykało się spojrzeniu, podobne blaknącemu stopniowo światłu Pierwszej Natury, które dostrzec można po naciśnięciu palcem gałki ocznej, zaś po zwolnieniu ucisku zanika. Zaplanował trasę starannie, tak aby prowadziła po obwodzie doskonałego niemal koła, szosą wzdłuż kamienistej krawędzi Dodekanezu. Niechże środkiem tego koła będzie cokolwiek, pomyślał, na przykład substancja bezcząstkowa i niepodzielna, która unosi się na wszystkich rzeczach. I oto koło ruszyło, a jego promienie zatraciły się w migotliwym beztrwaniu — zwolnił manetkę gazu, która sama przekręciła się o właści-wy kąt, nadając maszynie maksymalnie duże przyspieszenie w maksymalnie krótkim czasie. Krajobraz zmienił się szybko. Gdy wyjechał na suche półpustynne wzgórze, gdzie nawet kamienie wydawały się pokruszone odwieczną biedą materii — tej „nierządnicy na usługach wszystkich wielkości" — odsłoniła się perspektywa niecki, w której osadzone było niewielkie miasteczko Kalimnos. Nieco zwolnił, białe pasy oddzielające oba pasma szosy nie uciekały już z taką prędkością. — Ruch — pomyślał — oto mój ruch, który jest pierwotny, sprawca wielokształtności, jest życiem ciał. Jest to ruch nieustanny w karbach miary i ta miara nie była mu obca, miał ją w swym słowie, wewnątrz, w niepokoju i zahamowaniu pędu. Jego kask z jakąś kolorową reklamą złudnie błyszczał w cieniu słońca — bo jeśli Pierwsze świeci, słońce jedynie emanuje ciemność — tak Zakopulos wpadł pomiędzy domy miasteczka. Było to niewielkie miasteczko rybackie przycupnięte nad samym ka-mienistym brzegiem, Zakopoulos z satysfakcją mijał niewielkie domki, kryte strzechą z wysuszonych glonów, gdyby teraz widział go ktoś, dostrzegłby, że na karku siedzi mu cień jakiejś postaci, to był czas, przyjaciel ruchu, widmo życia, czas, odstęp ruchu, wzdłuż którego ruch się wyciąga i razem z nim bieży. Nikt jednak nie widział ani czasu, ani Zakopoulosa i jego rozpędzonej modliszki, bowiem było południe i gardziel słońca w zenicie wydzielała widziadła nienazwanych snów. Antystenes nie denerwował się przed walką. Jego przeciwnik wydawał się potężny, lecz nieumiejętny, a zresztą nawet śmierć — okresowe wytchnienie w łańcuchu wcieleń — nie rozczarowałaby go. Co innego ból, którego nieco się bał. Bywało, że myślał o nim przed gongiem rozpoczynającym walkę. Tłumaczył sobie, że żaden ból nie wypełnia nas w całości, ponieważ dusza nie posiada cielesnej natury. Ból jest jedynie świadomością zamierania ciała, które zostaje pozbawione obrazu duszy. Był to jeden z podstawowych punktów doktryny i odstępstwo od niego wydawało się nie-dopuszczalne, mimo to właśnie z tym punktem Antystenes miał problemy. W rozgrzanym powietrzu ponad gimnazjonem zabrzmiał właśnie gong. Jego przeciwnik, potężny arystokrata z Olbii nad Borystenesem, wyszedł na pole pewnie i zwierzęco, na pewno posiadał spory zapas siły irracjonalnej i piastował w sobie obraz świata jako wielkiego organizmu, który może obdarzyć ener-gią, jeśli chce. Na pewno modlił się też do gwiazd i słońca, bezgłośnie poruszając wargami. Antystenes wierzył tylko swojej myśli i ciału. Dlatego uprzedzając potężne kopnięcie w podbrzusze, wyprowadzone, sposobem hoplitów, lewą nogą, gwałtownie skrócił dystans i zbombardował głowę oraz korpus przeciwnika serią ręcznych ciosów. Przez moment w jego polu widzenia znalazło się miejsce, gdzie stała, zgodnie z regulaminem walk, Euridike. Przeciwnik uśmiechnął się tylko, przyjmując postawę umiar-kowanie obronną. — Kształt ciała jest kształtem duszy — rozważał Antystenes dla odzyskania otuchy — cóż z tego, że stracę niedoskonałe ciało, jeśli dusza pozostanie. — Miejmy nadzieję, że nie będzie mnie długo męczył — pomyślał, dostrzegłszy, że jego przeciwnik szykuje się do rozstrzygnięcia walki za pomocą swych umięśnionych nóg. Z trudem udało mu się pozostać w miejscu. Gdy tamten ruszał, oślepiło go słońce, boski promień, ale pomyślał o nim przyjaźnie — ten, który obdarowuje. Źrenica Prometeusza. Miał również wrażenie, że grubszy koniec jego duszy wychylił się z ciała na niewielką odległość, obserwując beznamiętnie całą scenę. Jak każdy byt niecielesny, dążył instynktownie ku słońcu, a słońce z kolei nachylało się nad nim, wdzięczne tamtej, wyższej duszy, która nachylając swe krańce ku jego ognistej materii łączyła go z tamtym światem. Przez mgłę rozlanego światła Antystenes widział, jak jego przeciwnik podchodzi do swego kochanka, stojącego po dru-giej stronie areny, i odbiera od niego pocałunek zwycięstwa. Euridike poruszyła się niespokojnie, zafalowała na nieistnie-jącym wietrze, ale podbiec do niego nie mogła, było to przestępstwo zagrożone karą śmierci. I oto nie działo się nic, w górze trwało jedynie bezsenne światło wiecznego ogniska substancji, w dole odpowiadało mu mętne istnienie wypalonego słońcem ugoru materii. W końcu pojawił się lekarz. Niósł swój kunszt w szkatułce mózgu. Stał przed swym domem nad brzegiem morza, oddalonym o kilka stadiów od wszelkich innych ludzkich siedzib. Czuł przyjazną obecność wody, naśladującej swym ruchem prze-pływ czasu, ruch fali czasu, w której każda rzecz śpieszy do przyszłego ,,jest", ciągnąc to, że jest sobą, czyniąc stale coś innego i poruszając się w koło z powodu pragnienia substancji. — O, jak ona pragnie — myślał Ornitolog — jak pragnie! Żeby to sprawdzić, wystarczy wylać trochę wody na spękaną od żaru ziemię i zobaczyć, jak szybko wessie to swoje dopełnienie. Całym ciałem czuł przyjazną obecność Ogrodu, który stwo-rzył wysiłkiem swojej wyobraźni. Był to ogród roślin, wśród których dość monotonnie królowały oleandry, ale przede wszyst-kim siedlisko ptaków. Stworzył im tu warunki, niespotykane nigdzie na tym piaszczysto-kamienistym półwyspie. Żaden z nich nie przetrwałby nawet godziny w słońcu, podążającym po swych najwyższych elipsach. Teraz kryły się w cieniu zasadzonych przez niego cyprysów i oleandrów, które osiedlił tu nadludzkim uporem, godzinami ryjąc ziemię w poszuki-waniu śladów wilgoci. Nie widział ptaków, cień był zbyt gęsty, jak ciężkie, dojrzałe wino. Słyszał je jedynie. Te, które miały język szeroki i delikatny, wydawały się szczególnie uzdolnione do artykułowania. Krzyczały przepiórki, bijące się o miejsce w cieniu, wyzywały się do walki kuropatwy. Jakiś otumaniony ptak wzleciał nagle w ognistą czeluść nieba, po czym równie szybko opadł, jakby rażony płomieniem. Skierowawszy wzrok w górę, za trajektorią jego lotu, Ornitolog widział dusze, które nie zeszły wraz ze swoim umysłem, lecz tylko opuściły się do ziemi, podczas gdy ich głowa utkwiła nad niebem. Widział też, jak przejrzyste, wrzecionowate, środkowe części dusz, podlegając trosce panującej w sferze podksiężycowej, pokry-wają się siatką mikroskopijnych pęknięć. Wyglądało to tak, jakby niebo pokrywało się żywymi, ruchliwymi, wciąż zmien-nymi jajeczkami ikry. Jego wewnętrzne oko nie ulegało zaniknięciu, nie mrużyło się pod wpływem powodzi światła, jak oczy jego ciała. „ Jeśli istnieje oko na grzbiecie nieba, to czy ten świat ogląda tamten?" — przypomniała mu się postawiona przez kogoś kiedyś kwestia. Nie odpowiedział na nią wtedy, nie był przygotowany. Może jeden z tych gymnosofistów, wy-tyczających przed śmiertelnikami drogę ataraksji, mógłby... A przecież — odnalazł wątek dawno przerwanych rozmy-ślań — Tamto wychodzi z siebie mając w sobie wielość, zwid Innego — wychodzi nie jako umysł, lecz jako oko. Ponad duszami, na miejscu zeszklonego żarem nieba, ujrzał więc wilgotne, wciąż czujne oko Tamtego, ogniska i źródła substan-cji. Wiedział, że jest to moment, gdy jestestwo pierwsze wystąpiło jedynie na kruszynę ze swej istotności, ale i tak było ono już widoczne, wszechmocne. Jego dusza, poruszona wi-dzeniem, poruszona rodzeniem się substancji, wydawała bez-głośne okrzyki, z których kiedyś, przed wiekami, powstał język. Nagle wizję przerwał jakiś dźwięk, jak czytelny dowód niemocy trwania przy najlepszym. Z oddali, poprzez drżące od żaru powietrze, Ornitolog usłyszał warkot silnika motocykla. Minąwszy miasteczko, Zakopoulos pędził przez wzgórza, zaś wskazówka szybkościomierza, mijając kolejne cyfry na tarczy, jakby wyznaczała jego ruch ku doskonałości. W miarę jak otoczenie zaczynało sprowadzać się do dwóch mglistych, rudobrązowych pasm, w miarę jak kamienie zrezygnowały w ogóle z wysyłania w jego kierunku swoich eidola, uznając w swoim lenistwie, że zbyt szybko pędzi, w miarę jak jego własny kształt stawał się w oku obserwatora jedynie cieniem powietrza, Zakopoulos czuł, że sam podąża w górę, jak bezkształtne ku kształtowi. Jego dusza budziła się powoli, przeciągała się, otwierała świetliste oko, zamykała je znowu, drocząc się z nim. Zmusił ją do przestrachu jeszcze silniejszym dokręceniem manetki gazu, tak że nawet cień śmierci, stale mu towarzyszący, przestraszył się i pozostał w tyle. Ta paskudna nimofomanka, dusza, znów zaczęła się drożyć, twierdziła, że nie ma się w co ubrać na spotkanie z Tamtym. — To pójdziesz naga! — zgromił ją myślą na granicy przeczucia. Mimo onieśmielenia wzbiła się ciężko, zrazu niezdarnie, i poszy-bowała pamięciowym lotem. Widział wewnętrznym okiem, jak otaczają rój złocistych pszczół, most czy też chmura z pszczół, siada na nią i żądli, siada i żądli. Roześmiał się bezgłośnie. Były to żądła tęsknoty, nieszkodliwe, lecz skutecznie stymulujące jej lot ku Tamtemu. Wstrząsnęła się kilkakrotnie, lecz przyjęła w siebie nurt płynący stamtąd. Zbliżała się właśnie do olbrzy-miej wykrzywionej szyderczo twarzy, będącej pierwszą ema-nacją umysłu. Zakopolous już na to nie patrzył, i był to czas najwyższy, bowiem w ostatniej chwili minimalnym wahnięciem kierownicy wyminął jakiś cień przed sobą, prawdopodobnie materialny, prawdopodobnie o kształcie i konsystencji ka-mienia. — Otóż to — powtórzył Proklos — otóż to. On cierpi na rozwarstwienie jaźni. Przywódca Czwartej Sekcji Strażników, Megakles, pokiwał głową zaambarasowany. W tej sytuacji jego udział w Igrzyskach Aristoi staje pod znakiem zapyta-nia... — skonstatował na swój własny użytek. Antystenes, leżąc w komfortowym łóżku, miał wrażenie, że znajduje się na cokole. Coś, prawdopodobnie on sam, stanęło na szczycie jego głowy, urągliwie oglądając obolałe ciało. Czuł się tak, jakby był „stąd w górę", to znaczy od głowy wzwyż. Co gorsza, to „od głowy wzwyż" dzieliło się na cztery samodzielne człony. Nie ma co ukrywać, był czterema ludźmi przekazujący-mi sobie nawzajem łańcuch światła. — Byleby go tylko nie ze- rwali — myślał z lękiem. Próbował nie wyobrażać sobie, jak może wyglądać wściekłość Jednego. — Chociaż nie — zganił się w myśli za bluźnierstwo. — Jedno jest nie tylko ponad emocjami, ale i ponad myśleniem. Dusza usiadła sobie spokojnie na poziomie świata idei, tkając wątki rzeczy. Gdy się tym tkaniem zmęczyła, pasła się na polu prawdy, przygotowanym dla niej przez bogów, powoli przeżuwając sylogizmy i łapczywie połykając wszelkie olśnienia jak światła na powierzchni bytu. Właściwie Anty-stenes nie spodziewał się po niej niczego lepszego, zawsze była łakoma i tchórzliwa, bo tam, gdzie przebywała, rzeczy groźne nie budziły grozy. W gruncie rzeczy nigdy nie wychodziła nawet na krok ze świata umysłowego, w dół, w stronę materii zwisał tylko nieregularny ochłap duszy dolnej, który kurczowo ściskała w swoich nibyrączkach. Teraz wydawała się naigrawać z Antystenesa (a właściwie z czterech ludzi, będących Anty-stenesem) umiejscowiwszy się w niewielkiej odległości od sufitu, jakby mówiąc: „pamiętaj, że w każdej chwili mogę cię opuścić!". Antystenes, zagniewany, odwrócił się do niej plecami. Nie myślał o śmierci, myślał o Euridike. Wpatrując się w chromowaną obojętność luksusowego wyposażenia szpitala, odczuwał dotkliwy brak. Ludzie, będący nim, poruszali się niespokojnie, wykonywali nieskoordynowane ruchy. Pragnął jej jak samego dobra, które uszło przed wszelką materią. Kiedy myślał o niej, pierwsze jawiły mu się w bezprzestrzeni jej świe-tliste oczy. Oczy, którymi rozjaśniała drogę przed sobą i innymi. Także przed nim. Nie słyszał i nie dostrzegał, że z tyłu, za za-główkiem łóżka, opalizującym wirem stanął dajmon choroby. Spróbował wstać. Obolałe ciało z trudem poddawało się wskazówkom jego mózgu. „ Ten stary nudziarz znów czegoś od nas chce!" — zdawały się mówić nogi. Mięśnie dwugłowe, zbuntowane przez tę malkotentkę, duszę, w ogóle odmawiały chodzenia po ciele ziemi, jako po miejscu gorszym. A jednak Antystenes się zawziął i zrobił trzy chwiejne kroki w kierunku panoramicznego okna. bezkształtne ku kształtowi. Jego dusza budziła się powoli, przeciągała się, otwierała świetliste oko, zamykała je znowu, drocząc się z nim. Zmusił ją do przestrachu jeszcze silniejszym dokręceniem manetki gazu, tak że nawet cień śmierci, stale mu towarzyszący, przestraszył się i pozostał w tyle. Ta paskudna nimofomanka, dusza, znów zaczęła się drożyć, twierdziła, że nie ma się w co ubrać na spotkanie z Tamtym. — To pójdziesz naga! — zgromił ją myślą na granicy przeczucia. Mimo onieśmielenia wzbiła się ciężko, zrazu niezdarnie, i poszy-bowała pamięciowym lotem. Widział wewnętrznym okiem, jak otaczają rój złocistych pszczół, most czy też chmura z pszczół, siada na nią i żądli, siada i żądli. Roześmiał się bezgłośnie. Były to żądła tęsknoty, nieszkodliwe, lecz skutecznie stymulujące jej lot ku Tamtemu. Wstrząsnęła się kilkakrotnie, lecz przyjęła w siebie nurt płynący stamtąd. Zbliżała się właśnie do olbrzy-miej wykrzywionej szyderczo twarzy, będącej pierwszą ema-nacją umysłu. Zakopolous już na to nie patrzył, i był to czas najwyższy, bowiem w ostatniej chwili minimalnym wahnięciem kierownicy wyminął jakiś cień przed sobą, prawdopodobnie materialny, prawdopodobnie o kształcie i konsystencji ka-mienia. — Otóż to — powtórzył Proklos — otóż to. On cierpi na rozwarstwienie jaźni. Przywódca Czwartej Sekcji Strażników, Megakles, pokiwał głową zaambarasowany. W tej sytuacji jego udział w Igrzyskach Aristoi staje pod znakiem zapyta-nia... — skonstatował na swój własny użytek. Antystenes, leżąc w komfortowym łóżku, miał wrażenie, że znajduje się na cokole. Coś, prawdopodobnie on sam, stanęło na szczycie jego głowy, urągliwie oglądając obolałe ciało. Czuł się tak, jakby był „stąd w górę", to znaczy od głowy wzwyż. Co gorsza, to „od głowy wzwyż" dzieliło się na cztery samodzielne człony. Nie ma co ukrywać, był czterema ludźmi przekazujący-mi sobie nawzajem łańcuch światła. — Byleby go tylko nie ze- rwali — myślał z lękiem. Próbował nie wyobrażać sobie, jak może wyglądać wściekłość Jednego. — Chociaż nie — zganił się w myśli za bluźnierstwo. — Jedno jest nie tylko ponad emocjami, ale i ponad myśleniem. Dusza usiadła sobie spokojnie na poziomie świata idei, tkając wątki rzeczy. Gdy się tym tkaniem zmęczyła, pasła się na polu prawdy, przygotowanym dla niej przez bogów, powoli przeżuwając sylogizmy i łapczywie połykając wszelkie olśnienia jak światła na powierzchni bytu. Właściwie Anty-stenes nie spodziewał się po niej niczego lepszego, zawsze była łakoma i tchórzliwa, bo tam, gdzie przebywała, rzeczy groźne nie budziły grozy. W gruncie rzeczy nigdy nie wychodziła nawet na krok ze świata umysłowego, w dół, w stronę materii zwisał tylko nieregularny ochłap duszy dolnej, który kurczowo ściskała w swoich nibyrączkach. Teraz wydawała się naigrawać z Antystenesa (a właściwie z czterech ludzi, będących Anty-stenesem) umiejscowiwszy się w niewielkiej odległości od sufitu, jakby mówiąc: „pamiętaj, że w każdej chwili mogę cię opuścić!". Antystenes, zagniewany, odwrócił się do niej plecami. Nie myślał o śmierci, myślał o Euridike. Wpatrując się w chromowaną obojętność luksusowego wyposażenia szpitala, odczuwał dotkliwy brak. Ludzie, będący nim, poruszali się niespokojnie, wykonywali nieskoordynowane ruchy. Pragnął jej jak samego dobra, które uszło przed wszelką materią. Kiedy myślał o niej, pierwsze jawiły mu się w bezprzestrzeni jej świe-tliste oczy. Oczy, którymi rozjaśniała drogę przed sobą i innymi. Także przed nim. Nie słyszał i nie dostrzegał, że z tyłu, za za-główkiem łóżka, opalizującym wirem stanął dajmon choroby. Spróbował wstać. Obolałe ciało z trudem poddawało się wskazówkom jego mózgu. „ Ten stary nudziarz znów czegoś od nas chce!" — zdawały się mówić nogi. Mięśnie dwugłowe, zbuntowane przez tę malkotentkę, duszę, w ogóle odmawiały chodzenia po ciele ziemi, jako po miejscu gorszym. A jednak Antystenes się zawziął i zrobił trzy chwiejne kroki w kierunku panoramicznego okna. Widok był piękny, przestrzenny. Lita płaszczyzna Dode-kanezu opadała tu w dół pod niewielkim kątem, kończąc się chaotyczną szemraniną wysuszonych krzaków i wspaniałym, szerokim, złocistym pasmem plaży. Dalej, w fantastycznych żabotach piany, przelewały się z szumem masy wodne Morza Egejskiego. Sielski, bezindustrialny widok mąciły jedynie trzy czy cztery ciemne, postrzępione kształty, stojące na plaży po lewej stronie, gdzie Dodekanez wychodził wąskim cyplem w morze. Antystenes znał te kształty — cel licznych wycieczek miejscowej Szkoły Aristoi. Również teraz do plaży zbliżała się hałaśliwa gromadka w białych tunikach, pod czujnym okiem wychowawców. Antystenes wyróżnił wzrokiem dwóch chłopców, idących z tyłu, mógłby być jednym z nich. — Kiedyś — dodał w myśli. Pamiętał siebie. Patrząc w prze-szłość, widział substancję, a nie powstanie i ciągły przepływ. Struktury na plaży wydawały się wtedy większe, potężniejsze, wyposażone w ponurą moc materii. Były niebytem. Śmigłowce, a właściwie ich wraki, jeden wypalony, pozostałe potrzaskane pociskami. Relikt przeszłości, gdy używano jeszcze broni mechanicznej. Prastara natura materii, jej nienazwana tęsknota, wypełniła go pragnieniem drogi. Jego umysł wyruszył na piaszczyste bezdroża, pustynie jeszcze bardziej suche od Dodekanezu pod słońcem w zenicie. Szedł, słaniając się, klucząc pośród piargów. Nie widział nic, oślepłymi od łez oczami lustrował niezmienną równinę. Zagubił własne światło, tę niewielką latarenkę, którą przed chwilą jeszcze trzymał w dłoni. Szedł i nie widział końca drogi, spieczone usta umysłu oblizywał zdrętwiałym językiem. Wiedział, że jedyną, która mogłaby napoić jego umysł, była Euridike. I oto w samym ognisku ciemności, w brzuchu zwierzęcia materii, które go zjadło, Antystenes ujrzał nagle zakurzone lustro. Podszedł i zanurzył się w nie. Coś przerwało jego zamyślenie. Czyżby dotarł już do samej esencji zła, do „zła tamtego"? Nie, to tylko z cienia jed-nego z helikopterów wyłoniła się wiotka kobieca postać. Przez jakiś czas stała nieruchomo, a jej tunika wplątywała się w nadmorski wiatr. Po raz pierwszy Antystenes pomyślał, że mógłby zdradzić Euridike. — Jak masz na imię, chłopcze? — Dipojnos. A ty? — spojrzał śmiało w jej oczy. — Euridike. Podobają ci się te konstrukcje? Dipojnos odwrócił wzrok, obojętnie wzruszywszy ramio-nami. Zardzewiałe maszyny na plaży nie interesowały go, zaś na rozmowę z Euridike nie miał ochoty. Był jeszcze w tym wieku, w którym kobieca uroda nie robi żadnego wrażenia, kojarząc się co najwyżej z urodą matki. Ale Dipojnos nie mógł skojarzyć Euridike nawet z matką, bo jej nie znał. — Podobasz mi się, Dipojnosie. Przez moment zdziwienie w jego czarnych jak węgle oczach, zaraz jednak zwykła obojętność. — Nie. To jest zakazane. Tym razem w jej źrenicach pojawił się odblask zdumie-nia. Nie spodziewała się odpowiedzi tak twardej i kategory-cznej. — Wiesz, czemu służyły te konstrukcje z żelaza? — Wyjaśni nam to przewodnik. — Zaczekaj, powiem ci sama... Otóż kiedyś tutaj, a także na całym świecie, prowadzono wojny z wykorzystaniem maszyn... — Żelaznych maszyn...? — tym razem ożywienie na jego twarzy. — To dziwne... Przecież maszyny są po to, aby być pożyteczne, a wojna polega na zabijaniu. — A jednak. Ludzie słabi wymyślili maszyny, aby pokonać ludzi silnych. — Metojkowie... — to słowo zabrzmiało jak przekleństwo. — Nie tylko... — odparła wymijająco. — Słuchaj — nagle zmieniła temat — jak sądzisz, co to jest przyjaźń? Dipojnos rozejrzał się wokół bezradnie, zaskoczony py-taniem. — Wspólna zabawa... — odpowiedział niepewnie. — A kto jest twoim najlepszym przyjacielem? — Skyllis — odparł chłopiec bez wahania, wskazując jed-nego z rówieśników. — Dipojnosie, mam ważne pytanie. Gdyby Skyllis działał na szkodę Państwa i powiedział o tym w sekrecie tylko tobie, wydałbyś go? Dipojnos, nie odpowiedziawszy, odbiegł w stronę swoich rówieśników. O godzinie schodzącego słońca Leukippos osiągnął już prawie wierzchołek Góry Naksos. Pierzaste, wysokie chmury nie zapowiadały dobrej obserwacji, ale czas uciekał. Pomy-ślawszy o tym, Leukippos podwoił wysiłki, wspinając się uparcie po wąskiej kamienistej ścieżce, która była w do-datku wypukła i pokryta zdradliwym pyłem. Z jednej strony ścieżki strome zbocze kończyło się przepaścią, bez żadnej możliwości ratunku dla kogoś, kto choć niewiele odszedłby od szlaku. W szarówce gęstniejącego mroku, którego wiel-kie fragmenty zdawały się oblepiać widmowe zbocze góry, Leukipposowi zdawało się, że widzi dusze z opadłymi skrzy-dłami; ledwie wystąpiły z tamtego świata, obawiając się jednak kontaktu z materią. Przycupnęły teraz w zagłębieniach skały jak smętne ptaki, którym deszcz zmoczył wielkie smętne pióra. W ich przezroczystych ciałach Leukippos widział naleciałości od miejsc, wód i powietrza, ślady miast i mieszaniny cielesne. Nie analizując tego wiedział dokładnie, które dusze powinny udać się do uzdrowiska, aby wyleczyć się z wewnętrznego zła, pozostającego w nich jeszcze po poprzednich wciele-niach. — Musisz uważać, abyś ulegając żądzy płodzenia i łako-memu obżarstwu nie weszła w ciało roślinne — powiedział do jakiejś zarozumiałej duszy, która spojrzała nań wyniośle czerwonymi światłami swych wewnętrznych oczu. Leukippos widział ich przeznaczenia lepiej niż ścieżkę przed własnym nosem. Każda z nich wybierała ciało zgodnie z uprzednim żywotem, wlokącym się za nią niczym wielobarwny pawi ogon. Dusze ludzi złych szykowały się do przemiany w dzikie żarłoczne zwierzęta, niektórym wyrastały już nawet kły i pa-zury. Miłośnicy Muz obrastali pierzem, ludzie pracowici zy-skiwali kosmatość pszczół. W powietrzu ponad górą baraszkowały dajmony, zbudowane z materii umysłu. Trzymały one dusze na lejcach przeznaczeń, określając każdej z nich poziom jej lotu, same zaś wirowały w porywach pożądań, jak wielkie nieregularne liście na wietrze. Pośród dajmonów Leukippos widział istoty nieopisanie piękne, jakich nie spotyka się wśród ludzi. Pomyślał, że chciałby mieć żonę — dajmonicę. Tak się na to wszystko zapatrzył, że w pewnym momencie stracił równowagę. Noga obsunęła mu się i o mało co nie spadł w przepaść. W ostatniej chwili zdołał wbić palce w za-głębienie skały. Przez długi czas potem uspokajał wzburzony rytm serca. Jego własna dusza aż zbladła i przygasła, bie-daczka. — A jednak splendor nieba wart jest przeżycia nawet takiego lęku! — powiedział Leukippos sam do siebie, dla dodania sobie otuchy. Głos ugrzązł w ciele powietrza, tak że nie usłyszał go nawet, ale gwiazdy już nachylały się nad nim. Pod nogami smyrgnął mu roślinny wilczek — przed-stawiciel fauny górskich szczytów. Wspomagany światłem gwiazd, Leukippos minął ostatni zakręt ścieżki, prowadzący pod wypiętrzonym brzuchem granitowej skały. Cały czas patrzył teraz w niebo, w szczęście gwiazd, wędrujących po okrężnych szlakach duszy. Otaczało go życie Wszechświata — układy gwiazd, tańczące według promieni światła rozumu i prawideł liczb. W dole zaś kula świata poruszała się wokół, w pragnieniu ogarnięcia sobą tego, co jest wewnątrz niej. Był na szczycie. Wyjął przyrządy — szkiełko, pryzmaty, drogie kamienie, rozszczepiające światło gwiazd — i niezwłocznie przystąpił do obserwacji. Za pomocą zestawu drewnianych beleczek skonstruował z tych przedmiotów specyficzny układ, dzięki któremu mógł naświetlać niebo blaskiem swojej duszy. Na firmamencie, utkanym z bardzo subtelnego światła, panowała teraz noc, powstała z cienia Ziemi. Chociaż wzrokiem docierał Leukippos tylko do sfery gwiazd ruchomych, astronomowi pomagał wewnętrzny wzrok wszechświata: za pomocą gwiazd ruchomych widział gwiazdy stałe. Zbliżał się do nich, oglądał je — bryły złożone z bardzo dużej ilości ściśniętego ognia. Ściśle rzecz biorąc, gwiazdy składały się z ognia, który zjadał inny ogień. Oglądając je, rozpoznał i powitał najpotężniejsze: Zeusa, Gwiazdę Zaranną, Gwiazdę Ognistą, Kronosa, Her-mesa. Leukippos widział dokładnie bardzo subtelne nici, łączące poszczególne gwiazdy z ciałami w sferze podksiężyco-wej. Dzięki nim gwiazdy wywierały wpływ na rzeczy i dusze na Ziemi. Był to dobry wpływ, przeciwieństwo niezdrowych emanacji bogów. Ładunki gwiezdnej energii poruszały się po tych subtelnych niciach jak migawkowe błyski. Leukippos widział mieszanie się w świecie ziemskim wpływów poszczególnych gwiazd, tak że w końcu były one nie do rozpoznania. Wędrował po niebie, omijając gwiazdy zimne i gorące. W konstelacji Koziorożca jedna z zimnych gwiazd weszła w znak przeciwny do gorącej. Ich emanacje zwarły się, powstał z nich jakiś wpływ okropny, który podążył ku ziemi, wzniecając pożogi i wojny. W znaku Wolarza Leukippos natknął się na sejm gwiazd, które — za pomocą wielobarwnych, pryzmatycznych promieni — ustalały wpływ, jaki mają wywierać na ziemi w nadchodzącym roku kalendarzowym. Następnie ich uchwały przesyłano gwiazdom wykonawczym modulowanymi błyskami ekspediującymi ów wpływ na ziemię. Leukippos — teraz wędrowny bezwymia-rowy umysł — dziwił się tak sprawnej organizacji. Gwiazdy leniwe wylegiwały się w swych domach, odkładając pomoc śmiertelnikom na później, w gruncie rzeczy — na święte nigdy. Te paskudne nieroby ledwo co pełgały, spowite w ciepłe opończe swej boskości. Z góry i z pogardą spoglądały na Księżyc, pomniejszego boga, a być może nawet — śmiertel-nika. Gwiazdy pracowite rozplątywały nici czasu, a także rozdzielały wątki, zdążające ku ziemi ze świata nadzmysło-wego. Poruszały się na tle ciemnogranatowej, prawie czarnej kopuły niebios, która znajdowała się nad nimi, w niewy-obrażalnie wielkiej odległości. Podobne były do liter, wciąż pisanych na tle nieba, wciąż ruchliwych. Jednak nie ich poszukiwał Leukippos tej nocy. Poszukiwał czegoś nieuchwytnego, na granicy wyobrażenia i zrozumienia. To nie było nieskończone, bo nie było widmem, uciekającym od prawdziwego bytu, od Jednego. Nie było też widzialną doskonałością, jak ziarno lub zarodek w łonie kobiety. — Nie popełni wielkiego błędu ten — myślał Leukippos — kto rozważając nieokreślone uzna jego naturę za zbliżoną do natury ognia, ale nie spokojnego ognia gwiazd, lecz wciąż ruchliwego, ziemskiego płomienia. Aby lepiej obserwować, wzniósł się na wyżynę rozumnej części duszy. Niemal natychmiast zobaczył tamto. Poruszało się wśród gwiazd szybko, lecz niejednostajnie, jak kluczące po lesie zwierzę. Było kulą jakości, tak skondensowaną, że znosiły się one nawzajem, zatracając się w doskonałej obojętności, w bez-dozowaniu. Nie było to miejsce, skąd pochodzą widziadła, ale Leukippos wiedział, że w jakiś sposób kula ta zawiera w sobie i zarazem równoważy cały wszechświat. Była czymś małym, co zawiera w sobie tamto istnienie wielkie, biegnąc szlakiem jawności. Leukippos przez jakiś czas jeszcze obser-wował tamto, które uciekało jego spojrzeniu. Po chwili znik-nęło po drugiej strome kuli bycia. Obserwacja, dla której przez cały dzień pracowicie wspinał się po zboczu Góry Naksos, była skończona. W świecie zewnętrznym minęło, sądząc po gwiazdach, sporo czasu od jej rozpoczęcia. Leukippos otworzył oczy, był otoczony przez nieprzenikniony mrok ciemnicy ognia ostatniego, mieszaniny jakości, matki-materii. Znów całym sobą zapragnął ujrzeć tamto. Wiedział jednak, że jest to niemożliwe, bo w sposób nieodwołalny zniknęło ono po drugiej stronie kuli niebo-skłonu. Ale wiedział też, że sam się okłamuje. Była jeszcze szansa. Tamto będzie widoczne jeszcze przez jakiś czas na Krecie, zanim nieodwołalnie zniknie. Niestety, wyjazd był niemożliwy, bo obywatelom Państwa wolno było podróżować dopiero po ukończeniu pięćdziesięciu lat; Leukippos miał dopiero trzy-dzieści kilka. Niemal natychmiast pomyślał też o kimś, kto w sekrecie polecał mu usługi rybaków z pobliskiego miasteczka Kali-mnos; jak mówił, mogli oni za opłatą przewieźć uciekiniera z Państwa na drugą stronę morza. Pomyślał, że miasteczko Kalimnos znajduje się niedaleko stąd, u podnóża Góry Naksos. Jeszcze raz spojrzał na firmament, gdzie ledwie dostrzegalną, świetlistą smugą trwał jeszcze ślad przelotu tamtego po sferze gwiazd stałych. Nagle Leukippos zebrał narzędzia, jakby pod wpływem silnego wewnętrznego impulsu. Włożył je do płóciennego worka, który zdecydowanym ruchem przerzucił przez ramię. Pośród szarówki rodzącego się dnia zaczął scho-dzić ścieżką w dół zbocza. Gdy skrawek tarczy słonecznej, nie będącej jeszcze gardzielą żaru, lecz łyskającej złotem, wyłaniał się na horyzoncie z bar-dzo spokojnych wód morza, Leukippos był już w miasteczku. Robiło się coraz cieplej. Zdjął skórzaną kurtkę i wrzucił ją do worka razem z narzędziami, podwinął nogawki dżinsów. Zdjął również sandały, pozwalając stopom poczuć nocny chłód, który zachował się jeszcze w kamieniach. Potem stał niezdecydowany, nie wiedząc, w którą stronę ma iść. Nie mógł przecież wejść tak po prostu do pierwszej z brzegu chaty i oznajmić: — Chciałem nielegalnie opuścić Państwo, czy jest tu ktoś, kto mógłby mi w tym pomóc? Jednak sam los, rozdawca wątków, wydawał się dziś przychylny Leu-kipposowi, być może powrócił już do niego dajmon — stróż z dalekiej podróży na krańce siódmego firmamentu. Astronom ujrzał idącego skrajem szosy chłopca, którego twarz była jasna, a wzrok czysty, nie zmącony nieprawością. Bez wahania postanowił rozmawiać właśnie z nim. Wszedł na asfalt szosy, aby przeciąć drogę chłopcu w nie rzucającym się w oczy, ocienionym miejscu, gdy nagle zza zakrętu wypadł z rykiem silnika rozpędzony motocykl. Oślepił go blaskiem potrójnych halogenów, rozmieszczonych wokół głównego reflektora, omiótł falą uderzeniową swego pędu, złożoną z atomów powietrza i cząstek silnikowych spalin, po czym zniknął za wzgórzem równie szybko, jak się pojawił. Dłoń Leukipposa wykonała nieokreślony gest przywitania czy też pozdrowienia, ale oczywiście motocyklista nie mógłby go zauważyć w lusterku wstecznym, jechał zbyt szybko. Prawdo-podobnie Leukippos był dla niego niezauważalny, po prostu wtapiał się w tło uciekających w niebyt przedmiotów. Dziwne, ale chłopiec nie wydawał się nawet zaskoczony jego widokiem, chociaż przecież go nie znał. — Jak masz na imię? — spytał łagodnie Leukippos, aby jakoś zacząć rozmowę. — Skyllis. — Słuchaj, Skyllisie — spośród wielu możliwych form wyłuszczenia sprawy Leukippos wybrał najprostszą — chciał-bym prosić cię o pomoc w trudnej sprawie. Czy nie znasz kogoś, kto przewiózłby mnie na drugą stronę morza? Chłopiec spojrzał na niego z ciekawością, bez śladu lęku. — W chacie nad brzegiem mieszka rybak Zastros, który powinien ci pomóc. Chodź, zaprowadzę cię tam. Ruszyli obaj. Leukippos szedł śladem chłopca niczym zbłą-kana dusza za swym przewodnikiem. Gdy słońce świeciło już zajadle i ogniście z wysokości dru-giego niebieskiego obwodu, gdzie kiedyś rozpalił je bóg, Leukippos, oparty o burtę kutra, wpatrywał się w hory-zont. Dodekanez był już tylko cienkim, z każdą chwilą zanikającym pasemkiem skał na najdalszej linii spojrzenia. Leukippos oddalał się od niego, jak oddalał się od zasług i błędów swojej przeszłości, żeglując w wielką niewiadomą. — Towarzyszy wszystkim sprawcom na całym świecie sprawiedliwe wyrównanie, jeżeli świat nie ma runąć — po-wiedział Antystenes. Wydało mu się, że wywarło to na słu-chaczach niejakie wrażenie, zbliżone do tego, które chciał osiągnąć. Niezależnie od podsycania poczucia krzywdy musiał przecież ich jakoś podbudować. Sam nie dziwił się temu, że czuli się niepewnie: fizyczna dysproporcja pomiędzy nimi a Obrońcami była przecież ogromna. Równoważyli ją jednak zaciętością, wypływającą z poczucia niezawinionej krzywdy. Rzecz polegała więc na uświadomieniu im ich własnej siły. Antystenesowi udało się w ciągu kilku lat pracy z Garbatymi wykorzenić z nich pełne rezygnacji, omdlewające uczucie niemocy, którego źródłem była świadomość, że nie podobają się bogom. Bystrym rozumowaniem podważył autorytet bogów, dając Garbatym poczucie siły moralnej tak mocne, że umożliwiało ono w ich oczach nawet przeciwstawienie się wyrokom nieśmiertelnych. Rozumowanie to polegało na ustawieniu „tutejszych" bogów, w gruncie rzeczy personifi-kacji namiętności, w opozycji do Boga Tamtego. Jego głównym atrybutem w wizji Antystenesa była sprawiedliwość. W ten sposób zrodziła się odraza Garbatych do Obrońców, roz-wijająca się znakomicie na podłożu ich fizycznych usterek. Co najważniejsze jednak, Antystenes przekonał Garbatych, że bycie chromym, kulawym lub głuchoniemym nie oznaczało odzwierciedlenia niedoskonałości samej substacji duszy czło-wieka (której źródłem były także grzechy popełnione w po-przednich wcieleniach), jak interpretowała to Doktryna. Prze-ciwnie, wady fizyczne były, według Antystenesa, znakiem i pretekstem do rozwijania duchowej doskonałości. Ostrze swojej krytyki skierował Antystenes głównie przeciwko teo- dycei Ojca Doktryny, zgodnie z którą wady i utrapienia są skutkiem wcześniejszych błędów i mogą być pożyteczne dla wszechcałości. Była to, według Antystenesa, zwykła dema-gogia: zło jest zawsze złem i jako takie nie może być po-żyteczne. Oczywiście swoimi poglądami Antystenes zasłużył zgodnie z ustawodawstwem Państwa na kilkunastokrotną śmierć. Roz-powszechniał je więc w sposób ściśle tajny, jedynie wśród Garbatych. Zamaskowaniu ich służyły dodatkowo liczne, szeroko rozgłaszane dialogi filozoficzne, będące w gruncie rzeczy panegirykami na cześć Doktryny. Jedynym podejrza-nym wątkiem oficjalnej działalności Antystenesa, którym mogli zainteresować się Obrońcy, a zwłaszcza tajne „brac-two wilkołaków", była jego charytatywna praca w szpitalu. Doktryna jednak dopuszczała działalność charytatywną jako wyraz bogactwa i siły osobowości zgodnie z twierdzeniem, iż dawanie czegokolwiek wzbogaca w gruncie rzeczy dającego, a nie obdarowanego. Dlaczego jednak Antystenes czynił to, co czynił? Dlaczego czynił to, choć sam był Obrońcą? Niezbadane są wyroki Wszechduszy i Tamtego Boga. Niezbadane są ludzkie losy wrzecionowe, rozplecione po-między tymi wyrokami jak wątki na maszynie tkackiej. Może Antystenes czynił to dlatego, że czuł, iż wszystko uczestniczy w ogromnym kolisku wiecznego powrotu, że wszechświat, który wystarcza sam sobie, spełniając się wedle wątków, będzie okresowo wracał do tego samego układu losów i żywotów. Czuł, że panowanie Aristoi, pomimo po-zornej doskonałości Państwa, będzie musiało kiedyś się skoń-czyć. Inna zaś sprawa, dlaczego to czynił. Dlaczego pragnął zniszczyć to piękne, hermafrodytyczne ciało o doskonałych proporcjach, dlaczego pragnął zedrzeć z niego skórę, patrzeć, jak z otwartych ran płynie krew i limfa. Może dlatego, że ciało Państwa, jakkolwiek znakomicie zamierzone, było wła-śnie — ciałem? Nienawidził Doktryny. Był w niej — również matema-tycznie doskonałej — jeden punkt, który budził jego zde-cydowany sprzeciw. Było nim odrzucenie litości i miłości do mniej doskonałego. Antystenes czuł, że litość była w oczach twórców Doktryny czymś najbardziej niebezpiecznym, wodą, która drąży kamień Państwa, rdzą w jego mechanizmach. Sam nauczył się litości wcześnie, obserwując Garbatych z okien swojego domu położonego na wzgórzu. Ujrzał to, czego nie powinien był ujrzeć: że są ludźmi. Od tej chwili czuł się obcy, podświadoma nienawiść do Aristoi narastała w nim. Co więcej, sam poszukiwał uzasadnień tej nienawiści, szukał w sobie usterek, które nieprzekraczalnym murem oddzielałyby go od Obrońców. Znalazł je, prawdziwe lub uro-jone. Wywołało to w nim kompleksy, zaczął czuć się od nich gorszy, a im bardziej czuł się gorszy, tym bardziej ich nie-nawidził. Zgłosił się ochotniczo do pracy wśród Garbatych. Przy-wódca jego sekcji nie mógł się nadziwić, że praca, która wśród Aristoi była uważana za dopust Boży, za najczarniejszą robotę, gorszą od rycia w ziemi, stała się marzeniem Anty-stenesa. Dając mu skierowanie, przywódca powiedział z nie-pokojem w oczach: — Pamiętaj, że ich wady mają być dla ciebie bodźcem do rozwijania własnej doskonałości. Antystenes bezwiednie skinął głową, choć myślą był już daleko. Marzył o przemywaniu im ran, o zmienianiu opatrun-ków, o prowadzeniu ich wszędzie, gdzie nie mogli dojść o własnych siłach. Pracując w szpitalu jeszcze silniej odczuł ich człowieczeń-stwo. Więcej, było to człowieczeństwo znacznie głębsze i praw-dziwsze niż nieludzka doskonałość Aristoi. Wielu spośród Garbatych przesiąkniętych było resentymentem; ci odznaczali się wyjątkową złośliwością i perfidią, nawet, a może przede wszystkim, wobec innych Garbatych. Jednak nawet i tych Antystenes usprawiedliwiał. W swojej złośliwości i wiecznym upodobaniu do robienia komuś krzywdy — a chwytali również zwierzęta i okaleczali je — wydawali się stokroć prawdziwsi od Obrońców, mówiących i myślących tylko Doktryną. Poza tym, ci spośród Garbatych, którzy ustrzegli się przed odrazą, byli tak mądrzy i tak w swej mądrości prawdziwi, że ich światło równoważyło mrok tamtych złośliwych dusz. Być może kluczem do osobowości i poglądów Antystenesa była właśnie — prawda. W świecie idei stawiał ją zawsze wyżej od doskonałości. Antystenes jednak żył w świecie materii, niewątpliwą zaś prawdą materii jest „bieda i żebra-nina". Chwilami powątpiewał w istnienie jakiegokolwiek in-nego świata. A nawet jeśli istniał, furtką do niego była miłość, a nie doskonałość. Spośród gatunków miłości naj-doskonalszym zaś jest miłość do mniej doskonałego. Kontuzja, odniesiona w ostatniej walce treningowej, była dla Antystenesa błogosławieństwem. Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Po prawdzie Antystenes trochę ją sprowokował, odsłaniając się w momencie ataku. Jego dolegliwości neurolo-giczne szybko przeszły. Miał zbyt bliski cel w życiu i zbyt upragniony, aby jego umysł pogrążył się teraz w mrok szaleństwa. Pobyt w szpitalu okazał się znakomitym pre-tekstem do dłuższego niż zwykle przebywania wśród Gar-batych. Ich Dom Ochrony oddzielony był co prawda od Szpitala Aristoi grubym i wysokim murem, ale pokonanie go w nocy nie stanowiło dla Antystenesa problemu, zwłaszcza że Strażnik Szpitala był jednym z najbardziej zaufanych jego przyjaciół. Przebywając tu Antystenes przyśpieszył datę buntu Gar-batych. Dłuższe oczekiwanie wydawało się bezcelowe. Wszy-stko było gotowe, przygotowania przyśpieszyło zaś znacznie szczęśliwe wydarzenie, które miało miejsce mniej więcej rok temu. Antystenes uznałby je za znak przychylności bogów, gdyby w nich wierzył. Przechadzając się po dzikich i nie-dostępnych zboczach Góry Naksos wpadł w głęboką roz-padlinę, która, jak się okazało, była fragmentem korytarza prowadzącego do ukrytego tu przed wiekami składu broni. Była to broń ręczna, znakomicie zakonserwowana w beczkach Nienawidził Doktryny. Był w niej — również matema-tycznie doskonałej — jeden punkt, który budził jego zde-cydowany sprzeciw. Było nim odrzucenie litości i miłości do mniej doskonałego. Antystenes czuł, że litość była w oczach twórców Doktryny czymś najbardziej niebezpiecznym, wodą, która drąży kamień Państwa, rdzą w jego mechanizmach. Sam nauczył się litości wcześnie, obserwując Garbatych z okien swojego domu położonego na wzgórzu. Ujrzał to, czego nie powinien był ujrzeć: że są ludźmi. Od tej chwili czuł się obcy, podświadoma nienawiść do Aristoi narastała w nim. Co więcej, sam poszukiwał uzasadnień tej nienawiści, szukał w sobie usterek, które nieprzekraczalnym murem oddzielałyby go od Obrońców. Znalazł je, prawdziwe lub uro-jone. Wywołało to w nim kompleksy, zaczął czuć się od nich gorszy, a im bardziej czuł się gorszy, tym bardziej ich nie-nawidził. Zgłosił się ochotniczo do pracy wśród Garbatych. Przy-wódca jego sekcji nie mógł się nadziwić, że praca, która wśród Aristoi była uważana za dopust Boży, za najczarniejszą robotę, gorszą od rycia w ziemi, stała się marzeniem Anty-stenesa. Dając mu skierowanie, przywódca powiedział z nie-pokojem w oczach: — Pamiętaj, że ich wady mają być dla ciebie bodźcem do rozwijania własnej doskonałości. Antystenes bezwiednie skinął głową, choć myślą był już daleko. Marzył o przemywaniu im ran, o zmienianiu opatrun-ków, o prowadzeniu ich wszędzie, gdzie nie mogli dojść o własnych siłach. Pracując w szpitalu jeszcze silniej odczuł ich człowieczeń-stwo. Więcej, było to człowieczeństwo znacznie głębsze i praw-dziwsze niż nieludzka doskonałość Aristoi. Wielu spośród Garbatych przesiąkniętych było resentymentem; ci odznaczali się wyjątkową złośliwością i perfidią, nawet, a może przede wszystkim, wobec innych Garbatych. Jednak nawet i tych Antystenes usprawiedliwiał. W swojej złośliwości i wiecznym upodobaniu do robienia komuś krzywdy — a chwytali również zwierzęta i okaleczali je — wydawali się stokroć prawdziwsi od Obrońców, mówiących i myślących tylko Doktryną. Poza tym, ci spośród Garbatych, którzy ustrzegli się przed odrazą, byli tak mądrzy i tak w swej mądrości prawdziwi, że ich światło równoważyło mrok tamtych złośliwych dusz. Być może kluczem do osobowości i poglądów Antystenesa była właśnie — prawda. W świecie idei stawiał ją zawsze wyżej od doskonałości. Antystenes jednak żył w świecie materii, niewątpliwą zaś prawdą materii jest „bieda i żebra-nina". Chwilami powątpiewał w istnienie jakiegokolwiek in-nego świata. A nawet jeśli istniał, furtką do niego była miłość, a nie doskonałość. Spośród gatunków miłości naj-doskonalszym zaś jest miłość do mniej doskonałego. Kontuzja, odniesiona w ostatniej walce treningowej, była dla Antystenesa błogosławieństwem. Nic lepszego nie mogło się zdarzyć. Po prawdzie Antystenes trochę ją sprowokował, odsłaniając się w momencie ataku. Jego dolegliwości neurolo-giczne szybko przeszły. Miał zbyt bliski cel w życiu i zbyt upragniony, aby jego umysł pogrążył się teraz w mrok szaleństwa. Pobyt w szpitalu okazał się znakomitym pre-tekstem do dłuższego niż zwykle przebywania wśród Gar-batych. Ich Dom Ochrony oddzielony był co prawda od Szpitala Aristoi grubym i wysokim murem, ale pokonanie go w nocy nie stanowiło dla Antystenesa problemu, zwłaszcza że Strażnik Szpitala był jednym z najbardziej zaufanych jego przyjaciół. Przebywając tu Antystenes przyśpieszył datę buntu Gar-batych. Dłuższe oczekiwanie wydawało się bezcelowe. Wszy-stko było gotowe, przygotowania przyśpieszyło zaś znacznie szczęśliwe wydarzenie, które miało miejsce mniej więcej rok temu. Antystenes uznałby je za znak przychylności bogów, gdyby w nich wierzył. Przechadzając się po dzikich i nie-dostępnych zboczach Góry Naksos wpadł w głęboką roz-padlinę, która, jak się okazało, była fragmentem korytarza prowadzącego do ukrytego tu przed wiekami składu broni. Była to broń ręczna, znakomicie zakonserwowana w beczkach ze smarem. Tydzień zabrało Antystenesowi rozszyfrowanie konstrukcji niewielkiego pistoletu automatycznego, po czym, wraz z przyjaciółmi, złożył pięćset sztuk tej broni. Leżała ona w ukryciu aż do dnia dzisiejszego. — To już jutro — pomyślał Antystenes z wewnętrznym drżeniem. Po obchodzie, w czasie gdy lekarze zbiorą się na konsylia, a na pobliskim stadionie będą trwały Igrzyska Aristoi, dziesięć oddziałów Garbatych zajmie kluczowe punkty miasta. Antystenes miał nadzieję, że obejdzie się bez roz-lewu krwi. Z obawą myślał o Euridike. Nie mógł jednak dopuścić, aby jego obawa udzieliła się tym biednym ludziom, patrzących teraz na niego jak na ponadświatowy nous. -— Skoro jesteście zrodzeni, nie jesteście nieśmiertelni, atoli zgoła nie będziecie dzięki mnie rozwiązani! — powiedział na głos. W ciemnej sali szpitala ten głos rozniósł się echem, wydawał się mocniejszy, niż był w rzeczywistości. Na zapleczu szpitala Antystenes ujrzał światła jakiegoś samochodu. Podszedł do okna. Światła zgasły. To była furgo-netka z bronią. — Na pewno nazywał się Dipojnos? — upewniała się Euridike. — Tak — potwierdził przywódca Czwartej Sekcji, Mega-ktes. — Hmm... — Euridike, zamyślona, wpatrzyła się gdzieś w przestrzeń ponad jego głową. — To świadczyłoby o moim dobrym wyborze... — Znasz tego chłopca? — Trochę... Wiesz, jakiś czas temu zwróciłam na niego uwagę... Wydawał mi się wartościowy, a poza tym jego właściwości psychofizyczne, parametry czaszki i tak dalej, wskazywały na typ zero, rzadko spotykany nawet wśród arystokratów... Myślałam o wciągnięciu go do bractwa... Opowiedz mi, jak to było — poprosiła. — Zwyczajnie. Po prostu przyszedł do mnie i powiedział, że ma coś ważnego do przekazania. Coś związanego z bez-pieczeństwem Państwa. Gdy znaleźliśmy się na osobności, powiedział łamiącym się głosem, że jego przyjaciel, Skyllis, zwierzył mu się, iż pomagał uciekinierowi z Państwa, astro-nomowi Leukipposowi. Ucieczka odbyła się, jak to zwykle, na kutrze rybackim, z miejscowości Kalimnos. Sprawdziliśmy, rzeczywiście Leukippos nie wrócił wczoraj do domu z obser-wacji na Górze Naksos. Nasi agenci stwierdzili, że w ucieczce pomógł mu rybak Zastros, właściciel dalekomorskiego kutra. Oczywiście Skyllisa oraz Zastrosa z rodziną kazałem aresztować... — A Dipojnos? — No cóż... Podziękowałem mu w imieniu Państwa i ode-słałem do domu... — Błąd... — zmartwiła się Euridike. — To wrażliwy chłopak... Na wieść o aresztowaniu Skyllisa może doznać szoku... Należało raczej zatrzymać go pod jakimś pretekstem, choćby wręczenia nagrody. Można by przy okazji od razu włączyć go do bractwa... Po inicjacji nie powinien mieć już żadnych wątpliwości. To jest jeszcze do naprawienia... Postaraj się go ściągnąć jak najszybciej... — Dobrze. Gdybym wiedział, że jest tak ważny, nie puścił-bym go. — Interesuje mnie jeszcze jedno. Co zrobicie z Leukipposem? — Uciekając dostał automatycznie wyrok śmierci. Chcę jak najszybciej wysłać za nim ekipę pościgową, potrzebny mi jest jeszcze tylko jakiś powszechnie szanowany arystokrata, jako rękojmia sentencji wyroku. — Kto? — Mam kogoś na oku... w chłodnej ciemności swego domostwa. A jednak przy-zwyczajenie odgrywało rolę również u tych mieszkańców przestrzeni, tak że przynajmniej raz dziennie przylatywały tu na posiłek. Jedzenie dobierał im starannie, każdemu gatun-kowi starając się zapewnić jego ulubiony pokarm. Otworzywszy ostatnią klatkę, usiadł po przeciwnej stronie pokoju, na niskiej sofie. Po chwili w przedpokoju i od strony okna dał się słyszeć furkot skrzydeł. Obserwował z przy-jemnością, jak przylatują, trajektoria lotu każdego z nich kończyła się w klatce, będącej jego dawnym mieszkaniem. Łapczywie dziobał ziarno kos, śpiewający tylko w lecie. Wspaniale prezentował się czerwonoogon, zimą przeistacza-jący się w innego ptaka, zwanego maszką. (Ornitolog przez długi czas starał się przeniknąć tajemnicę metamorfozy pta-ków, a zwłaszcza to, czy indywidualne jestestwo ptaka zacho-wuje się po przejściu metamorfozy.) W przestrzeni innej klatki mglistym tylko cieniem przemieszczał się skrzydlaty zarys. Była to kukułka, ptak znikający w okresie kanikuły, po którym zostaje właśnie ów mglisty cień. Gdzieś za oknem, w po-wietrzu, krążył inny groźny cień: jastrząb, który tutaj jednak nie polował wcale na ptaki, bo Ornitolog dostarczał mu wy-starczającą ilość świeżego mięsa. Od strony skrajnej lewej klatki Ornitolog usłyszał nagle uderzenie czegoś miękkiego o metalowe pręty. Spojrzał tam i rozpoznał jego źródło — był to ptak hybris, przeciwnik orła, zwykle polujący w nocy, gdyż we dnie nie widzi jasno — z tej przyczyny właśnie nie trafił on w wejście klatki. Ornitolog był zadowolony: dziś na karmienie przyleciał nawet głuszec, ptak bardzo szlachetny, przez bogów zwany chalkis, docierający do ich olimpijskich siedzib; jego długie i cienkie ciało wykonywało nagłe prze-mieszczenia i zwroty w poszukiwaniu jadła. Najbardziej jednak fascynowały go teraz dwa ptasie ga-tunki, odznaczające się dziwnymi obyczajami. Wśród błysz-czących cieni i cienistych blasków Ogrodu mieszkał ptak zwany bąkiem, wróg harpii. Odznaczał się taką skłonnością do pożerania oczu, że, aby uchronić inne ptaki i siebie przed ślepotą, Ornitolog musiał dostarczać mu codziennie kilka słoików żabich oczu. Bąk z zegarową regularnością przylatywał na swoją koszmarną ucztę. Teraz kończył właśnie pierwszy słoik, by zabrać się do drugiego. Inny ptak był jeszcze ciekawszy. Zwany „mózgiem mięk-kim", siadał zawsze na tym samym miejscu i dawał się tam łatwo schwytać. Był popielaty, i źle latał, miał wielką głowę z chrząstki. Ornitolog, znając jego obyczaje, przypuszczał, że wykazuje on największe podobieństwo do człowieka. Obser-wował go długo i bardzo uważnie. Ptak ten był refleksyjny, skłonny do zamyśleń, a także, jak się wydawało, co jakiś czas występował sam z siebie na niewielką odległość. Świad-czyłoby to, że przynajmniej częściowo żyje on w świecie idei. Dziobał spokojnie ziarno, co jakiś czas zapatrując się w przestrzeń. Obserwację przerwał nagle jakiś dźwięk, dobiegający od strony szosy. Był to warkot silnika, który zniżył się o ton, jakby maszyna pracowała teraz na niższym biegu. Właśnie to zaniepokoiło Ornitologa; motocykl skręcił najwyraźniej w drogę dojazdową do Ogrodu. Po chwili jego słuch roz-różnił dwa dźwięki. Były więc dwa motocykle, teraz już hamujące na podjeździe jego domu. Również ptaki zaniepo-koiły się wyraźnie zewnętrzną ingerencją w spokój ich trwania. Ornitolog wyszedł na spotkanie przybyszów. Zobaczył dwoje ludzi, mężczyznę i kobietę, niespiesznie zmierzających ku niemu. Byli ubrani w ściśle przylegające do ciała stroje o miedzianej barwie. Z tyłu stały ich potężne motocykle o sześciocylindrowych silnikach. Ornitolog poczuł skurcz serca, gdy na baku każdej z tych maszyn ujrzał złoty znak mandali. Mężczyzna i kobieta mrużyli oczy w świetle słońca, ale już wyodrębnili kontur jego postaci w cieniu zadaszonego ganku budowli. Byli podobni do siebie, czarno-włosi, dobrze zbudowani, zdawałoby się, jednakowo piękni. — Witaj w imieniu bractwa — powiedział mężczyzna, starając się nadać swemu głosowi ton pełen szacunku; jednak jego słowa były źle skrojone, spod każdego wyzierała po- garda. — Mamy do ciebie pewną ważną sprawę... — urwał, jakby czekając, że Ornitolog zaprosi ich do domu. Nie słysząc jednak takiego zaproszenia, kontynuował już z wyczuwalną złością: — Wczoraj Rada wydała wyrok śmierci na niejakiego Leukipposa o przydomku „Astronom" za zdradę stanu. Jego przewinieniem jest ucieczka z Państwa. Wyrok wykona grupa pościgowa do której, na mocy bezstronnego losowania, dołączono ciebie, jako rękojmię sentencji wyroku. — Nie widząc na twarzy Ornitologa zrozumienia ni akceptacji, wy-jaśnił: — Po prostu odczytasz Leukipposowi wyrok, zanim zostanie zabity. Ostatnie słowo mężczyzny rozpłynęło się w powietrzu i za-panowała cisza. Nawet odgłosy ptaków ścichły, prawie za-milkły. Mężczyzna i kobieta patrzyli na Ornitologa, mrużąc oczy w powodzi światła. Jego twarz zdawała się nieprze-nikniona, widać było tylko, że razi go blask ich oświetlonych słońcem postaci. Milczenie przedłużało się nieznośnie, będąc coraz bardziej napiętą linią między nimi a nim. — Nie! — powiedział głucho i odwrócił się do nich plecami. Zniknął w ciemności domostwa. To jedno słowo, w które nie mogli uwierzyć. Mężczyzna poczuł przypływ irracjonalnego lęku, coś ścisnęło go w gardle. Chyba nigdy jeszcze członek bractwa nie spotkał się z taką od-powiedzią. Nadludzkim wysiłkiem pokonał paraliżujący go lęk: zacisnął pięści i miękkim, skradającym się krokiem wszedł w ciemność drzwi. Drgnął, czując czyjąś dłoń chwytającą go za ramię. To była kobieta. — Zostaw! — jej szept. — On jest teraz zdrajcą. Nie za-sługuje na śmierć w równej walce. — W ciemności dostrzegł kształt rewolweru. Ornitolog, nie odwracając się, spokojnie zamykał klatki. Po drugim tankowaniu benzyny Zakopoulos stracił rachubę okrążeń. Trwał jednak w postanowieniu nieprzerywania ruchu dopóty, dopóki nie rozwiąże filozoficznego problemu, który go nurtował. Dzień mylił mu się już z nocą, a na szosie pojawiały się widziadła nie istniejących przedmiotów, które usiłował wyminąć, po czym przenikał przez nie jak przez mgłę. Postanowił odpocząć trochę, odwiedzając swojego przyjaciela, astronoma Leukipposa. Leukippos mieszkał na przedmieściu. Zakopoulos skręcił z autostrady w wąską uliczkę, gdzie był zmuszony znacznie zmniejszyć prędkość. Ryk silnika jego motocykla odbijał się teraz od kamiennych ogrodzeń winnic, pomiędzy którymi kluczyła uliczka. Kończyła się ona niskimi schodami, pro-wadzącymi na kopulaste wzgórze. Zakopoulos, jeszcze bardziej zmniejszając prędkość, ostrożnie wjechał po nich na górę. Pozostawił motocykl przed bramą posiadłości Leukipposa, aby nie zakłócać jego rozmyślań, i poszedł żwirową alejką w kie-runku niewielkiej, lecz dobrze skomponowanej willi. Ponad strzępami wysokich traw widział wyraźnie nieskazitelnie białe kolumny atrium. Rozejrzał się wokół: dom położony był wśród podobnych do siebie niewysokich wzgórz, pokrytych winnicami. Przemagając ból nóg, zdrętwiałych po długo-trwałym przebywaniu w tej samej pozycji, wspiął się na wierzchołek wzgórza. Było cicho, tylko lekki wiatr od morza szeleścił trawami. — Leukipposie! —jego głos wydawał się zakłóceniem ciszy, ale wsiąkł w półmrok atrium jak w gąbkę. I znów cisza, szelest traw, których nagie ostrza tarły o siebie. — Leukipposie! — powtórzył Zakopoulos, gdy wydało mu się, że milczenie zanadto się przedłuża. Żadnej odpowiedzi. Po raz pierwszy Zakopoulos poczuł niepokój, była to bowiem pora rozmyślań astronoma, który zwykle po wezwaniu wychodził do niego przed dom. Niezdecydowanie wszedł na podest i pogrążył się w cieniu między kolumnami. Chyba jeszcze nigdy nie był w domu przyjaciela, zawsze tamten wychodził mu naprzeciw. Za-kopoulos przystanął w atrium. Woda w basenie lekko falowała, odbijając tysiącznymi refleksami pobladłe nagle niebo. Wielkie, czarnofigurowe wazy stały na podestach, w równej odległości od siebie, pod ścianami atrium. — Leukipposie! — spróbował jeszcze raz. Dziwny pogłos zabrzęczał wśród kolumn. Zakopoulos ruszył przez atrium głębiej do wnętrza budowli, drżące echo powielało dźwięk jego kroków. Przez kamienne odrzwia widać było fragment komna-ty mieszkalnej, w której panował półmrok. Zakopoulos po chwili wahania wszedł tam. Niskie łoże było starannie zasłane, choć wokół leżało w nieładzie wiele przedmiotów osobistego użytku: kościane grzebienie, zwierciadła, ceramiczne płytki. Zakopoulos nie odważyłby się przywoływać kogoś głosem we wnętrzu tego pokoju, mógł co najwyżej szeptać, ale i z tego zrezygnował. Odwrócił się w kierunku drzwi drugiego po-mieszczenia i wtedy ujrzał to. Znajdowało się w kącie pokoju, unosząc się jakiś metr nad stojącym na podeście czerwo-nofigurowym kraterem. Była to niewielka, opalizująca wieloma barwami kula, w której wnętrzu nie dawało się dostrzec żadnej uchwytnej zmysłowo formy. A jednak czuł, że ta kula wychyla się ku niemu, wabi go, w jakiś sposób pragnie nawiązać z nim kontakt. Zarazem zdawał sobie sprawę, że jest to niemożliwe, że każda sekunda przebywania sam na sam z tą mglistą kulą będzie przynosić im obojgu niewysłowione katusze. Wybiegł z pomieszczeń mieszkalnych i przemknął przez atrium, w którym jego kroki załomotały drżącym echem. W drzwiach obejrzał się jeszcze, czując skurcz serca: zobaczył że kula wyłania się właśnie zza kamiennej framugi. Pędził wśród traw, których ostre brzegi smagały go po łydkach; nie czuł tego. Po chwili był już przy furtce, wsiadł na motor i zapalił go w rekordowym tempie. Nieuważnie zjeżdżał po schodkach, nie oglądając się za siebie. Gdyby spojrzał w lusterko wsteczne, ujrzałby coś w rodzaju gwiazdy, która zawisła przy wejściu do ogrodu. — Przyjaciel mój, Leukippos, nie żyje! — powiedział sam do siebie, a jego głos pokonał warkot silnika. Widział wciąż wpatrzone w siebie, nieskończenie głębokie, świetliste oczy tej kuli. Wyjechał w wąwóz ulicy i od razu zwiększył prędkość. Poczuł się lepiej, gdy jego substancję wypełnił doskonały w swej istocie ruch. Uobecniała mu się w ten sposób esencja tożsamości, a szosa, po której się poruszał, była jedyną drogą peregrynacji umysłu. „Umysł, jeśli stoi, to nie myśli, a jeśli przypadkiem pomyśli, to już go nie ma" — przypomniał sobie ulubioną sentencję swojego Mistrza. Skręcił na autostradę i pozwolił silnikowi rozwinąć maksy-malną moc. Przedmioty wokół szosy znów zlały się w dwa bure pasma, a właściwie w tunel, którego dachem było niebo. Był już w świecie liczb. Najsilniej, bo całym sobą, odczuwał nie-określoną Dwójkę, która, w połączeniu z innymi liczbami, stwarzała podłoże wszelkiego istnienia. Podwaja się ten, kto poznaje samego siebie, zaś on poznawał siebie poprzez ruch. Ale choć w świecie zjawisk królowała Dwójka, u jej podłoża trwało niezmienne Jedno, prapoczątek wszelkiej mnogości i pojedynczości. On zaś czerpał energię z tego, co nieskończone, zgromadzone w jednym, niepodzielnym punkcie wewnątrz świata umysłowego. Występowało ono z siebie tylko w chwi-lach działania, on zaś to działanie urzeczywistniał. Dlatego Ono lubiło Zakopoulosa. Nie był już człowiekiem, był ideą! Jego ruch okazał się kształtem, prowadził do zgody z naturą, jego ruchem wszech-świat postrzegał własny ruch. Jego ruch harcował na bycie, będąc „od niego" i „w nim", zaś materia szlochała, zupełnie precz wygnana. Towarzysząca ruchowi tożsamość sprawiała równość, a różność nierówność, a z nich z kolei rodziły się: koła, kwadraty, równoległe boki. Zakopoulos aż uśmiechał się pod kaskiem do ich kształtów, tańczących w powietrzu. Jego przenikliwy do granic możliwości umysł trzymał teraz w zamknięciu jego własną duszę, ujętą w areszt Miary. Jednak przez okno aresztu wystawał niepozorny, szczurzy ogon duszy, który był nieskończony. Umysł nie dostrzegał tego jednak, upojony działaniem i ruchem — także formą myślenia. Jednego nie przewidział ów wszechprzenikający. Gdyby rze-czywiście istniał demon starożytnego Laplace'a, i gdyby obli- czył teraz pęd cząstek ciała Zakopoulosa i jego motocykla, gdyby wytyczył w przestrzeni, ponad kolejnym, ostrym za-krętem nadmorskiej autostrady, wektory przyszłego ruchu tych cząstek z uwzględnieniem wszelkich manewrów, jakie mógłby wykonać motocyklista na tego typu maszynie, łącznie z naj-ostrzejszym hamowaniem — dostrzegłby, że wektory te stop-niowo, acz nieuchronnie oddalają się od toru szosy i — po-nad nieużyteczną w tej sytuacji barierką — sięgają łagodnym łukiem daleko w morze. Leukippos z radością przystępował do kolejnego cyklu rutynowych obserwacji. W perspektywie miał bowiem coś znacznie lepszego niż obliczanie paralaksy poszczególnych gwiazd. Nie więcej, ale i nie mniej, niż — nieskończoność. Odkrył — co może wydawać się dziwne — pozytywny aspekt nieskończoności! Stało się to dzięki obserwacji Tamtego, kuli jakości; rezultat zapadania się boga w samym sobie. Dusza Leukipposa, wspinając się do bezpostaciowego, szła jakby pod górę po gładkiej skalnej ścianie. Brakowało jej kształtu, brakowało innych przedmiotów — dlatego drżała i ślizgała się, lękając się próżnego uchwytu. „Należy jak najmniej odchylać się od samej siebie" — powtarzała ustami umysłu. Leukippos nie wykorzenił z niej jeszcze przekonania, że tylko koniec doprowadza jestestwo do doskonałości. Czas był promieniem, dążącym tam, gdzie nie ma już kresu. Z tej perspektywy Leukippos widział dokładnie statyczną moc liczby. Jedynki — jak rozrzucone wszędzie ptasie gniazda — dzierżyły miejsce dla tych rzeczy, które miały w nich osiąść. Ze świata umysłowego dążyły w kierunku liczb wciąż nowe widma rzeczy. To było jak rzeka, która nie była jednak rzeką, bo nie miała brzegów. Byty nie dopasowane do liczb, niejako „źle skrojone", nie wchodziły w ich gniazda, prześlizgując się na drugą stronę istnienia, w całkowitą zatratę. Idee przedmiotów w miejscu, gdzie powstawały, otrzymywały kształty, tłocząc się po nie w kolejce. Rzeczy zwisały, przylepione do swych idei klejem wodoodpornym tęsknoty. Te, którym nie udawało się płynąć w nurcie rzeki ku sobie samym, stawały się materią. Z przerażającą jasnością Leukippos widział, że tylko niektórzy ludzie dotykają dobra krawędziami swych obłych dusz. Inni, w miłosnym zapamiętaniu, płodzili widma różnorakich liczb. W tej sytuacji wyjście duszy na zewnątrz, w kierunku materii, wydawało się szaleństwem. Szaleństwem lub przymusem. Dusza, patrząc na to wszystko, patrząc na przedmioty, szeptała sobie pod nibynosem: „ten jest jeden, ten inny, a ten znowu inny, jest ich dużo, jest ich bardzo, bardzo wiele". Leukippos śmiał się, gdy słyszał to jej niezdarne gaworzenie. Jednakowoż blisko już było stąd do nieskończoności, do jej czystej idei. W tym gaworzeniu duszy czuło się jej nieustępliwy, chłodny powiew. — Niebytem nie jest to, czego zupełnie nie ma, lecz to, co jest różne od bytu — powiedział Leukippos sam do siebie, a jego głos powrócił odbity od sprzętów pokoju. — Nie istnieją okropności w sferach świata — pocieszył się jeszcze. Znów echo, a raczej ledwie słyszalny pogłos, świadczący o pewnym oddaleniu od świata, o różnicy czasoprzestrzeni. Mimo to Leukippos zachowywał przez cały czas zaskakująco jasną świadomość przedmiotów i wydarzeń w jego otoczeniu. Na mocy decyzji jakichś sił nadprzyrodzonych zostało mu przydzielone dodatkowe oko, podobnie jak pazury, udzielane przez bogów tym zwierzętom, które nie mogą dać sobie rady w świecie. Widma rzeczy wchodziły do materii jak fałsz do fałszu. Ta godna pogardy i heroiczna zarazem, żebrząca o światło i zuchwała hetera — materia — układała wokół Leukipposa swe uległe ciało w kształt kopuły obserwatorium, znajdującego się na szczycie jego prywatnej willi we wschodniej części Krety. Astronom mógł być spokojny — wreszcie odna-lazł azyl, ukojenie, czas i miejsce na swoje badania. Władcy wyspy przydzielili mu tę willę, jako wybitnemu uczonemu, niemal natychmiast po przyjeździe. Znów wspiął się pracowicie na wyżynę bezcząstkowego szczytu istnienia, idąc po znanych już, wytyczonych przez duszę szlakach. Ten szczyt był pełnym życiem bytu, pozostającym zawsze w tym samym miejscu. Widział już stąd wysokie rejony rzeczy „tamtych", krążących wokół Jednego. Każda z nich, pojedyncza — była zarazem mnogością, gdyż zawierała w sobie nieskończoną moc. Leukippos wiedział jednak, że gdyby której-kolwiek z nich odjąć przyszłość — nieodłączny składnik wie-czności — spadłaby z wyżyny bytu, z tego śnieżnego płasko-wyżu, w rejony zbliżone do materii. W tych rejonach, w roz-lewiskach i strumykach rzeki czasu istniał gorszy świat, gorsi ludzie i gorsi bogowie, kłótliwi, pełni namiętności. Nawet śnieg był tu brudny, choć przecież jego barwa pochodzi od doskona-łego ognia, który nie jest gorący. Leukippos miał gwiazdy pod stopami. Tym żwawiej kie-rował oko swojej cnoty ku Tamtemu. Nie widział Go, rzecz jasna, bo gdyby Tamto wychyliło się z siebie choć na trochę, momentalnie uległoby zniszczeniu. Mogło żyć tylko w śro-dowisku Pierwocin, przypominającym praocean, rojący się od jednokomórkowców. Nie znało ani siebie, ani nic poza sobą, istniało po prostu. Ściślej mówiąc, musiało istnieć, podobnie jak on, Leukippos, musiał uciec z Państwa. Ponad i poza Nim widział nieskończoność, choć uciekała przed jego spojrzeniem. Nie mógł podejść do niej dość blisko, nie spłoszywszy jej, jak najbardziej płochliwej gwiazdy. Potra-fiła uciekać tak szybko, gdyż zawierała w sobie przeciwieństwa, a w każdym z nich mogła schować się cała i bez reszty. Polowanie na nią wymagało niesłychanego refleksu. — Przy-dałby się Zakopoulos — pomyślał Leukippos o swym przy-jacielu, perypatetyku. Nieskończoność uciekała od umysłu, wyślizgując się jak piskorz. W końcu uchwycił jakby ślad nieskończoności, jej życie nie zmieszane ze śmiercią, zatem pozostające poza przeklętym dualizmem. Po tym śladzie szybko piął się w górę. Osaczał ją. Ujrzał — w paradoksalnym błysku nadświadomości — że również Jedno jest nieskończone! Szaleństwo lub przymus. Pod przymusem wracał w świat materii. Całym ciałem czuł wokół siebie jakieś dusze pełne niedostatku. A przecież nie mogło dziać się nic złego. Był strzeżony przez dwóch barczystych agentów, przydzielonych mu przez władców Krety. Leukippos nawet okiem duszy nie mógł widzieć ich stygną-cych ciał, które leżały w pobliżu willi. Nie przestraszył się, lecz zdziwił, gdy kopnięciem otwarto drzwi obserwatorium i stanęło w nich troje ludzi w przylegających do ciała strojach o barwie starej miedzi: dwóch mężczyzn i jedna kobieta. Mężczyźni mieli w dłoniach jakieś czarne przedmioty podobne do rur, ko-bieta — kamerę filmową. — To już naprawdę odejdę tam — pomyślał Leukippos i uśmiechnął się do tej myśli. Kobieta miała zamiar coś mu odczytać, ale zrezygnowała, spojrzawszy na zegarek. Skinęła na mężczyzn. Leukippos jak we śnie widział, że czarne przedmioty w ich rękach zamieniają się w bardzo jaskrawe, regularne błyski. Osuwał się w głąb, daleko, znacznie dalej niż jego ciało, padające na łóżko, targane wstrząsami ciosów martwej materii. Zatrzymał się gdzieś w gwiezdnej odległości (tylko dlatego, że znał gwiazdy), ale widział i słyszał wszystko bardzo wyraźnie. — Wystarczy! — powiedziała kobieta i przez chwilę jeszcze filmowała jego ciało w ostatnich konwulsjach. Skończyła. Zaraz wyszli z pokoju, nie zamknąwszy drzwi, zbiegli po schodach. Przed domem czekała na nich furgonetka. Nie czuł żadnej emocji, nawet niechęci, ale mimo to odwrócił wzrok. Pora była zacząć podróż. Wszystko w nim zmierzało ku górze, więc dość szybko wydostał się poza sferę księżyca. Po drodze napotykał cięższe od siebie jestestwa i dusze, które, aby się przemieścić ku górze, musiały stosować specjalne, złożone praktyki. Jak dowiedział się od przygodnie napotkanej, wesołej duszy-wędrowniczki, nazywały się one „pouczeniami". Naj-ogólniej rzecz biorąc, były to podobieństwa, oderwane po-jęcia oraz, wedle słów niefrasobliwej wędrowniczki, „pewne szczeblowania", prowadzące do Jednego. — Czy jesteś zrzeszony? — zapytała go w końcu. — Zrzeszony...? — zdziwił się Leukippos. — Chodzi o to, czy należysz do „Klubu Poczciwych Dusz". Leukippos uśmiechnął się samym tylko światłem. Był wiel-kim samotnikiem, nie potrzebował tego. Jego uśmiech widać było dobrze w mrocznym otoczeniu, rozświetlał otaczające ich postrzępione skały — rozmawiali bowiem na jednym z księ-życów Saturna; rozmówczyni odpowiedziała równie radosnym uśmiechem, i jakiekolwiek pytania wydały się już zbyteczne. — Znam liczne czynności, które prowadzą do Niego w spo-sób bezpośredni — stwierdził w końcu duch astronoma — i nie widzę przeszkód, abyśmy zaczęli razem je wypełniać. — Magia...? — przestraszyła się nieco dusza. — Nie, nigdy nie zadowoli mnie żadna droga pośrednia... — Zatem myślisz — przerwała mu — o oczyszczeniach, cnotach, strojeniu się, o wzlotach do umysłowego świata i trwałych w nim siedzibach...? — Tak. Zaraz też poszukali w okolicy jakiegoś niewielkiego jeziorka z płynnym helem, w którym mogliby dokonać pierwszej oczyszczającej toalety. Uczyniwszy to, przystrajali się gwiazd-kami amoniakowego śniegu, przeglądając się w tafli zesta-lonego metanu. Gdy wielka planeta zaczęła górować nad ich nibygłowami, ruszyli szybko w górę. Podróż przez poszczególne sfery firmamentu nie trwała długo, zważywszy, że im wyżej byli, tym szybciej i łatwiej poruszali się. Ale nie wszystkie dusze tak odczuwały tę podróż. Leukippos widział, że niektóre z nich, zmęczone długotrwałym lotem, powracają do idei martwego przedmiotu i odpoczywają na nim, obsiadając go, jak zmęczone ptaki na kamiennej bryle. Działo się to w niższym niebie, gdzie bogowie wciąż zadzierali głowy, aby ujrzeć „tamto" niebo i tamtych, wyższych bogów. Leukippos i towarzysząca mu dusza, która nie mogła nie być duszą filozofa, dążyli jednak uparcie ku górze. Nie bez satysfakcji stwierdzili po jakimś czasie, że są w środowisku, w którym wszystkie jestestwa są niebem, a także ziemia, morze, zwierzęta, rośliny i ludzie. Patrzenie było tu zupełnie inne, wszystko załamywało się jakby wewnątrz pryzmatu. Bogowie nie gardzili tu ludźmi, a wszyscy razem w błogim spokoju mknęli pośród niebieskiej poświaty. Leukippos, który i tu zachował ścisły zdyscyplinowany umysł, usiłował zmierzyć prędkość tego ruchu, biorąc za punkt odniesienia jakąś gwiazdę, ale, niestety, rachunek nie chciał mu wyjść; być może prawa matematyki były tu już inne niż w świecie materii. Z zaintrygowaniem astronom zaczął więc obserwować tryb życia dusz, zamieszkałych w tych wysublimowanych strefach. Ich codziennym pożywieniem była prawda, którą jadły z ape-tytem, godnością i bez nadmiernej łapczywości. Dusze odzna-czały się całkowitą przezroczystością, a więc wszystko, co miały wewnątrz siebie, wszystkie ich dążenia, pragnienia i obawy były doskonale widoczne. A zresztą, czegóż miałyby się wstydzić! Były tak wyselekcjonowane, że nic uwłaczającego, żaden strach, gniew lub złe widmo — nie znalazły w nich miejsca do rozwoju. Na próżno Leukippos poszukiwał tu jakiejś indywidualno-ści, kogoś, z kim mógłby prowadzić mądrą filozoficzną dyspu-tę. Każda rzecz i dusza była wszystkim innym, bo wszystko roztapiało się w radosnej światłości. Więcej, każda z krążących tu dusz była jakby soczewką, skupiającą w sobie wszystkie inne rzeczy i dusze, doskonale widoczne w jej niewielkim obłym ciałku. Leukippos przemyśliwał nawet, czy nie udałoby się ustawić dwóch dusz na jednej linii, i obserwować przez nie Tamto, jak przez lunetę powiększającą. Okazało się to jednak niepotrzebne, bo wszystko wokół podlegało bezwyjątkowo prawu przyciągania Tamtego. Zbliżali się do „horyzontu zdarzeń", sferycznej powierzchni, poza którą nie było już powrotu od Tamtego. Ich ruch był czysty, własny, choć przecież to Jedno tak ich przyciągało. Ziarnista struktura „horyzontu zdarzeń" zbliżała się w za-wrotnym tempie. Quasi-Leukippos zamknął odruchowo swe duchowe oczy w oczekiwaniu nagłego wstrząsu, śmiertelnie silnego uderzenia o tę powierzchnię. Nic takiego jednak nie następowało i po jakimś czasie dusza Leukipposa odemknęła powieki, zdziwiona. Okazało się, że poszczególne ziarna „ho- ryzontu zdarzeń" zogromniały, zarazem oddalając się od siebie tak, że w momencie przekraczania transcendentnej błony były prawie że niewidoczne — tak bardzo wzrosła odległość między nimi! Quasi-Leukippos aż wstrzymał oddech z ciekawości — co też czeka go za tym horyzontem? Jak będzie wyglądało to, czego nigdy nie mógł dojrzeć z ziemi swą lunetą? Nagle transgalaktyczny pejzaż ustąpił miejsca jakiejś swoj-skiej ziemskiej przestrzeni. Panowała tu niezgłębiona cisza i zapach, kojarzący się Quasi-Leukipposowi z czymś bardzo dobrze znanym. Nie rozglądając się, zrozumiał, że jest we własnym domu na Ziemi. Choć dusza wzdrygnęła się na myśl o śmiertelnej wspólnocie z rzeczami, po chwili widział już. W czerwonawym świetle swej własnej emanacji, poprzez odrzwia w ścianie jednego z pokojów mieszkalnych ujrzał... Profil kobiety na tle odległych wzgórz był bardzo delikatny, jakby utkany w misterny sposób z najsubtelniejszego gatunku cienia. Między kolumnami przenikał wiatr od tych wzgórz, chłodny jeszcze, nie niosący żaru. Megakles miał wrażenie, że mógłby dotknąć zarysu jej ust w ruchomym powietrzu, tak jakby nie był materią, lecz emanacją wyższej natury. — Bardzo, bardzo źle, że tak się stało... — powtórzyła złamanym głosem, wspierając głowę na dłoni. Megakles przygryzł wargi. Wiedział, że to, co się stało, było wyłącznie jego winą... Cóż, miał prawo podejmowania decyzji, a każda decyzja niesie w sobie ryzyko błędu. — Wiem o tym — powiedział, siląc się na szorstką prosto-tę. — W dodatku już od jakiegoś czasu w nadbrzeżnych miastach trwają zamieszki metojków. Wysłałem przeciwko nim hoplitów... — Od jakiego czasu...? — spytała. — Ciekawe, że właśnie od momentu przedostania się do opinii powszechnej wiadomości o jego śmierci — ożywił się. — Tak jakby śmierć jakiegoś młodego Obrońcy mogła ich w jakikolwiek sposób obchodzić... Dokładnie od wczoraj wieczór. Jak wiesz, rano znaleziono go powieszonego w Gaju Apollińskim. — Nie udało się zrzucić winy na zamach? Wrogie siły? — odwróciła ku niemu twarz, patrząc gdzieś w przestrzeń. — Niestety, Dipojnos zostawił list... Nigdy nie czytałem nic bardziej wywrotowego — dodał po chwili. — Ten chłopak nazywa tam siebie „zdrajcą przyjaźni" i pisze, że zdradzić choćby jednego człowieka w imię — mimowolnie zniżył głos — abstrakcyjnego molocha Państwa — to oddać swą duszę na wieczne zatracenie. W drugiej części listu zajmuje się teorią Państwa — te słowa ledwie przechodziły mu przez gardło. — Pisze, że powinno być ono zespolone nie przez doktrynę, lecz przez miłość i litość. Spojrzał na nią, jakby badając wrażenie, jakie wywarło to zdanie, ale jej twarz była nieodgadniona. — W dodatku zdarzyła się rzecz niespotykana do tej pory — ciągnął — w jednym z obozów wojskowych na granicy zbuntowali się Obrońcy! Nie mam pojęcia, jak dotarła do nich wiadomość... — Plotka roznosi się szybciej od światła — wtrąciła Euridike. — Na razie wysłałem do nich jednego z Przywódców Sekcji, aby z nimi pertraktował. Później, gdy sytuacja się uspokoi — jego wzrok stał się twardy, zacięty — zamierzam wyeliminować ich, co do jednego. — Niech toczą się Igrzyska — Euridike w zamyśleniu bawiła się fałdą tkaniny swej tuniki. — Ważne, aby bogowie pomogli nam w dzisiejszym przedsięwzięciu. — Wierzę w Biona Borystenitę — stwierdził Megakles. — To dobry zapaśnik... Zresztą w zaistniałej teraz sytuacji nie sposób rozwiązać tej sprawy inaczej. Kolejna nie wyjaśniona śmierć arystokraty mogłaby podsycić wrzenie. Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, bowiem za ich ple-cami pojawił się hoplita, który zawiadomił ich o rozpoczęciu Igrzysk. Pewny siebie wyraz twarzy Biona nie wróżył nic dobrego. Zresztą, ma prawo wierzyć w zwycięstwo — pomyślał Anty-stenes. — Ostatnim razem pokonał mnie bez problemu, a od tego czasu on trenował codziennie, ja zaś — leżałem w szpitalu. Rzecz polega teraz na tym, abym i ja uwierzył, że go pokonam. Wbrew pozorom, Antystenes nie czuł się wcale słaby. Jego siły posycała świadomość tego, co dzisiaj się zdarzy, a także świadomość, iż poprzednia przegrana była dziełem wyra-chowania. Poza tym trenował oczywiście, skrycie, nocą, w pod-ziemiach szpitala. Zabrzmiał gong rozpoczynający walkę i Antystenes poczuł, że temperatura emocji na stadionie podniosła się o kilka stopni. — Długo już nie opadnie — pomyślał z satysfakcją. Pozornie ryzyko — przystąpienie przez niego do walki — nie miało sensu, ale potrzebował tego czasu — tych pięciu minut uwagi Aristoi, skupionej na nim i jego przeciwniku — aby Proklos mógł rozlokować Garbatych wokół stadionu. Bion rozpoczął krążenie wokół niego — zwykły sposób walki tego ciężkiego, lecz silnego zawodnika. Gdyby Antystenes pozwolił mu dalej tak krążyć, mogłoby to skończyć się źle dla niego. Już wcześniej postanowił uprzedzić atak. Błyskawicznie doskoczył do przeciwnika i wykonał bardzo silne, okrężne kopnięcie w głowę. Bion wstrząsnął się, lecz nie padał; Anty-stenes zanurkował pod jego lewym ramieniem. Był to czas najwyższy, bowiem nad głową przeleciały mu z furkotem dwa potężne ciosy kontrujące. Równie błyskawicznie wynurzył się i zaatakował Borystenitę szybkimi ciosami ręcznymi, jedno-cześnie odstawiając lewą nogę daleko do tyłu. W ślad za rękami poszło zamachowe kopnięcie w brzuch. Przeciwnik zgiął się i w tym momencie kolano Antystenesa ponownie uderzyło go w twarz. Daleko było do powalenia Borystenity, ale po raz pierwszy w jego oczach Antystenes dojrzał błysk zdziwienia, nie-pewności, a może nawet trwogi. Bion skupił się w sobie i zaczął posapywać z przejęcia, zaś Antystenesa ogarnęła dziwna lek-kość. Gdy przeciwnik, po niezgrabnym doskoku, zaatakował go znów ciosami rąk, zrobił unik i wykonał ciałem półobrót, jednocześnie pochylając się w dół; przez moment był odwró-cony do Borystenity plecami i ten moment Bion chciał wyko-rzystać. Jednak była to pułapka: gdy rzucił się w kierunku Antystenesa, bardzo silne kopnięcie proste trafiło go w pod-brzusze. Znów zgiął się i przyszedł do siebie już nie tak łatwo. Antystenes poczuł szóstym zmysłem, że publika zamarła ze zdziwienia. Dalsza część walki nie była już ciekawa. Polegała na coraz bardziej niezdarnych atakach Borystenity i coraz szybszych, coraz silniejszych kontrach Antystenesa. W końcu przeszedł on do kontrataku i kilkoma skutecznymi ciosami powalił prze-ciwnika na ziemię. Stanął nad Borystenitą patrząc z satysfakcją, lecz bez domieszki mściwości, jak usiłuje podnieść się i ponownie pada w pył. Bion był w końcu nic nie znaczącym pionkiem, prawdopodobnie jedynie wykonawcą poleceń bractwa. Nie miał pojęcia, o co toczy się gra. Teraz pierwsza część walki była skończona i Antystenes, w bezrozumnym geście, uniósł w górę obie pięści, ofiarowując swą radość rozżarzonemu niebu. Szum zdziwienia wśród widzów przywrócił mu poczucie rzeczywistości. Rozejrzał się i także ujrzał coś niepomiernie dziwnego: Euridike spokojnym krokiem weszła w krąg walki, którego przekraczanie było kobietom najsurowiej zakazane, i zbliżała się do niego! Coś takiego nie zdarzyło się ani razu chyba od początku istnienia Państwa. Zdumienie, które parę chwil przedtem było udziałem Borystenity, teraz wypełniło Antystenesa. Spowodowało ono, że nie od razu zauważył niewielki, błyszczący kształt w jej dłoni. Ocknął się: to był rewolwer, i to skierowany prosto w jego pierś! — Euridike?! — zrobił krok w jej kierunku. — Nie ruszaj się! Jesteś aresztowany! — ...w imieniu bractwa! — dodał silny męski głos za jego plecami. Odwrócił się. To był Megakles, podchodzący do niego z krótkim mieczem w dłoni. Tak, mogłem się tego spodziewać—pomyślał Antystenes; — Niepowodzenie zamachu Borystenity — bo jestem pewien, że dzisiaj miał mnie zabić — pociągnęło za sobą bezpośrednią interwencję bractwa. Jednak to, że Euridike brała w tym udział, pozostawało poza jego wyobraźnią. — Euridike i ty, z nimi... — zaczai. — A coś ty sobie wyobrażał?! — jej oczy zwęziły się. — Myślałeś, że będziesz mógł bezkarnie knuć przeciwko Państwu z tymi pokrakami?! (Antystenes, który mimo wszystko nie czuł się zagrożony, pomyślał nagle, że Euridike przybie-ra nieświadomie ton obrażonej kochanki, zaś samo areszto-wanie przypomina raczej małżeńską kłótnię.) Wiedzieliśmy o wszystkim, od początku! Śledziłam cię, obserwowałam... Jak mogłeś przypuścić, że arystokrata, dotknięty najgor-szą z ziemskich plag, litością, może ujść uwagi bractwa?! Wiemy, że planowałeś przewrót... — Euridike wściekała się coraz bardziej, w miarę jak nieukrywany już wyraz roz-bawienia rozjaśniał twarz Antystenesa. W ciągu paru chwil stracił całe swoje uczucie do niej i poczuł się nagle lekki, lżejszy od dajmona. — Obawiam się, że to wszystko na próżno — powiedział enigmatycznie. Odległa wrzawa na trybunach wzmogła się. Antystenes spostrzegł, że od jakiegoś czasu Megakles patrzy w tam-tym kierunku, a jego twarz staje się coraz bardziej blada. — On ma rację, Euridike — stwierdził martwo Megakles. — Przegraliśmy. — Co?! — zatrzepotała się. Trybuny otaczali Garbaci z pistoletami maszynowymi w dło-niach. Jeden z Obrońców na trybunach usiłował rzucić się na najbliższego karła, ale kilka błysków jego broni zmieniło go w bezwładną szmacianą lalkę. Antystenes wyjął rewolwer z zimnej dłoni Euridike. Był lubiany. Rządził Państwem, nie opuszczając właściwie Akropolu, w otoczeniu swej gwardii przybocznej, której część składała się z dawnych arystokratów. Ta oznaka wierności wydawała się dziwna, zważywszy, że Antystenes skonfiskował ziemię Obrońcom, rozdzielając ją między lud. Chcąc nie chcąc musiał stwierdzić, że świadczy to o występowaniu wśród Aristoi jednostek podporządkowujących swe indywidualne dobro ogółowi. Musiał też przyznać — ale tylko przed samym sobą — że było ich wśród arystokratów więcej niż wśród innych klas mieszkańców Państwa. Pierwszy rok jego rządów odznaczał się ożywieniem gospo-darczym. Rozpoczął zakrojone na szeroką skalę roboty pu-bliczne, wznowił komunikację powietrzną, na razie na nie-wielką odległość — z wysepkami Morza Egejskiego i Kretą, myślał o dostosowaniu starego, opuszczonego kosmodromu w Górach Pytyjskich do potrzeb komunikacji na większe odległości. Obywatele Państwa odetchnęli, mogli nareszcie podróżować, a wraz z nimi idee. Państwo otworzyło się jak komnata grobowca, do której nikt nie zaglądał od dziesiątków lat. Popierał sztukę, otaczał się artystami. Za jego rządów mogli wreszcie powrócić do kraju poeci, wygnani niegdyś twardym wyrokiem doktryny. Na Akropolu rozbrzmiewały dźwięki wielu różnych gam muzycznych, nie tylko tych, które doktryna uznawała za dozwolone, a także wielojęzyczny gwar. A jednak nad Państwem gromadziły się chmury. Szpiedzy donieśli, że król Sparty, Kleomenes, szykuje się do wyprawy wojennej na stolicę. Próbował on nawet zawiązać koalicję innych miast przeciwko Państwu. Sam jednak posiadał siłę wystarczającą, aby zdobyć miasto. Dla Antystenesa zaczęły się trudne dni. W szatni panował kwaśny odór spoconych ludzkich ciał. Zapaśnicy rozbierali się szybko i zakładali rynsztunek do walki, śpiesząc się, pragnąc jak najszybciej opuścić to miejsce, wejść w świeży powiew powietrza w korytarzu. Na niektórych twarzach malowała się niechęć, a nawet obrzydzenie — ławki były od dawna nie myte, miejscami przegniłe deski załamywały się pod ciężarem człowieka. Odkąd igrzyska organizowano co tydzień, ku uciesze gawiedzi, odkąd wprowadzono do nich broń, co zaowocowało rudymi plamami krwi na podłodze szatni, nikomu już nie chciało się utrzymywać urządzeń sta-dionu w należytym porządku i czystości. — Na Hades, nie będę walczył w takich warunkach! — nie wytrzymał jeden z zapaśników. Wszyscy oni należeli do dawnej klasy Obrońców. — Możesz spróbować się wykupić... — poradził mu ceniony przez wszystkich zapaśnik, zwany Kimonem Niezdarą. Tamten spojrzał na niego z wyrzutem. — Wiesz przecież, że aby to uczynić, musiałbym walczyć na arenie jeszcze co najmniej pięć lat...! — Jest jeszcze fundusz... — powiedział półgłosem Kimon. Nikt na to stwierdzenie nie zareagował. Wszyscy obawiali się mówić o tym; mógł przecież usłyszeć ktoś z obsługi stadionu. Jeden tylko Kimon używał słów otwarcie i za to właśnie był lubiany. Granicą szczerości był jednak instynkt samoza-chowawczy. Hegezjasz, ten, który przed chwilą narzekał na złe warunki, dziś zatracił go zupełnie. — Powiedzcie bracia — zaczai patetycznie — czy nie dosyć zabijania się ku podłej uciesze tych karłów?! Czy nie dosyć nas oni niszczą, musimy niszczyć się nawzajem?! Czyż tak nisko upadliśmy?!? — Cśśśś... — instynktownie zareagował ktoś. Kimon Nie-zdara odpowiedział po prostu: — Jesteśmy tu właśnie po to, by przetrwać. Doskonale wiesz, Hegezjaszu, że gdybyśmy nie przydawali się na igrzy-skach, Antystenes rozkazałby nas zgładzić. — Chwyćmy więc za broń! — gorączkował się Hegezjasz. — Połączmy swe siły z prawdziwym przyjacielem naszej ojczyzny, Kleomensem! — Nigdy! — nie wytrzymał jeden z obecnych. — Póki żyję, stopy spartańskich hoplitów nie będą deptały ziemi mojej ojczyzny! — Chyba oszalałeś?! — Hegezjasz niemal rzucił się na niego. — Bracia, musimy działać rozważnie! — Kimon usiłował załagodzić spór. — W sytuacji, kiedy Antystenes zaapelował do nas o pomoc w pokonaniu Spartan, należy zastanowić się, co będzie dla nas bardziej korzystne. W każdej chwili oczekiwać można przerwania igrzysk i polepszenia naszego losu. Na razie więc nie zabijajmy się i nie trwońmy energii na bezużyteczne waśnie. Pamiętajcie — zniżył głos — że istnieje fundusz, który możemy wykorzystać w jakiejś kluczowej chwili. — Już teraz powinniśmy kupić broń i wywalczyć sobie wolność siłą! — wykrzyknął Hegezjasz. Odpowiedziało mu milczenie. Tylko w odległych pomiesz-czeniach, pod prysznicami, dało się słyszeć kapanie wody. Wszyscy przeczuwali, że moment jeszcze nie nadszedł. — Osobiście uważam, że walka na igrzyskach nie jest takim złym losem — powiedział potężny i nieco powolny zapaśnik, syn znakomitego rodu, Arystogiton. — Robimy w końcu to, do czego od lat nas przygotowywano. A że widzowie są nieco mniejsi i nieco bardziej cherlawi... cóż, nie powinno to ob-chodzić prawdziwego wojownika. Dopóki żaden z tych kar-łów nie nastąpił mi na odcisk, nie zamierzam podrzynać im gardeł. Kimon Niezdara dodał: — Zrozum, Hegezjaszu, że rewolucja Garbatych nie była buntem przeciwko arystokracji. Bunt stał się w ogóle możliwy do pomyślenia dlatego, że my właściwie przestaliśmy być arystokracją. Tak przyzwyczailiśmy się do uprzywilejowanej pozycji w Państwie, że na skutek lenistwa zatraciliśmy cechy, wyróżniające nas jako najlepszych. Rewolucji więc — w sensie istotnym — nie było. Hegezjasz patrzył na niego z prawdziwą zgrozą. — Niewolnicy... — wykrztusił, bo głos uwiązł mu w krtani pod wpływem zbyt silnego wzruszenia. — Wszyscy jesteście niewolnicy... Zdołali już was przekabacić... Zarazić małością swych dusz... — bełkotał jak w malignie. Oni zaś tworzyli milczący krąg, nieruchomi, wpatrzeni w Hegezjasza, wieszczą-cego w samym środku brudnej szatni. — Wasza wolność... wasza przeklęta, spętana wolność... — szeptał na granicy krzyku. — Zostawiam was... Odchodzę... Zabiję przynajmniej kilku tych pokurczów... — to mówiąc wycofywał się powoli, tyłem w kierunku wyjścia, tak jakby i oni należeli do jego wrogów. Po chwili zaczai biec i zniknął w wylocie korytarza. — Zatrzymajcie go! — krzyknął Kimon, po czym pierwszy rzucił się w kierunku wyjścia. Za nim pobiegł Arystogiton i kilku innych zapaśników. Zaraz za bramą stadionu przystanęli, uderzeni światłem i ża-rem. Słońce wydawało się z dnia na dzień coraz gorętsze, coraz bardziej bezlitosne. W końcu ujrzeli Hegezjasza, biegnącego w chmurze pyłu ku głównej trybunie, gdzie, w otoczeniu swej świty, siedział tyran. Garbaci, metojkowie i rybacy zgroma-dzeni na trybunach podnieśli wrzawę. Kimon wraz z pozosta-łymi biegł w ślad za Hegezjaszem. Przed samą trybuną dopadli go i próbowali obezwładnić, jednak roztrącił ich w furii. — Chodźcie tu! Chodźcie!! — krzyczał w kierunku Antyste-nesa i jego świty. Jeden z najbliższych towarzyszy Anty-stenesa wyjął pistolet maszynowy, inny szykował się do roz-prawy z Hegezjaszem za pomocą miecza. — Zostawcie go mnie! — powiedział Antystenes i wyjął miecz z ręki jednego z nich, drugiemu zaś zdjął tarczę. Pomimo prób zatrzymania go zręcznie przesadził barierkę otaczającą trybuny. Gdy kończyła się bitwa, noc ścierała już z firmamentu ostatnie ślady zmierzchu. Tu i ówdzie walczono jeszcze przy blasku podpalonych krzaków, co tworzyło niesamowity pejzaż. Bitwa przeciągnęła się, jak wszystkie toczone na Dodekanezie, a chyba i na całych Bałkanach. Po prostu w dzień było tak gorąco, że traciły sens wszelkie operacje przeprowadzane z większą ilością wojska. Słońce — które powoli, nieuchronnie zmieniało się w gwiazdę nową — ograniczało stopniowo wszelkie formy ludzkiej aktywności. Pomimo ciemności, anektującej coraz to nowe obszary, można już było ocenić wynik bitwy. Wojska spartańskie na całej linii zostały odparte, zaś na niektórych odcinkach fron-tu — całkowicie rozbite. Niewątpliwie największą zasługę miał w tym Kimon Niezdara, który dowodził trzonem armii Pań-stwa. To on poprowadził natarcie wąwozem pomiędzy dwoma wzgórzami, pod gradem strzał Spartan, ryzykując całkowite odcięcie podległych mu wojsk, złożonych głównie z zamorskich najemników. Dzięki niemu Arystogiton, dowodzący hopli-tami, na lewym skrzydle, oraz Harmodios, dowodzący od-wodem Garbatych, na prawym — mogli równocześnie prze-prowadzić dwa manewry okrążające, zamykając Spartan w dwóch potężnych kotłach pomiędzy szczytami wzgórz. Rozpoczęło się pracowite i zacięte z obu stron wyniszczanie obrony w tych wielkich koliskach. Gdy Antystenes zdobył pewność, że mógłby zgładzić w ten sposób wszystkich prze-ciwników, polecił w każdym z okręgów otworzyć niewielkie wyjście i wypuszczać przez nie, mniej więcej, co trzeciego Spartanina. Zajęli się tym łucznicy. Właśnie w tej fazie bitwy do namiotu Antystenesa, usta-wionego na wierzchołku wzgórza, w pewnej odległości od toczących się stale zmagań, przyszedł postawny człowiek w hełmie hoplity. A jednak, przyjrzawszy się dokładniej jego postaci, można było wywnioskować, że nie brał udziału w walce. Nie był zmęczony, zakurzony czy choćby draśnięty, nie miał też tarczy — broni niezbędnej w bezpośrednim zmaganiu. Fakt, że nie zdjął hełmu nawet po wejściu do namiotu tyrana, świadczył również o jego wyjątkowej pozycji lub roli. Antystenes, ujrzawszy go, nie zdziwił się ani też zaniepokoił, choć jego spojrzenie mogło świadczyć zarazem o szacunku, skrytej wrogości, jak i o głęboko maskowanym leku. — Proszę, usiądź! — wskazał mu miejsce naprzeciw siebie. Przez jakiś czas milczeli, wpatrzeni w płomienie pochodni. — Nie stosujesz elektrycznego oświetlenia? — odezwał się przybysz. Odblask płomienia igrał na połyskującym metalu jego hełmu. — Tylko wtedy, kiedy jest to konieczne — wyjaśnił Anty-stenes. Znów milczeli, w końcu tyran zapytał: — Co sądzisz o dalszym rozwoju wypadków? — Cóż... myślę z przychylnością... — stwierdził hoplita. — Sądzę, że plan jest dobry. — A... metoda działania? — ostrożnie spytał Antystenes. — Również bez zarzutu. Musisz pamiętać, Antystenesie, że ustanawiasz prawo. A prawo musi być przestrzegane, choćby kosztem ofiar. Nie na darmo nasi przodkowie wieszali oskar-życiela lub oskarżonego po sądowym procesie. Zrozum, prawo musi posiadać w sobie pewien nadmiar, odpowiadający nad-miarowi wolności, który jest w nas. Dlatego nie od rzeczy będzie, gdy od czasu do czasu nawet niewinny znajdzie drogę do podziemi. Prawo musi budzić lęk, inaczej nie będzie sobą, filtrem założonym na naszą przeklętą wolność. Dopiero później zdarzać się mogą odstępstwa od praw, tylko potwierdzające ich regułę. Poza tym — prawo porusza bierny dotychczas orga-nizm społeczny, gdyż stwarza obiekt pragnienia — coś, co jest przedmiotem zakazu. — Czy prawo nie buduje — na gruncie czegoś podsta-wowego, prawdziwego — całkowitej fikcji naszego istnienia? — wyraził wątpliwość tyran. — Tylko o tyle, o ile ta fikcja polega na samowyrzeczeniu. Bez niej jednak bylibyśmy zwierzętami. A odrzucona w ten spo-sób zwierzęcość nadaje naszemu życiu barwę, pozostającą poza kontrolą prawa. Koło się zamyka. Antystenesie, zniszcz naj-lepszych, a zobaczysz, że wcielą się w tych, którzy ich zgładzili! Antystenes milczał, chmurnie wpatrzony w dogasającą po-chodnię. — A jednak jest coś we wszechświecie, co odpowiada ludzkiej złości i żółci! — powiedział głosem manekina. Hoplita nie podjął już rozmowy. Choć nadal nie zdjął hełmu, pewne charakterystyczne gesty sprawiały, iż do złudzenia przypominał Megaklesa. Wrzawa wczorajszej bitwy wywabiła go z Ogrodu jak ptaka z kryjówki. Wiedziony bardziej instynktem niż wyrachowa-niem szedł wzdłuż szosy w kierunku miasta. Po raz pierwszy ziemia, po której stąpał, wydała mu się jałowa, nie było w niej nic, co mogłoby zapłodnić jego wewnętrzny wzrok. Po prostu szedł, a piasek i kamienie chrzęściły mu pod stopami. A jednak przez podeszwy sandałów czuł błaganie materii, błaganie i bło-gosławieństwo: błogosławieństwo, że raczył jej dotknąć choćby swymi stopami, błaganie, by ten kontakt z nim — zanurzo-nym w materii umysłem — trwał choć chwilę dłużej, a jeśli to możliwe, nieskończenie długo. Materia pod jego sto-pami wydawała się chora, jej temperatura podwyższała się, jej cielesna powierzchnia zdawała się być wilgotna i spragnio-na. Ornitolog chętnie zaspokoiłby jej nieme pragnienie, gdy-by nie to, że wiedział, iż naprawdę jest ona niebytem i za jej sprawą w duszy mogą powstawać groźne widziadła, zwo-dzące ze ścieżki samodoskonalenia. Byłby to krok w próżnię, w niebyt, w swoje własne widmo. Błądząc wśród skał starał się w ogóle nie myśleć o materii, bo — jak poucza Mistrz — daje się ona ująć jedynie nieprawym rozumowaniem. A jednak nie myśleć o niej nie mógł, bo stale, natarczywie pchała mu się przed oczy zrudziałym pejzażem swej pofałdowanej powierzchni. — Jesteś przystrojonym trupem! — krzyczał, ale lgnęła do jego nóg pomimo obelg. Ornitolog musiał przyznać — wbrew żywionemu do niej obrzydzeniu — że istnieje w niej jednak coś dobrego, przynajmniej dążenie ku górze. Nie mogła być całkowicie oddzielona od świa-tów wyższych, bo podziemni i podwodni bogowie zostaliby otoczeni jej murem, a poza tym istoty duchowe nie mogłyby przez nią przenikać. Nagle rozległ się głośny brzęk metalu, który obudził filozofa z zamyślenia. Zorientował się, że przed chwilą niechcący kopnął hełm hoplity; metalowa łuska potoczyła się kilka metrów dalej. Oznaczało to, że zbliża się do pola wczorajszej bitwy. Właściwie nie wiedział, dlaczego wyszedł na spotkanie tej nieznanej, obcej mu rzeczywistości. Przecież zdawał sobie sprawę, że w wojnach zwyciężają zawsze ludzie źli. Wiedział, że zło powstaje ze złożoności, z wielości, z tego, co niejednorodne. Zło trapi byt zbiorowy, wspólnotę, państwo. Z niego właśnie powstają zwyrodnienia będące źródłem zła: zawiść i zazdrość. Jest to nie-miara pozbawiona miary, bezkres bez kresu, to, co pozbawione idei bez ideotwórczego, zawsze potrzebujące wo-bec samowystarczalnego, zawsze nieokreślone, nie zatrzymu-jące się nigdzie, arcybierne, niesyte, jest ubóstwem zupełnym. Jakby dla udokumentowania jego rozmyślań, ponad rozża-rzonymi słońcem skałami, tak gorącymi, że aż utraciły barwę, uniosło się widmo zabitego żołnierza, jakby mara „tamtej" duszy, napełniona bezmiarem z powodu niedostatku. Orni-tolog widział w jej wnętrzu ruchliwą nieskończoność, a także rany tej duszy, otwarte, ale już zakażone ziemią materii, zakażone tężcem niespełnienia, oczy duszy były zaś szerokie i martwe i filozof zrozumiał, że zamiast słonecznego dnia dostrzega ona już tylko ciemność. Jednocześnie usłyszał coś, jakby bliską kanonadę. Dobiegała ona zza długiego wzgórza w kształcie wału, do którego właśnie się zbliżał. — A więc bitwa trwa jeszcze — pomyślał, lecz nie mógł dostrzec tego, co się dzieje za wzgórzem. Działo się tam coś groźnego, gdyż nawet ziemia drżała niezauważalnie. W powietrzu ponad skalistą niecką unosił się posępny kształt dajmona o ciele zbudowanym z ognia. Jego ślepe oczy były wpół zamknięte, jakby w jakimś transie zniszczenia. Jego długie, wiotkie palce, zakończone ognistymi pazurami, stale poruszały się bezwiednym, płynnym ruchem. Kogucia głowa również wykonywała ciągłe ruchy, w górę i w dół, w górę i w dół. On także nie wróżył nic dobrego: pojawiał się wszędzie tam, gdzie promieniowanie dobra znajdowało swój niezaprzeczalny, ostateczny kres. Jednak Ornitolog szedł dalej, bez lęku, wiedział bowiem, że śmiercią dla duszy mogłoby być jedynie zanurzenie się w cielesnej toni materii. W miarę zbliżania się do grzbietu odgłosy kanonady były coraz bardziej wyraźne. Ornitolog wyjrzał ostrożnie zza dużego, obłego kamienia w nieckę rozciągającą się za wzgórzem. Teren był rozkopany. Wykopano tu kilkanaście dużych dołów, teraz już częściowo czymś wypełnionych. Wokół tych dołów stało wielu Garbatych z pistoletami automatycznymi w dłoniach. Ornitolog niemal nie wierzył własnym oczom, ale wszystko wskazywało na to, że dokonuje się tu masowy mord. Do krawędzi tych dołów doprowadzano bowiem wy-sokich, nagich ludzi o dłoniach skrępowanych drutem i z wor-kami papierowymi na głowach. Za każdym razem, po dojściu do krawędzi, strażnik, który prowadził swą ofiarę, przykładał jej lufę pistoletu do karku i strzelał tylko raz. Człowiek spadał głową w dół pomiędzy poskręcane, sczepione ze sobą, martwe ciała. — Boże! — wyszeptał Ornitolog bezwiednie. — Co tu się dzieje?! Kogo oni mordują?! Ofiary doprowadzano z kilku ciężarówek, ustawionych tyłem do krawędzi zbocza, tak że ludzie ci jeszcze na chwilę przed zastrzeleniem nie mogli widzieć swego przyszłego, jakże krótkiego już, losu; droga pomiędzy ciężarówkami a zbiorowymi mogiłami była ostatnią podróżą w ich życiu. — Może to jeńcy?! — przemknęło przez głowę Ornitologa, ale zaraz pomyślał, że to niemożliwe, to ściągnęłoby na Państwo nie tylko nienawiść innych polis, ale także zaowocowałoby ich wspólną wyprawą, która zrównałaby miasto z ziemią. Taka była jedyna kara za odstępstwo od podstawowych zasad kodeksu wojennego. Jeden ze strażników prowadził swą ofiarę niepokojąco blisko od kryjówki Ornitologa. Człowiek ten miał już ręce skrępowane kolczastym drutem, ale na głowę nie założono mu jeszcze papierowego worka, tak że mógł teraz widzieć swoją przyszłość z przerażającą jasnością; mimo to nie buntował się, szedł spokojnie, przygarbiony, zrezygnowany, przygnieciony jakimś zbyt ciężkim na barki ludzkie brzemieniem. Ornitolog z natężeniem wpatrywał się w niego, jakby widok jego odwró-conej teraz twarzy miał przynieść rozwiązanie zagadki. Wpatrywanie się dało rezultat, bo eskortowany, przechodząc blisko, zwrócił głowę w jego kierunku. Ornitolog omal nie krzyknął. To był... — Kimon! Kimon Niezdara!! — usłyszał mimo wszystko swój krzyk, odbity echem ponad skałami. Kimon drgnął, ale nieporównanie szybciej i gwałtowniej zareagował jego strażnik — skierował pistolet maszynowy w stronę obłego kamienia i nacisnął spust. Kule bzyknęły złowieszczo nad głową Ornitologa, odbijając się rykoszetem od powierzchni głazu. Również inni strażnicy zajmowali pozycje strzeleckie bądź biegli w stronę głazu, gdzie był ukryty filozof. Ornitolog patrzył jeszcze przez chwilę na Kimona, pomimo spętanych rąk mógł rzucić się teraz na swego oprawcę, bo ten strzelał, odwrócony do niego plecami, i miałby całkiem realne szansę ucieczki; a jednak, wbrew logice, stał bez ruchu, wpatrując się tylko poważnym, za-troskanym wzrokiem w miejsce, gdzie strzelał strażnik. — Obudź się! — chciał krzyknąć Ornitolog, ale poczuł, że jest to ostatni moment, aby rozpocząć ucieczkę, że jeśli będzie zwlekał choćby ułamek sekundy dłużej, zginie tu na pewno i zostanie wrzucony do jednej ze zbiorowych mogił. Z jakichś przyczyn, niejasnych dla siebie samego, za wszelką cenę pragnął tego uniknąć. Dlatego zerwał się teraz do szaleńczego biegu, klucząc zakosami wśród głazów. Jego tunika łopotała w pędzie, a wokół głowy bzyczały kule, trafiając w ziemię i pobliskie głazy, w miejscach znaczonych chmurkami wznieconego tra-fieniem pyłu. Chwilami Ornitolog przystawał, chroniąc się za jakimś głazem, ale zaraz znowu zrywał się do biegu, czując, że ściga go tyraliera co najmniej dziesięciu ludzi. Serce waliło mu jak oszalałe, każdy oddech palił żywym ogniem przeciążone płuca, ale mimo to biegł, wciąż biegł, uważając tylko, aby nie przewrócić się i nie uderzyć głową w jakiś kamień. Po pewnym czasie — nie wiedział, jak długim — wydało mu się, że celność strzałów jego prześladowców jakby zmalała. Dziwne, ale wyglądało na to, że zdoła ujść pogoni. Zbliżył się do morza, które owionęło go nieco rzeźwiejszym powiewem. Szerokim łukiem rozpoczął nawrót w kierunku domu. Nie strzelano już do niego — widać oddalił się na tyle, że ścigającym go nie opłacało się marnować amunicji. Od-wrócił się, próbując dostrzec swych prześladowców, ale ośle-piło go wysokie słońce. Wbiegł do Ogrodu. Panowała cisza, ptaki milczały, a przecież zwykle o tej porze rozbrzmiewały tu ich różnorodne głosy. Ornitolog pamiętał, że już raz kiedyś tak zamilkły, gdy... Wszedł do domu, gdzie uspokoił oddech i napił się zimnej wody. Każdy jej łyk był teraz płynną rozkoszą, odczuwał ją teraz, jak nigdy, w obliczu śmierci. Każdy łyk był ostateczny. Ornitolog usiadł na sofie i przymknął oczy w oczekiwaniu na tych, którzy mieli go zabić. Oczekiwanie przedłużało się. Ornitolog niemalże zaczął się niecierpliwić. Po jakimś jeszcze czasie poczuł intuicyjnie, że prześladowcy na razie nie przyjdą. Uznali widać, że jeśli dotarł do Ogrodu, konieczne będzie sprowadzenie posiłków. Mógł jedynie udawać przed sobą, że nie zna przyczyn tej ich decyzji. Nie na darmo pod murem Ogrodu znajdowały się dwie mogiły, w których leżały szkielety dwojga ludzi w mie-dzianych kombinezonach, z wydziobanymi oczyma. Oznaczało to kilka godzin życia darowanych mu, co prawda, nie z dobrego serca. Postanowił poświęcić je swoim rutynowym czynnościom. Jak zwykle o tej porze otworzył klatki, wysta-wiając w nich jedzenie dla ptaków. Z większą niż zwykle przy-jemnością obserwował, jak się pożywiają. Potem pozamykał klatki, uprzątnąwszy je, wszedł do Ogrodu i napełnił poidła, porozmieszczane na drzewach. — Miejmy nadzieję, że dacie sobie radę beze mnie... — mruczał pod nosem, ale nie był wcale o tym przekonany i dlatego co jakiś czas zimnym ukłuciem jego serce nawiedzał lęk. Starał się zrobić wszystko, aby umożliwić ptakom jak najdłuższą egzystencję bez niego. Cały zapas jedzenia, jaki miał, rozsypał po Ogrodzie i po podłodze swego domu. Wlał kilka beczek wody do kanałów irygacyjnych, nawadniających Ogród, zaś pozostałą, ostatnią, wystawił przed drzwiami domu dla ptaków. Czynności te zajęły mu czas niemal do zmierzchu. Potem wszedł do domu; zanim zapalił światło, ra-czej poczuł, niż ujrzał obecność jakiegoś ptaka w jednej z kla-tek. Było to niezwykłe, nieoczekiwane, bowiem od czasu zało-żenia Ogrodu ptaki nie przylatywały nigdy do klatek w innej porze niż pora karmienia. Ornitolog zapalił światło i podszedł do klatki; spomiędzy jej prętów spokojnym, mądrym wzrokiem przyglądał mu się ptak, zwany „mózgiem miękkim". Człowiek uczynił w powietrzu gest, jakby pragnął przygarnąć go do siebie lub pogłaskać; ptak przekrzywił łebek i spokojne spojrzenie jego oczu, głęboko osadzonych w dużej, chrząstkowatej głowie, było jedyną odpowiedzią na ten gest. A jednak Ornitolog poczuł coś w rodzaju ciepłej więzi z ptakiem. Zgasił światło i wyszedł przed dom. W gęstniejącej ciemności ujrzał blask pochodni; co najmniej stu ludzi schodziło półkolem z okolicznych wzgórz. Dało się słyszeć szczekanie psów, nawoły-wania, metaliczne dźwięki odbezpieczanej broni. — Ciekawe, czy druga setka podpłynęła łodziami od strony morza i wspina się teraz po tych stromych skałach... — pomyślał Ornitolog z beznamiętnym zainteresowaniem, jakby to, co się działo, nie dotyczyło go w ogóle. Ze splecionymi na piersiach rękami obser-wował, jak krąg wokół niego zaciska się stopniowo. Poczuł jakąś nieokreśloną tęsknotę, pragnienie na granicy przeczucia. Ponownie wszedł do domu. Ostrożnie zbliżył się do klatki. Nie zapalając już światła patrzył na ptaka. I wtedy stało się coś bardzo, bardzo dziwnego: z trójwymiarowej, pierzastej bryły jego ciała łagodnym ruchem wyłonił się inny, również trójwy-miarowy, świetlisty kontur. Ptak, zwany „mózgiem miękkim", wydzielił swe prze-ciwieństwo. Consuela (płonący tłuszcz) ... był brzask, gdy dotarli na wzgórza okalające Barcelonę i stanęli na szczycie jednego z tych charakterystycznych pa-górków, przypominających podkowy, o stromych zboczach, z lekko ściętym szczytem, miasto zaś nie powitało ich żadnym światłem, ich, którzy przyszli tu zza frontu, ze wzgórz, na których czaili się godzinami, aby ostrzeliwać samotne faszystowskie kolumny; poczuli irracjonalny żal, zanim uświa-domili sobie, że w mieście panuje zaciemnienie ze względu na możliwość bombardowania, „ciekawe, kiedy i tu przyjdą faszyści", powiedział w milczącej ciemności Augustyn, zdanie to, które nagle rozległo się w samym centrum ich obecności na wzgórzu, sprawiło, że przestali widzieć tajemnicze nieto-perze i ludzi-ptaki kołujących nad miastem; „sram na to", odparł Gruby Mario, co nagle dodało im trochę zdrowego humoru, zapachniało świeżym smrodem nie pranych dawno onuc; Augustyn, nie wypadając z tego stylu, który przecież tak łatwo było im przyjąć, odparł: „musiałbyś mieć dupę wielką jak wieża Eiffla, bracie, oni mają teraz lotnictwo", na co wszyscy wybuchnęli stłumionym mimo wszystko rechotem, jakby pragnąc uszanować ciszę tego miasta, jakby prze-czuwali, że spokój, który w nim panuje, nie będzie trwał długo; i gdy odgłos ich śmiechu sczezł wśród ciemności, ruszyli, ściskając w dłoniach potężne zamki swych przestarzałych karabinów, w dół zbocza, zaś natarczywe, czarno-czerwone, jak ich sztandar, zwidy tej chłodnej nocy zaczęły znów im towarzyszyć, zrazu dyskretnie, jakby na marginesie ich wy- tężonego postrzegania, potem zaś coraz natarczywiej wcielały się w strzępy rozstrzelanych, nie-ludzkich ciał, przywiązanych do karłowatych drzewek, które mijali w swym powolnym marszu, lub też w górujące nad nimi postacie majakowatych olbrzymów o otwartych ustach, w których, pod rzędami spróchniałych zębów, ciemną czerwienią lśniły dziąsła; dla każdego z nich owe zwidy istniały tylko w jego umyśle, tylko i wyłącznie w jego umyśle, toteż nie mówili o nich; ale chyba też i świadomie, jakby obawiając się, że jeśli potwierdzą ich istnienie we wzajemnych rozmowach, oprócz głębokiej katalońskiej nocy ogarnie ich równie głęboka, i co z tego, że wspólna, noc zbiorowego szaleństwa; szli więc wewnętrznie stężali, podwójnie napięci, bo oczekiwali też, że w każdej chwili może zatrzymać ich posterunek milicji POUM, co oznaczało w oczywisty sposób strzelaninę, bo nie znali przecież odzewu na ich hasła; a jednak szli i wnikali w dolinę coraz głębiej nie odrzucani przez nią, nie powstrzy-mywani przez nikogo, chyba tylko przez ich własne zjawy, zrodzone ze zmęczenia i skrzętnie ukrywanego lęku; szli, a ponad ich głowami w butelkę atramentu, którą teraz była dolina, powoli wsączał się świt, zrazu nieśmiało, po-jedynczymi tylko pasemkami, jakby pojedynczymi kroplami białego tuszu, wpuszczonego do kałamarza, potem zaś coraz silniej, jaskrawiej, śmielej; ale w tym niepewnym świetle przecież ich widzenie nie zanikło, przeciwnie, wzmogło się i wy-ostrzyło; i widzieli płynące na tle bladociemnego nieba splą-tane, nagie postacie o groteskowych kształtach i twarzach wykrzywionych uczuciem silniejszym, niż człowiek jest zdolny wytrzymać, a zatem wykrzywionych nadmiernie, wręcz ogar-niętych paroksyzmem, jakby wywróconych na lewą stronę; postacie te, zrozpaczone lub wskazujące gdzieś w prze-strzeń, nie miały właściwie rozmiaru, ich kontury fragmen-tami to rozciągały się niepomiernie, to znowu malały; ręka inkwizytora mogła być dwukrotnie większa od jego głowy, wskazując rozczapierzonymi palcami na kraty podziemnego lochu; gdzie indziej znów postacie magów, oskarżonych o herezję i skazanych, w wysokich, szpiczastych czapach sanbenito, na których wymalowane były girlandy płomieni, magów jadących na osłach pośród ludzi o twarzach po-dobnych do zwierząt; gdzie indziej twarze naznaczone stra-szliwym cierpieniem, będące wyrazem cierpienia ich ciał, ciał do których te twarze należały, a była to męka rzeczy-wiście nadmierna, ponad czyjąkolwiek, kto wie, może nawet boską wytrzymałość, bowiem ciała te okazywały się zmienione nie do rozpoznania, poskręcane, pocięte, tak jakby znęcano się nad nimi długie, długie godziny; i nie było właściwie potrzeba żadnego innego symbolu wojny, żadnego innego wcielenia jej grozy; a jednak ci ludzie nie byli jeszcze martwi, jeszcze żyli, pożerani przez własny czas i przestrzeń; ich oczy, płonące paroksyzmem męki, ostatnim paroksyzmem, długo, długo jeszcze płonęły jasnymi księżycami pomimo niepewnego nastawania dnia; weszli do miasta... ... przestrzeń zmieniła się, jaśniejsza teraz, podzielona na kwadraty oraz prostokąty placów i ulic, gdzie już tylko nikłe odblaski widm tańczyły w nasilającym się blasku poranka: tu wreszcie napotkali ludzi, krwiokościstych, prawdziwych członków milicji POUM w znoszonych drelichowych mun-durach; spotkało ich zaskoczenie, gdyż ludzie ci, w których najwyższe natężenie uczuć istniało gdzieś głębiej, schowane pod maskami ich twarzy, mijali ich niemalże obojętnie, nie pytając nie tylko o aktualne hasła, ale i o przynależność organizacyjną, bo to, że są anarchistami, poznali po ich sztandarze; w ogóle nie odzywali się do nich, patrząc ponurym, mrocznym, nieufnym wzrokiem na ich nie ogolone, ogorzałe pd słońca twarze, ale, co także bardzo ważne, nie strzelali do nich; „gdzie jest wasze dowództwo?", zapytał Max jednego z nich, na co tamten wskazał milczącym gestem okazały budynek, bodajże dawną siedzibę banku; spotykali też kobiety i po raz pierwszy od dłuższego czasu nie były to wieśniaczki, które się ich bały, i chowały skrzętnie przed nimi resztkę nie skonfiskowanych jeszcze plonów; spotkane tu kobiety, prze-ciwnie, patrzyły im w oczy hardo i odważnie, jak gdyby to nie uzbrojeni mężczyźni, a one rządziły tym miastem; niektóre nawet otwarcie podśmiewały się z ich typowo anarchisty-cznego zarostu (w milicji POUM, zdaje się, golono się co-dziennie), przechodząc obok nich komentowały ich wygląd, nachylając się konfidencjonalnie do uszu swych przyjaciółek, a ich wiklinowe, przewieszone przez ręce koszyki kołysały się zalotnie; i tylko dwaj wartownicy przed siedzibą władz spozierali na nich groźnie, chociaż i oni nie odważyli się zapytać o jakąś przepustkę lub hasło; szli więc schodami, cała ich kompania, a raczej gromada, którą w myślach nazywali „kompanią", ich buty szemrały i stukały na po-sadzkach z białego marmuru; szli przez cały czas nie do końca pewni, czy drzwi za nimi nie zatrzasną się z hukiem, zewsząd zaś nie wyłonią się członkowie milicji POUM z kara-binami gotowymi do strzału, tak byli wewnętrznie głęboko nieufni; w końcu zaszli na piętro, gdzie znajdowała się (jak informowała tabliczka) „Kancelaria Republiki", weszli tam: Augustyn, Max i Gruby Mario, zza biurek zaś, zawalonych doszczętnie papierami, wśród których, jak się słusznie do-myślali, trzy czwarte stanowiły skargi i podania obywateli, spoglądało na nich dwóch takich samych brodaczy jak oni, tylko trochę bardziej smutnych; „jesteście", powiedział obo-jętnie jeden z nich, a zaraz potem: „zdaje się, że przejmiecie władzę w tej dzielnicy", na co Max odpowiedział: „bardzo chętnie, o ile nie będzie to władza dzielona z nikim", na co tamten zwrócił się do drugiego brodacza, takiego smutasa jak i on sam: „widziałeś, hombre, oni już teraz chcą władzy absolutnej", „zaiste, zdziczenie obyczajów doszło już do tego stopnia...", zaczai drugi smętny brodacz, lecz nie dokończył, bo Augustyn skierował w niego lufę swojego mauzera, mówiąc poważnie: „chwileczkę, człowieku, jeżeli przejmujemy władzę w tej dzielnicy jako organ Republiki, to chyba należy nam się jakiś szacunek?!", zaś drugi smutas: „w porządku, hombre, masz go u mnie dziesięć kilo, a z tobą twoja matka, ojciec i cała twoja rodzina", Augustyn zbaraniał i nie wiedział właściwie, co odpowiedzieć, bo nie wiedział też, czy tamten kpi; oba smutasy z godnością uporządkowały papiery na swoich biurkach, a jeden z nich, wychodząc, powiedział z przekąsem: „ciekawe, jak będą wyglądały te wasze anarchi-styczne porządki", „już ty się o to nie martw, pilnuj swojej dupy", odmruknął jeden z nich; zaraz po wyjściu poprzedni-ków Max zasadził Grubego Maria do segregowania i pa-pierkowej roboty; wszedł przedstawiciel milicji POUM, in-formując o rozlokowanii posterunków które mieli przejąć; „a gdzie wy się wybieracie, ptaszki?", zapytał go Max, tak jak i inni, zaintrygowany tym nagłym przekazaniem władzy, której nie oddaje się przecież inaczej, niż w ostate-cznej konieczności, „idziemy na front", odparł tamten sucho; stopniowo rozlokowali się w budynku, na jego stylowych oknach suszyli przepocone onuce, co z pewnością wywołało pełne rezerwy, uszczypliwe komentarze mieszkańców dziel-nicy, lecz Max dla zasady nie zabronił tego; zarządził jednak coś, co nazywało się „radą programową", a w warunkach partyzanckich odbywało się raz na miesiąc; oczywiście ich dzień zaczai się od kłopotów i nie wyglądało na to, żeby inaczej mógł się skończyć: kucharki, które zaopatrywały POUM, odmówiły pracy dla anarchistów, z racji swej przynależności partyjnej, i musieli na gwałt szukać nowych kobiet, które ściągnęli niemalże z ulicy; „bracie, czy wiesz, jak się tu nazywa ta pieprzona dzielnica i dlaczego nam ją dali?", przyniósł wiadomość Albert, który jak zwykle już się gdzieś zawieruszył i węszył, „nie wiem", odpowiedział Augustyn zgodnie z prawdą, „tą pieprzoną dzielnicę nazywają Marico-nas", oznajmił Albert, jakby to wszystko wyjaśniało, „no, a dla-czego nam ją dali?", spytał Augustyn, „no, jak to dlaczego", zdziwił się Albert, „właśnie dlatego, że tak się nazywa!", „to była ukryta obelga", dodał po chwili; zebranie zaczęło się jak zwykle niepunktualne, ale Max tolerował ten rodzaj niepunktualności, „stoi przed nami, towarzysze, trudne za-danie, po raz pierwszy w historii mamy zrealizować ustrój anarchistyczny", zaczął od razu z grubej rury, „znaczy się, mamy zorganizować chaos", sprecyzował po swojemu Albert, „można to i tak nazwać", niechętnie zgodził się Max; po tej konstatacji panowało przez długi, długi czas milczenie, prze-rywane tylko co jakiś czas bulgotaniem w brzuchach i głębi-nowymi czknięciami korpulentnych, lecz nie dożywionych członków Rady Programowej; „należałoby zacząć od tego, żeby wszystko rozwalić", powiedział ktoś w tej ciszy, „wszy-stkich?", dopytywał się inny, trochę przygłuchy od czasu, gdy w pobliżu jego pozycji wybuchł faszystowski granat, „nie, wszystko!", wrzasnął mu ktoś do ucha, a tamten przygłuchawy skinął głową, niby że wszystko zrozumiał; „zacznijmy może od tego, że wszystko będziemy robić odwrotnie", zapropo-nował ktoś całkiem rozsądnie, a ktoś brutalnie strywializował jego z trudem wypracowaną koncepcję i znów zaległa cisza, w której tym razem rozlegały się okrzyki anarchistycznych carabińeros, próbujących zdobyć aprowizację dla kompanii, ścigając domniemane pożywienie po ulicach Barcelony; „może zmieńmy język...", wysilił się ktoś, ale jego propozycja przeszła bez echa; „spokojnie, towarzysze, musimy przecież trzymać się wskazań naszego ideologa, Bakunina, jesteśmy partią ba-kuninowców", przywołał ich do porządku Max; cisza, która zaległa po tym zdaniu, wydawała się głębsza niż tamte po-przednie, nikt nie odważył się nawet beknąć czy ziewnąć z lubością; odkąd walczący w ich oddziale Rosjanin, Simow, zginął w potyczce z faszystami, nikt nie był w stanie auto-rytatywnie wypowiedzieć się na temat wskazań i filozofii ideologa; wyglądało na to, że „rada programowa" umrze śmiercią naturalną, rozpłynie się w powietrzu ciepłym od kolumn światła, wpadających przez szerokie okna, tym bardziej że ktoś zawołał, iż pora na posiłek; ale poja-wiła się jeszcze jedna propozycja, wykrzyknięta już w ru-morze odsuwanych krzeseł, w szczęku zarzucanych na ra-miona karabinów, „trzeba dziś się uchlać, do cholery!", po której zaległa cisza, pełna głębokiego, radosnego za-dowolenia; korzystając z niej Max zdołał wyznaczyć na jutro termin następnej rady programowej, zdołał to uczy-nić, zanim z wielu gardeł rozległ się głęboki, wibrujący, 94 radosny ryk; gdy jego pierwsza fala przeminęła, Max krzyknął Ijgszcze: „i pamiętajcie, taka wasza mać, żebyście się przy-|zwoicie zachowywali — inaczej poobcinają nam wszystkim Jby, bo jest jeszcze jakaś władza w tym mieście!", anarchiści Z rumorem opuszczali salę zebrań... ... wieczorem Augustyn wrócił zmęczony z miasta, gdzie próbował sklecić w zakładach drukarskich pierwszy numer | „Anarchisty", pisemka, które za ich sprawą miało ukazywać l; się teraz w Barcelonie; wszedł do pokoju „Kancelarii Repu-||bliki", gdzie zamierzali wraz z Maxem i urzędować, i spać; choć l paliło się światło, nie było tu nikogo, wszędzie walały się za to stosy jakichś papierów, teczek; zresztą, tak naprawdę, w całym budynku nie było nawet jednego anarchisty, wyjąwszy może wartownika, śpiącego na pierwszym piętrze; z innych pokojów i sal tego dużego budynku dobiegały za to odgłosy ludzkiej obecności i ożywionych rozmów, odgłosy przypomi-§ nające Augustynowi, że są w tym mieście spóźnionymi i w grun-cie rzeczy nie chcianymi gośćmi; zgarnął teczki z głębokiego, bogato zdobionego, wygodnego fotela, należącego pewnie Iniegdyś do alkada i rozsiadł się, zapalił cygaro; myślał o tym, leży są w tym mieście potrzebni, a także o tym, w jaki sposób ; można imitować działania Przypadku; nagle zdało mu się, że z jednej z pobliskich sal słyszy podniecone głosy kobiet, |,muszę sprawdzić, co się tam dzieje", pomyślał, próbując Itasprawiedliwić własne wścibstwo; wyszedł na korytarz i zbliżał Isię do uchylonych drzwi, skąd dobiegały głośne rozmowy oraz ^wydostawały się kłęby papierosowego dymu; przystanął przed Iprogiem, pozostając poza pasmem światła, wydobywającego Ipłę ze szpary między drzwiami a framugą, przystanął i na-ishiehiwał; było to zebranie wielu kobiet, w bardzo różnym Meku, ubranych — pomimo jakiś czas już przecież toczącej fsię wojny — także bardzo rozmaicie; oko Augustyna ucieszyło ę z tej różnorodności; „wszyscy oni jednacy", perorowała pwysoka, ładna i młoda kobieta o czarnych włosach, stojąca Ina wprost Augustyna, „zadawać się z nami, proszę bardzo, ale f przyjąć jakąś odpowiedzialność, to już inna sprawa", z tonu i charakteru przemówienia Augustyn wywnioskował, że jest ono skierowane przeciw mężczyznom w ogólności, a być może również przeciw jakimś konkretnym mężczyznom, którzy byli niejako wcieleniami wszystkich przywar męskiego rodu; Augustyn zorientował się również, iż to, na co trafił, jest zebraniem grupy „kobiet wyzwolonych"; o ich ruchu do-tychczas tylko słyszał, nie miał natomiast okazji zetknąć się z nim bezpośrednio, chociaż oczywiście wszystkie partie anarchistyczne, a także, jak sądził, większość socjalisty-cznych i komunistycznych, miały zasadniczo wyzwolenie ko-biet w swoim programie; Augustyn pomyślał, że nie czuje do tych kobiet sympatii ani antypatii, że ich zebranie jest mu w najdoskonalszy sposób obojętne, w tym momencie jednak ujrzał przerażenie na twarzy mówczyni, jakby nagle przy-pomniała sobie o czymś lub zobaczyła przed sobą coś nie-zmiernie brzydkiego; Augustyn miał nadzieję, że to nie był'on, ale kobieta—wbrew tej nadziei —już biegła z kocią zwinnością w jego kierunku, przeskakując przez swe towarzyszki, które podniosły okropną wrzawę, nie rozumiejąc, co się dzieje, a gdy tak biegła, wydała się biednemu Augustynowi potężną per-sonifikacją nocy, rozpędzoną harpią, boginią, składającą po-kracznych facetów w ofierze rogatemu bogu, o pysku przy-pominającym pysk kozy, na szczycie jakiegoś kopulastego wzgórza; poczuł się zagrożony, sam bowiem był istotą brzydką i pokraczną i ze wszech miar niegodną oglądania, ale był anarchistą i na myśl o tym poczuł jednak wątły płomyczek dumy w skołatanej duszy; lecz piękna harpia już zbliżała się, już widział ją, dokonującą operacji na jego żywym mózgu, do którego dotrze poprzez ucho, mocą jakichś piekielnych, szatańskich sztuczek; gdy o tym pomyślał, jego przerażenie rosło, zaś pędząca kobieta, w której ciemnych oczach igrał odblask płomieni, była coraz bliżej i nagle, odpowiadając jakby na pytające spojrzenia swoich towarzyszek, spojrzenia, które ją ścigały, krzyknęła: „taka wasza mać, zostawiłam kotleta na gorącym tłuszczu, od godziny tam mi się skwarzy, stary mnie zabije!", po czym pchnęła dłonią drzwi i wypadła na korytarz, nie spojrzawszy nawet na Augustyna, jakby był powietrzem; „więc nie zostanę rozszarpany", pomyślał nie bez rozczarowania; tymczasem łomot bosych stóp biegnącej zanikał stopniowo w pionowym szybie schodów, aż zamilkł zupełnie, tymczasem rósł gwar i łomot na sali zebrań, wśród kobiet, które wstawały, dając głośno, tak głośno, jak to tylko kobiety potrafią, wyraz swemu oburzeniu i dezaprobacie; korpulentna matrona, prawdopodobnie pełniąca jakąś ważną funkcję w hie-rarchii stowarzyszenia, wstała i usiłowała przemówić zebra-nym do rozsądku: „szanowne towarzyszki — tak właśnie powiedziała — musimy być wyrozumiałe wobec naszej wiernej towarzyszki Consueli; Bóg także wie, że jest ona prześlado-wana przez tyranię w swym własnym domu, prześladowana, mówię, srożej niż którakolwiek z nas; być może właśnie dlatego Consuela jest tak bardzo oddaną sprawie bojowni-czką...", dalsza część jej przemowy utonęła w ogólnej wrzawie, niektóre z kobiet stawały na krzesłach i próbowały prze-mawiać, inne demonstracyjnie skierowały się do wyjścia, „ale czarownice, co?!", spytał ktoś za plecami Augustyna, odwrócił się, to był Max, szczęśliwy, zionący alkoholem, „uciekajmy stąd, przyjacielu", dodał po chwili: „one chyba zaraz tu będą", po czym dyskretnie i w miarę bezgłośnie przemieścili się w kierunku kancelarii, „jak leci", zapytał tym razem Augustyn, a tamten, opierając się o framugę: „zabawiliśmy się konstytu-cyjnie; wino smakowało całkiem po obywatelsku", „gdzie?", spytał Augustyn żeby podtrzymać rozmowę, myśli jego były bowiem teraz zaprzątnięte czymś, a raczej kimś zupełnie innym; „jak to gdzie?", odparł Max, „wiadomo, u św. Jakuba, a potem w Palais Royal", z czego wynikało, że przywódca ich „kom-panii" już brnie w jałową tkankę swych alkoholicznych zwidów i zaraz potwierdziło się to zresztą, bowiem Max powiedział: „udało mi się dziś, jak nigdy, porozmawiać z Anacharsisem Cloots, wiesz, jaki on jest zabawny", lecz Augustyn nie odpowiedział nic, nawet mruknięciem nie wyraził swego entu-zjazmu; wobec czego Max poczuł się zobowiązany do kon-tynuowania wątku: „czy wiesz, jak on zginął?", spytał kon- kretnie, a w nagrodę za tę konkretność otrzymał całkiem sły-szalny już pomruk, „otóż nasz kochany Anacharsis wynalazł nowy sposób ścinania obywateli za pomocą gilotyny, zwanej także oknem narodowym, czy jak tam sobie chcesz; przed ścięciem, na oczach skazanego, przywiązanego do poziomej półki w gilotynie, którego szyja tkwiła już w rzeczonym okienku, więc, jak powiedziałem, przed samym jego nosem, piękna, proporcjonalnie zbudowana obywatelka tańczyła naga taniec życia; powodowało to naturalnie wzrost napięcia ska-zanego, wzrost jego pragnienia, i o to właśnie chodziło oprawcom; konkretnie o to, aby pogłębić u skazanego żal z powodu opuszczania tego świata; chodziło również o to, by miłość i śmierć spełniały się w jednym paradoksalnym akcie, w którym obie — poprzez swój oczywisty brak — brały skazańca we władanie... Robespierre zatwierdził ten nowy ceremoniał, i jak myślisz, co się stało wkrótce? — po twojej minie widzę, że się domyśliłeś: nowy typ gilotynowania za-stosowano prototypowe wobec samego Anacharsisa, oskarżo-nego o współpracę z kimś tam, dobre?", „nie wiem, odparł Augustyn, kiedy to opowiadałeś, myślałem o tych kobietach, tam", wskazał drzwi, „tak, to jest problem", potwierdził Max, „to znaczy, chciałem powiedzieć, że to jest problem dla każdego prawdziwego mężczyzny", po czym sprecyzował: „i chyba tylko cioty go nie odczuwają"; Augustyn musiał w myśli przyznać mu rację, bowiem czuł, że wszystkie napotkane dotychczas przez niego kobiety, z którymi się kochał, po-gardzały nim, kto wie, może z powodu jego węźlastego sękatego ciała i niemal ptasiej głowy; tak czy owak, im bardziej czuł, że one nim pogardzają, że ich fizyczny kon-akt z nim zawiera element fałszu, przymusu — być może bały się go, czarnego, węźlastego, silnego — tym bardziej narastał fałsz między nimi, fałsz w ich tandetnie udawanych orgazmach, w ich wiciu się pod sękatym ciałem miejscowego osiłka o sczerniałych zębach i uśmiechu chimery z Notre Damę; tym bardziej nim pogardzały, już nawet nie skrycie obma-wiając ga za plecami, lub nawet, co gorsza, śmiejąc mu się w nos, odmawiając mu swych ciał, co sprawiło, iż zaczął zazdrościć nawet ciotom, niezależnym od ich kobiecych chceń i niechceń, zazdrościć tym wesołym mariconas, wędrującym z radością i gwarem po ulicach miasteczek; pomyślał, że się nie ugnie i zaczai ich bić, wybijać im zęby, miażdżyć nosy, niszczyć ich fałszywie kobiecą urodę; mariconas, tak, to była dla niego obelga, ich dobre samopoczucie, radość, niezależność, podczas gdy on chodził ulicami coraz bardziej wycieńczony, blady, uganiający się za każdym cieniem kobiety, który pojawił się na jego drodze, i nie osiągający niczego; „hej, Augustyn, te podłe baby cię wykończą, chodź z nami!", wołali drwiąco, a on wście-kał się i biegł za nimi uliczkami miasteczek; w końcu oddałby wszystko za sam już tylko kontakt z kobietą, za dotknięcie jej ciała, pomyślał, że należałoby odzyskać godność za wszelką cenę; został anarchistą; tam, gdzie nawet ludzie chorzy obawiali się nie iść w niedzielę do kościoła, aby nie być przedmiotem obmowy, on został niszczycielem, wyrzutkiem społeczeństwa, synem marnotrawnym; z osobliwą rozkoszą myślał o tym, że być może obywatele miasteczka będą chcieli zlinczować go gdzieś w odosobnionym miejscu; zaś on wyciągnie swojego mauzera i pośle kilku z nich do diabła, a potem będzie gryzł, kopał i miażdżył tętnice szyjne, dopóki ktoś nie zatłucze go, dosłownie: nie zatłucze potężnym ciosem rozchybotanej że-laznej sztaby; naprawdę marzył o takiej śmierci, słyszał, jak Max podszedł do drzwi, otworzył je i wciągnął głęboko w płuca powietrze, „inkwizytorzy mieli rację", powiedział, „czujesz ten smród siarki? to one..." ... jak zorganizować chaos, myślał Max wpatrując się w tłum ludzi za oknem, tłum robotników idących do fabryki, znikają-cych w jej otwartej brami jak w brzuchu Lewiatana; jak wybić ich z tego narkotycznego rytmu, który mają już we krwi, rozwalić ten czas tradycyjny, dzielony na pracę, zajmującą większą część dnia, i chwile czasu wolnego, spędzane z rodziną lub przy piwie, „musimy coś zrobić, inaczej diabli z naszego ustroju", pomyślał raz jeszcze; nic jednak nie przychodziło mu do głowy oprócz pomysłu wypuszczenia przestępców z więzień i powierzenia im funkcji w administracji miasta; a było to mało, stanowczo za mało, Max Laubmann, anarchista, zwolennik Mosta, czuł, że przestawienie szczebli drabiny społecznej do niczego nie doprowadzi; gdy tak stał przy oknie, patrząc posępnym wzrokiem we wrogą mu czasoprzestrzeń, nagle ktoś z tyłu otworzył drzwi, wbiegł, położył mu dłoń na ramieniu; Max spojrzał przez ramię, dziwiąc się tej konfidencjonalności, ale po chwili rozpoznał przyjaciela — to był Augustyn, człowiek, którego był pewien, niemal, jak siebie samego, w gruncie rzeczy prostak, małomiasteczkowy osiłek, -ale za-angażowany i sprawny w walce jak mało kto; teraz jego twarz była zaaferowana, rozognionym wzrokiem wpatrywał się w ulicę, którą przewalał się szary, choć nie zuniformizo-wany jeszcze tłum; „ty mieszkałeś długo w Barcelonie", krzy-czał mu prosto do ucha, „powiedz mi, jak się nazywa ta dziewczyna?!", „która?", pytał Max, bo brudny paluch Augu-styna nie wskazywał jakiegoś precyzyjnie wybranego kierunku, „no ta, w czarnym, skręcająca teraz w przecznicę", „nie potrząsaj mną", ostrzegł Max, „generał Max", jak nazywali go anarchiści, „nie potrząsaj, bo łeb mnie boli i zaraz się zrzygam", „o, już skręciła", powiedział zawiedziony Augustyn, ale Max zdołał już w ostatniej chwili wychwycić w tłumie charakterysty-czny kontur jej wysokiej postaci, „no to już ci powiem, jak się nazywa...", zaczął, oblizując wysuszone katzenjammerem war-gi, „ale musisz wpierw...", „gadaj zaraz!", ryknął Augustyn jak raniony bawół, chwytając Maxa za klapy sfatygowanego munduru armii, bodajże pruskiej, pamiętającego początki pierwszej światowej wojny; „no dobra, już ci powiem, powiem, nie gorączkuj się...", uspokajał go Laubmann strząsając z sie-bie jego gruzłowate dłonie, „to Consuela, fryzjerka z zakładu na rogu, właśnie szła do pracy; dużo ludzi w Barcelonie ją zna, bo...", zawahał się, „jest bardzo ładna, można nawet powiedzieć, że piękna...", „niewiele znałem w życiu kobiet pięknych...", oznajmił Augustyn refleksyjnym tonem, „nie dziwie się, z takim wyglądem...", chciał powiedzieć Max, ale w porę ugryzł się w język, bo zdał sobie sprawę, że ten niewinny żart może nie tylko zerwać nić ich przyjaźni; a wtedy ciszę niedobrą, bo nabrzmiewającą wzajemnymi podejrzeniami, przerwał Augustyn: „a nad czym ty się teraz tak biedzisz...?" i ze współczuciem ogarnął spojrzeniem rozłożone na biurku papierowe stosy; Max pomyślał, że szaleńczym i typowo anarchistycznym pomysłem było uczynienie Augustyna Rivas naczelnym redaktorem ich nowego pisma — zapewniało to bowiem redagowanie periodyku w sposób najgorszy z możli-wych; uczyniono to, posługując się powszechnie znaną wszyst-kim naprawiaczom społecznym „zasadą odwrócenia", zgodnie z którą to, co było na górze ma się znaleźć na dole i vice versa, zaś ci, którzy najmniej nadają się do jakiejś działalności, powinni właśnie ją uprawiać; „wiesz, bracie, zastanawiam się, jakie mamy wydać dekrety", objaśnił Max, gładząc swą długą splątaną brodę; w tym momencie Augustyn, jakby w natchnieniu, podbiegł do biurka i zaczął coś gwałtownie pisać na czystej kartce; Max nie przerywał mu, choć był, co tu ukrywać, zdziwiony, zważywszy, że najdłuższym teks-tem, jaki dotychczas popełnił talent Augustyna, był napis: PASKUDZĘ W MLEKO WASZEJ FASZYSTOWSKIEJ MATKI, znajdujący się bodajże na ścianie kibla w Tarrago-nie; gdy Rivas skończył i popatrywał na niego, wyraźnie z siebie zadowolony, Max heroicznie podszedł do biurka, aby przeczytać jego dzieło: „Rząd Anarchistyczny w Barce-lonie dzielnicy Mariconas z dniem tym i tym, roku tego i tego, wydaje po wsze czasy następujący dekret: rozkazuje się, aby wszyscy obywatele mieszkający w dzielnicy Mariconas od daty ukazania się niniejszego dekretu jedli wyłącznie mięso przygotowane na spalonym tłuszczu; z upoważnienia Komisarz Dzielnicy pułkownik Armii Anarchistycznej Au-gustyn Rivas", dalej znajdował się wielki fantazyjny za-krętas, będący prawdopodobnie podpisem Augustyna; hmm... zastanawiał się Max, ale nagle weselejąc, powiedział: „wiesz, rozważaliśmy niedawno, jak swoimi działaniami imitować Chaos, a ja już mam rozwiązanie...", „jakie?", zdziwił się Augustyn, „ty jesteś Chaosem!", stwierdził Max, przybi- jając pod jego dziełem olbrzymi stempel Komisarza Dziel-nicy... ...zanim jeszcze doszedł do rogu ulicy, już z zakładu fryzjer-skiego dobiegły do jego uszu podniecone głosy i pełne pasji okrzyki, przyspieszył kroku; jako przedstawiciel Tajnej Ko-misji Zgromadzenia Anarchistów miał pełne prawo wiedzieć, co się dzieje w „ich" dzielnicy, w Mariconas; przechodząc, zajrzał do środka przez niezbyt czystą szybę i poczuł skurcz serca: to Consuela, stojąca w lekkim rozkroku, z furią w oczach, kłóciła się z jakimś klientem, siedzącym na jej fotelu fryzjerskim; perrorował coś do niej, rozparty, najwyraźniej nie zamierzał opuścić tego miejsca, Augustyn cicho wszedł i stanął w drzwiach, niby to oczekując na swoją kolejkę, a w rzeczy-wistości słuchając sporu; rozzłoszczona dziewczyna krzyczała na całe gardło, głosem ostrzącym brzytwy, i wydawało się, że lustra powielały jej krzyk: „nie będę, nie będę, nie będę!!!", „co nie będziesz?!", odwrzaskiwał klient gderliwym głosem stetryczałego starca z commedia dęli' arte, „strzygła takich uszu!!", precyzowała, cały czas krzycząc: „to są uszy wy-zyskiwacza ludu, krwiopijcy!", „moje uszy ci się nie podobają, sankiulocka suko?!", pienił się staruch i Augustyn mimo-wiednie pomyślał, że jego starczy obłęd, o ile to był obłęd, nie zaś wyrachowanie, do złudzenia przypomina irracjonalne „ataki" Maxa po zbyt dużej dawce alkoholu; mimochodem przyjrzał się Augustyn uszom klienta Consueli, wydawały się normalne, może tylko nieco pomarszczone ze starości; po chwili dostrzegł w czym rzecz: trąbki Eustachiusza tych uszu sterczały do góry i wygrywały sprośne melodyjki, w dodatku wcale nierepublikańskie; kowadełka i młoteczki, zamiast po-stukiwać w rytmie miłym dla ucha, obcego ucha, naturalnie, skrzyżowały się, pogrążone w bezczelnym nieróbstwie; „ja złożę skargę w dyrekcji!", krzyczał starzec krwiopijca, „pójdę do władz Republiki!", podniecał się coraz bardziej, zaś Con-suela wzięła się pod boki, charakterystycznym dla patriotek gestem, otworzyła usta najszerzej, jak potrafiła, i wrzasnęła na całe gardło: „to idź!! a wiesz, co ty mi możesz...?! a w ogóle, to sp... stąd!!"; staruch próbował krzyczeć jeszcze głośniej, a w każdym razie ani myślał ruszyć się z fotela; Augustyn wyjął zza paska swój mauzer, podszedł do niego i przyłożył mu lufę do skroni; „jesteście aresztowani w imieniu Republiki za zakłócanie porządku publicznego i dywersję ideologicz-ną", powiedział surowym głosem, staruch zerwał się, „jakim prawem?!", krzyczał, próbując dosięgnąć leżącej na stoliku brzytwy. Augustyn wyjrzał z zakładu i przywołał patrol milicji, to byli Jose i Manuelo, dwóch sympatycznych chłopaków z Bastii, którym nie musiał długo tłumaczyć w czym rzecz; zabrali wierzgającego „arystokratę"; Augustyn spojrzał na Consuelę, ona też patrzyła na niego nieco powiększonymi oczyma, nie uśmiechając się, „nie bój się...", powiedział trochę absurdalnie, bo czuł, że to nie jest strach; machinalnie usiadł na fotelu, a Consuela przyniosła ręcznik i wyjęła z szuflady nożyczki, gdy Augustyn nagle uświadomił sobie, że wcale nie chce być strzyżony, przeciwnie, powinien się tego jak ognia wystrzegać, bo utraciłby autorytet (ostrzyżony porządnie anarchista, jak by to wyglądało?!); „sama tu jesteś? nikt z tobą nie pracuje?", zapytał, żeby jakoś rozpocząć rozmowę, gestem wskazała puste fotele, „teraz pracuję sama", odpowiedziała w końcu, „ale po południu na pewno ktoś przyjdzie", „a ile zarabiasz?", kon-tynuował ten temat, wymieniła jakąś nic nie znaczącą, nie-wielką sumę, „nie martw się", pocieszył ją, „niedługo w ogóle zniesiemy pieniądze", ona zaś wzruszyła ramionami, „wiesz co, podobasz mi się", powiedział nagle starając się nie patrzeć w lustro, gdyż wiedział, że jedno spojrzenie mogłoby zniweczyć całe prawdopodobieństwo takiego wyznania; uśmiechnęła się samymi ustami, dokładnie tak, jakby ten uśmiech dotarł tylko do połowy jej twarzy, w żadnym wypadku nie sięgając oczu; „co z nim zrobicie?", zapytała siadając na sąsiednim fotelu, wyjęła z torebki papierosa i zaciągnęła się chciwie, „z kim?", nie zrozumiał w pierwszej chwili, „no z tym...", wskazała drzwi zakładu, „ach, z tym...!", machnął ręką, jakby nie mogła wynaleźć rzeczy mniej ważnej akurat w tej chwili, „a kto to właściwie jest?", odpowiedział pytaniem; „to znany pieniacz", wyjaśniła nie patrząc na niego, błądząc wzrokiem gdzieś w okolicach prawego górnego rogu pokoju, a raczej salonu, „co jakiś czas przychodzi tu, zamawia bezsensowne usługi, zawsze coś mu się nie zgadza w rachunku, a potem grozi, że doniesie o tym dyrekcji i nas wszystkich wyrzucą na bruk", „do jakiej dyrekcji?", spytał Augustyn, niemal nieświadomym ruchem starając się choć trochę uładzić swoją zmierzwioną brodę a la Kropotkin, „no, do dyrekcji wszystkich zakładów fry-zjerskich całej Barcelony", wyjaśniła Consuela trochę nie-pewnie, „znam ja te dyrekcje", mruknął pod nosem Augustyn, „setka gryzipiórków, którzy nie zajmują się niczym oprócz utrudniania życia porządnym towarzyszom", „słucham?", spy-tała Consuela, ale Augustyn to zmilczał; „więc co z nim zrobicie?", spytała z uporem, strząsając popiół, a on, patrząc na ten popiół, na jego drobiny, wpadające do przezroczystej niecki popielniczki, stwierdził: „rozstrzelają go, jak sądzę"; niepo-trzebnie zmieszał się mówiąc to, bo Consuela przytaknęła, wydmuchując kłąb dymu jako ekwiwalent jakiegoś „spodzie-wałam się" lub czegoś w tym rodzaju; ale zaraz powiedziała: „a szkoda marnować kulę, bo to zwykły wariat, ot, taki stuknięty", zaś Augustyn wzruszył ramionami, pomyślał, że ta zabójcza maszynka działa bez zarzutu i trudno byłoby nawet jemu wyciągnąć kogoś, już wplątanego w jej tryby; „podobasz mi się", powtórzył jałowo, z tępym uporem fanatyka, Consuela znów uśmiechnęła się, a w kąciku jej ust igrało prawdziwe rozbawienie; „co sądzisz o rewolucji?", spróbował od innej strony; Consuela nagle zrobiła się bardzo czujna i Augu-styn zrozumiał, że popełnił błąd, starając się w ten sposób zburzyć mur między nimi, „nie mam zdania", powiedziała ostrożnie, przyglądając mu się z pobladłą twarzą; ruchem nie-świadomym, pozarozumnym, wyciągnął ku niej rękę i pogładził ją po policzku, jednocześnie czując wewnętrzny ból z po-wodu tego, iż ręka ta była wielka, sękata i szorstka; „a o czym marzysz?", spytał jeszcze, dziwiąc się samemu sobie, nigdy nie był wobec kobiety tak szczery i bezpośredni, „chciałabym...", namyślała się, „chciałabym, żeby wszystkie dzieci, które bie-gają po ulicach naszego miasta, miały to, co jest ich marze-niem", przez chwilę milczał, zaskoczony, a potem wstał ciężko, mówiąc: „będziesz to miała!"; zmęczonym krokiem wyszedł z salonu; szkoda tylko, że nie widział jej zdziwionych oczu... ... od pewnego czasu Max nie mógł nadążyć z wydawaniem dekretów i zaleceń, a Gruby Mario dwoił się i troił, roz-dając chłopakom te piramidy papierów, które mieli następnie rozlepiać na murach miasta, mur, jak wiadomo, wszystko przyjmie; dowódcy drużyn zaś podrywali swoje nieruchawe nieco, po przepiciu, oddziały do walki o realizację coraz bar-dziej absurdalnych zaleceń, które naturalnie wykonywane były z coraz większą skwapliweścią, a nawet radośnie; jeszcze nigdy morale kompanii nie było tak wysokie, co odzwierciedlało się w rosnącym wskaźniku spożycia alkoholu na głowę żołnierza, o ile tych zarośniętych drabów o wyglądzie zbójów można nazwać żołnierzami; nikt jednak, oprócz Maxa i Augustyna, nie wiedział, że źródłem owej inwencji była zwyczajna, pyskata dziewczyna z Mariconas — Consuela; ściśle mówiąc, wiedział o tym Augustyn, zaś Max... cóż, ostatkiem instynktu samo-zachowawczego Augustyn pozwalał mu trwać w złudzeniu, iż to on właśnie jest autorem wszystkich pomysłów; więc oni, anarchistyczni żołnierze, biegali pośród szczątkowo uporządko-wanej czasoprzestrzeni tego miasta, jak pośród starych i sfa-tygowanych, choć działających jeszcze trybów jakiejś maszyny, i w te tryby, które się jeszcze obracały, choć z niemiłosiernym zgrzytem, wrzucali kamienie, zabierając z ulicy ludzi lub roz-wieszając obwieszczenia; po trzech dniach u Maxa zjawił się delegat republikańskich władz Barcelony, z informacją, iż migracja ludności z opanowanej przez nich dzielnicy do innych dzielnic przekracza wszelkie wyobrażenia, zaś Max potrakto-wał go uprzejmie, lecz stanowczo, świdrując uważnym spoj-rzeniem przezroczystych niemal oczu; stwierdził: „możemy wziąć pełną odpowiedzialność za naszą rewolucyjną praktykę, natomiast nie pozwolimy na wtrącanie się do niej", co momen-talnie zamknęło usta delegatowi — pomarudził jeszcze trochę i wyniósł się, gdzie pieprz rośnie; natychmiast po jego wyjściu Max podpisał wyrok śmierci na trzech obywateli, których przyłapano na jedzeniu dobrze przyrumienionych kotletów schabowych, usmażonych na świeżutkim maśle, w rubryce „uzasadnienie wyroku" wpisał: „za burżuazyjny styl życia"; drugi podpisany przez niego dokument był zapotrzebowaniem na dodatkowy transport lodów śmietankowych z Tarragony, gdyż poprzedni zniszczyła, ściślej: zjadła, faszystowska grupa operacyjna; jak na razie większość nagabywanych przez patrole dzieciaków miała marzenia krążące monotonnie wokół tych zimnych, słodkich, smakowitych kulek; mimo wszystko co jakiś czas poczciwi święci Mikołaje z przestarzałymi mauze-rami musieli się zdrowo napocić, aby spełnić to lub inne życzenie: jak na przykład przyprowadzić rozmarzonemu dzie-cku księżyc na sznurku? wszystko jednak zwykle kończyło się dobrze; ale Max czuł, nie wysilając nawet nadmiernie swej intui-cji, że zbliża się nieuchronny konflikt z republikańskimi wła-dzami miasta i wizyta delegata była jedynie zapowiedzią przy-szłych wydarzeń; zwłaszcza po dzisiejszej akcji, którą przygo-tował, zwołując dziesięciu najbardziej bitnych podopiecznych Gru-bego Maria pod wodzą Alberta da Costa, zaś akcją tą miał być atak na republikańską Dyrekcję Zakładów Fryzjerskich; spo-dziewano się słabego, lecz zaciętego oporu zagorzałych zwolen-ników krótkich fryzur, toteż Max wyposażył sformowaną grupę w przydziały po dwadzieścia nabojów produkcji belgijskiej, nie zaś hiszpańskiej, bo te ostatnie zwykle tylko blokowały lufy; na-szkicował im jeszcze taktyczny plan akcji i wysłał z Bogiem, a ra-czej „przeciw Bogu" — poprawił się w myśli i życzył szczęścia; ledwie drzwi zamknęły się za nimi, już do jego biura wpadł roz-gorączkowany Jose z kilkoma żołnierzami, był tak zaaferowa-ny, że zapomniał oddać honory, ale Max darował mu wspaniało-myślnie to niedopatrzenie; „szefie!", krzyczał już od wejścia, „coś niesamowitego, coś strasznego!"; okazało się, że jeden z bar-dzo krnąbrnych urwisów, szesnastoletni postrach Mariconas, marzy, ni mniej, ni więcej, tylko o zlikwidowaniu swoich ro-dziców, „zlikwidować!", rozkazał Max po wysłuchaniu relacji, 106 „kogo?", pytali zdezorientowani, „no jak to kogo, rodziców oczywiście!"; patrzyli na niego w przerażeniu; „generale, przecież tak nie można, do czego to dojdzie!!!", odważył się zaprotestować Jose, „macie chyba wyraźne dyrektywy", za-mruczał złowróżbnie, „szefie, my tego nie zrobimy!!!", Jose stał blady, a ręce zaczęły mu drżeć; Max po raz pierwszy spotkał się z podobną niesubordynacją; miał na tę okazję specjalnie przygotowany karabin, starego lugera, którego sam prze-robił na wielostrzałowiec, zdolny do wysłania czterdziestu kuł na minutę; gwałtownie wyszarpnął broń spod biurka i strzelił kilkakrotnie nie celując, ponad ich głowami; jednak luger miał duży rozrzut, toteż jeden z pocisków tylko o włos minął się z głową Jose, który skamieniał, a w sekundę potem już wy-biegał z kancelarii; Max ruszył za nimi, ciągle strzelając, ze ścian spadały plakaty, „rozstrzelać!", ryknął w dół schodów, na których właśnie wibrował odgłos ich szaleńczego tupotu, „tak jest! tak jest!!", krzyczeli uciekając, aż tupot ścichł zupełnie... ... od pewnego czasu Consuela była zupełnie nieuchwytna i Augustyn denerwował się jak nigdy, nie było jej w zakładzie fryzjerskim, nikt nic o niej nie wiedział; nawet feministki, na których zebranie Augustyn przyszedł, przełamując swój wstręt do odoru siarki, wzruszały ramionami, a potem wyegzorcyzmo-wały go z sali z wielką pompą; Max zaczął się już niecierpliwić, nie dostając żadnych dyrektyw od swego „medium", przy-pisywał to jednak nagłej apatii Augustyna; tamten zaś starał się nie wchodzić mu w drogę, a uczynił to, zgłaszając się jako ochotnik do „kontroli ideologicznej" podległej im dziel-nicy; odwiedzał domy wraz z dwoma żołnierzami, stukał do mieszkań, zwykle przed ich pojawieniem się gasły światła i lokatorzy udawali nieobecnych; przyzwyczaili się do tego, toteż milczącym gestem wskazywał drzwi zarośniętym party-zantom, którzy wpadali do środka, potem były krzyki, za-palało się światło i cała rodzina odnajdywała się w komplecie; bez zbędnych ceregieli nakazywał żołnierzom rewizję, po czym sam zadawał pytania obserwując spod oka domowników; na koniec wygłaszał zwykle krótką mowę na temat rewolucyjnej moralności i praworządności, wreszcie wizyta kończyła się; zamknąwszy drzwi, słyszeli niemalże, jak lokatorzy oddychają z ulgą; i oto pewnego dnia, wykonując wszystkie te rutynowe czynności, w fotelu pod jedną ze ścian kontrolowanego domu ujrzał... Consuelę; „co tu robisz?", pytał gorączkowo, „po-rozmawiajmy chwilę na osobności", prosił ściszywszy głos, zaraz jednak urwał, widząc pełne zgrozy spojrzenia rodziny, utkwione na przemian to w nim, to w Consueli; „zabieramy tę obywatelkę!", powiedział głośno do żołnierzy, kobieta w czerni rzuciła się ku nim, „nie!!!", Augustyn zrozumiał, że przesadził; „proszę się nie denerwować"; tłumaczył matce Consueli, bo to była jej matka, „chodzi tylko o sprawdzenie, czy pani córka nie nadaje się na stanowisko sekretarki Komisarza Dzielnicy", „już ja wiem, że się nie nadaje!", krzyczała kobieta w czerni, w tym momencie jeden z siedzących mężczyzn podszedł do niej i zaczął ją uspokajać; „daję pani słowo, że za dwie godziny pani córka będzie z powrotem w domu i nie będziemy już jej więcej niepokoić!", powiedział jeszcze Augustyn, starając się nadać temu zdaniu jak najsolenniejsze brzmienie; Consuela zaklęła pod nosem, widać należało to do rytuału, poszukała torebki, i zaraz ogarnęła ich gęsta, chłodna noc Barcelony; na od-chodnym Augustyn usłyszał jeszcze zduszone: „a umyłbyś się lepiej, ty pokrako!!", dwaj anarchiści z jego obstawy zareago-wali na to wcale nie hamowanym śmiechem; „zostawcie nas teraz!", powiedział do nich Augustyn i dodał ostrym tonem: „idźcie patrolować ulice, aż do odwołania!", odeszli nie odmeldowując się, Augustyn powiedział do Consueli: „jeżeli tam był twój mąż, to nie popisał się odwagą... twoja matka...", „nie, tam nie było mojego męża", „a gdzie jest?", „wyjechał", „wyjechał, teraz?", Augustynowi nie mieściło się to w głowie, „no... uciekł", przyznała Consuela nie patrząc mu w oczy; przez jakiś czas szli milcząc, Augustyn zaś chłonął całym sobą jej obecność, był niemal szczęśliwy, to „niemal" dlatego, że otaczały go, jak zwykle, mroczne widziadła; „dlaczego nie byłaś w pracy", powiedział wreszcie, „potrzebowałem cię", błądziła wzrokiem gdzieś w przestrzeni, wśród zaułków, które były teraz opustoszałe, jak prawie nigdy w Barcelonie, „nie wiem... zginęło tylu ludzi", powiedziała niepewnie, schwycił ją za ramię i odwrócił jej twarz ku sobie, była piękna w bladej poświacie księżyca, „ukrywałaś się przede mną?!", raczej stwierdził, niż spytał, „no dobrze, jeśli chcesz tak to nazwać, ukrywałam się!", odparła bez śladu lęku, spuścił wzrok i szedł teraz samotnie, zgarbił się, niezdarny i gruzłowaty, jakby ulepiony z nie-dokładnie rozrobionej gliny, lub też z grubsza tylko ociosany; wychwycił jej spojrzenie, a na dnie tego spojrzenia chyba coś w rodzaju litości, pomyślał ze smutkiem, że to dla niego najlepsza z możliwych wróżb; „posłuchaj, Consuelo", starał się teraz mówić poważnie, bardzo poważnie, „niech ci się nie wydaje, że nasze działania są tylko pustą zabawą; pomyśl, że dzięki nam masz niepowtarzalną okazję, jak nikt chyba w hi-storii — możesz bez żadnych barier kształtować rzeczywi-stość!"; sam nie wiedział, skąd przyszło mu to do głowy, miał jedynie świadomość, że w pamięci błądzą mu nieokreślone fragmenty pism Bakunina, które czytał zaraz po przyjęciu do partii; nie bez satysfakcji stwierdził, że w spojrzeniu Consueli, oprócz lęku, jest też ślad zaintrygowania, a nawet fascynacji tym, co powiedział; nadal szli w gęstej ciemności, gdzieś bardzo, bardzo daleko słychać było coś jakby pomruk artylerii; nawet nieliczne lampy gazowe, znajdujące się przy furtkach i bramach domów nie rozświetlały właściwie tej ciemności, a ich światło grzęzło w niej jak w gęstym czarnym miodzie; „czego więc pragniesz, Consuelo?", zapytał nagle; drgnęła, jakby obudzona z zamyślenia, i zaczęła mówić: „niepotrzebnie w tym mieście zginęło tyle osób, niepotrzebnie chcecie stale robić coś z ludźmi, którzy wcale tego nie pragną; ale wiem też, i nie pytaj, skąd wiem, że wielu niewinnych ludzi zostało rozstrzelanych przez te kurewskie donosy", zapalała się, „które codziennie wpływają do tej waszej... kancelarii; trzeba koniecznie to przerwać!", za-kończyła twardo, zaś Augustyn zmieszał się; wiedział, że będzie to coś bardzo trudnego, z czego w żadnym wypadku nie mógł zwierzyć się Maxowi, „spełnię to, oczywiście", powiedział do Consueli; zachowując pod powiekami blask jej oczu skręcił w ciemną przecznicę... ...wybrał moment ze swego punktu widzenia najbardziej odpowiedni, kolejną „radę programową", jedną z tych, które Max urządzał teraz raczej dla niepoznaki niż dla rzeczywistych korzyści („te tępe palanty nie mają żadnych dobrych po-mysłów, tylko ty je masz" — mawiał zwykle do Augustyna); obojętnie przeszedł obok drzwi największej w całym ratuszu sali — budowlę, w której urzędowali, zaczęto nazywać „ratu-szem" — za którymi w zwykły, chaotyczny sposób toczyła się rada, lecz był to chaos niemożliwy do przeniesienia na inne części społecznego organizmu — poza samą radą, toteż Max nie cenił tego akurat chaosu; pokoju kancelarii strzegł wartownik, chłopak, który doskonale znał Augustyna, Augustyn tylko podszedł do niego, przywitał się, zamienił kilka słów; nie musiał wcale pokazywać przepustki, której zresztą nie miał, wystar-czyło tylko w odpowiednim momencie rozmowy odwrócić się nie w stronę korytarza, lecz w stronę drzwi, nacisnąć klamkę, wejść tam jakby nigdy nic; wszyscy wiedzieli, że Augustyn jest bliskim współpracownikiem Maxa — ba, nawet uważano ich za przyjaciół — a zresztą ten chłopak na warcie pewno nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że Maxa nie ma w pokoju; w taki to właśnie sposób Augustyn znalazł się sam w kancelarii, w taki sposób dotarł do szuflady, w której Max trzymał zwykle wszy-stkie donosy i w taki też sposób, nie namyślając się wiele, wpa-kował je do chlebaka, opróżnioną szufladę wypełnił zaś jakimiś zupełnie zbędnymi formularzami; następnie, z nieobecnym wy-razem twarzy, głęboko zamyślony, wyszedł z kancelarii, nie pa-trząc na wartownika; po paru minutach był już na ulicy; jej klimat wydawał się nieco apatyczny, sytuacja sprzyjała mu, bo w tym akurat momencie rozwyły się syreny alarmowe, obwie-szczając pogotowie przed bombardowaniem, Augustyn spojrzał w górę, na tle ciemnoniebieskiego, prawie granatowego nieba unosił się samotnie faszystowski samolot zwiadowczy; jednak wszyscy pospiesznie rozeszli się do schronów, nie minęło wiele minut, a Augustyn został sam na ulicy, instynktownie szedł pod ścianami lub krył się w cieniu szpalerów drzewek, rosną-cych na trawnikach; postanowił szybko odnaleźć jakieś od-osobnione podwórko, gdzie mógłby spalić donosy; i podwórko zjawiło się, jakby na jego zamówienie, było to kamienne podwórko w kształcie studni w nieco starszej zabudowie, Augustyn wśliznął się tam ostrożnym krokiem, zdawał sobie sprawę, że do złudzenia przypomina kloszarda, który nie-legalnie przybył z Francji; rzut oka w górę, na okna, za siebie, wysypanie donosów na bruk i ich podpalenie; płomień pożerał je szybko, jakby stanowiły dla niego szczególną ucztę duchową; właśnie kontemplując sobie w najlepsze ten obraz, Augustyn usłyszał nagle krzyk: „ręce do góry, obywatelu! wstawać powoli i nie odwracać się!", posłusznie wykonał polecenie, choć serce zamarło mu w skurczu, widział, że jeszcze co najmniej połowa donosów jest jedynie osmolona lub w ogóle nie napoczęta przez ogień, zaczął się dla niego wyścig z czasem, dwaj żołnierze podchodzili na szczęście powoli, mierząc w niego lufami mauzerów, jeden z nich, podszedłszy całkiem blisko, szturchnął go lufą pod żebra, „dokumenty!", zażądał, drugi dojrzał to, czego nie powinien: „zaraz, zaraz, obywatelu, a co wy tu palicie?! kto wam pozwolił?!"; Augustyn na razie zignorował te pytania, oczekując, iż lektura dokumentów przez pierwszego odniesie pożądany skutek; zresztą ten drugi zajął się właśnie gorączkowymi próbami odczytania treści spalonych kartek z ich zetlałych szczątków, ale szło mu niesporo, bo każdy taki poczerniały papier rozsypywał się, ledwie został dotknięty; zawołał w końcu wściekły, z poczerwieniałą twarzą, „co to za papiery, pytam?!", i natarł na niego lufą karabinu; „proszę przeczytać moje dokumenty", stwierdził wyniośle Augustyn, „jestem zastępcą Maxa Laubmanna", „zastępcą towarzysza Laubmanna?", zdziwił się pierwszy, „w dzisiejszych czasach każdy może sobie takie dokumenty podrobić i twierdzić, że jest choćby zastępcą diabła"; Augustyn poczuł irytację zmieszaną jednak z lękiem, na szczęście pierwszy z żołnierzy zajrzał teraz w jego twarz i powiedział: „ach tak, rzeczywiście, przepraszam, towarzyszu Rivas, nie poznałem... proszę nam jednak wy- jaśnić...", „te papiery...?", domyślił się Augustyn, „czy nie widzieliście, że nieprzyjacielski samolot przed chwilą zrzucił paczkę ulotek? postanowiłem od razu je spalić, aby nie dostały się w niepowołane ręce...", oddali mu dokumenty, jednak nie bardzo wierzyli w jego tłumaczenie, ale cóż, innego nie potrafił wymyślić na poczekaniu; gdy oddalili się, rozdeptał dokładnie popiół i ruszył w swoją stronę... „...więc jesteście pewni, że wchodził tylko on?!", pytał Max Laubmann wystraszonego chłopaka, który stał przed jego biurkiem, drżąc niczym osika, „nikogo innego tu nie było?", „ni... nikogo", wydukał łamiącym się głosem, „no to macie szczęście żeście go zapamiętali", Laubmann wpijał w chłopaka zza zwału papierów bazyliszkowy wzrok, „chociaż i tak powinienem was rozstrzelać za niedopełnienie regulaminu, co mówię, zastrzelić na miejscu!", z satysfakcją obserwował, jak chłopak blednie coraz bardziej, zaczyna się niebezpiecznie chwiać, dopiero gdy amplituda tych wahań ustała, dokończył: „...ale nie zrobię tego, bo mi cię szkoda, a poza tym możesz się jeszcze na coś przydać... idź już", chłopak wyleciał z kancelarii jak z procy, jakby ktoś go gonił; Laubmann zapalił cygaro i zaczął przeglądać raporty dowódców drużyn, był w zdecy-dowanie złym nastroju, bo nie dość że ktoś podpieprzył mu z szuflady całe archiwum donosów, w związku z czym stracił bezcenną dokumentację, a ten ktoś prawdopodobnie ją zyskał, to w dodatku tym kimś mógł być Augustyn Rivas, do niedawna jego najbliższy współpracownik; poza tym z frontu zaczęły docierać informacje, że faszyści w dwóch miejscach przełamują obronę Armii Ludowej i w najbliższych dniach mogą zagrozić Barcelonie; trudno byłoby znaleźć zestaw bardziej deprymu-jących informacji; Max posępnie pogrążył się w lekturze bezsensownych gryzmołów, zwanych tu szumnie „raportami", gdy do pokoju wszedł Gruby Mario, teraz najbliższy współ-pracownik Laubmanna; bez pytania rozsiadł się w fotelu i oznajmił: „szefie, znalazłem coś, co mogłoby rzucić światło na sprawę donosów i udział w tym Rivasa...", „doprawdy?", zdziwił się Max, łyskając szkłami okularów w cienkiej oprawie, a la Dzierżyński; Mario bez zbędnych wstępów przystąpił do wyłuszczania sprawy: „zgłosili się do mnie dwaj żołnierze, którzy w czasie ostatniego nalotu patrolowali okolice alei Lenina; twierdzą, że na jednym z podwórek napotkali Rivasa, zajmującego się paleniem jakichś papierów", Max momen-talnie odłożył raporty, „i co zrobili?", spytał, „nic, wyle-gitymowali go i puścili, a papiery już były spalone"; Max milczał przez jakiś czas, zastanawiając się, „to wskazywałoby, że rzeczywiście on...", powiedział w końcu, wolno cedząc słowa, słowa, które nie wylatywały, ani też wybiegały, a raczej wychodziły z jego ust, na wielu cienkich nóżkach, podobne jakimś skomplikowanym owadom; „ale dlaczego palił te donosy...?", pytanie zawisło w powietrzu, spowite w dym cygara, którym Laubmann usiłował oszukać zmęczenie, „mo-że, jak zwykle, na polecenie tej dziewczyny...", wysunął hipo-tezę Mario, „jakiej dziewczyny?", zdziwił się Max, „fryzjerki Consueli", Laubmann wydawał się coraz bardziej zaintry-gowany, „opowiedz mi, co było między nimi, nic o tym nie wiem...", zaś Gruby Mario rozsiadł się jeszcze wygodniej i zaczął opowiadać... ...Consuela zniknęła, i to tym razem na dobre, od kilku dni Augustyn poszukiwał jej we wszystkich możliwych miejscach, od kilku dni również wypytywał o nią wszystkie napotkane patrole, ale nikt nic nie wiedział; dziwił się tylko, że patrole nie zatrzymują go, jakby otaczała go jeszcze delikatna mgiełka charyzmy; być może był to jednak po prostu brak wyraźnych dyrektyw; w swoim długim połatanym szynelu, ze zmierzwioną brodą i przekrwionymi oczyma snuł się ulicami Barcelony, przypominałby Rasputina, gdyby nie dwie wielkie czerwone gwiazdy na epoletach i wyraz, wcale nielubieżnej, melancholii w oku; „co się dzieje?", pytał czasami mijających go żołnierzy, „pieprzone skurwysyny w natarciu", odpowiadali mu; w ich oczach, lękliwych ruchach widział odblask odległych wyda-rzeń: faszyści, dysponujący już teraz artylerią i lotnictwem, pociski z wyciem rozrywające okopy, monotonny pomruk silników lotniczych zanim ziemia wyłoni z siebie płynny ogień, terkot cekaemów i fontannowe bryzgi ziemi, wzniecone ude-rzeniami kuł; wszystko było w ich oczach; ale on nie zwracał uwagi niemal na nic — jego jedynym problemem była Con-suela, a raczej jej brak, lub też to, co się z nią stało lub mogło się stać w tak niespokojnym mieście; nie było jej bowiem nie tylko na zebraniach Women's Liberation, ale także, co zrozumiałe, w pracy, a nawet — co niezrozumiałe — w domu, w dodatku — co już zupełnie niezrozumiałe — nikt z domowników nie był w stanie powiedzieć nic o miejscu, w którym dziewczyna jest; choć to w końcu nie było, być może, najdziwniejsze, zwa-żywszy, że ludzie bliscy Consueli mogli celowo chronić ją przed kontaktem z Augustynem; poszukując jej rozmawiał z dwoma mężczyznami w czerni, nienagannie ubranymi — pomyślał, że chyba tylko oni mają odwagę tak się ubierać w Barcelonie — siedzącymi za pustym stołem, przykrytym białym wykrochma-lonym obrusem; ich przygnębiająca niewiedza była odwrotnie proporcjonalna do staranności ich stroju; jednak Augustyn pozostawił ich w spokoju i wniknął w ciemne powietrze wieczoru lub może w blask rodzącego się dnia — już nie pamiętał — a poszukiwanie komplikowało się i gmatwało, cokolwiek by powiedzieć o jego sensowności, rozgałęzione pośród podwórek zarzuconych śmieciami, starych skrzypią-cych schodów, rozpadających się futryn i nadgniłych poręczy o bogato rzeźbionych wspornikach; aż dziw, że go nie zabito gdzieś w jakimś odosobnionym zaułku, bo z każdym skrzypnię-ciem podłogi, z'każdym odgłosem kroku na betonowej po-sadzce lub nawierzchni ulicy mógł zaatakować go potwór, który go prześladował — brunatny niedźwiedź z głową koguta, latający równie dobrze, jak i biegający po ziemi; wydawało mu się też, że Consuela stoi za każdymi półotwartymi drzwiami, przerażona, w długiej czarnej sukni, wsłuchana w stukot lub skrzypienie jego butów; nieraz nawet próbował zaskoczyć ją, raptownie otwierając drzwi, ale zawsze zastawał za nimi tylko ciemność; i wydawało się, że Augustyn za chwilę już zacznie unosić się w powietrzu, zawiśnie swobodnie ponad miastem jak balon zaporowy, teraz było ich tu dużo, nie wytrzymując 114 napięcia psychicznego, które zgotował mu los i poszukiwanie; ale za każdym razem opadał znów na dół, w przestrzeń tego miasta, które walczyło teraz o ostatni łyk powietrza, zaś oddychanie w jego chorej tkance było tak trudne; w końcu, w malignie, wśród nawiedzających go groźnych widm, nie pragnął już nawet znaleźć Consueli, pragnął po prostu zerwa-nia obłędnego kręgu poszukiwań; był w takim stanie, że nagle w jego polu widzenia znalazła się brama prowadząca do świata wiecznego już spokoju; wszedł tam niewiele myśląc, prze-chadzał się wśród starych krzyży i zarośniętych chwastem grobów, mówiły mu niewiele, po prawdzie, w ogóle nie rozumiał napisów na nich, jakby sam był widmem, zrodzonym przez tę porowatą ziemię; samotna obecność własnej postaci w tym miejscu, przeglądanie się w zwierciadle ziemi, którą pokrywały kamienie i opadłe z drzewek mastyksowych zeschłe liście, uświadomiło mu, jak bardzo, w gruncie rzeczy, obcy jest wszelkim typowym, ludzkim motywacjom i działaniom; jestem czymś wyjątkowym, mówił sobie, nie tylko widmem, czymś na kształt średniowiecznego smoka, mógłby tu zjechać z nieba święty Jerzy i przebić mnie dzidą, pomyślał nie bez ironii; w perspektywie alei wijącej się schodkowato wśród grobów zobaczył kogoś, jakąś inną ludzką istotę; jego myśli przestały już więc wypełniać cały wszechświat, a ściślej, wypełniały wszechświat, nie obejmując tej istoty; podszedł bliżej; tak, nie było wątpliwości, to była Consuela, stojąca nad grobem w długiej czarnej sukni, tej, którą wyśnił w swych lękowych wizjach; nie poczuł radości, właściwie nie odczuwał nic, oprócz bardzo głębokiego (właśnie: głębokiego) zmęczenia, „Consuelo", szepnął, „Consuelo", powtórzył głośniej, a ona odwróciła ku niemu zapłakaną twarz i tak samo nie dostrzegł w niej żadnej emocji oprócz tego właśnie płaczu, patrzyła na niego przez chwilę, po czym znów skierowała wzrok na świeży grób — dopiero teraz Augustyn dostrzegł, że mogiła jest świeża — pokryty kwiatami, „Consuelo", powiedział, „ludzie umierają na ulicach z powodu głodu i zarazy, a ciała ich wywozi się na taczkach do zbiorowych mogił, nad kim tak rozpaczasz?"; „to moja matka", wyszeptała, a on zawstydził się i długo milczał; w milczeniu narastały czyjeś kroki, czyjeś kluczenie zygzakowa-tą alejką, pośpieszne, o wiele szybsze od kluczenia Augustyna, „Augustynie! Augustynie!", ten człowiek wołał go już z daleka, poznawał go po głosie, to był Jose, mający mu najwyraźniej coś bardzo ważnego do przekazania, był już przy nim, zdyszany, w rozchełstanej koszuli, „Augustynie", mówił, „patrole w całej dzielnicy mają rozkaz poszukiwania ciebie, żywego lub martwe-go; Max szykuje się do ostatecznej rozprawy z tobą, zamierza zro-bić z tego pokazowy spektakl »Ukaranie odstępcy« lub nawet »zdrajcy«, czuje, gadzina, że to jedyny sposób, żeby poruszyć jakoś chłopaków, którzy zgnuśnieli już w tym syfie", „chce mnie rzucić na pożarcie tłumu jak kozła ofiarnego?", spytał Augustyn, „coś w tym rodzaju", odparł Jose; „musisz koniecznie coś zro-bić", gorączkował się, „mam już pewien plan"; „jaki?", zainte-resował się Augustyn tylko dla świętego spokoju, „musimy go pokonać jego własną bronią", Augustyn zwrócił uwagę na tę formę: „musimy", a więc mógł uważać Jose za swojego sprzy-mierzeńca; „no?", zachęcił go, „musisz wystąpić na łamach «Anarchisty» z wielkim artykułem programowym piętnują-cym totalitarne odchylenia w naszych szeregach, na razie bez żadnych nazwisk, nie, na końcu niech będą nazwiska, Max, Gruby Mario i ktoś jeszcze na doczepkę, powinieneś sprytnie zasugerować konieczność ich zlikwidowania, «Anar-chista» jest czytany, ręczę za to, że chłopaki się ruszą, bo sami poczuli już smród koło dupy"; Augustyn milczał, rozważając coś, Consuela patrzyła na nich z przerażeniem, „nie masz in-nego wyjścia!", powtórzył Jose natarczywie; Augustyn splunął w żwir alejki, „do diabła z tym, powiedział", „już dosyć"; „do-syć czego?", spytał Jose, „ terroru", odparł Augustyn; „właśnie, dość totalitaryzmu, tyranii...", zaczął Jose, ale Augustyn prze-rwał mu: „nie zrozumiałeś mnie, dość tego wszystkiego; opubli-kujesz w „Anarchiście" artykuł, ale inny; napiszesz w nim, że ludzie mają prawo żyć tak, jak przywykli, że życie człowieka jest wartością najwyższą i nie ma takiej idei, w imię której można by go życia pozbawić, napiszesz, że tradycyjne, a nie narzucone z zewnątrz, instytucje i idee pozwalają mu żyć w godności, pozwalają zachować godność...", „Augustynie, to byłoby sa-mobójstwo!", krzyknął Jose, „to całkowite odejście od naszych podstawowych założeń, w imię których walczyliśmy...", „na-piszesz ten artykuł albo cię zabiję", powiedział cicho, z de-terminacją... ...w samym rogu sufitu gromadziły się krople, które na-brzmiewały, nabierały masy i ciężaru, a następnie, niere-gularnie, jedna po drugiej lub równocześnie, spadały z pla-śnięciem na beton podłogi rozpryskując się; im dłużej Augustyn obserwował te krople, tym głośniejszy wydawał mu się dźwięk ich uderzeń, odgłos rozbijania się tych miękkich, plastycznych istot o twardy, zimny, obojętny beton; a jednak te krople kiedyś go wydrążą, pomyślał banalnie, i zaraz obudował wokół tej myśli nieskomplikowaną metaforę: krople były ciałami ludzi, którzy bezskutecznie poświęcają się, by choć o milimetr ruszyć chłodny głaz wyrozumowanej idei lub bezwzględnego dążenia do władzy; a jednak może te krople kiedyś... wszystko wokół temu przeczyło, a zwłaszcza jego własny los, jego dzień, odmierzany w tej chwili jedynie spadaniem kropel z sufitu i nielicznymi momentami, gdy strażnik przynosił mu zimną breję, stanowiącą jedyny jego posiłek; cela, w której oczekiwał wyroku śmierci, nie miała żadnych okien, toteż posiłki były dla niego jedynymi miernikami pokawałkowanego czasu; czasu wyczekiwania, który dłużył mu się niemiłosiernie, tak że już nawet śmierć przyzywał z nadzieją; a jednak nie nadchodziła, prawdopodobnie dlatego, że Max pragnął nadać jej odpo-wiednią oprawę; wystarczyło, że to pomyślał, a już snuł na ten temat wątek fantasmagorii: widział własną śmierć, malującą się nad lustrem, odnawiającą makijaż, podkreślającą, za pomocą dyskretnej kreski, oprawę oczodołów, różującą wystające kości policzkowe i naklejającą sztuczne rzęsy pod hakami brwio-wymi; a jednak czas mijał i śmierć nie nadchodziła, Augustyn tracił poczucie czasu, który stawał się substancją płynną, breją podobną tej, którą dawano mu jako posiłek; czasem słyszał tylko dudnienie, może bombardowania, ale były to tąpnięcia odległe, dochodzące zza grubej warstwy materii; wywniosko-wał, że cela musi być pod ziemią; czasem z nudów układał sobie mowę pożegnalną przed egzekucją — miał nadzieję, że go rozstrzelają — po czym momentalnie wymazywał ją z pamięci, zdając sobie sprawę, że Max jest zbyt wytrawnym politykiem, aby pozwolił mu na sianie przedśmiertnej propagandy; znów przychodziły więc minuty? godziny? bezlitosnego czekania, bezlitosnej, raniącej nudy; potem nuda sypała sól na zadane przez siebie samą rany, z satysfakcją obserwując mękę Augu-styna; bywały chwile, że (we śnie?) opuszczał własne ciało przez otwarte usta i unosił się tuż pod sufitem, obserwując z góry wynędzniałą postać, skurczoną na betonie; będąc w tym stanie próbował nawet wydostać się z celi, ale nic z tego, jej ściany stawiały opór nawet duchowej substancji i zdawało mu się, że oszaleje i wtedy z hurgotem otwierały się żelazne drzwi i strażnik, młody chłopak z fanatycznym błyskiem w oczach — Augustyn przekonał się, że łatwiej było nawiązać kontakt z sufitem niż z nim — wsuwał mu nogą miskę pełną brei, a opróżnioną zabierał; któregoś dnia lub którejś nocy ten chłopak zdjął karabin z ramienia i zarepetował, skierowując lufę w stronę Augustyna; to koniec, pomyślał więzień z ulgą, patrząc w jej niewielki wylot jak w rozwarty pyszczek węża, ale strzał, jak w koszmarnym śnie, nie następował; „no strzelaj!", krzyknął Augustyn, a raczej chciał krzyknąć, wyszedł mu bowiem tylko jakiś chrapliwy pomruk; wtedy zza pleców chłopaka wyłonił się... Max; Augustyn potrząsnął głową, aby widmo sczezło, jednak trwało uparcie w prostokącie otwartych drzwi celi, świdrując go uważnym, trochę zmęczonym spoj-rzeniem; „no dobra, dosyć tego, wstawaj, idziemy!", powiedzia-ło widmo, a potem, jakby dla zachęty: „zrobiłem ci coś dobrego do żarcia, jajecznicę, zdaje się, że to lubisz..."; Augustyn patrzył na widmo, które zaczynało się niecierpliwić, w końcu skinęło na fanatycznego wyrostka; ten zarzucił karabin na ra-mię, podszedł do Augustyna i uniósł go, bezwładnego; Rivas usiłował z nim współpracować, doceniając jego wysiłki, a prze-de wszystkim nagłą odmianę swego losu, jednak nogi co rusz odmawiały mu posłuszeństwa; w korytarzu, oświetlonym od celi nieco tylko lepiej, mrużył oczy jak w słoneczny dzień, gdy wszystkie przedmioty są jaskrawe, a barwy — nasycone; szli pod górę po wąskich, kamiennych, zakręcających spiralnie schodach, a Augustyn miał wrażenie, iż znajdują się one wewnątrz jego czaszki; jednocześnie obawiał się, że idący za jego plecami chłopak po cichu zdejmie karabin z ramienia i wpakuje mu kulę w potylicę; nic jednak się nie działo; weszli w szerszy nieco, poziomy, wybetonowany korytarz, kończący się również schodami; Max nagle odwrócił się i schwycił Augustyna za klapy bluzy — nieokreślonego koloru, tak brudnej, że pierwotny kolor dawno się zatracił — niedawny więzień był słaby, zatoczył się aż pod ścianę tak, że obaj o mało nie przewrócili się, a strażnik obserwował to wszystko beznamiętnie, stojąc z gotowym do strzału karabinem, opartym niedbale na przedramieniu; „nie myśl, kurewski palancie, że wypuszczam cię ze strachu lub z powodu wyrzutów sumienia", wycharczał Max w twarz Augustyna, „po prostu pieprzone skurwysyny przycisnęły nas i każda para rąk zdolna do noszenia broni...", urwał, ujrzawszy, że Augustyn przymyka oczy, bezwładny, wycieńczony do tego stopnia, iż żadna namiętna przemowa ani krzyki nie robiły na nim najmniejszego wrażenia; ze wstrętem odepchnął go od siebie i skinął na wartownika, żeby pomógł mu wstać; pozbierawszy się, ruszyli dalej w górę; po przebyciu kilkumetrowego skośnego szybu znaleźli się na parterze budowli, której wnętrze Augustyn rozpoznał: był to „ratusz", teraz jednak jakiś dziwny, jakby opuszczony, a zarazem pozostający w stanie zagrożenia; po podłodze walały się kawałki tynku i fragmenty sztukaterii, okna zasłonięte były do połowy workami z piaskiem; w jednym z nich, dużym i półkoliście zwieńczonym, znajdowało się stanowisko karabinu maszynowego, kilku brodatych żołnierzy stało tam, paląc papierosy; „widzisz", odezwał się niemal wesoło Max do Augustyna, jakby nic się między nimi nie zdarzyło, „tylko tylu nas zostało; no, na górze jest Gruby Mario, a z nim jeszcze dwóch chłopaków... w sumie jest nas dziesięciu"; „co się stało?", wykrztusił Augustyn, zaś Max powiedział lekko: „wszystkich mi wystrzelali na mieście", „kto?", padło znów pytanie, Max wyciągnął papierosa, przy-palił: „diabli wiedzą, prawdopodobnie tutejsze kołtuny", po czym dodał: „zaskoczyli mnie, psiakrew, nie zdążyłem skon-centrować chłopaków, przygotować się do obrony; prawdo-podobnie byli zresztą wspierani przez republikańską Komendę Miasta", „a teraz co?", lekki ruch ramion w górę, „nie wiem, faszyści są wokół miasta, a nas z kolei otacza POUM i motłoch żądny zemsty..."; poszli w górę, na pierwsze piętro, Augustyn wspinał się z trudem, wspierając się na kamiennej poręczy, myślał równocześnie, że jeszcze miesiąc temu Max rozstrzelałby prawdopodobnie każdego za mówienie o „motłochu", to on był przecież autorem stwierdzenia „każda myśl tłumu jest święta", ale cóż, ludzie zmieniają się; „przyprowadziłem apo-statę!", zawołał Max do kogoś, gdy weszli do „kancelarii", Augustyn rozejrzał się, był tu Gruby Mario i Manuelo, którzy spojrzeli na niego zdawkowo; zaraz też zaczęli z Maxem rozważać sposoby wyjścia z sytuacji, rozrysowywać jakieś plany, kłócili się; Augustyn wychwycił stwierdzenie Maxa: „jedyną naszą szansą jest ucieczka stąd w momencie, gdy będą wchodzić faszyści"; kłócili się jeszcze długo, a on kiwał się na krześle nad talerzem zimnej jajecznicy, co chwila targany skurczami w dolnej części brzucha... ...wszystko dostrzec można tak dokładnie, myśli, coś jakby zbliżanie się, a zarazem coś jakby falowanie i przepływ, przemieszczanie się ludzi — zwanych także umownie celami, ruchomymi celami dla kuł — wokół wyimaginowanego obwo-du koła, którego środek wyznacza furia-tłumu, furia okrzyków, wzajemnego zagrzewania się do boju, przekleństw, rzucanych pod adresem wroga, tych wszystkich niewinnych, lecz sku-tecznych środków, których ima się tłum, zwany także tłuszczą, masą, gromadą, aby skłonić swoje zbiorowe (nieskore jednak do poświęceń) ciało, by ruszyło do ataku na wspólny przedmiot nienawiści, jakby soczewkę skupiającą intencje jednostek — elementów tegoż tłumu; bo tłum — w momencie, gdy staje się tłuszczą — spajany jest wapnem nienawiści, myślał Augustyn, obserwując przemianę krajobrazu, która na razie czymś jak wyłanianie się z ziemi i z przedmiotów — oświetlonych bądź co bądź promieniami wysokiego jeszcze słońca — wydobywanie się z nich jakby zgęstnień ciemności, jej niewytłumaczalnych konstelacji o postrzępionych kształtach, które zrodzić mogą w przyszłości coś groźnego; tłum poruszył się, zgęstniał, wstrząsnęła nim fala, dotarła do nich poprzez pustą przestrzeń mdlącą falą przeczucia; i wtedy widma ruszyły, Augustyn aż wzdrygnął się z niechęcią, tak dobrze były mu znane: widmo bez głowy, kilkudziesięciometrowa postać markiza de Perales, zmasakrowanego przez lud Madrytu, z krwawego kikuta zwisały strzępki przełyku i innych ważnych dla życia narządów, widma ludzi powieszonych i pociętych szablą, którym ściągano buty lub wyrywano z otwartych ust złote zęby, twarze nabitych na pal bądź porąbanych bojowników tej lub tamtej strony, wykrzywione cierpieniem tak straszliwym, że paradoksalnie spokojne — Augustyn słyszał, że na parterze rozszczekał się karabin maszynowy, ale była to percepcja zupełnie bezświa-doma, a co ważniejsze, nie prowadząca do żadnych wniosków, bo nie mógł już w tej chwili oderwać swego myślenia od narastającej rzeki obrazów — a potem widma groźniejsze jeszcze, już nie-ludzkie, wyłaniające się z ziarnistej ciemności słonecznego dnia, ciemności, która ogarnęła już wszystko, której faktura była jakby wypukła i powlekała wszystkie rzeczy głębokiego świata swym jednowymiarowym trwaniem; bar-dziej w domyśle istniejące łby, a raczej czaszki koni, ziejące czernią oczodołów czaszki ludzi zabitych w wojnie i pożodze, których szczęki uchylone szeroko świadczyły o przedśmiert-nym krzyku, i dalej jeszcze w odczłowieczeniu idące pyski nietoperzowatych pijawek, o płonących nawet we dnie oczach, zwierząt, których giętkie ryje wpijały się w piersi żyjących jeszcze ofiar — karabin maszynowy na dole zamilkł, praw-dopodobnie obsługujący go ludzie uciekli — lecz dokąd, jeśli byli przy zdrowych zmysłach?! — lub też skończyła się amu-nicja — i dalej jeszcze, dalej w głąb: człowiek leżący na katafalku z jakąś kartką w ręce, z przekazem, choć właściwie nie człowiek, ledwie obciągnięty skórą, zeschnięty kościotrup, postacie makabrycznych zwierząt animowanych przeraże-niem, ludzko-ptasich lub ludzko-wilczych, a jednak prze-możnie wpływających na losy ludzi; ludzie powieszeni, ukrzy-żowani, rozstrzelani o płaskich twarzach i wybałuszonych zbielałych oczach, ludzie wydani na łup własnego zamkniętego przerażenia, ludzie martwi...; tłum był blisko, Augustyn czuł to, ale bezwład, płynący naprzeciw wraz z rzeką bezświadomego trwania nie pozwolił mu dotknąć karabinu, który był niemal w zasięgu ręki; było tak, jakby świat rozwarstwiał się, obnażając widoczne teraz w przekroju głębokie pokłady ludzkiego istnie-nia, istnienia jego i innych; przerażająco bezbronny trwał jak pęknięty na pół kamień w rzece czasu, rozejrzał się po pokoju nie widzącym wzrokiem, nie widząc widział: Max siedzi na krześle z pustym wzrokiem wbitym w podłogę, spojrzeniem jakby już trupim, Manuelo zimny, analizuje sytuację, ale nie pragnie teraz ratunku, patrzy przez okno z wyniosłą pogardą, Gruby Mario, ranny w nogę, przemieszcza się niezdarnie w kierunku otwartego okna, przez które co jakiś czas wpadał kamień, Mario krzyczy ze strachu i wspina się na parapet okna, kiwa się przez moment w prostokącie światła jak na krawędzi przepaści, patrzy w dół wzrokiem zwierzęcia tuż przed za-szlachtowaniem, a wreszcie powoli przechylając się niknie za tą czarną, ostrą teraz jak brzytwa krawędzią; nagły krzyk „nie!" gdzieś z dołu, z tłumu — bo Mario już nie mógłby krzyczeć — krzyk kobiety, Augustyn przesuwa się w kierunku prostokąta światła, widzi: młoda kobieta z rozkrzyżowanymi ramionami stojąca naprzeciw tłumu, stawiająca chwilowy, heroiczny opór jego furii; i tłum przez moment zatrzymuje się, jak zbiorowe zwierzę poddane zdziwieniu; jej długie, czarne włosy, jakiś gest, chyba obrony, jakiegoś nieporadnego zasłonięcia się, bo w jej stronę poleciał już pierwszy kamień, nagłe rozpoznanie: „Con-suela!", krzyk z okna, odwrócenie się, drugi kamień uderzają w tył głowy, szaleńczy bieg po schodach, na parterze pusty wzrok trzech zabitych żołnierzy, powódź światła i nieba, którym przerażająco nisko pędzą gęste czarne chmury, ptasi pisk, strzępki skrzydeł nietoperzy; „uciekaj!", krzyknął do niej i przyjął na siebie trzy następne uderzenia, o których wiedział wiele już wcześniej, bo znał furię jądra martwej ma-terii — kamienia... Następnego dnia faszyści wkroczyli do Barcelony. Na pod-stawie licznych doniesień powszechnie szanowanych obywateli Consuelę uznano za szpiega anarchistów i rozstrzelano bez sądu. Luigi, książę Piemontu Jakkolwiek rozpatrywać tę sprawę, można przyjąć za pew-nik, że Luigi był chłopcem nieśmiałym i nadwrażliwym. Dlatego gdy zobaczył Agnes, przeżył wstrząs estetyczny. Była piękna urodą nieodpartą. Oczywiście, każdy inny książę Piemontu, czy też przyszły książę Piemontu, nie przejąłby się tym: podszedłby do dziew-czyny, powiedziałby jej, że ma się wykąpać, ubrać w co tylko jest najlepszego w jej szafach, i przyjść wieczorem do pałacu. Luigi przeciwnie: zobaczywszy Agnes zaczai cierpieć. Pod wpływem tego uczucia napisał około dziesięciu sonetów, sła-wiących Agnes. Wiedział, że ma na imię Agnes, ponieważ w czasie, gdy ją widział, z okna kamienicy wołała ją sąsiadka. Zobaczywszy Agnes, jej piękne, kasztanowate kręcone włosy, jej pełne wargi, jej twarz aż do bólu piękną, Luigi kazał woźnicy stanąć, wysiadł z powozu i stał jak słup soli. Agnes oczywiście uśmiechnęła się do niego. Luigi nie miał siły nawet odpo-wiedzieć uśmiechem. Agnes odwróciła się, wzięła pod pa-chę balijkę pełną prania i poszła w swoją stronę. Tak się rozstali. Luigi miał przyjaciela, Federico. Wieczorem, po skończo-nych zajęciach dworskich, gdy siedzieli nad szklaneczką wina w jednej z sal pałacu, Luigi pokazał mu swoje sonety. Federico był człowiekiem szczerym i otwartym. Początkowo czytał w skupieniu, a następnie, w którymś momencie, ro-ześmiał się. Śmiał się długo, mocnym, zdrowym śmiechem. Potem kilkakrotnie powtórzył, klepiąc się w udo, jakieś istotnie niezręczne sformułowanie z sonetu Luigi, i ponownie zaniósł się śmiechem. Luigi w końcu też się roześmiał, choć, przyznajmy to, nieszczerze. — To nie ma sensu — wykrztusił w końcu Federico — to znaczy... — zmitygował się — nie mówię, że twoje wiersze są złe, ale... nie warto tak sobie brać do serca zwykłego spotkania z ładną dziewczyną. Są inne, ważniejsze sprawy. — Zapewne... — zaczął stropiony Luigi. — Wiesz, w jak opłakanym stanie znajduje się lud Pie-montu — przerwał mu Federico. — Wiesz także o zaborczych planach Francji, która chce nas wchłonąć. Luigi, Piemont należy jak najszybciej uczynić republiką! I my dwaj tego dokonamy! — zakończył ufnie, patrząc z otwartością w oczy swego rozmówcy. — Masz rację.— zgodził się Luigi. — Piemont należy uczynić republiką, ale... — Jakie „ale"?! — wykrzyknął Federico. — Wiem, wiem, chcesz mówić mi o miłujących pokój humanistach, którzy uznają ład, pragną czerpać z życia godziwe przyjemności, wierzą w możliwość powściągnięcia gorszych pierwiastków naszej natury. Spokój wymaga jednak ciągłego działania w jego obro-nie! Tak się składa, że na naszym świecie, żeby żyć spokojnie, trzeba być w ciągłym ruchu! Odkrył to już wielki Heraklit... — Czy sądzisz, że łatwo jest spiskować przeciw własnemu ojcu?! — wybuchnął nagle Luigi. — Cśś... — uspokajał go Federico. — Nie wymawiaj nawet tego słowa... Tu ściany mają uszy. Oczywiście, że nie chcę, abyś mu się przeciwstawiał — ostatniemu słowu towarzyszyło znaczące mrugnięcie. Pragnę jedynie, abyś wytłumaczył mu, co jest dobre dla ojczyzny. Wytłumaczyć coś ojcu, dobre sobie! — pomyślał Luigi, ale na głos powiedział tylko: — Nie zapominaj, że jest jeszcze mój brat, który także ma wpływ na ojca... — Lodovico... — zasępił się przyjaciel Luigi. Zaraz jednak poweselał: — Nie rozumiem, dlaczego miałby mieć większy wpływ na ojca niż ty. Powszechnie uważa się, że ojciec ciebie bardziej kocha. — Chyba przesadziłeś — żachnął się Luigi. — Ojciec nie faworyzuje żadnego z nas. — Zostawmy to — powiedział Federico, jakby nagle stracił cały zapał. — To jak, sprowadzić ci tę dziewczynę? — Nie! — Luigi prawie krzyknął. — Pozwól... że... tym razem załatwię to sam... — Jak chcesz — powiedział zgodnie Federico, choć nie bez złośliwego uśmiechu. — Rzeczywiście, zostawię tę sprawę, bo widzę, że jeśli będę nalegał, rozpłaczesz się! Żegnaj, do jutra! — wstał zdecydowanie i wyszedł szybkim krokiem. Luigi pomyślał, że lubi Federica właśnie za zaufanie, jakim ten go darzy, a także za pewien rodzaj cywilnej odwagi. Oczywiste było, że pozycja Luigi pozwalała mu odpowiedzieć w jak najostrzejszy sposób na każdą taką drobną imper-tynencję; jednak Federico w ogóle nie przejmował się tym, i za to właśnie tak cenił go młody następca tronu. Gdyby to był ktoś inny, Luigi mógłby posądzać impertynenta o ukrytą pogardę, polegającą na braku wiary, iż następca zdecyduje się na jakieś działanie; byłaby to więc pogarda pod pozorem wzajemnego zaufania. W wypadku Federica nic takiego nie było możliwe: w swoich rozmowach stwarzali sobie we dwóch enklawę bezpieczeństwa. (Choć oczywiście skłamalibyśmy twierdząc, że ironia Federica nie była dla Luigiego przykra.) Tego dnia Luigi zasnął, mając obraz Agnes pod powiekami. W nocy zaś, jak to w nocy, działy się rzeczy dziwne... Rano, zaraz po przebudzeniu, lokaj zawiadomił go, że dziś rano przybyła od dawna zapowiadana delegacja chłopów znad granicy francuskiej, o której istnieniu i zdążaniu do pałacu Luigi wiedział już wcześniej; jednak był zaskoczony, jeżeli nie delegacją, to własnym samopoczuciem: czuł się ciężki i bardzo bolała go głowa. Było to dziwne, zważywszy, że poprzedniego dnia położył się wcześnie i nie popełnił najdrobniejszego nawet grzechu, jeśli nie liczyć jednego kielicha wina, spełnionego w towarzystwie Federica. Polecił lokajowi sporządzić napój z brązowych, sprowadzanych z Indii ziarenek, który zawsze stawiał go na nogi. Po wypiciu naparu udał się do sali audiencyjnej. Pierwsze jego wrażenie było takie, że ci chłopi wcale nie wyglądają na chłopów. Byli porządnie i po miejsku ubrani, twarze mieli inteligentne, spojrzenie żywe, i wyglądali na elokwentnych. Choć właściwie powinno go to ucieszyć, że spotyka równych partnerów do rozmowy, Luigi poczuł coś w rodzaju skrytego przed samym sobą rozczarowania. Nie tak wyobrażał sobie lud, ten lud, który potrzebuje jego pomocy, lud, dla którego gotów jest być może zaryzykować utratę przyszłej pozycji w państwie. — Proszę — powiedział do nich — niech jeden z was teraz wystąpi i w imieniu pozostałych wyłuszczy sprawę, z którą przyszliście. — Panie! — wystąpił ten stojący na przedzie. — Pragniemy, aby nasza ojczyzna była silna! Pragniemy jedności! Co dzień bezsilnie obserwujemy, jak podstępni Francuzi szykują się do wchłonięcia nas! Aby osiągnąć jedność, aby Piemont stał się silny, należy coś zmienić w urządzeniu państwa. Nie wiemy dokładnie co, ale nie naszą sprawą jest rozważać te rzeczy. Wiemy jedno: wymaga tego ocalenie naszej ojczyzny! Skąd się w ludziach bierze — myślał w tym czasie Luigi — to tak silne dążenie do jedności, jedności za wszelką cenę, nawet za cenę dobrowolnej utraty swobody? — Być może stąd — odpowiedział sam sobie — że przeczuwamy, iż w istocie wśród ludzi panuje różnorodność, że każdy z nas ma swoje cele, które przywodzi ku rzeczywistości i to jest dla niego najważniejsze. — Rozumiem was, pragniecie rzeczywistości nie zmąconej pozorami — powiedział. — Pragniecie silnego i sprawiedliwego państwa! Czy tak? — Tak, panie! — odparł ów najbardziej elokwentny. — Nade wszystko zaś pragniemy ograniczenia samowoli możno- władców. Prawdę mówiąc, szlachetny panie — tu „przewodni-czący" delegacji rozejrzał się czujnie wokół, jakby sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje — pragnęlibyśmy być wolni i sami uprawiać swoją ziemię, jak szwajcarscy górale. To znaczy — znów rozejrzał się, skonsternowany, jakby zdał sobie sprawę, że zabrnął za daleko — chciałem powiedzieć, że... nasza swoboda zaowocowałaby siłą książęcą! — Mądra swoboda, chciałeś powiedzieć... — zasugerował Luigi. — Tak, panie, mądra swoboda! — potwierdził tamten skwapliwie. — Cóż mogę wam odpowiedzieć... — zbierał myśli Luigi. — Również i my pragniemy, aby nasza ojczyzna była silna i sprawiedliwa. Nie sądzimy jednak, aby jej siła rodziła się pośród przeciwności, przeciwstawienia interesów jej podda-nych. Siła może rodzić się również z harmonii. Nie wiem, czy myśleliście o tym, jak ważna dla człowieka, a także dla państwa — zbiorowiska ludzi —jest rodzina. Mądre państwo powinno być jak jedna wielka rodzina, którą scala miłość wzajemna i poszanowanie. Spróbujmy w ten sposób stworzyć jedność i siłę! Spróbujmy zbliżyć nasze myśli i poglądy tak, aby w państwie naszym powstała rodzinna harmonia. Potrzebna jest nam skłonność do zgody! Zapewniam was, że uczynię wszystko, aby ta zgoda stała się naszym udziałem! Skinął głową, oznajmiając tym gestem, że audiencja jest skończona. Chłopi stali jednak nieporuszeni, jakby jego od-powiedź wydawała im się niewystarczająca. Z wyrzutem pa-trzyli na swego przedstawiciela, który wyłuszczył ich sprawę w tak niedoskonały sposób. Po chwili jednak, jakby obu-dziwszy się z odrętwienia, pokłonili się hardo księciu. Patrzyli mu w oczy przeciągle i wyszli z sali. Luigi przez jakiś czas jeszcze, z głową wspartą na dłoni, rozmyślał nad tym, co się zdarzyło. Niewątpliwie ludzie ci mieli rację — ze swojego punktu widzenia. Jeśli punktem wyjścia był dla nich Bóg karzący, Bóg sprawiedliwy, nie mieli powodu domagać się czegokolwiek poza ukaraniem tego lub owego możnowładcy. Jeśli wierzyli w sprzeczność wartości, w ich walkę w świecie, nie mieli powodu nie domagać się wolności dla siebie. „Tak, w naszych dążeniach nie ma jedności, bo nie może jej być — myślał Luigi — ale czy znaczy to, że powinniśmy przestać jej poszukiwać? Choć właściwie nie chodzi tu o jed-ność, a o całość, czyli taką jedność, której nie zyskuje się kosztem zwycięstwa czyichś interesów. Poza tym nikt nie udowodnił przecież, że człowiek sam w sobie jest zły, a jeśli nie, istnieje szansa stworzenia harmonii dobrych pierwiastków ludzkiej duszy". Myślał o tym jeszcze, jedząc wraz z ojcem śniadanie na oszklonym tarasie pałacu. Czekał chwili, kiedy ojciec — po głównej części posiłku, a przed deserem — zapyta go o przebieg rozmów z delegacją. Książę senior zlecił mu tę sprawę, aby sprawdzić umiejętność politycznej rozmowy i przygotować go do publicznych obowiązków. Nie czekając na pytanie ojca, Luigi sam zaczął opowiadać. — Ojcze, oni pragną nade wszystko prawdy — wyjaśniał ich stanowisko. — Sprawiedliwości domagają się dopiero na drugim miejscu, bo sprawiedliwość jest prawdą wielkich spo-łeczeństw. Pragną osiągnąć wiedzę o tym, czym jest Piemont, jakie jest wnętrze wielkiego organizmu, państwa, zwierzęcia, w którym żyją. — Czy nie chcą sięgać wzrokiem zbyt głęboko? — nagle odezwał się ojciec. — Nie, ojcze, w moim przekonaniu nie — żarliwie zapewnił go Luigi. — Chcą naocznie, dotykalnie sprawdzić, czy nie stawia im się przed oczy fantazmatów, które nazywa się dla wygody: ojczyzną, państwem, ideą. Myślę, ojcze, że oni po-dejrzewają, iż te fantazmaty zostały stworzone wyłącznie po to, aby — dając je im, ludowi, jako złudzenie — stworzyć całość, w której wszystkim będzie żyło się znośnie, ale nam, możnym — najlepiej. — Co proponujesz? — spytał książę senior, odstawiając kielich wina i starannie osuszając wargi serwetą. — Wiem, ojcze, że ocalenie Piemontu jest dobrem naj- wyższym. Wiem też, że dobro polega na spokoju i sile. Nie należy jednak uciekać od rzeczywistości. Czasami utrzymanie stanu państwa wymaga ogromnych zmian. Może powinniśmy wyjść poza tę wizję państwa, którą piastowaliśmy od pokoleń. Może powinniśmy zrezygnować z twierdzenia, iż polityka przywodzi złego człowieka ku dobru. Być może należałoby stworzyć w naszym państwie warunki nie dla współzawodni-ctwa, waśni, siły charakteru przejawiającej się w niszczeniu, lecz dla pokory i miłości? — Kto buduje na ludzie, buduje na błocie! — przerwał czyjś donośny głos od strony drzwi komnaty. Fakt, że straże dopuściły tego człowieka aż tu, mógł świadczyć tylko o jed-nym — to był Lodovico, konkurent Luigi do tronu książę-cego. — Zapominasz, bracie, o jednej z podstawowych zasad Wielkiego Niccolo: Kto pragnie pokory, spokoju, miłości — niech nie tyka spraw publicznych! Pragniesz tego wszystkie-go — proszę bardzo — ale zamknij się w domu i uciekaj daleko, jeśli w pobliżu tylko zapachnie polityką! Były to poważne oskarżenia i Luigi musiał odczekać parę chwil, zanim zdołał je przetrawić. W podtekście kryło się przeświadczenie o całkowitej niezdatności Luigi do sprawo-wania jakichkolwiek funkcji w państwie, które Lodovico pragnął zaszczepić ojcu. Luigi musiał się jakoś bronić. — To fałsz! — wykrzyknął z pasją, na którą zdobywał się bardzo rzadko. — Wielość sądów, wielość rządzących nami idei nie oznacza, że możemy nimi żonglować, traktować je jedynie jako środki do osiągnięcia politycznego celu! Pomyśl, bracie, człowiek wielokrotnie zmienia się w ciągu życia: jest nie-mowlęciem, dzieckiem, młodzieńcem, człowiekiem w sile wie-ku, starcem wreszcie. Czyż nie znaczy to, że również państwo może przechodzić przez różne etapy rozwoju! Być może polityka, oglądająca się jedynie na racje siły, jest znakiem jednego z tych etapów, tego, który właśnie przemija! — Naiwność! — zaoponował gniewnie Lodovico, siadając z rozmachem przy stole. — Tam, gdzie dzieje się polityka, uchwytne dla naszych oczu zmiany nie istnieją — jest tylko ciągły ruch. Jedyne, co możemy poznać, to zasady tego ruchu. Gra idei, o której mówisz, gra czystych wartości — to tylko mrzonka, istniejąca chyba w zaświatach! — Dosyć! — odezwał się nagle ojciec, dotychczas przysłu-chujący się ich kłótni z posępną zadumą. — Nie będziecie tak się spierać w mojej obecności! Zamilkli spłoszeni, a Lodovico z wściekłością wbił wzrok w bogate ornamenty u sklepienia komnaty. Luigi znał przy-czynę jego irytacji: od dawna już ojciec dopuszczał go do siebie rzadziej niż swego młodszego syna. Tylko on, Luigi, miał prawo jeść z ojcem śniadania. Gdyby go zapytać, książę senior dałby zapewne jakieś racjonalne wytłumaczenie tego zwyczaju (na przykład obowiązki Lodovico związane z nadzorowaniem skarbu książęcego), ale fakt pozostawał faktem. Zapewne to właśnie stało się przyczyną uporczywych plotek, głoszących, że ojciec faworyzuje Luigiego i jego właśnie przeznacza w przy-szłości na tron Piemontu. — Ojcze! — nie wytrzymał Lodovico. — Nie mam nic przeciw mojemu bratu, ale zważ, proszę, okoliczności, w jakich sprawował swą władzę Soderini! Chyba to najlepszy — i zna-komicie wyzyskany przez Wielkiego Niccolo — przykład, na jakie manowce zaprowadzić może człowieka sprawującego władzę próba jej pogodzenia z cnotami chrześcijańskimi... — Uważasz, że zło jest istotą człowieka?! — odparował gwałtownie Luigi, odstawiając kielich. — Powiedziałem dosyć...! — wykrzyknął ojciec, podkre-ślając ten okrzyk uderzeniem w stół. Jego krzaczaste brwi złączyły się w grymasie gniewu. Lodovico i Luigi umilkli — tym razem na dobre. Luigi kończył posiłek, czując na sobie ciężki, oskarżycielski wzrok brata. Książę senior gniewnie pomrukiwał, dopijając kielich iwina. W tej chwili nie łączyło ich nic, oprócz tego, co dzieli: oprócz wzajemnych podejrzeń, domniemań, zapiekłej złości, :którą każdy z nich ukrywał na dnie duszy. Bo nawet Luigi , musiał przyznać, gdyż próbował być wewnętrznie uczciwy, że zapiekła złość na brata i ojca istniała w nim. Im zaś bardziej lękał się tej złości, pragnął ją wykorzenić, w tym silniejszych paroksyzmach powracała. Jak zwykle w takich chwilach, zatęsknił za życiem prostego człowieka, nie obarczonego brzemieniem władzy. Ojciec wstał, jeszcze raz otarł wargi i ledwie skinąwszy im głową, wyszedł z komnaty. Choć Luigi właściwie spodziewał się tego, spojrzał ze zdziwieniem na księcia seniora, który już niknął za skrzydłem drzwi. Ojciec nie poprosił go do siebie, ani też w żaden sposób nie zasygnalizował mu, że jest zainte-resowany bardziej szczegółową relacją ze spotkania z przed-stawicielami chłopów. To coś znaczyło, bo nie zdarzało się nigdy przedtem: zawsze sprawy publiczne stawiał na pierwszym miejscu, niezależnie od stanu ducha. Teraz stało się inaczej. Luigi przeniósł wzrok na brata, którego oczy miotały ku niemu wściekłe błyski. — Pragnąłbyś mnie zabić? — spytał prowokacyjnie. — Uważasz, że istnieje okrucieństwo dobre i złe, a dobre — jest tym, które dokonujemy w szczytnym celu? Lodovico żachnął się, ale nie odpowiedział. — Niezależnie od tego, co o mnie sądzisz, powiem ci coś — kontynuował Luigi, dziwiąc się własnej elokwencji. — Praw-dziwe jest porzekadło, które mówi, że ryba zawsze cuchnie od głowy. Prawdziwe jest też znane wszystkim stwierdzenie, że kto sieje wiatr, zbiera burzę... — Tak, tak, wiem — przerwał mu sarkastycznie Lodovi-co. — A kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Jeżeli masz zamiar wyliczać mi tu wszystkie znane porzekadła... — Nie przerywaj mi! —wykrzyknął Luigi, uderzając otwar-tą dłonią w stół. — Chciałem po prostu powiedzieć, że jeśli będziemy działać za pomocą waśni i oczekiwać waśni, niczego oprócz niej się nie doczekamy! A teraz chciałbym zadać ci pytanie, abyś i ty miał możliwość rozwinięcia swych talentów krasomówczych: czy według ciebie można sobie wyobrazić, iż człowiek cnotliwy dokonuje czynów niemoralnych? A jeśli tak, to gdzie wówczas znajduje się jego cnota? — Nie wiem, jak rozumiesz moralne nakazy — odparł Lodovico już z niejakim namysłem. — Według mnie cnotą polityka jest męstwo, virtus, które podoba się Fortunie. Wiedzieli o tym już starożytni... Żadne inne nakazy nie istnieją — dodał po chwili. — Aha, to właśnie chciałem wiedzieć... — Luigi skinął głową i szykował się do odejścia. — Zaczekaj! — tym razem Lodovico wstrzymał go. Wstał od stołu i podszedł do okna, jakby poszukując tam naj-właściwszego sposobu ubrania myśli w słowa. — Obaj jesteśmy skłonni przyznać — odwrócił ku Luigiemu swoją poważną teraz twarz — iż najwyższym dobrem jest dla nas dobro Piemontu, naszej ojczyzny. Obaj więc kochamy ojczyznę, ale istnieje między nami różnica stopnia tej miłości — ja jestem gotów dla niej poświęcić nawet własną duszę, rozumiesz? Nie życie, a duszę! Jeśli istnieje jakiś Bóg, który nie uznaje mojej ojczyzny, a bardzo w to wątpię, mogę skazać się na potępienie, bo właśnie ojczyznę nade wszystko umiłowałem. Zrozum, bracie, że organizm jakiegokolwiek państwa — zapalał się — znajduje się w ciągłym ruchu. Ten ruch, oglądany z bliska, może wydawać się waśnią. A jednak jest on niezbędny, podobnie jak w naszych żyłach krążenie krwi! Powiem więcej: państwo jest jak ptak, a jego ruch jest lotem! Ty zaś chcesz na drodze tego lotu stawiać bariery w postaci jakichś abstrakcyjnych zasad moralnych. Pamiętaj jednak, że sposób zatrzymania lotu jest tylko jeden: upadek. Nawet, gdyby udało ci się doprowadzić do łagodnego lądowania — w co nie wierzę — inne ptaki prześcignęłyby nas na drodze postępu, a to równa się śmierci ojczyzny! W moim świecie istnieje tylko lot, którego prawom, określonym przez politykę, musimy się podporządkować... — A dobroć...? — zdołał wtrącić Luigi. — Gdzie widzisz miejsce...? — Dobroć może być tylko jednym z narzędzi skutecznego lotu. Pamiętaj, bracie, polityka jest konieczna, a zatem jest moralna... innej moralności nie ma i nie będzie! Abstrakcyjna, oderwana od polityki cnota może popłacać jedynie wśród cnotliwych, a dobrze wiesz, że lud/ie tacy nie są. Tak, bracie, istnieje tylko ruch... dlatego każde wahanie jest zdradą! — I skazałbyś mnie, swego brata... — źrenice Luigi zwęziły się. — Ty powiedziałeś! — odparł twardo Lodovico, odwracając się w stronę okna. Wydawało się, że wszystko, co możliwe, zostało powie-dziane. Jednak Luigi wstał z trudem i przemógł odruch niechęci, nawet nienawiści. Serce waliło mu jak młotem. Podszedł do brata i położył mu dłoń na ramieniu. — Niech twój umysł oprze się sile Fortuny! — powiedział z niezrozumiałym przekonaniem. Potem, nie napotykając nawet wzrokiem zdumionego spojrzenia Lodovico, odwrócił się i wyszedł z komnaty. i administracyjnej klasztoru. W pewnej chwili oderwał jednak wzrok od ksiąg i wyjrzał przez okno powozu: przejeżdżali wła-śnie obok miejsca, gdzie wczoraj widział Agnes. Niemal pieścił wzrokiem ten fragment ulicznego bruku, na którym wtedy stała... Nagle przypomniał sobie. Była u niego w nocy! Dziwne, nocne wydarzenia, których nie pamiętał, a jednak, skryte w głębiach duszy, przez cały czas drążyły jego myśli, były związane z jej osobą. Spróbował przypomnieć sobie: przyszli do niego jacyś przyjaciele, pili z nim wino, a potem... potem zjawiła się Agnes i... — Do diabła! — zaklął w myśli. — Przecież zabroniłem Federico sprowadzać ją do zamku! Ona nie jest zabawką! Urok tej nocy działał na niego przemożnie, podobnie jak wczoraj uroda Agnes. I, co najważniejsze, to nie był sen, Luigi nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. Po obiedzie, który zjadł w przyjemnym i światłym to-warzystwie jednego z humanistów Północy, Luigi odpoczywał w bibliotece. Przeglądał właśnie traktat geograficzny Strabona, gdy wszedł nadworny astrolog. — Panie — rzekł. — Przynoszę wieści od twego ojca. Luigi spojrzał nań pytająco. — Twój ojciec nakazuje ci, abyś przygotował się do podróży na wyspę Capri. Wyprawa odbędzie się za dwa dni. Będziesz tam przeprowadzał negocjacje z kapitułą zakonu Braci Mniej-szych w sprawie wydzielenia klasztorów franciszkańskich, znajdujących się na naszym terenie, z administracji zakonnej. Książę senior poleca, abyś wykorzystał czas pozostający do wyjazdu na zapoznanie się ze sprawami tychże zakonów. Luigi nie odpowiedział nic, a brodaty mędrzec skłonił się i wyszedł z biblioteki. Pod wieczór Luigi powracał z inspekcji klasztoru fran-ciszkanów, znajdującego się w pobliżu stolicy. Wiózł pokaźne foliały, zawierające wszystko, co dotyczyło sytuacji prawnej Późnym wieczorem, jak zwykle, przyszedł do niego Federico. Luigi postanowił nie pytać go na razie o sprawę najważniejszą. Ta szlachetna lub przebiegła wstrzemięźliwość spowodowała, iż początkowo ich rozmowa wikłała się wokół poselstwa chłopów, które przyjął rano Luigi, wokół późniejszej rozmowy księcia z ojcem i z bratem, a także wokół nakazanej przez ojca podróży na wyspę Capri. Usłyszawszy o tej ostatniej sprawie, Federico, choć zwykle tak wesoły, że budziło to zwykle oskarżenia innych o lekce-ważenie, nagle spoważniał. — Nie chcę cię martwić — powiedział po chwili milczenia — ale wygląda na to, że ojciec stopniowo zaczyna odsuwać cię od spraw polityki. — Dlaczego tak sądzisz? — spytał Luigi, bardziej zdziwiony niż zaniepokojony. — Czuję to... — Federico głośno myślał. — Ten wyjazd na Capri i zlecone ci negocjacje w sprawie klasztornej jurysdykcji... Nie podoba mi się to, bo pachnie ostracyzmem... — Nie strasz mnie — przerwał poirytowany Luigi. — A zresztą, jestem już na wszystko przygotowany. Ojciec nie zaskoczy mnie. — Też chciałbym w to wierzyć — stwierdził posępnie Federico. — Jednak wydaje mi się, że w zaistniałej sytuacji powinniśmy przyśpieszyć nasze działania. Powiadomię innych członków stowarzyszenia... — Jakiego stowarzyszenia...?! — przerwał spłoszony Luigi. — Cóż, chodzi o stowarzyszenie na rzecz uczynienia Pie-montu republiką. — Federico mówił teraz ciszej, prawie szeptał. — Nie sądzisz chyba, że zdołalibyśmy dokonać tego sami... — Ach, więc sprawy zaszły już tak daleko! Nigdy nie sądziłem, że nasze niezobowiązujące rozmowy potraktujesz jako hasło do zakładania jakichś stowarzyszeń... — Wybacz, Luigi, ale nigdy nie byłeś dobrym politykiem — stwierdził Federico z rozbrajającą szczerością. — Wiedząc o tym, musiałem wziąć sprawę na swoje barki. — Tak, lecz wydaje mi się, że nie całkiem mnie zrozumia-łeś. — Luigi był wyraźnie podenerwowany, a jego głos lekko drżał. — Ja za wszelką cenę pragnąłem uniknąć jakichkol-wiek waśni, wstrząsów. Pragnąłem liberalizować ustrój drogą stopniowych, postępujących reform. Jakieś nieodpowiedzialne wystąpienie może na zawsze pokrzyżować moje plany. — Zrozum, Luigi, że w tej chwili już nie ma co mówić o twoich planach. I tak nie zdołałbyś ich wcielić w życie. Twój ojciec i Lodovico nie dopuściliby do tego. — Skąd wiesz... — protestował Luigi. — Kto dał ci prawo do wygłaszania tak kategorycznych sądów...? — Wyłącznie rzeczywistość. A ściślej: rzeczywistość i do-świadczenie, gromadzone z biegiem lat. — Nie, Federico, nigdy się na to nie zgodzę — spokojnie, lecz stanowczo zaprzeczył Luigi. — Nie zgodzę się na wpro-wadzanie czegokolwiek drogą bezpośredniej walki! Moją ideą jest społeczność bez waśni... Federico żachnął się, uderzając dłonią w kolano. — Ty ciągle o tym samym! — wykrzyknął. — Zrozum, że taka idea nie przyjmie się, nie ma szans realizacji! Udowodnił to chyba dostatecznie dobrze wielki Niccolo... — Mówisz zupełnie jak Lodovico! — przerwał mu książę. Federico uśmiechnął się. — Bo pod pewnymi względami zgadzamy się ze sobą — przyznał. — Obaj wiemy, w jakich warunkach przyszło nam działać. Aleja — dodał z naciskiem — naprawdę pragnę dobra ludu i stworzenia tu w przyszłości sprawiedliwego, suwe-rennego państwa. — Oczywiście racją wszelkich moich działań jesteś ty—dodał szybko, jakby wystraszony, że Luigi poczuł się odsunięty na dalszy plan. Tym razem uśmiechnął się książę. — Czy nie uważasz, przyjacielu — mówił spokojnie — że powinniśmy teraz już spróbować wpoić naszemu ludowi prze-konanie o istnieniu niepodważalnych, trwałych wartości? Że powinniśmy przekonywać ich, iż ludzkie postępowanie winno wypływać z tych niepodważalnych zasad? — Luigi, zrozum, że niemożliwe jest przejście od polityki do utopii! — Federico zareagował z niespodziewaną gwałtowno-ścią. — Musimy wybrać jedno albo drugie: albo działać, albo marzyć! — Tak, wiem — widząc gwałtowność przyjaciela, Luigi paradoksalnie odprężył się jeszcze bardziej. — Ty zaś za-mierzasz działać. Czy nie sądzisz jednak, że skoro, jak mówiłeś, nie można z polityki zrobić utopii, należy politykę natychmiast zniszczyć, aby wprowadzić utopię! Bo w przeciwnym wypadku będzie już za późno? — Dość — powiedział nagle Federico. — To są tylko mrzonki. Mam dosyć tej rozmowy. Przez jakiś czas milczeli, wpatrując się w barwy zmierzchu za zakratowanymi oknami pałacu. Potem cichym, spokojnym głosem Luigi zaczął opowiadać o nocnym spotkaniu z Agnes. W miarę jak mówił, oczy Federico coraz bardziej rozszerzały się ze zdziwienia. Z czasem — bo mówił długo, opisywał tę noc z marzycielską swobodą — Luigi dostrzegł w nich błyski jakiegoś uczucia, którego nie sposób było chyba nazwać inaczej, jak — lękiem. — Więc mówisz, że była u ciebie? — dopytywał się. — I jesteś pewien, że to była ona? — Tak, mój Federico, i sądzę, że ty powinieneś coś o tym wiedzieć... — Na mój honor przysięgam, że nie przykładałem do tego ręki! — wykrzyknął zapalczywie Federico. Słysząc tę przysięgę, Luigi zasępił się, bo brzmiała ona dość szczerze, a zatem tajemnica nocnej wizyty Agnes pozostawała nie rozwiązana. — Jeśli nie ty, to doprawdy nie wiem, kto mógł tę wizytę spowodować. Przecież tylko tobie opowiadałem o spotkaniu z Agnes... Wtedy Federico wybuchnął, nie zważając już nawet na możliwość podsłuchu. — Luigi, czy ty naprawdę nic nie rozumiesz?! Nie dociera do ciebie to, co w tej sprawie najważniejsze?! Książę następca był zaskoczony. Powiedział coś w rodzaju: „Doprawdy, Federico..." — To dowodzi przede wszystkim jednego: że jesteś obser-wowany! — w ostatniej chwili Federico opamiętał się i ściszył głos. — A jeśli ty, to zapewne także i ja! Być może cała nasza koncepcja jest już wiadoma pewnym ludziom... — No dobrze, Federico... — Książę uporczywie wracał myślą do całkiem innych spraw. — Czy nie sądzisz, że Agnes mogła po prostu sama przyjść do pałacu, bo wywarłem na niej — hm, hm — pewne wrażenie? — Jesteś naiwny! Przecież nie wpuściłyby jej tutaj straże! Luigi zamilkł, spłoszony tym, że nie pomyślał o rzeczy tak podstawowej. Tymczasem Federico mówił już sam do siebie: — Trzeba natychmiast odnaleźć i zniszczyć listę spisku... Być może była to na razie jedynie groźba, skierowana pod naszym adresem... — Wydaje mi się, Federico, że przesadzasz z tym lękiem — powiedział Luigi, podnosząc kielich wina. — Poza tym, jak sam wcześniej nader słusznie zauważyłeś, nie należy mówić o jakim-kolwiek „spisku". Spisku po prostu nie ma. A skoro go nie ma, również nam nic nie grozi. Federico jednak nie dawał się pocieszyć, co chwila kręcąc głową, wpatrzony w czubki swoich butów. — Jeszcze jednej rzeczy nie rozumiesz, Luigi — powiedział cicho, zmęczonym głosem. — Nie chwytasz konsekwencji, która wynika z takiego interpretowania pism Machiavellego, jakie wprowadza w czyn Lodovico... — Cóż to za konsekwencje? — spytał książę, cały czas rozważając w myśli jeden problem: „Czy tej nocy ona znów przyjdzie...?" — Istnienie tajnej organizacji przemocy. Była z nim. Ciemność łączyła ich, oddalali się od siebie jedynie na odległość oddechu. Spiralne ornamenty okiennej kraty wyraźnie odcinały się na tle srebrzystego, precyzyjnie wykrojonego krążka księżyca. Powietrze—choć przecież okno poza kratą otwarte było na ościerz — wydawało się gęste, jakby przesycone kadzidlanym dymem. A może to nierealność ich rozkoszy, ich bliskości tak działała na otoczenie? Przedmioty roztapiały się w cieple ich ciał. — Agnes—wyszeptał. — Powiedz mi, jak to się stało, jak do mnie trafiłaś? Położyła mu dwa palce na ustach, ale po chwili dosłyszał jej ciepły głos z ciemności. — Właściwie nie wiem sama... Spodobałeś mi się bardzo... Po spotkaniu z tobą szłam w kierunku pałacu, sama nie wiedząc, po co właściwie... W pewnej chwili z bramy wyszedł człowiek — proszę cię, nie każ mi tylko go opisywać, bo nie zapamiętałam jego wyglądu — i zaproponował, że może sprawić, abyśmy się zobaczyli. Nazwał cię po imieniu. Przy-stałam na to, nie myśląc o niczym... Kazał mi być u bramy pałacu tuż po zachodzie słońca. — Nie bałaś się? — Nie... Nie myślałam o tym wtedy. Zjawiłam się przed bramą o oznaczonej godzinie, a ktoś — prawdopodobnie jakiś lokaj, bo nie był to mój wcześniejszy rozmówca — uchylił ją. Wśliznęłam się do środka, a on odwrócił się do mnie plecami i szedł, jakby zapraszając mnie gdzieś. Ruszyłam za nim. Resztę już znasz, mój książę: znalazłam się w pokoju, w któ-rym bawiłeś się z przyjaciółmi. Dziś przyszłam tą samą drogą już tylko z własnej woli. Przyszłam tu i jestem. Luigi, odgadując w ciemności poruszenia jej warg, pomyślał, że gdyby Agnes rzeczywiście była szpiegiem, nasłanym przez jakąś tajną policję Piemontu, jej słowa brzmiałyby zapewne równie prawdziwie. — Tak, Agnes — powiedział głosem cichym, na granicy szeptu. — Jesteś i bądź ze mną. Precyzyjnie wykrojony, srebrzysty krążek księżyca zaglądał przez niewyszukaną, pozbawioną zdobień kratę do obszernego pomieszczenia zamkowego o grubych murach, rozpraszając się i blaknąc w pełgającym świetle umieszczonych na ścianach pochodni. Ściany tej komnaty były nieotynkowane, a faktura surowych kamieni raniła wzrok. Kilku ludzi siedziało wokół surowego, z grubsza tylko ociosanego stołu. Sala z jednej strony kończyła się półkoliście, nisko sklepionym korytarzem wiodącym w ciemność. Wejścia do tego właśnie korytarza strzegł potężny, stojący nieruchomo wartownik, który nie miał jednak na sobie żadnego umundurowania — mógłby być równie dobrze hersztem zbójeckiej bandy, jak i głównym Katem Piemontu. Mężczyźni siedzący przy stole wyglądali z odzienia na dworzan, choć twarze mieli poważne i surowe, niemal ascetyczne. — Leonardo, twój pomysł wydaje mi się dobry — powie-dział jeden z nich. — Rzecz polega teraz na tym, aby wcielić go w życie odpowiednio dyskretnie. — Punkt zaczepienia już mamy, dzięki Paolo — stwierdził drugi. — Ta dziewczyna spadła nam jak z nieba. — Niech więc tak będzie. — Pierwszy mówił teraz powoli, z namysłem. — Rzecz winna zdarzyć się w jakimś odludnym miejscu, gdzie nie napatoczy się przypadkowo żaden nie-powołany świadek. Po drugie, należy ściąć ambicję ich obu jednym cięciem miecza... — Uczyńmy więc tak, aby w sprawę jednego zamieszany był drugi! — zaproponował ktoś. — Oczywiście, będzie to najrozsądniejsze wyjście — kon-tynuował ów pierwszy mówca. — Poza tym nie od rzeczy by było, aby na „obiekt A" padło podejrzenie cudzołóstwa... Da się to dość łatwo zrobić, biorąc pod uwagę sprawność ludzkich języków, objawianą zwykle przy jakichkolwiek niejasnych bądź dwuznacznych wydarzeniach... — Czy „obiekt B" ma nałożnicę, o którą mógłby być zazdrosny? — rzucił ktoś pytanie. — Niestety, nikogo takiego nie widzimy w jego otoczeniu — wyjaśnił brodacz o imieniu Leonardo. — W grę może jednak wchodzić również śmierć hańbiąca lub po prostu pijacka burda. — Wówczas nawet przypadkowy zabójca — ale koniecznie ktoś z gminu! — byłby nie od rzeczy... — zasugerował Paolo. — Tak, mógłby to być pasterz lub wieśniak, dobrze nawet, jeśli niespełna rozumu... — potwierdził Pierwszy. — ...lub ktoś bez pamięci zakochany — dokończył za niego Leonardo. — Dobrze by było, gdyby pojawiły się świadectwa o jego strachu przed śmiercią... — rozwijał wizję inny z mężczyzn. — Nie wybiegaj myślą zbyt daleko! — strofował go Pierw-szy. — Takie pogłoski zdołamy rozpowszechnić już post factum. Poza tym, poniżająca śmierć zawsze nasuwa myśl o śmiertelnym strachu... — W jakim jednak sensie — poniżająca? — zapytał ktoś z końca stołu. — Śmierć u boku kochanki, nago, bez szpady u pasa, a nawet sztyletu w garści... — Czy wraz z nią...? — Tak będzie najlepiej. — A B? Gdzie widzisz jego miejsce w tej sprawie? — On będzie pierwszym podejrzanym, nawet, jeśli skażemy za to zabójstwo kogoś innego. Oficjalnie będziemy toczyć śledztwo przeciwko nic nie znaczącemu człowiekowi z gminu — i skażemy go na szubienicę — jednocześnie nieoficjalnym kanałem cały czas dając do zrozumienia, że to tylko tuszowanie sprawy... — Czy będziemy sugerować samobójstwo? Wraz z nim mogłoby się pojawić podejrzenie o obłęd. — To chyba zbyt daleko idąca sugestia — zawyrokował Pierwszy. — Mogłaby rzucić cień na cały panujący dom. Wręcz przeciwnie, należy na każdym kroku podkreślać miłość rodziny do księcia, na którą ów odpowiedział w tak podły sposób. — Wyobraźmy sobie ojca, odwiedzającego nocą, w kaplicy, jego zwłoki... — zasugerował znów mężczyzna, siedzący po przeciwnej stronie stołu, niż Pierwszy. — Panowie, podsumujmy więc! — wysunął wniosek Pierw-szy. — Wystosujemy do niego kuszący list, zapraszający go w jakieś odpowiednio wybrane miejsce. Dziewczyna już tam będzie. W odpowiednim czasie w tym miejscu pojawi się również „obiekt B". Teraz zastosujemy coś, co określiłbym mianem „realności rozgałęzionej". Wszystko zdarzy się w nocy. Zadbamy o to, aby ktoś, określany symbolicznie jako „czło-wiek z gminu", znalazł się wieczorem w pobliżu komnaty, gdzie będzie spał A. Niechże to będzie dla przykładu karczmarz tej oberży, w której wszyscy oni się zatrzymają. Żona karczmarza w tym samym czasie znajdzie się również w komnacie księcia, a przynajmniej znajdą się ludzie, którzy będą gotowi to potwierdzić, będą przysięgali, że widzieli ją uciekającą nago z tego pokoju... Inni — a będą to w sumie dwie lub trzy osoby — potwierdzą, iż karczmarz dobijał się z pianą na ustach do drzwi pokoju księcia... to wystarczy, aby skazać go na topór. Ale oczywiście to nie wszystko. Ktoś inny zaświadczy, że widział, jak „obiekt B" wchodził do pokoju księcia około północy. Następnie zza zamkniętych drzwi dobiegały odgłosy pijackiej kłótni trojga osób, jakieś okrzyki, wreszcie brzęk tłuczonego szkła i cisza. Potem ów ktoś zobaczy B, wy-biegającego z komnaty z szalonym wzrokiem. Ta kłótnia byłaby zresztą łatwa do odegrania, jak w teatrze, za zamknię-tymi drzwiami, oczywiście nie tej komnaty, o której cały czas mówimy, lecz sąsiedniej, ale cóż to za różnica?! — A jaka mogłaby być przyczyna tak ostrego konfliktu między A i B? Przecież są przyjaciółmi...? — wtrącił pytanie Leonardo. — Dotykasz ważnej sprawy — przyznał Pierwszy. — Pro-ponowałbym taką wersję: B. wystąpił w obronie czci niewieściej Agnes, którą A. usiłował brutalnie zniewolić. A że był pijany, uderzył zbyt mocno... — Panie?! — niemal przerażony głos Paolo. — Czy to nie nazbyt przychylna dla B interpretacja?! — Otóż nie. — Pierwszy uśmiechnął się. — Chodzi ci o to, że czyni ona z B coś w rodzaju ludowego bohatera... niech i tak będzie! Bohater, leżący w ziemi, nie jest już groźny. Istnieje w sercach, w pieśni i legendzie... W taki to sposób trup zwalnia żywych od obowiązku upominania się o swoje prawa! — Panie, zaiste, przewrotny jesteś...! —w oku Paolo można było dostrzec błysk niekłamanego podziwu. Jednak Pierwszy nie okazał się łasy na pochlebstwa. Z niezmąconym spokojem kontynuował: — Naturalnie możemy utrzymać również bardziej heroiczną interpretację, w myśl której B oskarżał A o zdradę ich sprawy, A, wzburzony, uderzył go i... dalej już wiecie. Cóż, panowie, myślę, że w ogólnych zarysach wiemy już wszystko! Pozostaje szczegółowe wcielenie w czyn naszych zamierzeń... Leonardo i Paolo, polecam wam opracowanie szczegółów całej tej sprawy! Nie macie zbyt wiele czasu... A ty — Pierwszy zwrócił się do strażnika, stojącego cały czas nieruchomo u wejścia do korytarza — ćwicz pilnie uderzenie butelką w głowę! W ciągu dwóch dni powinieneś dojść w tym do perfekcji! Po raz pierwszy na twarzy wartownika zagościł cień uśmiechu. Przeklęty niech będzie dzień, w którym postanowiłem za-brać się do polityki! — zżymał się w myśli Luigi. — Nie-nawidzę jej całym sercem i powinienem był przewidzieć, że odpłaci mi tą samą monetą, nie dając sukcesów na swym polu! Od samego przebudzenia czuł, że w powietrzu narasta coś niezwykłego, a zarazem groźnego. Kamerdyner, który przy-niósł mu śniadanie, patrzył na niego jakimś dziwnym wzro-kiem. Luigi ubrał się pośpiesznie i postanowił wyjść z sypialni, aby zorientować się w sytuacji. Otworzył drzwi sypialni i tu spotkało go pierwsze dławiące strachem zaskoczenie: stojący zwykle przy jego drzwiach wartownik nie cofnął halabardy, choć wiedział, że książę zamierza wyjść z pokoju. — Co to ma znaczyć?! — wykrzyknął Luigi, starając się, aby w jego głosie nie brzmiały histeryczne nuty. Wartownik spojrzał na niego przez ramię i Luigi rozpoznał w nim zastępcę dowódcy pałacowej straży. — Niestety, książę — powiedział. — Taki otrzymałem rozkaz. — Od kogo?! — Od władcy tego księstwa. — Czy to znaczy, że jestem aresztowany?! Pod jakim zarzutem?! — Książę, możesz to interpretować, jak zechcesz. Taki otrzymałem rozkaz. Luigi zrozumiał, że dalsza rozmowa z tym człowiekiem nie ma sensu. Wycofał się do pokoju, trzasnął drzwiami, a potem zaczął chodzić w poprzek komnaty jak tygrys w klatce. Spróbował racjonalnie rozważyć swą sytuację. Zastosowany wobec niego areszt domowy świadczył, że sprawy zaszły daleko, o wiele dalej, niż można było przypuścić. Być może Federico wszczął jakąś rewoltę, a może, rzeczywiście, taj-na policja Piemontu rozszyfrowała spisek. Z drugiej strony Luigi uspokajał się, że jego areszt będzie musiał zostać uchy-lony, bo w całym księstwie — tego był pewien — nie istniał nikt, kto mógłby mu cokolwiek udowodnić. Nie deklarował przystąpienia do żadnego spisku, nie podpisywał się na żad-nych listach, nie trzymał w swojej komnacie żadnych za-kazanych odezw. W najgorszym więc razie będzie musiał pożegnać się z tronem księcia seniora, ale i to nie było całkiem pewne. Znał liczne historie ludzi odsuniętych od polityki, którzy w ostatecznym rozrachunku zwyciężyli w rozgrywce, nawet się specjalnie o to nie starając. Rozsądek nakazywałby więc na razie umyć ręce, oczywiście zerwać wszelkie kontakty z Federico i nie przyznawać się do niczego. Zaraz jednak opadły go wątpliwości. Zapewne postępując w ten sposób zachowałby głowę, a może nawet tron Piemontu, ale straciłby całkowicie szacunek dla siebie. Wówczas naj-większe zaszczyty nie miałyby już smaku. Musiał, po prostu musiał przynajmniej dowiedzieć się, co się dzieje z Federico! Czy żyje? Może jest uwięziony lub też wyjechał z kraju? A może rebelia włada teraz jakąś częścią Piemontu? Na szczęście, przewidując kiedyś podobną opresję, a był maniakiem samoasekuracji, miał schowaną pod łóżkiem moc-ną konopną linę, której długość umożliwiała opuszczenie komnaty przez okno. Wyjął szybko linę, przywiązał ją mocno do nogi pałacowego łoża, które wytrzymałoby ciężar nie tylko człowieka, ale i słonia, uchylił okiennicę i wyjrzał. Fragment pałacowego ogrodu, widoczny z okna, był zupełnie pusty. Prawdopodobnie nikt w najśmielszych marzeniach nie przy-puszczał, że Luigi mógłby opuścić swą sypialnię w tak karko-łomny sposób. Szybko przerzucił zwój liny przez parapet i nie zwlekając sam również znalazł się po drugiej stronie. W pierwszej chwili przeraził się, bo chropawy mur poranił mu palce. Niewiele brakowało, a z bólu rozluźniłby chwyt dłoni. Lęk przemógł jednak ból i w połowie długości liny Luigi zrozumiał, że udało się. Po chwili już zeskakiwał z zewnętrznego muru pałacowego ogrodu. Starając się kryć w cieniu, aby go nie rozpoznano, zdążał do domostwa Federico: zwykłej kamienicy, która w najmniejszym stopniu nie odzwierciedlała rzeczywistego bogactwa jego rodziny. A jednak Federico mieszkał w niej, bo w przeciw-nym wypadku, jako zwolennika surowej rzymskiej republiki, oskarżano by go o dwulicowość. Wszedł tam tylnymi drzwiami, przewidując przytomnie, że główne wejście może być obstawione, zaś schwytanie go pod domem Federico mogłoby stanowić okoliczność obciążającą. Z tej samej przyczyny również po wnętrzu domostwa poruszał się bardzo ostrożnie, niemalże skradając się. To niewiary-godne — chyba dziś wreszcie sprzyjała mu Fortuna! — ale dotarł w ten sposób do samych drzwi pokoju przyjaciela. Nie było tam nikogo. Luigi szybko wśliznął się do środka. Na widocznym miejscu leżała zapisana kartka. Przeczytał: „W ucieczce przed sztyletami skrytobójców schronię się na mokradła. Na razie wszystko stracone. Bądź ostrożny. Chroń swe życie. Do zobaczenia! Federico PS Liczę na to, że zobaczymy się niebawem, a będzie to miało związek z inną, bardzo ważną osobą". Luigi nie wątpił, że ta enigmatyczna kartka skierowana była do niego. Co jednak chciała przekazać? Myślał o tym inten-sywnie, idąc wyludnioną ulicą w cieniu pinii. Nie obejrzał jednak kartki dokładnie. Gdyby to uczynił, dostrzegłby, że postscriptum, choć nie różniące się od reszty listu charakterem pisma, napisane jest atramentem o nieco innym odcieniu. Oczywiście Luigi wiedział, że w Piemoncie nie ma żadnych mokradeł. Nieskomplikowany szyfr — obliczony chyba jednak na zbyt tępych węszycieli — oznaczał, że Federico wypłynął jakimś statkiem w morze. Wypłynął — ale zamierza tu powrócić. „Bardzo ważna osoba", o której pisał Federico, naturalnie nie mogła być ważna w sposób „oficjalny", bo wówczas szyfr nie byłby szyfrem. Luigi pomyślał, że naj-ważniejszą dla niego osobą jest w tej chwili Agnes. Jednak w najmniejszym nawet stopniu nie wyjaśniało to treści listu. Nadal szedł ulicami miasta, po trosze oszołomiony tym, co się zdarzyło, po trosze zaś — uważny, lękliwie rozglądając się. Wszystko wydawało mu się wieloznaczne i niejasne, a to męczyło go zawsze. Nie znosił uczestnictwa w jakiejkolwiek grze, bo czuł, że może być w niej jedynie przedmiotem prze-targu dla ludzi bardziej od niego przenikliwych. Mimo to musiał uczestniczyć w grze — nie było w tej chwili żadnego innego wyjścia. Nieświadomie krążył wokół pałacu książęcego, nie wiedząc właściwie, dokąd się skierować. Wybierał najmniej ludne uliczki, opustoszałe pasaże w cieniu rozłożystych drzew. Jako konsekwencja niepewności, w sposób natarczywy zaczynała powracać do niego myśl o śmierci. Prawdopodobnie ta myśl opanowałaby go, stając się obsesją, gdyby nie równoważące ją marzenie o Agnes i własne tchórzostwo, do którego miał odwagę się przyznać. Z czujnego zamyślenia wyrwała go czyjaś ręka, która delikatnie, lecz zdecydowanie ujęła go za łokieć. Drgnął spłoszony. Przed nim stała niewysoka dziewczyna o miłej twarzy, wyglądająca na subretkę. — Panie! — szepnęła, odciągając go w ocienioną wnękę muru. — Mam dla ciebie ważną wiadomość! Luigi pomyślał, że być może cały Piemont ma w tej chwili nie cierpiącą zwłoki wiadomość do przekazania wła-śnie jemu. — Od kogo? — spytał, przyglądając się z przyjemnością twarzy tej dziewczyny. Pomyślał, że wiadomość, przekazywana przez kogoś takiego, nie może być zła. — Od twojej ukochanej... — uśmiechnęła się. — Panie, Agnes pragnie niezwłocznie zobaczyć się z tobą. — Gdzie i kiedy? — spytał, czując przyśpieszone bicie serca. — Agnes proponuje spotkanie w ruinach spalonego mły-na — wiesz, panie, o które ruiny chodzi? — za godzinę, o ile, naturalnie, będziesz miał na to czas... Teraz z kolei uśmiechnął się Luigi: — Dziś po raz pierwszy, od urodzenia chyba, jestem panem swego czasu. Powiedz Agnes, że będę w tym młynie. Dziewczyna podziękowała mu i odeszła spiesznym krokiem. Luigi uśmiechnął się, tym razem do siebie. Spotkanie w rui-nach... brzmiało to tajemniczo, a tajemniczość w połączeniu z marzeniem o Agnes stawała się zachęcająca. Ruszył w tam-tym kierunku. Miasto, położone w górzystym terenie u podnóży Alp Zachodnich, pięło się do góry lub opadało w dół, skupione wokół wąskich uliczek, które niekiedy były tak strome, że stawały się schodami. Luigi kluczył nimi, obserwując z sympa-tią zwykłe życie mieszkańców: rozwieszanie bielizny, pod-lewanie kwiatów, rozmowy prowadzone przez całą szerokość ulicy. Żałował, że dotychczas tak rzadko miał okazję wy-chodzić z pałacu. Gdyby mógł kiedyś robić to częściej, być może inny miałby pogląd na sprawy księstwa. Wyszedł na przedmieścia, gdzie domy były mniej ścieśnione, rozrzucone wśród poletek i winnic. Jeszcze tylko niewielki odcinek drogi dzielił go od spalonego młyna, którego szaro-czarny kontur widział już na tle krajobrazu. Przed sobą W'kurzu drogi zobaczył jakąś wiotką dziewczęcą postać. Znów serce przyśpieszyło swój rytm i Luigi zaczął biec. Doścignął ją bez trudu. — Agnes! — Luigi! Ach, ty żyjesz, nic ci się nie stało, dzięki Ci, Panie... Ich pocałunki były szybkie, gorączkowe, ulotne, jak nie-trwałe życie motyli w skwarze popołudnia. — Skąd wiedziałaś... że grozi mi jakieś niebezpieczeństwo? Skąd ta nieoczekiwana propozycja spotkania w młynie? — pytał po chwili Luigi. — Panie, dostałam list od twego przyjaciela! Pływa on teraz pewnym statkiem u wybrzeży półwyspu, nie oddalając się jednak zbyt daleko od brzegu... jak pisał w tej kartce. Dziś o świcie bowiem wysiadł na ląd i zamierza być tu, w tym młynie, po zapadnięciu zmroku. Prosił, abym przekazała ci wiadomość, bo nie ma innego sposobu... Właśnie z listu dowiedziałam się o niebezpieczeństwie, w jakim jesteś. — Ach, więc to tak. Znów kartka... — powiedział w za-dumie Luigi. — A jak wyglądał ten, kto ci ją przekazywał? — Był wysoki, potężnie zbudowany, łysy lub wygolony do gołej skóry. Przedstawiał się jako marynarz ze statku, na którym pływa twój przyjaciel. Pomyślałam, że mógłby być gladiatorem, gdyby żył w czasach naszych przodków. — Hm... tymczasem cała sprawa wygląda raczej na wiary-godną— myślał głośno Luigi. — Chodźmy więc tam... Szli teraz wolno, świadomi, że mają dużo czasu, upajając się słonecznym popołudniem wśród pól i winnic. Opowiadali sobie o rzeczach zupełnie przypadkowych, ulotnych, a przez to — pięknych. Tak, jakby się umówili, że niepewna sytuacja, w którą popadli oboje, dopóki to będzie możliwe, nie pojawi się w ich rozmowie. Podeszli do młyna, którego biało-czarny, sczerniały od góry kontur górował nad polami. Osmalone okiennice odsłaniały mroczne, wypalone wnętrze tej budowli. Oczywiste było, że przed zapadnięciem zmroku nie ma sensu tam wchodzić. — Co robimy do zmierzchu? — spytał bezradnie Luigi. — Książę, jestem trochę zmęczona... — powiedziała Agnes, siląc się na dworski styl. — Jeśli pozwolisz, panie, zejdźmy w dół tą drogą jeszcze kawałek. Jest tam oberża, gdzie można odpocząć, zjeść coś i nabrać sił do nowych trudów. — Przyznam ci, że i ja jestem zmęczony — odparł Luigi. — Chodźmy więc tam! Tylko, proszę, nie mów do mnie „książę"... Rozwodził się jeszcze na ten temat, gdy schodzili drogą ku miło wyglądającej, pobielanej wapnem oberży wśród win-nic. Minęło ich kilka dwukółek, na których chłopi zwozili zżęte zboże, a także człowiek z osłem, dźwigającym w stronę miasta bukłaki pełne wina. Oberża okazała się prawie pusta, było w niej tylko kilku sączących wino gości. Agnes usiadła, a Luigi podszedł do właściciela, oferując mu kilka skudów za pokój i posiłek. Oberżysta — wysoki, kędzierzawy, barczysty Francuz o ty- powo galijskiej urodzie — zgodził się. Luigi, płacąc należność, zajrzał do wnętrza komnaty, w której przygotowywano posiłki. Zajrzał tam i przez długą chwilę zatrzymał wzrok, zapomi-nając, że z rozsupłanego mieszka cały czas sypią się monety. W prostokącie drzwi, w półcieniu, niewidoczna dla innych gości, stała, oparta o drewnianą ścianę — w pozie, trzeba to przyznać, wyzywającej — bardzo piękna kobieta. Jej długie, jasne włosy opadały luźno, lecz nie bezładnie, na ramiona. Pod suknią z głębokim wycięciem domyślać się można było kształtów niemalże doskonałych. Jej niebieskie, a może nawet lekko szafirowe oczy patrzyły wprost w oczy księcia, nie uciekając w bok i nie klucząc. Kobieta uśmiechała się do księcia uśmiechem tak obiecującym, jak chyba żadna inna przed nią. — Panie, jeszcze chwila, a postradasz całe swoje złoto! — Luigi usłyszał śmiech oberżysty. Odpowiedział uśmiechem i odliczył właścicielowi umówioną sumę. Jak to zwykle on — wstydził się spytać, kim jest ta kobieta. Ale oberżysta sam ochoczo udzielał wyjaśnień. — To moja żona — mówił cały czas jakby ze śmiechem. — Zakazałem jej podawać gościom jedzenie, bo tam — wskazał ruchem głowy komnatę kuchenną — większe przynosi mi korzyści. Szczerze mówiąc, panie — nachylił się do ucha Luigi — ktokolwiek choć raz na nią spojrzy, zawsze prze-płaca. Luigi roześmiał się z dowcipu karczmarza. Powiedział też: — Cóż, trzeba przyznać, że masz w domu boginię! Podszedł do siedzącej przy stole Agnes, której uroda nagle jakby zbladła. Ale w chwili, gdy uśmiechnęła się do niego, książę poczuł się jak przecięty na pół. Jakaś inna już kobieta podeszła do nich i postawiła na stole duże misy parującej strawy, a po chwili przyniosła też butelkę przedniego wina. — Mamy sporo czasu. Słońce jeszcze wysoko na hory-zoncie... — uśmiechnął się Luigi. — Tak, panie. — Agnes odpowiedziała uśmiechem i spu-ściła wzrok, dając jakby do zrozumienia, że chwyciła aluzję. Po skończonym posiłku poszli na górę, odprowadzani obleśnym uśmieszkiem oberżysty. Luigi nakazał mu, aby przed nastaniem zmierzchu przyniesiono do ich komnaty jeszcze jedną butelkę tego wina, które pili przy obiedzie. Karczmarz skinął głową, mrugnąwszy porozumiewawczo. Komnata okazała się przestronna, a jej okna wychodziły na drogę wijącą się sennie wśród pól i winnic. Szerokie, rozesłane łoże jakby zapraszało do miłości. Agnes podeszła do księcia, przymknęła oczy i przywarła do niego całym ciałem. Czas nie istniał. Zajęci sobą, nie dostrzegali powolnego blednięcia dnia za oknami. Kiedy przebudzili się z półsnu, który ogarnął ich po miłosnym wyczerpaniu, słońce za-chodziło, skryte do połowy za granią horyzontu. Książę bez trudu wyczuł narastający niepokój Agnes. Ubrana już, krążyła po komnacie. Luigi pragnął podejść do niej i uspokoić ją pocałunkami, ale — co dziwne — odsunęła się od niego. — Kocham cię, Agnes... — powiedział z nagłym smutkiem. — Panie — głos jej drżał z niepokoju. — Pozwól mi zejść na chwilę na dół i rozejrzeć się... Czuję jakieś zagrożenie... Przysięgam, że za chwilę przyjdę... — Nie! — krzyknął Luigi, ale ona już wybiegła, trzasnąwszy drzwiami. Książę zaczął ubierać się gorączkowo. Wtem usły-szał delikatne pukanie. Zerwał się z łoża i stanął za drzwiami. Jego ręka spoczęła na sztylecie. Odemknął drzwi, które skrzy-pnęły, uchylając się powoli. Ktoś ostrożnie wsuwał się do pokoju... Książę dostrzegł bujne jasne włosy, suknię... To była ona! Żona oberżysty stała przed nim z butlą przedniego wina w ręce. — Przyniosłam wino... — powiedziała nieśmiało, zamyka-[ jąć drzwi za sobą; Jej niski głos działał jak czary. — Proszę, wejdź... — bąknął Luigi, czując, jak wypeł-nia go wrzący metal. Ona zaś nie poruszyła się, cały czas z lekkim, zagadkowym uśmiechem na ustach. Powolnym, | jak we śnie, ruchem, odstawiła butlę ł sięgnęła ręką do spinającej suknię haftki. Jeden niedostrzegalny ruch i stała przed nim naga. — Podobasz mi się, pokochałam cię od pierwszego spoj-rzenia... — poczuł jej gorący oddech na twarzy. Wrzący metal, dotychczas rozlany po całym ciele, wypełnił mu również czaszkę. I w ostatniej chwili, jakby na moment przed za-tonięciem rozsądku, w mózgu eksplodował jasny błysk. Od-sunął ją i podbiegł do okna. Na drodze, już niedaleko od oberży, zobaczył kilku ludzi, idących szybkim, zdecydowanym krokiem. Nie znał ich, ale jeden... Był potężnie zbudowany, w świetle gasnącego słońca lśniła jego wygolona głowa... Ubrany był w zielony kubrak do pasa i długie skórzane buty. — Zielony kubrak! — znów błysk przemknął mu przez czaszkę. — Wiedział, że w zielony kubrak ubrany jest zawsze główny Kat Księstwa Piemontu! — Zdrada! — to jedno słowo pulsowału mu teraz pod sklepieniem czaszki. Błyskawicznie znalazł się przy drzwiach, w biegu wciągając jeszcze kubrak. Gdy zbiegał po schodach, na jego drodze znalazła się wściekła twarz oberżysty, który schwycił go za ramię i nie zamierzał puścić. — Ty rajfurze! — wychrypiał, dysząc przetrawionym wi-nem. Luigi, z siłą wzmocnioną przez strach, uderzył go między oczy rękojeścią wyszarpniętego nagle sztyletu. Karczmarz z okrzy-kiem bólu zasłonił rękami twarz, po czym, bezwładny, stoczył się po schodach. Luigi stał jak zahipnotyzowany — nigdy jeszcze nie uderzył człowieka w tak brutalny sposób. — Panie, uciekaj!! — usłyszał z dołu dziewczęcy krzyk, który obudził go z otępienia. To krzyczała Agnes. Luigi przeskoczył ciało oberżysty, schwycił dziewczynę za rękę i wciągnął ją do komnaty kuchennej, przypuszczając, że musi być jeszcze jakieś tylne wyjście z oberży. Gdy znikali, Luigi wy-chwycił kątem oka zielony kubrak kata w drzwiach wejścio-wych. Rzecz jasna, wyjście było, i moglibyśmy powiedzieć, że mieli szczęście, bo prowadziło ono wprost na pola. Gdy przebiegali obydwoje przez podwórze rozjazgotał się pies, ale okazało się, iż jest uwiązany na łańcuchu. Luigi podsadził Agnes, po-magając jej przejść przez płot, a potem sam z trudem prze- skoczył na drugą stronę. Na szczęście prześladowcy nie widzieli tego, zajęci widać poszukiwaniem księcia w pokojach dla gości. Luigi nie wątpił jednak, iż niezadługo zorientują się, że nie ma go w oberży i rozpoczną poszukiwania w okolicy. Biegli skrajem pola, starając się jak najkrócej przebywać na otwartej przestrzeni. W pewnej chwili, w biegu, zdyszana Agnes wychrypiała mu do ucha coś w rodzaju: „Proszę, przebacz mi, książę!", ale Luigi nie usłyszał tego, a może nie chciał usłyszeć. Wbiegli w szpalery dojrzewającej winorośli, co ukryło ich przed okiem ewentualnego obserwatora. Naj-wyższa była na to pora, bo od strony oberży usłyszeli ujadanie psa, co świadczyło o wszczęciu poszukiwań poza samym budynkiem. Przez jakiś czas biegli jeszcze, klucząc, choć Luigi musiał teraz właściwie ciągnąć bardzo już zmęczoną Agnes. Wy-dawało się jasne, że spotkanie z Federico nie dojdzie do skutku. Być może była to pułapka i Federico jest wiele mil stąd. W sumie — oceniał Luigi — i tak mieli szczęś-cie, że w ogóle uszli z życiem. Pozostawało jedno pytanie: co dalej? Przystanęli, wsłuchując się w odgłosy tego, co ich otaczało, a mogło im w tej chwili przynieść nawet zagładę. Na szczęście panowała cisza, tylko delikatny podmuch wiatru szeleścił liśćmi winnych krzewów. W ruchu powietrza drżały gwiazdy, teraz już wyraźnie widoczne na tle granatowego nieba. — Kochana, czy nie znasz kogoś, u kogo moglibyśmy poszukać schronienia? — spytał Luigi wprost. Agnes w za-dumie pokręciła głową. — Nie, panie, Bóg mi świadkiem, że bardzo bym chciała, bo od tego zależy nasze ocalenie, ale niestety nikogo takiego nie znam. Rzadko bywałam poza miastem, a w samym mieście nie mam godnych zaufania przyjaciół, u mojej zaś rodziny będą szukać cię na pewno w pierwszej kolejności. Luigi pomyślał, że należało się tego spodziewać: w go-dzinie próby okazuje się, iż on, ponoć najbardziej szanowany człowiek w całym księstwie Piemontu, nie ma nawet jednej przyjaznej duszy, która mogłaby udzielić mu schronienia. W zadumie pogładził Agnes po włosach, a ona wtuliła się w miejsce pomiędzy rozchylonymi połami jego kurty. — Musimy stąd iść! — przerwał ten zalążek idylli, bo z każdą chwilą ich sytuacja stawała się coraz bardziej nie-bezpieczna. Poszukiwania, prawdopodobnie rozwijane kon-centrycznie od punktu centralnego, jakim była karczma, zdążyły się już zapewne wydatnie posunąć. Wstali z niechęcią, a Luigi jeszcze raz spojrzał w gwiazdy, jakby poszukiwał tam odpowiedzi na pytanie, co przyniesie im przyszłość. Najwidoczniej hasło: „układ gwiazd" otworzyło jakąś klapkę w jego pamięci, bo uświadomił sobie nagle, że jest być może jedno miejsce, gdzie mogliby się teraz udać. Jego dawny przyjaciel, jeszcze z czasów uniwersyteckich, znawca gwiazd i mag, Marsilio, miał pod miastem swoją willę, gdzie mieszkał w odosobnieniu, w otoczeniu drzew i posągów. Luigi nigdy nie zdecydował się zakłócić jego samotności, ale teraz sytuacja była w końcu niezwykła i groźna i uspra-wiedliwiała działania niekonwencjonalne. Powiedział o tym Agnes, a ona zgodziła się z nim. Ruszyli poprzez pola i winnice ku miejscu, w którym, tak jak pamiętał Luigi, powinien znajdować się dom Marsilia. Co jakiś czas podmuch wiatru przynosił im jakby odległe naszczekiwanie psów i wtedy przyśpieszali, obawiając się, czy to aby nie pogoń. Na szczęście odgłosy owe zanikały równie szybko, jak się pojawiały. W pewnej chwili wydostali się z gąszczu winnic i na tle nieco jaśniejszego wzgórza dostrzegli ciemny kontur jakiejś budowli. Znajdowała się ona w ogrodzie, ale nie było pewności, czy jest to istotnie poszukiwana willa. Mimo to Luigi zdecydował się zakłócić spokój jej mieszkańców, uczynił to za pomocą wielkiej kołatki, znajdującej się obok furtki, która prowadziła do ogrodu. — Gdyby w ogóle nie chciał widzieć gości, nie umieszczałby jej tutaj — pomyślał książę. Na odgłos kołatki zjawił się służący — Maur czy też może Nubijczyk, którego białka oczu połyskiwały w mroku. Luigi rozpoznał w nim sługę Marsilia. W paru słowach książę przedstawił mu sytuację, w jakiej się znajdują wraz z Agnes, i po-prosił o przekazanie tego panu. Maur skinął głową. W cie-mności poruszyły się w górę i w dół białka jego oczu, po czym zniknął pomiędzy krzewami. Oczekując Luigi rozglądał się niespokojnie, obawiał się bowiem, aby tu, u końca drogi — choć kto wie, czy to jest jej koniec? — nie dopadła ich pogoń. Na szczęście Marsilio zjawił się nadspodziewanie szybko. W jego fizjonomii nie było nic tajemniczego: był niewysokim, kędzierzawym grubaskiem o poważnym wejrzeniu wielkich brązowych oczu. Przyglądając im się uważnie, powitał ich w swoim domu, a następnie poprosił, aby poszli za nim. Kluczyli pośród żywopłotów, co chwila napotykając posągi greckich i rzymskich bóstw. — Pewnie dziwicie się tak dużej ilości żywopłotów w moim ogrodzie — powiedział przez ramię Marsilio. — Na jakie-kolwiek pytanie w tej kwestii odpowiedziałbym, że ten lubi żywopłoty, kto uważa, że sam Wszechświat jest żywy i może zostać poddany magii. Przez chwilę szli w milczeniu, po czym Marsilio znów się odezwał: — Domyślam się, że w sytuacji, w której się znajdujecie, zależy wam na czasie. To znaczy, chcielibyście, aby moja magia zadziałała możliwie szybko i skutecznie. Czy nie tak? — to pytanie wyraźnie skierowane było do Luigi. — Zgadłeś, mój Marsilio — potwierdził ten ostatni. — Na tym właśnie nam zależy. — Wobec tego nie zapraszam was do siebie na żaden poczęstunek, tylko od razu przystępuję do działań magi-cznych... — powiedział Marsilio. — Nie pozostaje nam nic innego, jak podziękować ci stokrotnie. Luigi, patrząc na maga, przypomniał sobie anegdotę, doty-czącą jego korpulentnej figury. Otóż pewnego dnia, gdy Marsilio był już sławny, jeden z dożów weneckich zaprosił go do swego ogrodu zoologicznego. Traf chciał, że tego akurat dnia i w tym akurat czasie w trakcie karmienia z klatki wy-rwał się lew. Wszyscy, łącznie z owym dożą, uciekli, na placu pozostał jedynie nieustraszony Marsilio, który — wedle opowieści — samym spojrzeniem zmusił lwa do powrotu do klatki. Interpretując to zdarzenie wskazywano na po-krewieństwo słonecznej natury maga, prześwietlającego wszy-stko blaskiem swej wiedzy, i lwa, który jest, jak wiadomo, zwierzęciem poświęconym słońcu. Złośliwi twierdzili jednak, że to nie z powodu odwagi, lecz swej nadmiernej tuszy i krótkiego oddechu Marsilio nie uciekł przed lwem. Zbliżali się właśnie do budowli, do złudzenia przypominają-cej ateńską świątynię Zeusa Olimpijskiego. Luigi podziwiał do-kładność tej kopii, która, w zmniejszonych nieco rozmiarach, odtwarzała wszystkie szczegóły swojego pierwowzoru. Książę mógł tę budowlę podziwiać pomimo ciemności nocy dzięki tajemniczym lampom na słupach, wysyłającym swe zimne świa-tło spomiędzy drzew. We wnętrzu świątyni znajdował się spory, chyba trzykrotnie wyższy od człowieka, kulisty kształt, teraz przykryty jakąś nieprzejrzystą materią. Pod nim, na mar-murowej płycie, dość nieporządnie wyryty był napis: WIELKIE KOŁO KOMBINATORYCZNE — To właśnie miejsce, gdzie uprawiam moją magię — Marsilio szerokim gestem wskazał na wnętrze świątyni. — Nie jest to tak tajemnicze, jak wyobraża sobie większość ludzi. Po prostu za pomocą intelektu i wyobraźni odtwarzam i zmie-niam nieco związki pomiędzy poszczególnymi elementami wszechświata. — W waszej sprawie ucieknę się do pomocy tego urządzenia — dodał po chwili, wskazując na Wielkie Koło Kombinatoryczne. Podszedł do kuli, schwycił jakąś wyłania-jącą się z jej pokrowca taśmę, po czym jednym ruchem ściągnął pokrowiec, odsłaniając całą maszynerię. Było to kilka wiel-kich, współśrodkowych, drewnianych kręgów, zawieszonych względem siebie na całym systemie osi i dźwigni. Oprócz tych kilku wielkich kręgów z grubego drewna było też kilka-naście małych, z cienkiej listewki, ale o nie mniejszej średnicy, tak że całość sprawiała wrażenie kuli o nie istniejącej po-wierzchni. Na „grubych" kręgach Luigi dostrzegł astrolo-giczne symbole i powtarzające się kilkakrotnie litery alfa-betu — od „B" do „K". Marsilio najwyraźniej postanowił wytłumaczyć im działanie tego urządzenia. — W „Ars Magna" Ramona Lulla — mówił tonem mentor-skim — znajdują się figury z dużą ilością symboli, dotyczących znaków Zodiaku, planet i w ogóle wpływów astralnych, w konfiguracjach z literami świętego alfabetu hebrajskiego, za pomocą których wyrażone są wszystkie Imiona Boże. Te imiona z kolei łączone są z kabalistycznymi sefirotami — magicznymi tchnieniami, dzięki którym Bóg ma wpływ na rzeczywistość — oraz z imionami kabalistycznych aniołów. U słynnego Giordana Bruna pojawia się dwanaście postaci, czy też „zasad", które mogą być przyczynami wszystkich rzeczy. Nie będę ich tu wszystkich wymieniał z uwagi na brak czasu, dość powiedzieć, iż góruje nad nimi niewysłowiony i bezkształtny Optimus Maximus. Ten sam mag w swoim „Wygnaniu triumfującej bestii" opisuje szczegółowo, jak każdą z czterdziestu ośmiu niebieskich konstelacji opanowują triumfalnie cnoty, pokonując armię występków i grzechów. Ucieleśnionymi siłami duszy, uczestniczącymi w tej walce, są: Jupiter, Junona, Saturn, Mars, Merkury, Minerwa, Apollo ze swymi czarodziejkami — Kirke i Medeą oraz lekarzem Eskulapem; Diana, Wenus i Kupidyn, Ceres, Neptun, Tetyda, Momus oraz Izyda — tu Marsilio przerwał na chwilę, wy-czerpany tym wyliczaniem bóstw. — Mój system — kontynuował po chwili, znów wskazując szerokim gestem znajdującą się za jego plecami maszynerię — jest połączeniem najlepszych cech wszystkich tych najwy-bitniejszych osiągnięć europejskiej magii. („Kiedy on wreszcie skończy sam siebie komplementować?" — zapytał w myśli Luigi.) Jest to uniwersalna maszyna kombinatoryczna zdolna do dowolnych przekształceń strumienia rzeczywistości z ogra- niczoną kontrolą sterowania... — Nagle spojrzał na swych słuchaczy, jakby obudzony z transu — choć nie sądzę, abyście byli w stanie dużo z tego zrozumieć. — Powiem więc prościej, że jej działanie polega na przyśpieszaniu, bądź spowalnianiu biegu historii i przemian ludzkiej duszy, podobnie jak nurt rzeki przyśpieszany jest bądź spowalniany w młynach wodnych. Książę poważnie skinął głową, choć w gruncie rzeczy tyrada Marsilia ubawiła go setnie. Spojrzał na Agnes. Zbyt dobrze ją znał, aby nie dostrzec, że ona również z trudem powstrzy-muje się od śmiechu. — Ale ale, zdaje się, że ja wam tu robię wykład, a czas ucieka — zreflektował się Marsilio. — Na początek parę słów przygotowania: otóż jeśli decydujecie się na ucieczkę z opresji za pomocą magii, musicie być przygotowani na... hm... zmianę swego statusu, być może bardzo radykalną. Możecie stracić wszystko. Być może ocalona zostanie tylko wasza miłość. Tym razem to Agnes, poważnie i już bez uśmiechu, skinęła głową. — Zgadzamy się — powiedziała. — W takim razie zaczynam. Podszedł do Wielkiego Koła Kombinatorycznego i uru-chomił je jakąś niewidoczną dźwignią. Okazało się, że maszy-neria pracuje nadspodziewanie cicho. Nie słyszeli żadnego dźwięku, jedynie lekki odgłos jakby kuli toczącej się w drew-nianej rynnie czy rurze. Koła ruszyły i symbole na nich wypisane zaczęły przemieszczać się względem siebie w różnych kierunkach. W blasku zimnych świateł ogrodu wyglądało to niesamowicie. — Uważajcie teraz! — powiedział mag. — Będę wam podawał nazwy poszczególnych personifikacji sił duchowych, a wy mówcie bez namysłu, jaka cecha ludzkiej duszy kojarzy wam się z daną personifikacją. Możecie podawać również cechy złe, wady i grzechy, jeśli takie przyjdą wam do głowy. Im bardziej wasze skojarzenia będą podobne, tym lepiej. Ale pamiętajcie, bo jedno jest ważne: musicie wymawiać te skoja-rzenia bez najmniejszego namysłu. Po chwili w zagadkowej przestrzeni świątyni dały się słyszeć nie mniej zagadkowe słowa, wypowiadane szybko, ostrym tonem: — Mars! — Popędliwość! — Kirke! — Wyrachowanie! Stałość! — Eskulap! — Poczciwość! — Jupiter! — Jasność sądu! Zachłanność! Owe głosy wikłały się w labiryntach ciemności między kolumnami. Po jakimś czasie, gdy wydawało się już, że to wy-mienianie będzie trwać w nieskończoność, Luigi podniósł gło-wę i zobaczył coś niesamowitego: w różnych miejscach stale ruchomych drewnianych kół pojawiły się pełgające świetliki, coś jak ognie św. Elma zwiastujące morską burzę. — Dobrze! — nieoczekiwanie powiedział mag. — Rzecz do-biega końca! Wiecie, co się stanie?! Wy odnajdziecie schronie-nie w waszej miłości, jak kochankowie w szklanej kuli, wasi zaś prześladowcy... poszukiwać was będą stale, i nie tylko was, bo zostaną skazani właśnie na ciągłe poszukiwanie, węszenie. I wy-dawać im się będzie, że triumfują, ale tak naprawdę poruszać się będą po niewielkim zamkniętym kole, w przestrzeni ludzkich wad, złych cech, występków. Będą w stanie zrozumieć tylko podłe motywacje ludzi, zaś to, co dobre w człowieku, pozo-stanie poza ich zasięgiem... Luigi miał wrażenie, że głos maga cichnie, zapadając się w głąb jakiejś nieskończonej toni. Mag uśmiechnął się. Widział, jak w przestrzeń miasta w jakimś zupełnie innym czasie, niewyobrażalnego miasta, po którym poruszały się rzeki świateł pośród stojących kolumn ze światła, jak w tę prze-strzeń oddala się powoli para żebraków w łachmanach. Kamienne brzegi Otworzył oczy i zaraz przeszył go dreszcz, który nie ustawał. Minęła chyba godzina od świtu, a on pozwolił sobie na krótkotrwałą drzemkę podczas obserwacji ptaków. Oddech zamarzał i zamieniał się w szron. Był koniec maja i wody Bajkału dotychczas skute lodem wyzwoliły się już prawie spod jego panowania. Gdzieniegdzie tylko pojedyncze kry połyski-wały w jaskrawopomarańczowym świetle wstającego słońca. Postanowił rozpalić ognisko, nie bacząc na to, że może mu to zepsuć dzisiejszą obserwację. Nie mógł znieść zimna, które przeniknęło głęboko do wnętrza jego ciała, a teraz istniało już we wszystkim: w nadbrzeżnych trzcinach, w zamglonych, otaczających jezioro górach, w nieskończonej, wydawałoby się, i niesamowicie spokojnej płaszczyźnie wody. Zarzucił sztucer na ramię i ruszył na południe, wydostając się powoli z gęstwiny sztywnych, splątanych ze sobą trzcin. Spojrzał w niebo: wy-sokie, białe, strzępiaste chmury zapowiadały dobrą pogodę. Szedł podnosząc wysoko nogi w grubych walonkach, uważał, aby nie stąpnąć w jakieś podmokłe, grząskie miejsce. Za plecami miał wielką płaszczyznę wody, od której oddalał się z każdym krokiem tym szybciej, im bardziej przenikliwe zimno docierało od strony jeziora. Jakieś sto metrów dalej trzciny były już suche, a płaski brzeg jeziora przechodził w rzadki zagajnik syberyjskich sosen. Udało mu się znaleźć kilka suchych gałęzi, które uzupełnił trzciną i po chwili już na ogromnym wybrzeżu, monumen-talnym w swym samotnym istnieniu, pełgał niewielki, roz- l palony ręką człowieka ogieniek... Czuł dławiącą samotność, l a zarazem osobliwe piękno tej chwili. Tak jak wtedy — obraz stanął mu przed oczami, żywy, plastyczny w swej realności — gdy po jednej z potyczek z carską żandarmerią ich oddział został rozproszony, a on błąkał się przez cały dzień, samotny, wśród drzew... Uświadomił sobie później, że nie pragnął wtedy odnaleźć nikogo z rozbitego oddziału, że w gruncie rzeczy :- sprawiło mu przyjemność to błąkanie się, wędrowanie za t słońcem. Idąc przez las zatracał granice siebie. A może zadzia-j| łało piękno, wystudiowana precyzja tego obrazu: strudzony l powstaniec idący przez las, pośród smug światła przesianego przez korony wysokopiennych sosen; zagłębiający buty (lub też coś, co niegdyś było butami) w mazowieckim piachu, którego szaropłowe łachy wyłaniają się spod topniejących płatów śniegu. W szczelinie między koronami drzew spogląda w górę: „pośród błękitu swobodnie buja ptak". |t Tak było w jego wyobraźni. A w rzeczywistości? Ranny w nogę, dowlókł się do pobliskiego miasteczka, gdzie nie kwapiono się udzielić mu pomocy. Dopiero miejscowy felczer opatrzył jego ranę, ale było już za późno, bo również miejscowy donosiciel lojalista zdążył zawiadomić patrol pobliskiego gar-nizonu feldjegrów, podając dość dokładnie miejsce jego po-bytu... W taki sposób prosto z gabinetu felczera trafił do cytadeli... Dokładnie zagasił butami ognisko. Obserwował przez jakiś czas, czy pod warstwą popiołu żar nie tli się jeszcze, a po chwili przez sosnowy zagajnik ruszył na południe. Było mu już ciepło. Jego dłoń, tak podobna do dłoni ojca, delikatnym ruchem muskała krawędź drewnianego łoża. — Powoli zamieniam się w swego ojca — pomyślał. — A wła-ściwie dopiero teraz to zauważam, bo zamieniać się zacząłem już wcześniej, w dzieciństwie lub we wczesnej młodości, gdy zakiełkowała we mnie decyzja istnienia za wszelką cenę w tym właśnie kraju, w nurcie rzeki jego tradycji. Nie sposób było zresztą uniknąć tego nurtu tam, gdzie powstańczy orzełek przechowywany był jak relikwia na dnie kufra z rodzinnymi pamiątkami. Podniósł się na łokciach. — Natasza! — zawołał w kierunku drzwi izby. — Już idę! — odpowiedział mu głos z charaktery-stycznym śpiewnym akcentem. Kobieta, którą wołał, miała w sobie wiele wewnętrznego ciepła, była przyjazna właśnie w taki sposób, jak upragniony odpoczynek w rozgrzanej izbie po całym dniu podróży przez tajgę. Właściwie nie wiedział, jak to się stało, że u niej zamieszkał. Po prostu przybył tu pewnego dnia — były zesłaniec, teraz oddelegowany przez Towarzystwo Geograficzne do badań jeziora — i został tu, w przestrzeni tego ogromnego kraju, w przestrzeni swej ogromnej samotności. I w tej przestrzeni coraz większą rolę zaczęła odgrywać właśnie ona. Tak, myślał o tym wielokrotnie. Ciepło jej ciała, jej, istnie-jącej samotnie tu, na tym nieprawdopodobnym, nieludzkim pustkowiu, jej, wypełniającej swym ciepłem domek, wyrosło tu jak złudzenie przedśmiertne strudzonego wędrowca. — Kochany, zrobiłam ci coś do jedzenia — powiedziała wchodząc. Z radością objął wzrokiem jej bujne, mocne ciało, w którym zarodki przyszłej klęski — zwiędnięcia, śmierci — istniały, lecz na razie były bardzo głęboko utajone. Szybko zjadł posiłek i popił go gorącą herbatą, po czym długo leżeli obok siebie, wpatrując się w belkowanie sufitu lub w pro-stokąt bladobłękitnego nieba za oknem. Nie odważyłby się teraz objąć jej, jakby nie chcąc zniszczyć dobrowolności roztaczanego przez nią ciepła. To nie on, lecz ona zwinnym kocim ruchem obróciła się na brzuch, kładąc mu rękę na piersi, a następnie przyciągając go do siebie. Poczuł ciepło jej ciała i momentalnie wypełniło go pożądanie, w swoisty sposób łagodne. Zarazem nie mógł się oprzeć wrażeniu, że na dnie jej łagodności kryje się chyba ironia, a przynajmniej pewien dystans. Tak mało wiedział o tej kobiecie. Wiedział tylko, że jest wdową: przed laty przybyła tu ze swoim mężem, też zesłańcem, po jakimś czasie mąż zmarł, a ona pozostała... a może te przyjazne przecież, choć półironiczne spojrzenia były śladem niegdysiejszych rozmów w petersburskich salonach? Nie mógł tego wiedzieć... mówiła mu o sobie tak mało... Dlaczego w tym wszystkim, wśród ogromnej, ciepłej prze-strzeni, ogromnej, bo równoważyła tamten zewnętrzny chłód, nagle wydało mu się, że zapadła noc? Że każdy jego gest, gest, którym obejmował tę kobietę, zawisa w pustce, jakby skierowa-ny w próżnię? Pragnąłby z nią rozmawiać, mówić coś, ale, jak bliskie słońce, ogarnęło go jej ciepło. — Dlaczego — myślał — gdy dwoje ludzie mówi do siebie w sposób czuły, kosmos tworzony z tych słów — a wystarczą dwa lub trzy słowa — może zrównoważyć każdy ślad nienawiści? Pamiętał, że kiedyś, w nocy, w tej izbie, gdy wstał po coś wśród gęstej ciemności, potknął się o sztucer, który przewrócił się z hałasem. — Jeżeli myślisz, że się tego boję... — wymruczała przez sen Natasza. Była naprawdę zagadkowa. Potem długo leżeli w świetle swych ciepłych słońc, uspokaja-jąc oddechy. Kilkanaście dni później, gdy przygotowywał się do wyjścia na codzienną, poranną obserwację, do ich chaty przyszedł człowiek. Widział go, gdy szedł równym krokiem, na tle odległych gór, których śnieżnobiałe czapy raniły błękit. A jednak widać było, że ten człowiek sporo w życiu przeszedł. Choć zbliżał się raźno, dziarsko, był przygarbiony, pozba-wiony już widać odruchu prostowania się dla dodania sobie złudnej energii. Widać było po tym człowieku, że przeszedł w życiu setki tysięcy wiorst. A ten drugi człowiek, stojący teraz przy oknie, na wszelki wypadek ujął w zimne dłonie sztucer, choć czuł już, że to nie ma sensu, że ten gest, szczątkowy i zbyteczny, nie ma uzasadnienia. Poznał go. W którym momencie? Mogłoby to zdarzyć się przed chwilą, ale równie dobrze i na samym początku, gdy tylko zobaczył jego przy-garbioną sylwetkę. Teraz widział już jego twarz: charaktery-styczne wąskie oczy pod czarnymi brwiami, wystające kości policzkowe, wąski i prosty nos... nie, nie mógł się pomylić. Dlatego pierwszy otworzył drzwi i wyszedł na ganek domu, obserwując z \ismiechem, jak również na twarzy tamtego pojawia się błysk rozpoznania. — Aleksander! — Benedykt! Padli sobie w ramiona. Wiedział już, skąd wziął się ów rodzaj przygnębienia, jakby wewnętrznego złamania w zachowaniu Benedykta. Była jedna przyczyna. Workuta. Głębokie sztolnie, z których wydoby-wano rudy żelaza., cynku, nawet złoto. Pracowali w nich więźniowie o twarzach ciemnych, oczach przekrwionych od trujących wyziewów. Pośród nich Benedykt. Nie było sensu pytać o to. Aleksander znał to, znał te długie podziemne korytarze, w których ginęli. Był w kopalniach złota na Koły-mie. Nie mówi się o takich rzeczach. Człowiek tam właściwie nie istnieje, jego istnienie ogranicza się do elementarnego przyzwolenia, najcichszego „tak", które — w czystej formie — mają w sobie rośliny. Pewnego dnia jednak, gdy zapadał zmierzch, a nad Bajkałem wisiała potężna, ciemna chmura, jakby odbicie w niebie, a może właśnie prawdziwe, bo w świecie idei istniejące, najrealniejsze jezioro, Benedykt sam zaczął rozmowę. — Wiesz, tam był pewien człowiek... — powiedział ury-wanym głosem, mrużąc oczy przed wiatrem wiejącym teraz z zachodu, od strony sarozeków. — Kto? — Pewien... anarchista. Pracował ze mną w jednej bryga-dzie przy wydobywaniu rud żelaza. Czasem wagoniki nie wracały dość szybko i można było porozmawiać... Pewnego dnia... zapytałem go, jaki ma sens ich doktryna terroru? Na jakiej podstawie sądzą, że powszechny terror ma do-prowadzić do powszechnego szczęścia? I wiesz, co mi od-powiedział...? Powiedział: „Tak jest w przyrodzie". Przez jakiś czas panowała cisza, słychać było tylko miarowy stukot kilofów, uderzających w ścianę, i gdzieś, z dużej odległości, stłumiony łoskot wagoników ciągniętych przez dwóch ska-zańców, którym wyznaczono tę pracę za próbę ucieczki... Myślałem, że swoją odpowiedź uważa za wystarczającą i że nie wydobędę z niego już nic... Wtedy zapytał nagle: „A ty kim jesteś?" — „Powstańcem", odpowiedział sam sobie po chwili, patrząc mi głęboko w oczy, to znaczy na tyle głęboko, na ile pozwalało blade ruchome światło umieszczonych na ścianach pochodni". — Ty też zabijałeś..." — zaczął znów, z trudem, jakby tym monologiem przedzierał się przez twardą kamienną ścianę. Skurczyłem się wewnętrznie, myśląc, że mam do czynienia z człowiekiem nagle nawróconym, a więc z fana-tykiem. On jednak mówił dalej: „Słyszałem, że wykonywaliś-cie wyroki... na wysokich carskich urzędnikach. Na tych, których otaczała w waszym kraju powszechna nienawiść". W milczeniu skinąłem głową. „A więc zabijaliście ludzi..." — skonstatował, patrząc na swoje obwiązane szmatami nogi. — „Sądzisz pewnie, że jesteście lepsi od nas, bo my rzucamy bomby nieraz i w tłum, zabijając ludzi niewinnych... A czy pomyślałeś, że ci, których wy zabijaliście... — nie mógł znaleźć słowa i przez jakiś czas dawało się wyczuć jego zniecierpliwie-nie — że oni mogliby być kimś zupełnie innym, niż byli...?" — Samym tylko ruchem głowy zasygnalizowałem, że go nie rozumiem, choć... teraz wydaje mi się, że... wtedy oszu-kiwałem sam siebie. „Chodzi mi o to — tłumaczył z na-ciskiem — że ci ludzie mogliby być dobrzy, a ich wina była przypadkowa... zostali wciągnięci w maszynę państwa, tego piekielnego molocha, podobnie jak robotnik, którego ręka grzęźnie pomiędzy trybami maszyny... zrozum więc, że sprawą wszelkich organizacji — czy to walczących o wolność narodu, czy o wolność absolutną, jak my —jest sprawa terroru... Być może ci ludzie wobec Boga nie zawinili niczym!" — wykrzyknął to zdanie tak głośno, że echo aż zadudniło w zamkniętej przestrzeni, a strażnik za załomem ściany poruszył się „Wal-czymy dlatego — podjął po niejakiej przerwie spokojnym głosem, jakby nic się nie stało — że pragniemy szczęścia ludzi, czyż nie tak? Ale zawsze powraca pytanie, czy mamy prawo zabijać, w czym jesteśmy lepsi od innych, kto nam to prawo dał. Wy powiadacie — ojczyzna, my — ludzkość, równie dobre odpowiedzi... — znów urwał, patrząc gdzieś głęboko w ciem-ność opuszczonego chodnika. — Równie diabła warte!" — zakończył zdławionym głosem. Miałem wrażenie, że nie powie już nic. Wagoniki zbliżały się, wyraźnie słyszałem stukot kół na szynach za zakrętem korytarza. Pomyślałem, że okazja do rozmowy w odosobnieniu może się nie powtórzyć. „A więc nie należy robić nic?" — spytałem. „Należy, oczywiście... — odpowiedział znów spokojnym głosem — „to, co my robimy, bez samooszustwa..." W tej chwili przyjechały wagoniki i wszy-stko utonęło w dudniącym łoskocie. Aleksander w długi jeszcze czas potem myślał o relacji Benedykta. Argumentacja anarchisty była oczywiście dema-gogią, ale była to demagogia zastanawiająca. I kto wie, czy w takich konfrontacjach, jak ta w podziemiach kopalni, nie kryje się prawda o życiu narodów... Szedł właśnie przez tajgę, instynktownie obserwując teren wokół siebie. Potężne pnie drzew iglastych wystrzelały wysoko w górę, pod ich koronami kryły się niższe, liściaste, szumiące w podmuchach wiatru. Czuł ten wiatr na skórze, chłodną, nieledwie lodowatą obecność jeziora. W takiej przestrzeni człowiek czuł swoją nicość, dobrze, jeżeli był pyłkiem, i Aleksander pomyślał, że nawet naród niewiele znaczy w tej pustaci... może stąd właśnie brała się siła argumentacji takich ludzi, jak rozmówca Benedykta... Wy-starczyło tu być, istnieć, aby czuć swoją nicość, pustkę, kraj oddalał się, był już tylko niewielkim, ciepławym kwadracikiem na granicy zrozumienia... Pomyślał, że jego doświadczenia z Kołymy potwierdzają tę obcą przecież argumentację — bo jednak w jakimś sensie, mimo wszystko była ona nadal mu obca. Znał ludzi, strażników czy też pospolitych przestępców, z którymi nawiązywał, zaraz po ich poznaniu, uczuciowy kontakt. Inni zaś, współwięźniowie, wydawali mu się nagle obcy, zamknięci w jakiejś klatce z własnych słów i poglądów. Byli tacy: ich umysły obce, zimne, owładnięte ideą, na którą chorowali... Oczy płonące aż do momentu ich przymusowego zamknięcia, gdy współwięzień skrywał je pod martwymi już powiekami... Ci ludzie... Miał wrażenie, że nie czują nawet swych ciał, nie wiedzą, nie czują, że mają ręce, nogi, twarze, głowy, zdolne do przyjmowania stale nowych doświadczeń... Przestawali być ludźmi, każdy z nich stawał się duchem, ideą, byli wszystkim, tylko nie ludźmi... Wtedy zapragnął kontaktu z naturą, zapragnął wchłonąć tajgę w siebie... Powrócił do swej dawnej pasji — ornitologii... Tego samego dnia, wieczorem, a właściwie już w nocy, Aleksander napisał po kryjomu swój pierwszy memoriał do Gubernatora Irkuckiej Obłasti. Zatytułował go, niezbyt zręcznie: „Co każdy z nas powinien uczynić, aby znaleźć ludzkość szczęśliwą?" Po niejakim namyśle przekreślił słowo „powinien" i zamienił je na „może". Myśleć o Bajkale, mówić o Bajkale, prawie być Bajkałem. Czy doszło u niego do takiego utożsamienia? Lepiej nie pytać, jeśli odpowiedź może nie przynieść potwierdzenia naszych domysłów. Pytał sam siebie: w jaki sposób można zostać tu i nadal istnieć? A w jaki można opuścić to miejsce? Memoriały, wysyłane do gubernatora, pozostawały bez odpowiedzi. Wysłał ich już pięć czy sześć, nie pamiętał do-kładnie. Jedno było pewne: jego koncepcja stopniowo zyski-wała kształt, stawała się coraz bardziej klarowna. Mgliście, choć coraz realniej, rysował mu się pomysł stworzenia gdzieś na Syberii czegoś w rodzaju artelu czy wspólnoty produkcyjnej, która mogłaby zagospodarować te tereny. Celowo wielo-krotnie podkreślał w swych memoriałach, że ta organizacja nie będzie miała nic wspólnego z komunistycznymi mrzon-kami. A jednak był w tych pomysłach element utopii, wielkiego eksperymentu: organizacja miałaby na celu zmianę praw ekonomii, tak aby nie były one już podobne do walki o byt, która ponoć istnieje w przyrodzie, lecz stopniowo zbliżały się do humanitarnych zasad pomocy, solidarności wzajemnej, kto wie, może nawet jakiejś wszechobejmującej miłości... Przyłapał się nawet na tym, że podświadomie ukierunkowuje swoje obserwacje ptaków tak, by potwierdzały jego przekonanie o pomocy wzajemnej i miłości, jaką żywią do siebie zwierzęta. Parę dni temu, gdy dwa czyżyki walczyły ze sobą o samicę, o prawo do założenia gniazda, a była to walka na śmierć i życie, odwrócił od nich wzrok, a potem odszedł, chociaż powinien był przecież prowadzić obserwację do końca... Z czasem, myśląc o tym, zaczął to tak interpretować: czyżyki, walcząc, nie nienawidzą się, lecz działają instynktownie. Podobnie in-stynktowna jest ich miłość wzajemna, która nie zanika nawet w momencie walki. Walcząc odczuwają wściekłość i ból, gdyż instynktownie przeczuwają, że ich gatunek przetrwa tylko wtedy, gdy zwycięży silniejszy z nich. Ich wzajemna miłość wciela się więc podczas walki w miłość gatunku. Czyżyk, walcząc, nie kocha oczywiście swego rywala; kocha gatunek, a więc czystą, jasną, istniejącą gdzieś w świecie prawzorów ideę czyżyka. W tak skomplikowane labirynty wikłała się jego myśl, gdy o piątej nad ranem, zziębnięty, lustrował wzrokiem nadbrzeżne mokradła. Mimo to jego praca posuwała się. Zakończył już pierwszą część swego „Opracowania ornitofauny jeziora Baj-kał", dotyczącą obyczajów godowych ptaków i budowy gniazd. Pozostawało wytyczyć szlaki wędrówek ptaków, określić do-kładnie ich pory snu i czuwania, sposób odżywiania się i fortele stosowane podczas polowań. Pewnego dnia stał przy oknie, patrząc jak zwykle w głęboką toń nieba, na której ostro i wyraziście odcinały się plastyczne faktury górskich wierzchołków. Wszystko jakby zmalało; jezioro wydawało się możliwe do objęcia zmysłami. A zatem: wszystko wydawało się proste, klarowne, problemy były do rozwinięcia, nie rozwikłane dotychczas sprawy zdawały się dziecinnie łatwe. Zrozumiał, że musi stąd wyjechać. Teraz, natychmiast. W przeciwnym wypadku ugrzęźnie w tej olbrzy-miej przestrzeni, jak w płaszczyźnie na poły zmarzniętych bagien, rozciągających się kilometrami nad brzegiem jeziora. Było kilka przyczyn, którymi mógł uzasadnić racjonalnie to swoje pragnienie. W Irkucku czekały na niego pieniądze, nadesłane przez Towarzystwo Geograficzne jako wynagrodze-nie za dotychczasowe wysiłki oraz zaliczka na poczet dalszych badań. Co prawda, obchodził się tu doskonale bez pieniędzy, gdyż jedynym źródłem żywności było dla nich polowanie, ale... w końcu to uzasadnienie było równie dobre jak cokolwiek innego, możliwego do wymyślenia w tej lub w innej chwili. Na przykład to: z Irkucka mógł pojechać dalej, może do Moskwy, aby przedstawić Towarzystwu wyniki swych dotychczasowych badań. A z Moskwy... bał się o tym myśleć, ale mógł przecież spróbować przedstawić swój memoriał w cesarskiej kancelarii w Petersburgu. A jeśliby nawet memoriał nie dotarł do rąk cara... z instynktownym sprytem rachował, że, być może, uznano by go za nieszkodliwego, lecz namolnego maniaka i pozwolono by nawet na jego wyjazd do kraju? Kto wie...? Zapłakanej Nataszy z trudem udało się wyjednać przełożenie początku jego podróży na następny dzień rano. Podróż zaczęła się w radosnej atmosferze, choć zmąconej nicią smutku z powodu Nataszy, i Aleksander miał wrażenie, że to niedostrzegalne niemal, podskórne uczucie radości nie opuszcza go, a może nawet będzie towarzyszyć mu już zawsze... Tak jak przypuszczał, jego podróż nie zakończyła się w Irkucku. Widział się tam z Benedyktem, który poradził mu, aby nie oszukiwał siebie i wyruszył dalej, do Moskwy. Okazało się, że w Towarzystwie Geograficznym są za-dowoleni z wyników jego badań. Zainteresował się nimi zwłaszcza jeden z profesorów Uniwersytetu Moskiewskiego. Po chwili Aleksander zorientował się jednak, że wszyscy patrzą na niego dziwnie, choć rozmawiano z nim, musiał przyznać, cały czas w bardzo uprzejmym tonie. Również przechodnie na ulicach odwracali za nim głowy, na niektórych twarzach ujrzał skrywany z trudem śmiech. W pokoju hotelowym zamknął drzwi na klucz i począł bardzo starannie oglądać się w lustrze, poszukując w swoim wyglądzie jakiegoś niewielkiego, lecz nieodparcie humorystycznego szczegółu. Te poszukiwania, choć trwały długo, nie przyniosły żadnego rezultatu; dopiero po jakimś czasie wpadł na genialnie proste rozwiązanie: cały był śmieszny. Dotychczas nie dostrzegał tego po prostu z tej przyczyny, że nieświadomie swój właśnie wygląd traktował jako normę. To przechodnie wydawali mu się dziwni: prze-sadnie starannie wygoleni, pozbawieni dobrodziejstwa zmierz-wionych bród, ubrani zbyt czysto i z nadmierną schludnością, niektórzy wręcz z budzącą obrzydzenie elegancją. Uświado-miwszy sobie to złudzenie „fałszywej percepcji", Aleksander wybiegł z hotelu i, poskromiwszy niewczesne zapędy, ruszył statecznym krokiem do pobliskiego sklepu z ubraniami. Go-dzinę później można go było zobaczyć u fryzjera. Powróciwszy znów do hotelu, postanowił przymierzyć swe nowe nabytki. Zdjął starą, postrzępioną i połataną w wielu miejscach koszulę. Stanął przed lustrem: z gładkiej tafli patrzył na niego człowiek wychudzony, lecz silny, pod którego skórą grały postronki mięśni. Twarz miał wysuszoną i sczerniałą, widać to było dobrze po ogoleniu brody. Pomyślał, że przy-pomina ona twarz Benedykta, gdy widział go po raz pierwszy tam, nad Bajkałem. Następnego dnia widział swoją twarz w lustrze szyby wa-gonu, wiozącego go z Moskwy do Petersburga. Wokół ucieka-ły w zaprzeszłą przestrzeń brzozowe zagajniki, łąki i pola uprawne. Nie dotarł do cesarskiej kancelarii. To znaczy, nie osobiście, chociaż zapewniano go, że dotrze tam jego pismo. W oczach urzędnika Aleksander dostrzegł jednak błysk gładkiego kłam-stwa. Dlatego postanowił też od razu złożyć podanie o pozwo-lenie na wyjazd do Królestwa. Aby spełnić wszystkie formalne wymagania, niezbędne w tego rodzaju sytuacjach, musiał pół dnia strawić na krążeniu pomiędzy białymi drzwiami sal, błądząc po nieskończonych, wydawałoby się, wyłożonych dywanami korytarzach. W poszczególnych salach zmieniało się ustawienie biurek i twarze urzędników. Jednak, za którymś tam razem, wchodząc do kolejnej sali tego ogromnego urzędu, odniósł wrażenie, że już tu kiedyś był. Zdawał sobie przecież sprawę, że to tylko złudzenie. Skonstatował wówczas, że urzędnicy napotkani przez niego jedynie w ciągu tego dnia, należą do kilku łatwo rozpoznawalnych typów ludzkich. Jedni byli chudzi, ascetyczni, wyniszczeni strachem przed degradacją i pragnieniem awansu. Drudzy — tłuści, czerwoni na twarzy, pozornie jowialni, a w istocie złośliwi; już na pierwszy rzut oka było widać, że kiedyś powali ich apopleksja. Nie wiadomo, który z tych dwóch typów był gorszy. Aleksander musiał przyznać sam przed sobą, że dotarło do niego w pełni wrażenie, które jeszcze w Irkucku usiłował od siebie oddalić: wobec tak doskonale funkcjonującej, skomplikowanej machiny, której jedynym przeznaczeniem jest mordowanie śladów inwencji i wolnej myśli, nawet najgenialniejsze idee stają się żałośnie bezradne. Nie miał już złudzeń co do losów swych memoriałów. Poza tym zauważył, że wszystkich napotkanych tu urzędników łączy jedno: gdy podczas lektury jego życiorysu dochodzą do informacji o skazaniu go przez sąd na katorgę, zmienia im się wyraz twarzy, zaś oczy stają się zimne i nieprzeniknione. Była to jak najgorsza wróżba dla jego zamierzeń. Jeden z „jowialnych" urzędników, zobaczywszy podanie, krążące po pokojach wraz z Aleksandrem, nie skrywając tego, pogardliwie wydął wargi i przystawił na dole arkusza jakąś wielką, okrągłą pieczęć. Z wyrazu jego twarzy Aleksander odczytał, że część „oficjalna" starań jest zakończona. Pozostawało czekać. Czekał więc. Codziennie trwonił pieniądze na pobyt w hotelu „Rossija", który nie był najlepszy w Petersburgu, ale nie był też i najgorszy. Napotkał tu po raz pierwszy ludzi, którzy wydawali się szczęśliwi: prowadzili salonową konwersację, chodzili na bale, śmiali się i tańczyli. Zastanawiał się: czy dla tej garstki ludzi, bo wobec ogromu Rosji była to garstka, istnieje i funkcjonuje cały potężny kraj, prawie kontynent, oparty na śmierci i terrorze? A jednak i w tych ludziach, gdzieś bardzo głęboko, istniał lęk. Fascynowała go rozpiętość ludzkich doświadczeń. Bo jak zestawić ludzkie strzępy, zapracowujące się na śmierć w ko-palniach Workuty, z jego obecnym życiem i życiem ludzi, których tu spotykał? Nie było takiej możliwości, nie było wspólnej płaszczyzny... to było tak, jakby leżał, niemalże na śmierć zakatowany, w przestrzeni zmieszanej z krwi, ziemi i błota, w lepkiej brei, która wciskała się w usta i w płuca; o świcie przejeżdżający obok piękny powóz zatrzymałby się przy nim, zaś ludzie nim podróżujący, piękne kobiety i ele-ganccy mężczyźni, zaprosiliby go do środka, aby wprawiał się wraz z nimi w sztuce aluzyjnej konwersacji. Powróciła myśl, drążąca go już kiedyś: różnica między człowiekiem a czło-wiekiem może być — i jest — większa niż między najbardziej różniącymi się gatunkami istot w przyrodzie. Po południu, z nudów, wychodził na petersburskie bulwary. A jednak przerażała go jałowość takiego życia: spacerujący ludzie byli puści w środku. Poruszali się jak marionetki. Nie-przytomnie dłużył się czas. Od chwili złożenia podania i me-moriału przez Aleksandra minął miesiąc, a jemu wydawało się, że już co najmniej pięć lat. Właśnie na bulwarze spotkał Polaków. Początkowo ucieszył się bardzo, a oni zainteresowali się jego losami. Szybko zro-zumiał jednak, żq ich kontakt jest i powstanie powierzchowny. Słuchali go — nie słuchając; sami cały czas mówili tylko o światowej polityce, o stosunkach między Niemcami, Austrią, Rosją i Turcją, podniecali się liberalizacją w Rosji i możliwością uzyskania przez Królestwo jakiejś autonomii. Wszyscy oni byli skupieni wokół wychodzącego w Petersburgu w języku polskim dziennika „Kraj". Któregoś dnia, gdy siedział wraz z nimi w kawiarni, przy-słuchując się jałowym sporom, do ich stolika przysiadł się małomówny Rosjanin, którego tamci powitali z wielkim sza-cunkiem i atencją. Aleksandrowi ten człowiek spodobał się od razu. Rozmowy współpracowników „Kraju", w których fakty mieszały się z mrzonkami, kwitował powściągliwym uśmie-chem, w oczach Aleksandra bardziej dyskwalifikującym te fantazje od najostrzejszych słów krytyki. W którymś momencie przedstawiono mu Aleksandra, streszczając w kilku zdaniach historię jego życia. Rosjanin ożywił się i zadał mu kilka pytań z dziedziny zoologii i geografii okolic Bajkału; widać było, że pytania te nie mają na celu jedynie sprawdzenia jego wiadomości, odpowiedzi na nie rzeczywiście Rosjanina inte-resowały. Później zapytał Aleksandra o dalsze plany badawcze, na co ten odparł, że na razie zamierza wyjechać na jakiś czas do kraju. Niejako „z rozpędu" opowiedział też o swoich kłopotach z uzyskaniem pozwolenia na wyjazd. Reakcja była zaska-kująca. — Hm, może coś da się zrobić... — wymruczał Rosjanin pod nosem, po czym wyciągnął z kieszeni surduta wielki notes i skrupulatnie w nim zapisał dane personalne Aleksandra. — Proszę się dowiadywać — powiedział na koniec. Gdy Rosjanin pożegnał się z nimi i wyszedł z kawiarni, jeden z Polaków uświadomił Aleksandrowi, że miał wielkie szczęście spotykając go. — Jest tajnym radcą w cesarskiej kancelarii! — powiedział prawie szeptem, teatralnie akcentując głoski. Mimo to Aleksander wolał nie wiązać większych nadziei z jego interwencją. Stopniowo oddalał się od nich, coraz rzadziej pojawiając się w ich kręgu. Ciekawe, że nad Bajkałem dławiła go bolesna tęsknota za ludźmi, za wielokształtnością i wielobarwnością ich postaw, słów, sądów, nawet twarzy i strojów (nie była to tęsknota za ciepłym, osobistym kontaktem z drugim człowie-kiem, bo tym hojnie obdarowywała go Natasza), tutaj zaś — w tym najbardziej „europejskim" z miast, w których kiedy-kolwiek przebywał — czuł się jak uwięziony w klatce. Pragnął zarazem przestrzeni i samotności, uwięziony w siatce ulic tego miasta, podobnie jak kiedyś uwięziony był w nieskończonej pustaci tajgi. Coraz częściej wybierał się nad morze. Przecha-dzając się nad brzegami Zatoki Fińskiej, próbując przebić wzrokiem barierę horyzontu, w ciągłej aktywności wód odnaj-dywał analogię poruszeń swego wnętrza. Jednak i tu kryło się W pełni letniego dnia przechadzał się po tym mieście z wa-lizką, nie wiedząc właściwie, dokąd się skierować. Szedł Krakowskim Przedmieściem, obserwując przechodniów z mie-szaniną smutku i zaintrygowania. Bo Warszawa wyglądała tak, jakby zapomniano tu o powstaniu. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że pierwsze wrażenie może być zupełnie fałszywe. Jednak spod obrazu modnie ubranych kobiet i eleganckich mężczyzn, spośród których wielu wyglądało na ludzi interesu, mających spore pieniądze, wyłaniała się twarz smutku. Alek-sander zachodził w głowę, czy było to tylko jego odczucie, czy też odpowiada mu jakieś rzeczywiste, skryte nastawienie ludzi, których widział tu na ulicach. Musiał jednak pamiętać, że smutek zawsze towarzyszy wspomnieniom. Pijąc kawę w cukierni, przyznał, że podświadomie spo-dziewał się czegoś całkiem innego. Wracając do relacji — cofniętych przecież w czasie o dziesięć lat z górą! — tych zesłańców, których aresztowano tu już po upadku powstania, spodziewał się zastać miasto szare, mroczne, zdławione przez terror, ludzi w żałobie, ale hardych i nieugiętych, w których oczach płonie jedna idea. Spotkał zaś coś zaskakującego, coś, co zaskakiwało go zawsze — różnorodność i tej właśnie idei — walki o niepodległość — żadnego śladu. — Być może zdławili ją w nas i już nigdy nie podniesiemy się z upadku — pomyślał posępnie. Pomyślał też, że napotka w Warszawie zupełnie inny rodzaj trudności niż ten, którego się spodziewał, i zupełnie inny rodzaj zamknięcia osobowości ludzkiej niż to, z którym zetknął się na Syberii. Miał kilka adresów ludzi, których powinien był odwiedzić, choć nie wiedział, czy są one aktualne. Wśród nich był adres jego kuzyna w Lutborzu, człowieka, którego właściwie nie znał, widział go jedynie kilka razy we wczesnej młodości i jedynym wrażeniem, jakie zapamiętał, dotyczącym jego osoby, była wyraźna niechęć. W dodatku zapewne dzieliły ich interesy majątkowe, związane ze spadkiem po ojcu Aleksandra. Po śmierci ojca ów kuzyn — Lucjan Czekanowski — otrzymał w dzierżawę majątek, który właściwie był zapisany Aleksan- drowi, bo zupełnie było nieprawdopodobne, aby ojciec zmienił zapis. Jednak od śmierci ojca minęło już piętnaście lat i w tym czasie dzierżawca przez zasiedzenie mógł nabyć — przy-najmniej częściowo — prawo własności. — Nie będzie to przyjemna wizyta — podsumował Aleksander swoje rozwa-żania na ten temat. Innym człowiekiem, z którym powinien za wszelką cenę odnowić kontakt, był Ludwik Tarasiewicz, trochę ziemianin, a trochę przemysłowiec — choć do tego czasu zdążył już zapewne sprzedać swoje dobra ziemskie. Aleksander był przez jakiś czas współwłaścicielem jego niewielkiej fabryczki na Woli, produkującej drobny sprzęt na użytek rolnictwa. Miał nadzieję, że przez piętnaście lat jego udział w fabryczce przyniósł niejakie zyski, które będzie mógł teraz odebrać. Oczywiście Aleksander, pobierając pensję od Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, nie kłopotałby się tymi wątpli-wymi źródłami gotówki, gdyby nie jego syberyjskie plany. To, co zastał w Warszawie, jeszcze podsyciło chęć ich realizacji. Odsunięcie na dalszy plan patriotycznych marzeń mogło uaktywnić w ludziach te, które związane są z pragnieniem zapewnienia szczęścia każdej ludzkiej istocie. Tym bardziej że Aleksander, jako bystry obserwator, zdołał już dostrzec, iż różnice społeczne, różnice między biedą a bogactwem, nie tylko nie zmalały, ale pogłębiły się jeszcze. Zaskakująco często można było spotkać na ulicach Warszawy żebraków, swym żałosnym wyglądem próbujących moralnie zobowiązać prze-chodniów do ofiarowania im jałmużny. Światło chylącego się ku zachodowi słońca ukośnymi smu-gami padało na budynki miasta. Wszystko wydało się nagle tak plastyczne i konkretne, że aż przeraziło to Aleksandra. Czyżby w tym mieście nie było miejsca dla żadnych marzeń? Aby utwierdzić się w przekonaniu o słuszności swego przedsię-wzięcia, wyjął z kieszeni rozpadający się prawie list od jednego ze współwięźniów, towarzysza katorgi z Kołymy. Człowiek ten zginął w chodniku, wypełnionym trującymi oparami. Wieść o tym przyniósł Aleksandrowi Benedykt. Może właśnie dlatego ten list nabrał dla Aleksandra takiej wagi, wagi testamentu. Rozprostował na stoliku rozpadający się w zgięciach papier i ponownie ogarniał wzrokiem duże fragmenty listu, napisane-go chwiejnym, nerwowym charakterem pisma człowieka do dna wyczerpanego. Niektóre zdania Aleksander podkreślił czerwonym ołówkiem kopiowym. Dotyczyły one pochodzącej ponoć prosto z Paryża informacji o pismach Słowackiego, które wyszły tam drukiem; wieszcz zarysowywał w nich projekt stworzenia nauki słowiańskiej, a w szczególności polskiej, obejmującej także dziedziny wiedzy ścisłej, odmiennej od nauki cywilizacji zachodniej. Nauka ta — która miałaby być pod-stawą do praktyki, we wszystkich dziedzinach życia — opie-rałaby się na rudymentach gnozy chrześcijańskiej. Wieczorem, już w hotelowym pokoju, usiłował zebrać myśli i skodyfikować swoje poglądy w jakimś rozsądnym wykładzie; być może z powodu zmęczenia podróżą szło mu to bardzo niesporo. Patrzył na nocną panoramę miasta, zastanawiając się jałowo, czyjego zewnętrzne, niemalże hulaszcze życie, jest jego życiem jedynym. Potem przejrzał gazety, zaznaczając w nich ołówkiem nazwiska większych przemysłowców, w ogóle — ludzi interesu. Próby przekonywania ich do swojej idei posta-nowił rozpocząć następnego dnia rano. Z recepcji przyniesiono mu kolację, którą zjadł na stojąco, a właściwie krążąc po pokoju; zastanawiał się, w jakiej formie powinien przedstawić swoją ideę ludziom praktycznym, lubiącym konkrety, a nie metafizyczne spekulacje. Było to trudne, zważywszy, że w jego rozważaniach dużą rolę odgrywała specyficzna interpretacja nauki Chrystusa. Aleksander widział w nim geniusza, który już u zarania zachodniej cywilizacji dostrzegł, jak kręta i nie-bezpieczna jest ścieżka przemocy. Bo Chrystus — myślał — już na początku odrzucił przemoc w jakiejkolwiek dziedzinie życia, zarysowując kontury nigdy dotychczas nie zrealizowanej w dziejach utopii miłości. Dla jego koncepcji wynikała stąd przesłanka, że on również powinien odrzucić przemoc, fun-dując wymyśloną przez siebie wspólnotę na uczuciach so-lidarności i miłości wzajemnej. Nie byłaby to więc całość, złożona z wielu rywalizujących ze sobą przedsięwzięć, lecz prawdziwa, harmonijna, rozwijająca się harmonijnie jedność. Wymagało to zrozumienia, że każdy człowiek, w tym, co czy-ni — niezależnie od tego, jaką wagę wydawałyby się mieć te czyny — w równym stopniu współtworzy triumf jedności. Prawzorem takiej jedności była dla Aleksandra rodzina, w której zawiązywały się stosunki przeciwne zewnętrznemu chaosowi rzeczy i zjawisk. Rodzina jest bowiem organiczną całością, w której każdy akceptuje innego w tym, co czyni, w specyfice jego myśli i działań. Zatem cementem, spajającym tę jedność, powinna być pewna wspólnota natury moralnej. Największym stojącym przed Aleksandrem problemem teo-retycznym było zagadnienie istniejącego w człowieku zła. Bo musiał przyznać, że ono istnieje i jest nie do wykorzenienia za pomocą jakichś praktyk w dziedzinie społecznej czy poli-tycznej. Zatem wspólnota musiała jakoś radzić sobie ze złem. Jedyną i chyba najlepszą rzeczą., jaką Aleksander mógł wy-myślić, była stosowana kiedyś przez roztropnych Greków kara ostracyzmu, wyłączenia ze wszystkich podejmowanych przez wspólnotę przedsięwzięć. Przede wszystkim jednak — i to było dla Aleksandra najważniejsze — od takiego człowieka nie będzie wolno nic kupić, ani nic mu sprzedać. Jeśli zechce nadal żyć w społeczności, będzie musiał utrzymywać się z jałmużny, co będzie dla niego wielkim upokorzeniem wśród ludzi naj-wyżej ceniących pracę swych rąk. Praca bowiem w Społeczności ma być twórczością, radością, eksplozją siły. Jej prawzorem powinno być wolne rzemiosło, ustanawiające między czło-wiekiem a przedmiotem stosunek tworzącego i tworzonego, artysty i jego dzieła. Nie może być mowy o żadnej pędzącej taśmie, o żadnym technicznym przymusie, bo wówczas za-niknie radość. Następnego dnia wstał w dobrym nastroju i pełen wiary we własne siły. Wyznaczywszy sobie na dziesiątą wizytę u kogoś, o kim wiedział, że jest poważnym przedsiębiorcą kolejowym, zszedł do hotelowej restauracji i spokojnie zjadł śniadanie. Przez jakiś czas jeszcze siedział przy stoliku, przyglądając się gościom, a potem uregulował rachunek i wolnym krokiem poszedł na ulicę Freta, gdzie przedsiębiorca miał swoje biuro. Przyszedł na miejsce nieco wcześniej, po to tylko, aby do-wiedzieć się, że pan Rembowski ma o dziesiątej ważną kon-ferencję. — Może zaanonsowałby mnie pan jednak. Do dziesiątej brakuje jeszcze pół godziny, a ja mam bardzo ważną sprawę. Jestem przedstawicielem Rosyjskiego Towarzystwa Geogra-ficznego. Usłyszawszy tę szacowną nazwę, młody człowiek, najwy-raźniej bardzo przejęty rolą sekretarza jednego ze współ-właścicieli firmy „Rembowski i Fingelbaum", zdecydował się jednak podnieść słuchawkę telefonu. — Na pewno sądził, że mam w zanadrzu co najmniej zamówienie na projekt budowy linii kolejowej przez Kaukaz — pomyślał Aleksander. Przez chwilę urzędnik rozmawiał z pryncypałem, podając kilka-krotnie nazwisko Aleksandra, po czym wstał i uchylił drzwi gabinetu. — Pan dyrektor prosi. W ciągu tego dnia i kilku dni następnych Aleksandrowi przy-szło przekonać się, jak łatwo zachwiać w człowieku poczucie wartości tego, co robi, wartości jego poświęcenia dla jakiejś sprawy, jeśli nie wiąże się ona z szansą zdobycia dużej sumy pieniędzy, a które były dla Aleksandra jedynie abstrakcyjną możliwością działania; praktycznie w kilku słowach można postawić pod znakiem zapytania sensowność poświęcenia. Dotyczy to nawet ludzi przekonanych o własnej słuszności, bo całkowitą pewność w tym względzie może mieć tylko głupiec. Wizyty u wpływowych ludzi interesu bardzo szybko stały się dla Aleksandra udręką. Ich schemat był mniej więcej jedna-kowy: na początku zainteresowanie, potem, w miarę jak Aleksander wyjawiał szczegóły swego przedsięwzięcia, nara-stający sceptycyzm, w końcu zaś — wyraz całkowitej niewiary na twarzy słuchacza i wyrażona mniej lub bardziej uprzejmie propozycja, by Aleksander nie zabierał mu już cennego czasu. Jedyny, złudny promyk nadziei pozostawiało to, że żaden z rozmówców nie powiedział mu jeszcze wprost, że jest niepoprawnym marzycielem lub — co gorsza — dokuczliwym maniakiem. Zarzuty wobec jego koncepcji formułowane były zawsze bardzo „politycznie" i dotyczyły w każdym wypadku innego punktu jego planu. Jednak Aleksander zdawał sobie sprawę, że jest to spowodowane wyłącznie faktem, iż przed-stawia się jako reprezentant Rosyjskiego Towarzystwa Geo-graficznego, lub też tym, że otwarte negowanie jakichkolwiek „społecznych" projektów nie należy do dobrego tonu. Wy-chodzące w Warszawie pisma były, co Aleksander zdążył już spostrzec, pełne różnorakich „społecznych" propozycji, a przy-najmniej pełne nawoływań do ich podejmowania. W świetle tego, co działo się z jego własną inicjatywą, przybysz znad Bajkału musiał jednak stwierdzić, że jest to coś w rodzaju „gry", której zasady są przez wszystkich akceptowane, ale ogólnie wiadoma jest również jej całkowita fikcyjność. Dlatego licytowanie się różnych pism w zaangażowaniu społecznym odbierał już w tej chwili jedynie z pełnym politowania uśmie-chem. Wieczory Aleksander spędzał w hotelowej- restauracji lub w swoim pokoju, rozważając szczegóły przeprowadzonych w ciągu dnia rozmów. Wychodził z założenia, że każde niepowodzenie ujawnia jakąś słabość jego koncepcji. Próbował tropić przyczyny tych niepowodzeń, nie przyznając się przed samym sobą, że jego przedsięwzięcie jest niemożliwe do prze-prowadzenia. Przypominały mu się istotne fragmenty rozmów. — A więc — mówił Rembowski — zamierza pan zlikwi-dować pieniądze?! — Tak — powiedział żarliwie Aleksander — pieniądz, a ściślej, kapitał ruchomy jest zarodkiem wszelkiego zła. Proszę tylko zważyć... — Mój panie — przerwał przemysłowiec unosząc się ze swego fotela — pan jest socjalistą!! Na nic się nie zdały zapewnienia Aleksandra, że jego koncepcja nie ma nic wspólnego z politycznymi mrzonkami. Rozmowa była skończona. Inny przemysłowiec, Orłowski, producent kleju, spytał kon-kretnie: — Czy ma pan pozwolenie władz rosyjskich na to przed-sięwzięcie? Aleksander wahał się. — Nnie... na razie nie, ale nie wątpię, że pozwolenie to zostanie wydane w chwili, gdy wspólnota zacznie przynosić wyniki gospodarcze. Szparki oczu Orłowskiego, jowialnego grubasa, zwęziły się, pojawiły się w nich ironiczne błyski. — I sądzi pan, że się zgodzą? Ot tak, po prostu dlatego, że coś tam daje komuś jakieś zyski? — Cóż, zamierzam zastosować coś w rodzaju polityki faktów dokonanych. — Polityka faktów dokonanych! — parsknął Orłowski. — Dobre sobie. Przebywał pan przez dwadzieścia lat w Rosji, a mówi pan tak, jakby pan zupełnie nie znał Rosjan, rosyjskich urzędników... U nich nie ma faktów dokonanych! Tam wszyst-ko można odwrócić na każdym etapie, niech pan to sobie zapamięta! Tam nic nie jest mniej lub bardziej użyteczne, może tylko mniej lub bardziej podobać się władzy! I powta-rzam, dziwi mnie, że po tylu latach jest pan jeszcze tak naiwny... Żegnając się z nim, grubas powiedział: — Życzę panu, aby pańskie przedsięwzięcie się nie udało, i niech pan to zapamięta, bo to jest dobre życzenie! W prze-ciwnym wypadku napyta pan biedy sobie i ludziom, których zdoła pan zwerbować. Żegnam. Po pierwszej fazie rozmów Aleksander postanowił przerwać je, aby choć częściowo zrewidować swoje założenia. Bez tego nie mógł nawet myśleć o jakimkolwiek sukcesie. Poza tym stale topniały jego zasoby gotówki, a pewną jej część musiał przecież zachować jako minimalny choćby kapitał założycielski. Obli-czył, że za kilka dni nie będzie miał już czym zapłacić za hotel. Dlatego te właśnie dni postanowił poświęcić na skontakto-wanie się ze swymi dłużnikami. Tak jak przewidywał, nie były to rozmowy przyjemne. W pierwszej kolejności pojechał do Lutborza. Lucjan Cze-kąnowski okazał się być człowiekiem młodym i energicznym, nade wszystko zainteresowanym pomnożeniem swego ma-jątku. Przyjął Aleksandra uprzejmie, wystawnym obiadem i zaproszeniem na polowanie. A jednak pod tą uprzejmością kryła się brutalna twardość i niechęć, prawie nienawiść, jakby Aleksander był uzurpatorem, który przyjechał po to, by zburzyć jego dobrobyt. Przybysz znad Bajkału znał dobrze ludzi, poznał na katordze do czego są zdolni — właśnie ci uprzejmi, zachowujący pozory — toteż bez trudu przyszło mu rozszyfrowanie maski młodego dzierżawcy. Potwierdziło się to zresztą zupełnie, gdy po raz pierwszy wspomniał o spadku. Lucjan wyglądał tak, jakby w ogóle nie zrozumiał, o co chodzi. — Spadek... jaki spadek? Jeżeli chodzi panu o brzemię odpowiedzialności za pomyślność tego majątku, to, jak pan widzi, z powodzeniem wziąłem je na swoje barki. — Nie, chodziło mi o spadek w całkiem konkretnym wymiarze — przerwał Aleksander, już nieco zirytowany. — Hmm... taak... — Lucjan zmierzył go zimnym wzro-kiem. — Jak widzę, jest pan zupełnie niezorientowany w pro-cedurze prawnej... Otóż... — podrapał się w głowę, szukając najwłaściwszych słów — w tej chwili nie przysługuje panu prawo do przejęcia majątku lub nawet jego części. Po prostu — wszystko uległo przedawnieniu... Jeżeli chciałby pan porozma-wiać w tej sprawie z prawnikiem... — Dosyć — przerwał spokojnie Aleksander. — Od po-czątku tej wizyty wiedziałem, że jest pan człowiekiem podłym, dlatego nie zaskoczył mnie pan w najmniejszym stopniu. Nie będę panu opowiadał, co przeszedłem na Syberii, bo takie kreatury jak pan są niezdolne do zrozumienia podobnych doświadczeń. Moja noga nie postanie więcej w tym domu, ale nich pan sobie nie wyobraża, że udało się panu spławić mnie w tak prosty sposób. Wyszedł, odprowadzany wściekłym spojrzeniem Lucjana i przerażonym wzrokiem jego żony. Przemysłowiec Tarasiewicz wydawał się, przynajmniej ze-wnętrznie, bardziej uprzejmy i skory do kompromisu. Pró-bował nawet nawiązywać do ich dawnej przyjaźni, sugerując jakby ponowne przyjęcie Aleksandra do spółki, ale przybysz znad Bajkału szybko to przerwał, uprzedzając, że jest teraz człowiekiem jednej idei i pytając wprost o obecną wartość swoich akcji. Tarasiewicz zasępił się i przywołał sekreta-rza, któremu polecił odnaleźć w archiwum sprawę akcji Aleksandra. — Od czasu, gdy byłeś współwłaścicielem tego interesu, wiele się zmieniło... — powiedział ostrożnie. — Wszedłem w spółkę ze Szwertnerem, producentem kotłów parowych i całkowicie zmieniłem personel. Sprzedałem również fabrykę sprzętu rolniczego, w której miałeś swój udział... Cóż, sprawa twoich akcji wymaga gruntownego zbadania... • — Więc zbadaj ją — przerwał obcesowo Aleksander. Tara-siewicz zgodnie skinął głową, po czym szybko zmienił temat, wypytując o dalsze plany. Aleksander w skrócie opowiedział mu o swoim przedsięwzięciu i o związanych z nim dotych-czasowych zabiegach. — Nie wiem, co ci radzić, lecz wydaje mi się, że do-tychczas popełniłeś jeden błąd — stwierdził świeżo upie-czony fabrykant kotłów. — Poszukiwałeś sprzymierzeńców w kręgach przemysłowych, nie bacząc na to, że wielu z tych ludzi obracało się w młodości wśród „pozytywistów" — nie wiem, czy o nich słyszałeś? — a więc ludzi gardzą-cych ideą i utopią na rzecz konkretu, rzeczywistości. Są-dzę po opisie twego przedsięwzięcia, że raczej powinieneś poszukać przyjaciół wśród konserwatystów, a zwłaszcza zie-mian, skupionych wokół Towarzystwa Kredytowego Ziem-skiego. — Czy możesz podać mi jedno choćby nazwisko? — Tak, hrabia M...ski wydaje się z wielu względów naj-odpowiedniejszy dla twoich zamierzeń. Jest człowiekiem idei, gorącym patriotą, uznawanym za autorytet moralny nawet przez swoich przeciwników. Tymczasem przyszedł sekretarz z formularzem, na którym wypisane były informacje na temat akcji Aleksandra. Według obliczeń ich wartość wynosiła obecnie dziewięć do dziesięciu tysięcy rubli. — Jest jednak pewien szkopuł — powiedział sekretarz. — Wobec zmiennych kolei losu, przez które przechodziła fabryka podczas pana nieobecności, trzeba będzie sprawdzić, w jakim stopniu te akcje zachowały swą wartość nominalną. Do tego będzie potrzebny prawnik. Aleksander skinął głową, wziął od sekretarza formularz i podziękował Tarasiewiczowi za wskazanie mu hrabiego M...skiego. Gdy wychodził, wydało mu się, że na twarzy Tarasiewicza widzi ulgę. Starannie zamknął drzwi za sobą. Następnego dnia odniósł pierwszy sukces, który wydał mu się dobrym znakiem na przyszłość. Udało mu się zainteresować swoją koncepcją jednego z profesorów warszawskiej uczelni, uznawanego w kręgach uniwersyteckich za patriotę i zarazem liberała. Co prawda, nie wiedział, czy to zainteresowanie nie wynikło z szacunku, jaki obudził w profesorze powstańczą i syberyjską kartą swego życiorysu. Ważne jednak było to, że profesor wyraził zgodę na wygłoszenie przez Aleksandra cyklu tajnych odczytów na temat koncepcji Społeczności. Podbudowany tym sukcesem, prosto ze spotkania z profe-sorem udał się do prawnika. Wszedł w bramę, na której widniała tabliczka z napisem: LUDWIK SZWARC — PO-RADY PRAWNE, po czym krętymi schodami skierował się na piętro. Mecenas Szware, w zaciszu swego gabinetu, długo oglądał przyniesiony przez niego formularz. — Niestety, mam dla pana złą wiadomość — powiedział w końcu. — Pańskie akcje nie mają obecnie żadnej wartości. Sprawa jest prosta. Pański wspólnik, Tarasiewicz, przed wej-ściem w spółkę ze Szwertnerem, ogłosił bankructwo fabryki sprzętu rolniczego, wycofując uprzednio znaczną część ka-pitału. Niestety pańskie akcje były ulokowane w tej właśnie fabryczce, toteż zupełnie straciły wartość z chwilą upadku tego przedsięwzięcia. Aleksander milczał i w swoim milczeniu wydawał się coraz bardziej groźny, zacięty. — Tak to teraz jest — dodał prawnik, patrząc na Aleksan-dra szczerze zmartwionym wzrokiem. — Nie mamy dla siebie krzty szlachetnych uczuć, a nawet zwykłe, ludzkie uczucia już gdzieś z nas wyparowały. Niewielu ludzi wraca stamtąd — tu aluzyjnie zawiesił głos — ale tych, którzy wracają, zawsze spotyka gorzki zawód. W pierwszej chwili w Aleksandrze zrodziła się nieodparta chęć pójścia prosto do Tarasiewicza i spoliczkowania go na oczach współpracowników. Po jakimś czasie ochłonął jednak i doszedł do wniosku, że nic by to nie dało. A zresztą, Tarasiewicz nie był winien temu, co się zdarzyło; do ogłoszerfia bankructwa zmusiła go prawdopodobnie sytuacja. Znając Tarasiewicza, Aleksander wiedział, że gdyby poprosił go o wsparcie przedsięwzięcia nawet dużą sumą, oczywiście w granicach rozsądku, otrzymałby ją. Prawdopodobnie pro-ducent kotłów sam wystąpiłby z taką propozycją, gdyby nie to, że on z kolei znał dobrze Aleksandra i wiedział, że ten nie przyjąłby „jałmużny", a nawet mógłby się obrazić. Tego samego dnia Aleksander wyprowadził się z drogiego hotelu w centrum Warszawy do znacznie tańszego na przed-mieściach. W jego otoczeniu pojawili się zupełnie nowi ludzie: prostytutki, alfonsy, drobni aferzyści, którym przyglądał się nawet z pewnym zainteresowaniem. Oni odpłacali mu tym samym, bo siłą rzeczy odróżniał się od mieszkających tu ludzi — samotny, nieprzystępny, zawsze nienagannie ubrany. Może na skutek aury, jaką roztaczał, lub też dzięki gadulstwu recepcjonisty, który poinformował kogo trzeba, że wbrew pozorom Aleksander nie należy do ludzi bogatych ani nawet średnio zamożnych, nikt nie próbował naciągać go na pie-niądze ani namawiać na jakieś ciemne interesy. A może i w tym wypadku zadziałała legenda Sybiraka? Ponownie poszedł do Szwarca, próbując rozwikłać sprawę majątku w Lutborzu. Adwokat poinformował go, że potrzebu-je około tygodnia na zgromadzenie niezbędnych dokumentów. Jasną stroną tych dni były „wykłady" na tajnej uczelni, które prowadził z pasją. Spostrzegł z satysfakcją, że również studenci obdarzają to, co mówił, dużym zainteresowaniem. Po każdym wystąpieniu zawiązywała się dyskusja. Porównywano jego koncepcje z ideami Saint-Simona, Fouriera, Owena. Oczy-wiście była też krytyka, ale on cieszył się z niej bardziej jeszcze, niż z tych chwalebnych porównań. Próbował zbliżyć się do ludzi skupionych wokół Towa-rzystwa Kredytowego, zaczął nawet kupować ich periodyk — dwutygodnik „Niwa". Niestety, jego dotychczasowe spotkania nie przynosiły spodziewanych rezultatów. Hrabia M...ski, na którym najbardziej mu zależało, wyjechał na miesiąc do Paryża. Inni zaś... Aleksander miał wrażenie, że im wyżej próbuje dotrzeć, tym twardszy stawia mu opór ziemiański elitaryzm tych ludzi. W tych kręgach jego współpraca z Towa-rzystwem Geograficznym nic nie znaczyła, a co gorsza, wy-dawała się nawet odstręczać potencjalnych rozmówców. Wpra-wiało go to w przygnębienie, bo zdawał sobie sprawę, że bez poparcia ludzi dysponujących kapitałem nie zdoła uczynić nic. W zastraszającym tempie topniały jego zasoby. Nie wziął pod uwagę tego, że próbując nawiązać znajomości w kręgach" wpływowych ziemian, będzie musiał zapraszać swych roz-mówców na obiady do drogich restauracji. Nie mógł pozwolić sobie na to, aby zaczęto go uważać za człowieka biednego, bo błyskawicznie spadłby do roli namolnego maniaka, przega-nianego nawet z przedpokojów. W tej sytuacji pewna roz-rzutność była jak najbardziej na miejscu. Miał tylko nadzieję, że nikt z tych kręgów nie zauważy przypadkowo, w jak obskurnym hotelu przyszło mu mieszkać. W Warszawie wszystkie towarzyskie plotki rozchodziły się błyskawicznie i jeden taki przypadek mógł zniszczyć jego reputację. Tym-czasem w rzeczywistości brakowało mu już pieniędzy nawet na opłacenie hotelu, będącego przytułkiem stręczycieli i pro-stytutek. Jakby nie dosyć było tych problemów, spadły na niego dwa kolejne ciosy. Adwokat Szwarc, płynnym ruchem schowawszy do kieszeni sowite honorarium, poinformował go, że niestety w sprawie majątku w Lutborzu nie da się już nic zrobić. Naj-prawdopodobniej Lucjan miał rację („a zresztą on również przez ten czas z pewnością wynajął jakiegoś adwokata" — asekurował się Szwarc) i spadek pod nieobecność Aleksandra, wobec jego niestawiennictwa na kolejnych rozprawach — tak jakby mógł przyjechać do Warszawy prosto z wykutego w skale chodnika kopalni na Kołymie! — stał się w całości własnością dzierżawcy. Teraz nie miało już znaczenia, na kogo zapisany był majątek. Użyte przez Szwarca słówko „najprawdopo-dobniej", jak wywnioskował Aleksander, było propozycją podniesienia honorarium. Cóż z tego, skoro Aleksander nie miał już ani kopiejki na opłacenie adwokata! Choć stracił w ten sposób pieniądze, przekonał się jednak, jak łatwo jest udawać szczere współczucie. Była jeszcze jedna sprawa, kto wie, czy nie gorsza, bo grożąca niebezpiecznymi konsekwencjami. Zaprzyjaźniony profesor uniwersytetu, umówiwszy się z Aleksandrem na spotkanie w bardziej odludnym miejscu niż zwykle, ostrzegł go, że jest prawdopodobnie obserwowany przez Ochranę. Jeden ze stu-dentów, wytrawny konspirator, któremu zlecono „opieko-wanie się" Aleksandrem na czas jego wykładów, zaobserwował dwa zakamuflowane „cienie", dwóch ludzi, snujących się krok w krok, choć w znacznej odległości, za przybyszem znad Bajkału. Mówiąc to, profesor rozejrzał się wokół czujnie, choć niebojaźliwie. — Jeśli tak jest rzeczywiście, sprawa wygląda na poważną. Należy przede wszystkim przerwać wykłady, zerwać na czas nieokreślony wszelkie kontakty. — Niech pan uważa na siebie! — powiedział profesor na pożegnanie, ściskając ramię Aleksandra. Gdyby Aleksander nie doświadczył już istnienia na dnie człowieczeństwa, te dwie wiadomości, a zwłaszcza ta druga, załamałyby go z pewnością. On jednak przywykł do trudności, a nawet do klęsk. Można powiedzieć, że w klimacie klęski nie czuł się tak źle jak inni ludzie, o słabszej psychicznej kon-strukcji. Z Ochraną miał już do czynienia i perspektywa przesłuchań, a nawet uwięzienia, nie przerażała go tak bardzo. Wielokrotnie tylko przypadek uchronił go od śmierci w ko-palni, dlatego fakt, że żyje, traktował jak podarunek lub nawet kaprys Boga. I tym razem w sukurs przyszedł mu przypadek. Snując się bez celu po warszawskich ulicach—właściwie do hotelu nie miał po co wracać, bo mijał właśnie nieprzekraczalny termin zapłaty za kolejny miesiąc pobytu — spotkał Hieronima, dawnego słu-żącego swoich rodziców. Na początku nie przywiązywał wagi do tego spotkania. Wstąpili do pobliskiego szynku na kieliszek pejsachówki i wspominali dawne czasy. — Czy panicz pa-mięta, jak kazał się budzić codziennie rano jednym zdaniem: „Aleksandrze, wiedz, że masz w życiu wielkie rzeczy do spełnienia!?" — pytał Hieronim. Okazało się, że Hieronim już od dawna nie jest służącym w Lutborzu. Mieszka w Warszawie z żoną i dziećmi, zajmuje się roznoszeniem gazet i pomocą w kupieckich kantorach. Co prawda jego mieszkanie znajduje się na poddaszu, ale, jak solennie zapewniał Hieronim, lepszego im nie trzeba. Usły-szawszy o kłopotach Aleksandra, natychmiast zaprosił go do siebie i zaofiarował, że pokryje koszty hotelu ze swoich oszczędności. Nie chciał nawet słyszeć o możliwości odmowy. Właściwie nie wiedząc samemu, dlaczego to robi, Aleksander zgodził się. W przeniesieniu się na Powiśle widział szansę „zgubienia" opiekunów z Ochrany. Tę noc spędził już na poddaszu, po smacznej kolacji, przyrządzonej przez żonę Hieronima. Był ujęty gościnnością tych ludzi. Posiedli oni rzadką umiejętność obdarowywania kogoś czymś bez najmniejszego upokorzenia obdarowanego. W sposób zupełnie naturalny potraktowano go tu jak domownika. — Przywracacie mi radość życia — powiedział podczas śniadania. — Czy wiecie, że przybyłem tu z Syberii po to, by próbować stworzyć świat, w którym wszyscy, lub prawie wszyscy, będą wobec siebie serdeczni jak bracia? Spojrzeli na niego ze zdziwieniem. do kieszeni sowite honorarium, poinformował go, że niestety w sprawie majątku w Lutborzu nie da się już nic zrobić. Naj-prawdopodobniej Lucjan miał rację („a zresztą on również przez ten czas z pewnością wynajął jakiegoś adwokata" — asekurował się Szwarc) i spadek pod nieobecność Aleksandra, wobec jego niestawiennictwa na kolejnych rozprawach — tak jakby mógł przyjechać do Warszawy prosto z wykutego w skale chodnika kopalni na Kołymie! — stał się w całości własnością dzierżawcy. Teraz nie miało już znaczenia, na kogo zapisany był majątek. Użyte przez Szwarca słówko „najprawdopo-dobniej", jak wywnioskował Aleksander, było propozycją podniesienia honorarium. Cóż z tego, skoro Aleksander nie miał już ani kopiejki na opłacenie adwokata! Choć stracił w ten sposób pieniądze, przekonał się jednak, jak łatwo jest udawać szczere współczucie. Była jeszcze jedna sprawa, kto wie, czy nie gorsza, bo grożąca niebezpiecznymi konsekwencjami. Zaprzyjaźniony profesor uniwersytetu, umówiwszy się z Aleksandrem na spotkanie w bardziej odludnym miejscu niż zwykle, ostrzegł go, że jest prawdopodobnie obserwowany przez Ochranę. Jeden ze stu-dentów, wytrawny konspirator, któremu zlecono „opieko-wanie się" Aleksandrem na czas jego wykładów, zaobserwował dwa zakamuflowane „cienie", dwóch ludzi, snujących się krok w krok, choć w znacznej odległości, za przybyszem znad Bajkału. Mówiąc to, profesor rozejrzał się wokół czujnie, choć niebojaźliwie. — Jeśli tak jest rzeczywiście, sprawa wygląda na poważną. Należy przede wszystkim przerwać wykłady, zerwać na czas nieokreślony wszelkie kontakty. — Niech pan uważa na siebie! — powiedział profesor na pożegnanie, ściskając ramię Aleksandra. Gdyby Aleksander nie doświadczył już istnienia na dnie człowieczeństwa, te dwie wiadomości, a zwłaszcza ta druga, załamałyby go z pewnością. On jednak przywykł do trudności, a nawet do klęsk. Można powiedzieć, że w klimacie klęski nie czuł się tak źle jak inni ludzie, o słabszej psychicznej kon-strukcji. Z Ochraną miał już do czynienia i perspektywa przesłuchań, a nawet uwięzienia, nie przerażała go tak bardzo. Wielokrotnie tylko przypadek uchronił go od śmierci w ko-palni, dlatego fakt, że żyje, traktował jak podarunek lub nawet kaprys Boga. I tym razem w sukurs przyszedł mu przypadek. Snując się bez celu po warszawskich ulicach—właściwie do hotelu nie miał po co wracać, bo mijał właśnie nieprzekraczalny termin zapłaty za kolejny miesiąc pobytu — spotkał Hieronima, dawnego słu-żącego swoich rodziców. Na początku nie przywiązywał wagi do tego spotkania. Wstąpili do pobliskiego szynku na kieliszek pejsachówki i wspominali dawne czasy. — Czy panicz pa-mięta, jak kazał się budzić codziennie rano jednym zdaniem: „Aleksandrze, wiedz, że masz w życiu wielkie rzeczy do spełnienia!?" — pytał Hieronim. Okazało się, że Hieronim już od dawna nie jest służącym w Lutborzu. Mieszka w Warszawie z żoną i dziećmi, zajmuje się roznoszeniem gazet i pomocą w kupieckich kantorach. Co prawda jego mieszkanie znajduje się na poddaszu, ale, jak solennie zapewniał Hieronim, lepszego im nie trzeba. Usły-szawszy o kłopotach Aleksandra, natychmiast zaprosił go do siebie i zaofiarował, że pokryje koszty hotelu ze swoich oszczędności. Nie chciał nawet słyszeć o możliwości odmowy. Właściwie nie wiedząc samemu, dlaczego to robi, Aleksander zgodził się. W przeniesieniu się na Powiśle widział szansę „zgubienia" opiekunów z Ochrany. Tę noc spędził już na poddaszu, po smacznej kolacji, przyrządzonej przez żonę Hieronima. Był ujęty gościnnością tych ludzi. Posiedli oni rzadką umiejętność obdarowywania kogoś czymś bez najmniejszego upokorzenia obdarowanego. W sposób zupełnie naturalny potraktowano go tu jak domownika. — Przywracacie mi radość życia — powiedział podczas śniadania. — Czy wiecie, że przybyłem tu z Syberii po to, by próbować stworzyć świat, w którym wszyscy, lub prawie wszyscy, będą wobec siebie serdeczni jak bracia? Spojrzeli na niego ze zdziwieniem. podległość. Oczywiście proszę mnie źle nie zrozumieć, ta walka nie jest prosta. Nie sprowadza się, broń Boże, do rzucania kamieniami w stójkowych czy bojkotu rosyjskiego teatru. Prawdziwy wymiar tej drogi odsłonił kiedyś przed nami Krasiński. Od tej chwili ani na metr nam z niej nie ustąpić! — te słowa M...ski wykrzyknął, pomiędzy ścianami gabinetu rozległ się pogłos. — Tym bardziej — kontynuował już spokojnie — że obok płynie coraz to szerszym nurtem coraz to większy strumień przekształcający się w rzekę — oparty na gwałcie i przemocy strumień rewolucji socjalistycznej. Naszą jest rzeczą przekształcić ten strumień tak, by płynął w stronę niepodległej Polski. Naszą jest rzeczą zawracać ludzi z błędnej drogi rewolucji socjalnej, wykazywać im, że bez niepodległości Polski ta rewolucja może przynieść tylko zło, wynarodowienie. Mało mamy wrogów, którzy pragną nas wchłonąć? Ten lis Bismarck, Rosjanie — oni wszyscy radzi by nas połknąć, tak by po Polakach nie zostało w Europie śladu. Panie Czeka-nowski, my walczymy o życie! — tu hrabia znów dramatycznie zawiesił głos. — A w tej sytuacji pojawia się pan, przybysz z Syberii i proponuje nam co...? Ni mniej, ni więcej, tylko to, by najmłodsze, najbardziej chłonne, najzdolniejsze umysły wyjechały na Syberię i zajęły się tam konstrukcją jakiegoś utopijnego niby-państwa przez pana wymyślonego, lecz zdol-nego do istnienia tylko we wyobraźni. Po tych słowach zaległa cisza i wyglądało na to, że M...ski czeka na odpowiedź. Aleksander zdał sobie sprawę, że raptem znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Każda odpowiedź na zarzuty hrabiego mogła przynieść ostateczną klęskę. Właściwie każda odpowiedź była zła. Nagle, w tym właśnie punkcie rozmowy, Aleksander pozbył się lęku. Zdecydował się mówić otwarcie, zaś jego przeczucia nabierały kształtu myśli i sądów. — Niech pan uświadomi sobie, hrabio, co pan proponuje — powiedział opanowanym głosem. — Do czego pan chce wracać? Czy sądzi pan, że nawet jeśli uda się odzyskać niepodległość, Polacy zmienią się jak za dotknięciem różdżki? Czy sądzi pan, że pozbędą się swoich wad, swojego tak paskudnego „realizmu", niedawno podnoszonego na sztan-darach pozytywistów, ale przecież od dawna już istniejącego: realizmu własnej zagrody, własnej fabryki lub własnego ma-jątku ziemskiego, tego, mówię, obrzydliwego realizmu, za którego sprawą pojęcia współczucia, braterstwa i miłości stały się niedostępne dla naszych umysłów?! — Aleksander uświa-domił sobie, że podnosi głos i że szansa ich porozumienia maleje. — Czy nie widzi pan, hrabio, że teraz właśnie ten „realizm", uprawiany pod pozorem skrytego patriotyzmu, triumfuje? Ludzie bogacą się, bo to patriotyczne. A w gruncie rzeczy, jak dawniej, triumfują: chciwość, samolubstwo, egoizm! Gdy Aleksander skończył, hrabia był już opanowany i tylko przyśpieszony oddech świadczył, jak silną wewnętrzną burzę przeżywa. — Dziwię się — ripostował wolno i dobitnie — że takie rzeczy mówi pan, były powstaniec i sybirak. — Dziwię się, jak łatwo można sprzeciwić się naszym najlepszym tradycjom wolności i suwerenności ludzkiej osoby, ba, nawet zdyskre-dytować własną przeszłość! Widać lata pracy na rosyjskiej posadzie — tu znów w oku M...skiego pojawił się błysk — zmieniły pana poglądy. Zmieniły je na tyle, że zamiast przy-służyć się dla kraju, zamierza pan pomnażać bogactwa naszych wrogów, bo przyzna pan, że zagospodarowanie Syberii te bogactwa pomnoży. Ale zostawmy to. Postawię jedno pytanie: co proponuje pan w zamian, jakie wartości miałyby zastąpić właściwe Polakom dążenie do swobody? — Miłość — niemal bez namysłu powiedział Aleksander. — Miłość i braterstwo, które jest ponad narodami. I poświęcenie dla innego człowieka. Czy nie uważa pan, że to lepsze wartości, niż ten nasz „patriotyzm" tak dumnie wynoszony na piedestał, będący w gruncie rzeczy patriotyzmem podgolonego szla-checkiego łba, który równie skory jest do wypitki jak do bójki? — Dosyć! — krzyknął głucho M...ski. — W tym pokoju nie wypowie pan już jednego słowa przeciw najświętszym warto-ściom naszej tradycji! Gdyby nie powstańcza i syberyjska karta pańskiego życiorysu, w tym miejscu rzuciłbym panu w twarz, że jest pan zdrajcą! Zaległo milczenie. Patrzyło na siebie dwóch ludzi — jeszcze niedawno, pół godziny temu, usposobionych do siebie życzli-wie, a w najgorszym wypadku nijako, teraz zaś — naj-zaciętszych wrogów. Aleksander pomyślał, że ta właśnie cecha rzeczywistości—nieodwracalność—zawsze budziła w nim lęk. — Rzeczywiście, dosyć — powiedział podnosząc się. — Dalsza nasza rozmowa traci sens. Nie przekonamy się wza-jemnie, a kłótnia może przynieść nam obu niepowetowane szkody. Żegnam, hrabio! — skinął mu głową, na co M...ski nie odpowiedział, w zdenerwowaniu błądząc wzrokiem po całym pokoju. Po chwili już z ulgą poczuli obaj, że dzieli ich gruba deska drzwi. Od teraz już będą oddalali się od siebie, a każdy z nich coraz rzadziej wspominać będzie ten nieprzyjemny incydent. I tylko chwilami prześladować ich będzie przykre wrażenie, że każdy z nich coś utracił podczas tej rozmowy. Coś, jakąś cząstkę siebie? Aleksander szedł ulicami Warszawy jak w malignie. Płasz-czyzny domów przesuwały się nad nim i wokół niego jak senne widziadła. Czuł się tak, jakby z tą rozmową opuściły go wszystkie siły. Kilkakrotnie ledwie uniknął wpadnięcia pod dorożkę. Nigdy by nie przypuścił, że jest w gruncie rzeczy tak słaby! Po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że bezwiednie zdążał do lombardu na ulicy Franciszkańskiej, którego adres wskazał mu Tarasiewicz. Po krótkiej rozmowie z brodatym mężczyzną w binoklach zasiadł do pracy. Było to kopiowanie jakiegoś siedemna-stowiecznego sztychu, przedstawiającego miasto położone nad rzeką. W tej chwili taka praca odpowiadała mu najbardziej i błogosławił właściciela lombardu za to, że nie każe mu z nikim rozmawiać. Płynął czas, odmierzany tylko skrobaniem po papierze umoczonego w tuszu rysika. Po burzy porannej rozmowy była to prawdziwa ulga. Za oknami zapadał zmierzch. Aleksander ponownie przestał uświadamiać sobie upływ czasu. Gdy przy-szedł właściciel lombardu, aby zerknąć na jego robotę, miał wrażenie, że upłynęła dopiero godzina od jej rozpoczęcia. — Bardzo dobrze, szanowny panie, bardzo dobrze! — pochwalił go człowiek w binoklach.—No, ale czas już zamykać interes. Proszę kończyć, bo zepsuje pan sobie wzrok, a to naprawdę nie warto. Wyszli obaj, Aleksander pomógł mu zaciągnąć zamykane na kłódkę żaluzje. Właściciel pożegnał się z nim, życząc dobrej nocy. Aleksander postanowił pójść do mieszkania na Powiślu skrótem. Pragnął wreszcie znaleźć się gdzieś, gdzie mógłby, we względnej choćby samotności, przemyśleć to, co się zdarzyło. Szedł wąskimi ciemnymi uliczkami, intuicyjnie kierując się w stronę domu, gdzie mieszkał Hieronim. Było tu pusto do tego stopnia, że mógł sobie wyobrazić, iż znajduje się w wy-marłym mieście. Gdzieś parę domów dalej z jakiejś knajpy wytoczyło się towarzystwo, które wydawało się pijane i roz-bawione. Kilku mężczyzn szło naprzeciw niego, zajmując prawie całą szerokość uliczki. Aleksander nie obawiał się ich czy też raczej nie dopuszczał takiego lęku do świadomości, bo gdy ich minął, wszedłszy w lukę pomiędzy dwoma, poczuł jednak coś w rodzaju ulgi. Nagle stracił grunt pod nogami. Padając na twarz z rozrzuconymi rękoma, zastanawiał się jeszcze, co mogło być tego przyczyną. Uderzenie śliskiego i zimnego bruku w twarz, jakby nagle ziemia spadła na jego głowę. Próbował się podnieść i uświadomił sobie, że znajduje się w kręgu tych kilku mężczyzn. Nie widział ich twarzy. Byli tylko ciemnymi konturami na tle nieco jaśniejszego muru. Jeden z tych cieni zbliżył się niezgrabnie i potężne kopnięcie odwróciło Aleksandra twarzą w stronę wietrzystej przestrzeni nieba. Zbyt był oswojony z przemocą, aby jego świadomość miało wypełnić jedno pytanie: dlaczego? Wiedział tylko, że musi wstać na nogi, inaczej zginie. Gdy inny z mężczyzn podbiegł, aby kopnąć go w żebra, schwycił go za nogę, jednocześnie drugą ręką próbując chwytu w okolicy szyi. Udało się. Mężczyzna szarpnął się, tym ruchem podnosząc Aleksandra. Zaatakowany od tyłu, Aleksan-der poczuł nagle przypływ siły, tej nadludzkiej siły, która rodzi się w człowieku pod wpływem morderczej pracy: złapał dwóch napastników za włosy i pokonując ich opór, uderzył ich gło-wami w mur. Ich ciała zwiotczały, ale w tym samym momencie potworne uderzenie jakimś żelaznym przedmiotem zwaliło na bruk również jego. Gdy ocknął się, pierwszą rzeczą, jaką zobaczył, był szaro-granatowy pasek nieba pomiędzy dachami domów. Nie wie-dział, jaka jest pora dnia czy nocy. Mógł to być już świt, bo gwiazdy najwyraźniej bladły. Straszny ból, promieniujący od strony potylicy, rozsadzał mu czaszkę. Spróbował się podnieść. Niemal każdy ruch powodował ból w jakiejś części ciała. Mimo to Aleksander wstał i chwiejnym krokiem począł iść uliczką w dół. Przesunął dłonią po tylnej części głowy i zobaczył na palcach krew. — Nie zabili mnie jednak — pomyślał. — A jeśli mnie nie zabili, znaczy, że nie było to ich celem. Po dłuższym pukaniu drzwi uchyliły się. W szparze zaspana, nieprzytomna twarz żony Hieronima. Brzęk odhaczanego łańcucha. — Panie Aleksandrze, jak to dobrze, że pan jest. Nie-pokoiliśmy się bardzo o pa... Jezus Maria! Okrzyk zelektryzował cały dom. Przybiegł Hieronim z wy-razem przestrachu na twarzy. — Chryste, paniczu Aleksandrze, kto tak pana urządził?! — N...nie wiem... — odpowiedział bezradnie, z trudem otwierając obolałe wargi. Zobaczył swoją twarz w lustrze, całą posiniaczoną, w kilku miejscach plamy zakrzepłej krwi. Żona Hieronima przez godzinę przemywała i opatrywała jego obra-żenia, przykładała jakieś kojące okłady. Z rany na potylicy długo jeszcze sączyła się krew. — Paniczu Aleksandrze, ale kto to mógł być?! — powtarzał 196 bez przerwy Hieronim, gdy Aleksander zrelacjonował im już całe zajście. — Może to ci, którzy pana śledzili? — Tak, najpewniej tak. To zbiry z Ochrany — odpowiadał sam sobie. — Ktokolwiek to był, jedno jest pewne: to byli źli ludzie — stwierdziła żona Hieronima. — Ludzie nie są źli, droga pani — odparł Aleksander, nieoczekiwanie dla samego siebie. — Tylko boją się własnej dobroci. Potem zapadł w sen, bardziej przypominający malignę. Rano przyszedł lekarz, który zbadał go i stwierdził, że jedynym i najlepszym lekarstwem jest teraz odpoczynek i sen. Spał długo, budząc się tylko na posiłki, które troskliwie przygotowywała dla niego pani domu. Zresztą nawet na jawie znajdował się w stanie jakiegoś półsnu. Czas przestawał istnieć, dzielił się na niewielkie kuleczki, szklane paciorki, przesypujące się w nim i wokół niego. A jednak gdzieś w ruchomym oceanie paciorków czasu, niczym latarnia morska na skale, tliło się światełko świadomości, refleksji. Pomimo stanu półsnu i otę-pienia myślał. Myślał, że każdy ma w swoim życiu przy-najmniej jedną chwilę, kiedy wie dokładnie, czym jest dobro. Dlatego Chrystus tak dobitnie mówił o kairos —jednej jedynej godzinie, w której wypełnić należy swą moralną powinność, godzinie zbawienia. Ci, którzy przegapią godzinę zbawienia, lub ją zlekceważą, stają się grzesznikami, bo piekło polega w gruncie rzeczy na braku godziny. Lecz dla tych, którzy ją należycie wykorzystają, ta jedna godzina staje się wiecznością. Różnica między dobrem a złem — myślał, a może śnił? — ma więc charakter czasowy. We śnie i w bolesnym marzeniu wykraczał poza granice tego pokoju, tego domu, tego miasta i kraju. Nareszcie był tam, gdzie pragnął. Po raz pierwszy dokładnie tam. Otwierały się przed nim jakieś przestrzenie pełne wichru i światła lub przestrzenie pełne wichru i mroku. Przestrzeń napływała, pochłaniała go, po czym cofała się, wymykała spojrzeniu i czuciu. Szóstego dnia poczuł się lepiej. Wstał i zrobił kilka kroków po pokoju; zawrót głowy zmusił go do przerwania przed-wczesnej próby. Nie miał zamiaru trzymać się zaleceń lekarza, który zabronił mu kategorycznie wstawać przed upływem trzech tygodni, jednak w rdzeniu swego istnienia czuł jeszcze strach, jego fale rozbiegały się po całym ciele zimnymi dresz-czami. Prześladowało go absurdalne zdanie „ludzie wobec braku Boga powrócili z niczym" — powtarzane przez kogoś wewnątrz jego głowy złudnym, monotonnym głosem. — Praw-da istnieje w świecie idei i jest jedna, ale w świecie ziemskim, w naszej przestrzeni, pojęcie prawdy jest ruchome — pomyślał jeszcze, jakby to sen go czegoś nauczył. Wstał, przemagając zawrót głowy. Wyjrzał za okno: zwykłe miasto, zwykły ruch. Przeszedł się po pokoju. Założył buty, płaszcz i wyszedł na ulicę. Nie wiadomo, skąd wziął się w jego pamięci adres war-szawskiego oddziału Rosyjskiego Towarzystwa Geograficzne-go. Faktem jest, że tam był. I teraz, bez żadnych wahań, jakby od dawna już zdecydował, Aleksander skierował swoje kroki właśnie tam. Po dwóch godzinach wrócił do domu z biletem do Moskwy w kieszeni. Jadąc nocnym pociągiem wspominał pożegnanie'. Właściwie Hieronim i jego żona byli jedynymi ludźmi, których żałował, wyjeżdżając z kraju. Rozstanie z nimi rzeczywiście było bo-lesne. Teraz zaś: ciemność za oknami, puste twarze współ-pasażerów naprzeciw. Większość Rosjanie. Urzędnicy i ofi-cerowie, wracający w rodzinne strony ze służby w tym kraju? Kupcy? Arystokraci, aferzyści, podróżni? On zaś był Polakiem, wracającym — dokąd? Ciemność za oknami i ciemność w nim samym. On był cieniutką warstwą na granicy tych dwu ciemności. Dlaczego był odstępcą, apostatą? Czy dlatego, że nie umiał i nie chciał 198 stosować przemocy, a w gruncie rzeczy nigdy nie rozumiał jej — także tej elementarnej, kryjącej się w każdej decyzji, w każdej ocenie innego człowieka? Czy dlatego, że była w nim zgoda na wszystko — za sprawą nieskończoności, która istniała w nim i na zewnątrz niego — otwartego na przestrzał? Czy dlatego, że obawiał się wszelkiego zdecydowania, wszelkiej brutalnej decyzji — także wyboru między dobrem a złem? Dopiero w Irkucku poczuł odległy oddech jeziora. Przez polanę przekwitłych traw zbliżał się do chaty. Uczucie, które go wypełniało, było nieokreślone, niesamowite. Tak jakby w tym jednym punkcie skupiała się cała przestrzeń świata. Nie uszło jego uwadze to, że z komina nie unosił się dym — co było niedobrą wróżbą. Pchnął drzwi, które nie stawiały oporu. Wszedł do środka ze ściśniętym sercem. Jego obawy potwierdziły się: izby były puste, brakowało w nich śladów ludzkiej obecności. W jednej z nich, tej od strony jeziora, w której zwykle kochali się, Aleksander znalazł kartkę: WYJECHAŁAM. NIE SZUKAJ MNIE. NATASZA. Choć na kartce nie było adresata, wie-dział, czuł, że jest skierowana właśnie do niego. Potem długo leżał na sienniku ze wzrokiem utkwionym w sufit. Zapadł w coś w rodzaju półsnu, stan, który na-wiedzał go od czasu uderzenia w głowę. Widział potworne postacie zdrajców, schwytanych w sidła jakiejś bezprzestrzeni. Rzewuski, cały oblepiony gorącymi, złotymi pięciorublówka-mi, które wtapiały mu się w ciało, wypalały oczy, odsła-niając kości i nerwy. Radziwiłł, pastwiący się nad własną obciętą głową. T...ski, prowokator Ochrany, z tępą regu-larnością wbijający sobie sztylet w trzewia. Wszyscy oni uobecniali się w jego śnie. A co najstraszniejsze — nigdzie nie było jej. Przemocą wyrwał się z tego snu, wstał i wyjrzał przez okno. Nad tajgą dzień powoli przełamywał się, zmierzając do swego końca. Postanowił zapolować, zanim zapadnie zmierzch, a przy okazji — zobaczyć upragnione jezioro. Wziął sztucer, a także rewolwer, niedawny nabytek, i wyszedł z chaty. Szedł szybko, klucząc dobrze znaną ścieżką. Płaszczyzny traw i pionowe, czarne krechy drzew przesuwały się wokół niego i nad nim jak ruchome dekoracje w teatrze. Czuł się dobrze w tajdze, był jedną z jej istot, jedną z komórek ogromnej jedności. Niedługo też wyszedł nad brzeg jeziora. Woda była spokojna, lekko tylko pomarszczona, potężne, czarne teraz góry trwały wokół niej jak oczywistość istnienia. Aleksander pomyślał, że jest to piękne i że kocha życie. Dlatego ze zdziwieniem poczuł nagle na skroni zimną obrączkę lufy rewolweru. Spis treści Przypowieść o zdradzie ........... 5 Ornitolog ............... 39 Consuela ............... 89 Luigi, książę Piemontu ........... 124 Kamienne brzegi ............. 160