IX

Dobry był dla nas dobry, ale trzeba było być dobrym dla Dobrego. Dawał i żądał. Lecz po prawdzie dawał dużo więcej, niż prosił, żeby jemu dać, dawał na kredę - tak, to był normalny kredyt do spłacenia w przyszłości, dziś to już jasne. O co mu wówczas chodziło? O drobiazgi. Jakaś niemożebna zbrodnia na pierwszej stronie „Kurierów" i „Expressiaków", władze i ludność patrzą glinom na ręce i glina musi się szybko wyrobić - idzie cynk do nas: znajdźcie! Kilka razy tak było. „Ogień" był w tym dobry, jego banda jak najlepsza policja łowiła delikwentów, szła nawet w teren, za Warszawę. Znaleźli morderców jednego księdza, znaleźli „wampira z Falent", zabójcę pedałów na Kamionku i uciekiniera spod celi, co miał paru sztywnych na koncie. Dobry niczego więcej nie pragnął, chyba że papierów, lecz szmalem zajmowali się Heldbaum i Drozd, Karśnicki przestał im bruździć.
Czasem Dobry nie musiał nadawać cynku, wyprzedzaliśmy go. Taka rzecz się zdarzyła, jak pijani zarąbali siekierą stróża na bazarze. Karśnicki sam by ich wykończył, lecz prasa już o tym nachlapała, trzeba ich było wydać (zbitych jak kotlety). Ale udawało się i prasę przegonić - wówczas wyrok był nasz. Gwałcicielom ze Skaryszewskiego parku, co gwałcąc przypalali dziewczynom i kobitom piersi i brzuchy petami, „Książę" kazał urżnąć jaja i sam ich odwiózł pod szpital przy Świętym Florianie, a dopiero jak ich zaleczono, wzięła ich glina. Wtedy, jak odwiózł, dyżur w szpitalu miała jego eks-miłość, ta Elen. Spytała:
- Tyś to zrobił?
- Nie.
- Więc kto to zrobił?
- Moi chłopcy, na mój rozkaz. Ja przyglądałem się wykonaniu. Zatrzęsło ją:
- Stefan, ty się powinieneś leczyć! Jesteś szaleńcem, okaleczasz ludzi jak...
- Nie tylko, zabijam również. Prowodyr nie został tu przywieziony, bo tu jest szpital, a nie cmentarz.
Ni z gruszki, ni z pietruszki pojawił się „Petroniusz". Szarpnął „Księcia" za grabę, ku drzwiom.
- Chodźmy, pan tu nie może zostać, milicja przyjedzie za kilka minut! I może prasa!
- Niech przyjeżdża, mnie się nie spieszy, rozmawiam z damą. A ty skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Drozd mi nadał, a jemu Garoń. Panie Karśnicki, lepiej...
- Lepiej uciekaj, zbrodniarzu, bo cię złapią i powieszą! - warknęła pani doktor?
- Nie jestem zbrodniarzem, Elen! Już raczej sędzią i katem, feruję i wykonuję wyroki na zbrodniarzach. Wyroki śmierci również, gdy ktoś zasłuży. Nie jestem mordercą, tylko łowcą morderców! - odrzekł.
Przez hall obok nas przebiegło do windy kilka glin, dwóch w cywilu i trzech w mundurach.
- Chodźmy! - syknął „Petroniusz". Ale Karśnicki nie posłuchał.
- Jakie masz prawo zadawać śmierć?! - spytała go pani doktor. -Nawet państwo, kiedy zabija, sankcjonując taki odwet paragrafami, nie jest w porządku, bo zabijanie to barbarzyństwo, i nazywanie tego sprawiedliwością to też barbarzyństwo! W cywilizowanych krajach zniesiono karę śmierci, brzydząc się nią, i słusznie! Czy można nie brzydzić się czymś, co obraża człowieczeństwo, hańbi człowieka, jest ahumanitarne, bydlęce...
- Powiem pani coś, jeśli zechce mnie pani wysłuchać - przerwał jej „Petroniusz". - W wielu krajach zachodnich, w których karę śmierci zniesiono, morduje się bez skrupułów i bez strachu, bo...
- Kim pan jest? - zapiszczała.
- Heldbaum, współpracownik pana Karśnickiego, do usług.
- Nie potrzebuję pańskich usług, panie Heldbaum!
- Z pewnością, ale potrzebuje pani kompasu do poruszania się
przez krainę współczuć, żeby mogła pani trafić do współczuć właściwych, to jest takich, na które zasługują nie ci, których pani teraz obdarza litością. W tych krajach, o których wspomniałem, bardzo często morduje się lub okalecza dzieci. Przyczyn jest bez liku, od seksualnych, poprzez kidnapingowe i sadystyczne, aż do zemst na rodzicach. Lecz główną z przyczyn jest brak strachu przed okrutną karą! Porywacz nerwowo nie wytrzymuje, lub okup się spóźnia, więc ciach, dziecko w łeb! Albo je dusi. Albo je topi! Mafia sycylijska dopiero co zastrzeliła dwóch siedmioletnich chłopców i ich matkę, bo tatuś coś przewinił panom mafiosom. W zeszłym tygodniu w Mediolanie banda porywaczy wdarła się do domu przemysłowca, żeby mu porwać córeczkę, matka ją zasłoniła i nie chciała oddać, więc kropnęli i matkę i dziecko, i poszli sobie. Pif-paf!, tak po prostu, proszę pani, czy to trudno nacisnąć cyngiel? Albo podłożyć bombę w domu towarowym? Łatwiusieńko. Takie rzeczy dzieją się w tych krajach przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. A przecież ja mówię tylko o dzieciach, dorosłych zabija się dużo częściej, dla morderców życie człowieka jest tyle warte, co życie kurczaka. Wie pani dzięki komu? Dzięki pani. I dzięki takim jak pani.
- Pan zwariował, to brednie, nie będę tego słuchać! - szepnęła.
- A czyja zmuszam panią? Proszę odwrócić się i odejść. Uciekać przed prawdami, obrażać się na prawdę, tak zwanego Greka udawać, jest łatwiusieńko, nieomal tak łatwo, jak uciąć palec lub ucho porwanemu dziecku, żeby rodzice zmiękli. Umówmy się, że ja będę mówił dalej, a pani pokaże mi plecy kiedy pani zechce i już nie będzie pani musiała znosić moich słów. Będę mówił wciąż o dzieciach, bo to lepiej trafia do wyobraźni. Nawet do wyobraźni kobiet... Wie pani, co jest teraz plagą krajów, w których panuje cywilizacja? Tak zwane kampanie promocyjne mafii narkotycznych. Przed każdą ze szkół grupa bandziorów rozdaje dzieciom cukierki z kokainą i heroiną. Po kilku takich cukierkach dzieciak jest uzależnionym dożywotnio narkomanem. Albo śliczne nalepki do zeszytów. Dzieci przylepiają je liżąc klej - klej nasycony kokainą. Kilka nalepek i ma się klienta na całe jego zmarnowane życie. Działalność prawie bezkarna, bo nawet jak ktoś wpadnie, to grozi mu tylko cela z telewizorem, z której i tak kumple lub adwokaci prędzej czy później uwolnią...
Nie mogła odejść, jakby ją zaczarował. Ale wprawiało ją to w gniew:
- Co pan chce przez to udowodnić?! Że zabójstwo w odwecie to słuszny czyn?! A może to cnota?
- Chcę tylko uzasadnić to, co już pani wytknąłem. Bo pani się myli- To ludzie pani pokroju, którzy żądają zniesienia kary śmierci, lub gdzie indziej obstają przy utrzymaniu tego zniesienia, posługując się hasełkami typu: humanitaryzm, barbarzyństwo, okrucieństwo, sadyzm, deptanie ludzkiej godności i temu podobne, to oni depczą godność człowieka! Depczą godność człowieka krzywdzonego, bezkarnie mordowanego, i pozbawiają go praw, angażując się w obronę zabójców! Prawo do życia ma mieć ten, kto bez skrupułów zabiera -życie innym! Humanitaryzm dla morderców, a co dla ofiar? Prawo do nekrologu, tak? Uważam, że to właśnie jest obrażaniem człowieczeństwa, bo to jest negowanie praw do dysponowania własnym życiem, to jest deptanie ludzi pogrzebanych, którzy nie zasłużyli na śmierć okrutną, nieoczekiwaną i niezawinioną. To ten wasz selektywny humanitaryzm, przeznaczony tylko dla zbirów, podczas gdy kupa ofiar to kupa zeschłych liści, szkoda sobie głowę zawracać, to on jest barbarzyństwem, bo tworzy cywilizację taniego życia, które można odebrać jak przedmiot! Podpisując się na swoich apelach i petycjach, podpisujecie zgody in blanco dla morderców na bezkarne mordowanie!
- To obrzydliwa demagogia, jak pan może tak mówić! Pan sam nie wierzy w to, co pan mówi! Czy pan nie wie...
- Wiem, wiem! Wiem, co piszą, znam tych mędrków z pani albumu dobrych serc! Kara śmierci nie odstrasza, tego dowodzą statystyki! Ktoś słusznie powiedział, że istnieją trzy rodzaje kłamstw: kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyki. Za pomocą statystyki można nawet udowodnić, że Ziemia jest płaska - większość ludzi widzi ją płaską. Albo że Słońce wędruje wokół Ziemi - miliony to widzą. Ale prawdą to nie jest. Kara odstrasza, a kara śmierci odstrasza bardzo! Nie odstraszy kogoś, kto w afekcie zabija gacha swej żony na gorącym uczynku, lecz odstraszy tych, co z zimną krwią popełniają zbrodnie - porywaczy, bandytów, sadystów, trzy razy się zastanowią, zbyt duże ryzyko. W tej dzielnicy długo nie będzie gwałciciela, mogę pani ręczyć!...
Milczała, nie mogąc, lub nie potrafiąc się odszczeknąć, a on dał akord na finał, na nokaut, chciał ją wyliczyć:
- Czas przyjrzeć się własnemu sercu, droga pani. Nigdy nie pojmę dlaczego ludzie o wielkich sercach, tacy jak pani, orędownicy zniesienia kary najsurowszej, mają tak niewiele szacunku, tak niewiele serca, tak niewiele humanitaryzmu dla czteroletniej dziewczynki zgwałconej i uduszonej, lub dla rodziny strażnika, którego zastrzelono, a tak wiele szlachetnych słów dla obrony łotra, który z braku jakiejś dziwki pod ręką skrzywdził tę dziewczynkę, lub osierocił inną, i dla handlarza narkotyków, który unieszczęśliwia całe generacje? Tacy jak wy nie bronią prawa do życia, lecz swobody okradania z życia, podtrzymują gmach strachu, a burzą gmach wolności, do której jednostka winna mieć prawo. Życzę pani wielu miłych lat bez wieczornych, nie zaplanowanych spotkań z osobnikami, na których pani głosuje!
Wyszczerzyła dziób, jakby chciała ugryźć:
- Ty skurwysynu!!
Aż zadźwięczało to rrr. „Książę" dopiero teraz się włączył:
- Twój leksykon się powiększa, Elen, gratulacje! A kondolencje z powodu przegranej sprawy, mój adwokat był dziś w lepszej formie niż pani prokurator. Obrona wygrała, żegnamy. Chodź, mecenas. Rozprawę uważam za zamkniętą.
„Petroniusz" nazwał później ten swój trel „samospełniającym się proroctwem". Bo się spełniło! Mówił o porwaniach i porwał. Wszystko to był film, ale teraz to już był film w filmie!
Heldbaum wtedy, w szpitalu, rzekł, iż statystyki kłamią. Jedne kłamią, a inne nie kłamią. Dopiero co przeczytałem statystykę przestępstw dla tej dzielnicy: w całym 1978 roku odnotowano na Pradze Północ 32 rozboje, tylko 32, dziś to są rocznie setki! Bo Heldbaum sję nie mylił mówiąc: „kara odstrasza". Odstrasza, i to jak! „Książę" trzymał urków żelazną pięścią, latarnie mogły nie świecić, a kobita szła spokojnie na randewu. Dopiero jak się zaczął 79-ty, śmierć kolnęła nasz świat i poczuliśmy cykorię. Nie ludziska z Pragi, na ulicach wciąż był spokój, tylko my, ferajna! Nas uderzono.
Nowicki miał na dalekim Grochowie buduar. W starym domu, przedwojennym, zewnątrz syf i malaria, niczym się to nie różniło od praskich ruder, a wewnątrz, na piętrze, dwa pokoiki luks, normalny Zachód, bombonierka. Rypał tam jakąś damę. Znaleziono go pod schodami. Dostał kilka sztuk kosą, dwie na piersiach i w szyję, wyciekła mu przez te dziury krew. Może z przypadku, trudno było dojść. Ale po kilku dniach już wiedzieliśmy, że „Lolo" kropnął w kalendarz nie przez przypadek. „Turka" rozjechał pociąg za Wileńskim, kawałki znaleziono na szynach, rizotto w trumnie, a tej samej flocy Kiersnicz w kiblu „Oazy" tak oberwał przez łeb (może gazrurą), iż czaszka pękła jak fajans, na miejscu kaput. Trzej nasi główni producenci dewiz, dwaj wodzowie - cinkciarze (bazarowy i niebaza-rowy) i wódz kasyn, wista wio w dębowych garniturkach do parku sztywnych, to nie mógł być przypadek. Odtąd każdy z „waletów" nie ruszał się bez silnej obstawy, a jak Karśnicki zadał pytanie: „co to za epidemia?", Heldbaum rzekł:
- Na drzewku siedzi trzynaście ptasząt. Myśliwy kilka zestrzelił, powiedzmy trójkę. Ile zostało na drzewku?
- Dziesięć! - wyrwałem się z odpowiedzią.
- Nie. Żaden nie został, reszta odfrunęła... Ktoś chce nas wystraszyć!
- Kto? - spytał „Książę". - Mój poprzednik? Miał tu nie wracać!
- On jest za granicą, spławiony na mur, ani nie wróci, ani nie wyśle tu nikogo, żeby się mścił. To nie on, to lewy brzeg. Chcą nas przegonić lub przejąć. I tak się zaczyna...
- Skąd wiesz o tym?
- Od Dobrego.
- Czy tam na lewym brzegu jest jeden wódz?
- Nie, tam nie istnieje centralizacja, tam każdy gra na swój szczot. Król tamtejszych cinkciarzy chce połknąć naszą firmę. Szymon Borkowski, kiedyś Borek, pseudo „Borowa". Dyrektor hotelu „Feniks".
- To pewne?
- Pewne.
- Dobry tak mówi?
- Dobry.
- Czy ten Dobry nie mógłby być tak dobry, żeby wziąć za mordę tych sukinsynów?
- Heldbaum pokręcił głową.
- W tej firmie, w której on robi za dygnitarza, jest akurat kryzys, tak zwany okres przejściowy... - zaczął wolno i z ociąganiem. - Trwa tam walka frakcyjna, personifikując: walka między nim a innym z potentatów...
- I ten inny ma lewobrzeżną Warszawę?
- Częściowo, tylko częściowo. Całym lewym brzegiem nie jest zainteresowany, nie myśli w tych kategoriach, lecz w kategoriach branż. I to jest jego błąd, facet ma krótkie horyzonty.
- Chce mieć cinkciarstwo na obu brzegach - zgadł „Książę".
- Uhmm.
Karśnicki wstał i zaczął łazić po pokoju.
- Role się odwróciły, co Heldbaum? Chodzi o to, by wesprzeć tego, który nas nie może wesprzeć? I wybór żaden, bo jak nasz dobry duch zamieni się w strąconego anioła, to i naszym udziałem stanie się piekło, musimy mu pomóc?
- Cieszę się, że pan to rozumie, panie Karśnicki.
- Od początku rozumiem więcej, niż ci się wydaje, panie Heldbaum, ale człowiek musi żyć w zgodzie z samym sobą, więc kiedy już dałem się spodlić, muszę to grać, nie umiem być wrogiem Karśnickiego, jestem skazany na przyjaźń z panem Karśnickim, chcę mu pomóc. Mów, co należy zrobić.
- Jutro, szefie. Dzisiaj mam się spotkać z wtyczką Dobrego w ich gangu.
Cynk, jaki przyniósł, to była niemożność walki bezpośredniej, gdyż u tamtych co drugi łobuz miał broń. Lecz był i promyk szansy, gdyż zastępca Borkowskiego, Pawliczak („Rum"), miał ukochaną córkę na Uniwerku Jagiellońskim (mieszkała w Krakowie, z matką). Stasiu przywiózł ją do Warszawy po dwóch dobach i „Petroniusz" wykonał telefon do prawej ręki Borkowskiego:
- „Rum", córka się stęskniła za tobą.
- Kto mówi?! - krzyknął „Rum".
- Ktoś, kto się zastanawia, co z niej zrobić, salceson czy pasztet. Może chciałbyś mi pomóc rozwiązać ten dylemat...
- Gdzie?!
- Zjedź ślimakiem Poniatowszczaka pod stadion, od strony Wisły, na płytę zielonych kierowców. Masz tam być w kwadrans. Jeśli nie lubisz swej córki, to weź kogoś ze sobą lub za sobą!
- Dobrze, tylko błagam...
Ale stary już odłożył słuchawkę.
Pawliczak przyjechał sam. Czterdziestka piątka na oko, niski, mądre spojrzenie, pełne niepokoju. Nie miał przy sobie nic (chodziło nie o gnat, lecz o. nadajnik sygnałowy, więc nawet skoki i slipy mu sprawdzono). Dostał wór na łeb i aż przez Grochów (dla zmylenia) pojechaliśmy na Targową 12, w podwórko. Był tam pawilon, jedna z
naszych melin. Zdjęto „Rumowi" worek i ujrzał kilku zamaskowanych facetów (nawet Heldbaum skrył dziób kominiarą z trzema małymi wycięciami). „Książę" wskazał telefon:
- Dzwoń do Krakowa. Powiedz żonie, iż córka jest w twoim domu i niedługo wróci.
- Pokażcie mi ją.
Była w pomieszczeniu obok, cała i zdrowa. „Rum" ją przytulił, potem zadzwonił i w końcu spytał:
- Czego chcecie?
- Chcemy cię awansować lub zabić - rzekł „Petro". - Ty zabiłeś trzech naszych przyjaciół.
- Nie ja, lecz mój szef. Rozkaz to rozkaz.
- Więc zabijemy twojego szefa, a ty nam pomożesz.
- I co z tego będę miał?
- Swoją córkę i jego tron.
„Rum" skrzywił pysk w uśmiechu:
- Jesteście samobójcy! Gdybyście wiedzieli kto go kryje...
- Wiemy. Nas kryje kozak z tego samego zakładu, ale lepszy kozak. Ten, który kryje Borkowskiego, ma wyrok, od samej góry.
- To na cholerę wam moja pomoc?
- Bo szale się ważą - wyjaśnił „Petroniusz" - jak to na wojnie. To jest ostra gra, nie ma tu zwycięstw łatwych, musisz nam pomóc. Albo czapa, będziesz pierwszym lub drugim trupem, kiedy zaczniemy rżnąć. Wybór masz prosty: duże ryzyko z szansą na duży sukces, albo pewny krzyż. Córeczka u nas jako zastaw, póki nie skończy się ten mecz.
Dobili targu. Najważniejszą rzeczą, jaką nam sprzedał, była wiadomość, że za kilka dni „Borowa" i jego mołojcy spędzą weekend nad Bugiem, będą tam chrzcić dziecko któregoś ze sztabowców. Fantastyczna gratka, „palec Boży" powiedział Drozd. „Dżek" i „Ogień" zrobili rekonesans na miejscu. Obejrzeli daczę lornetką, inaczej nie podchodź, tak była strzeżona. Lecz stała tuż przy rzece, a małe molo i przystań wchodziły w Bug. Sprzęt załatwił Krzywosz, i cztery, trzy, dwa, jeden, zero!
Pięciu chłopców z „batalionu" oraz „Książę" wpłynęli na przystań, pod wodą, w strojach do nurkowania. Była północ. Od rzeki „Borowa" ustawił tylko dwóch strażników. Zgasili obydwu bez szemrań. Wewnątrz naprane koniakiem towarzycho ciągnęło staropolski śpiew. „Wróóć, ucałuj, jak za dawnych lat bywałooo!" beł-gotnął gospodarz i zobaczył nurków z harpunami. Jakiś goryl się ruszył i od razu umarł - grot pocisku przeszył mu pierś. Po tym chłopcy spokojnie odbierali pijakom broń. Karśnicki wymierzył harpun w Borkowskiego i spytał:
- Kto jest twoim zaufanym?
„Borowa" wytrzeźwiał w sekundę.
- Co, do cholery! - szczeknął. - Co to...
„Dżek" nie dał mu skończyć; trzasnął go w pysk, wywracając z krzesłem, podniósł zakrwawionego i pouczył:
- Odpowiadaj jak w szkole!
I nie czekając kopnął pana gospodarza pod stół, znów go wyjął i chwycił za włosy.
- Kto jest tu wice, dziadziu? No!
„Borowa" wskazał. Karśnicki stanął przed „Rumem".
- Posłuchaj, przyjacielu! Wyfrunąć stąd nie można, cały teren jest otoczony i moi ludzie będą strzelać do każdego. Nie chcę strzelaniny. Przyprowadź tu strażników. Grzecznie, z rączkami nad łebkami, wszyscy do środka! Jeden głupi ruch i on zginie! Jak masz zamiar pogrzebać szefa, to kombinuj. Ale wówczas umrzesz i ty.
Nie było żadnych numerów. Rozbroiliśmy całe towarzystwo (byliśmy już w piętnastkę, bo na dwóch łodziach przypłynął Stasiu), zaczęło się wiązanie grab. Wtedy główny goryl, osiłek jak tur, zaczął się tłumaczyć przed „Borową":
- Szefie, no co... co mogłem?! „Rum" kazał! Jakby nie to, to bym ich załatwił!
- Nic byś nie załatwił - powiedział nasz wódz. - Ty umiesz tylko w pięciu na jednego i od tyłu! Nie potrafisz inaczej.
- Potrafię!! - splunął byczycho. - Każ mnie rozwiązać, a zobaczysz! Spróbuj, cwaniaczku, spróbuj!
- Rozwiążcie go - rzekł Karśnicki. - Jak wygra, może odejść, nie wolno go ruszyć. Masz moje słowo!
Stanęli naprzeciw siebie. Tamten był wyższy o pół łba. Skoczył, rąbnął girą, „Książę" zrobił unik i uderzył. Raz, koło ucha, a może w grdykę, z taką szybkością, że nie mogłem zauważyć. Poprawiać nie trzeba było, na ziemi leżał trup.
- Adijos muczaczos! - rzekł „Ogień". - Od dziś żarty się skończyły, uważajcie na każdy swój krok! Kto mieczem walczy, mieczem
dostanie w ryj! Waszego szefa pożyczamy sobie! Bez weksla, bez procentu i bezterminowo. Czas spać, przyjemnych snów!
Staś zajął się „Borową" w Warszawie, pomagał mu „Żbik". Nie byłem przy tym, i w porządku, nie na moją wrażliwość katowanie człowieka. Wytorturowali z niego wszystko, co tylko się dało, i zamęczonego pogrzebali. Byłem przy „Księciu", jak wbiegł Heldbaum.
- Jest coś, co może jest czymś, szefie! - krzyknął. - „Borowa" miał właśnie pchnąć kilku swoich do Londynu, do pewnego emigranta, po to, by mu odebrać jakieś cholernie ważne papiery! Nie wiem, co zawierają, ale mam...
- To skąd wiesz, że ważne?
- Bo zlecił mu to konkurent Dobrego! Dlaczego nie użył swoich orłów, firmowych? Widocznie nie mógł! Może się bał? To pięknie śmierdzi!
- Znasz adres?
- Borkowski wyśpiewał. „Ogień" go mocno przycisnął, śpiewał jak z nut.
- Masz już paszport? i
- Mam.
- Kogo weźmiesz?
- „Dżeka" i „Ognia".
- W porządku. Kiedy?
- Jutro.
- No to niech ci Bóg sprzyja. Diabła już dawno masz po swojej stronie.
- Wasza książęca wysokość, każdy ma jakiegoś diabła w bocznych płatach mózgu... - zauważył filozoficznie Heldbaum.
Kiedy odfrunął i mijały dni (pięć), coś dziwnego dało się czuć -czas odmierzała nam cykoria. Nagle zrozumieliśmy („Książę" chyba też), czym jest brak starego. Prawie nikt go nie lubił, a teraz każdy tęsknił do jego powrotu, niby osierocony szczaw; jego nieobecność, to była nasza słabość, jakby nas rozebrano do goła i oślepiono; cisza bez jego paplań, to było powietrze, w którym niepokój zastąpił tlen. Bez Heldbauma byliśmy kaleką. To fakt, że on też byłby kuternogą bez naszych karateków i urków, ale same nasze pięści nie znaczyły nic, bo podziemny świat, w który wlazła nasza paczka, okazał się dużo bardziej skomplikowany, niż nawet „Książę" mógł sądzić z początku. Nikt nie wiedział, co będzie, jeśli tam wpadną i nie wrócą.
Lecz trójka naszych „turystów" wróciła. Z łupem. To był podobno prawdziwy dynamit. Kilka świstków, na których znajdował się wyrok dla tego, co bruździł Dobremu. Nie znam detalicznie. Chodziło o mord w 1942, partyjna dintojra. Zginął wówczas w Warszawie szef Komitetu Centralnego PPR, Marceli Nowotko, ktoś go zastrzelił na ulicy. Posądzono innego członka KC, że był prowokatorem, agentem sanacyjnego wywiadu, co się wkręcił do komunistów, i że to on pierdyknął szefa. Towarzysze tak zadecydowali i z wyroku partyjnego kropnęli zdrajcę. A po wyzwoleniu się okazało, że to wcale nie tak, że niewinnego rozwalili, bo Nowotkę kto inny rąbnął w ramach partyjnych porachunków. I chodziło jeszcze o współpracę z Gestapo! Próbowali to komuchy chachmęcić, ale w Londynie ktoś miał dowody. Te dowody obciążały typa, który chciał załatwić Dobrego. .1 Dobry go załatwił, jak tylko Heldbaum wręczył mu prezent. Odtąd Dobry już nie miał. „szwagra" na swoim podwórku, wygrał swoją grę, z naszą pomocą. Zapłacił blokiem mieszkań, całym blokiem osiedlowym na starym lotnisku obok Wału Miedzeszyńskiego! Karśnicki porozdawał te lokale słabiakom, co w spółdzielniach byli bez szans. Dziewięćdziesiąt kluczy!
- Dziewięćdziesiąt kluczyków do raju! - skomentował to Drozd, już lekko podcięty Jasiem Wędrowniczkiem (na przyjęciu, które Heldbaum urządził z okazji swych imienin). - Jak nisko trzeba upaść, żeby raj się tak kojarzył!...
- Ty, „Bankier", nie bądź taki filozof, czego od nich chcesz, czy to ich wina? - przyhamował go Staś. - No co, ich? Ich?! - Ich! To nie tyrani tworzą niewolników, tylko niewolnicy tyranów, jak napisał... no... cholera, zapom... Heldbaum wam powie, on zna wszystkich!
Aż czknął z wysiłku, tak się mocował z pamięcią.
- Komunizm mu się odbija, źle go trawi! - huknął „Dżek". -Polej mu, „Traktor"!
- Komunizm to ja mam już przetrawiony, drogie dziecko! -zaperzył się „Bankier". - Zjedzony, przetrawiony i wysrany! A trawiłem po koreańsku, najlepsza szkoła!
- Jak to po koreańsku? - nie kapnął „Dżek" (nikt nie kapnął).
- Solenizant ci to wyjaśni, on ma dar przekonywania, który sam Pan Bóg wręczył mu na górze głupoty, jak Mojżeszowi dekalog! -wycedził „Bankier" i znów czknął, tylko głośniej.
Wszyscy pofilowali ku staremu, bo dalej nikt nie kapował, a ten zrobił minę ubawionego:
- Jemu chyba chodzi o dwie Koree... Ćwierć wieku temu Korea Południowa była krajem całkowicie zniszczonym wojną i pozbawionym jakichkolwiek bogactw, gdyż kopalnie, przemysł i najlepsze ziemie znajdowały się w Północnej Korei. Południe przyjęło system kapitalistyczny, a Północy dano komunizm. Dziś, po dwudziestu kilku latach, Północ to kraj nędzy, to ubóstwo jedno z największych na świecie, zrujnowany kraj, a Korea Południowa to mocarz gospodarczy, dobrobyt jeden z największych na świecie. Przykład o walorach papierka lakmusowego, to miałeś na myśli? - zakończył pytaniem solenizant.
- Eee tam! - machnął ręką Drozd. - Ty jesteś jak ten rabin, co talmudyczną retoryką spłyca istotę każdego problemu i tapla mądrość zjawisk transcendentalnych w banałach, które obrażają inteligencję! Sprawiłeś mi zawód! Nie będę pił twojego zdrowia!
- W ogóle nie powinieneś już pić - rzekł „Petro". - A jeśli ten przykład to nie to, o czym myślałeś, to o czym myślałeś?
- O żmijówie! - wyjaśnił Drozd. - Koreańczycy robią wódę z zaskrońców!
- Robią, ale co komunizm ma z tym wspólnego? Robią i ci z Południa, i ci z Północy...
- A rozmawiałeś z taką żmiją, Heldbaum? Północna, jak ją wyjmiesz z butelki, śpiewa Międzynarodówkę, a południowa nic nie śpiewa, bo jest sfrustrowana jak wyjebany leszcz! To miałem na myśli, ale to przerasta twoją inteligencję!
Drozd i trzeźwy i naprany lubił złośliwość, ale naprany bardziej wydziwiał, można się było ubawić. Lecz wkrótce zrobiło się mniej do śmichu, już następnego dnia. Stary przyszedł i zadał pytanko:
- Co robimy z hotelem „Feniks"?
- Nic nie robimy, to sprawa Pawliczaków i Dobrych - odparł „Książę".
- Dobrych tak, ale nie Pawliczaków. Pawliczak jest marionetką, powinien być naszą marionetką.
- Masz zamiar włazić na lewy brzeg?
- Tak, wodzu.
- To pomysł Dobrego?
- To życzenie Dobrego.
- A jak on wyrazi życzenie, byśmy zajęli całe miasto?
- On to już wyraził.
„Książę" filował na Heldbauma i milczał. A potem rzekł wolno i cicho:
- Mogłem się domyślić. A teraz mogę jedynie życzyć sobie czegoś, panie Heldbaum. Życzę sobie, abyśmy już o tym nie rozmawiali.
- Czemu?
- Dlatego, że się nie zgadzam.
- Ale dlaczego się pan nie zgadza? Tylko to chcę wiedzieć, niech pan zaspokoi moją ciekawość! Różnica wobec tego, co już jest, byłaby jedynie w parametrach i w zyskach, a tam na lewym brzegu też żyje kupa ludzi, którym mógłby pan nieść swą szlachetną pomoc...
- Nie - przerwał mu Karśnicki - różnicą stałaby się nacjonalizacja, bo on do tego zmierza. Mamy już koegzystencję i ograniczoną współpracę, na tyle ograniczoną, iż nie przekracza to progu mojej wytrzymałości, chociaż jest blisko niego. Opanowanie lewego brzegu to byłby tylko etap, etapem następnym, to jest życzeniem następnym, byłaby silniejsza współpraca, i tak krok po kroku, w tej eskalacji akceptowanych przez nas życzeń, doszłoby do upaństwowienia naszej firmy! Nie!
- Ależ wasza książęca wysokość, ja sam nigdy bym się na coś takiego nie zgodził, to byłaby śmierć! - zawołał „Petroniusz". -Jestem zwolennikiem reprywatyzowania, a nie upaństwowiania, bo ono prowadzi w przepaść gospodarczą. Znam prawo Savasa, najlepiej empirycznie sprawdzone ze wszystkich praw sformułowanych przez ekonomistów. Zgodnie z tym prawem działalność państwowa w dowolnej dziedzinie gospodarki jest o sześćdziesiąt procent droższa od prywatnej...
Dął w trąby swego gadulstwa myśląc, iż takie żarciki rozchmurzą Karśnickiego, ale nie dane mu było skończyć, bo ten przyhamował paplaninę:
- Heldbaum, jest takie powiedzonko wśród aforyzmów Starego Testamentu: „Bacz, byś nie zgłupiał od mądrości swojej"! Nie wiem, kto to mówi, nie pamiętam, Eklezjastes czy Eklezjastyk, ale wiem, iż nie chcę dalej rozmawiać o tym życzeniu, z którym pan przyszedł!
Heldbaum wbił w niego inne niż przed chwilą gały.
- Jeszcze tylko jedno słowo!
- Słucham.
- Pan sam powiedział, że każdego można kupić...
- I pan chce spróbować?
- To on chce spróbować.
- Nie kupi mnie do tego za pęk kluczyków dla bezdomnych. Za
nic.
- Nawet za pańską dziewczynę?
- Za jaką dziewczynę?
- Za tę zgwałconą.
- Ona umarła!
- On twierdzi inaczej.
„Książę" skoczył ku niemu, chwycił za klapy i tak je ścisnął, że omal katana nie pękła. Z głębi ust dobył mu się straszny szept:
- Coooo?!
Heldbaumowi od tego ściśnięcia kołnierz wbił się pod brodę, ale nawet nie sapnął, nie zdjął oczu z facjaty Karśnickiego i nie było w tych oczach cykorii za grosz. „Książę" go puścił, podniósł grabę, żeby odgarnąć włosy, które spadły na czoło, stąpnął do okna i zamienił się w słup. Widziałem różne milczenia między nim a innymi, bo czasem on zapadał w cichość, zamykał się w swoim wnętrzu, i wtedy bano się mu przeszkodzić, ale tak długiego, jak wówczas, nigdy nie widziałem. Stał i stał, a myśmy obaj czekali z drżeniem nerwów. Mogłoby to chyba trwać w nieskończoność, lecz nagle przybiegł Cyc, jakby coś wyczuł i się zaniepokoił. Począł się łasić do swego pana, szczeknął tak, że było w tym szczeknięciu pytanie: „Co jest?!", a Karśnicki się przebudził, pogłaskał bydlę i odwrócił wzrok do starego.
- Czy pan jeszcze umie płakać? - zapytał martwym głosem.
- Kiedy trzeba, to umiem wszystko - rzekł „Petroniusz". - Dlaczego pan pyta?
- Bo nie chciałbym, aby rządził mną ktoś, kto nie potrafi już zapłakać... Ja... ja już nie umiem.
Tak to powiedział, że mnie się zachciało chlipać, w nosie i w limie było mi wilgotno.
- Gdzie? - spytał Karśnicki.
Staruch wygładził zmiętą marynarę i odpowiedział:
- Zapytam go.
Nie poszła do ziemi; dawno temu zrobiono Karśnickiego w konia (ktoś z jej rodziny nadał mu te wiadomość), dalej była u czubów. W zakładzie przyklasztornym, gdzieś na Pomorzu, w Szwajcarii Kaszubskiej. Odtąd wierzę w cuda, w duchy, w każdą niemożliwość, bo jak usłyszałem, że w Szwajcarii Kaszubskiej, to mi łeb zaskoczył niby komputer - przypomniał mi o tym wierszu, co był przez Karś-nickiego założony i wciąż czytany, od słów:
„Kiedy się myślą w przeszłości zagłębię, nie wiem jak sobie jej postać malować?..."
Ten poemat Słowackiego z „Antologii" XIX-wiecznej, którą „Książę" otwierał jak modlitewnik, a która leży na półce w moim. domu (widzę ją, kiedy piszę) - ma tytuł: „W Szwajcarii"!!! Sami powiedzcie, czy to nie są cuda? Przypadek? Karśnicki powiedział, jak się rozstawał z panią doktor, że „przypadek to prawidłowość". Więc wszystko jest prawidłowość, nawet cuda. Czyli nie ma cudów, albo cudem jest wszystko, co jest. Cholera, można tak filozofując zgłupieć od własnej mądrości, fakt.
- Z kim pan pojedzie? - zapytał „Petroniusz".
- Sam pojadę - rzekł Karśnicki.
- Niech pan nie jedzie sam, proszę pana o to! Pan już jest w szoku, a tam szok może się zwiększyć. Ja wiem, że pan jest dobrym kierowcą, ale przy takim stanie nerwów nikt nie jest dobrym kierowcą. Niech pan weźmie „Fokstrota".
- Szefie! - zaskowyczałem. - Pan sam mówił, że przynoszę fart, szefie!!
- W porządku. Weź renault - burknął Karśnicki.
- Czy mogę zaczynać pod pańską nieobecność, szefie? - spytał Heldbaum.
- Możesz.
- Będę potrzebował pańskich chłopców.
- Wydałem dyspozycje „Dżekowi" i „Ogniowi", mają cię słuchać.
I pojechaliśmy, z samego świtu, gdy odchodziła noc. Na niebie świecił blady księżyc, a krajobraz za miastem stał się płaski i nudny. Potem wzeszło marniutkie słońce, wiatr przesłaniał je chmurami i odsłaniał. Lato było na styku z jesienią, ostatnie motyle rżnęły o nasz wóz. Bez słońca pola wydawały się jeszcze bardziej martwe i opuszczone, przerażające w swoim smutku, jakby gdzieś za nimi lub za ścianą lasu czaiło się niebezpieczeństwo, równie naturalne, co ten bezruch, ten smutek i szum przydrożnych drzew.
Nikt nas nie mijał. Z początku nie zwróciłem na to uwagi; dopiero jak się skończył asfalt i zamienił w dziwną drogę, ni to polną, ni to wiejską, z kępkami traw po środku, na które musiałem uważać, minęło nas kilku konnych, ubranych jak do historycznego filmu; pewnie coś tu kręcą, jakiś serial, pomyślałem. Czasami się zjawiał powóz, lub tajemniczy dyliżans, rozkołysany i klekoczący, i pędził nie wiadomo dokąd, bez woźnicy i pasażerów, kogokolwiek, kto mógłby pofilować na nas. krzyknąć, lub pozdrowić, jakby konie same znały cel. Był nieprawdopodobny, jak z dawnego snu.
Dopiero kiedy ujrzałem wieś, wróciła realność; przedtem byłem nienakimany, od wczesnego zerwania, mogło mi się roić. Była to zwykła wieś, ze swoimi zapachami i kolorami. Na skraju gospoda, która przypominała stodołę; postanowiliśmy wrzucić coś na ruszt, żołądek nie sługa. Wewnątrz wszystko w stylu historycznym, to teraz modne, ale panowała ciemność, bo nie było okna, kopciły świeczki; myślałem, że prąd kaput, w końcu nawet u nas, w Warszawie, wyłączają, gdy brak energii, albo że też pod modę, taki szpan, wszyscy lecą na staroć i bulą za to, za trajerskie przyjemności trzeba bulić.
Blat naszego stołu był mokry, parował zupą i kiełbasą. Czekaliśmy na kelnera lub kelnerkę, lecz nikt się nie pojawiał. Przy drugim stole siedziało kilku typó-w nad glinianymi dzbankami. Płomyk wydobywał z mroku ich drapieżne profile. Zalatywało od nich łajnem krowim. Mieli nosy i policzki czerwone, i błyszczące lima, jak od wiatru. Nawet ku nam nie spojrzeli. Jeden basował, gestykulując mocno, aż się chybotały płomienie świec: - ... i miał żonę z dobrego rodu. Jeno że nie tylko jego lubiła, ale i stryjcowego jego brata, co przy nich, mieszkał, i jeszcze syna sąsiadów wyrosłego dobrze. Bartosz o tym wiedzieć nie mógł, bo jak poznasz, futro się na babskim łonie jednako od każdego chłopa wyciera, a zadek i cyc barwy wraz z miłośnikiem nie odmienia. Tak we trzech ją trykali, o czym jemu wiadomym nie było. Razu, latem, gorąc wielki, na siano poszli spać. Bartosz po pómócku się przebudził, spoziera, cosik po stodole łazi a fuka. Byk wrotnie odemknął i do siana się przypiął. Coraz bliżej i bliżej, pyskiem prawie ich boćkał. Odsunął się Bartosz, myśli: niech się żena przebudzi, a to nastrachana będzie, jak zwierza obaczy. Ze wszystkim się nie obudziła, w półśnie cap za róg byka i szepcze: Stasinku, miły mój!... Krew Bartosza zalała... no i co się zaśmiewacie, dajcie skończyć!
Zanieśli się takim śmiechem, rycząc i klaskając, że Jedwo mógł kontynuować.
- Słuchajcie! Bartosz, aże go drgawki ze złości wzięły, słucha. A ta ręką przewiodła, namacała drugi woli róg. Rozebrało ją ze szczętem. Józinku, szepcze, i tyś tutaj, i ty?...
Nie mogąc wytrzymać, na ławę się kładli, rechot zgiął ich w pół, a ślozy im ciurkiem płynęły. „Książę" też nie wytrzymał:
- Chodźmy, odechciało mi się żreć!
Za wsią, aż po widnokrąg roztapiający się w szarości nieba, był płaskowyż. Jego monotonię przerywały sosnowe zagajniki, kępy buków, plamy wrzosów, nędzne chaty okładane słomą i mchem, jakiś mostek przerzucony nad strumieniem i na wpół zgniły, kilka samotnych dębów, rosochate wierzby, kałuże wody lśniącej w blasku rzadkiego słońca. Królował obezwładniający spokój i zdawało się, że zamiera tu życie, aż po moment, gdy drogą przechodził wieśniak, lub pastuch pędził bydło, lub gdy ptaki się zrywały przestraszone widokiem samochodu. Niskich jak odwrócony talerz wzgórków było coraz więcej, a kałuże zamieniły się w jeziora, piękne jeziora, w których były jeszcze ryby zamiast prostokątnych filetów z niewiadomo czego. Im dalej jechaliśmy, tym przybywało stawów, lśniących jak napotkane w mroku lustra, a znikały pasemka zaoranych pól i zielonych łąk. Byliśmy już w Szwajcarii Kaszubskiej, prawie na miejscu.
Klasztor leżał nad jeziorem okrągłym jak miska. Brązowe od zeszłorocznej zgnilizny brzegi, ptactwo szczypiące wodę setkami dziobów... Zaparkowałem przed bramą, obok skaleczonego krzyża na mogile przydrożnej, takiej małej, że chyba spoczywało w niej dziecko. Furtka była otwarta, a kościół w ogóle nie miał drzwi. Przez jego dziurawy dach i zabite deskami okna musiał cieknąć deszcz. Na ścianach czerniały długie, postrzępione pasma wilgoci, spod butów chlupała woda w wyrwach posadzek. Lecz półmrok rozjaśniało światełko kaganka przy ołtarzu - ktoś tu bywał.
Przekroczyliśmy pustą plebanię, by wyjść na kraj cmentarnego muru, do którego tuliła się martwa dzwonnica. Dwa dzwony, niegdyś grające na każdy znak mnichów, obwieszczające alarmy i wykrzykujące nowiny nad okolicą, teraz kimały zatęchłe od bezruchu, przemienione w gniazda nietoperzy.
Dalej był klasztor. Obok park, a właściwie hektar strzeżonego wysokim murem trawnika, z którego gdzieniegdzie wyrastały, ławeczki i altanki wśród drzew i krzewów. Roiło się tam od kobiet. Jedne były ubrane na czarno (mniszki), a inne w długich białych koszulach (chore); czarno-białe szachy na zielonym. Karśnicki grał wzrokiem białe. W kilka sekund wypatrzył. Podbiegł i stanął przed nią:
- Basiu! -
Odwróciła się do niego spokojnie. Boże mój, była piękna, jak anioł!
- Ach, to ty? - uśmiechnęła się. - A gdzie Bartuś?
- Bartuś?
- Stefan, ty zawsze żartujesz! Gdzie nasz syn?
- W domu.
- Zostawiłeś go samego?!
- Z mamą.
- To dobrze. Zrób zakupy, i nie zapomnij o mleku, on musi pić dużo mleka!
- Tak, kochanie.
- Widzisz ile tu trawy? Niedługo będzie mróz, robię czapkę i szalik dla Bartusia...
Pokazała mu na wyciągniętej dłoni kilka splecionych traw.
- Podoba ci się?
- Bardzo.
- Muszę to szybko skończyć.
- Skończysz w domu, kochanie. Chodź ze mną. Z boku rozległo się jak wystrzał:
- To ty pajdiosz z nami!
Otaczał nas krąg czarnych habitów. Zjawili się jak duchy. Ich twarze nie były ludzkie, tylko psie lub wilcze, z szarą sierścią i żółtymi kłami. Ten, który przemówił, wskazał na „Księcia":
- Brać jewo!
Doskoczyli w trójkę, nie wiedząc, że to „Samuraj", mistrz. Kilka uderzeń, kołowrotek rąk i nóg. Połamał im te mordy w kapturach, skowyczące jak uderzony pies lub postrzelony wilk. Rzuciło się nań kilku następnych i jeszcze kilku, ze wszystkich stron, oblepili go, niczym czarne mrówki robaka. Wszystkich wciągnął ten kołowrót, mogłem dać nogę. Miałem skrzydła w girach. Zza muru cmentarnego filowałem, jak go wiążą sznurami i wloką do klasztoru.
Nie wiedziałem, co robić. Wskoczyłem w gablotę i ruszyłem na wprost, pomocy szukać. Zapadał zmierzch. Jezioro stało się teraz dwubarwne - przy brzegu ławica księżycowej poświaty, a dalej mrok bez dna. Ujrzałem płomyk. To było okno niewielkiego domu. Wewnątrz był sklep, tak mówił facet, który tam siedział rozparty w fotelu. Miał cygański pysk. Na mój widok odrzucił czarne kudły, które spadały aż pod wyłupiaste lima i wpatrywał się we mnie z ciekawością, a ja nie mogłem wydusić nic, co miałoby jakiś sens, czułem tylko szum w baniaku - nie mogłem sobie przypomnieć, z czym tu przybywam! Mój łeb zapomniał wszystko! Facet się skrzywił i szerokim gestem wskazał kupę swego chłamu. Były tam stare srebra, broń, figurki, naczynia porcelanowe, siodło, od cholery nocników i dywanów, wszystko zwalone na podłogę, w kąt, jakby ktoś zrobił tu kipisz.
- Proszę wybierać! Proszę, proszę, panowie! Jacy panowie?, byłem sam! A on dalej truł:
- Panowie za gotówkę, czy na kredyt? Na kredyt taniej liczę! Chyba zwariował: na kredyt taniej, i to dla obcego?! Spytałem czemu.
- Bo jak mi kto nie odda, mniej stracę! - wyjaśnił. - No, niech panowie decydują, na mnie czas, muszę zamykać! Na zebranie partyjne nie wypada się spóźnić sekretarzowi!
Wtedy sobie przypomniałem. Tak, on mógłby pomóc! Dygnitarz.
- Pan jest tu pierwszym sekretarzem POP?
- Drugim. Pierwszy utopił się na bagnach, będzie miesiąc temu. Padło na mnie, bo przy tylu członkach, jaki wybór był?
- To ilu was jest w tej partii?
- Trzech. Reszta wystąpiła jak most zerwało i nie było dowozu wódki przez rzekę. Ja musiałem zostać, a ze mną dwóch.
- Dlaczego?
- No... przecież ktoś musi być, jak będą partyjnych wieszać. Kogo by wieszali, hę?... Muszę już iść. Nie chcą panowie kupować, to trudno. Proszę innym powiedzieć, że jak przyjdą, dam na kredyt.
Zastąpiłem mu drogę.
- Ja tu przyszedłem po pomoc.
- Jaką pomoc?
- Mojego przyjaciela uwięziono w klasztorze...
Zwiał na bok gałami.
- To nie moja sprawa! Nie chcę ? tym mieć nic wspólnego! Nie mogę panom pomóc!
- A kto może?
- Ksiądz. Niech idą do księdza!
- Gdzie to jest? Pokażę panom. To tuż tuż.
Zaprowadził mnie leśną ścieżką do szałasu na polanie i znikł w ciemnościach. Uderzyłem drzwi pięścią. We wnętrzu rozjazgotały się jakieś zwierzęta, a potem czyjaś dłoń otwarła i ukazał się łysy łeb z wianuszkiem włosów.
- Wejdź, bracie.
Zapach tego wnętrza przypominał smród sklepu ze świnkami morskimi i chomikami. Kurz leżał jak śnieg i dotknięty unosił się jak puch. Wszystkie meble, nawet drewniana figura Matki Boskiej, były w dziurach od korników, ze ścian zwisały jakieś resztki zasłon rąbanych przez mole, nawet księdzu nie darowały. Miał długą, do kostek sięgającą szatę bez koloru i bez kroju, bo całą wyżartą i zeszmaconą, przewiązaną na biodrach powrozem, który kiedyś zwisał, póki nie napoczął go kornik. Tylko twarz, koścista, powleczona żółtą skórą (a może to kaganek tak żółcił), nie była dla robaków. U nóg miał lisa, borsuka i niedźwiedzia. Niedźwiedź wpatrywał się w moją osobę z największą pożądliwością, lecz ksiądz, paluchem mu pogroziwszy, przywołał go do porządku:
- Kto ma nad miarę, ma cudze, Amadeo! Leż! Powiedziałem, co mnie przynosi.
- To kapitan Wołków - rzekł klecha. - Podczas wojny był niemieckim jeńcem, a jak uciekł z obozu, to robił tu partyzantkę sowiecką. Niezłomna to postać, do dziś nie wyszedł z lasu. wciąż się kryje, niczym żołnierze japońscy...
- Po tylu latach?!
- Otóż to, bracie!
- Czemu porywa ludzi? Porwał mojego przyjaciela...
- Na okup, z czegoś musi żyć. Daj mu okup. Przeliczyłem szmal.
- Za mało - rzekł łysy.
- Nie mam więcej! Ksiądz spojrzał na niedźwiedzia.
- Widzisz, Amadeo! Błogosławieni ubodzy, albowiem ich będzie Królestwo Niebieskie!
I znów się do mnie odwrócił:
- Tylko Żyd może ci pomóc, ma swoje interesy z kapitanem. Chodźmy. A ty, Amadeo, pilnuj! I nie zjedz Baltazara, bo grzech śmiertejny uczynisz!
Niedźwiedź coś zamruczał, podnosząc łeb.
- Nie, Amadeo, nie masz racji - rzekł ksiądz. - To jest mój interes! Kto pomaga innym, sobie pomaga. Na lichwę daje Panu, kto ma litość dla innych. A kto zatyka uszy swoje na krzyk, sam wołał będzie i nie wysłuchają go.
Kiedy szliśmy ku drodze rozszalało się niebo, burza od siedmiu diabłów! Pioruny biły seriami, jak mruganie oczu, wyrywając szlak z ciemności. Raz po raz ukazywały się kolumny drzew zlewane deszczem tak silnym, że przebijał się przez liściaste korony, niczym przez sito.
Ten Żyd to był karczmarz. W jego karczmie królował półmrok patrzący oczami płochliwych kaganków, nasycony dymem czosnkowym i kwasem taniego wina. Wokół stołów przepijali do siebie zatrunkowani gadatliwcy, w kącie grał na skrzypkach kaleka, dzie-wczynisko w zielonym serdaku roznosiło gliniane talerze; Ksiądz podreptał do kontuaru, do arendarza Josla. Josel miał gudłajską głowę w jarmułce wyszywanej perłami i uśmiech, w którym widniały wszystkie mądrości z błogosławionego chederu, jakim jest pieniądz. Słuchał nachyliwszy ucho, potem wyszedł zza lady, zawołał żonę Mojrę i otworzył przed księdzem i przede mną drzwi obok szafy z wódkami.
Wprowadził nas do tylnego pokoju, wąskiego i jeszcze ciemniejszego niż sala jadalna. Nie było tu okien i było prawie pusto, jak w drewnianej kostnicy. Po prawej stronie stała komoda (wisiał na niej kobierczyk z haftowanym złotymi literami napisem po hebrajsku) i taboret, a pod ścianą wprost wejścia stół (na nim trójramienny świecznik i kielich). Przy stole siedział Żyd z długą siwą brodą, w sobolowym kołpaku i białym chałacie ściągniętym sznurem. Czytał, pochylony nad książką, zda się nieruchomy, tylko olbrzymi jego cień na ścianie kiwał się miarowo delikatnym ruchem widma. Nie odwrócił się gdyśmy weszli; wziął kielich w przezroczystą dłoń, trochę upił i znów dotknął brodą woluminu.
Ksiądz podał karczmarzowi pół mojego portfela, a Żyd:
- Za taki marny pieniądz Josel nie zrobi wielki interes! Mały interes nie ciekawi Josla, bo kto robi taki interes, temu na stare lata zostaje już tylko jedno zapluskwione miejsce w heh-deszu, a nie własne bogate dzieci, co się starym ojcem jak dzieckiem opiekują.
- Nie możemy dać więcej - rzekł ksiądz - reszta musi iść dla kapitana. Proszę, pomóż arendarzu, bo to człowiek niewinny...
- Niewinny, niewinny! Kto dzisiaj jest niewinny na tym świecie, co się zamienił w wielki purim-bal, w czerwony Kutlof? A jeśli już on jest taki głupi, że jest niewinny, to on przez to jest najbardziej winny! I czy ja ciebie pytam, księże, o jego niewinność, ile on nie zdążył ukraść i nie dopłacić, i skłamać, i zdradzić w swoim życiu? Niewinność to nie jest pieniądz na prawdziwy interes!
Spoza drzwi przybiegał żałosny dźwięk strun. Ksiądz jeszcze raz poprosił, żarliwie i głośno. Żyd spojrzał nań zdziwiony.
- Proszę to też nie żaden pieniądz, za to dzisiaj nie kupi bułki, ani kieliszka wódki, ani nawet dobre słowo!... Wy, goje, patrzycie na Josel jak na brudny baran, jak na robak, co się szwenda pod wami, jakby Żyd nie człowiek był, tylko diabeł, ale kiedy nieszczęście zapuka do drzwi waszych niby śmierć, co przychodzi nieproszona, natenczas znajdujecie drogę do Żyda i biegniecie jak dziecko, co biegnie do rodziców swoich i woła: Tateleben, Mameleben!... Coś ty mi tu dał, ciebie nie wstyd? Ty mi przynieś złoto, a wówczas ja ci pomogę! Połamały się inne klucze do nieba, jeden tylko pozostał cały...
- Złoto? Mylisz się Żydzie, tylko modlitwa jest kluczem do nieba! - wyrzucił ksiądz ze ściśniętych warg.
- A ja myślałem, że myśl... - rozległ się cichy głos obok mnie. To podszedł stary.
- Kim jesteś? - spytał ksiądz, patrząc w pomarszczoną twarz, w której świeciły oczy nawiedzonego.
- Sługą, jak i ty.
- To jest rabbi Eleazar Jessnitz! - krzyknął karczmarz. - On podróżuje i mnie zrobił łaskawość, że się zatrzymał tu! On jest mądry, jak żaden z was nie jest, i dobry, i uczony w piśmie...
- Nie ma takiego pisma, które może zmusić do miłości - przerwał mu rabin, kładąc rękę na zaślinionych ustach. - Choćbyś na pamięć poznał każde słowo z ksiąg Talmudu, z komentarzy Raszego i z pisania Majmonidesa, cóż ci z tego przyjdzie, jeśli serca nie będzie w tobie, Josel?
- Rebe...
- Talmud mówi, że kiedyś pewien człowiek prosił Szamajego, aby go na jednej lekcji nauczył całego zakonu, Szamai zaś odpędził go z gniewem. Gdy tenże człowiek przyszedł do Hillela z tą samą prośba, Hillel mu odparł: „Czyń drugim to, co chcesz, aby oni tobie czynili. Oto cały zakon, reszta to są tylko komentarze"... Nie utwardzaj serca swego, zmiękczaj.
- Rebe...
- Z tym człowiek się nie rodzi, chociaż w nim to jest, ale to trzeba znaleźć w sobie, samemu znaleźć, Josel, odszukać tę dobroć na dnie, i wyjąć, i w sercu swoim ułożyć, jak w kołysce dziecko. Ci nieszczęśni i przeklęci na wieki, których Adonai dotknął największą z nędz, niemiłosierdziem, i ogłuszył na ból człowieka, i na to proszę człowieka, i którzy natenczas szczęśliwi, kiedy do nich szczęście przychodzi, a jeszcze szczęśliwsi, kiedy ono od innych ucieka.
- Rebe! -jęknął Josel - przecież ja nie winien temu, że te żołnierze zamknęli człowieka do piwnicy i że ten ksiądz chce go ratować za pół darmo, jakby to nie był cały człowiek, a pół człowieka!
- Czemu ty tak głupio mówisz, Josel, jakby w tobie była tylko ta połowa mądrości, która jest głupotą? Ona jest w każdym z nas, ale mądry ją przemilcza. Dlaczego ciebie nikt nie nauczył, że nie jesteśmy odpowiedzialni tylko za to, co czynimy, ale i za to, czego nie czynimy? Tobie się zdaje, Josel, że ty jesteś wielki puryc, bo u ciebie są pieniądze? U ciebie jest pycha i ona ci serce przeżera jak robak, a jaka moneta taką jest wielką, byś nią zatkał te dziury, tak by ich Przedwieczny nie zobaczył, kiedy stanie nad tobą? Ty mnie nie chwal, że ja jestem uczony w piśmie, bo żadne pismo nie nauczy cię miłosierdzia, jeśli ty sam tego nie uczynisz, i żaden Bóg nie potrafi cię nauczyć, co to jest dobroć, jeśli...
- Mój Bóg nauczał miłosierdzia i słowem i sobą samym, bo on był sam nieskończonym miłosierdziem - wyszeptał ksiądz.
Rabin, usłyszawszy to, wziął księdza pod ramię, delikatnie zaciągnął do swojego stołu i rzekł:
- Twój Bóg, Jezus Nazareński, król żydowski, spytał: ,,Eloi, Eloi! Lamma sabakthani?!"i to są najmądrzejsze słowa, jakie poznał świat, odkąd Bóg stworzył bogów i człowieka... Powiedz mi, czemu u kresu nieskończonego miłosierdzia jest piekło dla grzeszników?
- Bo inaczej świat utonąłby w morzu zbrodni i nienawiści człowieka do człowieka - odparł ksiądz.
- A czy on w nim już nie utonął tyle razy, ile razy słońce obudziło świat? Nienawiść człowieka do człowieka to nie jest najgorsza z nienawiści. Większa jest nienawiść ignorancji do wiedzy, ciemnoty do chęci poznania. Powiedz, czy znasz większą?
- Znam, to nienawiść niewiary do wiary.
- A nienawiść wiary do niewiary? Czy to nie ona podpaliła tysiące stosów? A nienawiść wiary do wiary, przez którą pali się gmach judejski, co jest nieśmiertelny jak matka i stoi na skrzyżowaniu wiatrów historii, a płonąc jeszcze bardziej jest widoczny i jaśniej oświetla drogę?!
Zmęczony rabin odetchnął głęboko, upił trochę płynu z kielicha i stał milcząc, aż wsadził kościsty palec w puch swej brody, znowu podniósł wzrok ku księdzu i szepnął:
- Wiara największa, to jest walka między wiarą a niewiarą, która toczy się w człowieku od narodzin do śmierci i jest piękna jak złota Arka Przymierza z Panem! A my mieszamy do tego domy boże i chodzimy do bet-ha-midrasz, jakby nie dość było wejść do siebie samego, a kiedy już mówimy: miłość, to myśląc o kobiecie, do której miłość to jest zwierzęcość i trochę retoryki, i jeszcze trochę pieniędzy lub sprytu, gdy nie można inaczej!!!
Krzyk wypełnił mu płuca, rozkasłał mu gardło i ciałem jego wstrząsnął.
- Rebe! - miauknął Josel, skoczył, wziął w ramiona i przytrzymał. - Rebeee!!!
Rabin opadł w krzesło, a potem długo siedział z głową odrzuconą na ścianę. Wpatrywaliśmy się, czekając, aż uspokoi oddech i wzrok otworzy. Gdy w końcu to uczynił, spojrzał jak przebudzony na księdza i spytał:
- Czego goj chce?
- Pomocy.
- A ty, Josel, nie chcesz mu pomóc?
- Ja nie chcę?! Rebe!... Czy ja jestem jaki iberwerfer, żeby we mnie nie było serca, a w nim zrozumienia, a w tym zrozumieniu odrobiny dobroci na krzywdę, co dotyka ludzi jak mór i głód, i mróz, i wszelaka nędza?!
Odwrócił się ku księdzu:
- Powiedz ty, czy Josel powiedział, że nie chce ci pomóc? Czy Josel był taki okrutny, że on ci nie...
- Żądałeś więcej niż mogłem dać, arendarzu.
- Ja?!!
Odciągnął księdza na bok i zbliżył wargi do jego ucha:
- Dasz, ile możesz, księże, wszystko, co masz, a ja załatwię to z kapitanem i niech ciebie nie będzie ciekawość, w jaki sposób. Josel powiedział, Josel załatwił. Ja znam go i on to zrobi dla mnie, ten kapitan, z musu zrobi, ale zrobi. Jutro twój człowiek będzie miał wolność, ale niech on drugi raz nie wpadnie, bo Josel już nigdy nie zrobi drugi taki interes, co jest wielki interes dla ciebie, a dla mnie mały jak kościany guzik, jak główka szpilki, jak robaczek, o, taki mały!
Wypuszczono „Księcia" nazajutrz. Szliśmy przez ten park, gdzie spacerowały chore, a on się przyglądał, lecz jej już nie było. Może była w środku? Inna, mijając nas, uśmiechnęła się, rozejrzała i szepnęła porozumiewawczo:
- My jesteśmy szurnięci!
Ja też się rozejrzałem, bo jej słowa i jej uśmiech napełniły mnie trwogą, lecz nikt za nami nie szedł, zrujnowany kościół spał bez ruchu i najlżejszy wiatr nie kołysał wierzchołkami drzew. Płonące kwiaty u brzegu jeziora kusiły mój strach i moje zmęczenie, by wtulić się w ten dywan i kimnąć w odurzeniu, w zapomnieniu, niech się już to skończy, niech mój cykor rozpocznie długi marsz przez sen i da mi chwilę wytchnienia...