VIII
Człowieka trzeba widzieć takim, jakim on jest, a nie takim, jakim by się chciało, żeby był. Ale na to trzeba zjeść ząbki, trzeba długo pożyć. Młodziak, kiedy się rozgorączkuje do kogoś, to ślepiec. A już najgorzej z kobitą...
Dziewczyna „Nóżki" dała się zarwać innemu i Robert dostał wymówienie z jej majtek. W takiej sytuacji morus powinien warknąć: „pies cię trącał!" i znaleźć sobie inną cizię, albo to mało biega chętnych towarów, ale on był zajebany w niej po uszy i chciał się z nią ochajtnąć, więc mu padło na mózg. Znalazł tego klienta, co go wykolegował, i spuścił mu łomot, publicznie, na ulicy, od groma świadków. No i zamkli go, a potem stanął przed sądem. Karśnicki chciał szukać dobrego adwokata, ale „Petroniusz" rzekł, iż nie potrzeba, więc Robert dostał obrońcę z urzędu.
Wszyscyśmy poszli na rozprawę, z wyjątkiem „Księcia". Sąd rejonowy warszawski Praga-Północ. Roberta wprowadziło dwóch gliniaków; po ziemi świdrował, ja myślałem, że to cykor. Przeczytano mu akt i sędzia się zapytał, czy się do winy przyznaje. „Nóżka" politował ku Heldbaumowi i gada:
- Nie, proszę Wysokiego Sądu.
No to dawaj świadków. Pierwszy świadek mówi:
- Nie, to nie ten...
- Jak to nie ten?! - zdziwił się prokurator. - Podczas konfrontacji świadek wskazał oskarżonego jako sprawcę!
- Tak? Widocznie tam było złe światło. A teraz ja dokładniej spoglądam. Nie ten.
Drugi świadek, baba, to samo:
- Nie, to nie ten pan. Tamten był rudy.
- Przecież w śledztwie wskazała pani tego! - zdenerwował się prokurator.
- W śledztwie to ja byłam zaskoczona, proszę Wysokiego Sądu. Funkcjonariusz jeden z drugim mnie napytlował, to ja wyciągłam rękę jak leci, żeby mieć spokój. No i widzę, że pokrzywdziłam niewinnego, bo to całkiem nie ten. Tamten był rudy i cham, źle mu z oczów patrzało, a ten to bardzo grzeczny kawaler, żeby choć ciut był do tamtego podobny, ale gdzie, nic a nic, złego słowa nie mogę przeciw niemu powiedzieć.
Trzeci świadek, stary ślusarz, jeszcze lepiej nawinął:
- Może być, że tego pokazałem, kiedy człowiek naflekowany, to słonia za żyrafę weźmie w zoologu.
- Jak to naflekowany?! Czy świadek chce nam wmówić, że zgłosił się do MO...
- Kto by się tam zgłosił - przerwał ślusarz - czy ja wyglądam na kopniętego, Wysoki Sądzie? Wezwali.
- I świadek zjawił się po pijanemu?!
- Tak, bo mi wolno. Nie wolno być urżniętym za kółkiem, ale jak się idzie w gości, to wolno. Na piechotę szedłem, zachlany, swoje prawa znam. Może nie było widać, człowiek trzyma fason, lata praktyki, ale mi się obraz rozdwajał, z całym szaconkiem dla Wysokiego Sądu. Tego gościa nie znam, to frajerek, tamten był kozak z Pragi.
- Za fałszywe zeznania grożą świadkowi surowe konsekwencje! -ryknął prokurator.
- No to mnie, dzięki Bogu, nic nie grozi - ucieszył się ślusarz. Gwoździem do trumny prokuratorskiej okazał się facio, któremu „Nóżka" dał łomot; staje i mówi:
- Nie, to nie ten. Ja byłem w szoku, więc mi się myliło.
I zwolnili Roberta. Prawo prawem, a Heldbaum Heldbaumem - Heldbaum był lepszy. Zrobił ten cyrk jak maestro, mucha nie siada!
Gdzieś w tym samym czasie Karśnicki przystąpił do polowania na łobuzów, co mu przejechali jego miłość. W pół roku zabił czterech. I to tak, że nie wiedzieli o tym chłopcy z „batalionu"! Jakby się ich wstydził po wygaworze, który mu dał „Templar". Coś a la drugi „batalion" rodziło się z członków „policji" Drozdowej i „Ogniowej" (ci dwaj bardzo szybko weszli na czub ulubieńców „Księcia"). Zabijał sam, asystowali przy tym Polek (ze Stasiowej paczki) i „Żbik" (od „Bankiera"), obaj kochali krew. Ja byłem raz, ale to był najważniejszy raz.
Tołpik dowiedział się od swojego gliniarza, że szef tych, co zgwałcili dziewczynę, ma wyrok (na skutek Heldbaumowego domysłu, że jeśli nigdzie nie można go znaleźć, to może jest gdzieś zapuszkowany). Siedział we Wronkach. Wyjąć go „za dobre sprawowanie" było pestką dla starego. Przed pudłem czekał samochód. Ja u kierownicy, obok Stasio, na tylnym on między Pólkiem a „Żbikiem".
- Dokąd panowie mnie zabierają? - spytał.
- Do raju - rzekł „Ogień". - Wymurujemy ci twój własny dom, gdzie nikt ci się nie będzie wtrącał. Żadnych klawiszów, judaszów, czy żarcia z metalowej miski. Zapalisz?
Dał mu całą paczkę i ten typ sztachał się, przypalając jednego od drugiego, przez całą drogę do Warszawy, aż mnie dusiło. Metą była cegielnia, tam czekał „Książę". Rozebrali chłopczyka do rosołu, oplastrowali mu pysk, żeby nie mógł krzyczeć, skuli mu ręce na plecach za pomocą obrączek i zamknęli go w pustej piwnicy, a następnie wymieszali wapno i cement, i zamurowali odrzwia! Trzy doby później, przed północą, „Książę" mnie zbudził:
- Wstań i wyprowadź wóz!
Kazał do cegielni. Tam wziął latarkę, podszedł do świeżego muru, przyłożył ucho i stał bez końca. A jak się cofnął, to ja przyłożyłem. Nie umiem tego opisać, tych jęków, makabryczny charkot. Facet zdychał z głodu, straszna śmierć.
Odtąd „Książę" nie założył już maski, pokazywał wszystkim swoją twarz. Lekarce też się wygadał, jakby miał w tym przyjemność. Nie wiem, co mu odbiło, ale powiedział jej skąd ma dom i co robi. Powiedział jej to w tym domu.
- Chcesz być dobrym Janosikiem? - zapytała.
- Nie, Elen, nie chcę być dobroczyńcą.
- Więc chcesz być złoczyńcą?
- Już nim jestem. Ale nie roztrząsam tego w kategoriach moralnych. Jestem, jaki jestem, a to, co się stało, już się stało. - Myślę, że stało się przez przypadek, gdyby nie ta dziewczyna...
- Nie, Elen. Wszystko jest prawidłowością, przypadek też. Zresztą to nie ma znaczenia, nie byłbym ja, byłby kto inny. Życie ma szeroki oddech, los jednostki to nieistotny szczegół, wielka suma
tych szczegółów to dopiero coś. Dla przyszłych, dalekich pokoleń wszystkie nasze kultury, od Sumerów i Greków do Picassa, będą pewnie jedną kulturą, jesteśmy tylko pyłem historii.
- Bardzo ładnie mówisz, poczułam się studentką. Osiemnastoletniej dziewczynie możesz pleść te bzdury, one lubią, jak im się tak zawraca w głowach, czują się wtedy inteligentne!
- Niektóre nigdy nie czują się inteligentne, nie mają do tego powołania! - warknął. - Nie chcesz, mogę nic nie mówić. W ogóle nie musimy rozmawiać!!
- Nie będziemy już mieli okazji! - rzekła wstając. - Mogłabym chodzić z bandytą do łóżka, bo to bardzo podniecające, ale nie mogłabym go kochać. Z obcym bandytą. Z tobą czułabym do siebie wstręt!
- Nikt cię nie zmusza!
- Dzięki choć i za to! Mógłbyś przecież kazać swoim łotrzykom, żeby trzymali mnie za ręce i nogi...
- Przestań, Elen!
- To ty winieneś przestać!!... Bawisz się w szeroki oddech życia, bo dotąd było ci zbyt ciasno...
- Dokładnie tak!
- Boże mój, a mnie się zdawało, że znam ciebie! To prawda, kobiety są idiotkami! Wychodząc pogłaskała Cyca, który się łasił do niej.
- Jemu nie rób krzywd!
I tyle ją było widać. Heldbaum przyszedł wkrótce potem.
- Jak leci? - spytał wesoło od progu.
- Jak kurwie w deszcz! - odparł gospodarz wyszczerzonymi zębami.
- Co się stało?!
- Nie twój zasrany interes, panie H! Czemu mam przyjemność?
- Jest kilka interesów, wcale nie zasranych. I jedna grubsza sprawa, którą chcę z panem omówić, bo to pana dotyczy.
- Wszystko mnie dotyczy!
- Jasne.
- O co chodzi? . .
- O to, że już wszyscy pana znają...
- Uuu, przesada! Jeszcze nie znają! Dopiero zaczną!
- Może ja jutro przyjdę...
- A teraz chcesz wyjść?
- Chyba tak będzie lepiej.
- Panie.Heldbaum, to ja decyduję, co jest lepiej! Mów! „Petro" tarł dwoma palcami skroń, jakby go swędziała.
- Po co się tak afiszować, panie Karśnicki? To niebezpieczne...
- Dla księcia? Lud winien znać swojego księcia, panie ochmistrzu dworu, czy tam kanclerzu, jak pan woli, pchnąłem pana w górę. Minister to za mało dla takiej grubej ryby, jaką pan jest.
Heldbaum odszczeknął:
- Gdybym wiedział, że jak pan już się zemści, to przestanie panu zależeć, nie znalazłbym ich tak szybko!
- To byłby błąd, panie H! Pchnąłbym pana w dół za karę!... Proszę się uspokoić, nie chcę zepsuć balu, tańczę na całego, tylko że akurat sam, bo właśnie partnerka mi zwiała, a wie pan, jak chłop niewyżyty, to nerwus. Gdyby miał pan pod ręką jakiś odpoczynek wojownika... O ile wiem, do zadań ochmistrzów dworu należy i to.
- Mam - rzekł „ochmistrz".
- Domyślam się! - prychnął Karśnicki. - Jak się nie udało wepchnąć mi pod bok służącej własnego chowu, to została już tylko metresa. Pan jest niczym karaluch, zawsze się pan wtryni, jak nie przez kuchnię, to przez sypialnię. Kto to jest?
- Młodziutka biurwa z dyrekcji .kolejowej, przedstawicielka Pragi w warszawskich eliminacjach do konkursu na polską Miss.
- I co?
- Zajęła trzecie miejsce i odpadła.
- Słowem towar trzeciorzędny. Ale cóż!... Może ją pan tu przywieźć?
- Nawet zaraz.
- To na co pan czeka?
W dwie godziny Heldbaum wrócił z lalką.
- Więc to jest ta Mata Hari? - rzekł „Książę".
- Niech pan da spokój, nikt jej nie kazał szpiegować! - mruknął „Petro".
- Och, to była tylko gra słów! Zapomniał pan, że ja sypiam na macie?... Jak się wabisz?
- Jola.
- A robiłaś to już na japońskiej plecionce zwanej matą, która leży na ziemi i uwiera w pupcię?
Z panem mogę spróbować!
Kiedy wstawiała jakiś tekst, to się zdawało, że nie ustami truje, tylko szminką, co na nich była. Miała wygląd nastolatki („demoniczna nimfetka, dziadek Nabokov dostałby wypieków" - mówił o niej Heldbaum). Alabastrową skórę, włosy koloru miodu, piskliwy głos, smukłe giry, wilgotne usta (rano, nim zdążyła się podmalować) i zamglony wzrok z niebieskimi cieniami od tuszu. Była piękna jak jej wargi w kształcie serduszka i ruchliwa jak jej „koński ogon".
Królowała trochę ponad pół roku. Moje wyrzuty sumienia przez nią się nie zwiększyły, bo ich w ogóle nie miałem - gdybym miał, to by się zwiększyły. Jak kiedyś szef wyjechał z Klonem i „Bankierem", a Mańka wyszła na miasto po zakup - to ścierwo łaps mnie za rozporek.
- Szoruj, bo cię stuknę! - powiadam.
- Co ty, nie lubisz? Czy nie możesz? - roześmiała się, tak ją to ubawiło.
- Nie chcę!
- To się zmuś, bo ja akurat chcę, a jak ja chcę, to masz mnie słuchać!
- Taki pałąk! - pokazałem jej na zgiętym łokciu. - Weź sobie marchew, ruro!
Podeszła do mnie, zła jak osa, patrzałki rozpalone wściekłością.
- Słuchaj, gnojku, bierz się do roboty, bo powiem, żeś mnie napastował!
- Powiedz, on ci nie uwierzy!
- A w to, że się sama cięłam, uwierzy? O tak, tu... I rozorała sobie pazurem pierś, aż do krwi, ja kręcę!
- Co ty robisz, zwariowałaś?!
- Nie bój nic, „Fokstrotku", i chodź tutaj, zobaczysz, jak to smakuje ze mną. Zawsze miałeś na to ochotę, myślisz, że ja nie wiem o tym? A ty mi się też podobasz. Chodź, zobaczymy, czy jesteś menem... No chodź, nie stój jak ta dupa!
Spuściłem łeb, mamrocząc:
- Ja tak na wariata nie... nie tego... nie mogę.
- Zaraz zobaczysz, że możesz, tylko pozwól mi się nim zająć. Ze mną nie ma „nie mogę". Mój dyrektor miał coś około sześćdziesiątki, grzyb, i też nie mógł, a postawiłam mu tak, że sobie przypomniał młodość. Z wami to jest różnie, ale to nigdy nie jest wasza
wina, tylko dziewczyny, rozumiesz „Fokstrot"?
- Nalej mi haka - powiedziałem.
Wypiliśmy. Jak pragnę szmalu, udowodniła mi, że u baby jest siedem miejsc, w które można pchać. Siedem!
- Robiłam to już z pięcioma naraz, „Fokstrot", a mogłabym z siedmioma! Ten, który mnie tego nauczył, powiedział mi, że dopiero wówczas jest się Królewną Śnieżką, królową kobiet!
Drugiej takiej artystki nie widziałem w życiu.
- Szefowi też o tym powiedziałaś? - spytałem, jak braliśmy prysznic.
- Nie jestem głupia! Jemu by się to nie podobało.
Więc niby była mądra, a zrobiła taką głupotę, że się nie chce wierzyć, głupotę kończącą. Na Różyckim znał ją każdy z kupców, z „Panem Stefanem" ją widywali, więc kiedy coś jej się podobało, dostawała „w prezencie". No i przyjechał jakiś koczkodan z prowincji, kumpelka lub kuzynka (mówiła, że kuzynka, ale kto tam wie), a nasza „szefowa" zrobiła jej popis dla szpanu. Poszły w bazar i przez godzinę zdejmowały, co tylko się dało, kiecka to kiecka, futro to futro, bluzki, buty - hurt! Kilka walizek! Za friko! Nikt nie odmówił, bo jak, jemu? Kiedy „Książę" się o tym dowiedział, kazał wszystko zwrócić, a ją pogonił w ciry nie maty, won!
Starego omal nie trafił szlag Zawieźliśmy mu tę wiadomość (ja z „Dżekiem"i „Ogniem") przy okazji, bo nas szef wysłał po pieniądz (miał kupić obraz znanego malarza).
- To płeć! - westchnął „Petroniusz". - Płeć, sucza jucha!
I zaczął się rozwodzić, jakie durne są baby. A potem sprzedał nam kilka wiców z tego podwórka, że przykładowo: mózgojad głoduje w damskim łebku („Co robi mózgojad w damskim łebku? Odpowiedź: głoduje"). Mnie to podszedł taki wic: „Spotyka się facet z babą, która najpierw była facetem, ale zrobiła sobie operację i stała się kobitą. No i facet ją pyta: bolało cię, jak ci zmieniali? Bolało. A później, jak ci piersi rosły? Też bolało. Ale najbardziej mnie bolało jak mi się kurczył mózg".
O Jolce słyszałem, że kiedy ją wygruził Karśnicki, to chciała robić za modelkę w jakimś towarowym domu, ale lubiła pójść w cug z gołdą, więc i stamtąd ją wygruzili, i szybko spadła z lepszych knajp do gorszych, na ulicę. Przezwisko: „Mroczna cipa". Niedawno się z nią minąłem na Szembekowym placu. Śmieć, aż żal.
- Pięknie było, „Fokstrot", co? - zachrypiała mi w dziób chuchem gorzały.
Pięknie było... To prawda. Nigdy nie jest pięknie, zawsze było Chyba od tysięcy lat, dla wszystkich.
Ja to nie po kolei opowiadam, bo mi się już miesiące tamte mylą i przestawiają, ale tu nie o kolejność chodzi, żeby doba szła za dobą, no nie? Niby każdy szczegół jest ważny, ale jeden mniej ważny, a drugi bardziej, jakbym chciał opisać wszystko, to bym zakończyć nie mógł. Od kronik to są kronikarze, ja tylko wspominam.
Wtenczas, kiedy już wszyscy znali Karśnickiego, naród zaczął się doń zwracać po prośbie. Z początku nieliczni, później kupa luda. Skargi i żebraniny, słuszne lub idiotyczne, do płaczu i do śmiechu, prawdziwa tragedia i prawdziwe cudactwo. Zaczepił nas pod bazarem chłopak z ferajny „Turka" i mówi, żeby mu pomóc, bo on już nie daje rady z babcią, której odbiło. „Książę" miał akurat czas, no to lu do sędziwej damy, na Targową. A ona, że prawie wcale nie sypia, bo skierowano na nią promieniowanie z kosmosu! Karśnicki okiem nie mrugnął:
- Czy zgłosiła to pani na milicję?
- Na milicję, proszę pana?... To oni się tym zajmują?
- Tak, mają specjalne aparaty. Proszę czekać do jutra. Jutro mój człowiek pojedzie z panią.
Nazajutrz ja i Tołpik (który już wszystko nagrał ze swoim gliniarzem) zabraliśmy starszą panią na Cyryla i Metodego. Wprowadzono nas do gabinetu, funkcjonariusz ją wysłuchał, pogrzebał w kartotece, wyjął fiszkę, włączył głośnik i mikrofon.. Z głośnika dobiegło:
- Dział antykosmiczny, słucham!
- Podaję namiar: obywatelka Łucja Paweł, Targowa 83 mieszkania 101, jedenaste piętro - odczytał z fiszki funkcjonariusz. - Promieniowanie kosmiczne. Proszę włączyć kontrpromieniowanie! Odbiór!
- Zrozumiałem! Targowa 83 mieszkania 101, włączyć kontrpromieniowanie!
Od tej pory nic nie zakłócało babci snu.
Ale w wielu sprawach żadnym trikiem nie można było pomóc ludziom. Można było wziąć za mordę urzędasa-łapownika, nastraszyć lub wykopać kierownictwo sklepu, gdzie rencistom waży się ochłap pół na pół z łojem, zmusić ciecia, żeby sprzątał klatkę schodową, a młodociany gang, żeby przestał wydłubywać psom i kotom oczy (szefowi tego gangu, siedemnastoletniemu, ludzie „Ognia" skasowali jedną patrzałkę), można było nawet pogonić hydraulików, żeby przyszli nie za miesiąc, tylko za dzień. Ale jak wejść w cudze łóżko? Zwłaszcza gdy ten, co prosi o pomoc, sam winien, choć nie ma o tym pojęcia, bo ma za mało rozumu? Jeden murarz się skarżył, że mu żona utrzymuje stosunki płciowe z koleżanką, a on przecież dobry, nie bije, nie zdradza, kocha. „Niech pan prezes coś zrobi, żeby tak nie było!". I co miał „Książę" zrobić? Nic nie mógł, rozłożył ręce.
- Dzisiaj to częsta przypadłość - rzekł „Petroniusz". - Nic na to nie poradzimy.
- Te z lepszych sfer robią to dla szpanu, dla odmiany, z nudy, perwersji, zblazowania, ale te tutaj? - zdziwił się „Książę".
- Te tutaj robią to dlatego, bo ich mężowie nigdy się nie nauczyli, że istnieje różnica między miłością, co zajmuje cztery godziny, a stosunkiem płciowym, na który potrzeba czterech minut. Dla żadnej z bab, a te tutaj różnią się od innych tylko tańszym łachem i podlejszymi gatunkami perfum, dla żadnej nie jest frajdą zajście w ciążę po pospiesznym stosunku na rogu kuchennego stołu z niedomytym mężczyzną, który nawet nie zadał sobie trudu, żeby zdjąć ubranie, a jednocześnie usiłował wyjąć piwo z lodówki.
- A skłonność genetyczna?
- Na pewno też, choć... - stary począł się głowić. - Wie pan, co ja myślę? Dziś najsilniejsza jest skłonność, którą bym uznał za plemienną. Silniejsza od państwowej, historycznej, rodzinnej, nawet płciowej, tak się nam świat zmienił. Solidarność bab już nie jest płciowa, tylko plemienna, ich reakcje są żalami czy stresami uciśnionych szczepów. To tak jak młodzież. Na całym świecie młodziak w stopniu coraz mniejszym utożsamia się ze swą ojczyzną i swoją płcią, a w coraz większym z grupą kulturową. Nie jest Holendrem, Polakiem, Amerykańcem czy Włochem, Rumunką czy Brazylijką, tylko punkiem, rockersem, hippisem, skinem lub wielbicielem określonego rodzaju muzyki. Czyż to nie jest nową identyfikacją plemienną? Dzięki niej wszędzie zanika patriotyzm, bibelot z rzadko odwiedzanego muzeum. Młodzież ma w dupie bohaterstwo herosów narodowych, kocha sprawność idola estradowego. Nawet w Polsce.
gdzie historia jest czymś ważniejszym niż w wielu innych krajach. Bunt „Polaka małego" nie wyraża się zawieszaniem portretów tych, co walczyli z Rosją i zdychali na Sybirze, chociaż on nosi w żyłach krew tamtych straceńców, tylko zawieszaniem mord idoli pop-music, wi?c co z tą genetyką?... A starzy? Też. Patriotyzm brzmi jak szowinizm. Ponadpaństwowe więzy plemion, na przykład: fizyków atomowych, biologów, filmowców, aktorów... Jesteśmy świadkami wschodzenia nowej ery lodowcowej, myślę o zlodowaceniu sentymentów narodowych i geograficznych, to zwycięstwo kosmopolityzmu. Przed nim przyszłość, panie Karśnicki.
Najważniejszą z próśb była prośba właścicieli budek z Różyckiego, żeby obronić bazar. I bez proszenia „Książę" by na to nie zezwolił - bazar był nasz! Jak tylko rozeszła się wieść o projekcie likwidacji targowiska, szef wypowiedział wojnę naczelnikowi Pała-chowi - opisałem to zwycięstwo w pierwszym rozdziale. Lecz ono nie gwarantowało sukcesu, ciągle ktoś pluł na bazar („Wrzód Pragi-Północ"). Główną szczekaczką był wtorkowy program telewizyjny, a w nim ta redaktorka, gwiazda TVP. Karśnicki dał jej popalić, ale to wciąż nie był koniec, bo tak za Pałachem, jak i za babsztylem, stał Departament Drobnego Handlu w Ministerstwie Handlu Wewnętrznego. Dyrektor (w randze wiceministra) tego departamentu, Henryk Latosz, to nie był dupek, którego można skompromitować cytatami z jakich* knig. Mowę pogrzebową bazaru (i nie tylko bazaru, całej prywatnej inicjatywy) zostawił sobie na duże święto. Była nim akademia rocznicowa Centralnej Rady Związków Zawodowych (CRZZ). Zaczął od gratulacji dla zebranych związkowców-aparatczyków, potem walnął piętnastominutowy komplement dla „władz partyjnych i państwowych" (jedno i to samo, ale zawsze mówili: „partyjne i państwowe" lub: „partia i rząd"), a jak już odwalił te rytuały, to wziął nahaj:
- Szanowni towarzysze! Zarówno dla przodującej części mas robotniczych, jak i dla uświadomionych kadr aktywu związkowego i partyjnego, jest rzeczą z gruntu oczywistą, że rozwój w socjalistycznym państwie tak zwanego sektora prywatnego, rzemiosł, usług, drobnego handlu i drobnej wytwórczości, nie tylko mija się z celem, nie tylko podważa zasady ustrojowe zbudowane przez klasę robotniczo-chłopską na bazie marksizmu-leninizmu, lecz i przynosi wymierne szkody ekonomiczne, które osłabiają dynamiczny rozwój naszej gospodarki. Jest to, jak wszyscy wiemy, godpodarka planowa, stawiająca sobie cele dalekosiężne, cele humanistyczne, demokratyczne oraz internacjonalistyczne, łączące w swej istocie dobrobyt mas z zapewnieniem bezpieczeństwa całego obozu socjalistycznego. Z tej drogi nie wolno nam zejść i nigdy z niej nie zejdziemy!
Tu dostał tzw. huragan braw. Nawijał dalej, bez kartki, sam z siebie, pierwszoklaśny pytlus, żywy magnetofon:
- Szanowni towarzysze! Prywatny przedsiębiorca,-prywatny rzemieślnik, prywatny handlowiec, lub raczej, że użyję właściwego terminu, handlarz, nie tylko nie jest w stanie wtopić się aktywnie w nurt socjalistycznych przeobrażeń, czy choćby je poprzeć, lecz wprost nie chce i nie zamierza tego robić, a dlaczego? Dlatego, że jego działalność, przesiąknięta pazerną żądzą zysku, obca jest proletariackim pryncypiom obywatelskiego myślenia! Obca jest dążeniu do przekształcania w praktykę woli mas! Obca jest zbiorowemu wysiłkowi społeczeństwa, którego celem jest przekuwanie marksistowskiej myśli w stal czynów! Powiedzcie mi, towarzysze, czy możemy taką postawę tolerować?
Oklaski.
- Szanowni towarzysze! Wszyscy pamiętamy, bądź to z czasów walki, bądź to z lektur weteranów tej walki o ład i sprawiedliwość społeczną, jaką była Polska w okresie sanacyjnym. Polska prywatnego przemysłu, prywatnego handlu, prywatnych wszystkich środków produkcji. Polska kapitału, słowem kapitalistyczna Polska. Ucisk i niesprawiedliwość, wyzysk i policyjny terror, sklepikarze i pałkarze, niedola i łzy pracującego ludu, pot i krew proletariatu, kajdany dla najlepszych synów tej ziemi! Masy pracujące zrzuciły ów ciężar z piersi ojczyzny, wznosząc nowy, demokratyczny gmach przemian ustrojowych, od których nie ma odwrotu. W tej nowej budowli nie może być miejsca na kryptokapitalizm, zawoalowany terminologią, która wytwarza złudzenie, że mamy do czynienia z marginesem życia gospodarczego: „drobna wytwórczość", „rzemiosło" i temu podobne. Od rzemyczka do koniczka, towarzysze. Choroba zaczyna się od jednego małego wrzodu, który toczy organizm. O tym musimy pamiętać, wysłuchując rozlegających się tu i ówdzie apeli o tak zwane zielone światło dla rzemiosła, apeli podyktowanych...
Tu musiał przerwać. Kilkadziesiąt sekund wcześniej do krańca
stołu prezydialnego zbliżył się młody człowiek o prezencji młodego aktywisty, podał siedzącemu na skraju towarzyszowi kartkę i szepnął:
_ Przekażcie do referenta. Z MHW-u.
Łańcuch rąk przeniósł kartkę pod stołem, aż dostał ją Latosz. Zawierała kilka zdań wystukanych maszynowo na firmowym (z nadrukiem) papierze Ministerstwa Handlu Wewnętrznego:
Ł. odstawka, złożył dymisję na posiedzeniu. W KC ustalili J. Mur".
Minister Ł. był wrogiem prywaciarstwa i rzemiosła. Pewniak, który miał go zastąpić, dokładnie na odwrót, związany z SD popierał „drobną wytwórczość" i „zielone światło".
Referent złożył kartkę, schował, napił się wody i odchrząknął.
- Darujcie, towarzysze. Zostałem właśnie powiadomiony o zwołanym w trybie pilnym posiedzeniu w ministerstwie. Mam wziąć udział.
Spojrzał na sikor.
- Ale to dopiero za półtorej godziny, zdążę więc skończyć mój referat, a potem, jeśli pozwolicie, będę musiał was opuścić... Tak więc, kontynuując... Szanowni towarzysze! Wszystko, co powiedziałem do tej pory, to, rzecz jasna, demagogiczny bełkot, jakim posługują się wciąż jeszcze wrogowie usprawniania naszych mechanizmów ekonomicznych, dla żadnego z was, towarzysze, nie ulega to chyba kwestii. Zacytowałem obszernie ten rodzaj argumentowania, pokrętny, fałszywy i woluntarystyczny, odsłania on bowiem z nieubłaganą ostrością prymitywizm tych, którzy próbują sypać piasek w tryby demokracji socjalistycznej, a przede wszystkim w jej mechanizmy gospodarcze. Stawianie znaku równości między jak najbardziej pożądanym rozwojem rzemiosła i drobnej wytwórczości a kapitalizmem, negowanie pluralizmu form rynkowych w żadnym stopniu nie dyskwalifikującego centralnego planowania, a tylko wzbogacającego asortyment branżowy handlu i usług, obarczanie rzemiosła i innych form przedsiębiorczości obywatelskiej winą za skutki nieudolności jednostek decyzyjnych w gospodarce planowej -wszystko to na odległość pachnie demagogią, która winna być obca demokratyzmowi myślenia socjalistycznego. Przypomnijmy sobie, towarzysze, leninowski NEP, z jego zielonym światłem dla spółdzielczości i z jego liberalizacją rynkową, której wciąż nie mogą zrozumieć i zaakceptować obrońcy zwulgaryzowanego marksizmu, marksizmu przepoczwarzonego przez tych pożal się Boże ekonomistów w bezduszny instrument do zadawania ciosów dynamicznemu rozwojowi gospodarki socjalistycznej. Marksizm - tak, pseudomar-ksizm - nie!
Oklaski.
- Szanowni towarzysze! Najwyższy czas, abyśmy, wsłuchując się w glos od dołu, w opinie społeczne, w tezy prawdziwych ekonomistów, a zarazem dostrzegając wcześniejsze błędy i wypaczenia w sferze gospodarczej, uczynili krok ku reformie, dając autentyczne zielone światło rzemiosłu i innym drobnym formom wytwórczości, handlu oraz usług, traktując to jako prawidłowe, zgodne nie tylko z duchem czasu, lecz i ze zdrowym rozsądkiem elementy gospodarki socjalistycznej. Socjalistyczny system ekonomiczno-rynkowy nie jest bowiem strukturą zamkniętą, skostniałą, nieprzyswajalną, lecz przeciwnie, demokratyczną i otwartą na te wszystkie wartości, które wzmacniają i wzbogacają socjalizm, a zarazem czynią świat człowieka pracy jeszcze bardziej radosnym. W zwycięskim pochodzie ku...
Jeszcze tego samego dnia się dowiedział, że kartka to był czyjś wygłup „prowokatorski", a minister Ł. jest wciąż ministrem. I że ten minister nie chce go nawet przyjąć, tylko każe mu (przez sekretariat) złożyć natychmiastową dymisję i wynieść się do Białegostoku na dyrektora szkoły podstawowej.
Gdy przesłuchiwaliśmy u Karśnickiego taśmę z tym tekstem (nagrał Tołpik z sali), „Książę" odezwał się do „Petroniusza":
- Moje najwyższe uznanie, kanclerzu, imponujący cios. Gdyby pan potrafił tak budować, jak pan umie niszczyć, głosowałbym, żeby oddano panu władzę nad światem.
- Wasza książęca wysokość jest niesprawiedliwy, umiem budować. Wzniosłem księstwo - pochwalił się Heldbaum. - A marzy mi się imperium i dałbym radę, z pomocą waszej książęcej wysokości.
Wtedy po raz pierwszy o tym wspomniał, lecz „Książę" się nie kapnął, że to na serio.
- Twoja samotność tak ci doskwiera, że potrzebujesz zwiększonego areału i większej liczby sług?
- Wasza książęca wysokość!... Myśliciele i filozofowie nigdy nie mają towarzystwa, gdyż są nieskłonni do zgody z otoczeniem i zawsze krytyczni. Ale przez to ich samotność nigdy nie jest bolesna, gdyż opiera się na wierze, iż świat tkwi w nas samych, a my jesteśmy Bogiem i życiem, wiecznością i marnością. I na harmonii z wyrokami własnego mózgu, nie zaś losu. Zresztą, pana o tym przekonywać, to jak uczyć księdza pater noster.
Nie ma co jego pieprzeń dalej snuć, mundral i komplemenciarz; ważną rzeczą było, iż bazar został obroniony. Latosz kaput i na długo spokój.
Teraz przejdę do prośby, dzięki której pojawił się w naszym życiu człowiek bez ciała i bez oblicza, ale ze straszną władzą - wszystko mógł zrobić. Rozdawał prezent za prezentem, rzeczy, których nawet za forsę nie było, Święty Mikołaj wysiada.
Najdziwniejszym jest tu fakt, że tej prośby nikt nie przedłożył -była prośbą, co nie padła z żadnych ust, nie zaistniała w ogóle! Ot, „Bankier" wspomniał kiedyś, że jednego profesora z Polibudy wywalono za niewinność i że matka tego wygrużonego powiedziała swemu chłopakowi, iż tylko „Pan Stefan" mógłby mu pomóc, bo „Pan Stefan" wszystko może, sąsiad jej mówił; sąsiad rzekł: „Idź pan poproś Pana Stefana", ale ten profesorek na to: „SB-ków nie będę o nic prosił!", więc sąsiad: „Dlaczego SB-ków?", a ten synuś: ,,Bo tylko SB-ek może wszystko, a jak nie SB-ek, to nie może mi pomóc", i matce zagroził, by nie ważyła się sama zwracać z prośbą w jego sprawie „do żadnych Panów Stefanów!".
Heldbaum parsknął:
- I dobrze! Jakbyśmy mieli zajmować się każdym zredukowanym...
Karśnicki mu przerwał:
- Drozd! Zbierz mi wszystko, co można, o tym profesorku. Tydzień ci wystarczy?
- Zostanie zrobione, szefie!
- Użyj wszystkich, których będziesz potrzebował, z panem Heldbaumem włącznie! Gdyby ktoś ci odmówił, to go zredukuj, w moim imieniu!
- Z panem Heldbaumem włącznie?
Karśnicki nie odpowiedział, a tamci się roześmieli, że to niby fajny żart, ale „Petro" dostał kwasu w limie. Drozd zdobył gites cynk, wszystko, co trza.
- Od kogo? - spytał Karśnicki.
- Od wielu osób, szefie. Bibliotekarz Wydziału Architektury, sekretarka z dziekanatu, brat i dwaj koleżkowie wypieprzonego. Starczy.
- Śpiewaj.
- Jest., to znaczy był wykładowcą na tym wydziale. Młodzik, trzydzieści pięć lat...
- I już profesor?
- Formalnie doktor, ale od trzydziestego roku życia szef katedry, duża rzadkość.
- Członek partii?
- Ani partii, ani ZMS-u, ani nigdy niczego. Outsajder.
- Więc skąd taki awans?
- Ma w małym palcu historię sztuki od kamienia łupanego do współczesnych prądów. Też rzadkość w dobie wąskiej specjalizacji.
- I takiego geniusza wywalają?
- Pracował na to od dłuższego czasu. Ma parszywy charakter, jednostka kompletnie aspołeczna. Bezczelny, arogancki, niezdyscyplinowany, konfliktowy...
Drozd wyliczał to zgrywnym tonem, więc szef zrobił mu szlaban:
- Nie truj! Co z nim jest?
- Nie kłania się po japońsku, nie bierze udziału w pochodach pierwszomajowych i w podchodach gabinetowych, a prawdę wali prosto w twarz, każdemu. Już jako student zrugał wielkiego profesora za „brak naukowej etyki", chodziło o jakieś sprawy związane z odbudową czegoś tam, zamku czy ratusza...
- I dostał dyplom?
- Innym profesorom, kochającym tamtego profesora, ten numer przypadł do gustu. Wie pan, profesor profesorowi profesorem... No i prymusostwo, się uczył, musieli mu dać dyplom.
- A teraz?
- Teraz zrobił trzecią sztukę w ciągu kilku lat, więc do trzech razy sztuka, adieu! Pierwszą było wykrycie fałszerstw podczas egzaminów wstępnych na wydział, drugą...
- Stój! Znasz szczegóły tej pierwszej?
- Uhmm. To było tak. Kilkuset kandydatów siedzących w kilkunastu salach i czekających na przywiezienie z gmachu głównego Politechniki zalakowanych kopert z tematami na egzamin z rysunku. W każdej sali po dwóch asystentów pilnujących. W jego sali kilka kandydatek zaczęło żartować, iż wiedzą, jaki będzie temat: dworek z Mickiewicza". Przyniesiono koperty, otwarto, temat brzmiał: „Narysuj dworek z «Pana Tadeusza»". Mogło być milion rzeczy, od żelazka do okrętu, nikt nie mógł zgadnąć, więc musiał być przeciek. Nasz chłopczyna zameldował to komisji egzaminacyjnej, i tu poruta! Okazało się, że tematy na polecenie rektora wymyślił, przepisał, zalakował i zamknął w schowku, wszystko osobiście, bez niczyjej pomocy, żeby była pełna tajność, szef instytutu, w którym chłopczyka zatrudniano, a więc jego bezpośredni przełożony. Nie ma cudów, przeciek musiał być robotą tego profesora. Ale pan profesor stwierdził, iż to absurd, chłopczyk fantazjuje, i uwierzono panu profesorowi, nawet nie wszczynając dochodzeń, choć było wielu świadków. Sprawę zatuszowano, a chłopczyk drugi raz podpadł temu profesorowi, wcześniej mu podpadł jako student.
- To jemu wytknął brak naukowej etyki?
- Innemu. Ale tego skompromitował podczas wykładu. Pan profesor, mówiąc o egiptologii, pomylił historyka sztuki Denona z rewolucjonistą Dantonem, oświadczył, że Danton należał do grupy naukowców, których Bonaparte wziął nad Nil, i żeby studenci mogli to zapamiętać, wykaligrafował kredą na tablicy: DANTON.
„Książę" spojrzał na niego jak na wariata:
- Drozd, czy ty...
- To fakt!
- To niemożliwe, profesor na wyższej uczelni?!
- To jest polska wyższa uczelnia i Polska Ludowa, szkolnictwo jest zdemokratyzowane i wyzwolone, w przeciwieństwie do sanacyjnego, więc czymże jest mylenie Corteza z Cortazarem za taki luksus, drobiazg. Nasz chłopczyk nie rozumiał tego, więc podniósł dłoń i zwrócił panu profesorowi uwagę, że przywódca Rewolucji Francuskiej, Danton, nie mógł jechać z Bonapartem do Egiptu, bo kilka lat wcześniej umarł w objęciach gilotyny. Pan profesor wkrótce wyjechał na gastarbeiterstwo, a jak wrócił, to został mianowany szefem tego instytutu, w którym chłopczyk dostał angaż. Dwa razy próbował go wyrzucić i dwa razy studenci zagrozili strajkiem, więc trzeba było cofnąć zwolnienie, bo nie chciano rozruchów na uczelni.
- Tak go lubią?
- Lubią to mało, jest przez nich... to znaczy był traktowany jak guru... Tam obowiązkowe są ćwiczenia, wykłady nie są obowiąz-
kowe, student nie musi na nie chodzić, wykładowcom nie wolno sprawdzać list podczas wykładów. A student jak to student, nie lubi się przemęczać, więc na wykłady nie chodzą, niejeden profesor przemawia do pięciu, sześciu osób, prawie do pustych ścian. Na jego wykłady dostać się było trudno, tłum, frekwencja dwustuprocen-towa, bo przychodzili też z innych uczelni, na przykład z Uniwerku, i nawet z innych miast. Jeździli z Wrocławia, Poznania, Krakowa czy Szczecina, tylko po to, żeby posłuchać, co on mówi.
- To inni profesorowie muszą go kochać!
- Właśnie! Mogą się tłuc między sobą, ale w jednym sztama, to jest solidarność w nienawiści ku niemu. Dlatego teraz nikt go nie bronił.
- A studenci?
- Wymówienie wręczono mu po rozjechaniu się studentów na wakacje. Dopiero za kwartał studenci wrócą. Cwany chwyt.
- Jak uzasadniono?
- Awanturnictwem, rozrabiactwem, te rzeczy.
- Musiał być powód.
- Były dwa. To są właśnie te dwie sztuki, o których jeszcze nie powiedziałem.
- Więc mów.
- Rok temu chciano zmusić chłopczyka, żeby zaliczył swój przedmiot studentowi, który w ogóle nie uczęszczał, nie przystąpił do egzeminu, nic. Chłopczyk odmówił, twierdząc, że byłoby to niemoralne wobec innych studentów, tych, którzy musieli chodzić i zdawać. Ale...
- Moment, nie tak szybko, kto go zmuszał?
- Dziekanat wydziału, potem rektorat, kilku profesorów, wreszcie nawet ministerstwo. Jasna rzecz, że nic oficjalnie czy formalnie. Uprzejme prośby, życzliwe rady, delikatne naciski, słodkie obietnice i odpowiednia dawka zawoalowanych gróźb. Wszystko na nic, nie zaliczył protegowanemu tylu person, zawziął się. Lecz oni wycięli numer pierwsza klasa. Dali tamtemu absolutorium i dyplom bez jednego zaliczonego przedmiotu, tłumacząc po fakcie, iż dziekanat ów brak przeoczył!
- Kto jest ten pupil? - Synalek jednego profesora, ogromne plechy, studia bez studiów. - No i co?
- I nic, za tę niesubordynację walnąć go nie było można, bo prawo było z nim, a z nimi bezprawie, gdyby wybuchła afera, zrobiłby się smród na cały kraj, łebki jakichś kozłów ofiarnych mogłyby polecieć. Trzeba było odczekać. Czekali na okazję. No i teraz doczekali się. Wziął udział w posiedzeniu, na którym prezentowano doktorat jakiegoś Syryjczyka. Nie lubi takich imprez, ale chciano cudzoziemcowi zapewnić duże audytorium i wprowadzono obecność obowiązkową. Syryjczyk zrobił pracę na szczeblu naszej podstawówki, nie przyjęto by go za nią do liceum, a miał to być doktorat! Nikt z utytułowanych dyskutantów nie ośmielił się tego wytknąć, więc zrobił to on, powiedział, że to, co tu widzi i słyszy, obraża i jego i uczelnię, że jest hańbą, by robiono farsy z doktoratów, tylko dlatego, że niektórzy panowie chcą wyjechać do egzotycznych państw na wycieczki. Rzucono się na niego z wrzaskiem, a wtedy eksplodował, wygarnął im, co o nich wie i co o nich myśli. Że na wydziale, którego zadaniem głównym jest dydaktyka, zepchnięto ją na koniec w hierarchii celów, bo królują takie sprawy jak: kto kogo wykoleguje i kto więcej razy chapnie zagraniczny wojaż - dołki, intryganctwo i przekupstwo. Że zagraniczni studenci korumpują nie tylko polskich studentów, lecz i kadrę dydaktyczną, to znaczy kupują za zielone projekty, rysunki, dyplomy, zaliczenia, wszystko. Że... zresztą, co ja będę powtarzał... no, ogólnie, że syf. Później, jak mu wręczali wymówionko, to usłyszał, że jest „ptakiem, co własne gniazdo kala". Na to on, że radiotelegrafista, który z tonącego okrętu śle sygnały SOS, to też ptak, co własne gniazdo kala. • - Umie się odszczeknąć - rzekł Karśnicki.
- I to jak! Miesiąc wcześniej była u nich telewizja, podsuwano dydaktykom mikrofonik pod nos z pytankiem: „Co by pan powiedział pierwszemu sekretarzowi KC KPZR, towarzyszowi Breżnie-wowi, gdyby mógł pan z nim osobiście rozmawiać?". Każdy truł gładko: „Życzyłbym mu dalszych, wielkich sukcesów...", „Podziękowałbym mu za...", „Poprosiłbym go o nie ustawanie w wysiłkach na rzecz światowego..." i tak dalej. Jego też zapytali, co by powiedział, jakby Breżniew przed nim stanął. „Powiedziałbym: oddaj Lwów!" - rzekł ten chłopczyk.
- Dlaczego mówisz o nim: chłopczyk? - spytał „Książę".
- Tak mi się zaczęło, przepraszam. Pan użył wyrazu profesorek...
- Też przepraszam, Drozd... Co można zrobić, aby odzyskał
etat? Może kanałem Związków?
- On nie należy do Związków, zresztą Związki palcem nie kiwną, wie pan...
- No to co można zrobić?
- Chyba nic nie można zrobić, od POP do ministerstwa wszyscy są przeciwko niemu.
- Każdego można kupić! A już za zielone...
- Zbyt dużo zielonych by to kosztowało, zbyt wielu draniom trzeba byłoby dać.
- Więc dasz! Mamy dolców jak lodu, uruchom to już dziś.
- Dziś nie mamy dolców, ani jednego dolca.
- Co ty pleciesz?
- Wczoraj „Petro" wypłacił cały nasz sezam, „Turek" i „Lolo" pozbyli się nawet drobnych, od innych „waletów" pożyczał ich własne, była jakaś nagła sprawa.
- Jaka sprawa, komu wypłacił?!
- Tego nie wiem, myślałem, że to na pański rozkaz...
Szef podszedł do telefonu.
To był właśnie ten moment, kiedy śmierć w jego patrzałkach robiła każdego miękkim - tobie nic nie groziło, a cykoria oblepiała cię w gęsią skórkę. Heldbaum się zjawił, przywitał i usiadł, a „Książę" jak gdyby nigdy nic:
- Panie Heldbaum, czy jest coś, o czym nie wiem, coś, co pan zataił przede mną?
Ten staruch był jak radar, wyczuł pismo nosem, dlatego nic nie kręcił, powiedział:
- Jest, panie Karśnicki.
- To niech mi pan o tym złoży raport, z uzasadnieniem, tak bym pojął, bo pojąć to wybaczyć, a nie pojąć, to nie wybaczyć.
- Dobrze, wasza książęca wysokość...
- Bez tych żartów, Heldbaum, żarty się skończyły!
- Dobrze, szefie.
„Petro" miał drżący głos, pierwszy raz miał taki głos od czasu rozmów w kajakowym hangarze nad Wisłą; czuł kalendarz i krzyżyk.
- Otóż... jak panu wiadomo, w tym kraju są dwie oficjalnie uznawane waluty, złotówka i dolar, czyli śmieć i pieniądz. Mówię, że oficjalnie, bo w końcu mamy dużo sklepów, w których można kupować tylko za dolary. Cinkciarstwo, rzecz prawem zabroniona, nie jest represjonowane. Powód? Jest kilka powodów. Najpierw fakt, iż czarny kurs zielonego to nieodzowny barometr ekonomiczny, pozwala orientować się w funkcjonowaniu rynku, bez tej ściągawki ich ślepota byłaby jeszcze większa. Po drugie przyszedł czas, by płacić odsetki od zmarnowanych pożyczek. Z tym jest kłopot, bo cały ten system gospodarczy to taniec w kajdanach, szansy nie widać. I wreszcie występująca czasami konieczność interwencyjnych zakupów, gdy trzeba płacić gotówką natychmiast, z dnia na dzień. Taka konieczność wystąpiła trzy dni temu, musieli zapłacić Duńczykom. Zużyli na to forsę z dolarowych kont A, lecz bank nie może przestać wypłacać posiadaczom wkładów, więc część brakujących rezerw uzupełniono zakupem u nas. Tu nie można się sprzeciwić, bo cinkciarz jest ich dolarową strażą pożarną, dlatego jest tolerowany i kontrolowany. Musimy się temu poddać, albo musimy odejść. Finansowo nie tracimy na tym, bo...
- A prestiżowo, panie Heldbaum?
- Prestiżowo?... To nie jest sprawa prestiżu, lecz taktyki, guma gdzieś się ugnie po to, by gdzieś indziej się wybrzuszyć. Musimy coś akceptować, chcąc iść do przodu.
- Do przodu pod cudzą komendą!
- Do przodu pod własną dalekowzrocznością, a przy cudzej pomocy. Jest to pomoc szczególnie ważna dla pana, panie Karśnicki, dla innego na pańskim miejscu nie byłoby to aż tak istotne.
- A czemuż to ja się tak wyróżniam?
- Bo pan jest filantrop, pan lubi pomagać, jak Robin Hood, taką terapię pan sobie wybrał na kompleksy. Pańska rzecz. Lecz idzie panu cienko, nawet forsa nie robi cudów tam, gdzie są bariery administracyjne. Załatwił pan dotąd czternaście telefonów, wyremontował osiem ruder, kupił dwanaście mieszkań, w tym siedem za dolce. Takich, którym należałoby pomóc, którym pan chce pomóc, są dziesiątki i setki. Chorych staruszków bez aparatu telefonicznego, małżeństw wielodzietnych w jednym pokoju, inwalidów bez szans na wózek inwalidzki... Szefie, ten ktoś, komu nie mogłem wczoraj odmówić, dał nam wybór: zapłata w złotówkach po czarnorynkowym kursie, albo czterdzieści mieszkań, w tym dziesięć czteropokojowych, pięćdziesiąt telefonów i osiemnaście wózków inwalidzkich. Co pan na to?... Aha, z tym profesorem to drobiazg, przywrócą go i przeproszą.
- Cudotwórca, psiakrew! - westchnął Karśnicki. - Brawo, panie
Heldbaum! To rozumiem, to jest prawdziwa solidarność. Jak pan to mówił? Solidarność plemienna? Plemienna solidarność SB-ków?
- Nie jestem SB-kiem, panie Karśnicki. Jestem wyznawcą rozsądku, to wszystko.
„Książe" odwrócił się do „Bankiera".
- Widzisz, Drozd, miałem rację. Każdego można kupić, łącznie ze mną.
I spytał Heldbauma:
- Kiedy będą kluczyki do tych lokalów, te aparaty i te wózki?
- Mogą być jutro, szefie.
Były nazajutrz. I tak się zaczęło. Ten nieznany typ, gdy tylko występowała potrzeba, robił każdy prezent, głównie z mieszkań, telefonów, koncesji, lekarstw, miejsc w sanatoriach i innych różności. „Batalion", co do jednego, otrzymał po M-5 i po talonie na Ladę.
- To dobry gość! - rzekł Jacuś, odbierając swoje kluczyki.
- Fakt, dobry człowiek, ma gest! - zawtórował „Walentino".
I odtąd mówiliśmy o nim: Dobry; „Dobry dał", „Dobry zrobił", „Trzeba Dobremu nadać tę sprawę" itp. Ja moje mieszkanko przepisałem dla Danki, tam miałem z nią zamieszkać, jak już weźmiemy ślub. Ale nic z tego nie wyszło, nigdy się nie ochajtnąłem. Jeszcze mógłbym, stary, lecz nie staruch, nie grzyb, tylko po co? Takiej kobity, co ja bym chciał, to chyba nie ma na tej ziemi. Widziałem tyle małżeństw i żebym choć jedno klawe widział. W ,-,Przekroju" był niedawno taki rysun: dwóch facetów popija przy barze i jeden mówi do drugiego: „Cały dzień chodziło mi po głowie, żeby zadzwonić do żony i powiedzieć: «A może byśmy tak zjedli wieczorem jakąś kolacyjkę na mieście?», ale później pomyślałem sobie: a na cholerę mi to...".
Kiedy już o tym wspominam, to opowiem, żeby mieć z głowy i nie wracać więcej do zakichanego romansu gówniarza „Fokstrota", co myślał, iż nie jest frajer, a był. Stara baśń: jeden tokuje, trajluje, całuje rączki, funduje kolczyki i wuzetki, dżentelmena odwala pod delikatność, a drugi rypie z doskoku, partyzant-ogier, i już ci zdmuchnął twój towar. Bo dla kobity delikatność, grzeczność, nienachalność i kultural-ność, to kupa słówek, one lubią mówić, że tylko to lubią, a jeszcze bardziej lubią, żebyś ty w to wierzył, i frajer w to wierzy. Ale życie to nie kino, tylko na filmach jest od cholery bab, które mają orgazmy z samych pocałunków, spojrzeń i uśmiechów. Te na widowni myślą lub nie myślą, bez znaczenia, bo równocześnie myślą ich tyłki, ich ciała, ich krew, i tego nie można oszukać, uciszyć, zamknąć - nie można wykiwać natury. Trafi się poeta, klawo, trochę bajeru robi nastrój, ale bez przesady, samo gadanie to ni pies, ni wydra. Jak się trynisz w majtki takiej delikatnej, toś łobuz, bo obrażasz jej cnotę, jej przyzwoitość i morał ność, ale jak tego nie robisz, toś dureń, bo obrażasz jej kobiecość, a tego ci ona nie wybaczy. Tym ćwierkaniem, tym kwiatkiem, tymi hamulcami, grzeszkami bezjaj, bez macanek, bez nachalstwa, wykopałeś sobie grób. Uwierzyłeś rytualnym piskom („Jak możesz, ja nie jestem taka!"), i książkom oraz filmom, w których sukami są wyłącznie dziwki, a obok sąjeszcze „przyzwoite kobiety", i jedne od drugich tak sakramencko się różnią, jakby tylko te pierwsze stworzył chłop za pomocą kutasa, a te drugie Pan Bóg ze swojej gliny.
Trzeba dorosnąć, ale jak przeskoczyć czas? Dorosnąć możesz na kopach, im więcej kopów zainkasujesz, tym bardziej jesteś dorosły, lecz na to trzeba czasu. A ja byłem szczyl. Szczylem można być w szkołach i po szkołach i po trzydziestu latach, na to nie ma wymiaru, zależy od tego, co ci pisane. Heldbaum kiedyś rzekł, iż do bab nadają się tacy, na których kobita działa uspokajająco, a nie faceci, co się pocą z nerwów, skaczą, podniecają, wkurzają i ślinią. Ja tam się nie ślinię i nie na-rywam, ale wśród tych nadających się nie jestem - lubię przerżnąć, ale nie lubię bab. To od czasu Danki, wszystkie wydają mi się wredne.
Pojechała na urlop (wczasy z funduszu zakładowego „Społem"); wraca i cyrk: chce się ze mną kocić! Zwąchałem, że coś tu nie tego, smród, no i miałem nos, a ona miała niefart, była w ciąży. Skatowałem ją tak, że do dziś mi wstyd. Wybiegłem z jej mieszkania i przy pierwszym skrzyżowaniu rozbiłem talonik od Dobrego na złom. Leżąc w szpitalu beczałem po nocach. A potem zacząłem pić - matko, jak ja chlałem, na umór! I Karśnicki zrobił mi kiblowego odwyka, to już znacie. Dwa razy w tygodniu musiałem chodzić na introligatorstwo, uczyć się, w domu czytać, taki reżim. Po trzech miesiącach sam umiałem oprawić kniżkę, Biruk mówił, że talent mam, i dobrze mówił. A czas robił swoje, potrafiłem się znowu uśmiechnąć.
Danka urodziła, „Moskit" widział ją z wózkiem. Ominęło mnie jajo: gdybym na nią wtedy wlazł, po jej powrocie z wczasów, wierzyłbym, że to moje! I chowałbym, karmiłbym, pieściłbym cudzego bachora! Tak jak „Książę", ale „Książę" z innego powodu - tak, to i ja mógłbym.
Była na Grochowie „rodzina zastępcza", której pomagał. Nazwisko: Głazek. Mieli dwanaścioro dzieciaków z Domu Dziecka, sierot i porzuconych (najpierw mieli pięcioro, ale jak im kupił domek z ogródkiem, to jeszcze siedmioro adoptowali). Rząd na wychowanie coś tam dawał, lecz z tego trudno wyżyć, fest pieniądz bulił „Książę". Nawet mleko dzięki niemu każdego dnia było ze wsi, bo sklepowe syf, pół na pół z brudną wodą, dawać to dziecku, to tak jak dawać pijakowi borygo („Ja rozumiem, że maszyn nowoczesnych nie potrafią wyprodukować, ale żeby po trzydziestu latach nie umieli dać ludziom mleka, to ja tego nie mieszczę na mózgu!" - mówił Drozd). Potem Karśnicki założył jeszcze kilka takich rodzin, kilkadziesiąt dzieciaków się załapało.
No i przychodzi Boże Narodzenie, a Karśnicki się odzywa:
- Zaproszono mnie do Głazków na wieczór wigilijny. Pójdę wraz ze Świętym Mikołajem. Panie Heldbaum, proszę zorganizować odpowiedni strój. Czerwony płaszcz, czapkę, brodę, wąsy, wszystko.
- Pan będzie Świętym Mikołajem? - spytał „Petroniusz". .
- Jestem za młody. Ale mam kandydata.
- Kogo?
- Święty Mikołaj musi być kimś, kto lubi rozdawać prezenty i kto jest z gruntu dobrym człowiekiem. Dobry by się nadawał.
- Pan żartuje!
- Ależ skąd! . Heldbaum pokręcił łbem.
- Nic z tego, on też jest za młody.
- No to zostaje już tylko pan!
I tak „Petro", ku swojemu zdziwieniu, został Świętym Mikołajem. Taką maską nie grał nigdy dotąd. Byłem tam z nimi; pięć worków zabawek!; dzieciaki oszalały ze szczęścia.
- Boże mój - wyrwało się pani Głazkowej - trzeba było to dać do Domu Dziecka, tam jest tyle tych bidul...
- Posłaliśmy im pełną furgonetkę - rzekł „Książę". - Po trzy zabawki na każdego.
- To o trzy za dużo. Bartuś nawet jednej nie zechce wziąć - rzucił gospodarz.
- Czemu? - zdziwił się Karśnicki. - Kto to jest?
- Chłopaczek, sierota. Piękne dziecko, ale inne.
- Co to znaczy inne?
- Inne, niż reszta dzieci... Wie pan, tam każde dziecko garnie się
do tych, co przychodzą, chce być tulone, całowane, pieszczone, szuka rodziców, raczki wyciąga, płacze... Tylko nie on. On nie prosi o nic. Dużo razy chciano go adoptować, bo to sama śliczność, ale on nie chce, ucieka, nie chce się garnąć, nie wyciąga rączek, nie daje się całować, to zraża chętnych. Ma takie wielkie oczy, dziewczęce, ale w tych oczach jest jakaś wrogość, jakby wszyscy zrobili mu krzywdę - mówiła gospodyni. - I nie przyjmuje żadnych prezentów.
- Trzech latek nie skończył, a twardy jak chłop, nie zapłacze nawet, jak się uderzy o coś - dodał gospodarz. - Dziwne dziecko.
Trzeba było aż dwóch tygodni i fury szmalu, bo adopcja to nie pestka, ale kupić można wszystko i „Petroniusz" to załatwił. Opiekunki zblatowane jak trza nagadały dziecku, że jego tatuś przyjedzie. Zawiozłem Karśnickiego i chciałem czekać.
- Wejdź ze mną - rzekł - fart będzie mi bardzo potrzebny. Zbliżył się do chłopaczka i przywitał:
- Cześć, Bartek! Nie było mnie długo, ale już wróciłem. Jedziemy do domu.
Maluch stał i filował na niego ogromnymi patrzałkami, w których była jakaś dziwna poważność i jakiś smutek, ale nie płaczliwy, tylko mądry. Miał prawie trzy latka. Powiedział:
- Ty nie jesteś moim tatusiem!
- Jestem, synku, tylko twarz mi się zmieniła.
- Po co?
Bartek nie znał jeszcze słowa „dlaczego", na wszystko, o co pytał, mówił: „po co?" („Po co nie możesz tego zrobić?", „Po co mama dziś nie przyjedzie?" itp.).
- Bo mieliśmy wypadek samochodowy, pamiętasz? - rzekł „Książę". - Moja buzia się wtedy popsuła, dostałem nową.
- Ty nie miałeś buzi... A mamusia miała buzię, ale spała. A mnie bolało. I było dużo dymu.
- Już cię chyba nie boli?
- Już nie.
- Mnie już też nie boli. Teraz mam nową twarz...
- Kto ci dał taką, Bozia?
- Bozia.
- Po co tak długo nie byłeś?
- Bo do Bozi jest bardzo daleko. Zawieźli mnie tam, żeby mnie wyleczyć, a teraz wróciłem do ciebie, żeby cię zabrać do domu.
A mama już nie śpi?
- Jeszcze śpi.
- Po co ona się nie obudzi?
- Kiedyś się obudzi i do nas przyjdzie. Dlatego musimy czekać na nią w domu, bo jakbyśmy czekali tutaj, to nie wiedziałaby gdzie nas odnaleźć, no chodź, idziemy, synku.
Wyciągnął rękę, mały podał mu swoją i ruszyli do wyjścia. Lecz nim doszli, „Książę" szepnął:
- Pożegnaj się, zrób pa-pa.
- Nie! - pokiwał głową maluch.
- Dlaczego nie chcesz zrobić im pa-pa?
- Bo oni nie są moją mamą, nie lubię ich. Chodźmy szybko do domu, będziemy czekać na mamę, żeby się przebudziła. Napiszemy do niej list, dobrze tato?
- Napiszemy, synku.
Zwariował dla niego. Co wieczór go usypiał, opowiadając mu bajkę (zawsze o tych samych czterech krasnoludkach, których wymyślił, o Gapciu, Pipeuszu, Bobaczku i Bimbaku, którzy mieli w lesie domek i przyjaźnili się z kupą zwierząt, z jeżem, krecikiem, zajączkiem, wróbelkiem Ćwirkiem, borsukiem, misiem Uszatkiem, słonikiem - „Książę" mówił: „słoninkiem" - bobrem, ślimakiem Chichą i wiewiórką), kąpał go, bawił się z nim i wybierał na spacer. Kupował mu zabawki, książeczki, ekstra ciuchy i takie żarła, iż bachory milionerów na Zachodzie lepszego nie szamają (banan, pomarańcza i mandarynka to były u nas jak marchew i ziemniaki, można się było nażreć i w końcu znudzić), wszystko „Pewex" i bazar, prosto z kapitalizmu. Mocowali się na dywanie i Bartek zawsze odnosił zwycięstwa, „zwalczał" Karśnickiego i „przywalał" do ziemi, a ten nawijał lub śpiewał rymem:
„Było nas kowbojów dwóch,
jeden dzielny, drugi zuch,
a ten trzeci zrobił buuuch!".
Albo krócej:
„Było dwóch, w tym jeden zuch,
a ten trzeci zrobił buuuch!".
I tu zgrywnie się przewracał, a Bartek hop! na niego. I śmiał się, a przedtem, w Domu Dziecka, nie śmiał się nigdy. Albo taki wierszyk:
„Bo był bardzo dzielnym zuszkiem,
drugi był to z brudnym uszkiem,
trzeci to był z grubym brzuszkiem,
czwarty z łysym był pępuszkiem,
piąty skaramuszkiem był i rozrabiał ile sił!".
Zapytałem kiedyś, co to jest „skaramuszek", czy to od much?
- Nie, to od pajaca z komedii włoskiej kilkaset lat temu - wyklarował mi „Książę". - Coś jak arlekin.
Pogrzebałem w encyklopediach i znalazłem. Bartuś mnie nie lubił, nie chciał się ze mną prać, lub ganiać. Lubił Mańkę, a Mańka lubiła jego, opiekowała się nim jak własnym. Śpiewała mu:
„Na Bartusia z popielnika
iskiereczka mruga,
chodź opowiem ci bajeczkę,
bajka będzie długa.
Żyła sobie raz królewna,
pokochała grajka.
Król wyprawił im wesele,
cyt! - skończona bajka".
I jeszcze jedną: „Aaa, kotki dwa, szare bure obydwa...". Karśnicki przekręcał to, mówiąc do Bartka: „my dwa, szare buranki obydwa!", lub: „szare buraczki obydwa!", i mały paplał wciąż: „My dwa!".
Po śmierci Karśnickiego Dorota wzięła chłopca na wieś, miała tam kogoś z rodziny. Widziałem ich zeszłego roku przy grobie „Księcia". Znów ma te gały jak dwie studnie z trucizną. Nawiewało wśród grobów, wiatr niósł suchy pył i kawałek tamtej melodyjki, w której było proroctwo: „...a ten trzeci zrobił buuuuch!"