VII

Stary miał „zdjąć delikatnie parasol" znad Durowicza i w dzień po tym, jak „Książę" stał się „Księciem", zameldował, że fertig. Delikatność tego numeru nie dawała się skontrolować, bo nikogo z nas nie było przy tym. „Książę" spytał:
- Gdzie pan prowadził rozmowy z milicją?
- W ogóle z nimi nie rozmawiałem. Rozmawiał z nimi Tołpik, przyjaciel Durowicza. Tołpik miał w ręku kontakt z Cyrylem i Metodym i dalej go ma, ale już dla kogoś innego, dawny boss przestał go obchodzić.
- Przyjaciel!
- Nikt tak pięknie nie zdradza jak przyjaciel, panie Karśnicki, żadna nowość - uśmiechnął się Heldbaum.
- Czego oni żądają?
- Kto?
- Milicja!
- Niczego nowego. Chcą, żeby było po staremu.
- To znaczy jak? Chcą mieć kontrolę?!
- Jaką kontrolę? Coś takiego nigdy nie istniało. Chcą mieć spokój.
- Zaraz, panie Heldbaum! Czy mam rozumieć, że możemy bawić się we wszystko, co nam się żywnie podoba?
- W granicach rozsądku.
- A kto wyznacza te granice?
- Nasza inteligencja oraz nasz instynkt samozachowawczy.
- A jeśli nam zabraknie obu tych cnót?
- To może nas kosztować drożej niż regularny haracz w postaci
„odpisu dewizowego" dla stróżów moralności.
- Krótko mówiąc: aparat ścigania przestępstw nie wtrąca się do przestępstw?
- Wtrąca się w wymiarach koniecznych dla statystyki i dla gazet.
- I ja mam w to uwierzyć?
„Petro" nie wytrzymał i wyszedł z nerwów:
- Przecież to jest tak oczywiste, że nawet dzieci to widzą raz tylko ujrzawszy bazar! Dziwię się, że przy pańskim mózgu, który jest grubo ponad przeciętnym ilorazem... Niech pan spojrzy na bazar! Każdego dnia spekulanci wystawiają deficytowe dobra, koszone spod lad i z zapleczy państwowych sklepów, z państwowych magazynów, z państwowych hurtowni, z państwowego transportu, od szynek do skarpetek, poprzez wszystko, ale to dosłownie wszystko, czego w sklepach brak i co podlega reglamentacji. Jest to wciąż chłostane na łamach dzienników i ekranach telewizorów, a spekulant bez żadnych przeszkód uprawia swój proceder, krzykiem reklamując towary! Jednocześnie w tych samych gazetach czyta pan, że za kradzież dwóch butelek alkoholu skazano kogoś na rok, dwa lub trzy, plus przepadek całego mienia! Taki sam wyrok dostaje babcia, która w swoim mieszkaniu handluje wódką. Wniosek? Babcia i ten pijak, co rąbnął dwie flaszki, robili to, co robili, pokątnie, a ich działalność nie przynosiła pożytku propagandowego. Spekulantów można byłoby skasować w mig, wyrżnąć w pień, jak to mówią, ale trzeba byłoby najpierw chcieć to zrobić. Dlaczego władza nie chce? Bo w to, że nie może, nie uwierzy nikt, kto ma ciut oleju. Może, może, psów jest dość. Nie chce. Straciłaby alibi. W sklepach wszystkiego brak, bo wykupiły te cholerne spekulanty! Gdyby nie oni, wszystkiego byłoby w bród! Błogosławiona spekulacja! Nie kasuje się sprzymierzeńców...
- To rozumowanie głupich!
- Głupi są zawsze i wszędzie ogromną większością, a demokracja ma za podstawę większość.
- To samo powie mi pan o rozbojach, kradzieżach, wszelakich bandytyzmach... o grubej przestępczości.
- Co mam powiedzieć?
- Że też błogosławiona.
- Po trzykroć błogosławiona! Proszę sobie wyobrazić AIDS antykryminalny, pomór przestępców, wyginęli do ostatniego! Trzeba
rozwiązać milicję! Zostałaby tylko drogówka. A nie żartując: jak przy drastycznym spadku przestępczości można byłoby tłumaczyć utrzymywanie armii milicyjnej, która jest podporą dyktatury proletariatu? Cóż lepiej wywołuje tęsknotę za twarzą milicjanta, niż gęba przestępcy? Społeczeństwo permanentnie nękane przestępczością nie musi kochać milicjanta, wystarczy, że pragnie go mieć. Powyżej pewnego progu przestępczości siły represyjne to nie banda zamordystów, lecz. obrońców. I o to chodzi. Przestępca jest dla MO tym, czym diabeł dla egzorcysty - partnerem warunkującym sens bytu. Nie kasuje się wspólnika...
- Wszystko to jest rzeczą oczywistą, ale dotyczy gwałtów, rozbojów i włamań! Zorganizowana przestępczość...
- Zorganizowana przestępczość ma też dużo zalet, bez których socjotechnika władz ludowo-demokratycznych nie może, lub nie chce, funkcjonować. Nie jestem władzą, więc nie znam wszystkich sekretów i wszystkich odpowiedzi. Ale mam wzrok. Widzę na przykład, że przed każdym z „Pewexów" i banków roją się hordy cink-ciarzy. Działają tak otwarcie, że wprost legalnie! Jest to przestępczość zorganizowana w pełni, nie ma tam miejsca dla wolnych strzelców spoza hierarchicznego układu, wszyscy o tym wiedzą. Wiedzą, że jeśli nawet, z rzadka, ktoś zostanie aresztowany, to był amator spoza układu, lub dureń, który podpadł szefom. Proceder jest jawny, uliczny i niedotykalny! Nie karane codzienne przestępstwo na oczach tłumów! Wniosek? Wniosek wyciągnij pan sobie sam.
Wniosek... Jak już poznaliśmy wszystko, do spodu (trochę miesięcy to zabrało), przyszedł i taki wniosek, że prawie każda przestępczość jest „przestępczością w pełni zorganizowaną". Spekulacja również. Ta gruba - telewizory, pralki, lodówki, maszyny do szycia, każdy Meksyk na elektryczność. Kierownik sklepu i ekspedient nie wie, kiedy przyjdą charakterne towary, to samo informacja handlowa, pełny burdel, nikt nic nie wie, wiedzą tylko spekulanci, których szefostwo ma zblatowaną służbę zbytu u producentów. Jest cynk i jest rozkaz, po którym zawodowi „stacze" formują kolejkowy ordnung, ze „społeczną listą", frajer rzadko na nią trafi.
A jak wtenczas zapanowała cisza po ostatnim zdaniu starego, to nasz wódz miał już ostatni, najostatniejszy czas, żeby wyciągnąć wniosek: olewam taki układ, beze mnie, cześć wam panowie magnaci! Bałem się, że tak zareaguje. W jego milczeniu ta myśl była. Ale
zaszedł już zbyt daleko, już nie mógł, bo wcześniej zdecydował i nastawił swój organizm jak sikor na tę grę; chciał to zagrać, chciał, żeby szara nuda zamieniła się w coś nierealne, szajbnięte, filmowe, kto by nie chciał? I może to, co powinno było go odrzucić, cień glinolandu, może to go właśnie rajcowało: zatańczyć z każdym, z nimi też!
Heldbaum, bojąc się owej ciszy, z tego właśnie powodu, że wniosek mógł być: pas! - przerwał ją:
- Durowicz jest mój. Gdzie go panu przywieźć?
- Do tej cegielni. Bardzo ładna scenografia. Głos ma tam echo... - rzekł „Książę".
Pierwszym, którego zakatrupił, był Benek „Kosa", wtedy na „mordopraniu". Ogólny łomot i przypadek. Durowicz był drugi, ale jego nie przez przypadek. Może gdyby Durowicz błagał, to by się uchował, ale on nie tryfił, pyskująca bezczelność. Dali mu po ryju, a rura nie zmiękła mu nic a nic. Gdy chcieli poprawiać, „Książę" nie dał:
- Dość! Zostawcie mnie z nim. Czekajcie przy samochodach.
Wyszliśmy przed cegielnię, na podwórko. Coś strasznego wisiało w powietrzu. Dobiegł nas skowyt, jakby ktoś dusił kota, i wyszedł Karśnicki.
- Zakopcie go! - rozkazał, po czym wsiadł do wozu. W wozie Heldbaum zaczął mu tłumaczyć:
- Tak nie wolno, to zbyt niebezpieczne! Każdego można usunąć, lecz nie w ten sposób! Śmierć ma być naturalna! Na skutek zawału lub w kraksie samochodowej, jest wiele metod... Ale człowiek nie może znikać, bo potem dużo kosztuje zaklajstrowanie sprawy!
- Stać nas! - warknął „Książę". - Masz miesiąc! Za miesiąc chcę mieć nazwiska i adresy tych, którzy dokonali gwałtu! Powiedziałeś, że kiedy Praga stanie się moja, nie będzie z tym trudności. Praga jest moja. Miesiąc!
Listę nazwisk Heldbaum przyniósł po tygodniu. Z adresami był kłopot, chłopcy już zmienili adresy. Prócz jednego. Ten nie miał kulasa, oberwał sobie, grzebiąc przy znalezionym pocisku. Na rozkaz „Księcia" wrzucono go w Jeziorko Kamionkowskie. Utonął, nie umiał pływać, a do tego z jedną girą... Pozostałych adresów trzeba było szukać. Miesiąc.
Przez ten miesiąc Karśnicki też zmienił adres: Rosuniowa willa
stała się jego willą, wszystko po legalnemu, papierki, stempelki, żadne Mellerowe fałszywki - saskokępski pałac dla „Księcia". „Petro" załatwiał to od A do Z; „Petro" coraz więcej załatwiał, był w ciągłym ruchu i to go odmładzało, promieniował z satysfakcji. Cieszył się, że szef tak mało się wtrąca, jakby nie wiedział, że to tylko do czasu...
Karśnicki zajął się chatą. Dwóch kierowników „Desy" dostało w łapę i willa przemieniła się w muzeum: antyki, obrazy w starych ramach, „persy" i „afgany" na podłogę, Matko Boska jaki Meksyk, Heldbaumowy Sezam był przy tym ruderą! Troje mieszkańców: on, 'służąca i ja. Dostałem własny pokoik! Kilka było też dla chłopców z „batalionu", jak któryś chciał albo musiał przenocować, lub pomieszkać kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt dni. Zawsze ktoś się znalazł, ktoś czekał w kolejce, nawet nie za potrzebą, lecz radochą, to był szpan z nim mieszkać.
Służącą naraił „Ogień". Była ze wsi (co się dawało spostrzec po łydach, tylko u wiejskich dup jest taka słoniowa gicz), ale mieszkała w Warszawie, bo tu się przeniósł jej stary, aktywista ZMS, teraz urzędnik w Dzielnicowej Radzie Narodowej. Tyranizowałją, prawie » nie wypuszczając z domu, który mu prowadziła. Wolno jej było chodzić tylko na mszę i do spowiedzi, to był jej ukochany świat, pobożność zastępująca seks. Seksu nienawidziła, może przez jakąś palmę (są takie kobity, co się rodzą bez tego chcenia do chłopów), a może przez to, że ojciec sprowadzał to kurwę, to urzędniczkę z DRN, i rypał na jej oczach, a one traktowały dziewczynę jak pomiotło: „daj!, weź!, wyjdź!". Gdyby nie konfesjonał i Pan Jezus na ołtarzu, zadźgałaby tatusia nożem kuchennym, tak był kochany przez nią. Miała lat trzydzieści sześć i nie miała dokąd uciekać. Aż Stasiu, który ją zaczepił, jak zobaczył dławiącą się łzami pod kościołem św. Floriana, wskazał jej możliwość:
- Chodź pracować do lepszego człowieka, będziesz miała i na sukienkę i na tacę podczas mszy!
„Petro" chciał dać „Księciu" jakąś inną, swoją, więc tamta mu nie podchodziła. Sprawdził co i jak z tatusiem.
- Homunculus robotniczo-chłopski, ćwierćinteligent w pełnym tego słowa znaczeniu! - zawyrokował. - Model klasyczny dla naszych czasów, o bardzo małych wrodzonych talentach i wielkich żądaniach, snutych na wybujałym poczuciu praw i małym zrozumieniu obowiązków. Urzędnik-dyktator, zamordysta w pracy i w chałupie. Przez takich jak on, na wszystkich szczeblach, aż do najwyższego, ten kraj jest źle rządzony, ale jeśli takich się obsadza, to widocznie komuś zależy, aby tak było, widać ten kraj ma być rządzony źle. Miniatura Gierka, nawet prezencję ma niezłą. Groźny przeciwnik, bo uparciuch, złośliwiec i pieniacz, jak odbierzemy mu jego własność, to się wścieknie...
- Więc go uspokój! - przerwał Karśnicki. - Uspokój go tak, żeby mu się odechciało walczyć, pokaż mu kto jest panem! Albo zwińmy nasz kramik, uznając, że pierwszy lepszy gnój może nam mieszać tylko dlatego, iż nad jego biurkiem wisi ptak państwowy!
Heldbaum milczał przez parę chwil, a potem mruknął:
- Będzie zrobione, szefie!
I Mańka Dorot zamieszkała w pałacu. Kobieta-anioł, wszyscy ją polubili od pierwszego spojrzenia. Ją i jej wieczny uśmiech, bo ciągle się śmiała - tak ją to bawiło, że czyściec ma już odpracowany, a teraz nastał raj w nagrodę.
- Uczciwy tłumok, skarb! Uczciwa gosposia to dziś cholerna rzadkość! - chwalił sam „Petroniusz".
- Skąd pan wie, że uczciwa? - zdziwił się „Dżek". - Bo wciąż obraca różańcem? Czy dlatego, że jeszcze nie zdążyła rąbnąć sztućców?
- Dlatego, że wciąż się śmieje! „In risu veritas"! Śmiech jest uczciwością! - zaśmiał się „Petro" od małżowiny do małżowiny.
Polubiła ją też pani doktor. Jak pierwszy raz weszła, „Książę" ucałował ją w dłoń i rzekł:
- Pachniesz psami.
- Bo ja jestem psiara.
- Znowu ci przybyło?
- Kundelek. Żebyś wiedział jaki mądry!
- Jak kundel.
- Jak kundel, to najmądrzejsze z psów.
- Więc i ja jestem kundel.
- Chciałbyś! Megaloman!... Boże, ile tu metrów, to prawdziwe zamczysko! Fajnie jest mieć stryjów za oceanem!
Karśnicki jej nabajerował, że spadek od stryja w Chicago! Jakby powiedział, że od ciotki na Marsie, to mogłaby mieć wątpliwość, ale u nas co drugi ma amerykańskich wujów, więc dlaczego on miałby nie mieć?
- Skropimy dziś ten pałacyk! - zakomenderował. - Klubowy kumpel przywiózł wicemistrzostwo stamtąd, gdzie ślimak i żaba pływają w winie. I przywiózł jeszcze coś, coś dla nas. Cudo! Beaujolais, zbiór z zeszłego roku!
- Nie szkoda? Taki młodzik, niech poleży! Za sto lat zrobisz nim furorę, podając paniom, których dziadkowie już żyją, ale rodzice nie przyszli jeszcze na ten padół.
- Im młodszy rocznik Beaujolais tym smaczniejszy, to osobliwość tego wina! Głupcy żądają starych roczników, nie wiedząc, że ono z wiekiem traci swoje zalety...
- Widzisz, jaka jestem głupia! Im starsza, tym głupsza.
- I dlatego z wiekiem zyskujesz, mądrość to kalectwo dam! Płoszą tym samców! A ja przy tobie czuję się bezpiecznie! Jak już do końca się ogłupisz na starość, wezmę z tobą ślub.
- To dlatego, że trzeba być zupełnie głupią, żeby za ciebie wyjść?
- Zgadłaś. Uśmiechnęła się oczami.
- Teraz, gdy masz dom, powinieneś już kogoś sobie znaleźć i mieć...
Zamknął jej dłonią usta.
- Ożeń mnie z którymś ze swoich pupilów. Przyda się w takiej chałupie. Będę miał wciąż twój zapach... Tylko nie z suczką, bo lubię inteligentne dialogi!
To był wilczur, czwarty lokator. Wybredniak! Jednych lubił, a drugich nie lubił. Karśnickiego lubił, „Ognia" lubił, Mańkę lubił i „Dżeka" też. Heldbauma nie znosił, na „Moskita" i Jędrka „Kuśkę" warczał, Heńka „Pelego"dziabnął zębem. Mnie nie lubił, skurwysyn! Ale to mi wisiało jak kilo kitu, jak nać, paszoł won! Przy Karśnickim był mus udawać, że kocham zwierzę, i się martwić: „Dlaczego Cyc na mnie kły wyszczerza?, kochany piesiulek!...". Cyc to był skrót od Cyceron, „Książę" tak go ochrzcił.
Największa zgaga zeszła mi wtenczas z życiorysu: wojo! Dostałem kategorię D! Heldbaum to załatwił, miał wejścia. Potem załatwiał innym chłopakom, nikt z nas nie poszedł w mundur. Lecz jeden poszedł w habit, a to jest też mundur i szereg, tylko na inną melodię się śpiewa, kolędy zamiast marszów. Dla mnie to nie był szok, ale panowie karatecy długo nie mogli się wyprostować. „Templar" wyciął im ten numer.
Mariusz „Templar" („Święty") to był dziwny zawodnik, świrus. Najmował się do nocnych prac w szpitalach; jak przyjeżdżał do naszego kraju ten magik-uzdrowiciel, Harris, to przy nim się pocił; krew oddawał za friko, i takie różne. Nie chciał robić przedstawienia ze swej sprawy, nie powiadomił kolegów (może się bał, iż będą naciskać, prosić, kombinować) - przyszedł wieczorem do Karśnickiego, aby zdać kasę „batalionu" i oznajmić, że wycofuje się od zaraz. Moja i Heldbaumowa obecność mu nie przeszkadzały.
- Masz prawo - powiedział „Książę". - I masz powód. Jaki on jest?
- Wyjeżdżam, wstępuję do klasztoru, daleko, nie w Warszawie. Mam pociąg dzisiaj w nocy.
- To skutek, mnie interesuje przyczyna.
- Było dużo przyczyn. Planowałem to od długiego czasu, ale nie potrafiłem się zdecydować. Teraz się zdecydowałem.
- Jeśli tak dużo, to wymień kilka.
Chomicz spuścił wzrok.
- Muszę?
- Nie musisz. Proszę cię o to, „Święty". Ale nie musisz.
- Wie pan... mój charakter... on był jedną z przyczyn. Moja psychika. We mnie zawsze był zakonnik, zawsze śnił mi się klasztor, ja chcę tam być... Gdybym mógł, to bym naśladował świętego Franciszka z Asyżu, ale do tego trzeba być świętym nie tylko z nazwy. I w tych czasach się nie da, bo by mnie zamknięto w domu wariatów. A ja nie chcę być w domu wariatów. Chcę być za murem, świat to wielkie zło, które mnie odrzuca. Ale nie w domu wariatów i nie w więzieniu... Potrzebuję ciszy, żebym mógł usłyszeć Jezusa, bo jak dotąd mi się to nie udało.
- Mówisz o wielu powodach. Czy wśród nich i ja jestem?
- Jest pan wśród nich. Kiedy zapatrzyłem się w pana, chciało mi się jeszcze biegać na zewnątrz muru. Ale pan już nie jest tą osobą, w której się kochałem. Pan zabija! Może i ja bym zabił, gdyby skrzywdzono kogoś mi bliskiego, może, bo w amoku łatwiej jest zabić, niż nie zabić. Ale minęło tyle lat! A pan to robi, jakby minęło dziesięć minut. I czerpie pan z tego rozkosz. Jest pan okrutny. To się panu podoba, więc będzie pan coraz bardziej okrutny. Nie mógłbym na to patrzeć... Będę się modlił za pana. I za chłopaków.
- Oni wiedzą? - spytał Karśnicki.
- Nie wiedzą. Nie chcę się z nimi żegnać, bo musiałbym tłumaczyć, a tłumaczyć, to agitować. Nie chcę ich agitować przeciw panu.
- Zostaw adres. - Na co?
- Może po latach któryś zechce cię odwiedzić...
- Nie życzę sobie, by mnie odwiedzali.
- A przyjaźń?
- Wolność jest ważniejsza niż przyjaźń.
Odszedł i zostaliśmy w milczeniu, którego ja nie ośmieliłbym się przerwać, ale „Petro" bał się takich milczeń, skracał je, gdy tylko mógł. Teraz wyjął z biblioteki któraś z knig, otworzył, gmerał i znalazł to, co chciał znaleźć, a jak znalazł, to zaczął głośno czytać, lecz nim znalazł, gmerając mówił:
- Sloganiarstwo! Dureń!... Wolność jest ważniejsza niż przyjaźń!... Jak z kabaretu, o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkanocnymi!... Gdyby mu chodziło o przyjaźń z ZSRR, to owszem, wolność jest ważniejsza, ale w jego przypadku?... Mam! Czegóż to naucza mędrzec Machiavelli? Tak pisze!
I przeczytał:
- „Powiadam, że pragnieniem każdego księcia powinno być, aby rządy jego słynęły z ludzkości, nie zaś z okrucieństwa. Niemniej wszakże książę musi się strzec, aby tej ludzkości źle nie używać. Cezar Borgia uchodził za okrutnego, lecz to właśnie okrucieństwo jego przyczyniło się do zjednoczenia Romanii, do zachowania jej całej w pokoju i w lojalności. Gdy się postępowanie jego zważy w skutkach, okaże się, że było ono o wiele bardziej ludzkie, niż polityka Florencji, która, aby uniknąć miana okrutnej, dopuściła się zburzenia Pistoi. Nie ma tedy co lękać się książę miana okrutnika, jeśli chce poddanych utrzymać w posłuszeństwie i jedności. Łagodniej postąpi kilka wymierzając kar srogich, niźli przez niewczesne pobłażanie dopuszczając do rozruchów... Pośród wszystkich książąt najtrudniej bywa uniknąć sławy okrutnika temu, kto nowe państwo buduje, gdyż położenie zmusza go do łamania mnóstwa niebezpieczeństw... Księciu na świeżym tronie nie wolno przestrzegać reguł li-tylko dobroci. Co jest dla księcia lepsze? Czy to, by go kochano, czy też to, aby się lękano? Odpowiedź brzmi, że i jedno i drugie jest pożądane. Ponieważ jednak trudno sprawić, ażeby miłość szła w parze ze strachem, to o wiele bezpieczniej jest być przedmiotem strachu niż miłości, skoro jedno z tych dwu uczuć ma nie dopisać. O ludziach bowiem da się to w ogólności powiedzieć, że bywają niewdzięczni, zmienni i obłudni. Póki im świadczysz dobrodziejstwa, są tobie oddani, lecz ta wdzięczność w godzinie próby kruszy się łatwo na skutek złych skłonności człowieka, mocniej utrzymuje niesłabnąca groźba kary. Jeśli książę stoi na czele wojska, wówczas obowiązkiem jego bywa nie cofać się przed opinią człowieka okrutnego, gdyż bez takiej opinii nie podobna wojskowych utrzymać w karbach posłuszeństwa. Wszelako budząc postrach nie powinien książę budzić przeciw sobie nienawiści, gdyż można być przedmiotem strachu nie stając się przedmiotem nienawiści... Streszczając rozumowanie powyższe zamykam je wnioskiem następującym: skoro sympatie ludzi zależą od ich skłonności, zaś postrach spoczywa w ręku księcia, rozumny tedy książę polegać będzie na tym, co należy do niego, nie zaś na tym, co należy do świętych, unikać tylko będzie ściągania na siebie nienawiści, jak wyżej powiedziano".
Dziś, gdy to przepisuję (z „Księcia" w tłumaczeniu Wincentego Rzymowskiego), zauważam, iż stary znowu dał fałszywkę. Tu napisano: „co należy do innych", on zaś zmienił na: „do świętych", żeby Mariuszowe nie było na wierzchu, to jest, żeby racja Mariuszowa została tylko Mariuszowa i żeby Karśnicki nie brał jej pod uwagę. On wciąż milczał, więc „Petro" dorzucił:
- To najmądrzejszy z poradników i w ogóle ozdoba literatury. Przy tej książce większość książek winna mieć za motto zdanie, od którego w 1760 roku Imci Pan Michał Słoński zaczął wstęp do swego dzieła: „Czytelniku łaskawy, to idyotyczne y nikczemne Dzieło moie...". Szkoda, iż styl przekładu jest nędzny, językowe niechlujstwo Rzymowskiego...
Karśnicki podniósł nań wzrok, jakby dopiero usłyszał, i rzekł:
- A co mówi ów poradnik o książęcym ministrze, panie Heldbaum? Proszę mi dać...
„Petroniusz" podał książkę Karśnickiemu, a ten, szukając krótko, znalazł i przeczytał:
- „Jeśli tylko książę potrafi odróżnić, co jest dobre, a co złe, to nie będąc nawet geniuszem słusznie ocenić jest w możności postępowanie swych ministrów... Lecz w jaki sposób książę poznać się może na wartości ministra? Oto sposób jeden, niezawodny. Zwróć uwagę na to, czy nie zajmuje się on więcej sprawami własnymi niż sprawami
księcia. Jeśli w swym postępowaniu dba on o własną tylko korzyść, to nie może być dobrym doradcą i nie zasługuje na zaufanie".
Skończył i oddał staremu, ale „Petro" nie włożył jej na półkę, tylko sięgnął po kolejny cytat:
- „Rzeczą już księcia jest pomyśleć o losie ministra, kiedy minister sam nie dba o siebie, wyposażyć go w dobra i zaszczyty. W ten sposób książę odejmie mii wszelką chęć poszukiwania na innej drodze bogactw i zaszczytów, przede wszystkim zaś zaszczepi mu strach przed jakimkolwiek przewrotem w państwie niebezpiecznym dla księcia, któremu służy. Jest to jedyny sposób nawiązania między księciem a ministrem jego zaufania, które dla obu stron zarówno jest korzystne i zaszczytne".
Jakby chcieli, to by mogli bez końca gadać nie mówiąc, lecz czytając, zupełnie jak Marcin „Moskit" i Tomek „Wuj", obaj wielbiciele Presleya i obaj twierdzący, że Elvis powiedział wszystko tekstami kilkuset piosenek (czasami robili taki zgryw: trzeba im było dać temat, nieważne jaki, od seksu do samochodów, a oni przez kwadrans prowadzili dialog na ten temat cytując tylko kawałki z piosenek Elvisa; nazywali to „presleyowaniem").
Karśnicki wrósł w fotel. Nie wstawał, gryzł zapałkę za zapałką, czekał? Nikt nie miał przyjść, więc na co mógł czekać? „Petro" bał się go zostawić w tym nastroju i nie odchodził. Mańka Dorot podała kolację (zaczęły się cymes kolacje, śniadanka i obiadki, jej menu było uuuuch!). Jedliśmy we trzech, ale jak trzech szama i wszyscy milczą, to nic nie smakuje. Spytałem, czy można zapalić telewizor. Przez cały wieczór gapiliśmy się w ekran, aż do hymnu! Cuda chodzą po ludziach, bo „Książę" był wróg telewizji, a nie wstawał! Siedział, międlił zapałkę i filował, jakby to go rajcowało. Nigdy przedtem i nigdy potem, tylko tego wieczoru! Nic nie mówił. Czasami tokował „Petro", te swoje trele-mądrele, bez których by umarł, jak wąż nie mogący wysuwać języka poza pysk.
Najpierw był polski serial. Tytuł zapomniałem (ja zapomniałem!, ja, chociaż mógłbym powtórzyć słowo w słowo setkę dialogów z tamtych lat, niczym gość, który recytuje „Pana Tadeusza" pod konkursowe jury!). Pierdolec, bezdenne dno, kuku na muniu! Redaktor Maj załatwia element imperialistyczno-faszystowski w dewizowych krajach, piąchą, girą i spluwą, seryjnie oraz indywidualnie.
- Kurwa, kto to zrobił?! - jęknąłem przy kolejnym takim numerze jak „być albo nie być" w szkolnym przedstawienu „Hamleta" na sali gimnastycznej.
- To nie robi ktoś, tylko coś. To coś nazywa się społecznym zapotrzebowaniem, synku - rzekł „Petro". - Ale tak jest nie tylko u nas. Tak musi być. Filmy są coraz gorsze, książki są coraz gorsze, dziewięćdziesiąt procent ludzi w cywilizowanych krajach czyta tylko komiksy, ogląda seriale dla przygłupów i gapi się w wideo. Poziom trzeba obniżać, gdyż liczba głupich niepowstrzymanie wzrasta, a wzrasta, bo beztrosko mnożą się tylko biedni i tępi, warstwy oświecone cechuje lenistwo na polu rozrodczości, przez co wciąż zwiększa się dysproporcja...
Po filmie szedł program kulturalny, z różnych kawałków („Pegaz" mu było), a w nim dyskusja o „rozwoju marksistowskich koncepcji waloryzowania struktur artystycznych".
- To też serial. Pycha! - cmoknął „Petro". - Codzienny odcinek „Dyskutantów", każdego wieczoru biją jakąś pianę, udając myślicieli. Myślenie obowiązkowo dialektyczne! Nieustanna konfrontacja między fanatykami a kretynami, pojedynek tych, którzy mają to samo zdanie na zadany temat.
A kiedy w tej „dyskusji" ktoś napomknął bez entuzjazmu o jakimś przedwojennym facecie, już nie pamiętam, chodziło chyba o twórczość teatralną, czy „rozwój życia teatralnego", „Petro" zauważył:
- Jakby był Żydem, to miałby już kilka pomników! Nie mogłem się powstrzymać:
- I pan to mówi?
- A kto ma mówić? Goje tak myślą, ale mówić im wstyd. A ja mogę.
- Dlaczego wstyd? Wielu tak mówi, słyszałem nie raz...
- Mnie chodziło o gojów-intelektualistów, „Fokstrot". Prostak głośno przeklina Żyda. A nieprostak tylko w myśli, bo panicznie się obawia, żeby go nie posądzono o rasizm. Nikt wykształcony nie chce być antysemitą. Ze wszystkich wynalazków, jakich Żyd dokonał, z Einsteinowskimi włącznie, ten knebel jest wynalazkiem najsprytniejszym. Autoknebel. Racja i prawda mogą być po stronie gojów, a ci założą sobie ów knebel, bo się wstydzą. My was możemy nie lubić, a wy nas nie, antysemityzm rzecz wstrętna!... Piękny numer!
Mańka, sprzątając ze stołu po kolacji, wtrąciła swój głos:
- Żydy są psie krwie, proszę panów, Chrystusa zamordowały!
- A co miały robić z Chińczykiem? - mruknął Heldbaum.
- Niech pan nie będzie taki mądry! Ja wiem, że Chrystus też był Żyd! Ale to był inny Żyd!
- Finezja interpretacyjna i geniusz retoryczny soborów mówi przez ciebie, niewiasto. Wniebowstąpisz! Pod warunkiem, że przyniesiesz nam teraz kawę.
Odtąd Heldbaum nie miał już czego szukać u służącej Karśnickiego.
Na końcu były ostatnie wiadomości, Dziennik przed północą. O Gierku. Gierek mówi. Gierek patrzy, Gierek zwiedza. Sztygarzy biją mu brawo i skandują. Ziewający dyskretnie (grabula na dziobek) Heldbaum przyłożył:
- Kolekcja zbawicieli ludu! Najpierw nikomu nie znany agent, potem nawiedzony asceta, teraz głupi górnik. Następny powinien być strażakiem!... Edzio to największy farciarz z dotychczasowych, potworny głupek, ma typowy fart głupiego, nawet w tym systemie jest to Nikodem Dyzma wśród czerwonych wodzów!
No i hymn.
- Wstań, „Fokstrot" - rzekł Heldbaum.
- Dlaczego? Jak dają przez telewizję, to nie mus...
- Wstań, odwieziesz mnie do łóżka.
„Książę" kiwnął nam głową i został w fotelu z zapałką między zębami.
Teraz, kiedy mundur miałem ze łba, mogłem chodzić, gdzie chciałem, na Brzeską, na stare śmiecie, do mamuli i do Gienkowej chaty. Byłem czyścioch, glina mnie nie mogła brać. Poczułem się jakiś bardziej wolny, nawet Danka to zauważyła, choć przed nią dziób trzymałem na kłódkę; nie należy babom mówić o takich sprawach, głupie są, niejeden, który im zaufał, wyszedł na rąbniętego w czoło. Jak Karśnicki dał mi pierwszą pensję, duży szmal, przyniosłem do domu i kładę na stół, a matka w krzyk:
- Skąd tyle grosza?! Święta Maryjo, ukradłeś?!
- Zarobiłem, mamusiu. .
- Gdzie zarobiłeś?
- Jako szofer, u jednego prywaciarza. Strasznie nadziany gość.
- Jako szofer? A to on sam...
- On sam lubi siedzieć na tylnym siedzeniu.
-Józek!
- Pod chajrem, mamo!
- Jak się nazywa ten gość?
- Nazywa się Pan Stefan.
- A ubezpieczenie masz u niego?
- On ma lepszych konowałów.
Przeliczyła pieniądze, usiadła na stołku i w płacz. Z radochy, że synuś wystartował pionowo.
Karśnicki co miesiąc zwiększał mi dolę, a ja puchłem od dumy. Panisko! Dankę zacząłem ubierać w eksportowy ciuch. To jest frajda, być dla swojej dziewczyny kawalerem ze złotą kieszenią, niby królewicz dla Kopciuszka z bajki! Ma się ten gest i to człowieka unosi w niebo... No dobra, ale zamiast o tym truć, powiem o „Książęcej " Pradze.
Heldbaum w kilka tygodni załatwił rzecz cholernie ważną: wtyki u każdego z „waletów". Dobre wtyki, nie płotki, prawice szefostwa każdej z branż. A to braciszek, a to zaufany wspólnik, a to przyjaciel („Nikt tak pięknie nie zdradza jak przyjaciel!") musiał kablować, czy jego szef nie robi nas w bolo.
Pierwszy wpadł Forynt, wódz od seksu. „Petro" chciał iść do Forynta z paru chłopakami, lecz „Książę" nie dał się wyręczyć. Przypomniał:
- „Obowiązkiem księcia jest nie cofać się przed opinią człowieka okrutnego, gdyż bez takiej opinii nie podobna wojskowych utrzymać w karbach..."
Złożyliśmy mu wizytę o północy, budząc. Forynt był kawaler (jak się uprawia taki zawód, to trudno być żonatym), w domu tylko on, jego przyboczny goryl, służąca i cizia do „manicure" (tak się wyrażał „Petro" o damskiej umiejętności robienia chłopom dobrze). Gospodarz musiał zejść do garażu, który był kiepsko ogrzewany, więc Foryntowa piżama równie kiepsko broniła go przed zimnem. Wlazł boso, przy drzwiach otwartych, na zewnątrz było kilka stopni mrozu, pod girami cementowa posadzka, a przed nim typ w czarnej masce, którego już raz widział, w cegielni.
- Przyszedłem po dług, panie Forynt - rzekł „Książę".
- Jaki dług?!
- Te trzydzieści tysięcy, których w zeszłym tygodniu nie dopłaciłeś zdając utarg. Jak widzisz, nie tracę do ciebie zaufania, bo nie
mówię, żeś złodziej, tylko dłużnik, nie mówię, że ukradłeś mi ten pieniądz, tylko że go ode mnie pożyczyłeś, aczkolwiek bez mojej wiedzy i zgody. Przyszedłem prosić o zwrot. Jeśli to możliwe...
- Forynt zrozumiał, że został sypnięty, więc kłamstwo o „niedopatrzeniu" lub „pomyłce" można rozbić o kant dupala.
- Tak jest, proszę bardzo... zaraz przyniosę... - szepnął.
- Ile przyniesiesz?
- Jak to ile? No... pan powiedział, że trzydzieści tysięcy...
- Trzydzieści tysięcy to była pożyczka. A gdzie procent od długu?
- Tak, oczywiście... - szczęknął zębami Forynt. - Ile mam dać?
- Boję się, Forynt, że tyle, ile powinieneś dać, to ty nie masz, bo procent jest za duży. Pożyczka była na milion procent! No ale jak nie możesz spłacić wszystkiego, to oddasz wszystko, co masz, spłacisz przynajmniej część długu. Wszystko, ze skarpetkami i chustkami do nosa włącznie! Zatrzymaj to, w czym stoisz.
Stał, trzęsąc się od strachu i od zimna - mróz, który chłostał przez otwarte drzwi i pełzł z cementu bosą girą w ciało, robił go sinym, a trzęsionkę zamieniał w drgawkę; Forynt miał już trudności z utrzymywaniem pionu.
- I jeszcze coś - powiedział „Książę". - My, to znaczy ja oraz kilku tutaj obecnych, nie lubimy pracować nocą. A to jest nocna zmiana. Mówi się: nocna praca, nocna płaca. Dodatek nocny. Ty nam go dasz!
- Z cze... czego... jak... wszyst... ko... mi... wzię... wzię... liście! -zaszczekały zęby Forynta.
- Coś jeszcze ci zostało.
- C... c... cooo?!
- Życie. I ręce. I hak, o ten, tutaj. A tam leży sznur. Za pracę nocną należy się nam widowisko, popatrzymy, jak ty to zrobisz, jak ci pójdzie z pętlą, słowem jak się wieszasz! Zrób to, a będziemy skwitowani.
Nie wiem, czy chciał go zamordować, czy tylko wzmóc w nim cykor. Nie tknęli go palcem. Forynt sam się przewrócił na zdrętwiałych girach, jak popchnięty manekin, wyrżnął łbem o żelazny próg i oddał ducha. Czysty przypadek. W protokóle milicyjnym stało, że miał poślizg na plamie oleju. Pechowiec!
Strach wśród „waletów" od tej pory się zwiększył, pilnowano
rachunkowości jak źrenicy oka, nikt nie pragnął pójść za Grauszem, Foryntem i Rosuniem, o którym Heldbaum rozrzucił plotki, że też wącha trawę od spodu.
Stary ubił na tym jeszcze jeden interes, przycisnął Karśnickiego, bo miał pewien pomysł:
- Tam w garażu mówił pan o procentach...
- Jakich procentach? Procentach od pożyczek.
- A tak, coś takiego było - przypomniał sobie Karśnicki.
- To świetna idea. Jest wielu takich, co mają duży pieniądz, lecz brak im trochę do dużego interesu, albo żeby w coś dużego zainwestować, albo potrzebują na szybką spłatę, albo ze stu innych powodów. Bank im nie da, a my...
- Co my?
- Rośnie nam góra szmalu, z którego zainwestowaniem mamy kłopot. Moglibyśmy pożyczać na duży procent, pieniądz się wówczas sam rozmnaża. Oczywiście z gwarancjami, zastawami i z poborcami, którzy potrafią przemówić niesumiennym dłużnikom do rozsądku... Stwórzmy nową branżę.
- Spółdzielnia lichwiarska Heldbaum-Karśnicki and Co.?
- Bank, prywatny bank dla prywatnej inicjatywy - zaoponował „Petroniusz".
- Heldbaum, to jest lichwa.
- Lichwa, lichwa! I co z tego, panie Karśnicki! Znowu ogarnął pana wstręt? We mnie wstręt budzi klepanie stereotypów. Lichwa to be, synonim złego, gardzi się lichwiarzami. Nikt nie zada sobie trudu pomyślenia, że zawsze i wszędzie, w czasach dobrych i złych, wzmaga się inflacja. Mniejsza lub większa, ale nieustanna, wciąż kroczy naprzód, zżerając pensje, oszczędności, kapitały. I że procent, który bierze lichwiarz, jest czymś uzasadnionym, bo goni, lub przegania inflację. Lichwiarz, który brałby procent zbyt niski, zbankrutowałby po kilku miesiącach, byłby filantropem i samobójcą finansowym, i już nie byłoby od kogo pożyczać... Stówa pożyczona dziś, jutro warta jest osiemdziesiąt, więc co, mam pożyczać stówę, a odbierać osiemdziesiąt? Nie ten jest oszustem, kto pożycza na procent, ale ten, kto żąda pożyczek bez procentu, bo żądając tego żąda darowizny! Lecz taki skurwiel nigdy nie nazwie się żebrakiem, to obraza, nie, on tylko chce pożyczyć tysiąc i oddać za rok równy tysiąc! I to ma być w porządku?
- Zgoda - powiedział Karśnicki. - Masz rację, nic nie jest w porządku. Jeśli trzymamy patronat nad prostytucją, to dlaczego ma mnie zawstydzać lichwa?...
- Tu nie ma się czego wstydzić - ucieszył się stary - bo wbrew pańskim słowom wszystko jest w porządku. Prowadzimy działalność charytatywną. Prostytucja ewidentnie zmniejsza liczbę gwałtów i zbrodni seksualnych, jak choćby seksualne nadużycia w stosunku do dzieci. Lichwa daje ludziom szansę pożyczkową. Cinkciarstwo daje im możliwość sprzedania lub kupienia dewiz w kraju, w którym coś przyzwoitego można kupić tylko za waluty obce w specjalnych sklepach dla posiadaczy tych walut. Hazard to sposób na nudę komunistycznej wegetacji. Lewy alkohol po zamknięciu sklepów to przecież ów łyk, którego komuś zabrakło do szczęścia. Lewy cement i lewe samochody uzupełniają lukę rynkową. Fałszywa matura i fałszywe prawo jazdy wyrównują natomiast niesprawiedliwość genetyczną u osobników poszkodowanych przez biologię brakiem utalentowania do nauki, to wyrównywanie krzywd...
- Zostało jeszcze złodziejstwo - podpowiedział „Książę".
- Do diabła, jedno przestępstwo wśród tylu dobrych uczynków! Nie bądźmy drobiazgowi...
- Ma pan kogoś na szefa?
- Jest taki zawodnik w bazarowym cinkciarstwie. Bardzo inteligentny, duży mózg. Z wykształcenia matematyk, z zamiłowania poeta. Mam na niego oko.
- Jeśli taki mózg, to czemu wybrał bazar, a nie naukową karierę, lub sławę poety?
- Bo nie kocha topionych serków i drobnych banknotów!... Pan ciągle widzi to środowisko jako zwyrodniałą, pijaną, pozbawioną wyższych uczuć mierzwę. Ma pan coś z owego Chińczyka, który się dziwił, że wszystkie kobiety europejskie są brzydkie, podczas gdy Chinkom brzydota przytrafia się tylko czasami.
- Jak mu?
- „Bankier", pomocnik Mikułowicza. Ideał na szefa nowej branży. Ręczę za niego.
- Dobrze, damy mu ten awans, wierzę panu. Gdyby kiedyś, przynosząc utarg i raport, przyniósł też poemat, sonet lub odę do lichwy, proszę mi to bezzwłocznie pokazać.
Byłem też przy spotkaniu „Bankiera" z Karśnickim. „Bankier"
się nazywał Drozd, Ludwik Drozd, ale mózg miał rzeczywiście wiek-szy niż drozd. Sprawę przyniósł taką: część jego klientów chce poży-czać dewizy, do tego potrzebna jest współpraca obu branż cinkciarskich, bazarowej i pozabazarowej, a „Turek" (Mikułowicz) i „Kier-liasz" (Kiersnicz) nie idą na to, chcą, żeby im dawać kontakty, to sami udzielą pożyczek. Podobnie „Lolo" Nowicki, w którego kasynach gracze zostawiają furę walut.
- Dlaczego Heldbaum nie mógł tego załatwić? - spytała czarna małpka.
- Nie wiem, czy mógł, czy nie mógł. Może mógł, ale nie chciał. Kazał mi mówić z panem.
- Widocznie chciał, abym się zachwycił twoją inteligencją.
- Co proszę?
- Powiedział, że jesteś bardzo inteligentny. Czy to prawda, że jesteś bardzo inteligentny?
- Prawda - odpowiedział Drozd. - Wiem, że mieszkańcy starożytnego Egiptu nazywali się mumie, że David walczył z Filatelistami, że barok to barbarzyńska odmiana muzyki rockowej w średniowieczu, że koń zalicza się do parzystokopytnych bo ma cztery kopyta, że Gutenberg wymyślił Biblię, że prawo wielu krajów nie pozwala nikogo powiesić drugi raz za tę samą zbrodnię i że komunizm to raj przedgrobowy.
- Co masz do komunizmu? - spytał Karśnicki. - Źle ci w komunizmie?
- Dobrze. A mam do niego tylko dziadka, który zwiał z sanacyjnej Polski. Był tak ideowym komunistą, że gdyby mógł, to robiłby cukier z czerwonych buraków. Stalin mu podziękował kulą w potylicę.
Wątpliwość Karśnickiego się rozwiała:
- Jesteś inteligentny. Wkrótce dostaniesz odpowiedź w swojej sprawie, a teraz chciałbym cię wykorzystać. Czy oprócz tego, co tobie przeszkadza w twojej branży, widzisz, lub znasz coś, co jest zawadą w innych branżach, lub na ich styku? Może widzisz jakąś potrzebę zmian lub usprawnień?
- Nie ma rzeczy, której nie można usprawnić...
- To banał. Konkretnie! Drozd się zastanowił.
- No... widzę taki szczegół... Można się lepiej chronić przed milicją, bo nawet gdy zblatowana...
- Skąd wiesz, że zblatowana?... Czekaj, cofam pytanie, ty przecież robiłeś u cinkciarzy!
- Nawet gdybym nie robił, też bym wiedział. Moja matka, chociaż nie interesuje się tym, nie zna mojego prawdziwego fachu, jak przeczytała artykulik w „Expressie", zrozumiała wszystko. To był wywiad z oficerem milicji, tytuł „Benklarnia", o bazarowych „trzech benklach". Ten oficer się skarżył, że benklarzy nie można złapać na gorącym uczynku, bo mają straż we wszystkich bramach Różyckiego, więc jak tylko zbliża się mundur dają nogę. Mama na to: „Kłamczuch, czy on myśli, że ludzie nie wiedzą o tajniakach?". Komando świeżych, nie opatrzonych tajniaków, załatwiłoby benkle jak ogień załatwia siano. Nawet stara kobieta wie, o co tu chodzi.
- W porządku. A teraz daj to, co miałeś dać.
- To nic wielkiego...
- Bóg jest w szczegółach.
- Mówią, że diabeł też... Pomyślałem o czymś takim: praska milicja ma za dobry przegląd...
- Ale większość aresztowań dotyka płotki spoza naszego układu!
- Ale i naszych ludzi.
- Ale gdzie drwa rąbią, to normalka. „Bankier", zrozum, mógłbym to ograniczyć do stanu właściwie zerowego. Lecz za jaką cenę? Kontrola milicji, kontrola, spod której nie można się wymknąć, dotyczy tylko cinkciarstwa. W nagrodę mamy jeszcze bazar w spokoju. Cała reszta nie podlega ich kontroli, jest działalnością autentycznie tajną. Jasne, że i to można byłoby rozgryźć, ale na to oni nie mają środków, a w niektórych przypadkach i chęci, społeczeństwo musi być ciut sterroryzowane. Gdybym zażądał pełnego luzu w wynegocjowanych granicach, i nie dotykania lub wypuszczania wszystkich naszych chłopców, których aresztowano, musiałbym wszystko odsłonić, a więc wszystko oddać pod kontrolę. I to już byłby cyrk, lalkowy teatr, miałbym linki u rąk i nóg, i musiałbym tańczyć tak, jak oni zagrają, to jest tak, jak wy musicie tańczyć na moje rozkazy. Nie nadaję się na Pinokia, nie idę na to. Zachowujcie większą ostrożność, to aresztowań będzie mniej!
- Chodzi właśnie o ostrożność, za dużo mamy haftów.
- Jak?
- Hafty to tatuaże ze specjalnościami. Kropka między kciukiem a wskazującym palcem oznacza kieszonkowców. Kropka z półksiężycem - złodziei nocnych. Kotwica - włamywaczy. Kobieta w koronie z kart plus kilka akcesoriów to „Królowa złodziei". Układ liter "PTCK", Pamiętaj tuliła cię krata, to godło recydywistów. Motyl, ryba, nóż, gwiazdki i kropki, szyfr z ogromną symboliką, nie znam wszystkich znaczeń. Ale glina ma to w małym palcu. Nosić te rzeczy, to tak jak nosić napis: Jestem przestępcą! To im ułatwia pracę.
- Racja. Lecz co można zrobić? Tatuowanych won? - Zostałoby niewielu. Trzeba usunąć haft - rzekł „Bankier".
- Tego podobno nie można usunąć.
- Można. Na Zachodzie są takie środki. Trzeba je przywieźć, wywabić chłopcom hafty i kategorycznie zakazać haftowania.
I tak zrobiono. „Bankier" spodobał się „Księciu", miał otwartą drogę do dalszej kariery.
Następna audiencja to był popis „Jednorękiego" („Jednoręki", Marcin Legur, szefował kieszonkowcom po tym, jak Rosuń wysiadł). Szło o draki uliczne i bazarowe i o protesty kilku „waletów".
- Uspokój swoich! - rozkazał człowiek z zakrytą twarzą. - Czy to są doliniarze, czy bokserzy? Wprowadzasz chaos, przez ciebie inni nie mogą w spokoju pracować! Doszło już do tego, że nawet cmentarz zamieniliście w chuligański ring!
Cmentarz był obok bazaru, PDT-u i kilku handlowych ulic głównym polem działalności Legurowego stadka. Ale ten, zamiast się skulić, wybuchnął, siny na pysku:
- To nie moja wina!! Mówiłem Heldbaumowi...
- Panu Heldbaumowi!
- ...Tak, panu Heldbaumowi, że szlus! Dłużej tego znosić nie mogę, nie będę powstrzymywał moich chłopaków! Niech leją skur-wielstwo, gdzie popadnie, nawet przy kościołach i cmentarzach! Prosiłem o pomoc, wiele razy prosiłem, i co mam z tego? Nic! Nikt mi, kurwa, nie pomógł! Jeden z drugim tylko umie kablować, że to Legur zaprowadza bajzel w dzielnicy, że jego ludzie to chuliganeria, że zamiąch, że nie ma spokoju do roboty! A my to nie mamy prawa do spokojnej roboty?! Pierdolę taki układ, nie będę go znosił, dość!
- Ja nie będę znosił twoich krzyków. Mów grzecznie, nie mówisz do głuchego. Nigdy już nie podnoś przy mnie głosu - szepnął „Książę". - Chyba że chcesz spotkać Grausza, on lubił wysoki ton...
Legur obtarł krople potu, które mu wylazły na dziób i zaskamlał:
- Panie szef, ja jestem posłuszny, ale tak już dalej nie może być! Za starych czasów doliniarstwo to był fach! Niektórzy myślą, że ćwiczenia z manekinem ubranym w dzwoneczki to bujda do gazet. Nie, to nie bujda, tak jeszcze jazem trenował. I ja jeszcze mam takich orłów. Mam aż pięć chłopa, co robią w stylu włoskim, w całej Warszawie nie znajdzie się drugich pięć...
- Co to jest styl włoski?
- To jest kunszt. Obrabia się klienta stojąc tyłem do niego...
- Mów dalej.
- Mam takich, co metodą zza parkanu zrobią najostrożniejszego gościa... Zza parkanu to jest wyjmowanie z wewnętrznych kieszeni... Mam szpeców, co wyjmą babie fant, choćby wkitrała go już nie w cyc i nie w majtki, ale w podpaskę! Mam...
- Dobra, wiem już, że masz artystów - przerwał Karśnicki. -Dlaczego biją?
- Klientów nie biją, to nie są bandyci, to doliniarze, zawodowcy! Biją pieprzonych amatorów! Tak się tego namnożyło, że na ulicach co drugi przechodzień robi za kieszonkowca! Nawet dziewczyny z liceów się w to bawią! Ale najgorsza swołocz to przyjezdni. Tysiące jakichś kmiotów, prowincjałów, szpeniów z miasteczek, gdzie wszyscy się znają, więc trudno kraść. Pół Polski zjeżdża, na stolicę, żeby tu zafarcić. I farcą, dziś to łatwizna. Przynajmniej tak im się wydaje... Za dawnych czasów nie noszono wszystkiego w torebkach jak worki na ramieniu, albo w plastikowych reklamówkach, bo modne. Tylko brać, pakować graby od góry, wszystko na wierzchu! No i tak atakują, metodą z wiercha. Albo tną po chamsku żyletką. Bazar i Bródno to ich ukochane deptaki po prawej stronie, po lewej Domy „Centrum", Rutkowskiego, „Pewexy", pawilony, no i dworce po obu stronach. My już przy nich to kropla w morzu. Nie chodzi o to, że zarabia się mniej. Się zarabia. Ale to bydło atakuje wszystkich, biednych i naćpanych...
- A wy nie ruszacie biednych?
- Pan zakazał. Tylko że nie było po co zakazywać, bo biednych nie ma po co okradać. A matki z dzieckiem na ręku zawodowiec nie ruszy, honorny zawodowiec, przynajmniej u mnie, bo gang z Rutkowskiego to uwielbia. I amator też. Matka filuje na dziecko, wystarczy. Ta hołota ma dużo rabunków i dużo wpadunków, ludzie robią się nerwowi, biegają po glinach, gliny też muszą biegać, zamiąch! Moim chłopakom przez to coraz trudniej, wyszli z nerwów. Człowiek się męczy gryząc czosnek, mówią, a taka łachudra, kmiot, wali bez przygotowania, bez wstępów, i na swoje też wychodzi... - Jaki czosnek?
- Stara szkoła lwowska. Trzeba przegryźć kilka ząbków czosnku i zapić setką. Metoda prima! Chuch taki, że klient odwraca nos, a jak nos, to i patrzałki, i już zginął mu portfel!... Panie prezesie, no to co ja mam robić?!
- Rób, co do ciebie należy, amatorów ja wydmucham - rzekł „Książę". - Masz moje słowo.
Słowo „Księcia" to było fest słowo, żaden bajer, szybko się o tym przekonali. Utworzył naczelny organ koordynacyjny, złożony z „waletów", nazywając go zgrywnie: Radą Przestępczego Związku Pragi. Szefem mianował Heldbauma. Coś jak rząd, a Heldbaum był premierem. W skład wchodził jeszcze „Dżek"jako kapitan przybocznej . gwardii „Księcia". Na pierwszym posiedzeniu (miejscem obrad był magazyn starej cegielni, miał duży piec na koks) „Książę powołał dwa organy policyjne: policję uliczną, do eliminowania wszelkich „gości", napływowych konkurentów itp., gaszenia burd i rozrób ściągających MO (szefem został „Ogień") i policję wewnętrzną, organ kontrolny działania branż (szefem został „Bankier" Drozd). Posiedzenia odbywały się raz w miesiącu (w ostatni piątek miesiąca), chyba że Karśnicki zwołał zebranie alarmowo. Na każdym rozpatrywano skargi i wnioski, dokonywano bilansu działań, łagodzono waśnie, karano i obsztorcowywano, wreszcie programowano kolejny miesiąc. Heldbaum przewodniczył zawsze, „Książę" asystował czasami.
Wszystko rozkręcało się w dobrym kierunku, u nas, bo w kraju było coraz gorzej. Zbliżał się osiemdziesiąty, a banda Ślązaków, co zawładnęła czerwonym żłobem, jakby nie dostrzegała, że ma już dym pod dupą. Nie ogień, wulkan! Edziowi bito nieustanne brawa w gazetach, radiach i telewizorach, lecz swąd się zwiększał, wierciło w ki-nolu...
Gierek zaczął swego gema asem serwisowym za szmalec, który mu wstawili zachodni cinkciarze; sklepy kilka lat temu pękały od fantów, od luksusowych czekolad i maszynek na elektryczność do mrożenia, prania, gotowania i srania, do wszystkiego. Ale tylko barany mogły myśleć, że to potrwa. Kalece można dać taki zastrzyk, że będzie się czuł jak ptak, i co, poleci? Podskoczy i spierniczy się na ryło. Ten system nie dawał szans. On jest jak ten samochód ze lśniącą karoserią, bajeranckim silnikiem, shellowskim olejem, wysokooktanową benzyną i tapicerką na wysoki połysk, a nie chce, kurwa, jechać. Bo nie ma kół!
Od buntu robotniczego w Radomiu (1976) wszystko zaczęło się walić. Kół nie było dalej, „to jest ustrojowe kalectwo, które wynika z samej istoty systemu" (Heldbaum), lecz w dodatku zaczęło brakować forsy na ten lakier, olej, benzynę i tapicerkę z Zachodu. To, co już sprowadzono, zostało zmarnowane, skorodowane i rozkra-dzione, zaczął się cienki śpiew, coraz cieńszy, im cieńszy, tym głośniej było w gazetach i mikrofonach, że jest jak w raju. „Dziewiąta potęga przemysłowa na świecie"! Baju baju zdechniesz w raju. Obłęd!
Teraz to się tak dobrze widzi, ale wówczas, choć kapowałem dużo, co innego miałem w patrzałkach. Dankę, Dankę, Dankę! Świat wokół był szary, a dla mnie ganc-kolorowy. Szary to on był też dlatego, że w tę zimę nie było śniegu. To znaczy był, tyle co kot napłakał. Deszcz i deszcz!
Nie ma nic smutniejszego niż Warszawa w deszczu. Ona i tak jest smutna, nudna, szara, odłóg Europy, a kiedy jeszcze bramkarz Piotruś spuszcza niebieską wannę na ten glob... Gwałtowne podmuchy wiatru zamiatają ulice. Wiatr nawiewa ciężkie, burzowe chmury, po nich przychodzi zimna ulewa, a po niej ciężkie myśli. Deszcz siecze z nieubłaganą zaciętością, wiatr zrywa parasole, tłum kuli się w bramach; tylko najodważniejsi i ci, którym mus, przemykają wskroś ulic, z gwizdem wiatru w uszach i z wodą w oczach. Wilgotny zaduch czepia się ludzi i wszystkich miejsc. Krople spływają po policzkach do ust nie mogących się oderwać w pocałunku...
Moje myśli nie były ciężkie, wszystko mi grało jak ta lala! Powinien był mnie toczyć robak, powinienem był mieć zgryz w sercu, wyrzut na sumieniu, ale traktowałem swoją podłość lekko, nie główkując w tych kategoriach, bo byłem skurwysyn, a skurwysyn nie ma wstydu.
Tylko te sny... Zawsze kima była u mnie charakterna, mocna jak kamień i bez dzikich snów, poza tym jednym, szpitalnym, z wieżowcem. A tak to spokój, kimałem „ślepo". I naraz to zaczęło mi się pieprzyć. Dostawałem koszmarów. Wpierw raz na jakiś czas, rzadko, a potem coraz częściej... To mój organizm buntował się przeciw mojej podłości, gdy zasypiała moja skurwysyńska świadomość.