VI
Szef doliniarzy imperium prasko-grochowsko-targówkowego miał dom. Ludziska różnie kojarzą dom. Jest dom-czynszówa, dom--chałupa, dom-barak i dom, który się wabi blok. W bloku mieszka za karę większość. I są wille, które ta sama większość hołubi w marzeniu, a mniejszość w rzeczywistości, lecz byłoby głupotą truć, iż owa mniejszość nie ma już marzeń na temat domu, bo prawie każdy chce więcej i prawie każdy żyje zamiast swojego życia, które sobie wymarzył i o którym śni. Ta mniejszość pragnie willowych pałaców (z sauną, basenem, kortem itp.), takich, jakie ma najmniejsza mniejszość Obozu Ludowej Demokracji. Zbigniew Rosuń miał ten fart, że posiadał taki dom, superwillę.
Fart, wiadomo, miewa ten feler, iż jest śmiertelny, jak istota ludzka. Jesienną nocką w pana Rosuniowym domu wybuchł pożar i dom się sfajczył aż po fundament. Właściciela akurat nie było (przedłużyła mu się kolacja w lokalu eksportowym), lecz był stróż, członek Rosuniowej bandy. Zanim stracił przytomność po walnięciu deską w bak, usłyszał to, co koniecznie miał usłyszeć: „Szef nie chce sztywnych, mamy tylko sfajczyć «Małpiarza». Przywal mu znów, ale nie za mocno...". Po drugim przywaleniu strażnik odpłynął w krainę ciszy.
„Małpiarzem" przezywał Rosunia szef biznesu samochodowego, Zdunkiewicz („Traktor"). Rosuń wypowiedział mu wojnę: zdemolował dwa warsztaty, pobił kilku chłopaków i chciał przetrącić samego Zdunkiewicza, ale tamten był pod dobrą ochroną. Za Rosuniem ujął się wódz cinkciarzy niebazarowych, Ludwik Kiersnicz („Kiermasz"), a za „Traktorem" wódz kasyn, Nowicki („Lolo"), i wojna rozgorzała na dobre, wciągając coraz to nowych „waletów" w swój wir. „Pan Kazio" szalał, godził, napominał, wzywał, karał, wyznaczał grzywny, prowadził mediacje i rozdawał obietnice, wszystko do luftu, bo każdej doby zdarzała się komuś nowa przykrość, od której pokrzywdzony „walet" z pianą na pysku leciał się mścić. A to jakieś typy zakosiły transport maszyn do szycia wydmuchany z wagonów na Wschodnim, a to drzwi burdelików zostały oblane cuchnącą mazią, której nie dawało się zmyć; gwardia wódczana wzięła łomot od jakichś karateków, a później gwardia cementowa (po czym tajny magazyn cementu skąpano w wodzie). Kataklizm dotykał branżę za branżą, jak sztorm, co szarpie każdego, u każdego zalewała krew.
Moja znajomość tych pierwszych działań jest kiepska, wiem tyle, co usłyszałem, nie włączano mnie do akcji. Wciąż robiłem przy „Księciu", który sam się już mył, pompkował, odzyskiwał dawną sprawność. Było z nim coraz lepiej. Któregoś dnia przyszedł Heldbaum i mówi:
- Spirala jest u szczytu, piekło. Czas na dociśnięcie śrub, na perswazje i pertraktacje, panie Karśnicki. Zacząłbym od Zdunkiewicza.
- Dlaczego?
- Potrzebujemy samochodów. Nocny dziad w jego warsztacie na Radzymińskiej to osobliwość, trzeba z nim pogadać. Były zakonnik, potem złodziej, zresztą i dziś złodziej, w dzień grabarz, w nocy stróż, nazywają go „Mnich" albo „Święty".
- U nas też jest „Święty"! - wtrącił Klon.
- Tamtego nazywają „Świętym", bo nie znosi przekleństw - rzekł Heldbaum. - Za sanacji na każdym więziennym korytarzu wisiała tabliczka z przestrogą: „Bądź moralny, będziesz szczęśliwy. Używanie słów niemoralnych będzie surowo karane". Wziął to sobie do serca, taka wrażliwość...
„Dżek" rozwarł dziób w uśmiechu i zagwizdał.
- Mariusz kupił ksywkę przez to samo, nie kocha mięsnych dialogów! Taka moralność! Teraz uśmiechnął się stary:
- To mi coś przypomina. Przed aresztowaniem jakiś czas dekowałem się na wsi, w Przemyskiem, był tam znajomy sołtys, przedwojenny komuch, dusza człek, ale straszny młot. Zrobili go sekretarzem POP i musiał wystawić każdemu z członków „świadectwo ideowoproletariackiej moralności". Nie bardzo to rozumiał, ale na wszelki wypadek, chcąc uchronić znajomków, kaligrafował na blankietach dla UB o każdym: „Z moralnością się nie zadawał"! ... Cudowne rzeczy się tam działy. Funkcjonowało już wtedy Towarzystwo Wiedzy Powszechnej, zakładano ludowe uniwersytety. Przyjechał jakiś docent, żeby wygłosić dla chłopów odczyt: „Galileusz wierny uczeń Kopernika". Ale powiatowe UB się wściekło, zmieniło mu temat, a do centrali wysłano telegram: „Uniemożliwiliśmy reakcji odczyt o Galilejczyku". No więc docencina mówił o samym Koperniku, ale i to się skończyło źle, bo jak tłumaczył teorię heliocentryczną, to całą salę wkurzył, chłopi zaczęli wrzeszczeć: „Jakże to, Ziemia wokół Słońca i ciurkiem wokoło siebie, jak ta piłka!? Nie bedziewa wierzyć w te komunistyczne bzdury! Głupoty czerwone nam wciskają! Chłopy, toż woda by się wylała, a ludzie by pospadały, niech same próbujo łazić do góry trepami, to obaczą!". Kapitalne! „Dżek" też sobie coś przypomniał:
- To chyba z tej samej wsi był pański porucznik, szefie, ten od Balzaca!
- Porucznik od Balzaca? - zaciekawił się „Petro".
- Opowiedziałem im kiedyś o mojej służbie w wojsku - wyjaśnił Karśnicki. - Na poligonie porucznik spytał: „Wiecie, co to jest wojna?", wyrwało mi się: „Wojna to nonsens", on ryczy: „Kto to powiedział?!!", więc ja znów: „Balzac", a on: „Balzak, wystąp!"... Poszedłem za to do karceru. Ale wróćmy do tego wersalczyka, którego tak razi przeklinanie...
- Przywiozę go tu - rzekł „Petro".
- Żeby mój adres poznał?
- Proszę być spokojnym.
Przywieźli go w ciemnych okularach na mordzie, tak ciemnych, że widział tylko ciemność. Zdjęli mu jak wszedł do pokoju. Policzki miał szare niczym ziemia i kinol czerwony. Ujrzawszy leżącego na macie, zaseplenił jakąś cudaczną wiejską kminą:
- Jezusiczku kochany, zdrowaś Maryja, łaskiś pełna!...
- „Mnich", tu nie kościół! - przyhamował go „Petro".
- Świnty Józefie, opiekunie, nie krzicz na mnie! Heldbaum podniósł głos:
- „Mnichu"!
- Świnty... świnty... zaro, jakiego to ja mom patrona, bo się chce
pomodlić do niego - seplenił dalej cudak. - Jak najświntszemu patronowi mojemu? Możie Ignacy, możie Bonifacy...
- Stul pysk, do cholery! - zdenerwował się „Petro".
- Świnty Serafinie, nie gniwaj się na mnie bidnego, niszczęśli-wego, patrz żie ti na mnie, ja ledwo żije, wybaw mnie z tyj cinżkiej męki, procha marnego, już ja wytrzimać nie mogie, Świnty mój wielki patronie i opiekunie, nie daj mnie męcyć, już ci za to Pan Bóg stokrotnie wynagrodzi, a ja zmówię za duszie twojom zdrowaś...
- Jaki z ciebie „Święty", kiedy tak bluźnisz? - zapytał cicho „Książę". - I jaki z ciebie „Święty", kiedy ludzi okradasz, złodzieju?
Cudak przyjrzał mu się z uwagą i poniechawszy skomlenia, twardo odseplenił;
- Złodziju, złodziju! A cóż to, złodzij nie człowik? Słoń afrykański na świat go widał? Jak każdygo innygo Pan Bóg go stworził! A żie Pan Bóg bez wibranego narodu istnąć nie możie, a żydy mu się sprzeniewierziły, bo mu syna ukrziżowały, tak bez to wibranym narodem Pan Bóg uczinił złodziei. Kto burżiujom zabierający a biednym rozdający, jak przikazuje Ewangielija świnta? Wiadumo, żie złodzij.
- I ty to robisz, rozdajesz biedakom? - zapytał Karśnicki.
- Nie rozdawam. Ja jezdem złodzij bidny, bez to co zabiram, to nikomu nie daje, ino zabiram la siebie.
- To powinieneś już być bogaty, a wyglądasz, jakby cię wzięto ze śmietnika. Chowasz to, co ukradniesz?
- Bozie broń! Widam wszistko.
- Na co wydajesz?
- Na wódkie. Nie żiebim jo lubił, ino żiebim nie był bogaty. Nie chce być burżiujem, bo prziecie wim, żie łatwij wilbłądowi przietrinić się prziez ucho igielne, niż burżiujowi wstąpić do Królestwa Niebi-skiego. To ja te forsę widaji od razu i znów jezdem gołi. Wipełniam słowa Ewangieliji świntej.
- Ewangelia nie każe kraść.
- Jak bi Pan Bóg nie chcioł, żiebim ja kradł, to ja bim nie kradł, bo czi nie jezd powidziane, żie na tij ziemi nic bez Jigo woli dziać się nie możie? Ja jezdem tilko narziędziem w rinku Boga, spełniam Jego wolę! Zdrowaś Marijo, łaskiś pełna, błogosławionaś Ti, Pan z tobą...
Karśnicki spojrzał na chłopaków i powiedział:
- Dajcie mu w dupsko tak, żeby nie miał na czym siedzieć!
Zakneblowawszy cudaka, posmarowali go git i rura zmiękła mu; później tak śpiewał, że palce lizać.
Nocą „Mnich" zadzwonił do swego pracodawcy z alarmem, że koło warsztatu kręci się podejrzane towarzystwo. Zdunkiewicz przyjechał w dwa samochody, ośmiu chłopa. Trwało minutę, może półtorej, i było po wszystkim. Tych ośmiu, zbitych jak szczenięta, zamknięto w lakierni. „Dżek" zajął się „Traktorem": położył mu dłoń na ramieniu, pilnując. „Traktor" spytał:
- Kto jesteście? Rosuniowi? Z mroku dobiegł go głos:
- Rusz bańką, Zdunkiewicz, co ty pleciesz! Chłopcy Rosunia nie skasowaliby twoich tak szybko.
- Więc kim jesteście?!
- Jesteśmy grabarzami, portierami, którzy otwierają bramy do świata ciemności... - rzekł ten sam głos. - Chcemy porozmawiać o twojej żonie, którą pochowałeś nie szczędząc wieńców, szarf i światełek, ojej marmurowym nagrobku, o twoim nieutulonym żalu...
Z mroku wyłonił się Heldbaum.
- Ach, to ty! - rzekł Zdunkiewicz.
- Na „ty" to ja jestem z tobą, Zdunkiewicz, ale ty nie jesteś ze mną na „ty". Popraw się!
„Traktor" się nie poprawił i dostał od „Dżeka" w bambuch, aż go zgięło.
- Słyszałeś, co ten pan kazał ci powiedzieć?
- Tak... tak, proszę pana... Heldbaum uśmiechnął się.
- Brawo, pojętny chłopczyk. Dookoła masz panów, więc zwracaj się do nich, jak do panów, kiedy będziesz mówił, a chcemy, żebyś nam mówił o pani, którą pogrzebał „Mnich", bo zawadzała nowej damie twego fiuta... Powspominamy tę zmarłą damę.
„Mnich" wylazł z ciemności i stanął obok nas jak cmentarne widmo.
- Judaszu! - zachrypiał Zdunkiewicz.
- O nie! - rzekł „Mnich", patrząc mu w ryło. - Judasz się powiesił, ja tego nie uczinie!
- Uważaj, żeby ci ktoś w tym nie pomógł! - szepnął Zdunkiewicz. . ....
Ale zamiast przestraszyć, wkurzył:
- Ty chamiu! - warknął dziad. - Przez ciebi Pan Bóg odebrał mi swojom łaskawość, bom się mu sprzieniewierził zakopawszi te niewiastę, coś ją utłukł! Piąte nie ubijaj! Będziesz się w piekle smażił!
- Otwórz biuro, „Traktor" - rzekł Heldbaum - tam dokończymy dialogu.
Dialog był krótki. Najpierw monolog Heldbaurna:
- Posłuchaj, „Traktor". Zabawiliśmy się już w detektywów. Dwaj świadkowie, w tym lekarz, którego posmarowałeś zieloną walutą za akt zgonu, będą śpiewać, bo są w naszej grabulce. Możemy się jeszcze zabawić w archeologów, ekshumacja, autopsja zwłok, te rzeczy, I na koniec możemy się zabawić w wymiar, w zblatowanych sędziów, którzy miast dożywocia dają czapę w każdej instancji. Resztą zająłby się kat lub grono jego pomocników. Wszystko to razem dla nas pestka. Ty jesteś jak piosenkowy Antoś, żywy trup.
I zanucił mu to jedno zdanie z knajackiego hymnu:
- „A kat Maciejewski tam pod szubienicą na Antosia czeka już!..."
- O co idzie? - szepnął Zdunkiewicz chropawo, jakby miał ból trzonowych.
- Żebyś zrozumiał fakt i ucieszył się z faktu - wyjaśnił mu Heldbaum. - Fakt jest taki: „Basior" kaput, „Pan Kazimierz" kaput, szwagroszczak kaput, wszyscy trzej na śmietnik! I jeszcze kilku innych baranów. Ty masz szansę zostać, bo jesteś łebski model. Wybieraj, co ci bardziej pasuje: własny krawat czy szubieniczny?
- Kto to nakręca? - spytał „Traktor".
- Ktoś, przy kim oni są bez szans. Powiedziałem: kaput! Finito! Decyduj, bo szkoda czasu, chciałbym się zdrzemnąć troszeczkę. Wchodzisz do gry?
- A mam jakiś wybór?
- Nie masz.
- No to wchodzę.
- Wchodząc, zamknij za sobą drzwi i wyrzuć klucz, bo jeśli skrewisz, prokuratura dzielnicowa urządzi ekshumację!
- W porządku, jestem wasz. Od czego mam zacząć?
- Potrzebujemy kilka dobrych wozów.
- Z szoferami?
- Bez.
- To wszystko?
- Na razie wszystko.
- Jutro będą gotowe. Ale... chciałbym o coś spytać...
- Pytaj.
- Czy Rosuń wchodzi do tego układu?
- A chciałbyś, żeby wszedł?
- Nienawidzę skurwysyna!
- Masz coś na niego? Ale coś git, coś jak z twoim rozwodem.
- Mam!
- No tolu!
- Tak za nic, za friko?
- A za co chcesz?
- Za wykop „Małpiarza" z tego układu, który chcecie zrobić.
- Mam ci to obiecać?
- Na mur beton!
- Obiecam, jeśli to jest dobry numer, skąd mogę wiedzieć? Mów, a zobaczymy, wal prosto z mostu.
Na twarzy Zdunkiewicza pojawiło się wahanie. Przez kilka sekund się łamał, aż wypluł:
No więc... on jest cholernym antykomunistą!
- Wszyscy są antykomunistami - prychnął Heldbaum. - Komuniści też.
- Tak, ale-... on ma układ na przejściu jednej z granic, gdzie...
- Gdyby nie było zblatowanych celników na każdym przejściu, dziewięćdziesiąt procent tych dóbr, które trafiają na wewnętrzny jarmark, nie mogłoby nań trafić.
- Tak, ale on ma córkę, no i zięcia...
- Jak ktoś ma córkę, to albo miał, albo ma, albo będzie miał zięcia, nic nowego pod słońcem, chyba że dziewczyna wstąpi do zakonu lub jest lesbijką - przeszkodził mu po raz trzeci Heldbaum.
- Dajcie skończyć, do cholery! - zdenerwował się „Traktor" . -W piwnicach ich domu jest tajna drukarnia i melina dysydentów!
- Gdzie?
W ich daczy, w daczy zięciowej, Rosuń im postawił. Otwock, Parkowa dwa. Sprzęt, farby i kupa nielegalnych książek z Zachodu idą przez tę zblatowaną granicę.
Heldbaum zamilkł. Główkował. Wreszcie spytał, już bez kpiarskiego tonu:
- Skąd to wszystko...
- Mara u nich człowieka - odparł Zdunkiewicz. - Rosuń mój wróg, musiałem go mieć pod kontrolą.
- Mogłeś go załatwić sam...
- Nie mogłem, za duży ryzyk. „Pan Kazio" ma udział na tym samym przejściu, zwykła kontrabanda. Bałem się z nim drzeć, Grausz to nie Rosuń! i - „Pan Kazio"... - wycedził Heldbaum, mrużąc oczy. - Już jest po ,Panu Kaziu", a o Rosunia się nie kłopocz, jego też wyrzucimy na out!
„Petro" przydzielił sobie jeden wóz, a „Książę" przydzielił mu szofera. Ja nim zostałem. Karśnicki jeszcze nie wychodził z domu, ale jego stan już był taki, że nie musiałem być wciąż pod ręką, sam dawał sobie radę ze wszystkim.
Na ogół jeździło się w trzy gabloty, tylko że mnie zostawiali w wozie, nie widziałem jak „Petro" chwyta ryby w sak. Dzień w dzień blatował któregoś z „waletów" lub z podwładnych, nie patyczkując się, a fizyczny opór łamał wschodnią sztuką „dzieciarni" Karśnickiego. Nie patyczkował się nawet z kobitami. Dupę „Lola" (tego od hazardu) wciągnęli do mojej gabloty i Heldbaum bez wstępnego gadania rzekł:
- Dzidziu, kochasz swoją mamusię? To jej pomóż. Meldunek się jej zmienił przed godziną, ale pod tym nowym adresem nie ma lekarstw. Jak długo wytrzyma bez insuliny, co? I jak ty dasz radę bez cycków, gdyby ktoś obciął ci je brzytwą?
Śpiewała, że hej! Byłem przerażony. Spytałem, prowadząc wóz do Zalewu Zegrzyńskiego:
- Zrobiłby pan to naprawdę? .
- Synu - obruszył się „Petroniusz" - co ty mówisz! Jestem człowiekiem gołębiego serca, wszyscy o tym wiedzą. Nie skrzywdziłbym nawet muchy, idąc patrzę pod but, żeby nie nadepnąć któregoś z bożych stworzeń. Używam strachu, bo strach zmiękcza człowieka, jak wysokie temperatury zmiękczają plastik.
Jechaliśmy nad Zalew, „Lolo" miał tam przystań i łódź. Adres podała nam Dzidzia. Okazało się, że ma dwie łódki, motorową i żaglową. Ta pierwsza stała przy małym molu, drugą wypłynął w rejs. Poczekaliśmy. Jak dopłynął, zobaczył Heldbauma. Uśmiechnął się szeroko:
- Cześć, Mosiek.
- Z czego on tak się cieszy? - spytał Jacuś.
- Z niczego. Cieszy się jak świnia - odparł „Petroniusz". - Albo
udaje, że się cieszy, bo on nie lubi Żydów. Mosiek to dla niego brudny gudłaj. On sam jest czysty aryjczyk, ale teraz się wybrudził, bo zmieniał żagle, powinien się wykąpać. To mu dobrze zrobi.
„Dżek" dotkną} wzrokiem Tomka „Walentino", Jędrka „Kuśke" i resztę chłopaków. Weszli na pomost i wrzucili Nowickiego w Zalew. Gorylątka króla kasyn, chłopy na schwał, każdy jak worek muskułów, też fiknęli do wody. Pozwolono im z niej wyleźć i kazano maszerować do domku koło przystani, a tam czekać. Nowickiemu nie pozwolono. Stał przy brzegu w wodzie powyżej pasa i trząsł się, bo było zimno. Nic nie mówił. Mówił Heldbaum:
- „Loluś", ty zawsze wiedziałeś, z której strony chleb posmarowano czymś dobrym. To i teraz wyczuj, co jest grane. Ta wojna, ten zamiąch, ta niepewność, nie wiadomo kto, komu, kiedy i za co, to wszystko źle tobie działa na nerwy, jak zresztą każdemu. Ludzie idą na odstrzał, a ci, których jeszcze nie odstrzelono, robią w portki i marzą, żeby znowu zrobiło się spokojnie. Zrobi się spokojnie, już niedługo, ale nie dla wszystkich. Są przegrani i są wybrani, wybrani mają fart, dostają szansę. Kapewu? Rusz łebkiem, po co ja tu przybywam, kontemplować Zalew, uprawiać relaks, nurkować? Nie. Ja tu jestem, żeby cię uszczęśliwić.
„Lolo" wypluł trochę wody, charknął i spytał:
- A „Szpikulec"?
- Fru! Na śmietnik!
- A „Basior"?
- „Basior", jak wiesz, pływa po Morzu Śródziemnym. Już tu nie wróci. Za dwa tygodnie jego łajba osiąga Hamburg. Tam będzie ktoś na niego czekał, ktoś, kto mu poradzi, żeby zszedł na ląd i za pomocą sejfów, jakie ma w zachodnich instytucjach bankowych, ułożył sobie nieskrępowany żywot w wolnym systemie, jaki oferuje ten świat, bo w przypadku powrotu ja go przeniosę na tamten świat!
- Ty go zastąpisz? ' - Nie jesteśmy na „ty", chłopczyku! „Lolo" się zatrząsł, coraz bardziej kostniał w zimnej wodzie.
- Przepraszam... Czy pan go zastąpi?
- Ja jestem marionetką, „Lolo", wypełniam rozkaz. Ten, kto teraz przejmuje władzę, to ktoś, przy kim „Basior" jest mała rybka, pętak, nikt. Za kilka, kilkanaście dzionków będzie po balu. Zdun-kiewicz, Meller, Krzywosz, Siennicki, Tomaszewski, Forynt, Belak i Kryś są już z nami. Czekam na twoją odpowiedź. Tak załatwiał każdego. I każdy musiał od razu bulić „składkę na fiotel dla nowego cara". Za taką składkę można było mieć dom wil-lpwy, lub kilka fest gablot. „Książę" tylko przyjmował meldunki i omawiał z Heldbaumem kolejne posunięcia. Ja jeździłem i czekałem przy kółku, aż Danka zaczęła mówić, że chyba mam inną. Słyszałem jeizcze dwie rozmowy w tych przedbiegach: z Lewakiem (to był wódz od „trzech benkli" na Różyckim; „Petro" obiecał mu cały interes pozabazarowy, z kasynami włącznie, tak jak wcześniej obiecał Nowickiemu cały hazard, bazarowy też) i z tym, którego miano wyrzucić na out. Biedny Rosuń! Jego pech polegał na fakcie, że „Petro" i on się nie znali.
To była operetka, czułem się jak aktor! Heldbaum sobie zażyczył, żeby wskoczyć w chomąta a la ubek, garniturki, sweterki, płaszczyki na smutno. Fałszywe legitymacje dał nam zblatowany już szef od lewych dokumentów z Różyckiego, Meller. Pukamy do Rosunia skoro świt:
- Obywatel Zbigniew Rosuń?
- Tak... O co chodzi?
- Służba Bezpieczeństwa.
Pokazujemy legitymacje i pchamy go do wewnątrz. Rosuń pytluje, łapki mu drżą, oczka latają, pyńio jak burak.
- Panowie, o co chodzi?!... Co to ma znaczyć, o co jestem...
- Siadaj! - mówi Klon.
My też siadamy i rozpoczyna się czekanie. Po dziesięciu minutach kompletnej ciszy Rosuń otwiera dziób:
- Na co panowie czekają? Co to wszystko ma...
- Stul pysk! - warczy Jacuś.
Marek „Uważaj" szepcze do „Dżeka":
- Co jest? Pułkownik miał być zaraz po nas...
- Do cholery, skąd mogę wiedzieć, co!? - odszeptuje mu „Dżek" (ale tak, że słychać). - Idź do wozu i spytaj przez radio! Niech powie, czy rozpoczynać rewizję, czy dalej czekamy.
- Tak jest!
Kiedy zjawił się Heldbaum, wszyscy poderwali się na baczność. - Wyjdźcie, chłopcy, do tamtego pokoju - rozkazał. - Chcę mieć małe tetatet z panem Rosuniem. Poruczniku, tamta dacza...
- Obstawiona, panie pułkowniku! - strzelił butami Klon.
- Na razie nie wkraczamy!
- Tak jest! Przez uchylone drzwi słychać było o czym gadają. „Petro" założył taką mowę:
- Panie R., żeby oszczędzić panu zbędnego wysiłku mięśni w szczękach, a sobie słuchania głupot na temat nieporozumień, niezrozumień, niewinności, nieświadomości i temu podobnych, przejdę od razu do paragrafów. Z kilku pierwszych ma pan piętnastaka za występy doliniarskie pańskiej trzódki. To się nazywa zorganizowana przestępczość. Z kilku innych, drugiego piętnastaka za wielomilionowe łapownictwo, demoralizowanie służby celnej i przemyt. Trzeci wyrok za tajną drukarnię i punkt kontaktowy w piwnicach domu, który był prezentem dla córeczki i zięcia. Tutaj jeszcze można wlepić szpiegostwo. Zsumujmy: wielopiętrowe działanie przeciw państwu i ustrojowi, bandytyzm, łapownictwo, kontrabanda i zdrada, ile to będzie razem?
Potem Rosuń płakał. Potem dostał histerii, krzyczał: „Gówno! Możecie mnie zakatować! Nienawidzę was czerwonych, bydlaki, nienawidzę was!". Potem się uspokoił. Gwizdał jakąś melodię w taki sposób, jak człowiek, co przeczuwa własną śmierć i przygotowuje się do niej. Potem zaczął śpiewać na inną melodię, którą wszyscy znali, bo to była piosenka z piłkarskich mistrzostw globu i nucił ją cały kraj:
.„Po zielonej trawie piłka goni, Albo my wygramy, albo oni, Albo będzie dobrze, albo będzie źle, Piłka jest okrągła, a bramki są dwie!".
Tylko że on to śpiewał z innym tekstem:
„Na wschodniej granicy Polak Ruska goni, Albo my wygramy, albo czerwoni, Albo będzie dobrze, albo będzie źle, Albo biały orzeł, albo młot i sierp!".
W końcu zamilkł. Heldbaum odczekał to wszystko niby rzeźba w parku i powiedział:
- Słuchajcie R., macie prawo do obrony, lecz nie macie prawa lżyć funkcjonariuszy państwowych na służbie! To grozi wam karą z
kolejnego paragrafu!
- Prawo do obrony! Hi, hi, hi, hi, hi, hi, hi, hi! - zapiał Rosuń. - Prawo do obrony!
- Tak, prawo do obrony, żyjemy, Rosuń, w praworządnym państwie, którego praworządność próbują podważyć wywrotowcy i nwizjoniści waszego pokroju, na szczęście bez powodzenia. Społeczeństwo nie pójdzie za wami, a wy pójdziecie do cel!
Nazajutrz, gdy Karśnicki odtwarzał taśmę z tym zgrywem (kazał rejestrować łamanie „waletów"), „Petroniusz" dorzucił:
- To prawda, że społeczeństwo nie mogłoby iść za wojującymi aritykomunistami do cel, chyba żeby przerobić mieszkania na cele, lecz skąd wziąć tylu klawiszów? Ten Rosuń był głupi, ale był dobrą papugą. Nasłuchał się od zięcia zgrabnych szyderstw i naczytał bibuły, bo odwinął mi ładnie.
Tak, Rosuń odwinął mu git. Spoważniał i rzekł:
- Niech mi pan nie mówi o prawach, pułkowniku! Każdy wie, że w tym kraju nie ma się żadnych praw! Nad wszystkie obywatelskie prawa, za które ludzie umierali od stuleci, komunizm przedłożył to jedno: prawo do przechodzenia przy czerwonym świetle!
- Przestańcie bajdurzyć, Rosuń! - machnął ręką Heldbaum. -Polityka naszych władz...
- Nie ma żadnej polityki naszych władz, władza jest na Kremlu, wy musicie być grzecznymi wykonawcami tego, co wam każą! Jak robicie coś na własną rękę, coś, co im nie leży, to was kasują! Jak w tym żarciku: „Strzeliliśmy ruskim do siatki, ale radziecki bramkarz nie uznał gola"!
Heldbaum założył na pysio maskę z politowaniem:
- Takich dowcipów, to ja wam mogę powtórzyć setki, u nas się je wymyśla, dla motłochu kolejkowego, żeby rozładowywać złość śmiechem. Chcesz najnowszy? „Komunizm ma przyszłość... za sobą". Dobre, prawda? Nauczcie się na pamięć i już będziecie silniejsi. Będziecie mogli lepiej obalać komunizm! Najlepszy dowcip w całym komunizmie, to wy, wzbudzacie nasz śmiech. Wszystko, na co was stać, to opluwanie zasad ustrojowych i oczernianie naszych mężów stanu. Korzystacie z tego, że są przejściowe trudności z gospodarką i dystrybucją dóbr. Ale przecież każdy w tym kraju ma co włożyć do garnka! Każdy ma spodnie! Wam nienawiść przestawia klepki. Wiecie, w Indiach mówią, że polityków o czystych rękach można policzyć na palcach jednej dłoni trędowatego. Czy widzieliście u nas trędowatych? Czy widzieliście bezdomnych, koczujących na ulicach, umierających z głodu? Nie, nie ma u nas tych wszystkich okropieństw, które są plagą tylu krajów świata. I nie ma polityków o brudnym sumieniu. Komunizm nie toleruje ani brudu, ani głodu, ani bezprawia! Lecz wam, ślepym dysydentom, marzy się Zachód! Nie dostrzegacie, że zachodnia cywilizacja jest próchnem, że jest znarkotyzowana dwoma swoimi fetyszami, mechaniką za cenę ducha i rozrywką za wszelką cenę. Są to, Rosuń, dwa piekielne koła tamtego świata, w którym ludzie coraz mniej są ludźmi, coraz bardziej bezdusznymi zwierzętami! Ale wam się marzy być tam, tylko tam, Rosuń!
- Żebyście wiedzieli, za każdą cenę!
- Po co zaraz każdą? - zdumiał się „Petro". - Wystarczy trzydzieści milionów.
- Co?!!
- To, co słyszycie. Nie musi być gotówka, Rosuń. Przepisz swoje domy na tych, których ci wskażę. Jak zrobisz to dziś, jutro możesz wziąć zięcia, córkę i cały mająt, i opuścić ten kraj kanałem, który masz na granicy. Albo posiedzisz tu do końca życia, też nie w tym domku.
„Książę" zatrzymał magnetofon, pytając:
- A paszporty?
- Meller - odrzekł Heldbaum. - To geniusz dokumentów. Gdyby potrzebował pan wizę do raju lub bilet na prywatne spotkanie z papieżem, załatwi. Pestka dla niego.
Rosuń zrobił się bardziej blady, niż był przedtem. Miał wzrok świra.
- A pańscy ludzie? - szepnął.
- Moi ludzie są moimi ludźmi! - uspokoił go Heldbaum. - No więc?
Nagranie trwało jeszcze kilka minut.
- Kiedy wyjedzą? - spytał Karśnicki.
- Pojutrze.
- Dziwny typ, gangster i opozycjonista...
- Partyzant ze spalonego lasu! - rzekł „Petro" wzgardliwie. -Trzeba się go było pozbyć, ta drukarnia to wilczy dół, wszyscy moglibyśmy wpaść.
- Co z nią?
- Dwa dni na przeprowadzkę, tak jak pan sobie życzył. Majtki pełne gówna ze strachu i niezrozumienia, lecz wkrótce znowu rozpoizną druk. Aż kiedyś wpadną, tylko że wówczas pułkownik będzie Autentyczny.
- Oby nie prędko - rzekł „Książę" - dzięki nim można czytać.
I podał Heldbaumowi kniżkę robioną na powielaczu.
- Forsyth, „Diabelska alternatywa"... nawet nie wiedziałem, że to wyszło w podziemiu - zdziwił się Heldbaum. - Brawo, są szybcy! - Nie zna pan?
- Znam wersję oryginalną. Bardzo ciekawa rzecz z jednego punktu widzenia. Nic tak dobrze jak to czytadełko nie ukazuje przepaści między świadomością polityczną społeczeństw naszego obozu, a całą resztą świata. Błąd, który Forsyth popełnił budując, rozwijając i zamykając intrygę, dla nas błąd wprost komiczny, czyniący treść piramidalnym głupstwem, to w kategoriach wyższych niż literackie jego atut, słabość okazała się siłą, zresztą w sposób całkowicie mimowolny, Forsyth pewnie do dziś nie ma o tym pojęcia, chyba że jakiś Polak, Węgier czy Litwin już popukał mu w czoło. Przez kilkaset stron zachodni czytelnik pasjonuje się okropnie niebezpiecznym, konspiracyjnym romansem brytyjskiego dyplomaty z radziecką dziewczyną, która jest sekretarką na Kremlu i z miłości do swego Romea oraz z nienawiści do swego reżimu wynosi z Kremla dla ukochanego sterty najtajniejszych dokumentów. Co będzie, jeśli ta dzielna Julia wpadnie, KGB rozerwie ją na strzępy! Ponieważ każdy przyzwoity dreszczowiec musi mieć zaskakujący finał, im bardziej zaskakujący, tym książka lepsza, w ostatnim akapicie ów czytelnik dowiaduje się ze zgrozą, z osłupieniem, z szeroko otwartymi oczami, że ów czuły bohaterski kwiatuszek był od początku agentką KGB i do łóżka z Brytyjczykiem wskakiwał służbowo! Dla każdego mieszkańca Obozu Demokracji Ludowej, nawet dla nieletnich, jest to od pierwszego spotkania kochanków tak oczywiste, iż cały „romans" tylko ich bawi, o żadnym napięciu, strachu i zaskoczeniu mowy nie ma, autorski chwyt poległ już na starcie, klops! Percepcja tej książki obnaża ów przedział rozumu, w którym wschodnioeuropejski nastolatek deklasuje zachodnioeuropejskiego profesora, to jej wartość.
- Co z aktem kupna-sprzedaży dla tych domów? - spytał „Książę". -
- Dostaniemy go jutro. Potem możemy je sprzedać lub zasiedlić, lecz niech najpierw wyklaruje się sytuacja. Poczekajmy na finał...
- Który, jak w każdym przyzwoitym dreszczowcu, może nam zgotować dużą niespodziankę...
- Nie nam, tylko im. Wszystko ku temu zmierza, jeszcze pan nie zauważył, jak gładko nam idzie? Bóg jest z nami.
- Zbyt gładko, panie Heldbaum. Nie mogę się oprzeć dziwnemu wrażeniu, iż to, co teraz robię, co pan robi i co robi mój „batalion", to gangsterski film, powtórka z jakichś snów, z ekranów, z tandetnych czytadeł...
Heldbaum kiwnął głową i ząbkiem odsłoniętym w zrozumieniu.
- Ależ tak! To jest wrażenie całkowicie słuszne, panie Karśnicki. Jesteśmy bandą.kopistów, naśladowców, powtórkowców! Uprawiamy plagiat! A wie pan dlaczego? Bo żyjemy w takiej epoce. Jaką nowość można tu wymyślić? Zagrane zostało już wszystko, nasze pokolenia to pokolenia odtwarzaczy czerpiących z lektur i z żywych obrazów. Weźmy nawet coś tak intymnego jak miłość oraz zespół jej atrybutów, jej symbolikę. Kiedyś pocałunek to był tajemniczy ląd, który trzeba było odkryć z drżeniem serca, na granicy euforycznego zawału. Dziś każdy szczeniak już od lat dziecięcych tyle razy przypatrywał się pocałunkom na ekranie telewizora, że kiedy wreszcie to robi, małpuje swych bohaterów! I często ma wrażenie powtórki. To może zepsuć smak.
Później robiłem herbatę i nie słyszałem, co mówią, ale została taśma z tej rozmowy (jak ze wszystkich, lub prawie wszystkich, bo „Książę" kazał wszystko nagrywać, a „Dżek" i „Walentino" zmajstrowali cichociemną aparaturę). Warto zacytować coś z tego. Jedną rzecz, cymes. Heldbaum wkładał na pysk różne maski, o tym już była mowa, i one się powtarzały, lecz ta, którą założył podczas tego dialogu, była unikatem, bo zrobił to pierwszy i ostatni raz, potem już nigdy, a pasowała do niego jak portret Chrystusa nad łóżkiem w pokoju, gdzie kurwiszon przyjmuje pijaną klientelę - włożył maskę księdza, proroka, świętego! Mówili akurat o Grauszu („Pan Kazio") i stary dostał odbicia, jakby go ktoś wyniósł na ambonę. W jego oczach zawsze było drugie dno, fałsz, śmiech, przebiegłość, kpiarska wyższość lub tajemnica, a teraz nic, nic ponad to, co gadał, bezlitosna świętość fanatyka (o, to jest klawe słowo, nie jestem taki młotek, jak moglibyście sądzić, trafiłem w punkt, bił z niego fanatyzm podpalacza stosu):
- Panie Karśnicki! Pan go nie zna, proszę mi wierzyć! A ja znam go na wylot, to król potworów z baśni o potworach. Wszystko, co wzbudza uzasadnioną pogardę, wstręt i nienawiść, wszystko to osiąga w nim doskonałą zgodność, nikt, żaden człowiek i żaden szatan nie stanął tak blisko ideału zła! Może bywali ludzie podlejszego serca niż on, okrutniejsi, nikczemniejsi, bezczelniejsi, bardziej przewrotni i bardziej zdradliwi, bywali może i tak wielcy kłamcy jak on, lecz on jest wszystkimi równocześnie. Zebrać to do kupy: podłość, okrucieństwo, zuchwalstwo, barbarzyństwo i przewrotność, a wychodzi zbój, jakiego nawet w literaturze nazwalibyśmy karykaturą! Przy czym on nie jest prostak, cham, kołek, zbrodniarz z natury, lecz to tylko pogarsza jego winę i jego odpowiedzialność! Są zbrodniarze skłonni od kolebki do potwornych czynów, ludzie, których krew to sama żółć, którym podłości i okrucieństwa są wrodzone, jak zajadłemu psu warczenie i kąsanie. Przyjść na świat takim kaleką, to gorzej niż urodzić się głuchym i ślepym, współczuję ludziom tego pokroju. Lecz człowiek, który wchłonął wykształcenie i kulturę z mlekiem ogniska rodzinnego, a lubi się znęcać, deptać, męczyć bliźnich, wyrządzać wszelaką krzywdę z radością, w upojeniu, zasługuje tylko na najgorsze. Nic go nie broni, nie ma w nim żadnych cnót, nie ma cnoty choć jednej, nie ma w nim nawet pozoru cnoty!
- Zaś w panu największą z cnót jest słowo, pan już prześcignął księdza Skargę! - zniecierpliwił się Karśnicki.
Dziób starego wykrzywiła żałość, a do jego głosu wdarło się rozgoryczenie:
- Proszę pana! Wiem, że jestem człowiekiem złym. Jestem złym Żydem, złym Polakiem, i nawet złym samotnikiem, bo czuję odrazę do melodramatyzowania samotności. Jeśli mam w sobie coś boskiego, a podobno każdy ma w sobie coś z Boga, to tym czymś jest u mnie słowo. Bóg dał mi swoją mowę, a pan mnie za to wciąż karci, to tak, jakby chciał mi pan odebrać ten prezent, mój jedyny skarb!... Prócz tego, aby pan przestał to robić, nie mam wielu życzeń, ale jedno mam wielkie. Jak już się skończy ten bój, może mnie pan wyrzucić, zwolnić, pożegnać, proszę bardzo. Nie chcę pieniędzy, nie chcę nawet żadnego z tych domów za mój ukradziony dom. Chcę tego człowieka!
- I kto to mówił, że tylko ja muszę dokonać zemsty, że choruję na nią, żyję nią, jestem niewolnik odwetu? A propos: jak się miewa pan Durowicz?
Durowicz był pomocnikiem Grausza, taki „do specjalnych poruczeń", na przykład do ściągania długów, do interesów zawarszawskich i do niezbędnych kontaktów z gliną, lecz nie to miało znaczenie, tylko fakt, że ów gość był tym, co o mało nie zrobił z „Księcia" nawozu; to jego chłopcy wzięli Karśnickiego pod skok.
- Durowicz ma się lepiej niż pan, chociaż jest starszy ode mnie... Wciąż nie możemy go ruszyć, bo mogłaby zainteresować się milicja...
- Dając mi numer jego domu nie wiedział pan, że on ma kontakty z glinolandem, panie Heldbaum?
- Nie wiedziałem, skąd mogłem wiedzieć?! Teraz wiem, od „waletów", których łamiemy.
- Więc trzeba go zostawić w spokoju, bo nad nim jest milicyjny parasol?... Jeśli nad nim, to i nad Grauszem...
- Małe piwo, panie Karśnicki. Oficerek z komendy na Cyryla.
- Jego przełożeni o tym wiedzą?
- Wiedzą, lubią, potrzebują. Naoglądali się zachodnich filmów, gdzie każdy komisarz lub inspektor ma wtyczkę w środowisku przestępczym. Jak góra żąda od nich nagłego cynku, Durowicz musi im podkablować. W zamian przymykają na coś oko, plus jakieś skasowane mandaty, szybsze zwolnienia... A z kolei w zamian za to jakiś bakszysz, jakiś prezent... Kółeczko koegzystencji, wszyscy chcą żyć w spokoju i dobrze zjeść, nerwy robią kiepsko na zdrowie, na premie, na zarobki i interesy... Durowicz jest kaput, obiecuję to, będzie pański, gdy tylko delikatnie zdejmę zeń ów parasol...
- Żeby zawisł nad którymś z nas?
- Tego nie można zupełnie uniknąć, Cyryl i Metody muszą mieć swoją przyjemność i swój zysk. Dostaną i nie będą nam przeszkadzać, niech pana o to nie boli mózg, biorę na siebie załatwienie tej sprawy.
Długo trwała pogaducha. Karśnicki chciał, żeby trwała długo, więc pytał ile wlezie, a „Petro" tłumaczył, przekonywał i nawijał do późnej nocy. W tym czasie w jego mieszkaniu bobrowali Klon, „Ogień", Jędrek „Kuśka" i Marek „Uważaj". Staś „Ogień" miał znajomego, który był geniuszem w otwieraniu wszystkich zamków, od kas pancernych, poprzez samochody, do torebek - on ich wpuścił. „Dżek" dostał prikaz:
- Nic, ale to nic, najmniejszy drobiazg, najmniejszy karteluszek czy szpilka, nie może zmienić swej pozycji, pamiętaj! I żeby mi któryś nie wziął papierosa do ust, albo nie chciał korzystać z klozetu! Uwaga na frędzle, nie wolno ich ruszyć, pod dywany nie zaglądaj, tacy ludzie jak on niczego nie chowają pod dywanem. To samo z bielizną. Wszyscy w rękawiczkach!
Kapcie (by nie zafajdać podłóg), rękawiczki, latarki i „Canon" z fleszem - Jacuś natrzaskał od groma zdjęć różnych papierków, jak leci, nie przeglądając, bo czasu nie było, a klisz miał dość. Wszystko do śmietnika, nic podejrzanego; pełne rozczarowanie, gdyby nie dwa drobiazgi. Wśród odręcznych zapisków na biurku ten mamrot:
„Waleczność to emanacja drapieżności i krwiożerczości pierwotnego instynktu, folgującego potrzebie niszczenia i zadawania bólu, a dziś maskowanego heroizmem lub sportem. Bohaterowie prastarych sag, którzy przy homeryckim wrzasku roztłukują hełmy, kości i tkanki takich samych zwierząt, parobczaki z bawarskich gór, nie wyobrażające sobie ludowego festynu bez siarczystego mordobicia, i współcześni mistrzowie karate, którzy słuchają hymnów stojąc z medalami na piersiach i z wciąż nie ugaszoną gorączką bicia w piersiach - niczym się nie różnią dla psychologii, biologii oraz pokrewnych dziedzin. Lecz ważniejszy jest mianownik socjopolityczny u zabijaków wszystkich epok. Łączy ich to, że bez nich niczego nie można dokonać w podziemnej lub prywatnej wojnie - stanowią sól małych kampanii, lokalnych gwałtów, przewrotów, zamachów i kontr-zamachów; tam gdzie pułk to zbyt dużo, a itryga zbyt mało, tam ich miejsce. Myśl zaborcza bez pięści jest tylko mrzonką, orgią marzeń, bezorężni prorocy zawsze ponosili klęskę. Wniosek numer jeden: niezbędność tego typu natur. Wniosek numer dwa: trudność w hodowli natur zbójeckich, a przy tym nie zdegenerowanych, czyni każdą z takich grup unikatem - posiąść ją, to posiąść skarb. Zuchwałe ryzykanctwo należy do atawizmów, lecz większość ludzi poprzestaje na ersatzach, zastępczo wynagradzając sobie niemożność krwawych bojów hazardem o wysokie stawki, kibicowaniem, sportem etc., zaś tak zwany margines daje ujście atawizmom w myśl ideologii typu: «dupa, sznaps i kop». Dziesięciu wyszkolonych do perfekcji, zdyscyplinowanych łamignatów, to w świecie armijno-policyjnym nicość, lecz w świecie przestępczyni, w którym zadżumiona jest broń palna, a prostactwo, cwaniactwo i alkoholizm osłabiły sprawność fizyczną, to potęga, która złamie każdy opór...".
- Typowe dla filozofii, pseudopsychologiczny bełkot z banalnym słusznym wnioskiem - rzekł Karśnicki. - W zachodnich państewkach przestępczych wystrzelano by was w jedną noc. Ale tu się nie strzela, dlatego tak gładko wam idzie. Oto jeszcze jedna wyższość socjalizmu.
- To było o nas - mruknął „Dżek". - A teraz coś o panu, proszę bardzo.
I podał odbitkę z drugim tekstem.
- Tyż pikną laurka!
Tak, to też był śliczny brech, Heldbaumowy bezwarunkowo, nawet gdybym nie wiedział, że wyjęli to z Heldbaumowej chaty, poznałbym fason:
„Marzenie poetów i epików, umiłowana postać literatów, pupil dramatopisarzy i scenarzystów - wódz idealny, nadczłowiek, super-władca (władca swych myśli, emocji i popędów oraz władca tłumów), geniusz czynu, którego Bóg albo los obdarzył «wolą mocy» - nigdy nie istniał, nie istnieje i nie będzie istniał, chyba że kiedyś spłodzą takie monstrum elektronik z cybernetyczką. Jako «nadczłowiek» czasów współczesnych, ideał przyszłego rozwoju ludzkości, jest to wymysł Nietzschego. Heroiczny ideał Nietzschego jednoczy w osobniku najwyższe zdrowie i najwyższą mądrość. Nie ma takiej kombinacji, biologicznie to absurd. Nie można jej stworzyć, tak jak nie można wyhodować superwyścigowego konia, który będzie też superpociągowcem.
Jakże dalecy od ideału Nietzschego są najwięksi z wodzów i władców! Cezar, Fryderyk, Napoleon czy Bismarck to mechanizmy rozchwiane, pełne psychicznych powikłań, depresji, sprzeczności, skłócone ze sobą, wciąż zmagające się z upiorami swych dusz Było tylu obdarzonych silniejszą «wolą mocy» i nie mniej ambitnych, a nie przypadła im żadna z historycznych ról, podczas gdy przypadały one znerwicowanym zamyśleńcom, których w początkach trzeba było popychać do czynu (jak w Brumaire'owym dniu pchnął roztrzęsionego Napoleona brat), a dopiero później władza była dla nich źródłem duchowej potęgi. Można rzec o tych naturach rozdzieranych koszmarem i nienawiścią, wątpliwościami i hamulcami, że nie wygrywają wolą mocy, lecz zaszczepioną im mocą wbrew woli. Jest to zjawisko równie bliskie historii, co neurologii. Gest mocnego człowieka jako ochronny puklerz, mimikra kompleksów, nadkompensacja słabości, przezwyciężanie samego siebie, aż do krasomówczego ideału jąkały Demostenesa.
Nie można wszakże na tym tłumaczeniu skończyć, nie można wyczerpać wszystkiego jednolitą formułą historyczną bądź neurotyczną, nie można wszystkich zagadnień osobowości rozstrzygać według szablonu potrzeby nadkompensowania u pozornie silnego słabego. A irracjonalizm? Los, szczęście, dziedziczność, cała astrologia genetyczna i metafizyka czyli nierozpoznawalność rozumem? Tysiące spragnionych nerwicowców dokonują ogromnych nadkompensacyjnych wysiłków przeciw swej słabości, dochodząc tylko do nerwic, do pustego teatralizmu lub do przeciętnych osiągnięć , bez względu na pomoc, jakiej się im udziela, na siłę, z jaką ich pcha pomocna dłoń. Gdzie jest klucz? Gdzieś poza sceną musi być zawsze Archimedesowy punkt oparcia, dzięki któremu maszyneria przeobrazi się w sukces...".
- Freudyzm dla ubogich! - skomentował to „Książę". - Dżyn-gis-chan był mocarzem, bo w dzieciństwie się trząsł, gdy usłyszał szczekanie psów, w młodości siusiał w majtki, miał kompleks Edypa, nerwicę epileptyczną i klaustrofobię, a brat przywiązywał go do siodła, żeby w bitwie nie spadł ze strachu! Teoria impotencji artytwórczej, syndrom karła zwycięzcy!... Dlaczego myślisz, że to o mnie, Klon?
- Bo ten typ chce mieć superksięcia z retorty - odparł Jacuś. - To alchemik...
- Rozwijasz się, brawo - rzekł Karśnicki. - Ale nie ty wymyśliłeś tego alchemika.
- „Ogień" tak powiedział. Co pan o tym sądzi?
- Że inteligencję ma większą niż na to wygląda.
- Kto, Heldbaum?
- Nie, Garoń. Jest inteligentniejszy w słowach niż w oczach. Oczy Heldbauma są inteligentniejsze od słów.
- Właśnie pytam o te słowa... Tak naprawdę, to co o tym myśleć?
- Nie musisz o tym myśleć.
- Ja tylko pytam...
Karśnicki sięgnął po pudełko z zapałkami, znak, że zaraz jedną wyjmie, wsadzi do ust i tym da sygnał: stop, możecie iść!
- Nie chcę myśleć, „Dżek". Musiałbym uznać, że któryś z was
zdradził, gdybym pomyślał, że to zostało napisane tylko w tym celu, abym ja to ukradł i przeczytał. Więc wolę tak nie myśleć, chociaż to wygląda jak napisane dla mnie, tuż przed rewizją u niego.
- Nikt z nas nie zdradził! - krzyknął Jacuś. - On mógł przewidzieć nasz skok!
- Mógł. Ma „zdolności umysłowe zwane analitycznymi" - rzekł komendant „batalionu" i wsadził zapałkę w zęby.
Tydzień później odbyła się konferencja „waletów", którą zwołał „Pan Kazio", czyli Grausz wel „Szpikulec". Chodziło mu o konferencję pojednawczą, żeby wyjaśnić spory, zakończyć wojnę i ustalić nowy ład. Ale kilku szefów nie przyjęło zaproszeń do chatki „Pana Kazia", stwierdzili, że boją się podsłuchu. Chcąc nie chcąc, musiał wyrazić zgodę na spotkanie w starej cegielni koło Miedzeszyna, gdzie gang cementowy Siennickiego miał swój magazyn.
W noc przed tym dniem kimałem bardzo do luftu. Śniła mi się Danka na golasa. Robiła takie numery, że się wnerwiłem i wstałem. Filuję na sikor, trzecia! Łyknąłem mineralną w kuchni i znowu w bet. I co widzę. Danka oraz Heldbaum ćwiczą seksualne judo! Staruch ma taki gnat jak lufa w moździerzu, a na czubie... wyszczerzone zęby! Śmiał się i od tego śmiechu wziął mnie straszny cykor. Znowu otwieram patrzałki, żeby przegnać marę. I tak do rana!
Spotkanko miało miejsce po południu. Wszyscy punktualni jak przedwojenna PKP. Wszyscy w ciepłych katanach, bo był chłód. Wszyscy z obstawą. Gorylątka zostawili na zewnątrz, a „waletów" Grausz zaprosił do stołu, który był niegdyś ozdobą jadalni ceglanego przedsiębiorstwa.
- Gdzie Rosuń? - spytał Zdunkiewicz, udając głupiego.
- Rosuń zwiał za granicę, na saksy - odburknął „Pan Kazio".
- Jak to zwiał?
- Zwiał, bo miał dość tego, co wyprawiacie! Dostał pietra! Wywiózł cały mająt, chałupy opylił i ma nas gdzieś! Nie mógł wytrzymać nerwowo tej wojny! Właśnie o tym chcę z wami porozmawiać, durnie! Wyjaśnimy wszystko od początku. Tu, teraz! O co poszło, jak się zaczęło, kto do kogo ma jakie pretensje... To nie może dłużej trwać, bo wykończy nas wszystkich, rozpieprzy cały system! Źle wam było, gnoje, tak jak dotąd?! Gwiazdki z nieba wam brakowało! Po co ta wojna? Każda wojna przynosi tylko trupy, kłopoty i straty, z wojny nie ma żadnego pożytku, nikt się nie nażre! Wojna potrafi grzebać i niszczyć, ale nie rodzić...
- Nie pierdol, Kaziu! - odezwał się ciepły bas zza pleców nawijającego. - Dwója z historii!
Pod dachem wielkiego pieca do wypalania cegieł ukazał się „Petro". „Szpikulec" nie przetarł oczu, ale miał ryj kogoś, o kim się mówi, że „tarł oczy ze zdumienia". A „Petroniusz" ciągnął:
- Przez trzydzieści lat, gdy rządzili Medyceusze i Borgiowie, nie było dnia bez wojny, terroru, przelewu krwi. Włochy wydały wówczas Leonarda, Rafaela i Michała Anioła. Przez pięćset lat nieustannego pokoju, dobrobytu, demokracji i braterskiej miłości, Szwajcarzy stworzyli zegar z kukułką! A ty trujesz, że wojna to grób. Dla jednych tak, a dla innych wojna to odrodzenie. Piłsudski nie zerwałby łańcuchów z polskich rąk, gdyby nie wojna światowa. Wojna buduje. Coś się kończy, a coś się rodzi na gruzach starego. Ty jesteś ten gruz, Kaziu. Idzie nowe!
- Coooo?!! - zasyczał „Kaziu" jak wąż, który robi stójkę. - Ty tutaj, Heldbaum?!... Skąd?
- Ja tu jestem wodzirej ceremonii, która ma rozpocząć nową kadencję demokratycznych władz - odparł „Petro". - A ci panowie są gronem elektorskim, które w zgodzie z procedurą wyborczą, jaka obowiązuje w systemach demokratycznych, dokonają wyboru. Stajesz w szranki, czy składasz dymisję?
Grausz zrozumiał, że nie można traktować serio podobnych wygłupów i się uspokoił:
- Z tobą chyba źle, dziadzia, na starość ci walnęło. Nie wiem, kto cię powiadomił i kto cię tu wpuścił. Wiem, kto ci pomoże stąd odpłynąć.
I wyjął z kieszeni gwizdek, taki, jaki mają sędziowie na meczu. Wsadził do ust, zagwizdał i czekał na swoje pieski, ale się nie doczekał. Gwizdnął znowu, trzykrotnie, ostro, przywołując: do nogi, już! Nikt z podwórka nie wbiegł, wszyscy wewnątrz spoglądali na Grausza, a jemu robiło się łyso coraz bardziej - wyglądał jak samotny kretyn z gwizdkiem na środku stadionu. Heldbaum podszedł, stanął blisko niego i pokiwał głową:
- Dokładnie tak, Kaziula, masz odruch prawidłowy, możesz mi nagwizdać. Zagwiżdż sobie jeszcze, jeśli to ci sprawia przyjemność. Ale swoich gorylków nie oczekuj, oni się nie zjawią.
Grausz wyjął gwizdek z ust.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że ktoś im zakazał. Ktoś lepszy od nich w każdej dziedzinie, nie tylko w myśleniu, o co nie byłoby trudno, lecz i w biciu. Zainkasowali po pupciach i do kąta! Będą w nim stać, aż się skończą wybory.
- Jakie wybory, co ty chcesz, Heldbaum?!
- Demokratyczne. To znaczy jawne i nieskrępowane - wyjaśnił „Petro". - Bać się chyba nie musisz, Kaziu, sam skompletowałeś grono elektorskie i sam je tu zaprosiłeś, oni będą głosować.
- Za czym głosować?
- Za tym, czy tobie i „Basiorowi" przedłuża się mandat na tak zwany ster rządów. Czas to pieniądz, nie warto go mitrężyć. Przystępujemy do głosowania. Panowie, który z was jest za starą ekipą, rączka do góry.
Ani jedna graba nie frunęła nad stół.
- Nie widzę - podliczył „Petro". - A teraz kto jest za odstawką dotychczasowych wodzów?
Wszystkie „walety" podniosły dłoń - dwanaście grabul zawisło nad blatem.
- Aklamacja - stwierdził „Petro".
„Szpikulec" sięgnął pod płaszcz, ale zza jego pleców rozległ się szczęk broni - skąd mógł wiedzieć, że to tylko straszak?
- Wyjmij i rzuć! - krzyknął „Hindus". - Albo dostaniesz w plechy! No!
Spluwa powędrowała na cement.
- Odkopnij! Daleko!
Grausz kopnął pistolet. „Petroniusz" zapytał:
- Masz pozwolenie na broń, Kaziu? Nie masz! Jak można tak łamać prawo, czy ci nie wstyd? Człowiek z lordowską prezencją, a przestępca! Nieładnie... A teraz przystąpimy do wolnych wniosków, kto...
Z boku rozległ się- przepity głos „Basiorowego" szwagra, o którym wszyscy zapomnieli:
- Po jego powrocie będziecie gorzko żałować! On się z wami porachuje! Już on wam da!... On... on z wami zatańczy!
- Stul pysk, gnido! - rzekł Heldbaum i szwagier stulił dziób. - Byliśmy przy wolnych wnioskach. Proszę składać propozycje co do sposobu ukarania obywatela Grausza za nielegalność, to jest za brak
papierów na broń i na organizowanie zebrań o charakterze konspiracyjnym. Słucham panów.
- Dać mu w dupsko! - powiedział Zdunkiewicz.
- Kto za?
Wszyscy byli za. Kapowałem, że cały cyrk z góry ustalono, ale nie wiedziałem, że wytną taki numer: Grausz dostał chłostę w gołego dupala! Położyli go na stół, dupą do góry, i ściągnęli gać. Każdy przywalał mu dłonią, aż huk szedł po sali. Bolało go, krzyczał jak szczenię. W ten sposób Heldbaum odebrał mu godność. A potem rzekł:
- Idź! Możecie jechać, ty, kierowca i pan szwagier. Jak się pospieszysz, to ugasisz swój dom, cosik się tamój zajęło...
Jechali do oporu szybkościomierza, żeby zdążyć. Zdążyli na swój pogrzeb, wyjmowano ich palnikiem, po kawałku, z gabloty rozpieprzonej w drobny mak o beton. Ktoś im wcześniej „zreperował" system hamulcowy i nie mieli hamulców. Przy stukilkudziesięciu na godzinę bez hamulców nikt nie wyrobi, nie ma silnego, silna jest tylko śmierć.
Do tej pory wiedziałem, że Heldbaum nie posiada hamulców w języku, a odtąd, że w ogóle nie posiada hamulców, gdy ma w sercu nienawiść. Nigdy nikogo się tak nie bałem, jak jego.
Cyrk wciąż szedł, teraz był drugi akt. Maestro-wodzirej zapowiedział gwiazdę wieczoru:
- Dach kościoła, tak jak w przyrodzie, nie znosi próżni. Pan Bóg chce mieć nowego papieża, a wy stanowicie konklawe. Nie ma kandydatów, jest kandydat!
Wszedł Karśnicki. Jak duch, nie wiadomo skąd, z półmroku. Zamiast twarzy miał czarną maskę o trzech wycięciach: na oczy i na pysk. Staruch odwrócił się do niego, lecz odezwał do „waletów":
- Kto przeciw, w górę dłoń!
Nikt nie uniósł.
Heldbaum, stojąc do nich tyłem i nie widząc, podliczył:
- Werdykt jednogłośny. Amen!... Nie słyszę braw! Grzmot oklasków. Kiedy umilkły, Heldbaum powiedział:
- Całuj rękę, której nie możesz obciąć, tak mówi któreś z przysłów wschodnich. Kolejno!
Podchodzili kolejno do „Księcia", żeby ucałować go w czarną zamszową rękawiczkę, i wracali do stołu, nie wiedząc już, czy to oni
śnią palmę jawy, czy to jawa kpi sobie z nich. Heca była cyrkiem, filmem i snem naraz, szajbą na kółkach, tylko że jakoś nikt się nie zaniósł od śmiechu. Heldbaum chciał wstawić kolejną mowę:
- A teraz...
- Teraz zamilcz! - przerwał mu człowiek z czarną maską. Powiedział to szeptem, który odbił się od ścian i uzyskał cmentarny pogłos.
- ...Zamilcz! Nie lubię cyrku! Ale jeśli już zrobiłeś z tego cyrk, to niech tak będzie, wytresuj ich jak cyrkowe zwierzęta! Niedźwiedź był przyuczany do tańców na rozpalonej płycie, tygrysy i lamparty zmuszano do siadania na tyłkach dźgając rozżarzonym szpikulcem pod gardło, pawiany przez pół roku okładano batem, aby przyzwyczaić do naśladowania ludzi. Do posłuszeństwa! Nieposłusznych zabij. Nie lubię nieposłusznych. I fajtłapów. Gdybyś spostrzegł, że nie dajesz sobie rady, zabij sam siebie, żebym ja cię nie musiał zabijać, gdyż to byłaby gorsza śmierć!... To samo was tyczy! Nauczcie swych chłopców posłuszeństwa zwierząt, albo do piachu! Ten burdel, który trwał, nie będzie trwać! Koniec! Heldbaum przekaże wam nowy regulamin. Na razie: pa!
Odwrócił się i zniknął w ciemnościach. To „pa!" zabrzmiało jak huk wystrzału. I wszystko to był pic. „Książę" nie lubił pieować, lecz do odegrania tej komedii uprosił go „Petro". Wiedział, że jeśli nawet któryś z „waletów" zbyt poważnie nie zechce tego traktować, to nazajutrz, gdy dostanie wiadomość o śmierci Grausza, zrobi się bardzo poważny. I tak było: poruta, blady strach, koniec żartów i głupich myśli. Komedia zamieniła się w tragedię. Wszyscy musieli grać serio.
Odwiozłem „Księcia" do domu, myśląc cały czas: to już, tak łatwo, po wszystkim? Jakbym poszedł do kina, a teraz wracał z kina, jeden seans, dziewięćdziesiąt minut. Niesamowite wrażenie. To był Meksyk!
W tę noc „Książę" dał mi samochód, żebym sobie pojeździł sam. Umówiłem się z Danką na ranny spacer. Była piąta jak przyjechałem pod jej blok. Puściutkie miasto, pan i pani w swoim wózku, cisza, półmrok, mrugające latarnie, asfalt lepki od niziutkiej mgły, można jechać z każdą szybkością nie zważając na światła, można parkować gdzie się chce, można czuć, że wszystko należy tylko do dwojga ludzi - tę nieziemską radochę, której, gdy sfajczy się młodość, nie zakosisz, nawet kiedy zgarniasz miliony dolców, setki dup i dziesiątki chat.
Na szóstą odwiozłem ją do roboty. Ciemność trochę zbladła. Lato już wygasło, poranki utraciły swój blask, przeszły w szarość i wilgoć, w światła palące się za oknami tych, którzy wstają na ranną zmianę i w przemarznięcia tych, co formują kolejki do sklepów na kilka godzin przed otwarciem, żeby kupić kilogram łoju sprzedawanego jako mięso.
Zaczynał się jeszcze jeden, ten sam dzień. Tylko na Pradze rodził się nowy świt. Ale nie nowy ustrój. Bo to nie była rewolucja, lecz zmiana warty.