V

Kurewsko trudno utrafić w życiu, zawsze coś jest nie tak, a już z kobitą bezwarunkowo najtrudniej. Jak fajna z charakteru, to brzydka, a jak piękność, to nie fajna; jak ona ci podchodzi, to ty jej nie, lub na odwrót, a jak podobacie się sobie na krzyż, to inna cholera wam przeszkodzi, ona wyjedzie z rodziną lub starzy wydadzą ją za kogoś innego. I tak jest ze wszystkim, przez tyle lat nagapiłem się dość, żeby to wiedzieć. Jak masz coś do powiedzenia, to nie chcą słuchać, a gdy już chcą cię słuchać, to zapomniałeś coś miał mówić; jak jest interes do zafarcenia, to nie masz szmalu, a jak już łyknąłeś gotówkę, to okazję wziął szlag; jak jesteś samotny, pies z kulawą nogą nie przyjdzie, ale jak skołowany i chciałbyś przykimać, dzwonią do drzwi jeden po drugim. Życie jest jak loteria, na której wszystkie losy są trefne, lub jak poker: trzymasz cztery dzwonki (z asem) i asa pikowego, i główkujesz jak dobierać, do trójki lub karety, czy do koloru; kiedy odrzucisz pikowego, decydując do koloru, wtedy na pewno przyjdzie inny as, a jak zostawiasz asy, to bankowo dokupisz piątego dzwonka. „Petro" kiedyś burknął:
- Jak cię prześladuje pech, to nawet kiedy wstajesz, żeby zatańczyć, orkiestra akurat idzie srać.
I to jest ganc-prawda. Więc jak poznałem Dankę, to miałem taką myśl, że mój niefart dostał drugi raz w ryło: najpierw spotkałem „Księcia", a teraz lalkę na mój gust. Morowa dziewczyna: nie lubiła dużo mówić, a ja nie lubię tych, co trajlują jakby miały głowice magnetofonowe zamiast zębów. W każdą niedzielę chodziliśmy do Łazienek, bo ona najbardziej chciała tam, a i mnie się spodobało. Znałem dotąd park Skaryszewski i ten przy zoo, w Łazienkach nigdy nie byłem, nie moja dzielnica. Jak poszliśmy pierwszy raz, to mi patrzałki wyszły na wierzch, gdzie Skaryszewskiemu do niego! To był park jak z bajki, jak nie z tego kraju, w którym wszystko jest trzecioligowe. Obok był Botaniczny Ogród, też cymes. Łaziliśmy po obydwu, mało co mówiąc, ale trzymając się za rączki - palce splecione na warkocz mówiły, co trzeba. Kiedyś w Botanicznym na górce, w narożniku dwóch parkanów, złapał nas deszcz; dawno nie widziałem tak cholernej ulewy, moja kurtka, którą okryłem Dankę, przemokła na wylot. Tam pierwszy raz dała się pocałować, w tym deszczu, więc będę go pamiętał długo. Wszystko było mokre, moja twarz i jej twarz, i nos, i usta, całe życie, cała nasza radość i cały świat był z wody, pierwsza klasa! Dlatego lubię deszczyk w lecie, taki, od którego nie można złapać kataru - hołota biega pod parasolami i przeklina w bramach, a ja sobie idę z odkrytą głową jako „wariat" i wyświetlam tamten film.
Jest w tym filmie dużo klawych fantów (uściski, pocałunki, zwierzenia i milczenia, zrujnowany Teatr Na Wyspie, łabędzie na jeziorze, lody, ciastka i wiewiórki karmione okruchami) oraz cierń, któ-rego nie sposób wyjąć, gdyż los się dopełnił tak jak musiał. Twarz tej Cyganichy, ni młodej, ni starej, one zawsze wyglądają staro, od młodości. Łaziła wśród alejek i naciągała ludzi na wróżby, z grabuli lub z wyświechtanych kart. Nie cierpię Cyganów, zbyt wielu ich robi na Różyckim, złodziei, kombinatorów i paserów; poznałem barachło za dobrze od dzieciństwa, żeby się dać wziąć na folklorowy sentyment („ognisko, taniec i śpiew", „Oczy czarne" i temu podobny kit) tak jak się dają frajerki i frajerzy. A kiedy jeden Cygan ciachnął Gienka kosą po ramieniu, to już była wojna, brałbym każdego pod but. Więc jak podeszła i nie pytając przysiadła na ławce, na której siedzieliśmy trafił mnie szlag.
- Powróżyć, piękna pani, powróżyć... - zasepleniła. - ... Cyganka prawdępowie, powróżyć...
Znałem kilka wyrazów po cygańsku, więc warknąłem:
- Na!
Danka, myśląc, że wyrażam zgodę, dała jej dłoń.
- Powiedziałem: nie! Zjeżdżaj stąd! Babsko wyszczerzyło spróchniały pysk:
- Czemu młody pan nie chce? Cyganka prawdę mówi, złociusieńki, Cyganka szczęście przynosi, powiedz dobre słowo, daj dobry pieniążek, poznasz prawdę! Przekląłem ją:
- Łubni! Dziukli!
To były straszne wyrazy (kurwa, suka). Cyganka spojrzała na mnie wzrokiem węża, podniosła się i rzekła do Danki, nie przestając mnie świdrować.
- Ty z nim nie idź daleko, miła, bo blisko zajdziesz, oj, blisko! Nie dla ciebie kawaler, innego królewicza ty szukaj, śliczniutka! On ciebie pokrzywdzi, a szczęścia nie da, i sobie samemu zło nawarzy, a tego, który mu zaufał i otworzył serce, na pogub sprzeda, to mu pisane! Uciekaj, złotko, póki czas, uciekaj, mileńka, Cyganka wie, co mówi!
Odchodząc splunęła, a ja, gdybym nie był z dziewczyną, nakopałbym cholerę. Wtenczas pierwszy raz się pokłóciliśmy.
W ogóle kłóciliśmy się rzadko i nie było między nami gniewów o macankę, przed którą Danka się broniła. Bo ja nie byłem z nią nachał, jak przedtem z każdą inną, bardzo mi to odpowiadało, że zabrania i stopuje mi paluchy; wiedziałem, że dostanę, co mam dostać, jak czas na to przyjdzie, bez kurewskiego pośpiechu, taka ona miała być. Chciałem prawdziwą miłość, spacerki, buziaki i tęsknoty, no i kiedyś ślub, bo dałem blat, że się nie rozstaniemy aż do naszych pogrzebów.
Zerwała ze mną (na krótko, ale komu krótko temu krótko, mnie się wtedy wydawało, że długo) po sylwestrze. Było tak: przed Wigilią wzięła urlop, półtora tygodnia, żeby wyjechać ze swym wapnem do jakichś kmieci, wujów czy stryjów. No i „Dżek", jak się o tym dowiedział, trajluje:
- Słuchaj, „Fokstrot", jest sylwestrowa balanga u Heńka „Pelego". Kumpelka mojej dziewczyny nie ma chwilowo z kim iść, bo chłopak, który ją kropi, też wyjechał. Idź z nią, może coś przestrzelisz. Ona lubi tę robotę...
Dałem się namówić, nie chciałem w sylwestrową noc oglądać telewizora. Wziąłem od niego telefon i zadzwoniłem do tej lalki, mówiąc co i jak, a ona:
- Fajnie, masz wóz?
- Mam - palnąłem „marszowo".
- To przyjedź po mnie o ósmej. Cześć!
Już głos miała taki, jak z wesołego krocza. W sylwester „Dżek"
wziął mnie do gabloty i najpierw szus po jego panią, a następnie po moją. Stanęliśmy przy bramie i Klon gada:
- Skocz na górę po swoją miss, poczekamy aż zejdziecie, śpieszyć się nie musisz...
Wiedziałem, że nie muszę, bo jak to śpiewał, to walił już po organach taką palcówkę, że się jego pani zasapała. Dymam na trzecie piętro, wciskam guzik, otwiera przedwojenny babsztyl:
- Ach, to pan? Bardzo nam miło, proszę wejść, córka zaraz będzie gotowa, właśnie ubiera nową kreację, coś pięknego, Jolu, Jolu!, twój kolega przyszedł!,... proszę bardzo, może pan pozwoli do jej pokoju i zechce chwilę zaczekać, Jola zaraz przyjdzie! Przepraszam, muszę iść jej pomóc!
Filuję na ściany pełne plakatów z gwiazdorstwem rocka, i nagle słyszę od drzwi:
- Cześć!
Cała na lśniąco, w rybią łuskę, z cekinami we włosach, ładna, nie powiem. Lecz więcej niż urody było w niej seksu: ubrana, a jakby była boso po szyję, z cyckami, pępkiem i futrem na wierzchu. Podeszła, szczerząc ząbek:
- No co, klawy łach?
- Ujdzie - bąknąłem, wydymając wargi, że niby luzak jestem i żaden szpan nie robi na mnie wrażenia.
- Dekolt ma z tyłu...
Odwróciła się. Dekolt wycięty aż da rowka w dupie, taka moda. Stała tyłem trochę za długo, a ja za długo spacerowałem z Danką, no i jeszcze ten szybki oddech dziewczyny „Dżeka", gdy wysiadałem z ich gabloty. Nie myśląc, gdzie jestem i co robię, położyłem dłoń na jej karku. Nic. Pchnąłem. Zgięła się i żeby nie upaść, musiała oprzeć graby na stolikowej ławie. Szarpnąłem łuskowy ciuch wzwyż... Kilkadziesiąt sekund, od tyłu, z łapami zaciśniętymi na jej biodrach, z patrzałkami w uchylonych drzwiach do przedpokoju...; faceci, którzy się chwalą, że robili to w windzie, niech mi umyją buty, obok wind nie ma ojców i matek, którzy mogą nagle przejść lub wejść.
Po tygodniu pierwszy raz jestem z Danką, na ulicy, i nie mogę uwierzyć w swój niefart: kogo widzi mój szanowny wzrok?, kto nas mija, robiąc buźkę w ciup, jak do cmoknięć? Ta potrzebowska sylwestrowa owca! I szczebiocze, bawełniana jej mać:
- Wpadnij, „Fokstrot", czekam już cały tydzień! Zrobimy powtórkę! Pa!
Dopiero za miesiąc Danka pozwoliła się skołować, wcześniej nie słyszała nawet jak mówię: „Dzień dobry". Wstawiłem kit, że byłem z tamtą na sylwestra, bo chciał tego „Dżek", a „powtórka" to złośliwość, żeby nas skłócić.
Danka mieszkała na Ochocie, gdzie jej ojciec miał warsztat stolarski. Żadnym autobusem nie jeździłem w życiu tyle, co C-tką, bo odprowadzałem ją każdego dnia. Byłem szczęśliwy, że chociaż mieszka na Ochocie, pracuje na Kępie, inaczej bym jej nie zapoznał, lecz swoją szosą nie mogłem rozgryźć idei, jaką posługiwała się dyrekcja „Społem" w rozdzielaniu dziewczyn do sklepów: ekspedientki, które mieszkały na Grochowie, jeździły do roboty na Mokotów, te z Woli zasuwały na Bródno, z Bielan na Kamionek, a te z Pragi na Żoliborz, jakby komunikacja w mieście była za mało przeciążona! Dlaczego, kurcze blade, nie mogą robić tam, gdzie mieszkają, sklepów w każdej dzielnicy od jasnego gwinta! Dużo później skapowałem logikę tego systemu, przysłuchując się Heldbaumowym gadkom z Karśnickim. Przy jakiejś okazji „Petro" gdakał:
- ... A jak może nie być? Tam też kultura zeszła do psich bud! Jeśli fryzjer czy projektant mody to dla nich teraz twórca, na równi z filozofem, kompozytorem czy pisarzem, i nie jest to wygłup, lecz styl myślenia, to skąd mają brać nowych Picassów czy Heideggerów? Wszystko się sprowadza do stylu myślenia, ruina powstaje nie od bomby, lecz od stylu myślenia, który buduje i określa świat... To tak jak z naszą gospouarką. Czy pan wie, że węgiel ze Śląska jest wożony do central w Bydgoszczy, a stamtąd prosto jak strzelił do Wrocławia? Jeszcze lepszy numer mają Jasło i Będzin. Węgiel przywieziony do Jasła odstranśportowuje się do Będzina, w Będzinie uwalnia się samochody od tego węgla i załadowuje ponownie taką samą ilością węgla przeznaczonego dla Jasła! Całą produkowaną w Sopocie pastę do butów wozi się do Przemyśla i Rzeszowa, natomiast sąsiadujący z Sopotem Gdańsk zaopatrywany jest w identyczną pastę przez Żywiec i Kraków! W Radomiu, gdzie jest wytwórnia kuchenek gazowych, instaluje się kuchenki z Wrocławia, a we Wrocławiu tylko radomskie! Mają chłopcy pomyślunek, co? Jednocześnie wszystkie polskie dzieci, robiąc wypracowania i konkursy rysunkowe na ulubiony temat nauczycieli: „Jaki będzie nasz rok 2000?" - przedstawiają ruchome chodniki, myślące komputery, powietrzne taksówki, wakacje na planetach i szklane domy, w których jest samo słońce, zdrowie i nieróbstwo wynikające z obłędnego dostatku, nie traktując tego jako marzenie, lecz jako wizję wynikającą z przekonania! Nawet diabeł nie mógłby pojąć takiego surrealizmu, a co dopiero wymyślić!...
W pierwszych tygodniach z Danką byłem rozdarty na pół: ciągle myślałem o niej i ciągle myślałem o półżywym „Księciu", grzała mnie miłość do dziewczyny i nienawiść do tych, którzy dali mu w pierdol. Długo nie wstawał, a jego cierpienie nie było bólem fizycznym, umiał to znosić jak nikt, męczyło go co innego: bezwolność oseska. Należał do tych, co kontrolują każdy swój gest i programują każdą chwilę swego życia, każdy krok i każdy ubytek energii, z nieludzką precyzją trenera przygotowującego klacz do wyścigu, a teraz musiał tkwić w betach jak skrępowany łańcuchami pień i to były dla niego tortury.
Na Dankę miałem każdy wieczór, bo każdego zjawiała się ta lekarka i już nie byłem potrzebny. W niedzielę przychodziła rano. Zmieniała mu pościel na macie i „kąpała" go wilgotną gazą. Któregoś niedzielnego ranka zażądał:
- Pomóż mi wejść do wanny. Zrobiła mu letnią kąpiel w wannie, pomogła się zwlec i prawie zaniosła (tak jak ja „nosiłem" go, to jest prowadziłem podtrzymując, gdy chciał srać); tych parę metrów to był dla niego morderczy wysił. Przez drzwi do łazienki usłyszałem:
- Będę tu leżał kilka godzin.
- Będziesz tu leżał dziesięć minut - rozkazała - bo inaczej blizny się otworzą. Pójdę ci zrobić śniadanie.
- „Fokstrot" zrobi.
- Dzisiaj ja zrobię. Przyniosłam coś specjalnego, to niespodzianka.
- Zanim zrobisz, daj mi jakąś książkę.
- Tutaj chcesz czytać?
- A nie można? Elen, na miłość boską...
- Nie utrzymasz. Książki czyta się kładąc je na coś lub opierając o coś, w wannie trzeba je dźwigać w powietrzu. Nie masz jeszcze zaleczonych rąk. Po trzech minutach uczułbyś jak ciężka jest naprawdę książka, po pięciu plusnęłaby ao wody. Dam ci gazetę, albo sama ci coś przeczytam.
Westchnął jak człowiek krzywdzony przez kobietę i burknął ponuro:
- Przeczytaj mi pożegnalny list Petroniusza do Nerona, pasuje, nie przeszkadza mi, że wanna nie jest z marmuru.
Najpierw wyczułem w jej głosie lęk, kiedy go skarciła:
- Przestań, ani mi się waż tak myśleć!
A potem ledwie uchwytną nutkę żalu, gdy zbyt głośno zakpiła, aby milczenie nie pogłębiło jego chandry:
- Jestem za stara na twoją Eunice. Milczał przez kilka sekund i odszepnął:
- Jestem za mały na twojego Petroniusza, bogowie, którzy mają w swych rękach twój los, to złośliwcy!
Potem już nic nie było słychać, tylko to milczenie, które jest samą miłością, oraz to milczenie, które jest przywiązaniem pragnącym być miłością i będącym nią, gdy na chwilę zasypiają wspomnienia.
Właśnie wtedy, jak wciąż był kaput i mało wstawał, „Dżek" przyprowadził „Ognia".
- To jest Stasiek „Ogień" - powiedział. - Chce wstąpić do „batalionu". Ja i każdy z chłopaków dajemy mu poręczenie.
- Usiądź - rzekł Karśnicki.
Klon dał krzesło, ale „Ogień" usiadł na podłodze, obok maty, po turecku.
- Ile masz lat? - zapytał „Książę".
- Dwadzieścia.
- Uczysz się, czy pracujesz?
- Pracuję.
- Gdzie?
- W łóżkach.
- Jak to w łóżkach? Robisz łóżka?
- Nie, robię w łóżkach. Jestem męską kurwą dla „mamusiek", dup po czterdziestce, pięćdziesiątce i sześćdziesiątce.
- A teraz chcesz z tym skończyć?
- Nie chcę z tym skończyć. Dzięki temu mam fiata, szmalec, klawe ciuchy i dewizowe konto.
- I ten sygnet? - Tak.
Na paluchu „Ognia" błyszczał wielki, złoty sygnet z czarnym kamieniem. Taką zabawką można złamać serce podfruwajki i
szczękę frajera.
- Lubisz to? - zapytał Karśnicki, wciąż z tym samym spokojem.
- Nie lubię - odparł przepytywany, wciąż z tym samym spokojem. - Co za różnica? W Polsce nikt nie lubi swojej roboty.
- Jest różnica. W Polsce prawie nikt nie lubi swojej roboty, ale też prawie nikt nie musi sobą gardzić z jej powodu, ci nie lubiący zasługują bardziej na współczucie, niż na obrzydzenie.
„Ogień" wzruszył ramionami.
- Teraz to rutyna. Nie brzydzę się już sobą, brzydzą mnie „mamuśki", od których dostaję szmal. Obleśne próchna i raszple z lubieżnymi wymaganiami! Prócz jednej. Lubię ją. To najstarsza z moich stałych, ma prawie siedemdziesiąt lat. Nie chce, żebym ją dmuchał. Siedzi w fotelu, ja stoję przed nią nago i ona tylko patrzy. A potem zamyka wzrok i tak delikatnie się uśmiecha, jakby była zawstydzona, albo, nie wiem, jakby przypominała sobie młodość... i wtedy wydaje mi się ładna... Mogę się ubrać i wyjść, ona już nie otwiera oczu, może nawet zasypia z tym uśmiechem, więc wychodzę na palcach, żeby jej nie budzić z tego snu, czy z tych wspomnień.
Zrobiło się cicho. „Książę" leżał, filując na „Ognia", ale ten mu nie umykał gałą i „Książę" przeniósł ślip ku Jackowi:
- Poręczenie, mówisz?... Ty i reszta chłopaków?
- Skąd mogłem wiedzieć, że to męska rura!!? - krzyknął Klon, tak siny ze wstydu, jakby sam był prostytutką dla seniorek.
- A skąd ci przyszło do głowy, żeby ręczyć za kogoś, o kim nic nie wiesz?
- Wiem, że to dobry kozak, dali mu ksywkę „Ogień", bo ma ogień w kopycie! - bronił się Klon. „Ogień" wstał z ziemi.
- Nie chcę być powodem wewnątrzrodzinnych drak, pójdę już. A ksywka nie jest mi dana przez kogoś, sam ją sobie przybrałem, dla pamięci Józefa Kurasia. To był po wojnie król Tatr, „Ogień". Mówili, że był bandytą. Ale on nie był bandytą...
Tak po prostu? - przerwał mu „Książę". - A miałeś do tego prawo?
- Do czego?
- Do kradzieży pseudonimu bohatera!
- Mój ojciec był jego łącznikiem, panie Karśnicki. A jeszcze przedtem, za Niemców, był kolegą pańskiego ojca i jego partnerem w
KWC-owskiej i kedywowskiej dwójce do egzekwowania wyroków sądowych. I chociaż dano mu rozkaz, nie rąbnął pańskiego starego, kiedy ten zdradził, tylko ostrzegł go i pozwolił mu dać dyla z Warszawy. Dzięki temu pański ojciec mógł pana zmajstrować. Nazywam się Garoń. Chciałem pana zobaczyć, dlatego tu przyszedłem. Żegnam.
Grzeczny ukłon i miękki trzask zamykanych drzwi. Teraz cisza trwała bardzo długo, aż do momentu, kiedy wychylił się Klon:
- O czym on truł, szefie? Jaki kawuceowski? Przecież za Szwaba...
Klonowi „something pojebałoś" (jak mówili chłopcy z „batalionu" o kimś, kto poplątał), pewnie z nerwów - myślał chyba o KW i KC, a nie wiedział, czy to „Ogień" coś przekręcił, czy może on się przesłyszał.
- KWC to było Kierownictwo Walki Cywilnej AK zanim nie powstało Kierownictwo Walki Podziemnej. Miało sądy specjalne o statusie sądów państwowych w polskim państwie podziemnym - wyjaśnił mu „Książę". - I miało ludzi do wykonywania wyroków. Mój ojciec był jednym z nich.
- Ale Stasiek powiedział, że on zdradził! To prawda?
- Prawda.
- Dlaczego?!
- Dlatego, że był dobry z matematyki. Za jednego rozwalonego gestapowca lub renegata Niemcy rozwalali stu ludzi, albo więcej. Często branych z ulicy, jak popadło. Mój stary uznał, że to kiepski rachunek i że on ponosi odpowiedzialność za śmierć tych niewinnych, bo ile razy wystrzelił, tyle razy stu Polaków dostawało czapę. Na dobre się wkurzył, jak z wyroku sądu specjalnego rozwalono Niemca Fuldnera, jego żonę i jego dziecko. Fuldner urządził masakrę na polskim weselu, też zabijając dzieci, ale mój stary uznał, że płacenie dzieckiem za dziecko to syf. Nie wykonał kolejnego rozkazu, co było zdradą.
- Cholera, trudno było wówczas żyć, nie wiem co ja bym zrobił! - powiedział „Dżek". - Nie wiem, kto miał rację...
- Umierać też było trudno - rzekł Karśnicki. - Najłatwiej było mieć rację kosztem umierających. I mruknął:
- Powiedz mu, że go przyjąłem. Na staż. Pół roku, a potem się zobaczy.
Pół roku... Przez te pól roku cały nasz świat wywinął kozła, stał się zupełnie inny, uformował się na nowo. Jakbyśmy przeskoczyli na drugi brzeg oceanu, gdzie wszystko ma odmienny kształt i zapach, nawet roślinność. Zadecydował o tym kolejny dialog „Księcia" z Heldbaumem.
Staruch przyszedł bez zapowiedzi, któregoś popołudnia. Źle trafił. „Księcia" nie było w domu, jego kobita załatwiła karetkę i wraz ze „Świętym" oraz „Pelem" powiozła go na jakieś szpitalne badania, naświetlania czy inne kurowania, dokładnie nie wiem. Mieli wrócić już przed godziną, więc powiedziałem staremu, że zaraz wrócą, jak chce, to może czekać. Chciał. Wyjrzał przez okno, zaczepił patrzałki na bibliotece, a potem uniósł leżący obok maty tomik „Antologia poetów polskich" z roku 1887. Otwarł tam, gdzie Karśnicki wsadził zakładkę i czytał z kamienną mordą. Wiem, co czytał, bo zakładka była ciągle w tym samym miejscu i kiedyś ja również sprawdziłem, chcąc się dowiedzieć, który wierszyk tak rajcuje „Księcia". To był jeden sercowy kawałek ze Słowackiego, na stronie 180:

„Kiedy się myślą w przeszłości zagłębię,
Nie wiem jak sobie jej postać malować?
Czy kiedy przyszła śpiącego całować,
Jak z rozwartymi skrzydłami gołębie?
Czy wtenczas, kiedy uciekała trwożna?
Czy, gdy na jedną ze mną księgi kartę
Wbijała oczy błękitne, otwarte,
Na każde moje spojrzenie ostrożna?...

Są łzy, co mówić na zawsze zabronią,
A kiedy mówię, wpadam w zamyślenie;
I widzę jasne, błękitne spojrzenie,
Co się zaczyna nade mną litować,
I widzę usta, co mnie chcą całować,
I drżę - i znów mnie ogarną płomienie.
I nie wiem, gdzie iść i gdzie oczy schować?
I gdzie łzy ukryć? i gdzie być samotnym?
I staję blady i kreślę jej rysy,
Lub imię piszę na piasku wilgotnym;
Lub błądzę między róże i cyprysy,
Jak człowiek, który skarb drogi postrada,
Zmysły utracił, i płacząc, usiądą
Tam, kędy urny na grobowcach siedzą,
Myśląc, że groby o niej co powiedzą".

Zamknął kniżkę, odłożył tam, skąd ją podniósł i rozejrzał się, jakby czegoś szukając. Wreszcie spytał, ściszonym głosem konspiratorów:
- „Fokstrot", gdzie to jest?
- Co?
- To zdjęcie.
- Jakie zdjęcie?
- Tej dziewczyny
Wiedziałem gdzie. Fotografia legitymacyjna, maleństwo pod szkłem na biurku; nie zauważył, bo akurat coś na niej leżało.
Kochanka „Księcia", pani doktor, wtedy, gdy zostawiła go samego w kąpieli, podeszła i przyglądała się tej fotce z uwagą. Do dziś pamiętam wyraz jej facjaty, jak filowała na rywalkę, której już nie było i której nie dawało się pokonać, właśnie dlatego, że już jej nie było, a wciąż była. Patrzyły sobie w oczy i w oczach starej zauważyłem coś dalekiego od smutku, jakąś dumę, ale nie był to najczęstszy falsyfikat dumy, ten ze złością, wzgardą, uporem lub prostacką szarpaniną, gdy pojawia się ktoś niezrozumiały, lepszy, drażniący, wywołujący zazdrość czy skrywane poczucie niższości, lecz prawdziwa duma, ta, co bez wstydu, żalu czy gniewu potrafi zrozumieć, ustąpić, wybaczyć, albo się przyznać, i nie traci tym fasonu, zachowuje swój szlachetny wymiar (Matko moja, uśmiechnij się w grobie, patrz jak twój syn umie mędrkować profesorską kminą, tyle się nasłuchał i naczytał, widzisz!).
„Petrowi" burknąłem:
- Pański biznes?
Dlaczego miałbym mu pokazywać? A ten grzyb mi zasunął:
- „Fokstrot", chcesz wiedzieć, jak się powodzi twojemu bratu?
- Jasne, że chcę! Co z nim?
- Zachorował.
- Bardzo?
- Coraz bardziej, to się będzie u niego pogłębiać. Dolegliwość tak zwana nieuleczalna. I nie do hospitalizacji.
- Co to jest, panie Heldbaum?!
- Gdzie fotografia?
Pokazałem mu. Zapatrzył się w pynio tej dzidzi, a ja cisnę:
- No, mów pan, do cholery! Co jest z Gienkiem? Jaka to choroba?
- Zazdrość.
- Co?!
- Zazdrość, zwyczajna zazdrość. Pana Eugeniuszowa satelita zbacza mu z orbity ku innym planetom, co go gniecie i co go może zmóc, bo zazdrość to psychiczny rak.
Skubaniec! Wyrolował mnie tak prostą sztuczką! Z tej złości obraziłem go:
- Świnia! Nie zrozumiał, nie wziął tego do siebie, odrzekł mi:
- Z jego punktu widzenia tak, ale z jej punktu widzenia to poszukiwanie absolutu, jakim jest miłość. Ona, „Fokstrot", szuka miłości telewizyjnej, naoglądała się filmów... to choroba tej epoki, syndrom serialu, w medycynie winna powstać nowa specjalność, seksuologów hollywoodo-ginekologicznych. Ona ma dość spółko-wania w ruderze z małżonkiem mono, monosylabowym, monoko-szulowym, monogarmażeryjnym. Marzy o stereo.
- Zakochała się?
- Tego nie wiem. Może tylko w swoim marzeniu, jak Murzynka, której Negr przynosi naszyjnik z kłów dzikich zwierząt, a ona pragnie mieć ze szklanych paciorków, bo widziała taki na bogatej turystce. Ona choruje na miłość do miłości.
- Miłość! - zawarczałem. - Zdradza Gienka, ścierwo!
- „Fokstrot", widzę, że nie potrafisz się wczuć, nie znasz się na tajnikach ludzkiej psyche, gdzie wszystko się rodzi, w tym i miłość... Zalewało mnie już krwią od tego bełgotu:
- A pan się znowu zna! Pan może wiedzieć, co to jest miłość! Spojrzał jeszcze raz na fotografię nieboszczki i mruknął:
- Du fragts mich, Kind, was Liebe ist? Ein Stern in einem Haufen Mist.
- Co? - spytałem.
- Nic.
- Jak to nic?
- Nic, co mógłbyś zrozumieć w twoim wieku. To z Heinego.
- Z Heinego Medina?
- Nie, z Henryka Heinego. To poeta niemiecki. W którymś z
wierszy napisał: „Pytasz mnie, dziecko, czym jest miłość? To gwiazda w kupie gnoju".
Zostawiłem go, bo znowu dzwonek zadryndał. Przyszli „Ogień" i „Hindus", byli umówieni z „Księciem".
- Nie ma go, ale już dawno powinien być - wyjaśniłem. - Możecie zaczekać, jesteście drudzy w kolejce, pan Heldbaum też czeka.
- To ten Żyd, który wystawił Karśnickiego? - spytał „Ogień".
- Uhmm.
Stary wlazł do przedpokoju, protestując:
- Panowie, czyście oszaleli? Pan Karśnicki sam popełnił głupstwo!
„Ogień" zbliżył się do niego i wycedził:
- Tak, popełnił głupstwo! Popełnił je, ufając panu! Dał mu pan ten adres, a tam już na niego czekano, wlazł w kocioł! Wystawił go pan, żeby ta krew, jego własna, wzbudziła w nim większy głód krwi!
- Pan wierzy w to, co pan mówi, panie...
- Garoń.
- ... panie Garoń?
- Zawsze wierzę w to, co mówię, panie Heldbaum, nie znalazłem języka na śmietniku, staram się nie obracać nim głupio!
„Petroniusz" zrobił minę składającą się z samego politowania:
- Gdy pan jeszcze doda do tego nieobracanie głupio mózgiem, panie Garoń, to już będzie można powiedzieć, że z wierzchołka drzewa do ziemi ma pan kilka kroków. Pomogę panu. W przypadku tej afery, którą pan mnie obarcza, myślenie jest bardzo proste...
- Jest! - przerwał mu Staś. - To była prowokacja obliczona na to, że niepowodzenie i ból doprowadzą Karśnickiego do szału , w efekcie czego przyjmie pańską propozycję. Pańska uporczywa chęć zmuszenia go do współpracy...
Teraz stary przerwał jemu:
- Właśnie ona jest moim alibi i to na ten pomysł chciałem przed chwilą skierować pański mózg! Jeżeli tak bardzo zależy mi na panu Karśnickim, to czy narażałbym go na niebezpieczeństwo, które mogło zakończyć się zgonem? Ma mnie pan za takiego debila? Przez myśl by mi nie przeszło, że polezie tam bez obstawy, jak harcerz! To, 'iż pan sobie wbił do głowy „wystawienie" go przez Heldbauma, świadczy o tym, że logiczne myślenie jest panu obce!
- Jest mi obca talmudyczna dialektyka myślenia, według której
należy być etycznie w porządku tylko wobec swoich, natomiast goja można oszukać lub okraść bez skrupułów, gdyż nie jest to grzechem! Tego uczy wasz „katechizm"!
- Mówi pan do ateusza, panie Garoń!
- Mówi? do pańskich genów, panie Heldbaum!
- No to mówił dziad do obrazu. Wypieram się obciążenia tą tradycją. Natomiast od wymiany złośliwości nie będę się uchylał, jeśli sprawi to panu przyjemność. Istotnie, pańska religia ma pięć z plusem za genialny chwyt reklamowy: wszystkie swe prawa moralne rozciąga na wszystkich. Kochaj każdego bliźniego swego jak siebie samego... Na marginesie: to nie Chrystus, lecz Mojżesz pierwszy wypowiedział te słowa w swoim prawie. A więc każdego, a już najbardziej wroga, bo to szczyt zasługi w niebiańskim rankingu, premiowany aureolą, rzymsko-katolickie Grand Prix! Tylko że ten etyczny uniwersalizm, równający wszystkich w kochaniu, pozostaje wyłącznie teorią, której wyznawcy w praktyce postępują dokładnie na odwrót! A wie pan dlaczego? Dlatego, że teoria jest właśnie taka. Naturalną konsekwencją zbyt wyśrubowanych ideałów jest zawsze urodzaj hipokryzji!
- Dlatego trzeba obniżać normy etyczne do poziomu, na którym każde świństwo można nie tylko logicznie uzasadnić, ale i zinterpretować jako bogobojny uczynek? Co jest naturalną konsekwencją tak odśrubowanego ideału?
- Mniej obłudy, panie Garoń! Czy jest coś wstrętniejszego niż kapłan, który ględzi o najmiłosierniejszym z Bogów, podpalając stos, żeby upiec żywcem kilku bliźnich?
- Jest. To ten nieśmiertelny arcykapłan, który za stos sprzed wieków i za komory gazowe niemieckich ludojadów dekretuje zbiorową odpowiedzialność wszystkich źle urodzonych.
- Ho, ho, ho! Panie Garoń! Pan się za późno urodził! W antyku obsypywano laurami krasomówców, dobrego retora ceniono wyżej od Fidiasza! Brakuje mi tylko w tym wykładzie jakiegoś sofizmatu nie z trzema, lecz z pięcioma gwiazdkami. Na przykład, że Hitler to uczeń owego diabła, który przestudiował żydowskie święte księgi, tak nafaszerowane rasizmem jak żadne inne ludzkie pismo, i że za pomocą komór gazowych zdał egzamin z Talmudu jako prymus w szkole nietolerancji, niemiłosierdzia i tego wszystkiego, co nieludzkie... No, niech pan sobie ulży!
- Ulżę sobie wychodząc - mruknął Stasiu.
- Tak szybko? Przestraszył się pan starego Żyda, panie Garoń?
- Nie, tylko denerwuje mnie antysemityzm.
- Mój, czy w ogóle?
- Pański w szczególności, panie Heldbaum.
- Pan kpi, aleja coś panu powiem. Ja jestem Żyd, ale ja jestem Żyd antysemita, panie Garoń. A wie pan dlaczego?... Bo nie cierpię rasizmu Żydów. Tylko że jak ktoś mnie tak obsztorcowuje, jak pan to zrobił, to ja się od razu robię wojujący Żyd!
- I to są właśnie geny, panie Heldbaum!
- Herr Garoń, proszę przyjąć oświadczenie, że jak dotąd jestem wobec pana Karśnickiego w porządku, więc pan mnie obraża!
Myślałem, że „Ogień" go uderzy, za to „Herr". Ale tylko spojrzał na „Hindusa" i mruknął:
- Urywamy się, nie ma co czekać, bo jeszcze trochę, a spasku-dzimy podłogi panu Karśnickiemu!
Nie zdążył wyjść, zatrzymało go pytanie Heldbauma:
- Pański antysemityzm, panie Garoń, jest genetyczny, czy też wyuczył się go pan od kogoś?
- Od profesora Litewskiego - rzekł „Ogień".
- Litowskiego?... Nigdy się nie zetknąłem z...
- No to miał pan dużo fartu, panie Heldbaum!... Litowski to przybrane nazwisko. Prawdziwe: Renkes. Mój ojciec wyjął z getta całą rodzinę Renkesów i przechował ich do końca wojny w naszym domu. Po wojnie, jak starego aresztowano, bo był w oddziale „Ognia", przesłuchiwał go Renkes-junior, wtedy już porucznik Litowski. Przesłuchiwał za pomocą butów, szuflady, kawałka gumowego węża i obietnic w rodzaju: „Waszymi łbami będziemy brukować ulice!". Ojciec tak się przejął tą obietnicą, że na ulicy nie zobaczono go przez kilka lat.
- To przykre - powiedział „Petro" - ale ja nie będę pana przepraszać. Sam wtedy siedziałem, za andersowanie.
„Ogień" i „Hindus" wyszli nie burknąwszy do widzenia. „Petro-niusz" wrócił do pokoju i łaził nerwowo, nic nie mówiąc. Potem zamknął się w kiblu. Wtedy lekarka, „Pele" i „Święty" wnieśli do mieszkania Karśnickiego. Ona się zaraz zmyła, chłopcy też. Powiedziałem mu, że w sraczu jest stary. Zapytał:
- A Konrad i „Ogień"?
- Byli, ale „Ogień" się poprztykał z Heldbaumem, więc poszli.
- O co?
- Stasiu mu rąbnął, że pan został wystawiony.
- Bzdura!
- W ogóle to ładnie nawijał, nie gorzej od starego, był remis. Zobaczy pan, włączyłem magnet...
- Nagrałeś?... Brawo, zaczynasz działać sam i to w prawidłowy sposób. Tak trzymać, „Fokstrot"!
Usłyszeliśmy huk wody, wylazł Heldbaum i przywitał się.
- Słyszałem, że stoczył pan przed chwilą bój - rzekł Karśnicki.
- Ach! - parsknął staruch. - Ten pański Garoń to nie Garoń tylko Gamoń!
- To tak jak ja, panie Heldbaum, pańskie argumenty nie trafiają do mnie. Ale i pan robi dziwne rzeczy... No niech pan sam powie, czy jest sens zmuszać słabiaka, który się broni, boi, wzdryga, nie chce, nie ma ambicji?... Panie Heldbaum! Jaki miałby pan pożytek z takiego księcia licho niezłomnego w ciernistej koronie ze skrupułów, z obrzydzeń i z wahań?...
„Petro" podniósł swój łeb jeszcze pełen gniewu i mruknął:
- Historia zna słabych, którzy osiągając władzę zamieniali się w potwory energii i mocy. Robespierre na przykład. Łagodność, tkliwość, melancholijność i pedantyczna nieprzekupność bakałarza. Marzenie o arkadyjskiej ludzkości Rousseau. Z tym obrazem sennym w oczach szedł przez tłum, nie troszcząc się o to, co stopy jego miażdżą. Nie był już człowiekiem, ale upiorem cnoty, potworem somnambulicznym, któremu brakło zmysłu odczuwania potworności. Sentymentalizm przemienił się w sadyzm, papierowe idee w stal obcęgów... Lecz to, co pan gada, jest nieprawdą, pan nie należy do słabych. Słabego ciągnie do rządów, tak jak astmatyka do dmuchania w trąbkę, daltonistę do sztalug...
- A kuternogę Goebbelsa do maszerujących kolumn SS! - wtrącił Karśnicki. - Tylko czemu maszerujących przez Pragę? To najgorsza z dzielnic. Dawniej był jeszcze przywiślański „Dół" na lewym brzegu, dziś Praga ma monopol na tak zwany margines. Chce mnie pan zepchnąć na margines?
„Petro" zamyślił się, jakby nie dosłyszał. Jego twarz była zmęczona od gniewu, lecz już bez gniew, model: zwisa mi to, co mówisz, mam dość.
- Pan wie, iż nie taki był mój zamiar - rzekł łagodnie. - Ale teraz to już... Przelewamy z pustego do próżnego i trzeba skończyć, wszystko ma kres...
Poszedł ku drzwiom, zapinając przeciwdeszczowy płaszcz. Odwrócił się, jakby do pożegnalnego ukłonu, spojrzał z wysoka na matę, gdzie leżał Karśnicki, i rzekł:
- Nie umiem pojąć...
- Może jest pan za stary, żeby zrozumieć - odparł gospodarz.
- Może mam stare mięśnie, stare kości i stare serduszko, ale też może umysł mam młodszy od pańskiego. Cesare Zavattini powiedział, że młodość jest stanem umysłu, który osiąga się wkraczając w późny wiek. Jeszcze nie przyszedł u mnie ten czas, kiedy rączki zaczynają się trząść i zawodzi pamięć, to jest kiedy mózg zaczyna ulegać rozmiękczeniu. Wie pan, jak spostrzegłem, iż moja babcia traci samodzielność? Ciasta zaczęły jej nie wychodzić. Mnie moje torty wciąż się udają... do dzisiaj... Wracam na tę moją Pragę, której tak pan nie lubi, nie będę się więcej narzucał, zdrowia życzę, bywaj „Fokstrot".
Nie depnął nawet trzech kroków i znów się odwrócił.
- Aha, może to drobiazg, lecz chciałbym, żeby się panu chociaż w tym przejaśniło... Wie pan, kiedy Piłsudski nie mógł już wytrzymać, że jego partia, PPS, coraz to bardziej dostaje się pod wpływ zawodowych internacjonalistów, tych spod znaku największych wrogów niepodległości Polski, Waryńskiego i Róży Luksemburg, kiedy ci uczniowie towarzysza Ludwika i towarzyszki Róży, podczas zamętów rewolucyjnych 1906, uczyli tłumy robotnicze na ulicach wyć: „Precz z Polską!" i „Precz z białą gęsią!", to Piłsudski wystąpił z owej bandy renegatów i założył niepodległościową PPS-Frakcja Rewolucyjna. Masy robotnicze stanęły przed wyborem, musiały się opowiedzieć albo za komunizującą PPS-Lewicą, albo za Frakcją Piłsudskiego. W Warszawie tumanione przez prowokatorów dzielnice opowiedziały się za Lewicą. Z dwoma wyjątkami: tylko Praga i „Dół" opowiedziały się za Frakcją, za Piłsudskim!
„Książę" skontrował:
- Lecz po wyzwoleniu klasa robotnicza zdechła w trybie zaprogramowanej reinkarnacji, proletariat przepoczwarzył się w stadninę robolów, nie dość, że tłamszoną, to jeszcze ośmieszaną hasłem: dyktatura proletariatu. Pan przywołuje duchy.
Nie wiem, czy „Petro" słyszał, był już w korytarzu, odwrócony plecami, miał dość wzajemnych wymądrzań.
- „Fokstrot" - powiedział Karśnicki - idź do „Dżeka", niech zbierze wszystkich chłopców i niech tu przyjdą.
- Dziś?
- Dziś lub jutro, może wybierać. Ale nie później niż jutro. I wsadził zapałkę w zęby na znak, że przestał mówić. „Dżek" odwiózł mnie z powrotem i wlazł do „Książęcego" mieszkania.
- Jutro, szefie - zameldował w progu - dziś już nie da rady złapać wszystkich. Czy to ma związek i. wizytą pana „Petroniusza"?
- Pośredni.
- Co jest grane?
- Dowiesz się jutro.
- Znowu wykręcił jakiś trick?
- To jego pasja. Zarzucił mi młodzieńczy uwiąd.
- Że co?!
- Że on jest pershing, a ja spróchniały bambus. „Dżek" gwizdnął (to jego gwizdanie, kiedy był zaskoczony lub podrajcowany, miało coś z żydowskiego „Aj-waj!"):
- Ładnie! W ten sposób chce pana kręcić?
- Uhmm.
- I nakręci?
- Sam się nakręcam, kiedy chcę. Kiedy nie chcę, to można kręcić korbą do...
- Do usranej śmierci! - zarżał Jacuś. - Biedny Petrolot, wciąż nisko lata...
Lecz Jacuś był w błędzie. Kiedy już wszyscy usiedli po turecku wokół maty, jak synowie wokół betów umierającego ojca, Karśnicki rzekł:
- Podjąłem decyzję. Gram. Ale to sport tylko dla ochotników--idiotów, można nie dobiec, nie dorzucić, nie doskoczyć... To jest impreza, która pachnie śmiercią...
Zawiesił głos, a ponieważ nikt się nie odezwał, on przemówił znowu:
- Zgodzę się na to, żeby dwóch, najwyżej trzech z was, poszło ze mną. Jak już powiedziałem, ochotników-idiotów, bo trzeba być przy chorych zmysłach...
- Szefie - wjechał mu w słowo Klon - ten numer nie przechodzi! Mamy to już obgadane, nie idziemy na to! Zdębiałem, a Karśnickiego ucieszyło:
- Dla mnie to kamień z serca, chłopcy. Zaczynacie myśleć głową, a nie ręką...
- Pan źle zrozumiał, szefie, nie przechodzi numer z dwoma--trzema! - wkitrał mu się znowu Klon. - Grają wszyscy z nas, albo nikt!
- Jacek! Takie ultimatum to możesz sobie!... Klon przerwał mu po raz trzeci:
- Wynik głosowania, szefie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Żaden inny układ nie przechodzi. Zbierając się, „Dżek" zapytał:
- Jak pan jest umówiony z „Petroniuszem"?
- W ogóle nie jestem z nim umówiony. On jeszcze nie wie, że ja się zgadzam.
- Co?!
- Nie zdążyłem mu powiedzieć, gdy wychodził.
- To niech mu pan powie teraz, zna pan numer jego telefonu.
- Ale nie znam tych, którzy mogą znać numery telefonów. Jak mi stanie cebula, to zadzwonię do zegarynki. Ty do mnie też nie dzwoń w żadnej z ważnych spraw. Do niego ktoś musi pójść.
- Ja to zrobię.
- Za tobą Heldbaum nie przepada. Pójdzie „Fokstrot". Ty, „Dżek", wręczysz prezesowi klubu moją prośbę o zwolnienie z pracy.
Był wieczór, kiedy poszedłem do Heldbauma (wpierw musiałem odholować Dankę). Błysnęło w judaszu i dobiegł mnie jego szept:
- Ach, to ty...
Otwarł.
- Wejdź.
W korytarzu było ciemno. W salonie świeciła jedna lampa. Stary zwalił się na swój fotel i skurczył; siedział w białym szlafroku z czerwonymi lamówkami, założywszy jedną nogę na drugą (ta druga była obandażowana); miał pomarszczone ryło, wpadnięte policzki i puste gały, pełne jakiegoś bólu; wyglądał jak smutny niemowa.
- Po co przylazłeś? - szepnął.
- Pan Stefan kazał mi przyjść.
- W celu?
- Że jest blat w tej sprawie. On się zgadza.
Powinien zawyć z radości. Ani drgnął. Filował martwo w jakąś stronę, czort wie w jaką, bo lampa świeciła zza jego plechów i twarz tonęła mu w cieniach.
- Kim ty chciałbyś być, „Fokstrot"? - mruknął tak, że ledwie dosłyszałem.
- Kim?
- Tak. Jaki chciałbyś mieć zawód?
- Bogacza.
Bogactwo otaczało nas ze wszystkich stron, wisiało na każdej ścianie, było w serwantkach, kryształach, dywanach i obrazach, promieniowało z owej lampy w starym stylu, takiej, co w sklepach za cholerę nie uświadczysz. Chciałem mieć to wszystko, taki mająt i taki szpan, owijać się identycznym szlafrokiem, zaciągać king sizem, jeździć BMW, być kimś, nadzianym gościówą, żeby innych zalewała krew, a mnie szmal niczym potop z nieba. W takim domu obracałbym Dankę jak lord i robiłbym jej pewexowskie dzieci. Gienek miał to samo w bańce i dlatego grał w totka. Bezsens. Żeby się nie zadręczać w nieskończoność, wybór miało się prosty: kraść lub przestać o tym myśleć, bo pracą i pensją było do bogactwa jak stąd do Kamczatki. „Cholera! - pomyślałem - można się zabić własną pięścią!".
- Łatwe życie... - uśmiechnął się Heldbaum.
Łatwe życie?... Tak, wtedy marzyłem o łatwym szmalu, co łatwo przychodzi i łatwo wybywa, i nigdy go człowiekowi nie brakuje. Czegóż nie zrobiłem, żeby go zafarcić; bez skutku - mam siwe włosy i pustą kieszeń. I wcale mi nie żal. Dziś, gdy jestem rupieć bez jaj i bez honoru, chciałbym być już tylko Cyganem na karuzeli. Nim poznałem „Księcia", w każdą niedzielę chodziłem skasować parę stów „u Biernackiego". To był git facet, dawał zarobić Gienkowi, a potem mnie. Prowadził Wesołe Miasteczko między Stadionem Dziesięciolecia a dworcem autobusowym. Obsługiwałem kolejkę dla dzieciaków. Była tam też karuzela dla dorosłych: krzesełka na łańcuchach, fruwające wysoko, trzeba było mieć fest nerwy, żeby nie dostawać pietra i nie zamykać oczu na takim krześle. Którejś niedzieli przyszedł Cygan z Cyganką. On młody i ona młoda. Nie wiem, jak on to robił, ale potrafił wyrzucić jej i swoje siodełko nad karuzelę, nie siedział, tylko leżał, frunął niczym ptak pod niebiosami, siodełko, miast obejmować mu tyłek, nakrywało mu grzbiet, kręcił w tym
wirowisku łamańce, salta, kozły, jakby prawo przyciągania go nie dotyczyło, matko, jakież to było fantastyczne! Wszyscy w Wesołym Miasteczku podnieśli wzrok i wstrzymali oddech. Przerażony „Bier-nat" zatrzymał motor i zrugał Cygana. Cygan przyrzekł, że więcej nie będzie tego robił. Karuzela ruszyła i po chwili ów szatan zaczął znowu swój podniebny cyrk, i znowu wszystkich ogarnęła zazdrość: tam w chmurach, nad karuzelą, pobłyskiwał w cudownym tańcu roześmiany, białozębny pysk człowieka wolnego, choć przecież na łańcuchu przytwierdzonym do pośladków. Cygan mi nie kumpel, ale to nie był Cygan, tylko ptak. Każdy z nas jest „modelem latającym na uwięzi", lecz ilu da radę tak wydłużyć łańcuch?
- Dolce vita... - powtórzył „Petro". - Wiesz, synu... znam tylko dwa adresy, gdzie trzeba pójść, żeby tak żyć w komunizmie, jeśli się nie ma kilku zer na fundament badylami. Pierwsze z tych przedsiębiorstw nazywa się Zjednoczone Zespoły Filmowe. Wstąp do filmu, to prawdziwy raj, to jest właśnie branża dla tego, kto chce być bon wiwerem. Jak nie wierzysz, to idź do „Atlantyku", uwierzysz. Dają tam bardzo ładny kolorowy obraz rodzimy reżysera Zarzyckiego, „Pogoń za Adamem". A może już...
- Nie... nie lubię polskich.
- To idź, polubisz ten fach. Film jest gniot, słowo kicz byłoby dlań komplementem, straszne gówno! Ale to jest film o gościu, który kilkadziesiąt lat po wojnie szuka za granicą kolegi z Powstania Warszawskiego. Kilku panów reżyserów, panów asystentów i pomocników asystentów, oraz kilka pań-materaców, jeździ po metropoliach na kilku kontynentach, żeby w każdej zrobić jedno ujęcie na ulicy. Półroczny rejs dookoła świata za państwowe pieniądze, plus pensyjki z premiami, żyć nie umierać, jak ci się to podoba?
- Obleci, ale nie mam szans na ten balet, panie Heldbaum.
- To trzeba wstąpić do innego. Zapalisz?
Przesiedziałem u starucha godzinę. Rano, po śniadaniu, wpadł do nas. Miał dobry humor. Już w drzwiach świergolił:
- Cześć, „Fokstrot"! Zapomniałem ci wczoraj coś powiedzieć!
- Co takiego?
- Że masz ładną dmuchawkę. Widziałem cię z tą dzidzią na ulicy, kilka dni temu.
- Wcale jej nie dmucham! - wkurzyło mnie.
- To co z nią robisz?
- Chodzę na spacery, albo do kina.
- Tylko? Nie bujaj, znam was młodziaków!
- Nie bujam, nic jeszcze nie było między nami.
- Nic nie było między nimi prócz prześcieradła! - zadrwił rechotem, wkraczając do pokoju. - Dzień dobry, jak zdrówko?
- Nie narzekam - odpowiedział Karśnicki. - Proszę spocząć, kawę, herbatę?
- Nic, tylko nektar dialogu.
- Byle nie o dziewczynach „Fokstrota".
- Panie Karśnicki, jako szef będzie się pan musiał zająć problemem dziewczyn, chcąc mieć spokój na ulicach pańskiego księstwa.: Według starej recepty z Syrakuz. Tyran Syrakuz, Arystodemos, bardzo inteligentnie rozwiązał problem niesfornej młodzieży. Ogłosił dekret, na mocy którego młodzieniaszkowie nie mogli chodzić po ulicach sami, każdy musiał mieć u boku dziewczynę. Natychmiast zmalała agresywność ówczesnych chuliganów. Wątpię, czy muzyka, jak mówią, łagodzi obyczaje, zwłaszcza rock, towarzystwo kobiet natomiast...
- Jeśli chce się pan pokłócić, „Fokstrot" sprowadzi panu jakąś.
- My się już nie będziemy kłócić, panie Karśnicki. Chyba że źle zrozumiałem wczorajszy przekaz...
- Zrozumiał pan dobrze. Teraz niech pan dobrze zaspokoi moją ciekawość.
- Jestem gotów.
- Pierwsza rzecz: ilu ludzi liczy gang w obu dzielnicach, na Pradze i na Grochowie.
Heldbaum zrobił minę człowieka bezradnego.
- Nie ustawiałem ich w szeregu i nie kazałem odliczać, panie Karśnicki! Na to pytanie nie można odpowiedzieć cyfrą. Pomijam już fakt, że liczby są tam płynne, wszystko wciąż się zmienia, ludzie przybywają, odchodzą, giną, siedzą...
- Więc niech pan odpowie dwoma słowami: czy to duża banda, czy mała?
- To niech mi pan najpierw powie, co jest dla pana dużo, a co mało. To są pojęcia względne. Jaki mam zastosować punkt odniesienia?... Jest pan sportowcem, zna pan „Przegląd Sportowy". Dziennikarz z „Przeglądu", chcąc obejrzeć stadion Maracana, akurat zamknięty, poszedł do strażników, prosząc, aby mu otwarto. Pokazał legitymację i dał im egzemplarz „Przeglądu", mówiąc, że jest przedstawicielem największej gazety sportowej w Polsce. Nie skłamał. Jeden z odźwiernych pobiegł spytać o zgodę prezesa czy sekretarza klubu, wszystko jedno. Po chwili zjawił się dygnitarz, uścisnął naszemu chłopcu rękę, kazał otworzyć i pokazać cały stadion, a rzuciwszy okiem na te cztery stronice „Przeglądu", zapytał zdziwiony: jak wygląda najmniejsza gazeta sportowa w Polsce, jeśli ta jest największa. W Brazylii największa liczy około stu stron...
„Książę" milczał. „Petro" chciał pociągnąć dalej, lecz coś go tknęło:
- Pan nie nakrył telefonu i nie puścił przy nim muzyki... Zapomniał pan?
- Bynajmniej.
- Więc już pan nie wierzy w podsłuch?
- Już nie.
- Dlaczego?
- Dlatego, że jeden z moich ludzi przerobił ten aparat, uniemożliwiając jakikolwiek podsłuch.
- Aha... No dobrze, wróćmy do tego, o co pan zapytał. Nie ma sensu przejmować się taką czy inną liczbą, bryła piramidy to bezwolna mierzwa, nas interesuje wierzchołek i jego cokół, czyli przedostatnie piętro, czyli szefowie branż. Jest trzynastu takich „waletów", w tym czterech bazarowych i dziewięciu pozabazarowych. Ta dziewiątka to... zaraz, żebym się nie pomylił... kieszonkowcy raz, włamywacze i paserzy dwa, cinkciarze pozabazarowi trzy, lewa sprzedaż alkoholu i meliniarstwo wódczane cztery, prostytucja uliczna i tajne burdeliki pięć, kasyna gry sześć, kradzieże samochodów i warsztaty kosmetyczne dla kradzionych gablot siedem, obróbka wagonów na bocznicach kolejowych Wileńskiego i Wschodniego osiem, wreszcie dziewięć: handel artykułami deficytowymi z kradzieży na placach budów, głównie cementem i klinkierem. Bazar Różyckiego to strefa wydzielona, ma cztery branże: cinkciarstwo, hazard, przede wszystkim w trzy karty lub trzy lusterka, handel każdego rodzaju, od futer do ryb, z wyjątkiem sfałszowanych dokumentów, to jest osobna branża, matury, dyplomy, prawa jazdy i temu podobne.
- Zna pan każdego z „waletów"?
- Znam fizys, nazwisko, adres, charakter, słabe i mocne punkty, całą przeszłość i teraźniejszość każdego z nich, wiem jaki lubią alko-
hol, jaki mają numer kołnierzyka i pod jakim kątem muszą im nadstawiać dupsko ich kochanki.
- A wyżej?
- Wódz u samego czuba, lecz między nim a „waletami" dwaj ludzie, o których już miałem przyjemność wspominać panu. Pierwszy z nich to szwagier bossa, typ trzeciej kategorii, alkoholik zniszczony wódą, nigdy nie dożyje tylu lat, na ile już wygląda. Szczytem jego inteligencji jest umiejętność przybierania min człowieka inteligentnego. Formalnie jemu podlega bazar, jemu składają meldunki i rachunki czterej szefowie bazarowych przedsiębiorstw. W praktyce jest ignorowany, statysta. Ręką jego królewskiej mości, buchalterem, treserem i dyrygentem, który zarządza wszystkim, jest „pan Kazio", Kazimierz Grausz, pseudo „Szpikulec". Bydlak, że podobnego można szukać z laserem w dłoni! Ich mózg, nasz jedyny rywal...
Coś mu zdusiło krtań. Odchrząknął. Potarł brodę, szukając słów, czy epitetów. Karśnicki go uprzedził:
- Miłość i nienawiść, jak Paweł i Gaweł...
- Paweł i Gaweł? - zdumiał się „Petro".
- „Paweł i Gaweł w jednym stali domu...". Za co pan go tak admiruje?
Dla starego, inteligentnego człowieka, w którego inteligencji tkwiła też umiejętność przybierania wszelakich min, masek głupków i geniuszów, zwycięzców i pokonanych, niewiniątek i czarowników -to pytanie było tak wielką niespodzianką, że zachował własną minę faceta bez pożyczonej maski, naturalną minę zaskoczonego, i tylko językiem dał sobie szansę na złapanie drugiego oddechu, jak bokser, który klinczuje, żeby przetrzymać:
- To nie jest taką prostą sprawą...
- Rozdwojenie uczuć nigdy nie jest prostą sprawą - zgodził się Karśnicki. - Więc?... Niech pan mi powie.
Heldbaum spojrzał w sufit, jakby stamtąd miała przyjść pomoc.
- Żeby tak powiedzieć prawdę, a zarazem nie skłamać... Nie kocham go, to absurd, lecz go podziwiam... Podziwiam tych, co są takimi cwaniakami, iż nie wiadomo, czy ich przebiegłość to tylko inteligencja, czy już mądrość.
- A za co go pan nienawidzi? Bo nienawidzi pan go bardziej, niż go pan kocha.
- Może za to, że nigdy nie potrafiłem mu przebaczyć. Przebaczanie nie jest moją mocną stroną.
- To mamy już coś wspólnego, panie Heldbaum... A konkretny powód? Jako boss muszę wiedzieć o wszystkim. Staruch kiwnął głową na znak zgody.
- Miałem domek po ojcu. On mi go ukradł, wraz z całą zawartością, nie wyłączając biżuterii rodzinnej.
- Jak to ukradł? W jaki sposób można ukraść dom?
- Wiedziałem, iż zostanę aresztowany, bo byłem u Andersa, i że mogą mi skonfiskować majątek. To należało do represyjnego rytuału. Przelałem prawo własności na przyjaciela, do którego miałem zaufanie. Wie pan, fikcyjna umowa kupna i sprzedaży, z drugą, tajną umową, u zaufanego notariusza, że przyjaciel zwróci mi wszystko, kiedy tego zechcę.
- Mówi pan o nim?
- O nim. Po wypadkach pięćdziesiątego szóstego zostałem amnestionowany i zażądałem, by oddał mi moją własność. Lecz on mi nie oddał.
- Trzeba było iść do sądu! Stary uśmiechnął się:
- Do sądu? Mój panie, w sprawach sądownictwa jestem zupełnym ateuszem, nie wierzę w istnienie bogini Temidy. Zakres jego wpływów dawał mi taką szansę, jaką miałbym dziś przeciw panu walcząc na pięści.
- Miał pan dokument! Istnieje przecież prawo...
- Owszem - rzekł Heldbaum - istnieje w tym kraju prawo, ale nie ma sprawiedliwości. Tak jak nie ma demokracji, bo demokracja na baczność to zupełnie inna para butów.
Gospodarz (wyciągnięty na macie, z rękami pod głową) gapił się w szyby okienne.
- Kogo ma pan w tym gangu? - spytał.
- Płotki, od nich mam informacje. Konrada Wallenroda niestety nie mam.
- Tak, to przykrość - rzekł Karśnicki. - Z Wallenrodem pańskiego chowu byłoby nam trochę mniej trudno.
- Po co zaraz ten pesymizm, wcale nie musi być tak trudno, jak pan przypuszcza... Jeśli już jesteśmy przy Mickiewiczu, to sprzedam najnowszy wic. Breżniew z wizytą w Polsce. Żegnając się, mówi do Gierka: „Słuchaj, Edek, ogólnie wszystko tu u was jest w porządku,
podoba mi i się. Tylko dlaczego jeden z waszych poetów napisał: «Litwo, ojczyzno moja»?!". Na to Gierek: „Ale to był Mickiewicz, już dawno nie żyje". Breżniew się rozpromienia: „I za to cię lubię, Edziu, za to cię lubię!".
Usta Karśnickiego nie drgnęły, lecz w oczach mignął mu śmiech. O to staremu chodziło: żeby rozluźnić, bo chociaż tort już się udał, miał być tortem ze słodkimi bakaliami, bez kwasów.
Powtórzyłem Dance ten kawał.
- Za co? - pyta mnie.
- Co, za co?
- Za co go lubi?
Jak pragnę szmalu! Klawo jest nie być najgłupszym zwierzęciem w przyrodzie. Kiedyś Heldbaum zacytował taki wierszyk:
„Głos mi blednie, włos mi rzednie, Psują mi się zęby przednie".
I wyjaśnił, że to wszystko robi mu się nie ze starzenia, tylko jak ma okoliczność z kimś, komu brak poczucia humoru. Ale ja byłem w niej zabujany.