IV
Przez dwa miechy kiblowałem u „Księcia" jak u Pana Boga za piecem. Bazar mnie nie szukał, bo akurat przyfrunęło na Brzeską wezwanie do woja dla „obywatela Józefa Glinki" i matka rozpuściła lewiznę, że poszedłem w mundur. Szukał mnie dzielnicowy: nachodził dom raz w tygodniu, strasząc, że „za uchylanie się" dają wycisk. Strugać dezertera nie trudno, kiedy meta ciepła, było mi dobrze.
Zapoznałem wtedy innych chłopaków z „batalionu" Karśnickiego. Roberta „Nóżkę" (strzelając girą potrafił musnąć żyrandol!), Wieka „Magistra" (to był ten jąkała, ale kopyto miał nie jąkające się), Marka „Uważaj" (bo ostrzegał klientów: „Uważaj!"), Ludwika „Ludka", Tomka „Walentino", drugiego Tomka „Wuja", Jędrka „Kuśkę", Mariusza „Świętego" (nigdy nie przeklął i nie lubił jak inni rzucają miechem), Stefka (on jeden nie miał żadnej ksywy), Konrada „Szpinaka" albo „Hindusa" (był jaroszem), Marcina „Moskita", Jurka „Szwagra" i Heńka „Pelego"(bo kibicował kopanej). Studenciaki, artychy, wolne ptactwo, forsa od starych lub z doskoku (kreślenie, malowanie, mycie okien, te rzeczy). Ubranka po byku: dżinsownia, bajery motocyklowe, koszulki „Japan", faramuchy spod gruchy, cymes! Paznokcie jak u noworodka, pucowane ząbki, sitowie bez zarzutu, czy to przedział, czy grzywka, czy fala. Hobby: spacer późną nocą ulicami, gdzie ostatni raz widziano glinę przed wojną; trzech lub czterech, biały mankiet, krawacik, chusteczki w butonierkach, lalusie cacane, czerwona płachta dla urkowni spod bram i krzaków, w których frajer traci portfel, frajerka cnotę, a oboje życzliwość dla własnego plemienia.
- Zdzichu, dołożymy cwelom?
- Ajak!
- No to startuj.
- Te, cwel chono tu!... Słyszałeś, kurwa twoja!?
- Przepraszam, pan do mnie mówi?
- A do kogo, kurwa?... Widzisz go, Zenek?...
I łubudu! Żulia kwiczy, smarka juchą, użyźnia padół, a lalusle otrzepują grabulki i płyną spacerowym krokiem, filując, czy ktoś jeszcze się nie naprasza. Im więcej żuli na jednego, tym lepiej. Zabawa w szeryfów, w społeczną żandarmerię, w karzący kułak Pana Boga; leczenie własnych kompleksów bańkami karate.
Dowodził „Dżek". Miał posłuch, choć przezywali go „faworyt" (bo prawa ręka Karśnickiego). Karśnicki to nie był wódz, tylko Budda, który zszedł na Ziemię. Skąd nazwa „batalion" załapałem w jego urodziny. Przynieśli mu białe kimono z wielkim czarnym smokiem na plecach i śpiewali pod melodię „Pierwszej Brygady":
„My, batalion trzeci, Karśnickiego dzieci!..."
Korciła mnie gęba,.żeby dołączyć do tego chóru; na „dziecko Karśnickiego" awansowałem ratując mu życie, który mógł się równać? Ale czułem obcość, nie znałem ich, więc mieli dwóch słuchaczy.
Mieszkając u niego zaliczyłem lepszy numer: zrobił mnie swoim bratem! Fakt, że tylko na parę godzin, ale „Dżeka" i cały „batalion" zazdrość skręciłaby w śrubę, gdyby wiedzieli.
Któregoś dnia, tak pod wieczór, dzwonek u drzwi. Myśleliśmy, że „Dżek" albo jeden z chłopaków. Otwieram, patrzę, nieznajomy typ.
- Czy to?... Ja do pana Karśnickiego! - gada.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo Karśnicki zjawił się w korytarzu.
- Słucham!
Tamten nic, tylko patrzałki mu się śmieją. „Książę" podszedł bliżej, ustąpiłem na bok.
- Pan w jakiej sprawie?
- W jakiej sprawie?!!!... Stefciu, Stefuniu, Stefulku, kochaniutki, pies ci mordę lizał! To ja muszę do ciebie ze sprawą? Po upływie marnego dziesięciolecia zapomniałeś już o „Baletmistrzu"? No nieee, kurrrczątko!... Kto holował kici-kici, kto robił miuzik, od kogo pożyczałeś chatę, żeby twoje królewny śnieżki miały gdzie obracać
krasnoludka, Stefek, co jest?!... Kto cię przytulił na cały miesiąc w „Hybrydach" jak dałeś nogę z rodzinnych pieleszów, Stefaniutki, powiedz?... Tak, toczno, Bolek „Baletmistrz"!
- Przepraszani, nie poznałem... przytyłeś...
- Dobrobyt mamy, Stefciu, sam widzisz! Partia z narodem, naród z partią, Bolek i Lolek dostali kolek! Tysiąc kalorii na tysiąclecie. Daj pycha!
Obłapił Karśnickiego i ślinił mu twarz z dubeltówki.
- Wiesz, jak cię nakryłem? Mój chłopak biega do twojego klubu ćwiczyć ping-pong. Mówi: tato, chcę na kung-fu, do pana Karśnickiego, ja słucham, co jest?! myślę sobie, Karśnicki nie taka znowu częsta godność, sprawdzam, Stefan!, kurrrczątko! myślę, to musi być Stefula!, no i popatrz, gol!... Urwałeś się nam, nie było mądrych! Jedni mówili, że Stefanek siedzi, bo skatował cizię, drudzy, że prysnął w Tokio, cholera, nikakich parametrów, człowiek-fantomas!
- Chodźmy do pokoju - zaproponował „Książę".
- A ta młodzież kto? Na syna trochę przystary...
- Mój brat, Józek. Tamten wyciągnął grabę.
- Czołem, Józek! Mów mi Bolo!... Dwie krople wody! Popatrz, nic nie mówił, że ma brata!
- O kim było mówić, o szczylu z podstawówki?
- Racja, kurrrczątko! jak ten czas pedałuje! Podeszli do stołu i „Baletmistrz" wyciągnął flakon czyściochy, cholera wie skąd, był w koszuli i w spodniach, magik.
- Kawalerskie, Stefciu! A propos... Stan cywilny?
- Wciąż kawaler.
- Prawidłowo, spocznij! Ja też. Ochajtnąłem się trzy razy, Boh trojcu lubit, i trzy razy pogoniłem w pizdu, wolność, kurrrczątko!, nigdy więcej! Masz coś na zęba?
- Józek, zrób... - rzucił Karśnicki.
Wychodząc z pokoju słyszałem jak ten palant zasuwa:
- Hi, hi, mores! Wychowałeś braciułę! Dawaj szkło.
Robiłem zakąski; ser, szynkowa, małosolniak, keczup na jaja i po szklance herbaty; otwarłem puszkę sardynek; „Baletmistrz" trajlował:
- Też nie mam dyplomu, wypieprzyli za niewinność. Kombinowało się z jednym zespołem, big-bit, kapujesz, głód speców od aparatury nagłaśniającej, bo gnojki umiały tylko wyć w mikrofon. Chałturologia prowincjonalna, za to jaki szmalec, człowieku! No i te wieczory po koncertach, Stefan, wierz mi, kurrrczątko!, pół żeńskiego narodu między Gubałówką a Sopotem pod nóż, wsiochy wyskakiwały z majtek jak kulki z kałasznikowa, żeby to jeszcze z koronkowych. Barchany, Stefuś, barchany, noc w noc! Człowiek formalnie nie mógł przerobić!... Później załapałem się na urząd, monopol szoł-biznesu, „Estrada"! Teraz jestem wielki puryc, wicedyrektor. Nade mną tylko gudłaj, za to pode mną!... Nie uwierzysz, brachu, robię w tym samym, co na studiach, baletmistrz jestem! Powołanie, przeznaczenie, horoskop spod znaku biustonosza, taki los, kurrrczątko! Miss Polonie, festiwale, licencje, wyjazdy, testy, próby, zespoły, kabaret, striptiz i co chcesz w damskiej rozrywce, to wszystko ja! Przeglądam panienki czy się nadają. Niektóre osobiście, nachalnie--namacalnie, w gabinecie dyrektorskim, od razu, jak leci, na żywca, na stojaka, biurko, dywan, kanapa, nawet fotel, tapicerkę zmieniłem na skórzaną, bo ile razy można zmieniać? Chciałbym mieć tyle złociszów, co pup przeegzaminowałem! Skąd u człowieka to zdrowie?... Ty się nie dziw, tutaj żadna Ofelia nie podskoczy głosem czy talentem, to dobre dla gazet, baju-baju będziesz w raju! Dupsko, tylko dupsko, bez tego ani-ani. Myślisz, że w „Modzie Polskiej" albo w filmie jest inaczej? Na ekran przez łóżka reżyserów, kierowników produkcji, asystentów, operatorów i innych zaganiaczy, a nie, to poszła do domu, kotlety mężowi panierować! Wszędzie to samo. Selekcja naturalna, centralizacja, odpowiedzialność jednoosobowa, Stefan. Gwiazdy estrady kreuje pan Bolek swoim Lolkiem na dywanie gabinetu...
Słuchając tych paplań, przez cały czas słyszałem Karśnickiego: „Mój brat, Józek..." i wypełniała mnie gorącość. Skończywszy krajanie, zaniosłem im po talerzu, a wtedy tamten ryknął:
- No to polewaj, Stef!... Zaraz, co jest, gdzie trzeci kielonek?
- Brat nie będzie pił.
- Dlaczego?
- Nie będzie pił z nami.
- Aaaa... chyba że tak... Rozumiem, przepraszam. Wróciłem do kuchni po cukier. „Baletmistrz" komenderował:
- Chluśniem, bo uśniem, Stefek!
Zamknąłem się w drugim pokoju i włączyłem tranzystor; dobiegało kolejkowanie „Baletmistrza" („No to cyk!", „Jan Sebastian Bach!", „Zdrowko!", „Prosit!" itp.), resztę kasował Michael Jack-son. Krótki pobyt w sraczu przestawił mnie na odbiór gościa:
- Ty pewno myślisz, Stefek, że zrobiłem to dla kariery, co?... No powiedz. Powiesz, że jestem świnia, tak? A widzisz, wcale nie! Tu się pomyliłeś, kurrrczątko, nawet nie wiesz jak!... Zrobiłem to świadomie, brachu, z poczucia... tego, no... z poczucia, rozumiesz? Zagłówkowałem i doszłem, że powinniśmy wstępować! Właśnie my, chłopaki w porządku. A wiesz dlaczego? Bo jak my nie będziemy wstępować, zostanie tam same gówno i co? A jak będziemy wstępować, to ich przeważymy, przekombinujemy, znaczy... tego... odsuniemy, bracie, oczyścimy, kapujesz?... Mówię ci, tak trzeba, żeby było, wiesz, no... w porządku, w porządeczku, żeby... żeby ta Polska stanęła, jak Boga kocham, a nie tego... Człowiek by chciał tę ojczyznę, no... Polej, Stefuś, za tę Polskę naszą kochaną wypijemy kielonka...
Monolog, na okrągło. Karśnicki bez ruchu, tylko dłoń z kieliszkiem, twarz pokerzysty, kamień. Wzrok, od którego tamten dostałby sraczki, gdyby umiał czytać po oczach. Ale kiedyś dopomógł, więc nie groził mu kop za drzwi i sturlanie się dupą aż na parter. Wyszedł jak minęła północ. Chciał do swojego wozu, machał kluczykami:
- Stefuś, kurrrczątko, zrozum, ouupp!... pardon... mnie glina nie bierze, a jakby co, dam muzyka, odwiozą do domciu... ouupp!... czekaj... i tego... odwiozą i jeszcze pocałują w rękę... o w tą, widzisz, w tą! Ouupp!
Wezwałem radio-taxi. Przy windzie padł na Karśnickiego i szeptał poprzez czkawkę:
- Zadzwonisz, Stefulka, no powiedz, zadzwonisz? Ouupp! Pardon... Stefek, coś ci powiem, między nami, okej? Jakbyś miał jakąś nieprzyjemność, nieprzyzwoitość... jakąś, kurrrczątko, to dzwoń, tego... jak w dym, sekretarka chuj, powiedz jej, że koleś, a ona od razu, ouupp!... Każdą sprawę ci załatwię, jak Boga kocham! Widzisz, człowiek ma dojścia i te... no, układy, ouupp! Nasi mężowie stanu, rozumiesz, wielcy ludzie, wszystko chuj, potrzebują czasami, kapujesz, ouupp!, coś wydmuchać, balecik jakiś... albo ten, no... przyjeżdża delegacja z Paragwaju, kurrrczątko, brudasy jakieś, albo Francuzy, albo bankiery-ogiery, trzeba im dać piczek na noc, ouupp!... elegancja, bracie, nie jakieś mietły, żeby naszego syfa towarzystwo nie zawlokło do oenzetu, a kto ma takie lalki szprechen zi dojcz? Bolo!... Kapujesz, ouupp?
Nie sądziłem, że zobaczę go po raz drugi, a jednak... Opowiem, gdy przyjdzie pora. Tamtej nocy „Książę" wziął prysznic, ja tylko mycie łap, żadnych rozmów, dopiero jak chciałem sprzątnąć, rzekł:
- Zostaw, jutro posprzątamy.
Zgasił. Leżałem nie mogąc kimać przez te trzy słowa: „Mój brat, Józek...". Nagle dosięgnął mnie od maty jego głos, niczym sierp, który wybija przeponę:
- Powiedziałem tak, żeby nie wziął nas za pedałów.
Braterstwo zdechło i tamte trzy słowa rozpłynęły się w ciemności. Z kima nadeszła myśl, że on ma granitowy łeb: tyle obciągnął, a nie widać; jakby w ogóle nie brał do ust. Przez kimę usłyszałem, co jeszcze gada:
- Gdyby ten człowiek przyszedł lub dzwonił, nie ma mnie! Dobranoc.
„Ten człowiek" nie przyszedł i nie zadzwonił, to my - dużo później - zadzwoniliśmy, żeby deptać dywan, na którym debiutantki rozkładały podania o przyjęcie do zespołu gwiazd. Ale mógł dzwonić! Telefon założono „Księciu" dwa dni przed wizytą „Baletmistrza"! To był tydzień „cudów", czary-mary!
Najpierw w środę „Dżek" podjechał starą simcą, akurat gdy wracałem ze spożywczego. Przy wejściu do windy pytam, jak się rusza ten grat, a on: czy umiem prowadzić?
- Umiem.
- Gdzie jeździłeś?
- U brata, służbówką, terenówką, nawet ciężarowym. Brat robi w tartaku.
Dojeżdżamy, a Klon nie wysiada, tylko... naciska „parter" i... każe mi usiąść za kierownicą! Rundka: Walecznych, Aldony i Zwycięzców do Międzynarodowej.
- Wał rozrządu na szmelc - zauważyłem, oddając kluczyk.
- Jutro możesz machnąć z nami większy kurs - powiedział.
- Z wami, to znaczy z kim?
- Ze mną, „Szpinakiem" i z „Nóżką".
- O co biega?
- Jedziemy na Wolę. Jak element podskoczy, damy mu w kość. Ty będziesz nas ubezpieczał z zapalonym silnikiem, żebyśmy mogli
prysnąć, gdyby przypadkowo nadjechał mundur.
- Dlaczego to robicie?
- Bo milicja tego nie robi.
- Jak to nie?
- Tak to. Czasami owszem, żeby w gazetach można było napisać, iż chroni spokojnych ludzi, ale naprawdę... „Samuraj"(klubowa ksywka Karśnickiego) mówi, iż popuszczają bandziorstwu, żeby ludzie się bali i tęsknili do glin i żeby przez ten strach nie główkowali za dużo.
- Czy on wie, że wy...
- On wie wszystko.
- I to on wam kazał?
- Nie, to mój pomysł. Przeczytałem, że grupa kozaków bawi się tak, patrolując w nowojorskim metrze. „Anioły metra"... Dzięki nim ludzie nie boją się jeździć.
Chciałem spytać: a wasz patrol kogo uleczył ze strachu? Przymknąłem japę. No i debiut: pierwszy raz jako wspólnik i jako szofer. Egipskie ciemności, bo oszczędzając na ludziach, nie włączano latarń. Wóz miał reflektory, ale chodzić po mieście, niby podziemną rurą, średnia przyjemność, chyba że latarkę w zęby. Nic nie widziałem zza rogu, gdzie kazano mi czekać; krzyk, tupot, trzask drzwiczek i gaz! Potem przechwałki, japońska kraina (nazwy łomotów ręką lub girą), wzajemny podziw, bohaterski szpan. Dwieście takich trójek w każdą noc - może miałoby trochę sensu. Pomyślałem, że ja chyba jestem normalny.
To była noc czwartkowo-piątkowa. Rano stuk do drzwi; kto tam?, pan monter, w którym pokoju instalować telefon? „Książę" nie wiedział: sen, omyłka czy prima aprilis? Jak złożył podanie w dyrekcji telefonów, to mu obiecano za kilkanaście lat. Teraz podpisał facetowi dokument bez zmrużenia oka, buląc górką (bo cwaniaczek przynosi od razu aparat), lecz wciąż za cholerę nie kapował, jakim cudem. Facio wychodzi, minął kwadrans, dzwonek. Telefonu! Karśnicki cap za słuchawkę, mruknął tylko: „Dzień dobry", słuchał, „Tak... proszę bardzo". I od razu do mnie:
- Ściągnij „Dżeka", na błysk! Ma zabrać swoje śrubokręty, powiedz, że telefon.
„Dżek" mi nie uwierzył. Jak wszedł, to aż zagwizdał:
- Fiuuuuuuuu!... Taki prezent?!... Albo Komsomoł, żeby mógł
się pan łączyć z proletariuszami wszystkich krajów, albo Gwiazdor Mikołaj w delirium, bo to nie wigilia...
- Jeśli ty gadasz ludzkim głosem, znaczy, że wigilia - odwinął mu Karśnicki.
- Skąd to?
- Prezent, mówiłem.
- Czyj?
- Od faceta, którego zaczynasz naśladować.
- Naśladować?...
- Uhmm. Ten Gwiazdor i Komsomoł udały ci się w jego stylu.
To nie była prawda, tylko półprawda. Heldbaumowy styl, owszem, lecz styl Karśnickiego niewiele się różnił, bliźniaki, chociaż u „Księcia" nigdy (no, prawie nigdy) dla samego picu, zawsze z potrzeby, zimno, mordującym szyderstwem, a Heldbaum po profesorsku (lubił długie przemowy); jeden: genialny amator, naturszczyk, drugi: genialny komediant, co posiadł wszystką wiedzę; jak nie patrzeć: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Chłopaki z „batalionu" małpowały „Księcia", a Klon miał robić co innego? Ja też. Karśnicki nie narzucał stylu, jego styl narzucał się sam, atakował podświadomość, gwałcił cechy indywidualne i upodabniał nas do menażerii szympansów, które ścigają ideał ze skutkiem szympansa grającego nokturn metalową miską o kraty. Dostrzegam to dzisiaj, przesłuchując kupę taśm, wyciskając pamięć z dawno odegranych słów, a najbardziej, gdy czytam samego siebie: w moich bazgrołach brzmią echa tej maskarady, weszła mi w krew. Czemu tylko nędzny pogłos stylu „Księcia", a nie jego charakter zaraził moją duszę?
„Dżek" się kapnął:
- Pan Petroniusz?
- Zgadłeś - powiedział „Książę".
- Spryciula!... No, no!... Ale co ja mam...
- To, co się robi z prezentami. Rozpakowuje się. Zobacz, czy wewnątrz nie ma podsłuchu.
- Tak jest!
Zdemontował i przejrzał, meldując:
- Czyścioch!
- Bóg zapłać.
- Ku chwale ojczyzny!
- Ku chwale przezorności.
- Tak jest, szefie! Boję się Greków i ich darów! - zażartował Klon odżywką, której Karśnicki użył w rozmowie z Heldbaumem.
- Strzeżonego Pan Bóg strzeże... - wtrąciłem, żeby przestać być niemową.
- A telefonicznego Służba Bezpieczeństwa! - palnął „Dżek". -Dzisiaj są takie możliwości, że nie trzeba wkładać do aparatu, podsłuch przez centralę. To jest drobiazg, jeśli tylko telefonując nie pierniczysz, ale wyobraź sobie inny numer: podsłuch w mieszkaniu przez słuchawkę leżącą na widełkach!
- Mówisz serio, czy propagujesz turniej młodych racjonalizatorów? - spytał Karśnicki.
- Serio.
- Gdzie się o tym dowiedziałeś?
- Odludzi.
- Od jakich ludzi?
- No... zwyczajnie... ludzie gadają...
- Ludzie! Baby klozetowe, koniki, ćpuny i wujek Ziutek, emeryt!
Od wzroku „Księcia" chłopyś stracił fason:
- No... nie wiem...
- Widzę, że nie wiesz! Dowiedz się, ale nie w tramwaju i nie w kawiarni.
Kilka głupich sekund; „Dżek" jak ten gówniarz postawiony do kąta, ja bym najchętniej spłynął, a Karśnicki luzak:
- Umiesz podłączyć magnetofon tak, żeby nie było śladu?
- Zrobi się. „Walentino" jest orzeł, sam naprawia hi-fi, szarpniemy we dwóch. Gdzie będzie stał ten magnet?
- W drugim pokoju.
- To trzeba więcej kabla, puścimy pod listwą przy podłodze. A termin?
- Na wczoraj. Wydatki rozlicz u „Świętego". Ile jest w kasie?
- Nie wiem, ale dość.
Mieli wspólną kasę ze zrzutek. Trzymał ją Mariusz Chomicz („Święty" lub „Templar"). W ten deseń, przypadkowo, poznawałem większość tajemnic „batalionu". Nikt mi niczego nie wyjaśniał z góry, trzeba było usłyszeć i zapytać, wówczas proszę bardzo, a jeszcze lepiej wziąć w czymś udział, jak w tej wyprawie na żułów. Sztamę z „dziećmi Karśnickiego" może mógłbym mieć, nawet przyjaźń, wystarczyło poprosić o legitymację klubową, biegać do ich sekcji kung-fu, łamać kantem dłoni piramidę cegieł i umacniać „duchowe braterstwo, jakie łączy adeptów", bo „istota wschodnioazjatyckich technik walki zawiera się nie w samej walce, lecz w filozofii życiowej, którą rozwijają ćwiczenia...", sralis mazgalis. Lecz ja nie chciałem być karateką. Ani członkiem wschodnioazjatyckiej ochotniczej rezerwy milicji, tego nocnego ormo, które budziło mój śmiech. Ani jednym z bachorów „książęcego" przedszkola. Chciałem być jedynakiem, faworytem i pieszczochem, nie wśród nich - obok nich a jakby się dało: nad nimi! Tylko Jacuś był mój kumpel.
Wieczorem przyszedł „Petro", bo się umówił podczas pierwszej rozmowy przez drut. „Dzień dobry, dzień dobry", parasol w wannę, żeby ściekł, szmaty pod skoki, żeby dywanu nie zafajdać, „co za paskudne deszczysko!" itp. Rzucił okiem na regał z książkami i zdziwił się dla pucu:
- Jack London jest, ale... nie widzę pana „Dżeka"...
- Raził pański gust złym krojem marynarki, więc wyprosiłem go - odpowiedział „Książę".
- Pan jest niepoprawny!... No jak tam, „Fokstrot", dobrze ci tutaj?
- Dobrze. Czy moja...
- Byłem u twojej matki, w porządku.
- A brat?
- Poza dość swobodną interpretacją lojalności przez szanowną małżonkę pana Eugeniusza pan Eugeniusz nie ma innych kłopotów.
- Dziękuję.
- I ja panu dziękuję - włączył się Karśnicki.
- Za co?
- Za prezent.
- Prezent zrobiłem sobie. Jestem zbyt stary, żeby biegać kiedy wystarczą dwa słowa przez telefon.
- Normalnie dostałbym go w pańskim wieku.
- Normalnie nic nie ma, niech pan spróbuje kupić żarówkę, firankę, bieliznę pościelową, mebel, czy choćby papier do maszyny lub do tyłka. To folklor systemu: kupno podlega eliminacji na rzecz „załatwiania", łapownictwem, jak w społeczeństwach dekadenckich, i wymianą towarową, jak w społeczeństwach pierwotnych. Nie masz układów, należysz do dziadów! I jeszcze bardziej tracisz godność, próbując w jakiś układ wejść, coś wyżebrać, coś wyprosić. To jest w ogóle szerszy temat, panie Karśnicki, socjologowie i politolodzy winni się już tym zająć, a historycy w przyszłości zajmą się na pewno. Chodzi o mimowolny geniusz komunizmu, o to bolszewickie szczęście w nieszczęściu, o ten ich sukces, który narodził się z ich klęski. Bo przecież to jest klęska i wydaje się, że klęska kompletna, całkowita, absolutna. Miał być sukces duchowy i materialny, miała być wyższość komunizmu nad kapitalizmem, miało być szczęście powszechne i euforia, wyzwolenie ludów itd., a nie ma z tego nic, wszystko na odwrót! Rzecz zwykła, w historii wiele dążeń przeobraziło się w ich odwrotność, to się zwie złośliwością historii. Hitler chciał panowania Niemców nad światem, a finał tego dążenia to podział Niemiec na dwa kadłuby. Joanna d'Arc chciała katolickiej Francji, a rezultatem jest Francja laicka i radykalna. Socjaliści obiecywali ludom sprawiedliwość, a efekt ich działań to nowe formy totalitaryzmu i niewolnictwa, gorsze od dawnych. Idealiści komunistyczni, nienawidzący elit oraz elitarnych przywilejów, zbudowali ucisk czerwonych elit partyjnych, z ich bandyckimi przywilejami, bandyckim sądownictwem, ludobójstwem i niewolniczą pracą. Wszystko na odwrót, więc jak można wierzyć w ów Heglowski najwyższy rozum, rozum historii, która ma zawsze rację? Ten rozum jest dziwnie przewrotny, tragiczny i absurdalny. Z dobra rodzi się zło, z miłości nienawiść, z sukcesu klęska, i na odwrót. Wróćmy teraz do naszych „układów", do tego „załatwiania", o którym wspomniałem. Komunizm poniósł klęskę, zamiast wzbogacić, spauperyzował społeczeństwo, zamiast uszczęśliwić, unieszczęśliwił, zamiast dać, odebrał i tak dalej. Paradoksalnie zapewnił sobie tym wszystkim trwałość, długowieczność, siłę! Bo odebrał ludziom godność! Naiwniak wyobraża sobie, iż można zachować godność osobistą w ramach komunizmu. W jaki sposób? Poprzez jego negowanie. Nie wstępując do partii lub jej przybudówek, nie głosując, nie klaskając, nie uczestnicząc et cetera. Grubo się myli. Godność odbierana mu jest codziennie za pomocą tak zwanych realiów życiowych, przez konieczność owych „załatwiań", dzięki brakowi wszystkiego i w konsekwencji przymusowi załatwienia wszystkiego drogą tysięcznych, poniżających zabiegów, podchodów, lizusowskich uśmiechów, pokornych ukłonów i podłych kompromisików, łapówek, kłamstewek, usług i donosów, i czego tam jeszcze! Wszyscy zamieniają się w stado cwaniaczków-żebraków, pełzające na kolanach za elementarnymi rzeczami, bez których nie można żyć, od jedzenia do hydraulicznej uszczelki, od ubrania do miejsca w szpitalu, i w końcu wszyscy przyzwyczajają się do tego, koszmar staje się normalką. I to już jest pełna eksterminacja ludzkiej godności, nawet krzty honoru - honoru nie można położyć na talerzu dziecka, żeby je nakarmić. Komunizm, łamiący wszystko, co obiecywał, przegrywając wszystko, co miało być wygrane, legitymujący się klęską - zabierając ludziom godność odnosi sukces, bo istota bez godności jest istotą bez siły, i społeczeństwo bez godności jest społeczeństwem bez siły, nie zostaje mu dość sił na zerwanie kajdan.
- Pan się nie boi tego mówić? - spytał „Książę".
- Kogo mam się bać, pana?
- Telefonu.
- Telefonu nie należy się bać, należy się nim cieszyć. Przyjaciel z obozu pracuje w branży telekomunikacyjnej, stąd mogłem panu wyświadczyć radość. Niech panu służy na zdrowie ten prezencik.
- Chciałbym, aby mi służył na zdrowie.
- Do licha, jakie ma pan obawy?
- Zastanawiam się tylko, czy taki prezent może służyć kontroli rozmów w mieszkaniu przez słuchawkę leżącą na widełkach.
- Kto pana tak wystraszył?
- Ludzie gadają...
- Owszem, niektórzy do dziś gadają, że Ziemia jest płaska jak patelnia.
- Kiedyś tych, którzy gadali, że nie jest, uważano za idiotów.
- Ale wówczas po stronie tak uważających był rozsądek. Odkąd to łatwowierność należy do cnót, panie Karśnicki? Kopernikiada była tylko spekulacją! Czy pan wie, że do końca osiemnastego wieku nie istniało rozstrzygające doświadczenie dyskwalifikujące... cholera, ące ące, król rymów!... dyskwalifikujące system geocentryczny? Sam Galileusz powiedział coś takiego: „Bezgraniczny jest mój podziw dla tych, którzy zaakceptowali system heliocentryczny wbrew oczywistym świadectwom zmysłów".
- Czy rozsądek i wiedza są wrogami w sprawie, którą poruszyłem?
- W sprawie tego, co ludzie gadają? Nie. Według obu tych źródeł ludzie kochają pieprzyć bzdury. Dzięki temu Konrad Lorenz może pisać w swoich książkach o „niebywałej głupocie zbiorowej gatunku ludzkiego".
Król rymów? Gówno. Król uników. Karśnicki miał dość:
- Podziwiam pańską erudycję i pańską elokwencje, panie Heldbaum. Gdyby zechciał je pan ożenić, nie zapominając o moim pytaniu, to może spłodziłyby odpowiedź.
- Już jej udzieliłem: nie!
- Opierając się na informacji?
- Na dedukcji, która jest też matką informacji.
- Proszę mi opisać ten połóg, traktując to jako... lekcję funkcjonowania „zdolności umysłowych zwanych analitycznymi"...
- Służę panu. Punkt wyjścia znajdujemy w faktach. Pewien nie zidentyfikowany procent szczęśliwych posiadaczy aparatu telefonicznego, pragnąc przystąpić, czy to w gronie familijnym, czy z gośćmi, do trudnych rozmów ułatwionych nieskrępowaną wolnością słowa, wynikającą z praw człowieka gwarantowanych przez konstytucję, robi dziwne rzeczy. Nakrywają telefon poduszkami, kocami, futrami i cholera wie czym jeszcze, albo włączają obok telefonu radio lub magnetofon na cały głos. To jest fakt. Z czego ten fakt wynika? Po pierwsze z tego, że nienawidzą komunistów...
- To tak jak pan.
- Co jak ja?
- Pan też nienawidzi komunistów, pański wykład był tego dowodem.
- Ależ skąd. Mój wykład był tylko analizą pewnych zjawisk. Wie pan, może gdybym miał dzieci? Dzieci są jak czarnoksięskie okulary, jak pryzmat, który zmienia kąt spojrzeń; poprzez ten kawałek własnego ciała, jakim jest dziecko, człowiek inaczej odbiera świat, poddaje się okrutnym emocjom, dziecko wyzwala w nim stos uczuć, które bez dziecka może by nie zaistniały, a jeśli, to nie w takim wyostrzeniu. Mój znajomy, rozsądny człowiek i żyjący w miarę dostatnio, bez specjalnych powodów do narzekań, wściekł się, gdy jego dziecku obniżono w szkole stopień ze sprawowania bo dziecko przyniosło z domu tylko normatywny, to jest wymagany obowiązkowo kontyngent makulatury, dwanaście kilogramów. Na ocenę lepszą trzeba było dostarczyć ponadnormatywną ilość, dwadzieścia kilogramów. „To jest terror państwa wobec dzieci!" - ryczał. I miał rację, to jest barbarzyński terror, zwłaszcza w kraju, w którym gazety są cholerycznie drogie a pensje niskie, zaś jedyną możliwością zdobycia papieru toaletowego jest dostarczenie wielu kilogramów makulatury do punktu skupu. Szkoła, kradnąc ludziom tę makulaturę, kradnie im możliwość kulturalnego podcierana zadków. Ale ja nie mam dzieci, więc mam papier do tytka, ergo nie mam tego akurat powodu, żeby nie lubić komunistów. To, że analizuję ich działalność, nie jest żadnym dowodem nienawiści do nich, proszę mi tego nie wmawiać.
- Więc lubi pan komunistów?
- Nie lubię, ale z zupełnie innych przyczyn. Kiedy się dobrze zna historię małpy homo i jej wynalazków społecznych, politycznych, religijnych, człowiek przestaje kierować się emocjami wobec systemów, kląć, że bocian przyniósł tu, a nie tam, stoi ponad, bo wie, że wszystko jest kopią kopii i nie warto marnować czasu na zbawianie niezbawialnego, istnieje sporo ciekawszych zajęć. „Ludzie ludziom zgotowali ten los", zna pan? Otóż ludzie pościelili sobie tak dawno temu, że już nikt nie pamięta kiedy, i do dzisiaj taki mają sen, jak sobie pościelili, bo nie potrafią zmienić prześcieradła. Każdy uzdrowiciel kończy klęską lub zamienia się w bydlę gorsze od poprzedniego. Może to kwestia biologii i zoologii? W takim wypadku tylko manipulacja genetyczna na skalę masową mogłaby przywrócić utracony raj. Wyjaśniłem panu, dlaczego obcy mi jest antykomunizm. Tak jak antyimperializm, antymonarchizm „i każda rzecz, która jego jest", każda, która cuchnie polityką. Nie przepadam za komunistami, bo to kaleki duchowe, lecz tylko z tego powodu...
- Tak, wytłumaczył pan, tylko trochę przydługo.
- Możliwe, ale to już moja sprawa, jak mam tłumaczyć, krasomówstwo jest rzeczą intymną, panie Karśnicki, stawiać za to zły stopień to również terror! Wracani do tematu i do dedukowania. Nasi przykrywacze słuchawek nienawidzą komunistów, ale nie potrafią walczyć w obronie swej nienawiści. Potrafią tylko gadać przeciw. To ich ersatz wolnego bytu, szczyt bohaterstwa, teatrzyk książąt niezłomnych, alibi impotentów!... Tak więc fakt, iż na słuchawkach leżą futra, wynika: raz ze wspomnianej nienawiści, dwa z jej artykułowania we własnym mieszkaniu, trzy z obaw przed karą za te popisy domowe, lub też z chęci zrobienia na złość podsłuchującym. No i oczywiście z wiary w ów rodzaj podsłuchu, bez tego problem by nie zaistniał. Dodając to wszystko do siebie, otrzymujemy ów fakt, który możemy nazwać generalnym skutkiem. A jako że nie ma skutku bez przyczyny, to zgodnie z logiką przyczyna generalna musi istnieć. Ergo - podsłuch taki istnieje! Teraz kontra: popełniliśmy błąd, gdyż suma czterech przyczyn podrzędnych daje skutek generalny, ale nie dowodzi istnienia przyczyny generalnej. Gdzie jest słabe ogniwo? Czwórka: antypodsłuchowe działanie to efekt wiary w ten rodzaj podsłuchu. Miliardy ludzi modlą się do Boga, ale to nie dowodzi, że Bóg istnieje. Bez względu na to, ilu osobników wierzy w taki podsłuch - ta wiara nie jest dowodem! Możemy oczywiście zapytać o przyczynę przyczyny, to jest o alternatywne źródło obaw, zakładając, iż podsłuch nie istnieje. Odpowiedź brzmi: plotka. Być może nawet plotka centralnie sterowana, według dobrze sprawdzonej metody. Reputację nazbyt już znienawidzonych prominentów poprawiano emitując „przeciek" o ich, na przykład, zadarciu z Moskwą, i o tym jakie przykrości spotkały tego dobrego Polaka za ochronę narodowych interesów. W kilka dni szepcze o tym cały kraj, z tą naiwną wiarą, która nie dopuszcza jedynej logicznej myśli: gdyby zadarł z Kremlem, dostałby kopa i po krzyku. Albo „regulacje cenowe". Jak były zaskoczeniem, to od razu awantury, strajki, pardon: „przerwy w pracy", demonstracje, krew. Teraz puszcza się z góry cichą „absolutnie pewną wiadomość", że za taki a taki czas będzie podwyżka tego i owego o trzydzieści procent i całą Polskę trafia szlag. W naznaczonym terminie władze ogłaszają dziesięcioprocentową „regulację cen" i każdy oddycha z ulgą: tylko dziesięć! Rozumie pan?
- Nie za bardzo w przypadku telefonów.
- Panie Karśnicki, ja tylko spekuluję. Może chodzi o to, żeby gadając po domach nie nastrajać się w rebelianckim duchu, żeby dzieciak nie słuchał zbyt często iż to, co pani w szkole nazywa pionowym, jest poziome, któż lepiej jak rodzina potrafi wykrzywić światopogląd? Zresztą, bo ja wiem? Straeh to świetny organizator karności. Plus telefon jako żandarm... Niegłupie... Ale dajmy spokój. Końcówka -dowód dedukcyjny na to, że ten rodzaj podsłuchu to mit. Niech pan spojrzy - telefon ma bardzo niewielu Polaków, ludzie zabijają się, żeby go zdobyć, nawet takie luksusy jak mieszkanie czy samochód można osiągnąć łatwiej. Gdyby telefon mógł posłużyć...
- Wiem, do czego pan zmierza. Ale to problem braku środków, braku nowoczesnej infrastruktury, pieniędzy w systemie, w którym
panuje ciągły kryzys...
- Nie, nie, nie, nie, nie! - przerwał „Petro", krzycząc. - Nonsens! W takich sprawach cel uświęca środki o tyle, że je wymusza i robi to kosztem wszystkiego innego, nawet kosztem rzeczy elementarnych! Rosja za carów eksportowała zboże, a teraz musi importować, bo inaczej zdechłaby z głodu, ale ma takie same rakiety jak Amerykanie i pierwsza wystrzeliła sputnik! Kwestia priorytetów. Telefonu nie ma nawet co dwudziesty dom, ale telewizor stoi w każdym mieszkaniu, w każdej kurnej chacie, na zabitych dechami wsiach, bo nie istnieje lepszy instrument propagandy. Kluczem jest użyteczność - telewizor to magiczna różdżka rządu dusz, katarynka dzień i noc bębniąca psalm „jedynie słusznej linii", fenomenalna pralka mózgów! A telefon? Jaka korzyść dla nich, że pan ma aparat? Pustynię telefoniczną tłumaczy się brakiem środków, ale w rozwój telewizji wpakowano sumy bajońskie, kilka fabryk, gigantyczna licencja Thomsona, stały import z Rosji i z Zachodu, żadnych ograniczeń inwestycyjnych. Gdyby można było zrealizować orwellowską wizję o podglądaniu wnętrz przez szklany ekran, to posiadanie telewizora stanowiłoby prymus, proletariacki dyktat, czyli „patriotyczny obowiązek". Za wyłączenie lub uszkodzenie kara na mocy paragrafu! Gdyby podsłuch, o jakim pan myśli, był możliwy, wówczas telefon stałby się czymś łatwo dostępnym i tanim jak barszcz. Oto wynik procesu dedukcyjnego, argument, którego nie uda się panu odeprzeć, a zatem coś, czego pan pragnął - absolutnie pewna informacja!
Wystarczyłoby tych kilka ostatnich zdań, a pieprzył pół godziny. Jezu, nigdy nie widziałem faceta, któremu sprawiałoby to podobną radochę. Filował na Karśnickiego pełen niepokoju, iż tamten czymś go zdzieli, kpinką albo wątpliwością, lecz „Książę" najzwyczajniej rzekł:
- Przekonał mnie pan.
„Petro" chuchnął w grabki „na szczęście", pokazując oba garnitury sztucznych kłów:
- W końcu raz mi się udało! Pierwszy, mam nadzieję nie ostatni.
Rozejrzał się, bez uśmiechu, który mu nagle zgasł, jakby pod wpływem przypomnień o „miłych złego początkach" i o tym, co mówią karciarze: „pierwszy fart gówno wart".
- Ładny pokój, kawaler ma tu przestrzeń. Ten drugi to sypialny?
- Nie, biblioteka.
- Więc gdzie śpicie?
- Tu.
„Petro" zrobił „oczy":
- A łóżka?
- „Fokstrot" śpi na połówce, ja na tym - odpowiedział Karśnicki, wskazując głową rulon przystawiony do regału.
- Co to jest?
- Mata.
- Ale pod nią...
- Klepki podłogowe.
- Wobec tego na niej...
- Prześcieradło.
- No i poduszka...
- Obywam się bez.
- Ach tak...
„Petro" chrząknął, jakby wschodnioazjatyckie maty zamiast czteronożnych wyr leżały w co drugim polskim domu, normalka.
- Przyszedłem z pewną sprawą... - zagaił.
- Czy ta sprawa ma coś wspólnego z tamtą, dzięki której spędziliśmy u pana białą noc?
- Tak, i jest to mój kolejny prezent.
- Otrzymywanie prezentów to moje hobby, ale zechce się pan wstrzymać... jedną chwilę - rzekł Karśnicki. - „Fokstrot"! Nakryj telefon poduszką i puść przy nim ciężkiego rocka!
Zrobiłem to w mig, a on:
- Jestem gotów, panie Heldbaum.
Gdybyście mogli zobaczyć wtedy dziób starego! Przykurczył się i tylko sapnął jak rozzłoszczony mamut. Karśnicki, niby nie widząc:
- Co ze mnie za gospodarz! Pardon! (nigdy do tej pory nie mówił „pardon", potem też nie, więc chyba dziabnął Heldbaumowi po heldbaumowsku, ale tamten tego nie wyczuł). Kawa, herbata?
Napili się czarnej, „Petroszczak" nerwowo, zły. Potem zaczął, jak zwykle nie od końca, ani od początku, tylko bokiem, bo sprzedać sedno w dwóch zdaniach to byłoby dlań tak, jak dla faceta, który chce romans i flirt, a musi zerżnąć kobitę na łapu-capu, bez żadnych podejść i gruchań:
- Pan jest człowiekiem wyjątkowym, panie Karśnicki...
- To samo mówiła moja matka, byłem „cudownym dzieckiem".
- Chodzi mi o to, że pan jako Polak ma nietypowy stosunek do odwetu...
- To już coś bardziej oryginalnego, zamieniam się w słuch.
- Nie mogłem wczoraj usnąć i trochę o tym myślałem, porównując nas obu jako mścicieli. To, co różni moją zemstę od pańskiej to fakt, że moja jest tylko kaprysem i ewentualnie środkiem do osiągnięcia celu, pańska natomiast jest przemożną obsesją i celem samym w sobie.
- Tak jakbym to już słyszał z pańskich ust, pan się powtarza... Maniakiem jestem, w porządku, gdzie tu wyjątkowość?
- Polak nie kocha zemsty, nie potrafi nią żyć, chęć jej dokonania przechodzi mu prędko, nie szuka odwetu maniakalnie. Południowiec rzekłby, iż to rodzaj kalectwa, na które cierpi cały naród. Polacy się nie mszczą.
- O Armii Krajowej pan słyszał?
- Co to ma do rzeczy? Wojna jest stanem wyjątkowym, odwet jej rytuałem, żołnierską powinnością. Ale to nie jest korsykańska „ven-detta" ani prywatny rewanż sycylijski „oko za oko, krew za krew". Rzucając takim kontrargumentem pan dokonał oszczerstwa, podobnie jak ci, którzy bluźnią, że Armia Krajowa była „polskim ruchem oporu". „Ruch oporu" to robili na przykład Francuzi, my mieliśmy państwo podziemne, ze wszystkimi jego instytucjami, rządem, sądownictwem, systemem administracyjnym i oświatowym, i z siłą zbrojną, którą była armia, a nie żaden ruch oporu.
- Semantyka, panie Heldbaum.
- Niech pan to powie akowskim weteranom.
- Mój dziad i mój ojciec byli akowcami, walczyli w Powstaniu.
- Tym bardziej dziwią mnie pańskie słowa.
- A mnie pańskie popisy patriotyczne. I kiepska pamięć. Pamięta pan: „Pawiak pomścimy!"?
- Owszem, ale komórki egzekucyjne AK nie uprawiały porachunków. To byli żołnierze regularnej armii, o to mi chodziło, a nie o popisy patriotyczne. Zamach na Niemca był wykonaniem sądowego wyroku, ustalonego i zatwierdzonego przez podziemne organy państwowe, działające zgodnie z polskim prawem. Prywatne zemsty zdarzały się, lecz była to patologia wojenna. Wojnę odrzućmy, zajmijmy się czasem pokoju. Odrzućmy też męty społeczne z ich dintojrą. Wreszcie odrzućmy umysłowo chorych. W normalnym czasie normalny Polak nie szuka krwi krzywdziciela, choćby najgorszego. We wszystkich ośrodkach prowincjonalnych tego kraju, we wsiach i w miasteczkach, w gminach i powiatach, rządzą kliki złożone z małych, tępych, butnych, zachłannych i bezlitosnych kacyków, potworne mafie tak zwanego średniego szczebla, niedouczone i niedomyte chamy, paroby, które przez wybryk Historii zamiast roztrząsać gnój w oborze świadczą dobrodziejstwa swemu otoczeniu i całej reszcie krzywdy, roztrząsają dolę ludzką z wysokości swych stanowisk i przywilejów. Ileż skromnych oczekiwań, ileż małych ludzkich szczęść pogrzebali, ile wyroków łamiących los człowieka bezkarnie ferują! Czy pan słyszał, żeby ktoś dał takiemu pięścią w mordę, jeśli już nie siekierą przez wypomadowany łeb?
- A to nie kwestia strachu, panie Heldbaum?
- Pan idziesz mówić o strachu u Polaka? Panie Karśnicki! Ja mam panu przypominać historię Rzeczypospolitej? Polak to nie Pepik, glina z innych atomów. Polak, gdy się zeźli albo musi, te wariat, z gołymi rękami na tygrysa i żywcem zdejmie mu futro. Ale trzeba mieć wojnę, powstanie, świętą sprawę, bo Polak jest bohater wojenny. A w czas pokoju to on nie jest bohater. Tchórzem nie podszyty, ale nie będzie zabijał czy nawet się szarpał, bo ma w dupie, a jeśli nawet w sercu, to ogień prędko mu się spala, brak wytrzymałości. Jest jak jest, trudno. Curiosum: zachodni chrześcijanin i wschodni fatalista w jednym ciele. Ci, co nakrywają 'telefony poduszkami, też nie ze strachu. Niektórzy przez ostrożność, po cholerę mieć kłopoty za samo gadanie? Ale gros na przekór tym wyimaginowanym podsłuchiwaczom: gówno będziecie słyszeć, taka wasza mać! Chce pan przykład bardziej dobitny?
- Na to, że Polacy się nie boją? Nie trzeba. Ja akurat się boję, panie Heldbaum, ale ponieważ jestem człowiekiem wyjątkowym, to tylko potwierdzam regułę.
- Na to, że Polacy się nie niszczą.
- Nie anektują Leningradu i Moskwy za Wilno i Lwów, fakt.
- Nie tkną palcem kata własnej matki, to jest fakt! Do pięćdziesiątego szóstego w ubeckich lochach działy się takie rzeczy, iż Gestapo mogłoby brać tam korepetycje. Jakiż repertuar zwyrodnialstwa! Tortury praktykowane przez sadystów natchnionych okrucieństwem, bestialskie orgie, ucieleśniony koszmar, tysiące zamęczonych, okaleczonych i zeszmaconych, piekło! W Październiku ci panowie dostali dymisje, no, niektórzy z nich, i z oprawców przemienili się w zwykłych mieszczan, w emerytów. Władza winna dać im ochronę, obstawę, uzbrojonych goryli, ale władza niczego podobnego nie zrobiła i miała rację - nie było takiej konieczności. Przez następne dziesięć, dwadzieścia lat, każdy z owych krwiopijców żył sobie w spokoju, szwendał się po ulicach w dzień i wieczorem, robił zakupy, wygrzewał na ławeczce w parku, wyprowadzał pieska, mijał tłumy przechodniów. Wśród tych, co go mijali, były rodziny ofiar. Mężowie kobiet zakopanych na śmierć szpicami butów w ciężarny brzuch. Synowie ojców, których genitalia spłaszczono. Bracia zamienionych w transformatory elektryczne. Nikt nie pomyślał, żeby rąbnąć kata! Znano adresy - nikt nie zapukał, przynosząc śmierć za śmierć! Widywano ich, mówiono: o, popatrz, to Berman, lub: widzisz, Różański! Zamiast odwetu groziła im tylko starość, wypadek lub jedna z chorób. Na zdrowy umysł to się nie mieści w głowie, ale to fakt! Jak można to wytłumaczyć?
- Dalej strachem, lub przekonaniem synów ofiar, iż zabijając ukarałoby się narzędzia.
- Co pan powie! Proszę jeszcze dodać motyw religijny, chrześcijańską łagodność pogrążonych w nieskończonym miłosierdziu wedle słów Pisma: „Jak ktoś ci kamieniem, to ty mu chlebem", lub innych słów Przedwiecznego: „Zemsta jest moja", a będzie komplet!... Służby represyjne nigdy nie są tylko narzędziami, to państwa w państwie, w wielu krajach najwyższy tajny organ władz, prawdziwy rząd albo ster rządu. Berman, Różański, Ajseman, Fejgin, Siedlecki, Światło czy Radkiewicz, nawiasem mówiąc co do jednego Żydzi, których Stalin tu przysłał, to byli królowie cierpień, racjonalizatorzy mąk, ale nie marionetki. Berman rządził Polską bardziej niż Bierut! I każdy, kto powinien był o tym wiedzieć, wiedział, synowie zamęczonych mieli najlepszą tego świadomość. Gdyby nie wolta na Kremlu, zadławienie Berii i dojście do władzy Chruszczowa, te swojskie berioszczaki rządziłyby dalej Polską, mafia sama nie prosi o dymisję... Strach? Proszę pana, Światło uciekł na Zachód, gdzie też były rodziny ofiar, i nikt go nie tknął, chociaż tam nie trzeba się było bać komunistów. A więc nie strach. Mentalność, panie Karśnicki, mentalność, lub niech pan to nazwie inaczej, cechą charakterologiczną, syndromem poniechania odwetu, czymkolwiek, ale to jest coś, co tkwi głęboko w psychice. Polak nie szuka prywatnej zemsty. Weź pan Żydów, już trzydzieści lat bawią się w myśliwych. Zorganizowali specjalne komanda, ścigają, wyłapują lub mordują cichcem zbrodniarzy hitlerowskich w każdym zakątku globu, najprawdziwsi łowcy głów. Polakom nie przeszłoby to przez myśl, zdają się na urzędowe ekstradycje, sądy i porozumienia, a przecież wśród polskich emigrantów są milionerzy, którym SS zaszlachtowało ojca i matkę. Cóż łatwiejszego, jak opłacić kilku profesjonalnych morderców i kropnąć Hauptsturmführera, o którym wiadomo, że dokonał egzekucji? Ale skąd, Herr Hauptsturmführer zejdzie mając dziewiąty krzyżyk i grzech odpuszczony na śmiertelnym wyrku, Polakom nic do tego, żaden nie zagra pieśni ,,O podrzynaniu gardła". I nie przez szacunek do praw czy miłość do legalnych form, lecz przez taką a nie inną strukturę duszy, osobowości, mentalności, jak to nazwać? Taki charakter.
Mówił nerwowo, chwilami krzyczał, ręce mu fruwały pomagając. Skończywszy wstał i znowu odemknął dziób. Nic nie powiedział, trzymał japę bezgłośnie otwartą; pomyślałem, że chce tylko rozprostować giry i że mu się wątek urwał, ale to nie było to. Nagle zapytał innym, nie swoim głosem, jakby mu czegoś zrobiło się żal:
- Zemsta jest emanacją prymitywizmu, nędzą ducha, głupotą, czy pan wie?
- Tak - kiwnął głową Karśnicki.
„Petro" wsunął łapę w kieszeń, wyjął świstek papieru i rzucił na blat.
- Tu ma pan familię i adres ówczesnego „księcia" czterech ulic. Bez jego zgody nic się nie działo na Ząbkowskiej, Kijowskiej, Mar-kowskiej i Brzeskiej. Gdyby nie zezwolił, dziewczynie nie zrobiono by krzywdy. Ale zezwolił. Do widzenia panu. Cześć, „Fokstrot".
Wyszedł. Schowałem się w mniejszym pokoju, bo „Książę" stał, nieruchomy jak jakiś posąg, że wolałem zostawić go samego.
Po dwóch dniach przyszedł „Dżek" z kablami i kupą sprzętu. Dętka kompletna, bladzioch, oczy przekrwione, schudł, widać mało kimał; wapno jakiejś panienki lub jego starzy musieli wyjechać, zostawiając wolną chatę i Jacuś wpadł w seks.
- „Walentino" dziś nie da rady, ale od jutra... - mruknął, filując na dywan.
„Książę", zamiast go opieprzyć, podał mu kartonik z treścią Heldbaumowego „prezentu".
- Sprawdź czy nazwisko i adres pasują do siebie. Gdzie on chodzi, z kim się spotyka, czy zamieszkuje sam. Przydziel chłopakom dyżury i nie spuszczajcie go z oczu, aż będziesz wiedział wszystko.
„Dżek" wziął tekturkę i... zakrył nią dziób, bo mu się tak chciało ziewać! Też od razu ziewnąłem, jakby mnie zaraził. Pofilował na tekst.
- Śmierdzi panem H...
- Masz dobry nos. Przedwczoraj pan H. złożył nam rewizytę.
- Towarzyski człowiek!
- Było mu smutno, że ciebie nie ma, stęsknił się za tobą.
- Kochany Petroniusz! Jak znam życie, wymyślił nowy haczyk i próbował pana bajerować...
- To właśnie ten haczyk. Ale nie namawiał jak wówczas, jest sprytny.
- Szefie...
- Tak?
- Myślałem nad tą sprawą...
- Rewelacja!...-Nie to, nad jaką sprawą, ale że myślałeś! Ja już myślałem, że potrafisz tylko bić, choć zawsze starałem się nauczyć was myśleć, zanim cokolwiek zrobisz lub gadasz! Teraz powiedz nad jaką sprawą.
- Może to nie byłoby takie głupie...
- Co?
- Zadziałać z nim.
- Przecież go nie znosisz.
- Uczucia uczuciami, a interesy swoją drogą.
- Nie bawią mnie jego interesy.
- Więc zróbmy, żeby były nasze. W końcu... ma pan w tym i swój interes...
- Słusznie zauważyłeś, iż jest on mój, a nie twój!
- Ja się nie wtrącam, ale...
- Ale nie rozumiesz, czym to grozi! Zamiast „Robin Hooda" i „Zorro" poczytaj coś o diabłach kusicielach. Na końcu oni biorą łup, reszta leży w piachu.
- Można zacząć, a potem go spławić...
- Można nie dożyć tego „potem". Wejść z nim do spółki, to tak jak wejść do wody na wspólną kąpiel z rekinem.
Kilka dni później nastąpił dramat. W ciągu tych kilku dni nie działo się nic szczególnego: „Dżek" i „Walentino" załączyli magnetofon do aparatu, „Książę" dwa razy wychodził pod wieczór i późno wracał (przedtem też tak wychodził, chyba do swojej kobity, ale teraz nie do niej, bo zadzwoniła, gdy był nieobecny) - mnie to wszystko było ganc egal, miałem łeb zapaćkany czymś innym.
Poznałem dziewczynę. Przypadek. „Książę", jak sam nie mógł, to prosił, żeby machnąć zakupy. Biegałem do dużego sklepu przy rogu Walecznych. Ona tam robiła w cukierniczym. Powiedziałem „Księciu", że zakupy związane z michą biorę na siebie i od tej pory zaiwaniałem tam rano i wieczór, modląc się, żeby ją przenieśli na inny dział, bo ile razy można kupować cukier? Żeby był nie pakowany, tylko luźny, to bym chyba brał po dziesięć deko. Jacek skoczył do mojej chaty, przywiózł mi z łachów, co miałem. Niewiele miałem, ale zawsze. Szczotka, mydło i grzebień szły w ruch jak nigdy; sitowie a la konkurs fryzjerów, wciąż od nowa; ząbki do glancu trzy razy dziennie; a kiedy zacząłem się lać perfumą, „Książę" strzelił:
- Mam nadzieję, że to kierowniczka. Królestwo za szynkę! „Fokstrot", pamiętaj, że masz przyjaciół! Ocipiałem.
- Co, nie kierowniczka?... - drwił. - Może chociaż wicekierowniczka?
- Dziewczyna zza lady - mruknąłem.
- Nie dla nas sznur baleronów... - westchnął, przekręcając słowa piosenki. - „Fokstrot", w twoim wieku trzeba wzlatywać nad poziomy, gdzie masz ambicję?
Usłyszałem swój własny pisk rozwścieczonego knypa:
- Pan też odmówił staremu! Mógł pan zafarcić Pragę, być tym... no... co on mówił...
- Ba! Ja nie jestem taki młodzieniaszek. Ale gdyby Heldbaum zaoferował mi rękę jakiejś księżniczki, to bym się zgodził od razu, królestwo za posag!
Dziewczyny, które znałem dotąd... Dzisiaj już nawet nie pamiętam imion, ich facjaty rozmazują się jak przez szybę brudną od deszczu i zlewają w jedną obcą twarz, która nie wywołuje żadnych uczuć, ani złości, ani przyjemnego wzruszenia, nic. Dupeczki rżnięte mechanicznie, absolwentki dyskotek, chodników, parków i specyficznej atmosfery, którą ta dzielnica zaraża swoich, praskie luźne piczki, tak mało podobne do dziewcząt z knig i z filmów, gdzie każda baba ma najpierw dusze, potem rumieniec, łzy w ślepiach albo drżące wargi, a reszta jest tam u dołu, lecz po co o tym truć, łapy na kołdrę, psiakrew!; niepodobne również do luksusowego kurewstwa, tego ze śródmiejskich kawiarni, czy ze zdjęć porno, czy z tych nowych filmów, gdzie aktorki upychają w obiektyw swój goły cyc lub dupę, lub mleczarnię i dupę naraz. Były inne od wszystkich, swojackie, do rąbania w piwnicy na węglu, na cementowych workach za śmietnikiem, w stróżówkach, windach, kotłowniach, na ławkach parku Skaryszewskiego i na poręczach schodów, chętnie albo po walnięciu w pysk, żeby nie pajacowały za długo, kiedy kutas swędzi aż do bólu. Tylko że one lubiły, kiedy facet trzaśnie w dziób, bo co to za chłop, który nie potrafi pierdyknąć - samiec bez jaj. Mnie to nie brało za cholerę, nigdy nie uderzyłem, po dobremu lub ciao bambina! A jeszcze bardziej nie - modne sporty: sztafety, balety, rozbierane prywatki, kiedy dziesięciu pieprzy jedną napitą rurę, albo wszyscy dymają wszystkich na krzyż. Raz wziąłem w tym udział, byłem niemożebny szczyl; jak towary zaczęły strzelać na dystans ogórkami spomiędzy ud, dałem nogę, powstrzymując pawia. Sztafety też nie dla mnie, pies je trącał, to jak sracz na dworcu, kolejka do jednej dziury, chromolę taki wyczyn, nie znalazłem kapucyna w śmieciach. Lubiłem sam na sam, bez świadków. A potem zachciało mi się innych dziewczyn, takich jak na filmie lub w knidze „Pan Wołodyjowski". Żeby nie wyskakiwały z majtek na gwizd, po jednym tańcu czy kieliszku, i żeby się wstydziły, kurwa mać, tak jak Ania z Zielonego Wzgórza i ta Oleńka, co ją zarwał Kmicic, ale wytentegować z marszu nie mógł. Wiedziałem, że jeśli takie są w knigach, to muszą być i w życiu, tylko nie umiałem trafić i to mnie gnębiło. A tu proszę, Danka!
Przymierzyłem się kilka razy na wieczór, kiedy zamykali interes. Lecz ona wychodziła z cholernym babsztylem o końskich zębach i razem szorowały do autobusu. Kombinowałem, że kiedyś wyjdzie sama. Jak wreszcie wyszła bez tamtej ropuchy, to się okazało, że nie tylko ja kombinowałem. Z ciemności podskoczył aparat w moim wieku, naflekowany, bo źle trzymał pion. Zastąpił jej drogę. Zrobiła unik, ale dwóch innych modeli wystartowało, barykadując odwrót. Jeden gwizdnął i zaseplenił:
- Pierwsza liga, co Maniek?
- Sie widzi... Psiepraszam panią, pani samotna w ten wieczór? Chciała ominąć, ale pierwszy chwycił ją za rękaw i przytrzymał.
- Wolnego, laluniu! Edek jestem. Szarpnęła się, ale mocno trzymał.
- Po co te nerwy, kotuś? Ja jestem Edek, to jest Maniek, a to Krzych. Trzej przyjaciele z boiska, znaczy trio, można wybierać...
Podszedł ten nalany, ona nic, rozgląda się wokoło, szukając ratunku.
- Jak pragnę Boga, co jest, nie bądź taka, siostro...
Wtedy kopnąłem go w dupę, albo ciut. poniżej, bo zawył i przykucnął, miętosząc jaja. Tamci dwaj do mnie, ale charakter w nóżkach to ja mam od takiego; obejrzeli mój flek, a ona chodu. Kapowałem, że znów zrobią podejście, więc przyszła koza do woża: „Jacenty, pomóż!", a on na to jak na lato:
- Okey. Ale uprzedzam, „Fokstrot", ty możesz wyjść z tego najbardziej poszkodowany. Żebyś mi potem nie wnosił pretensyjów!
- O co?
- O zły charakter teściowej! - zarżał na cały regulator; tak głośno ludzie śmieją się tylko z własnych kpin.
Kolejnego wieczoru „Dżek" puścił tę trójkę w rynsztok, wybijając zęby, ale to było preludium, bo jeden z nich leżąc zaszczekał:
- O kurwaaaa!... Jeszcze zobaczysz!... Jak przyjdzie „Ogień", to zobaczysz, tyyy!... „Dżek" się odwrócił i huknął, aż poniosło głos między domy:
- Powiedz mu, że czekam! Jutro o tej porze!
Czekaliśmy w sześciu, ja, Klon, Tomek „Walentino", Robert „Nóżka", „Szpinak" i „Wuj"; spóźnił się „Moskit", dołączając podczas gry. Ta szła ostro, bo łobuzów było z dziesięciu i mieli łańcuszki, które psuły chłopcom ubrania, lecz stało się jak myślałem - co raz to któryś z tamtych dymał w krzaki koło parkingu i już nie wracał, lub grzał płyty chodnikowe, fałszując mezzosopranem boleściwym. Kocia muzyka z dwóch stron, gdyż „dzieci Karśnickiego" wyprowadzały uderzenia rycząc bojowy okrzyk kung-fu.
Ja stałem obok niej; mogła odejść, lecz nie odeszła. Dwoje milczących widzów, grano tylko dla nas; czekaliśmy na zwycięstwo, to zbliża. Wydawało mi się, że słychać łomot naszych serc i że mój nerwowy oddech wylatuje z jej ust.
Gdy już było po wszystkim, „Dżek" otrzepał ręce w teatralny
sposób, zapytując nie wiadomo kogo.
- No i gdzie ten „Ogień"? Robert „Nóżka" mu odpowiedział:
- Pewnie jeden z tych, co leżą i kwiczą, albo z tych, co dali chodu... Wielki boss, postrach dzielnicy! Słomiany ogień!
Wszyscy ryknęli śmiechem i wówczas z ciemności, spomiędzy parkujących gablot wyszedł młody typ, ubrany w szmelcowaną kurtkę. Szedł w stronę „Dżeka", wolno, bez nerwów, twarz pełna spokoju, jakby chciał tylko pytać o czas. Zastąpił mu drogę „Wuj".
- Odpłyń - rzekł tamten.
„Wuj" trzasnął dwa razy, oba w powietrze, bo „Ogień" miał git unik, a kiedy sam ruszył ręką, „Wuj" fiknął na maskę Opla i zjechał w błoto niczym wiosenny śnieg, który zjeżdża z dachówek. Po chwili to samo przeżył „Szpinak". Żadne karate czy kung-fu; facet po prostu bił pięścią i był lepszy - w ringu uznano by go za genialnego technika, miał siódmy zmysł, z tym trzeba się urodzić.
„Dżek" ruszył mu naprzeciw, żeby tamten nie tłukł więcej chłopaków, ale tamten, gdy już stali nos w nos, powiedział:
- Chcesz się lać?
- Nie chcę się lać. Chcę ciebie lać.
- Masz w tym jakiś interes?
- Mam. Chcę ci udowodnić, że przy mnie wysiadasz.
- Nie truj. Sobie chcesz udowodnić własne chojractwo. Tak robią gówniarze. "
- Gówniarze napastują bezbronne dziewczyny. Przyszedłem tu po to, żeby gówniarze przestali to robić.
- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek coś takiego robił...
- A twoi kolesie, którzy wezwali cię na pomoc, kiedy ich przyhamowano? Pętaki!
- Gra, to pętaki, żadni moi kumple. Znają mnie tu, więc przyszli prosić, żebym im pomógł, ale jak zobaczyłem, o co idzie...
- Bujasz, bo wziął cię cykor.
- Straszny! Z tego pietra przewróciłem dwóch twoich smoków, karate im się poplątało. Będzie trzeba, to i ciebie położę obok nich.
- Proszę bardzo... - uśmiechnął się „Dżek" z jakimś okrutnym błyskiem w ślepiach. - Daj mi popalić, panie „Ogień"! Tamten wyjął... paczkę szlugów.
- Proszę bardzo.
Filowali na siebie, nikt nie wiedział, który rąbnie pierwszy, a oni... w śmiech, aż ich zakołysało od chichotu! „Ogień" wyciągnął grabę:
- Niech będzie blat między nami.
„Dżek" podał mu rękę. Odwróciłem się do dziewczyny i zapytałem luźno:
- Czy mogę panią odprowadzić?
Nic nie rzekła, poszła ulicą do przystanku, ale gdy zrównałem swój krok z jej krokiem, nie próbowała przyśpieszyć, dreptaliśmy wolno w ten sam takt.
Wróciłem pogwizdując, bo dała się umówić na film w niedzielę. Karśnickiego nie było, włączyłem TV. Szedł ruski obraz, pełen szczęścia ludzi stawiających słup z betonu pod elektrykę na Dalekiej Północy, więc lekko przykimałem. Obudził mnie trzask zamka. „Książę" stał w drzwiach, wsparty o futrynę, i patrzył wzrokiem filmowych upiorów, ale nic nie mówił, tylko zaczął osuwać się w dół, aż usiadł na wycieraczce. Był ubabrany we krwi. Lała się zewsząd -z czoła, z twarzy, z rąk i nóg, jakby upadł w maszynkę do mielenia miecha. Przez rozbite wargi wycharczał:
- „Foo...oookstrot"!
Wciągnąłem go do środka i zawlokłem na matę. Jęknął:
- Zaaa...dzwoń pod nu...nuuumer...
Podał mi numer do swojej kobity i zadryndałem, żeby przyjechała, jak szybko może. Ona była lekarką. Chciałem mu obmyć twarz, ale nie pozwolił. Oddychał ciężko, ze świstem, nie otwierając oczu, a ja siedziałem obok maty i płakałem, myśląc, że zabiję skurwysynów, którzy mu to zrobili.
Później dowiedziałem się, że „Dżek" dał mu namiar na tego faceta, którego wskazał „Petro", a Karśnicki zamiast wziąć obstawę, pojechał sam i wlazł w kocioł. Dopalantowali mu gazrurą w tył baniaka i półprzytomnego pod flek. Na to (na gazrurę, znienacka i od tyłu) nie ma silnych.
Nim się obejrzałem, weszła, z walizeczką lekarską, w której miała wszystko. Pomagałem zdjąć mu ubranie. Trzeba było wyrywać materiał z przyschniętych ran; nawet nie drgnął, nic. Obmywała go, bandażowała, zrobiła zastrzyk; myślałem, że to się nigdy nie skończy, tyle miał dziur od zelówek, na nogach, na piersiach, czoło, barki, plecy i dupsko - fart, że przynajmniej kutas i patrzałki w porządku. Ja gotowałem wodę, targałem co trzeba (ręcznik, miskę, żyletkę, lód z zamrażalnika), przewracałem go na bok, wstydziłem się (kiedy zdjęła mu gacie; ale numer - kapucyn „Księcia" stał!; pofilowałem nie bez radochy, że chociaż w jednym dorównuję Karśnickiemu, w koniocentymetrach) i patrzyłem na nią.
Właściwie to już wapniaczka, mogła mieć ze czterdziechę i więcej ale piękność, jak jaka Greta Garbo, kurde mol, takie nie stoją za ladą i ubierają się inaczej niż zwykłe dziewczyny; niby ta sama płeć, lecz całkiem odmienny gatunek zwierząt, z innych planet. Ciemne włosy, długi delikatny nos, maleńkie zmarszczki w kącikach ust, ale przez to wargi jeszcze bardziej rajcowne - takie usta facetom z naszych dzielnic nawet nie migną w snach, bo parobek nie dotknie księżnej, zesrałby się, cykorując na samą myśl. Miała pierońską inteligencję w spojrzeniu, profesora ulepionego z kobiecej mądrości, z przypomnień i odcisków, że coś takiego widzi się u matek, kiedy cierpią i wtedy są na wygląd mądrzejsze od stu mężczyzn, bardziej dorosłe. Tylko że ona nie była z matek, była cudowną lalką dla orłów i bez znaczenia, czy nazywali ją panią doktor, panią magister, panią taką lub siaką, nie ważne co i gdzie robiła dla szmalu, kariery lub obowiązku, posiadała jeden genialny zawód, a na pytanie o ten fach mogłaby odpowiedzieć: nie mam żadnego zawodu, wiem tylko jak być kobietą. Nic nie mówiła i nie drżały jej ręce, ale w tym milczeniu, z jakim dostawał od niej bandaż lub zastrzyk, była miłość tak mocna jak... jak... no nie wiem jak... jak cholera!
Skończywszy, rzuciła mi uśmiech krótki niczym spojrzenie przez uchylone okno, i kazała się położyć. Kimę złapałem bez trudu, tak byłem zmachany od nerw.
Rano siedziała przy nim jak wtedy, gdy burknąłem jej dobranoc, zadowolona, że „Książę" ma równy oddech i że kima. Deszcz bębnił o szyby i mazał na nich sadze, niczym zapowiedź brudnych łez tych, którzy dali Karśnickiemu łomot. A mnie ślozy podeszły do gardła, bo chciałem być przez kogoś tak samo kochany, choćby jeden raz, przez jedną noc, właśnie taką, kiedy kobita nie daje ci dupy, ale siedzi obok zapięta pod szyję i modli się, byś przeżył, tak mocno, jakbyś był ostatnim facetem na świecie.