III
„Petro" miał metę przy Jagiellońskiej. Kanada! Pięć pokoi, w każdym wysoki sufit, żyrandol, gigantyczne okna, dywany jak mech, serwantki z chińszczyzną, kupa obrazów i stara broń na ścianie; oczy kłuło. Gospodarz w karminowo-srebrnym szlafroku, jak Sobieski pod Wiedniem ubrany przez Turków, nie ten człowiek, co wczoraj. „Proszę się rozgościć. Naleweczka?". Nie było chętnych. „Cygarko, camel, też nie?". Postawił słone paluchy i widząc, że Karśnicki się rozgląda, mruknął:
- Resztki dawnej świetności...
- Którą ja mam panu przywrócić, panie Heldbaum?
- Można i przywrócić, dlaczego nie, pogadamy. Szczerze, nic nie będę ukrywał...
- Pan z tych, co nigdy nie kłamią?
- Owszem, nigdy nie kłamię bez potrzeby...
- Ta gra musi panu dawać siedem szczęśliwych niedziel tygodniowo, rekompensując niepowodzenia w totku.
- Panie Kaśnicki!
- Karśnicki.
- Przepraszam. Panie Karśnicki, dajmy spokój żartom, szkoda zdrowia. Nie wiem, dlaczego przyszedł pan z rogami, wiem, że nie dałem ku temu powodów, nie okłamałem pana dotąd ani jednym słowem...
- Co dziesiąte z tych słów, Heldbaum, było rozmową. Dziewięć było proszkiem do czyszczenia zębów krasomówcy. Przymusowy rencista, pechowy totkowicz, marzyciel bez złudzeń... Ćwiczenie incognito na bilecie wizytowym.
- Nieprawda! Powiedziałem też o sobie rzeczy, których nie mówi się każdemu, nie wyciągnęłaby ich ze mnie nawet spowiedź, gdybym uprawiał ten rodzaj masochizmu. A pan? Nic nie wiem o panu...
- I prosi mnie pan o pomoc? To chyba o pożyczkę, bo o co można prosić przechodnia?
- O przeprowadzenie na drugą stronę jezdni, panie Karśnicki, kiedy słabość fizyczna, zwana starczym niedołęstwem, przeszkadza zrobić to samemu... czyli o wsparcie młodymi mięśniami. Na drugim chodniku przeprowadzającego czeka nagroda.
- To już lepiej zostanę tu, gdzie byłem. Boję się Greków i ich darów. Poliki „Petra" czerwieniały, grożąc eksplozją:
- Panie!... - wychrypiał - pan może mi dać tylko komfort spełnionej chętki, małą rozkosz bogów. Tak, ja tez chcę zostać hrabią Monte Christo, ale nie muszę, ergo - mogę się obyć bez pańskiej pomocy. A bez mojej pomocy pan będzie chorował do końca życia! Więc kto komu robi łaskę?
Karśnicki drgnął, może nawet uniósł się z krzesła, przysiągłbym, że chce wstać i wyjść. Nie mógł, bo to oznaczałoby pożegnać się z nadzieją. Stary miał go w ręku. Lecz on z kolei nie mógł zaciskać, żeby nie udusić własnych marzeń. Gdyby znał Karśnickiego, to by wiedział, że te przysrywki były jak zasłona w kung-fu: uważaj, ze mną nie tak łatwo! Ale nie wiedział, czuł strach, że kryje się za tym coś poważnego. Grał już gościnność i gniew, teraz postanowił sprawdzić karty metodą: patrz, odkrywam ci moją najgłębszą ranę:
- No i po co to wszystko? - zaśpiewał. - Dwóch ludzi mogących sobie wzajemnie pomóc, nie potrzebuje dużo, aby ubić interes. Po tamtej rozmowie byliśmy już w połowie drogi, sądziłem, że reszta to formalność. Cóż takiego stało się od wczoraj?... Być może w ciągu dnia próbował pan czegoś się o mnie dowiedzieć, i może nagadano panu jakichś kalumnii, proszę bardzo, wszystko można wyjaśnić, sprawdzić. Nie wiem, co teraz, wiem, czym obrabiano mnie dawniej. Policjant w getcie, kolaborant i w tym stylu. Hieny!
- Był pan policjantem w getcie? - zaciekawiło Karśnickiego.
- Nie byłem policjantem i nie byłem w getcie, bo nie mogłem być w dwóch miejscach naraz! Pół wojny przesiedziałem w obozie nad Peczorą, jako drwal, bez wyrobionej dniówki nie dawali żreć, ktoś, kto nie przeżył takiego obozu, w ogóle nie pojmuje życia, nie jest w stanie zrozumieć biologii, fizjologii i socjologii, choćby miał tuzin fakultetów. Wyszedłem z armią Andersa, pod nazwiskiem matki, z moim musiałbym zostać. Wróciłem w czterdziestym siódmym. Do pięćdziesiątego szóstego siedziałem. Później, dzięki koledze sprzed wojny... wszedłem w układ na prawym brzegu... Mówiłem już, namiestnictwo grochowskie... Kiedy się rządzi ludźmi, zwiększa się liczba wrogów, a póki nie mogą gryźć, plują. I ta ślina potem krąży...
- Chce pan przymknąć gęby oszczercom? Potrzebny byłby wagon kulomiotów - zauważył Karśnicki.
- Nie kwalifikuję się jeszcze do Tworek! Chcę zrobić... zamach stanu.
- To już wystarczy ciężarówka... kasztaniarzy.
- Pardon?
- Młodych umięśnionych, do wyciągania kasztanów z ognia płonącego przed ołtarzem po drugiej stronie jezdni, panie Heldbaum.
- To jedyny ogień, na którym może pan upiec swoją zemstę, panie Karśnicki. Władza! Bez niej nie ma pan szans, bo trzeba rządzić całą Pragą, aby poodnajdywać ślady. Za pieniądze, za alkohol, kupi pan adres jednego, dwóch, którzy nie odlecieli w świat. A co z innymi? Jak tylko zacznie się pan kręcić wokół tego, pójdzie smrodek i skończy się na kilku gramach ołowiu lub hartowanej stali w pańskich plecach. Lecz jako książę będzie pan mógł zlokalizować wszystkich bez trudu, cały aparat podziemia będzie na to pracował, członkowie rodzin rzucą ich na ofiarny stos.
Zdumienie Karśnickiego było punktem dla firmy Heldbaum:
- Jako książę?...
- Tak, książę dzielnicowy, praski kacyk, w terminologii sycylijskiej ojciec chrzestny.
- Pan chyba zwariował...
- Powiem panu to samo, jeśli wyjdzie pan stąd odrzuciwszy mój projekt.
Na razie Karśnicki nie mógł wyjść z oszołomienia, do wyjścia za drzwi było daleko.
- Myślałem... myślałem, że panu jest potrzebna bojówka z moich chłopców... że pan chce odzyskać tron, a zapłacić nazwiskami i adresami tamtych... lub nie zapłacić...
- Jeszcze kilka lat temu, tak. Teraz jestem zbyt słaby, fizycznie
i psychicznie - uśmiechnął się „Petro". - Poza tym nie mam dwóch rzeczy, które pan posiada. Takiej gwardii przybocznej, złożonej z cudownych maszynek do mielenia oporu. Nawet gdyby pan mi ich sprzedał, nie byliby już tym samym, za pieniądze nie służy się tak wiernie jak z miłości. Charyzmat to druga rzecz, której nie posiadam, obok talentu jedyna, której nie można się nauczyć, trzeba się z nią urodzić. Nic bardziej niż ona nie predestynuje do władzy. Zazdroszczę panu. Niech żyje król!
- Wolnego, panie Heldbaum! Niech sobie żyje niedźwiedź, na którym dzieli pan skórę!
- przystopował go Karśnicki, gramoląc się z szoku. - Kandydat, któremu już pan obstalował koronę, nie pcha się na tron. Może trzeba go było najpierw spytać?
- Pytanie byłoby retoryczne, nie ma ludzi, których nie nęci jakaś władza. Brak tej żądzy jest kalectwem. To atawizm, syndrom zoologiczny, genetyczny, czy jak mu tam. Maskowanie go należy do dobrego tonu, posiada pan kindersztubę. Kiedy już pan to udowodnił, przejdźmy do konkretów...
Znowu za mocno poleciał, wnerwiając Karśnickiego, więc kiedy „przeszedł do konkretów", miał zagwarantowaną obsuwę; zdążył tylko powiedzieć:
- ...Władza, którą panu proponuję, nie jest z najgorszych...
- Chwała Bogu! A już się niepokoiłem!... Tak, to jest to! Gnojówka miasta-bohatera, ściek ukochanej stolicy, praski Dziedziniec Cudów, nadwiślańskie szambo, i ja, władca mętów, oprychów, alfonsów i kurwiszonów, synów marnotrawnych i wyrzutków społeczeństwa, Wielki Koezre świńskiego hadesu, najbardziej wredny i plugawy, najbrudniejszy więc najgodniejszy, książę bezprawia i prawodawca zbrodni, zawsze o tym marzyłem! Bóg mnie wysłuchał!
Ja kręcę, tak posunąć! Leżało mi!... Ku mojemu zdziwieniu stary to olał: nawijał spokojnie dalej, jak belfer, który wie, że trudnemu uczniowi ma powtórzyć dziesięć razy, znosząc każdy wybuch i perswadując, aż do skutku. Kapnąłem się, że już nic go nie zatrzyma... i uwierzyłem w niego. Aby mu się oprzeć, trzeba było ciachnąć mu język. Miał taką gadanę, że namówiłby psa do wyjścia z wędliniarni.
- Za pańskim pozwoleniem, skończę, co zacząłem. Władza, którą pan wyszydził, nie jest z najgorszych. Problem punktu widzenia, ale mam niejaką pewność, że referendum w tej kwestii potwierdziłoby mój. Inteligentny, o wyrafinowanej kulturze osobnik na czele barbarzyńców, to chyba lepiej, niż półidiota rządzący kulturalną społecznością?
- Ma pan do zaoferowania tylko barbarzyńców?... A nie można ludożerców, albo jakieś inne świnie?
- Ten kontakt zapewni panu każda władza, ale i każdy krok na klatkę schodową, spacerek do sklepu, urzędu, autobus i tramwaj, przyjaźń i małżeństwo - stosunki międzyludzkie. Mówią, że ludzie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo boga-człowieka, wiec chyba Unia produkcyjna szwankuje, bo większość wyrasta na podobieństwo świń. Dopiero jako nieboszczyk uwolni się pan od bliźniego swego... chociaż niektórzy proponują życie pozagrobowe. Natomiast jako monarcha uwolni się pan od przeklętej równości! Zostanie panu wolność i braterstwo z tymi, których pan sam wybierze. Zna pan coś piękniejszego?
- Tylko z fotografii. Nie zostałem przedstawiony Katarzynie Deneuve.
„Petro" ani myślał zwracać uwagę; interesował go własny recital, którego jakość miała być kluczem do zwycięstwa: kpinki znajdą kres, gość się wystrzela i ucichnie, a wówczas on, pan Miecio, słowami jak taran, jak skalpel, jak księga wszelakich mądrości cięższa od baby kafaru spadającego rytmicznie na łeb, przedziurawi, posieka i zmiażdży każdy opór.
Podszedł do kredensu, otworzył buteleczkę z lekarstwami.
- Mój czas... - uśmiechnął się - ... biorę zawsze o tej porze.
„O tej porze" nie znaczyło: o tej minucie; wstał, żeby dać wyraz lekceważeniu dla „Katarzyny Deneuve"; nie powiedział, a jakby się słyszało: „kpij, kpij, mam to w dupie, czas wydorośleć, chłopczyku!"
- Serce? - spytał Karśnicki.
- Nadciśnienie... To brinerdin, z jego pomocą znoszę i halniak, nawet taki jak w tej chwili.
- Tutaj?
„Petro łyknął pastylkę i odpowiedział:
- Kiedy nad Tatrami wieje halny, w Gdańsku ciśnieniowiec traci przytomność albo popada w ciężką migrenę. Co dopiero w Warszawie! Ciśnieniowiec to barometr, mogę panu powiedzieć, o której dziś się zaczął halniak... półtorej godziny temu!
Sięgnął po drugą buteleczkę i znowu coś łyknął.
- Mój drugi kumpel, voltaren.
- Na co?
- Zwyrodnienie stawów i kręgosłupa, pamiątki po obozie, tym nie harcerskim... Jestem uprzywilejowany, mam dostęp do zachodnich leków, inni muszą się kontentować „Polfą", ale nasze odpowiedniki to śmiecie.
- Czytałem, że mamy dobre lekarstwa...
- Czytałem, że mamy dziewiąte miejsce wśród potęg gospodarczych globu, panie Karśnicki, wygląda na to, że pan i ja dokształcamy się z tych samych gazet. Ale pan dostanie telefon za osiemnaście lat, a w Białymstoku czeka się na przydział mieszkania dwadzieścia pięć lat, ćwierć wieku!... Proszę mnie nie posądzać o farmaceutyczny snobizm. Cukrzycy w tym kraju zdobywają duńską insulinę jak narkomani haszysz, bo dziewiąta potęga świata produkuje taką, która daje mordercze skutki uboczne. Znajomy lekarz, członek komisji medycznej sejmu, opowiedział mi o zakneblowaniu interpelacji poselskiej na temat witaminy D dla naszych niemowląt. Wszystkie serie tej witaminy w ciągu ostatnich dwóch lat miały aktywność biologiczną zero! Rozumie pan? Zero! Z równym efektem można było podawać oseskowi krople wody, a jeszcze lepiej nie podawać nic, bo woda z naszych kranów to istny ściek. Dwa roczniki „przyszłości narodu" mają gwarantowaną krzywicę. Mógłbym do świtu zabawiać panów podobnymi anegdotkami o epoce kamienia łupanego.
Przypalił pewexowski szlug, zaciągnął się głęboko i usiadł.
- Znajomy lekarz winien pana postraszyć aktywnością nikotyny, a nie kropel dla niemowląt, przy pańskim ciśnieniu... - rzekł Karśnicki.
- Nic nie poradzę, nie umiem zrezygnować. W obozie paliłem nawet tytoń ze sznurka, włosów i trocin. Nie był dużo gorszy od tego, co sprzedają w kioskach „Ruchu". Pan, oczywiście, abstynent?
- Nie nauczyłem się.
- Umrze pan zdrowszy, jak mówią. Ale zanim pan umrze, chciałbym dobić z panem targu. Zrobić pana...
- Świniopasem, to już pan mówił. Królem świńskiego mocarstwa.
- Żaden powód do wstydu. Wie pan, co powiedział bardzo
mądry człowiek, Talleyrand, na temat pewnego imperium? „Car Wszech Rosji jest cywilizowany, zaś jego naród nie". Ten model wciąż święci triumfy, proszę spojrzeć na kraje Trzeciego Świata... Dawniej baronowie, hrabiowie, wychowankowie Sorbon i Oxfodów, szefowali bandom rozbójniczym. Czy coś się zmieniło? Nie przypuszcza pan chyba, że u steru organizacji gangsterskich może dzisiaj stać gruboskórny sycylijski padrone? Ten mafijny dinozaur zachował się tylko w muzeum figur celuloidowych Hollywoodu, współczesnymi gangami kierują wielkie mózgi, generacja prawników, doktorów, speców od maszyn liczbowych i od koniunkturalnych zmian na rynku ekonomicznym. Totalne łamanie prawa, zorganizowana przestępczość, podziemne państwa zbrodni, to są rzeczy nieśmiertelne, choć ulegają przemianom jak wszystko. Największa z modernizacji dokonała się w sferze rządzenia. Socjotechnika władzy pozostała bez zmian, lecz osobowość władców musiała się zmienić. Wracają ci z Harvardów, Oxfordów i Sorbon, tym razem nie dlatego, że taki mają kaprys, ale dlatego, że taki jest wymóg postępu.
- A w więziennictwie?
- Nie rozumiem... Co w więziennictwie?
- Co się zmieniło w systemie penitencjarnym, panie Heldbaum? Oczywiście u nas. Dadzą apartament z prysznicem? Bo ja się lubię kąpać...
- Niech pan nie udaje, panie Karśnicki...
- Przysięgam panu, kąpię się każdego dnia.
- Nie o tym... Pan udaje... straaa... ach... - rozkasłał się mocno, aż mu gęba zsiniała, przepił winem i dopiero mógł polewać, trochę jeszcze chrypiąc: - Pan wie, że do pierdla idą płotki, królowie mają bezpieczeństwo zagwarantowane z różnych przyczyn, o których nie będziemy tu mówić, sam sposób działania i system powiązań na tej wysokości w praktyce wyklucza udowodnienie im czegokolwiek, prawo jest wobec nich bezsilne. Zresztą, po co ja to... Pan się wcale nie boi, pan się wstydzi! „Najbrudniejszy więc najgodniejszy"!
- Ja się nie wstydzę, jeszcze nie mam czego. Ja się brzydzę, proszę pana.
- To jest to samo! Źródło obu tych uczuć tkwi w drobnomieszczańsko i katechetycznie pojmowanej moralności... Moralność! Paradne!... Moralność jest wymysłem przegrywających! Zresztą
władza stoi poza jej obrębem. Gdyby chciano zweryfikować jakąkolwiek twórczość na podstawie moralności artystów, trzeba byłoby spalić muzea i biblioteki, bo większość arcydzieł to produkt szatana. Sztuka nie znosi oceny moralnej! A władza jest sztuką, może najtrudniejszą ze sztuk, tym bardziej godną, żeby się z nią zmierzyć. Cnoty domowe nie nadają się do jej praktykowania, potrzebny jest kult grzechu stojącego nad moralnością i niemoralnością. Wilde słusznie zauważył: „Wrzeszczy się przeciw grzesznikowi, a przecież nie grzesznik, lecz głupiec sprowadza na nas hańbę. Nie masz grzechu nad głupotę"!
Karśnicki rozejrzał się po obrazach wiszących dookoła.
- Wszystko z ubiegłego wieku... - stwierdził zawiedziony.
- Turner czy Friedrich to nie jest, ale ja lubię ten typ romantycznego drażnienia nostalgii, dzięki niemu posądzam się o tkliwość... - bronił „Petro". - Mam kilka szacownych olejów, pokażę panu innym razem...
- Jest wśród nich „Kuszenie świętego Antoniego"?
- Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha! - „Petro" aż się klepał po brzuchu. -Pierwszorzędny dowcip, panie Karśnicki! Spod czyjego pędzla pan preferuje?
- Może być Grünewald.
- Niestety, nie mam oryginału, tylko album z reprodukcją... A propos, czy pan oddałby „Fokstrotowi" swój garnitur i całą posiadaną gotówkę?
- Taki szczodry nie jestem.
- No to świętym Antonim też pan nie jest, ani nawet jego epigonem, bo on posłuchał Chrystusa mówiącego: „Oddaj, co masz, ubogim". Zepsuł pan celność swego dowcipu przywiązaniem do dóbr, czyli skąpstwem.
- Ale może chociaż fizycznie go przypominam. Zajrzyjmy w ten album... tam jest biblioteka?...
Mówiąc to wstał i spojrzał w ciemność przez półotwarte drzwi do drugiego pokoju. Uśmiech na twarzy „Petra" zamienił się w grymas:
- Tam nie ma nikogo!... Nie posiadam goryli, gdybym ich miał, nie byłbym sam pod szpitalem!
- Gdyby pan z nimi był pod szpitalem, to teraz też by ich pan nie posiadał. Leżeliby w szpitalu.
- Jasne. Tylko coś mi wygląda na to, że pan się mnie bardziej
boi, niż ja pana. Wziął pan aż dwóch.
- Tylko dwóch.
- Jak do ukrzyżowania, o którym pan mówił tam przed masakrą? Łotr po lewicy i łotr po prawicy...
- Nie wiedziałem, kogo spotkam na przyjęciu. „Fokstrot" jest moim talizmanem, a „Dżek" to mój anioł stróż. Gwarancja uśmiechów losu i gwarancja bezpieczeństwa osobistego. Nie musi pan się ich obawiać, to nie są łotry, to dobrzy ludzie. Przy pańskich „zdolnościach umysłowych zwanych analitycznymi" nie trudno chyba spostrzec, że to są dobrzy ludzie?
- Trudno, zwłaszcza gdy człowiek nie zna się na broni. Nie identyfikuję kalibru, jaki ma pod marynarką pan „Dżek".
Ja i Karśnicki filujemy na „Dżeka": gnat wypycha mu katanę! Poprawił ją, ale miał oczy złodziejowskiego. Karśnicki też się zmieszał; zalepił to tekstem na sztucznym luzie:
- Z bronią zły, bez broni dobry, szast-prast i wiadomo! Jestem pod wrażeniem pańskich metod dedukcyjnych, zwłaszcza zaś tej, dzięki której rozróżnia pan człowieka dobrego od złego. Proszę przyjąć moje gratulacje, panie Heldbaum!
Stary sięgnął po szluga, przypalił zapalniczką trochę mniejszą niż czajnik, wstał i podszedł do okna, zaciągając się głęboko. Kiedy się odwrócił, miał głos z lodu.
- Jako szczeniak sprzedawałem na ulicy miedzianą biżuterię, którą produkował ojciec... Wtedy nauczyłem się odróżniać ludzi dobrych od złych. Dobrzy byli ci, którzy kupowali mój towar!
To było jak: wte albo wewte, decyduj! Pomyślałem, że nauczył się też odróżniać dobry czas od kiepskiego i że wybrał git moment, bo Karśnicki zmiękł:
- Załóżmy, że przyjąłem pański plan... - powiedział i usiadł. „Petro" podbiegł do swojego krzesła i też usiadł.
- Tak?
- ...i że robimy ten przewrót...
- Tak!
- ...i wszystko się udało...
- Musi się udać!
- ...i ja zostaję księciem...
- Pierwszym po Bogu!
- ...jaka będzie wówczas pańska rola? Nie sądzę, by chciał się
pan tylko zemścić na ludziach, którzy kiedyś pozbawili pana władzy, dać mi błogosławieństwo i odejść...
- Myślę, że mógłbym być pańskim doradcą, ministrem...
- A gdybym się nie zgodził?
- Pańska wola. Tylko że beze mnie miałby pan trudny żywot. Ktoś taki jak Heldbaum, znający układy i układziki na Pradze, będzie panu konieczny...
- Nie tylko Heldbaum zna Pragę...
- Tak, znajdzie pan pomagierów bez trudu, choćby wśród pokonanych. Słabo może być u nich z lojalnością, ale to pańskie zmartwienie... Co miałby pan dla biedny Żendziawer?
- Podobno nic tak dobrze nie świadczy o książętach, jak umiejętność dobierania właściwych ludzi do stanowisk...
- Zaczynam się bać. Jaki byłby ten etat?
- Powiedzmy... nadwornego błazna.
Myślałem, że stary wpadnie w gniew, a on się uśmiechnął:
- To komplement! Czy pan mnie za wysoko nie ceni? Błaznowie królów tworzyli kastę herbową i w przeciwieństwie do dworskich klownów-rozbawiaczy cieszyli się wielkim poważaniem oraz wpływem, jako prawdomówcy! Zwano ich morosofami, to jest mędrcami, filozofami... Proszę poczekać! Panowie mi wybaczą...
Prysnął z pokoju i zaraz wrócił, trzymając knigę.
- Rwał się pan do biblioteki po wizerunek kuszonego Antoniego, lecz to była tylko nieufność. Teraz jednak biblioteka nam posłuży! Zaprezentuję mój portret w świetle oferowanego przez pana etatu...
- Czy można do ubikacji? - zapytał „Dżek".
- Tam... - machnął ,,Petro" głową, nie przerywając kartkowania. - Proszę...: „Trudno przecenić rangę błaznów, jeśli się zważy... jedynie dzięki nim naga prawda docierała do tronu...". Tak, co mamy dalej?... „Prawdziwi władcy pozwalali wielkim błaznom w specyficzny sposób dominować nad sobą, chociaż akceptacja ta była zawsze liną napiętą do ostateczności... Lecz wielkim błaznem był tylko ten, który nieustannie naciągał linę, aż trzeszczały włókna, a mądrym monarchą taki, który nie tolerował innego rodzaju błazna. Konstruowany przez obie strony mechanizm uzyskiwania przewagi nad królem...". I jeszcze kilka zdań...
- Wystarczy, znam tę książkę - przerwał Karśnicki. - Proszę mi ją pokazać...
Otworzył, szukał i przez chwilę czytał, a potem mówił, nie podnosząc wzroku znad kartek:
- Pan... zaraz, jak pan to dzisiaj ujął, panie Heldbaum? „Nigdy nie kłamię bez potrzeby"... Mówił pan też coś o lojalności podwładnego...
- Tak, bo lojalność podwładnego to fundament każdej władzy...
- Jakaż to potrzeba kierowała selekcją tekstu, której pan dokonał? Drugie z cytowanych zdań ma końcówkę: „...dzięki nim naga prawda docierała do tronu, by smagać pomazańca". Zgubił pan ostatnią część. Tak okaleczony cytat to prawda w ubranku cenzora...
- Przykład esencjonalności poprzez selektywność, nie chciałem pana nudzić...
Karśnicki popatrzył nań surowo i ciągnął tonem sędziego:
- Uważam to za brak lojalności. Jako fundament zapowiada się pan słabo, a słaby fundament źle wróży murom aż po dach. Nadto ja nie lubię być smaganym, nie lubię też, by ktoś dominował nade mną, minister, jak Richelieu czy Godoy, którzy kompletnie zdominowali swoich władców, albo błazen, który miałby mną kręcić.
Wrócił „Dżek".
- Zostawmy więc nadwornego błazna, nie sięgam tak wysoko -rzekł Heldbaum. - Wystarczy mi, jeśli będę twoim Petroniuszem, Neronie.
Bombowy strzał! Widząc, że tamten kpi, „Petro" odzyskał fason, aby nie utknąć w defensywie; między nimi dwoma kto się bronił, od razu wychodził na słabszego. Wtedy nie kapowałem, jak piękny był ten ruch, ale później, gdy zaliczyłem „Quo vadis", dotarło do mnie. Klasa! „Dżek", który nigdy nie polubił Heldbauma, przedrzeźniał go: „Te, Petroniusz!", ktoś to skrócił i facet został „Petrem" - tak rodzą się ksywy. Teraz „Petro" wziął drugi dech:
- Błazen umarł, potraktujmy to jako żart za pańską uszczypliwość i... :
Ale Karśnicki też nie chciał siedzieć wewnątrz okopu:
- Panie Heldbaum, potraktujmy jako żart całą pańską propozycję z tym zamachem!
- Dlaczego? Pan nawet nie wysłuchał detali, nie zna pan mojego planu, który jest...
- Scenariuszem science-fiction!
- Święta niemożność! Gdyby tak zawsze i wszędzie rozumowano, biorąc władzę, hierarchię, despotyzm i legitymizm, tyranów i wybawców za prawa fizyczne, których nie można zmienić, nigdy by nie doszło do żadnej rewolucji, nie nastąpiłby żaden przewrót, nie istniałoby pojęcie zamachu stanu, od początku cywilizowanego świata rządziłyby te same dynastie! Pan byłby dzisiaj obywatelem rzymskim!
- Cholera, mam pecha!
- To przełam go pan! Rób pan duży pieniądz zamiast pensji na chleb z marmoladą! Opowiem panu coś życiowego. Po wylądowaniu Marsjan na Ziemi wielka konferencja prasowa. Dziennikarze zadają im mnóstwo pytań. - „Czy wszyscy u was mają zieloną skórę?" -„Wszyscy". - „Czy wszyscy mają czułki wokół głowy?". -„Wszyscy". - „Czy wszyscy mają po cztery palce u rąk?"- -„Wszyscy". - „Czy wszyscy mają na palcach złote sygnety z rubinem?". - „Nie, tylko Żydzi".
Zatrząsł nami śmiech, „Dżekiem" i mną. Karśnickiemu usta leciutko drgnęły, a może mi się wydawało. Tamten rozprostował trzy palce:
- Są tylko trzy źródła fortun w tym kraju... Wyliczał zginając paluchy:
- ... Ogromny spadek, prywatny biznes i żłób, to jest Polska właśnie. W złotym czepku pan się nie urodził. Badylarstwo i wyrób plastikowych gadżetów nie dla pana, trzeba mieć inny charakter. Co zostało? Żłób. Jakikolwiek żłób, ale żłób! U tego żłobu, który panu proponuję, można stawiać domek willowy raz na kwartał, kupując przy okazji trochę brylantów.
- I dlatego ci, co siedzą w żłobie, tylko czekają, żeby przyszedł pan Karśnicki i wyrzucił ich hurtem na śmietnik. Chciał pan, abym skończył żartować? Proszę bardzo. Panie Heldbaum, ja mam czternastu ludzi! Niech pan mnie dobrze słucha: czternastu moich uczniów z klubowej sekcji karate. A tamci mają legion z nożami, kastetami i łańcuchami!
Gdy tylko padła ta liczba, „Petro" zaczął kręcić głową, jakby chciał powiedzieć: skończ już!, ale dotrwał.
- Niech pan pilnie słucha, mówi przeszłość. Ja zawsze uważałem na jej lekcjach, one się zwą precedensy lub reguły, bo historia lubi mieć czkawkę. Wystar...
- Podobno nikt nie wszedł drugi raz do tej samej rzeki...
- Czyja panu przerywałem?!... Ten, kto tak powiada, ma słuszność, lecz gdy inny powie, że to jest wciąż ta sama rzeka, ma rację w dwójnasób. Woda jest wodą, nurtem rządzą te same prawa. Dzieje ludzkiej słabości i głupoty zbiorowej gatunku też płyną w korycie stałych praw, nic nie jest wynalazkiem. Wszystko posiada reguły i wyjątki od nich, ale wyjątki są tylko wyjątkami. Mnie chodzi o regułę w odwiecznej grze konspiratorów przeciw rządom. Regułę powtarzalności czynnika ludzkiego, nie tylko pod względem charakterologicznym, również liczbowym. Nikt dzisiaj nie pamięta jak niewiarygodną wprost mniejszością dysponowali bolszewicy, robiąc październikowy zamach! Uczeń Włodzimierz Lenin też był bardzo pilny... Mała grupa spiskowców gotowych na wszystko atakuje reżim i bardzo często osiąga cel. Jakim cudem? Żadnym. Istnieje na to przepis analogiczny do wskazań w książce kucharskiej, muszą być tylko spełnione pewne warunki po obu stronach, po stronie atakujących i po stronie atakowanych. Mając komplet niezbędnych składników można upichcić przewrót jak zupę, z podręcznikiem w dłoni...
- Teraz pan wyjmie z półki „Księcia"?
- Wstyd! Albo nie czytaliśmy tego, albo na łapu-capu!... Machiavelli pomija technologię spiskowo-zamachową, trochę jest o tym w „Rozważaniach", w „Księciu" prawie nic. I tu i tu Nicolo straszy spiskowców wyliczaniem niebezpieczeństw...
- Mądry człowiek.
- Uhmm. Na drodze do kantoru loteryjnego mogą pana załatwić: uciekinier z zoo, obłąkany sadysta, eksplodujący gaz, chuligan, funkcjonariusz, pies, samochód, tramwaj, piorun, cegła z gzymsu, dachówka, dziura w ziemi i sto innych niebezpieczeństw, dlatego nie należy ubiegać się o żadną wygraną, a najlepiej w ogóle nie wyłazić z domu!
- To...
- Tak, wiem! To demagogia, ale pan ją wymusił, łatwiej już rozmawiać z komornikiem!... Niech pan da sobie coś powiedzieć. Rzecz jest możliwa! Przemyślałem gruntownie każdy jej aspekt i gdybym doszedł do wniosku, że jest utopią, nie porywałbym się z motyką na słońce, zawracanie kijem Wisły to nie w moim stylu. Zróbmy przegląd kart...
- Zgoda. Ja mam czternaście blotek.
- As i czternaście wysokich blotek to dużo. Każdy z tego legionu zbirów, o którym pan wspomniał, posiada mocne pięści, twarde buty, wieloletnią zaprawę i nielimitowany zasób okrucieństwa. Niektórzy nawet dobrą technikę bokserską. Przez całe lata bardzo trudno było im dorównać, przewyższyć nie sposób. Lecz oto pojawiło się coś, co zmienia sytuację: wschodnie techniki walki, wobec których ta hołota jest bezradna jak cep wobec karabinu! W królestwie mordobicia to grom. Jeden człowiek rozwalający bazarową gwardię jak szmaciane kukły, z taką prędkością ruchów, że tylko...
- Najszybszy karateka nie może się ścigać z najgorszym pistoletem, panie Heldbaum.
- Och! To był przypadek, rzecz absolutnie w tym środowisku nietypowa! Nóż, kastet, łańcuch, gazrurki i oprawione żyletki, to arsenał, który szefowie uznają, lecz broń palna jest wyłącznie ich przywilejem, doły mają surowo zabronione posługiwać się spluwą. Wszystko, co strzela, parzy, bo zbyt łatwo powoduje śmierć, a śmierć robi hałas, alarmuje opinię publiczną, ściąga prasę, milicję, wprawia w ruch nadgorliwców. To zbyt niebezpieczne dla hierarchii, oni szanują interes, nie chcą przypominać wilkowi kury, co znosi złote jaja. Mordują bardzo rzadko, tylko gdy muszą i tylko na rozkaz z samego szczytu. Bez żadnego strzelania, jest wiele innych metod. Musieli się napocić, żeby ten, którego kręgosłup nie wytrzymał zetknięcia z pańską ręką, został puszczony przez lekarza do grobu jako pechowy alkoholik. Orzeczenie: wlazł na mur i spadł na krawędź śmietnika. W przypadku kogoś nie z tego terenu o wiele trudniej byłoby to załatwić. A ten głupek, który do pana strzelał, poniósł karę i to taką, że chyba wolałby jeszcze raz mieć do czynienia z panem.
Nie przekonał Karśnickiego:
- Mówi pan, że taka jest reguła, tamto był wyjątek. Ale czasami wyjątek też dostaje czkawki, nie chcę narażać moich chłopców. Ze mną to co innego, chociaż i ja ma tylko jedno zwie, które przedłużył mi „Fokstrot". Pańskie słowa nie pomogą nikomu.
- Owszem, gwarancji nikt panu nie da, w praktyce wszystko jest możliwe. A jednak wczoraj wysłał pan swoich chłopców...
- Byłem to winien „Fokstrotowi".
- ... i chociaż zbili tamtych na kwaśnejabłko, nikt nie wystrzelił.
Bo nikt nie miał broni, nie tkną jej póki będą pamiętać jak ukarano tego, który nie szanował zakazu.
- To małe sprawy, panie Heldbaum. Pan proponuje inną walkę, a w walce o wszystko ten, komu grunt usuwa się spod nóg, użyje każdego środka, każdej broni, reguły pójdą na urlop.
Stary aż podskoczył.
- Więc pan... pan sobie wyobraża tę walkę jako bitwę dwóch oddziałów?!... Nonsens! Właśnie to chcę panu wytłumaczyć i nie mogę, bo wciąż wałkujemy jakieś duperele! Szturm Bastylii to prehistoria, szturm na Pałac Zimowy to legenda, niech pan odrzuci komiksy, nie tak dokonuje się przewrotu! Pańscy ludzie nie będą się mocować z całą armią praskich i grochowskich opryszków, to nie mecz rugby, to królewska gra, partia szachów! Musimy obalić monarchę, a więc zdjąć tylko czubek piramidy i stać się nim, zachowując jej korpus możliwie mało poobtłukiwany, z całym bogactwem inwentarza. My tę armię mamy nie pobić, lecz nią zawładnąć!... Spójrzmy w tamte karty. Piramida wygląda następująco: król, niżej szefowie branż czyli kilka „waletów", jeszcze niżej ludzie każdego z nich czyli owa armia blotek. Król nie kontaktuje się z armią, ma do niego przystęp tylko grupa wodzów, właśnie „walety". Bijąc je lub zgarniając załatwiamy wszystko: opanowujemy armię, a jednocześnie izolujemy króla, ten staje się nagi. Reszta jest formalnością. Wniosek: trzeba zaatakować przedostatnie piętro piramidy.
- Nie miałem pojęcia, że to takie proste.
- Jak każda rzecz genialna. Prostota jest esencją wszystkiego, co wielkie, zawiłość to prostactwo. Pan kpi, bo wciąż nie zna pan szczegółów ani elementarnych zasad. Cytuję panu przepis z tej książki kucharskiej: żeby odnieść sukces, przygotuj sobie grunt przez umiejętne zastosowanie terroru i nie pomyl się wybierając moment uderzenia, wybierz właściwy. Terror, który wprowadza chaos, niszcząc zaufanie góry do dołu i dołu do góry, już się rozpoczął, to te dwie lekcje, jakich udzielono bandytom z Różyckiego. Następna faza powinna mieć charakter bardziej indywidualny: zmiękczanie „waletów" terrorem wymierzonym w nich i w to, co ich bezpośrednio otacza. Wreszcie etap końcowy: rozbicie królewskiej straży przybocznej. Byłyby to jednostkowe akty terroru, może tylko ostatnia faza wymagałaby bitwy, ale nie jest to pewne. Zresztą mój plan zakłada, iż terror wobec „waletów" stanowiłby wspomaganie, jak w układzie hamulcowym, innych, delikatniejszych metod... Wyłuszczę je, gdy się dogadamy... W tym środowisku, niczym w państwie duńskim za Hamleta, dzieje się źle i trzeba to nie tylko wykorzystać, lecz pogłębić. Nie ma takiego aparatu władzy, w którym wszyscy się kochają. Pokrzywdzeni, obrażeni, zawiedzeni i zazdrośni to nasz główny cel, trzeba na nich grać.
- Kto ich wytypuje?
- Mieczysław Heldbaum do usług.
- Ma pan wśród nich...
- Gdybym nie miał wśród nich nikogo i gdybym nie znał intymnie struktury układu, byłbym naciągaczem, który pcha was w wilczy dół. Od lat przygotowywałem się, czekając na kogoś takiego jak pan i dlatego teraz, w tej partii, potrafię być pańskim asem z rękawa. Dzięki mojemu rozeznaniu może pan mieć pewność, że decydujący ruch wykonamy w najwłaściwszym momencie, zmniejszając ryzyko, oraz że pogłębimy ów stan według zasady: im gorzej, tym lepiej - lepiej dla nas.
Przerwał, bo Karśnicki zrobił jakąś dziwną minę. Przez kilka sekund trwała cisza; w końcu „Petro" zagadnął, czuło się cykor w jego odezwaniu:
- Czy pan chciałby...
- Nie, nie, proszę mówić. , - Wydawało mi się, że pan chce o coś zapytać.
- No... przez zwykłą ciekawość...
- Służę panu.
- Rozumiem, że mielibyśmy pogłębiać dezintegrację do chwili, w której szansa na udany przewrót będzie miała optymalną moc, czy tak?
- Tak.
- Jak pan się zorientuje, iż moment jest najwłaściwszy, że to właśnie ta chwila a nie inna, nie wczoraj, albo nie jutro?
- Po efektach naszej działalności. Zakładam, iż to będzie koniec września lub początek października, mamy dwa miesiące.
- Tak pan wydedukował? Skąd ta...
- Stąd, że intrygę pałacową należy robić, gdy monarcha jest nieobecny, wizytuje zaprzyjaźnione imperium, bądź przebywa u wód. Nasz królik wybiera się w kilkutygodniową rozkosz statkiem do portów Morza Śródziemnego, wróci w końcu września.
- A to łajdak! Domyślił się, że knujemy...
- Co?!
- Zastępować go będzie żona, a wiadomo, gdzie diabeł nie może, tam zostawi babę.
- Pan chyba kpi nawet podczas snu! Myślałem, że znam już wszystkie nałogi... Zastępować go będzie wielki duet: szwagier-
-mięczak, z którym łatwo damy sobie radę, i pan Kazio, coś w rodzaju totumfackiego, bolszoj skurwysyn, uno skurwysyno grandę, zausznik, księgowy, kasjer i prawa ręka, diablo niebezpieczny! Ale i na niego wymyśliłem hak, w moim planie on ma śmierć w dniu sądu, który my urządzimy, kiedy przyjdzie nasz moment! Powiedział to z nienawiścią, głos miał jak wężowy syk.
- Kto tu pokpiwa? - spytał Karśnicki. - Nasza działalność ma dopiero stworzyć odpowiedni moment, a pan już typuje dzień w kalendarzu?
- Jego wyjazd to nasz limit i zarazem nasze fory - odpowiedział „Petro". - Dwa miesiące...
- A jeśli nie wystarczą?
- Będziemy się martwić od nowa i uzbroimy się w cierpliwość, pracując na kolejny termin. Tak czy inaczej musimy zamienić psychikę „waletów" w złomowisko, to podstawa. Wyjaśnię panu na przykładzie, którego już dotknąłem. Kiedy bolszewicy zajmowali Petersburg, samych oficerów carskich, czy jak kto woli szlachecko-
-burżuazyjnych, było w tym miasteczku kilkadziesiąt razy więcej. Mogli przepędzić czerwonych. Ale nikomu nie chciało się ruszyć ręką, białymi owładnęła choroba, mieli wszystkiego dość, a już politycznego angażowania się najbardziej. Totalne zniechęcenie, marazm, bezwład, strach i niepewność: niech będzie, co będzie, mam to w tyłku, Wąska napełnij stakany!, gaspada, nasze kawalerskie!, Sonia dawaj iszczo adin romans!...
Znowu popuścił w malownicze bajeranctwo, to był jego nałóg; zagalopował się jak tam, nad brzegiem Wisły, i jak tam raptownie zgasł, wstrzymując oddech i klnąc w myślach jęzor. Ale tym razem Karśnicki nie skorzystał ze swojego nałogu, żadnych kpin, milczał. Więc „Petro" pociągnął:
- Wywołamy stres „waletów", może niezupełnie identyczny w przejawach, bo oni nie będą chlać pod góralskie przyśpiewki, lecz natężenie musi być to samo, żeby tłukli głową o ścianę i żeby im się
odechciało wszystkiego. Prosty łańcuch: terror rodzi strach, strach rodzi chaos, chaos rodzi zwątpienie, nieudane próby przełamania impasu paraliżują wolę. Sierżancka bezradność podczas bitwy, gdy generał jest daleko. Najpóźniej w połowie tego procesu możemy się wyłączyć, to maszyna, którą się tylko uruchamia i można spocząć, obserwować, liczyć przybywające punkty. Nastojaszczij samograj. W celu uruchomienia typujemy dwóch szefów branżowych. Jeden, drugi, trzeci, czwarty chłopaczek z obstawy tych „waletów" dostają manto. „Waletowi" podrzucamy informację, że konkurencja, czyli któryś z przyjaciół, inny „walet", wynajął karateków. Wreszcie psujemy naszym „waletom" jakiś dobry interes, albo przechwytujemy ich forsę z jakiejś transakcji, to już mój pomyślunek. Odtąd możemy przejść w stan błogiego spoczynku i tylko kontrolować automatyczny rozwój pociech z naszego małżeństwa.
- Nie byłbym taki pewien, czy weźmiemy ten ślub.
- Pan chyba mówi o nas, ja co innego miałem na myśli: małżeństwo terroru z prowokacją, które wypada skojarzyć, aby odnieść sukces. Elementy składowe tego sukcesu to właśnie pociechy ze wspomnianego małżeństwa. Nasz ślub omówimy później, teraz proszę o uwagę. Włączyliśmy już automat, który się rozpędził i odtąd działa sam. Każdy z zaatakowanych „waletów" będzie przypuszczał, iż jego koledzy wykorzystują nieobecność bossa, żeby się nażreć z cudzej miski lub wprost przechwycić cudzą działkę. Bronić się będą jak dzikie zwierzęta, a co to u nich oznacza? Że rozszaleją się dintojry, a dintojra ma to do siebie, że jedna natychmiast wywołuje drugą i to przeradza się w makabryczną eskalację. Nastąpi chaos, jakiego jeszcze nie było w tym światku. Pan Kazik będzie pewien, że któryś „walet" rozpętał to piekło, aby pod nieobecność monarchy zawładnąć tronem i przemieni się w strażaka z czeskiego filmu, w szalejącą bezradność. Samograj! Nie ma mowy, żeby ten scenariusz się nie sprawdził, nie ma mowy, żeby ogień ugasił się sam, nie ma mowy, aby oni zdołali go ugasić. Nastąpi kryzys zaufania wszystkich do wszystkich, w pionie, to jest góry do dołu i dołu do góry, oraz w poziomie, między „waletami". Efekt? Rozprzężenie, wyczerpanie, w końcu niemoc i wszyscy będą tylko marzyć o jego powrocie. Wtedy wejdziemy do akcji znowu, żeby przygotować komitet powitalny. Zadanie: detronizacja króla środkami możliwie pokojowymi.
- To człowiek o gołębim sercu?
- To człowiek o zmęczonym sercu... Rzym upadł, bo był już przesycony i znudzony. Gdy ma się wszystko, słabnie wola, w mózgu zaczyna ryć chorobliwy kret, gangrenując zawziętość, strach przed upadkiem zamienia się w oczekiwanie upadku... On wie, że kiedyś musi nastąpić koniec... Machiavellego nie warto było cytować, ale teraz wezmę podręcznik... Tyrmand, niezgorszy psycholog, bezbłędnie zaprezentował ów stan opisując szefa warszawskiego gangu.
Mówił to, kiedy już szedł po knigę, a kiedy z nią wrócił, miała wewnątrz zakładkę, więc musiał ją wcześniej przygotować. Sprzedawał swój scenariusz według scenariusza sprzedaży. Otwarł „Złego" i zasunął ten cytat, wolno, z powagą, jak klecha niedzielny ustęp przed kazaniem:
„Filip Merynos wiedział, że w ostępach wielkiej metropolii rozkwitają z czasem nowe, ogromne indywidualności, nowi tytani przestępstwa, młodzi, dynamiczni, silniejsi od niego właśnie tą wybuchową młodością i żądzą zwycięstwa za wszelką cenę, która daje im naturalną nad nim przewagę, żądzą zakosztowania owoców zwycięstwa, których on już zakosztował. Filip Merynos wiedział, że siła, okrucieństwo i drapieżność głodnego i płonącego pożądaniem jest stokroć większa, niż odporność sytego chwały i zdobyczy, że młodość w pogoni za zwycięstwem musi w końcu odnieść zwycięstwo...".
Położył knigę na stole otwartą, jakby chciał rzec: do sprawdzenia! Dudliło mnie z głodu, ale paluchy się skończyły, gryźliśmy je, „Dżek" i ja, kiedy oni gryźli się między sobą. Teraz przyszła kolej na Karśnickiego. Znów zakpił, ale jakoś bez tego biglu, co przedtem:
- Moja „żądza zakosztowania owoców zwycięstwa", moja „siła", moja „drapieżność" i moje „okrucieństwo", wreszcie moja „wybuchowa, płonąca pożądaniem młodość", marzą o czymś innym, panie Heldbaum... Czytałem to arcydzieło i pozostałem zdrowy, przynajmniej na tyle, by nie marzyć o zostaniu „tytanem przestępstwa", i jeszcze na tyle, by rozumieć, jak wytyczyło bieg pańskich marzeń.
- Że co, że kicz? Daj nam Boże więcej takich kiczów! - obruszył się „Petro".
- Niech pan nie prosi w moim imieniu, i nie Boga, lecz Tyrmanda. Raz wysłuchał modlitw o warszawski płaszcz ze szpadą, to może machnie jeszcze jeden taki epos, w stylu ortalion z kastetem, i z panem w głównej roli.
- Pan sugeruje, że ja to wszystko wymyśliłem? Tę Pragę, tego króla, tych szefów branż? Człowieku!
- Nie, pan tylko wymyślił całe to przedsięwzięcie, które ma dużo wspólnego ze „Złym", a mało ze zdrowym rozsądkiem i może nawet z rzeczywistością.
- Wobec tego mafię wymyślili ci z Hollywoodu, rosyjską ruletkę autor „Łowcy jeleni", Sienkiewicz Krzyżaków, Prus kapłanów, a...
- A Fausta i Mefista kto?
- Maksym Górki! - rozeźlił się staruch. - Tyle we mnie z Mefista, ile w panu z Fausta, zejdźmy na ziemię!
- Ubitą?
- Na tej wciąż tkwimy, dzięki pańskiemu zamiłowaniu do szyderstw! Zejdźmy z niej na stopnie ołtarza. Weźmy ten ślub, ja z kaprysu, pan z konieczności.
- A gdzie miłość?
- Nasza miłość, to nasza nienawiść do ludzi, których ulepiono z tego samego łajna. Naszym ślubem byłoby zrealizowanie mojego planu. Obrączkami nasze zemsty. W sumie to coś bardzo poważnego, nie warto się zgrywać.
- Zgrywam się z konieczności, a pan z kaprysu, co jest bardziej naganne.
„Petro" zafilował w sikor meblowy cykający pod ścianą i skojarzył, ile godzin męczy się z facetem, który winien całować mu dłoń.
- Panie Karśnicki - powiedział i to zabrzmiało jak wyrok -pańska zła wola jest od początku pajacowaniem, nawet nie ze względu na formę złożoną z samych kpin, lecz dlatego, że pan nie ma wyboru, pan już wybrał! Sugerowałem to nad Wisłą, później sprawdziłem. Trudno zdobyć wiele o człowieku w ciągu jednego dnia, ale przy moich „zdolnościach umysłowych zwanych analitycznymi" wystarczy niewiele. W sześćdziesiątym piątym, po tej tragedii, nie wrócił pan ze szpitalnego łóżka na uniwersytecką ławę, lecz zapisał się do klubu, studia przestały pana interesować. Odtąd miał pan tylko jeden cel: podnoszenie swoich umiejętności w walkach wschodnioazjatyckich do stanu kompletnego mistrzostwa. W klubie można się było nauczyć judo, pan chciał więcej. Poznał pan kogoś z japońskiej ambasady i ten samuraj dawał panu początki karate, kung-fu, czy czegoś w tym rodzaju, cokolwiek to było, ważne jest, iż on był dobrym nauczycielem, a pan dobrym uczniem. Lata treningów, wyjazd do Tokio, powrót, angaż, zaczął pan pracować jako instruktor. Mówi się, że nie ma w Polsce lepszego karateki, a mistrzowie kraju to przy panu „wiejski teatr, tak usłyszałem, i jeszcze to, że z jakichś przyczyn nie interesują pana sportowe laury. Przyczyna jest jedna, ta, o której pan wówczas myślał, leżąc na ziemi, na noszach, w karetce i w szpitalu, ta, przez którą zerwał pan studia. Człowiek z pańskim intelektem, podejmujący taką decyzję, jest chory. Powtarzam: tylko ja mogę pana uleczyć, dać panu to, dla czego wywrócił pan całe swoje życie. Tym czymś jest zemsta. Pan mógłby odmówić Heldbaumowi, diabłowi i każdemu, ale nie sobie! Oto dowód, że pan się zgadza, pan mówi: tak. I to jest finał naszego wschodnioeuropejskiego meczu na argumenty z jednej strony i dowcipy z drugiej, wasza książęca wysokość! Ledwie dosłyszałem odpowiedź:
- Ma pan rację, tak...
„Petro" zamknął powieki i osunął się w głąb fotela, jakby pytając: i po co było to wszystko?
- ...to jest finał, ma pan rację... - powtórzył Karśnicki. - „Dżek", „Fokstrot"!
Wstał i my też.
- Żegnam pana. Skierował się ku wyjściu, my za nim.
- Raczej do widzenia - rzekł „Petro", ziewając przez rękę. -Trzeba się umówić...
- Na Sądzie Ostatecznym, jeśli pan w to wierzy, boja nie wierzę w nic.
Skrzywdzony dzieciak nie mruga tak ślepkami jak zamrugał „Petro".
- Pan... pan nie mówi poważnie, na Boga!
- Tym razem mówię serio, panie Heldbaum. Nie wierzę w nic. W Boga też. Gdzie był Bóg podczas Katynia i Oświęcimia?
- Co?!... O czym pan... Bóg nie interesuje się świństwami i porachunkami małpoludów, gdyby chciał to robić, już dawno by zwariował... Nie o to mi chodziło, lecz o pańską wiarę w samego siebie. Pan chce podpalić swój ołtarz, przekreślić wszystko i...
- Nie. Znajdę moich małpoludów sam.
- Tere-fere-kuku! Beze mnie nie ma pan żadnej szansy! Będzie się pan tłukł po podwórkach jak ulicznik...
- Mogę stłuc pańskich wrogów, a pan mi zapłaci informacją o tych, których szukam. To jedyny rodzaj współpracy, jaki zaakceptuję, wymiana handlowa. Władzę nad praskim podziemiem niech pan odda komu innemu.
- Tłumaczyłem, panie Karśnicki, że tylko jako wódz może pan...
- Nie mogę!
A ja nie mogłem skapować, podobnie jak Heldbaum, nie mieściło mi się w baniaku. Dałbym sobie uciąć, że Karśnicki powie: blat!, a on... Chciałem wrzeszczeć: panie, co pan robisz?!, ale dupek i ryba głosu nie mają. „Petro" podniósł się i tak zamanewrował, że odciął Karśnickiemu drogę do drzwi.
- Proszę się zastanowić, niech pan...
- Zastanowiłem się, miałem dużo czasu.
- Ale to był nerwowy czas. Niech pan się zastanowi w domu, na spokojnie, niech pan przemyśli, no... przetrawi moje słowa...
- Mam komputerową pamięć, odtworzę sobie każde z nich.
- Więc jeszcze nic straconego, może jakieś argumenty lepiej zabrzmią w pokoju, gdzie wisi... fotografia, i może przynajmniej jeden okaże się na tyle interesujący, że...
Kretyn. Dziabnął tą fotografią jak majchrem po skórze i to go dobiło. Karśnicki wycedził:
- Jakiż pański argument nie był interesujący? Zainteresowała mnie także jedna z pańskich tez, chociaż nie podparł jej pan argumentem.
- Tak?... Co takiego?
- Że spowiedź jest rodzajem masochizmu.
- Bo jest! Jest zresztą czymś gorszym, gdy uwzględnić finał. To najstraszliwszy wymysł Jezusa albo jego tłumaczy - spowiedź i rozgrzeszenie! Absolutorium, carte blanche, wolne pole dla każdego łotra. Nawet coś z zachęty do łotrostw, bo przecież „więcej radości w niebie z nawróconego grzesznika...". Kapitalne wyczucie ludzkich potrzeb! Nie każda ludzka kurwa chce zaraz przestać być kurwą, ale każda chce mieć taką możliwość, gwarantowaną przez jakiś bank. Na tym prostym spostrzeżeniu paru mądrych Żydów zbudowało religie i miliony świątyń...
Gadał jak kulomiot, aż poczuł zimny, drwiący wzrok Karśnickiego, więc przerwał! teraz usłyszeliśmy jego szept:
- ...Właściwie... czemu akurat to pan wymienił?
- Bo przez kilka godzin spowiadał się pan.
- Co?!
- Jako zachęta do objęcia tronu w imperium łotrostw było to nieskuteczne, nie da się we mnie zbudować kościoła tej religii. Jako zbiór intymnych wyznań - było czymś fascynującym. Za pozwoleniem...
Minął „Petra" i wyszliśmy, zostawiając go w karnawałowej masce: twarz z papieru i szerokie, niewidome otwory.
Można było skręcić kark na schodach, czarno jak u murzynów. W podwórku „Dżek" wyjął zza pazuchy gnata, co mu rozpychał katanę. Ale to nie był gnat, lecz... tyci magnetofon, niby portfel. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Moje oczy sprawiły, że zachichotał:
- „Komputerowa pamięć", brachu! Myślałeś, że to spluweńka, co?
- No bo... taki mały... Szpiegowski?
- Jakbyś z takim szpiegował, nakryłby cię ślepiec, prawdziwe szpiegowskie mieszczą się w zegarku. Ten można kupić, koleś przywiózł z Wiednia. Automacik dublowany, dwie kasetowe.
- Wszystko? - zapytał Karśnicki.
- Chyba tak. Zmieniłem obie w sraczu, kiedy do końca drugiej brakowało parę minut, ale była okazja, bo on czytał. Rozmówkę mam całą. To skurwiel!
- Gdybyś miał ćwierć tego rozumu, co on, już byłbyś mądry. Zazdrość, ale nie pluj na lepszego od siebie.
- Lepszy, bo taki mundral?! - zaperzył się „Dżek". - To łobuz jakich mało, tylko umie odstawiać świątka. Pozer!
Karśnicki wziął od niego magnetofon, kładąc drugą dłoń na Jackowym ramieniu.
- Poza nie jest zaprzeczeniem prawdy, „Dżek". Jest programem. Każdy pozuje na to, kim chce być, to ściganie własnego ideału.
Włożył do ust zapałkę. U niego zapałka w zębach znaczyła, że ma dość rozmawiania, bo kiedy rozmawiał, to nie gryzł zapałek, a kiedy gryzł, to nie rozmawiał, chyba że musiał udzielić jakiejś krótkiej odpowiedzi swojemu. Nigdy w kontaktach z obcym.
Wyszliśmy na ulicę. Niebo traciło kolor, bladło, świat ogarniała
szarzyzna. Z dali dochodził terkot tramwaju, klekotały wózki mleczarzy, gwizdał pociąg na przejeździe przy Radzymińskiej. Mimo tych głosów była cisza od wielkiego spokoju wiszącego nad miastem.