II

To był letni dzień, koło południa, zajebisty gorąc. Bazar niby tramwaj, ścisk, że „gdyby nie panna Jola, nie byłoby gdzie palca wetknąć". Baby w budkach wachlowały się, tym na ręczniaku pot kapał z cycków w gacie i dalej w pepeg, aż zaczęły zdejmować bluzki i prężyły się w halkach świeżych jak dworcowy ręcznik. Sery puchły, mięcho zarzucone workami gniło, flaczarki i „pyzy! gorące pyzy!" przekrzykiwały się bez sensu, czekając na kogoś z głodnym smakiem, ale komu chciałoby się wtranżalać pod taki upał? Interesy, owszem, tam farci się na okrągło. Dobrze chodziły podkoszulki z amerykańską kminą na plecach i piersiach, kanty z rozszerzaną nogawką, skoki w kolorze wiśniowym i chusteczki na włosy obszyte po grecku blaszkami robiącymi za moniaki. W taką gorącość na Różyckim nie pije się monopolu, królowała herbatka w ćwierćflakonach z korkiem. Ludzie czekali na deszcz, ale krótki, taki, co odświeża powietrze i daje nogę, dłuższy przegania klientów. Jak idzie na deszcz, to interes kwitnie, bo każdy się spieszy i ten, co ma płacić, targuje krótko. Kto mógł przewidzieć, że idzie tajfun? Wszystko było jak trza. Kupiećtwo zadowolone, pieniądz z rączki do rączki, towar nie zalega, nikt nie marudzi. I wtedy pojawił się ten frajer.
Podszedł do „Misia-waluciarza" i powiedział:
- Dzień dobry.
- Witam szanownego pana - odparł „Miś" chrypiąco, bo taki miał fason w przełyku.
- Wczoraj kupiłem od pana sto dolarów, pamięta pan?
- Dobrych klientów się nie zapomina - poinformował go
,Misio" i zaraz ściszył chrypkę: - Potrzeba więcej?
- Nie. Chcę, żeby pan mi zwrócił moje pieniądze, bo ten banknot jest fałszywy - frajer wyjął zielonego i wkitrał „Misiowi" pod nos. -Proszę!
Jakby przed „Misiem" stanął zielony kurdupel z Marsa, z czułkami i o siedmiu nogach, to „Misio" byłby mniej zdziwiony. Zastygł, nie wierząc patrzałkom; później odwrócił się do „Rolmopsa" (który go obstawiał z podręczną kasą), pewnie żeby prosić: Uszczypnij mnie, co to jest w mordę kopane, czyja kimam?! Ale nie poprosił, bo „Rolmops" gapił się w niego wzrokiem Dzieciątka Jezus, ta firma nie puszczała lewych dolców. „Misio" bez słów wyjął papier z frajerskiej dłoni i skojarzył, że stówka mogła oglądać Amerykę w programie telewizyjnym, ale prawdziwej Ameryki nie oglądała za cholerę. A ponieważ nie była to stówa, którą onegdaj sprzedał frajerowi, należało powiedzieć: „Szoruj, pętaku, bo cię stuknę!". Jednakże „Misio" wyszedł z akademii cinkciarskiej hrabiego Dziurawca i jako człowiek wyżej dokształcony wziął pod rozwagę okoliczność, że frajer może być gliniakiem z innego rejonu, pragnącym trafić gwiazdkę na przyłapaniu fałszerzy, zagaił więc wpierw politycznie:
- Przepraszam, jeśli szanowny obywatel jest tak zwanym funkcjonariuszem, to lepiej niech tego nie robi, bo czeka obywatela duża przykrość, czyli opierdol w pracy.
- Nie jestem tajniakiem, proszę pana, chcę tylko odzyskać pieniądze - rzekł na to frajer.
Teraz „Misio" miał jasność. Nie potrzebował już opalać się, więc zagaił po ludzku:
- No to spieprzaj, kurwa twoja mać, czereśniaku, bo ze mną ten farmazon nie przejdzie! Dalij mi!
Tu „Misio" wykonał zamach ku uzębieniu frajera. Ten nie stryfił:
- Albo odda mi pan pieniądze, albo pójdę na posterunek...
- Ty w torbę jebany gnoju! - zachrypiał „Misio", łapiąc frajera za klapy, żeby strzelić mu byka na czoło.
W tym momencie pojawił się przy nich „Turek", Mikułowicz Alojz, bazarowy kapitan od „miękkie-twarde".
- Co jest? - zapytał bez zbędnej sylaby.
- Frajer bawi się w farmazona - objaśnił „Rolmops". - Wciska nam ciemnotę, żeśmy opylili lewy papier, a pan przecież kojarzy,
panie prezesie, że to jest niemożebna niemożliwość! Fartu szuka!
„Turek" przejechał dłonią z sygnetem po swojej dumie, peruce srebrnoszarej, utrzymanej jak w żurnalu dla naćpanych rencistów i dającej mu wygląd profesora, drugą dłonią prztyknął z klapy włos, którego nie było, ale tym ruchem zrobił wrażenie, iż się zastanawia, po czym wyjął z „Misiowej" graby wzmiankowaną stówę i spojrzał na nią okiem fachury.
- Partacka robota, wszystko idzie na dno - zagaił filozoficznie. -Czy łaskawy pan gotów jest przysiąc, że nabył ten bubel od kolegów?
- Jestem tego pewien.
- Czy nie zachodzi prawdopodobieństwo, że łaskawy pan się omylił albo że ktoś podmienił panu...
- Wykluczone! , „Turek" strzepnął kolejny włos, którego nie było na klapie z angielskiej gabardyny. Kapował, iż facet łga, tylko nie wiedział po co. Były dwie możliwości: albo prowok, albo cwaniaczek-amator, który chce wyfasować szmalec na grandę. Musiał te zagadkę rozstrzygnąć, powiedział więc:
- Jeśli tak, to trudno. Koledzy zapewne nabyli ów banknot od kogoś nieuczciwego, obejrzeli mało dokładnie i sprzedali panu w przekonaniu, iż jest to banknot dobry. Dżentelmeni nie kłócą się o pieniądze, zwrócimy panu należność, ale ja nie mam takiej sumy w portfelu. Chodźmy do mnie, tu blisko.
Zawodowiec nie zgodziłby się nigdy, tylko głupek, z tych, co uważają się za szpeniów, a są baranami. Frajer kiwnął głową i poszedł za „Turkiem" w stronę Brzeskiej. Pan Alojz stanął przy kiosku i kupił paczkę szlugów, robiąc persa do kulawej „Bubliczki", ta oświadczyła, że nie ma wydać i musieli rozmienić gdzieś obok, co zabrało niedużo czasu, tyle, ile było trzeba, żeby skrzyknąć jeden czy drugi kastet. „Turek" poprowadził frajera wzdłuż rampy komisu meblowego i obok stajni dorożek na opuszczony dziedziniec po przedwojennym składzie win. U stóp wysokiego muru z żółtych cegieł pamiętających ruskiego cara leżały farfocle dorożkarskiej dryndy, trochę złomu i piramida niczyich desek, w kącie stały blaszane śmietniki. Było ciemno, nad miastem wisiała chmura, zresztą nawet przy słońcu nie dało się tam opalać, boki kamienic rzucają cień. Nazywano ten placyk „mordopraniem" i kiedy przychodziła pora „lujnąć" kogoś, był izbą tortur", a gdy rozliczyć się wśród swoich obrączkami na cztery palce, to był ring.
Przekroczyli zardzewiałą furtkę i znaleźli się w przestrzeni izolowanej od świata parawanem z cegieł, jak więzienny spacerniak lub metalowa puszka, do której wrzucono kilka karaluchów. Wizawis furtki, między dorożką a kubłami na śmiecie, czekało dwóch artystów od przemeblowywania jaj, wątrób, facjat tudzież innych kawałków człowieka: Roman „Bordo" i „Groch", który był mistrzem Warszawy w półśredniej, a potem wylano go z klubu za serię prostych poniżej pasa sekretarki (w krocze, ale bez jej zezwolenia) i za to, że spieszącemu na ratunek prezesowi połamał parę żeber lewym hakiem.
- Panowie życzą?... - przywitał ich „Bordo", wypluwając peta. Frajer zrobił taki ruch, jakby chciał pryskać, ale Mikułowicz zagradzał mu drogę do furtki.
- Oni panu oddadzą - powiedział - proszę iść.
Tamten nie usłuchał, więc „Turek" złapał go za krawat i pociągnął przez plac jak bydlę do rzeźni na postronku, bezwolnego, z rękami sflaczałymi i głową zadartą węzłem, który wbił się pod brodę. Kiedy doszli, Alojz Mikułowicz poczuł, że czyjaś dłoń chwyta go za klamrę od paska, unosi ku niebu i zanurkował srebrzystym łbem w śmietnik. Zgasło mu kino. „Groch" był najbliżej, ale nie zdążył pomóc, nawet sobie. Usłyszał tylko świst powietrza. Eksplozja pod sufitem i błogość. Zbudził się wśród pielęgniarek. „Bordo" miał więcej czasu, pół sekundy; kopnął tak, żeby zabić, lecz jego gira zetknęła się z czymś, co wyrwało mu ją ze stawów; nim upadł, dostał poprawkę w czoło, jak młotem; ziemię pocałował już bez głupich myśli. Ma czarne jajco nakryte grzywką i sztywny kulas, zalewa, że spod Lenino.
„Misiek" stał „na oku", filując, czy nie lezie cham, który mógłby zakłócić rozmowę dżentelmenów. Słyszał ją, łomot był donośny kiej echo w górach: cztery razy i po balu. Potem sakramencka cisza. Odemknął furtkę, wsadził limo i zobaczył, że frajer uwalnia śmietnik od wraku generalissimusa cinkciarzy, a mumie dwóch łamignackich tapetują grunt pod kolor zaprzyjaźnionego mocarstwa. Sitowie zrobiło mu baczność, ale nie stracił pomyślunku: zablokował furtkę gazrurą i majtnął się lotem koszącym ku dzielnicy. Przy Brzeskiej wpadł na mnie, wychodziłem z rybnego.
- Słuchaj „Fokstrot"! - charknął zdyszany - szoruj na „mordopranie" i filuj, żeby nikt nie otworzył bramki! Tam jest frajer, który skasował „Turka", „Grocha" i „Bordo"... ,
- Frajer skasował „Grocha"?! - przerwałem zdumiony.
- Rób, co mówię, nie ma czasu! Leć i pilnuj, żeby się nie zmył! Gdyby wyskoczył, idź za nim, ale uważaj! Zaraz będę, tylko skrzyknę chłopaków!
I pobiegł na Różyckiego, a ja ku „mordopraniu". Furtka była szczelna, więc żeby zafilować, czy frajer tam jest, wspiąłem się po beczce na mur i usiadłem; okapy robili kiedyś szerokie, do tańca. On też siedział, na stopniu rozwalonej dryndy, spokojnie, jakby czekał w lokalu, aż zjawi się kelner. Usłyszał i podniósł głowę. Chciałem zeskoczyć, takiego dostałem pietra, lecz coś mnie usztywniło: jego budzące cykor, jak wylot dubeltówki, ślepia, wwiercały się podwójnym korkociągiem, przytrzymując za twarz. I coś jeszcze: znałem go! Sprzed półtora roku, może dwóch, wszystko jedno - takiej gęby nie da się zapomnieć lub pomylić.
Na górze był wiatr, ciął jak kosą. Kuliłem się i nie przestawałem patrzeć na niego, a on patrzył na mnie. Cykoria odeszła, teraz czułem inny lęk, niby aktor w jakiejś dziwnej tragedii odstawianej na dachu wieżowca lub na wyspie, gdzie huragan wyrzucił dwóch facetów i odebrał im głos. Ale to on miał grać, siedział na środku sceny, ja miałem balkon. Czasami kierował wzrok w stronę furtki, potem unosił i spoglądał mi w twarz, bez zaciekawienia, gniewu lub czegokolwiek, jakbym był rzeźbą, którą trzeba zbadać, ale która nie budzi żadnych wzruszeń. Dzieliło nas trzydzieści metrów, lecz zdawało mi się, że mam go przed sobą i nawijamy, a to gadała cisza.
Jęk uchylonej furtki przywołał rzeczywistość. Czujne ślepia obmacały teren i furtka, pchnięta kopem, wpuściła na plac bandziorów z Różyckiego. Dawno nie widziałem podobnej rakiety. Był Zygmunt „Drukarz", który robił z hartowaną stalą to, co inni z gumą, Lońka „Żyd", co potrafił znienacka kolnąć paluchami gały, oślepiając klientów na chwilę lub dożywotnio (i zawsze trafiał czas jak szwajcarska omega, można było zamówić oślepienie pięciominutowe, półgodzinne albo dłuższe, nigdy się nie pomylił), były Lewandoszczaki, twarde sztuki, tłuc ich i bić w ścianę wychodziło na jedno, każdy cios brali jak worek do ćwiczeń, a kiedy przyładowali sami, nie trzeba było poprawiać (raz widziano pojedynek między nimi o dziwkę, wyglądali jak dwa dęby okładające się konarami, padli razem, ze zmęczenia), było kilku bokserów po „Pierwszym kroku" i po ostatniej wódeczce, która ich wykolegowała za ring, paru łamignatów od mokrej fuchy, majstrowie mojki, kastetu i noża (w tym Binio „Rzeźnik", zwany też „Kosą", pierwsza klinga prawobrzeżnej Warszawy), oraz geniusz „trepanacji" łbów rowerowym łańcuchem, Czesio „Królak" (od tego Królaka, co zakosił wyścig) - w sumie trzynastu, feralna liczba dla frajerów, nawet takich, którzy umieją zaszurać. Ten nasz miał z głowy, współczułem mu.
Ujrzawszy ich podniósł się i zrobił krok do przodu. Obskoczyli go, przygarbieni, ze ślepiami nabiegłymi krwią, żelazo w co drugiej łapie. Stado wilków wokół jelenia. Było ich tylu, że nie kojarzyli, który ma rozpocząć; to dało mu czas na założenie mowy:
- Trzynastu wspaniałych przeciwko jednemu, gratuluję rycerzom... O któregoś mniej i byłoby jak w Piśmie Świętym, zrobiłbym was apostołami i dałbym się ukrzyżować, ale to inne kino, polski western... I jeszcze te przyrządy naukowe, bez których zesralibyście się w portki!
Podziwiałem go. Nie miał szans, powinien żebrać o litość, a pyskował, zwiększając zadzior, którym się naładowali przeciw niemu. Wiedziałem kim był: instruktorem karate. Kiedyś kumpel zaciągnął mnie do klubu, żebym spróbował, szło mi jak krew z nosa, a do tego nie chodziłem regularnie, bo zawsze coś mi wypadło. Po trzech tygodniach dałem spokój. On nie mógł mnie pamiętać, trenował kilkudziesięciu chłopaków, wszyscy w kimonach, biała masa, podobni do siebie jak Chińczyki. Ja go zapamiętałem. Kilku urków rozmieszałby na luzie. Ale nie trzynastu z łańcuchami, to jest możliwe tylko w filmach, po których idiota wyobraża sobie, że i z niego taki gieroj, co w obronie dupska jakiejś dziewuchy rozwala bandę czarnych charakterów samą lewą ręką, bo prawą trzyma akurat w gaciach tej pani. Potrafiąc się bić i wyklinając trzynastu, miał szansę zawodowego pływaka, który po utonięciu łajby żabkuje przez ocean i klnie boga mórz. Pływanie to jego fach, ale do brzegu jest za dużo mil.
Cisza przez parę sekund, tylko wiatr, który zdmuchnął czapkę Piotrusiowi „Lakiernikowi". Facet rozejrzał się po tych mordach i spytał jakoś dziwnie, miękko i kobieco, tak pytają młode nauczycielki:
- Czy nie ma wśród was choć jednego człowieka?... Tylko jednego, który zechce mi pomóc, osłoni mi grzbiet... Żebym nie dostał z tyłu i żebym nie zwątpił w ewolucję.
Gówno zrozumieli, a już ten ostatni wyraz, turecka mowa. Zdawało się im, że on cykoruje i właśnie pękł. Ja zadrżałem, jakby jego prośba o pomoc była skierowana tylko do mojego serca. Czułem, że... chcę mu pomóc! Ale stryfiłem: zatłuką mnie! Strach to paragraf, który tak samo powstrzymuje człowieka od czynienia zła jak i dobra, tchórze żyją w zdrowiu, szczęściu i pomyślności.
Dwa głuche rąbnięcia, takim piorunem, że przegapiłem kto skoczył. Jakbym się spóźnił na film - patrzę, dwóch leży. Inni doskakiwali z przodu, z tyłu i z boków, zawadzając sobie, ale z każdą chwilą robiło się im luźniej, bo coraz to któryś wywijał orła i sztywniał w głębokiej kimie albo jęczał, z kolanami pod brodą, jak ukrzywdzona Dziunia. Bruce Lee tak kasuje pętaków, ale przed kamerą to i ja bym mógł, gdyby mi się nadstawiali. Tu szło bez bajeranctwa, krew była krwią, a łomot był łomotem. Patrzałki wychodziły mi na zewnętrz, raz w życiu oglądałem taki cyrk, ja chromolę!
Widzieliście pajaca z drewnianych deseczek, co jak ruszyć linką, jego ręce machają w górę i w dół? Albo wiatrak młyński, którego skrzydła prują powietrze, kiedy jest silny wiatr? Jego graby i nogi pracowały właśnie w ten deseń, rytmicznie i szybko, jak błyski majchra, jak płomienie z lufy kulomiotu na ruchomej podstawie, we wszystkie strony, a każdy pocisk skreślał jednego klienta. To było niemożliwe, ale tak było!
Po kilkudziesięciu sekundach zostali we trzech: on, młody Lewandoszczak (starszy, z własnymi zębami w przełyku, turlał się pod murem) i Czesio. Czesio zachodził od tyłca, młynkując nad głową rowerowym łańcuchem; Lewandoszczak stał z przodu, brał na korpus straszliwe ciosy i nie przewracał się, czekając, aż „Królak" zahaczy żelazem łeb tamtego. Łańcuch wirował coraz bliżej i szybciej, nie było już widać, tylko świst od młynka wypełniał „mordo-pranie". Tamtem zrozumiał, że ma pół sekundy i padł na ziemię, a żelazo śmignęło nad nim. Leżąc wykonał cztery ruchy niemal jednocześnie, trudno to opisać. Strzelił girą i jego but wbił się od dołu w pachwinę Lewandoszczaka, wyrywając z gardzieli trafionego zwierzęcy krzyk - Lewandowski fiknął i łapał powietrze jak ryba, z dłońmi na jajach, siny, prawie czarny, szmata. W tym samym momencie ramię karateki osłoniło głowę przed spadającym nań łańcuchem, który owinął się wokół rękawa. „Królak" powinien puścić łańcuch, ale nie zdążył i szarpnięty, poszedł głową do dołu, a tam już czekało kolano drugiej giry leżącego. Nos Czesia chrupnął jak faworek, zmieszał się z kawałkami szczęki, zębów i kości policzkowych, i było po Czesiu.
Było po wszystkim - wszyscy leżeli, ale tylko „frajer" mógł się podnieść. Uwierzyłem w to, co na filmach jest bujdą.
Wstał i odwinął łańcuch z przedramienia. Miał urwaną nogawkę, rozpieprzone kolano, a spod łacha, który kiedyś był rękawem, ciekł strumień krwi, przez co dłoń zrobiła mu się całkiem czerwona -rowerowy skalpel tak go urządził. Spojrzał na mnie, jakby chciał coś gadać, ale nic nie rzekł, pokuśtykał w stronę furtki. Wiatru już nie było, ciszę haftował kogiel-mogiel jęków i przekleństw. Zobaczyłem, jak „Partyzant" unosi się na łokciu, wyciąga maszynę i celuje tamtemu w plecy. Gdybym truł, że skoczyłem, bo chciałem faceta ratować, nikt nie udowodniłby, że polewam, tak wyglądało. Ale to nie ja skoczyłem, tylko coś, co było wtedy we mnie od jego oczu, przez tę rozmowę bez słów, kiedy filowaliśmy na siebie, coś niby wewnątrz, lecz poza mną, bez mojego chcenia. Nie umiem tego nazwać, ale jestem pewien, że właśnie takie szajby produkują bohaterów: wyprzedzają rozsądek o piczy włos. Gdyby pomyślunek u ludzi był szybszy, krzyże walecznych zostałyby tylko w ruskich filmach.
No więc to „coś" zepchnęło mnie z muru, nie pytając, czy się zgadzam. Pofrunąłem jak kaskader, zelówką na maszynę „Partyzanta". Walnęło. Pocisk, który przebił mój but, onucę i paluch, zmieniwszy tor kropnął w cegły. Tamtemu podarowałem życie; „Partyzantowi" również: dostałby krawat za morderstwo, albo od razu utłukliby go kumple „frajera". Czekali obok. Cholerny świat, dałbym głowę, że jestem jedynym widzem na sali! Na balkonie owszem, ale był jeszcze parter.
Jakiś czas orbitowałem bez przytomności, chyba krótko, zbudził mnie deszcz. Tamten stał nade mną, źle go widziałem, był rozmazany, jak na nieostrym zdjęciu. Krople wody, ciężkie i gęste niby prysznic, opluwały mi twarz, chciałem coś powiedzieć, ale w otwartą gębę ciekło jak z rury. Usłyszałem ten głos:
- Zabierzcie chłopaka...
- A co z tamtymi...? - spytał inny głos.
- Bóg.
- Jak to Bóg...?
- Bóg z nimi, jeśli ma dla nich czas. A jeśli jest zajęty gdzie indziej, to już nie moja wina... Podnieście go.
- Szefie, dwóch może wykorkować, będą kłopoty...
Nie wiem, co tamten odpowiedział, kinematograf mi wysiadł. Jeszcze raz się ocknąłem, kiedy zdejmowali mój prawy kapeć, a potem to już w szpitalu kolejowym obok „mordoprania". Jego ludzie mieli rację: Binio „Kosa" przekręcił się tam, gdzie dają palta z desek, kilku innych pożegnało własne zdrowie dożywotnio. Przez cały miesiąc w dzielnicy mówiono tylko o tym.
Ja mogłem utracić kulasa i nigdy bym już nie zatańczył, musiałbym zmienić ksywę. Postrzelona girą dostała jakiejś gangreny, lekarze ni mru-mru, ale pacjent z takim ścierwem to sejsmograf; ze spojrzeń i z min, które robili podczas każdego obchodu, wyniuchałem: kombinują, sukinsyny, ciachać czy nie ciachać? Pakowali w mój drętwus jedną szpilę za drugą, dożylnie i domięśniowo, litrami. Nic nie bolało, żadnego czucia, jakby kłuli pień. Aż któregoś dnia powiedzieli, że najgorsze minęło, jestem po przesileniu. Kij wam w oko, palanty, nie wasza zasługa, o przesileniu wiedziałem, bo miałem taki sen, w którym to się stało!
Są rzeczy, co ciężko idą na papier. Czy można opisać, jak pewien magik kilkunastoma ruchami kopyt rozwala paczkę niezgorszych bandziorów? Dajcie mi taśmę filmową, będzie git, ale pióro? Napociłem się przy tym, jak bydlę w zaprzęgu i wyszła niby prawda, tylko że transmisja radiowa z meczu to też prawda, a porównajcie ją z meczem oglądanym na żywo. I powiem wam: tamto było betką przy opisie, jaki teraz chcę zrobić. Chcę opowiedzieć mój sen.
To jest tak: kimasz, widzisz w kimie różne obrazy, całe zdarzenia, krok po kroku, naturalne niby w dzień. Potem się budzisz i jesteś zdziwiony: pamiętasz wszystkie detale, one grają, tylko całość wygląda dziwnie głupio, bez nijakiego składu. Więc lepiej tego nie opowiadać, bo gdzie sens?... Aleja muszę to opowiedzieć.
Kiedyś wiozłem „Księcia" i „Petra" pod bank na Czackiego. Przy domu Braci Jabłkowskich ciężarówka stuknęła gablotę, piknik w zafajdanym korku. Włączyłem radio. Literat nawijał, że genialne pomysły senne, przy których on się budzi, aby je zanotować, rano , okazują się komiksem dla ubogich, można o dupę potłuc. Sen nic nie wart, ludzkość traci jedną trzecią egzystencji, medycyna przyszłych pokoleń znajdzie na to lek. Jakiś pytacz z radia miętosił go, a ten mu truł ćmoje-boje. „Książę", zajęty na tylnym siedzeniu pogaduchą z „Petrem", usłyszał, bo nagle warknął:
- Głąb!... Elita intelektualna, chluba narodu! Tombak!
- Inteligencja ludowa, panie szef - zgodził się „Petro" swoją modą, filozoficznie. - Kultura masowa, siła przodująca, cywilizacja fryzjerów. „Myśl nowa blaski promiennymi..."
Pogadali sobie, mieli wspólny charakter mędrkowania, takie luzackie kpiarstwo, co nie każdemu wychodzi, cholernie ciężko podrobić styl, a jeszcze ciężej luz: wszystko jakby od niechcenia. Było w ich grze coś z brydżowej licytacji: dwóch wirtuozów rozmawia szyfrem i mają z tego frajdę. Tam, w korku, mówili, że facet nie kapuje, iż sen oraz jawa to dwa światy całkowicie odmienne, nie można decydować, który jest lepszy, nie wiadomo nawet, który prawdziwszy, tak jak nie wiadomo, czy umysł wariata jest gorszy od zdrowego mózgu, to po prostu inna realność. Ale ich wniosek był taki sam: nie powinno się wywlekać snów z mrocznej ciszy ku słońcu, bo przenosić jeden z tych światów do drugiego znaczy kopsnąć rybę na brzeg - wówczas ona zdycha.
Jednak ja opowiem moją szpitalną kimę, choćby miało to wypaść ni w pięć ni w dziewięć; było w niej coś proroczego i to coś wróciło na samym końcu mojej podróży z „Księciem"; kiedy poznacie ów koniec, odechce wam się śmiać.
Kimałem, że jesteśmy powstańcami, ja i kilkunastu chłopaków. Nie znałem ich, chociaż w kimie musiałem ich znać, zasuwaliśmy razem, wszyscy dla siebie swoi, ale nie pamiętam żadnych facjat, które mógłbym rozpoznać. Byliśmy oddziałem lub resztką oddziału, bo spieprzaliśmy. Nie wiem, które to powstanie, o tym nie było mowy. Dawaliśmy kurewskiego dyla, ktoś nas gonił, straszny wróg, też nie kojarzę, co za swołocz, bo się nie oglądałem. Wpadliśmy we drzwi domu, to była jedyna droga ucieczki, a ten dom był wieżowcem. Śmigaliśmy po schodach do góry, w każdym tyłku pracowała honda, giry niosły odrzutowo. Na dziesiątym piętrze stanęliśmy; w jednym z mieszkań kilku facetów dyskutowało, czy już będzie dość, czy mamy biec dalej. Przez otwarte drzwi widać było wnętrze dużego pokoju, słowa mieszały się z dymem szlugów. Byli filmowcami, mieli kamerę. Nie mogliśmy czekać, co postanowią, wróg się zbliżał. Znowu do góry, po kilka stopni, ze spluwą w grabie, coraz ciężej, czułem fizyczny ból. Schody nie miały końca, a cykor nie dawał odpocząć. Na co liczyliśmy? Jasne, że nie na dach, bo tylko w normalnej chałupie można prysnąć po dachach, a to był, kurwa, wieżowiec. Liczyliśmy na niebo, że zwiejemy do nieba i tam znajdziemy ratunek. Nie myślałem o tym podczas biegu, dopiero jak wpadliśmy na ostatni podest i zobaczyłem klapę w suficie, ucieszyłem się razem z innymi: za chwilę będziemy u Pana Boga, a oni będą nam mogli naskoczyć, nie dostaną nas, taki fiut! Rzuciliśmy się do tej klapy, żeby ją odemknąć i nagle ujrzeliśmy coś, od czego zrobiło nam się słabo, opadły ramiona, patrzyliśmy z przerażniem w tę blachę, wiedząc, że nie mamy już żadnych szans. Na klapie widniały słowa we wrogim języku, przeklęte liternictwo tych, co za nami gonili. To było wejście do ich nieba! Rozpacz w żyłach można czuć jak alkohol, z tyłu śmierć, z przodu piekło. Zamknąłem oczy.
W tym momencie przebudziłem się; leżąc z otwartymi oczami wciąż widziałem ten cholerny napis i czułem ten gniew, który pali ciało bezradnego człowieka. Potem był obchód i werdykt: pozytywne przesilenie.
Jeszcze z miesiąc kiblowałem na szpitalnym. W przeddzień wypisania, koło północy, ktoś mnie zbudził, szarpiąc i zatykając dłonią pysk, żebym nie krzyknął. Świeciła tylko lampka we wnęce z kontaktem alarmowym, lecz pokój był księżycowe widny. Ujrzałem nade mną facjatę „Petra". Nie znałem go (a on nie nosił tej ksywki, dostał ją później), chociaż widywałem czasami. Gienek mówił o nim, że kiedyś był rekinem na całej Pradze, ale miał obciach i spadł z układu. Więcej niż pięćdziesiąt, mniej niż sześćdziesiąt, łysy, ze srebrnym wiankiem od ucha do ucha. Emeryt nie zgorzkniały, ani wałkujący przeszłość, więc niegroźny dla nowych kapitanów. Chociaż nic nie znaczył, wszyscy go lubili, ferajna tykała go grzecznie, per: „szaconek!", niektórzy: „jak zdrówko, panie Mieczysławie?", dla pętaka, którym byłem, za wysoki próg.
Powoli cofnął grabę z mojej jadaczki i przyłożył palec do swoich warg: ciiiii...! Odszedł, zafilował, czy towarzystwo kima, wrócił i szepnął:
- „Fokstrot", dlaczego pomogłeś temu frajerowi?
Zdębiałem. Walnął bez podchodów, licząc, że trafi z zaskoczenia. Przeliczył się:
- Jakiemu frajerowi?
- Ciiiiszej!... Dlaczego mi pieprzysz?!... Nie jestem twoim wrogiem, głupku!... Chcę się z nim skontaktować. Myślę, że ty go znasz... musisz go znać, inaczej byś mu nie pomógł. Tylko nie truj, że serce ci się kroi jak kilku nasuwa jednego, więc odstawiłeś dobry uczynek!
„Takiego wała! - pomyślałem - niedoczekanie twoje, płyń! Chcecie, go załatwić, szukajcie sami, ale przedtem zróbcie testament, bo na własnym podwórku on spuści wam lepsze manto". Przycisnął:
- „Fokstrot", radzę ci gadać!
- A jak nie?
- A jak nie, to jutro będziesz dętką. Oni czekają na twój powrót do domu, delegacja, kapujesz, powitanie, wyrazy wdzięczności, bukiet z naostrzonych brzytew. Rano obstawią drzwi szpitala, żebyś nie prysnął. Dlatego chcę cię ewakuować teraz, załatwiłem z lekarzami. Mam bezpieczną metę, gwarancja. Ale coś za coś. Powiesz mi, kim był ten frajer. Jest mi potrzebny, chcę się z nim dogadać. No więc?... Idziesz ze mną?
- Po ten bukiet?
- Synu, możesz mi nie wierzyć, ale czy masz wybór? Jeśli pracuję dla nich, to tylko trochę wcześniej powąchasz te kwiatki. Jeśli pracuję dla siebie, to jestem twoją szansą.
Była trzecia możliwość: robi dla nich i dla siebie, walcząc o powrót na jakiś szczebel drabiny. Nie gadał do głupiego, ale po co miałem mu to udowadniać? Nawijał dalej:
- Zostaniesz tu - wygrasz kilka godzin. Idąc ze mną, możesz się uratować. Bądź nieufny, ale nie bądź kretynem.
Nie chciałem być kretynem. Bałem się, że kiwa, lecz jak mogłem sprawdzić - nie miałem wyboru. Sypnąłem mu, w którym klubie robi „frajer". Lub robił, skąd mogłem wiedzieć, czy wciąż tam biega, ale „Petro" nie chciał nic więcej, odszukałby dane w archiwum klubu. Moje łachy miał przy sobie.
Cieć wypuścił nas jak z baru hotelowego, taaaaki ukłon. Brzeska niby opuszczona dekoracja do filmów o sanacyjnej męce proletariatu, ciemność i wilgotny chłód. Naprzeciwko wejścia, po drugiej stronie jezdni, fiat 125. Usiedliśmy z przodu. „Petro" chciał zapalić. Kontrolka trup, rozrusznik też -jakby dłubał kluczykami w zębach.
- Co jest, cholera!? - zaklął. - Wszystko było dobrze!
Ale przestało być. Czułem, że to nie przypadek, strach dusił mi krtań, po bebechach mdliło, nie mogłem opanować drżenia. Wtem obok gabloty pojawił się gość w brezentowej kurtce. Szarpnął drzwiczki i spytał:
- Pomóc panu?
Zobaczyłem drugiego przy moich drzwiczkach. „Petro" przełknął taką porcję śliny, że mimo sadła widać było skaczącą grdykę.
- Z kim mam przyjemność?
- Pomoc drogowa, szanowny panie.
- Nie wzywałem.
- Staramy się uprzedzać życzenia klientów. Nawiasem mówiąc nie będziemy pomagać panu, lecz temu młodzieńcowi, którego pan obudził. To pański syn?
- Kumpel.
- Ze szkoły?
- Panie, czego pan chce?! - rozzłościł się „Petro" (już na luzie, bo teraz kombinował, że gliny).
- Przesadzić pana do tyłu. Zrobi pan to samodzielnie, czy pomóc?
„Petro" przesiadł się sam, a facet, który z nim gadał, zajął jego miejsce. Po bokach „Petra" usiadło dwóch (jeden z nich wcześniej otworzył maskę i gmerał w silniku). Spojrzałem na tego przy kierownicy i aż mną trząchło: kurka wodna, skąd ja znam ten ryj?... zaraz... pamiętam, filowałem na niego jak przez mgłę... tak!... był wśród facetów, którzy wynosili mnie z „mordoprania"! I głos! To on powiedział: „Szefie, dwóch może wykorkować, będą kłopoty". Wiedziałem, że się nie mylę, od szczeniaka najlepszą ze wszystkiego miałem pamięć i to mi zostało (refleks też miałem morowy i smykałkę do czterech kółek, nikt na Pradze tak nie jeździł, ale „Książę", choć błagałem bez ustanku, nie dał mi sprawdzić się w rajdach).
Ruszyliśmy. Facet kierował nieźle, nocą każdy głupi potrafi, pustynia. Nikomu nie chciało się lać głodnych kawałków, jak „Petro" spróbował, od razu przymknęli mu dziób:
- Proszę panów - zagaił - ten człowiek mógł stać się obiektem dintojry. Chciałem mu zapewnić bezpieczeństwo...
- To mamy wspólny cel, wujku, my w tej samej sprawie - przerwał któryś z siedzących obok niego. - Tylko że po dwudziestej drugiej obowiązuje cisza nocna, nie wolno zakłócać sąsiadom, więc stul japę!
Od tej pory słychać było rozrząd i luzy panewek w silniku. Brzeska, Kijowska, Targowa. Pod wiaduktem zatrzymaliśmy się. Jeden wybył i wsiadł do gabloty, która migała za naszą. Teraz my pojechaliśmy ich śladem. W Zamojskiego, do Ronda i przy Stadionie aa Wał Miedzeszyński. Znowu stop, koniec rejsu. Złaziliśmy po drewnianych schodkach ku rzece. „Petro" musiał puszczać w kaleson ze strachu. Mógłbym go uspokoić, lecz nie byłem pewien, czy zasłużył -czy nie chciał mnie zwabić gdzieś, skąd wraca się na łokciach lub na plecach:
Weszliśmy do hangaru z kajakami. Dwie żarówki oświetlały całe wnętrze. Tamci zamknęli bramę, usiedli na stercie kapoków i walnęli sobie po szlugu, nam robiło się coraz zimniej. Też bym obciągnął dyma, własnych nie miałem, a prosić? Staliśmy w przejściu między pionami platform, „Petro" wyglądał na nieboszczyka, który umrze po raz drugi. Nie wiem, ile trwało to czekanie, mój sikor zatrzymał się w przechowalni szpitala. Długo. Nareszcie skrzyp drzwi i wszedł człowiek, którego brakowało. Klasyczna elegancja trenerów: sztruksowa katana, a pod nią golf. Zbliżył się do mnie i spytał:
- Noga w porządku?
- Noga?... tttak... - wybąkałem.
- Złego diabeł nie ruszy. Dziękuję ci, „Fokstrot".
- Za co?
- Za tamto. Jestem twoim dłużnikiem.
I odwrócił się do starego. Głos miał nie zmieniony (tylko w oczach coś, że „Petrowi" jeszcze bardziej zmiękła rura). Powiedział:
- Nauczono mnie: szanuj starszych ludzi. Gdybym miał dziecko, wpoiłbym mu ten sam respekt i nie chciałbym, aby widziało, co teraz zrobię, gdyż utraciłbym w jego oczach wiarygodność.
Zawsze rumiane poliki „Petra" przybrały kolor cementu, łapał rybi dech, w końcu padł na wznak, druzgocąc wiosła wsparte o siebie jak drzewce wigwamu. Tamten krzyknął:
- Wody!
Ułożyli biedaka na platformie remontowej, a kiedy spryskali mu twarz, jęknął:
- Nitro...
W kieszeni miał buteleczkę... Potem stali naokoło, jak ekipa chirurgów modlących się, by pacjent nie odwalił kity.
- Przenieście do wozu - powiedział ten w golfie. - I na Hożą. Kiedy ci z pogotowia będą pytali, powiedzcie, że znaleźliście go pod wiaduktem.
„Petro" zrobił słaby ruch, dając znać, że nie chce. Otworzył ślip i wybełkotał:
- Najpierw... gra pan... rolę... oprawcy... a teraz... salwuje... Sruje-pierdziuje-tokuje po chińsku, a ty jesteś dupa, bo nie byłeś prymusem w czytankach z wyrazami obcymi! - szlag mnie trącał, kiedy nie kojarzyłem mowy (dlatego później uderzałem do słownika, jak stara baba w modlitewnik). Golf wzruszył ramionami:
- Zafundować ci chorobę mógłbym, ale korzystać z twojej choroby nie chcę. Tylko nie poddawaj mojego humanitaryzmu kolejnej próbie, bo on może jej nie wytrzymać. Powiedz swoim kolesiom, czy zleceniodawcom, że odetnę każdą łapę, która zamierzy się na „Fokstrota"!
- Musiałbym w tym celu urządzić akademię i przemówić do nich z trybuny - rzekł „Petro", siadając - bo osobistych kontaktów nie utrzymuję z żadnym. Słowo honoru! Prędzej już mógłbym wymalować na murach Pragi białą farbą: „Ręce precz od «Fokstrota»", ale za skuteczność nie odpowiadam. Takie hasła cieszą się u nas opinią, która niezbyt dodatnio wpływa na poziom percepcji ludu. Ewentualnie, gdybym wpadł z puszką i z pędzlem w ramiona przedstawicieli ludowej władzy, byłbym primo: wzięty za sabotażystę, który broni tańców reakcyjnej kliki pułkownika Becka, czyli atrybutów starego reżimu, sekundo: skazany za discofobię, czyli dywersję przeciw wezwaniu „o dalszy dynamiczny rozwój".
Zeskoczył na beton i otrzepał garnitur uwalany trocinami. Był geniuszem, potrafił nawijać każdą kminą - kozaczył z kozakiem, glinił z glinami, na Uniwerku wstawiłby taką mowę, że wzięliby go za swojaka. Pod ten golf strzelał wyrazami i żartami, które były obliczone na to, że golf się spruje i kupi. Ale to nie był jego główny numer, okazało się, że jest bardziej genialny, niż sądziłem. Bo wszyscy, słuchając jak polewa, mocniej niż od tekstu zgłupieli od tego, że mu zawał przeszedł niby krótki kaszel albo smród z puszczonego bąka. Wańka-wstańka, panie panowie, jak pragnę szmalu! Golf wycedził:
- Numer z nitrogliceryną, duża nowość... Jeden zero dla ciebie. Do przerwy!
Pysk „Petra" zamienił się w uśmiech:
- Jaka tam nitrogliceryna, pastylki z miodu. Środek na sytuacje ekstremalne. Wygodny, nie uwiera pod pachą ani nie obciąża kieszeni... W moim wieku to jedyna szansa przy spotkaniach z ludźmi, którzy najpierw biją, a pytają później, lub w ogóle nie pytają.
Jeden z tych, co nas zgarnęli koło szpitala, rudy młodzik w dżinsie, sczerwieniał pod kolor własnych sitowi i zaryczał:
- Zgryyywusek! Dowcipaaaasek! Wyyyjdziesz sto... stąd nooooogami do... doooo przoooodu, tyyy...! „Petro" spojrzał na jąkałę ze zdziwieniem:
- Człowieku, mój sznur przed chwilą się urwał! Cywilizowani ludzie nie wieszają po raz drugi...
Golf przypatrywał się milcząc, a stary cwaniak kuł żelazo, korzystając z tego, iż jest przy głosie:
- Bóg mi świadkiem, że chciałem uchronić „Fokstrota" od din-tojry. Nie bez własnych widoków, prosiłem o kontakt z panem, bo mam interes, który może...
- Jaki kontakt! - przerwał mu golf. - Ten chłopak mnie nie zna!
- Założy się pan?
Wzrok golfa żądał natychmiastowej odpowiedzi. Powiedziałem, skąd go znam.
- Mówiłeś o tym jemu? Albo komukolwiek? - spytał.
- Nie... nikomu o tym nie mówiłem.
Pofilował na ,,Petra", w oczach miał kłującą złośliwość.
- Jasnowidz jesteś, panie kontaktowy?
- Coś w tym rodzaju. Mam taki talent, potocznie nazywany domyślnością, a w literaturze kryminalnej dedukcją. Jeszcze przed Conan Doylem Edgar Allan określił to jako „zdolności umysłowe zwane analitycznymi". Pamięta pan „Zabójstwo przy rue Morgue"...
- Nie pamiętam. I nie kontaktuję! Mów prosto.
- A robię coś innego? Za to pan kręci. Pan doskonale kontaktuje. Nie urządzam panu testów na inteligencję, tylko odpowiadam, nawiązując w rozmowie do czegoś, co stanowi dla mnie oczywisty fakt. To zbrodnia, obelga, czy co? Mamy rozmawiać knajackim wolapikiem?!... Czas już na trochę grzeczności, mój panie, nie zniosę dłużej...
- Założysz się?
„Petro" wybrał zły moment na rozprostowanie nóg. Groźba
wyrażona tą propozycją podcięła kolana jego tupetu, musiał dalej znosić upokarzającą rolę przesłuchiwanego, udawać, że ślina to deszcz, klajstrować dziurawą dumę językiem. Utraciwszy godność, nie utracić stylu. Był mistrzem tej konkurencji. Dobry jest w niej co drugi człowiek, ale ilu potrafiłoby to robić wewnątrz klatki z tygrysami?
- Założę się. Że pan czytał „Zabójstwo przy rue Morgue". To właśnie uważałem za oczywisty fakt i nie było w moim odezwaniu żadnych intencji ubocznych, można chyba powołać się w rozmowie na coś znanego obu partnerom? Gdyby pan był ignorantem, z mojej strony stanowiłoby to nietakt, ale pan nim nie jest.
- Tego też się domyśliłeś?
- Owszem. Powtórzono mi kilka bonmotów, które pan wygłosił do swoich ofiar przed jatką. Pewien rodzaj, nazwijmy to artykulacji, zdradza pewien poziom wykształcenia i oczytania. Mógł pan akurat nie czytać Poego, ale na tym poziomie jeżeli nawet nie zna się treści, pamięta się duże nazwiska i tytuły, to podstawowy bank nazw, który inteligent ma w głowie, jak harcerz tytuły obozowych piosenek. Półinteligent również, ale brakuje mu tego specyficznego poczucia humoru, które wzrasta wyłącznie na glebie prawdziwej inteligencji ożenionej z czytankami bogatszymi niż lektury szkolne, komiksy i plik gazet. Dramat, który pozwala, jak pan to ładnie ujął, wątpić w ewolucję, polega nie tylko na tym, że dookoła alkoholizm, analfabetyzm, brud i bydlęcość, czyli to, co pan nazwał polskim westernem, lecz może bardziej na tym, iż armia wyposażonych w dyplomy, tytuły i stanowiska przygłupów, gigantyczna mierzwa kultury obrazkowej, zawładnęła mianem inteligencji i wyznacza coraz niższe kryteria poziomu. Terror umysłowego bagna. Jedyną dobrą stronę tej sytuacji stanowi fakt, że wyjątkowość prawdziwego intelektu to hermetyczny zakon, rodzaj masonerii mózgów, przedstawiciele tej ginącej rasy identyfikują się w kilku słowach czytelnych jak hasło i odzew.
Golf burknął przez dłoń kryjącą ziewanie:
- Wolnomularzu, skracaj umizgi, bo poznasz masonożerczy kanibalizm.
Chłopakom, którzy stali obok, imponowało, że szef tak ładnie punktuje. Nie załapywali czegoś, co ja już zdążyłem. Teksty, które sprzedawał „Petro", wcale nie wnerwiały golfa, na odwrót, z każdą chwilą głaskały przyjemniej. Widziałem to w jego ślepiach; atakował bardziej z rozpędu niż potrzeby, ta już nie istniała. Łabędzi śpiew. Stary wycwaniony kornik drążący jego próżność wiedział, że zdarzają się jednostki, które mogą przetrzymać każdy ból, największe zmęczenie i najdziksze chlanie, lecz odpornych na pochlebstwo nie ma. Jest co prawda wilczy dołek i dla komplementującego - przeciągnięcie strun. On był na to za mądry:
- Ja panu nie kadzę, tłumaczę tylko, skąd wiem o pańskiej przynależności do określonego bractwa.
- Braciszku, miałeś mówić o tym, skąd wiesz, że „Fokstrot" zna mój adres!
-To samo źródło, wyczyn zwojów mózgowych. „Fokstrot" postąpił dziwnie. W jego środowisku i w jego sytuacji był to akt szaleństwa, a w każdym szaleństwie jest okruch metody. Gdyby pana nie znał, patrzyłby spokojnie, jak wdeptują pańską nieśmiertelną duszę i bohaterską cielesność podeszwami w ziemię przodków... Tak dedukowałem, co nie znaczy, że byłem pewien, w dedukcji jest naturalne ryzyko błędu. Podobnie ma się rzecz z hekatombą, którą pan wykreował. Nie jestem pewien, czy z zemsty, może tylko dla junackiego splendoru, dla przekonania swoich uczniów o wyższości sal treningowych nad podwórkami, sportu nad bandytyzmem, sztuki nad liczbą i materią. Dedukcja to logika, lecz wielka dedukcja to logika w ramach intuicji. Intuicja... Przyjmę wszelki zakład, że grał pan wyłącznie rolę hrabiego Monte Christo z białą laską!
Golf popatrzył na niego jak na wariata.
- Z czym?!
- Ślepego Monte Christo. Pan wziął odwet na przypadkowych indywiduach, bo nie miał pan wpływu na dobór tej zgrai. Być może liczył pan na uśmiech losu, na to, że będzie wśród nich pański wróg i być może tak było, tego nie mogę wydedukować, ale mogę wątpić, bo wiem, iż wiara bardzo rzadko przenosi ciężar marzeń. Dokonał pan zemsty po omacku. Ergo - nie dokonał pan zemsty wcale.
Na wiecach robi się tak cicho, gdy ktoś zapoda: „A teraz uczcijmy minutą ciszy...". „Petro" wystrzelił przedostatni nabój i czekał, a milczenie golfa było zbiorowym kneblem, tylko on miał prawo głosu. Musiał coś rzec i może się zastanawiał, a może zatkało go od celnych trafień „Petra", tak czy owak wciąż milczał, wpatrując się w gębę starego.
- Kim ty jesteś?! - uderzył nagle jak ktoś, kto wchodzi do swej chaty i widzi obcą figurę w szlafroku.
- Przymusowym rencistą bez renty, marzycielem bez złudzeń, nałogowym wypełniaczem kuponów totka bez szczęśliwej niedzieli, bo tu dedukcja się nie sprawdza. Kiedyś należałem do prominentów prawego brzegu, Grochów stanowił moją włość, ale wydziedziczono mnie...
- Kiedy?
- Uuuu! Kopa lat, w sześćdziesiątym ósmym.
- Więc w sześćdziesiątym piątym byłeś władzą na Grochowie?
- Władzą była władza, ja byłem panem na Grochowie, szefem tego Grochowa, który nie lubi zadawać się z władzą.
- Półświatek?
- Półświatek, margines, podziemie kryminalne, jak pan woli. Od małego do dużego interesu, zdarzały się i bardzo duże.
- A Praga?
- Praga była lennem mojego... przyjaciela... obaj podlegaliśmy faraonom prawobrzeżnych dzielnic. Ale znałem Pragę dobrze, mieszkałem tu.
- Musiałeś więc znać wszystkich jej bandziorów...
- Co do jednego.
- I każdą głośną sprawę...
W tonie „Petra" zadźwięczał hamulec, może strach, a może tylko czujność:
- Owszem...
- W sześćdziesiątym piątym przy Brzeskiej truła się dziewczyna... Pamiętasz?
„Petro" skupił się, lub udawał, marszcząc brwi, na koniec mruknął:
- Kilka podfruwajek o złamanym sercu...
- Nie cierpiała na to. Została zgwałcona przez bandę ze swej ulicy, można powiedzieć przez sąsiadów!
W ślepiach starego błysnął ognik pamięci i natychmiast eksplodował:
- Już! Coś sobie przypominam... Więc to takie buty?!... Przypomniałem sobie...
Ja też. Blade światełko. Mieszkała trzy domy od nas. Nie mogłem jej pamiętać, byłem szczyl - policjant, kowboj, wódz Apaczów.
Miałem dziewięć lat. Gienio czternaście, klepał mi piąte przez dziesiąte jak treść filmu, na który nie wpuszczono gnoja do „Syreny" i „Pragi". Detal poznałem od innych, co mieli starsze rodzeństwo. Dziewczyna była swoja, a odprowadzał ją dobiegacz z drugiego brzegu, frajerek z Żoliborza, czy Mokotowa, studencik; chłopaków pod bazarem zalewała krew. Ostrzegli dziewczynę, bez skutku. Zaczepili ich, dziewczyna coś im warknęła, dostała w twarz, i wówczas on uniósł się tą rycerską odwagą inteligencika, którego jeszcze nikt w życiu nie skopał butami. Zrobili z niego futbolówkę, normalnie. Pobiegła do glin, sypnęła i chłopców zapuszkowano. Takich rzeczy się tam nie darowuje. Kapuś wziąłby kosą po flakach, ale dziewczyna-kapuś? Wyprostowano ją żywymi majchrami. Odkręciła gaz, w szpitalu padła na rozum. Potem jej stara wymeldowała się z dzielnicy, zabierając córkę. Ludzie mówili, że do czubów, a stamtąd do grzesznej ziemi, bo poświęconej ksiądz nie dał.
„Petro", gdyby mógł, klaskałby z zachwytu. Jego fart przekroczył szczyt marzeń; człowiek, którego szukał, nie mając żadnej gwarancji na znalezienie, a po znalezieniu na umowę - znajdował się w jego rękach. I zgodnie z oczekiwaniem ten człowiek po raz pierwszy odezwał się doń per „pan":
- Proszę... pana... - wymówił z trudem, jakby gardło było za wąskie dla słów - czy pan znał... to jest, czy pan wie... jak można znaleźć tych ludzi?
- Tak.
Golf pragnął więcej, ale „Petro" się nie spieszył, chciał wziąć swój mały odwet. Patrzyli sobie gęba w gębę, czekając. Po kilku sekundach mądrość starego szepnęła mu, jaką głupotą jest łowienie drobnych satysfakcji kosztem interesów. Odpuścił z uśmiechem pełnym zwycięstwa sprytu nad ambicją:
- Światem rządzi Bóg miłosierny albo król-przypadek, trzecie nie istnieje... To prawdziwy cud, moja szczęśliwa niedziela, lecz pańska również. Szukałem pana, bo tylko pan może mi pomóc. I co się okazało? Że tylko ja mogę pomóc panu. Ale nawet nie to jest najbardziej cudowne, lecz fakt, że ma pan jedną możliwość zrealizowania swych zamierzeń w sposób optymalny - kupić mój projekt, zgodzić się na przedsięwzięcie, które chcę panu zaproponować. Nasze cele uzupełniają się jak rewolwer i pocisk, jedno bez drugiego nie funkcjonuje... Wie pan, odczuwam strach, że to sen, który się skończy na rozkaz budzika, bo ta zbieżność ma w sobie coś nierealnego, z kosmosu objawień świętych lub metafizycznych...
Poniosło go; czuł, że przeholowuje, więc urwał, z pewnością zły, iż o kilka zdań za późno, bo golf to facet, którego można zrazić egzaltacją w przełyku. Lecz tamten był dziwnie nieobecny, zdawało się, że kima z otwartymi oczami; powiedział wolno, półgłosem:
- Chcę odpocząć... Moi chłopcy zawiozą pana do domu... jutro omówimy nasze sprawy. „Fokstrot" zostaje ze mną...
- Jak długo?
- Co jak długo?
- Jak długo będzie pan trzymał go u siebie, do końca życia? Oni nie zapominają i nie wybaczają, chyba że muszą.
- Człowieku, jestem zmęczony... Później się zastanowię...
- Później będzie za późno, musi pan decydować natychmiast!
- Dlaczego?
- Dlatego, mój panie, że kiedy jutro zobaczą, iż „Fokstrot" zwiał, całą wściekłość obrócą przeciw jego bratu, pewni, że to on mu pomógł...
Golf rzeczywiście wyglądał na zmęczonego, coś z nim było nie tak; przed chwilą pękła jakaś sprężyna i zapatrzył się w głąb samego siebie, odpędzając muchy słowami; miał wszystkiego dość. Ale nawet w tym stanie zwisu nie przestał kojarzyć i nie przepuścił luki w zeznaniach „Petra":
- To ładnie, że tak się pan martwi o jego rodzeństwo. Tylko że nasza randka tutaj to przypadek, którego nie mógł pan wydedukować, prolog cudu, o którym śpiewa pan jak trubadur zaczytujący się Svedenborgiem! Wziął pan ze szpitala jednego, a co z drugim?... Też chciał go pan natychmiast schować w swoim domu?... Gdyby tak było, przyjechałby pan po rekonwalescenta z jego braciszkiem!
- A dlaczego nie na odwrót? - zapytał stary. - Jego brat mieszka gdzieś koło Dworca Wileńskiego, chyba u teściów, nie wiem dokładnie, „Fokstrot" by mnie zaprowadził.
Miał odpowiedź na każdego haka, szybką i gładką jak wąż. Kto mógł sprawdzić, że blefuje? Zresztą może i nie łgał, to było teraz bez znaczenia. Zatrzęsło mną co innego: przez cały ten czas nawet nie pomyślałem o Gienku, dopiero on mi przypomniał, że mam brata. Czułem się jak Kain. Gienek budował lepsze jutro, wycinając na eksport jakąś puszczę, ale właśnie miał wrócić z delegacji, może już wrócił. Zgnoiliby go za niewinność...
Golf widać doszedł do wniosku, iż wojowanie słowami z władcą słów to gówniany interes, bo spytał rzeczowo:
- Co pan radzi?
- To, co i tak musiałby pan zrobić jako dłużnik „Fokstrota". Połamać ręce, które się zamierzą na niego. W drobny mak! Bestie należy sterroryzować według pisma: gwałt niech się gwałtem, aby sama myśl o dintojrowaniu powodowała paniczny lęk!
Golf wyzbył się wahań:
- „Fokstrot", gdzie mieszka twój...
- To już nie będzie konieczne! - przerwał mu „Petro". - Oni zaczną od domu „Fokstrota". Trzeba na nich poczekać i sprawić łaźnię. Tamto mogli uznać za wypadek przy pracy. Po dwóch takich lekcjach koniec złudzeń, zapanuje w tym towarzystwie ból głowy i krótki chaos. Nim się otrząsną, można by przygotować wielkie bang i... genesis nowego układu... Ale o tym mamy rozmawiać jutro.
Umówili się i pożegnali. Nazwiskami:
- Mieczysław Heldbaum, po matce Żendziakiewicz vulgo Żendziawer, do usług.
- Stefan Karśnicki (później usłyszałem, że w klubie zwano go „Samuraj"). Moi ludzie odwiozą pana do domu.
Rozjechaliśmy się. Jedną gablotą „Petro" i czterech, my w drugi wóz, prowadził jąkała. Golf wysiadł ze mną przy Międzynarodowej. Dwa pokoje z kuchnią, trzynaste piętro, miało się Warszawę na dłoni. Nigdy nie widziałem tylu knig w jednym domu, księgarnia, biblioteka. Rozłożył mi połówkę, dał bety i kazał się ochlapać, zanim walnę w kimono.
Nie mogłem usnąć; od zapachów po ciszę i ciemność, wszystko było obce. Słyszałem zdania, które mówili tam, nad Wisłą, wciąż od początku. Przekręciłem się, pisk sprężyn poderwał go. Dwa białka, kocie oczy, wpatrzone w moją twarz. Opadł powoli na wyro i zasnął tak samo czujnie, miał sen drapieżnika. W końcu i mnie zmógł, ale inny, ciężki jak kamień.
Pierwszy widok po przebudzeniu: on w slipach, ćwiczy pompki, głębokie, z dwóch krzeseł. Ciało tip-top, jak na wycieczce szkolnej do muzeum rzeźbiarstwa starych Greków. Zrobił po talerzu jajecznicy. Trułem o sobie, bo pytał, zełgałem nie tak dużo. Przyszedł jeden kozak, ten, co pod szpitalem zaczepił „Petra", miał ksywę „Dżek", Jacek Klon, później na fest się zaprzyjaźniliśmy. Złożył raport o mojej klatce schodowej. Chojraki z Różyckiego rozpłaszczały się na podestach i pikowały w dół jak stare manekiny, które obsługa sklepu wali do podziemnego lamusa: ząbki wyplute, gnaty złamane, chóralna modlitwa: „O, Jezuuuu!..."
Przed czwartą poszliśmy łykać mielonego w barze „Smak". Później Karśnicki urwał się z „Dżekiem", a mnie dał kilka stów i kazał kupić chleb, cukier, jakąś padlinę i słoik z marmoladą. Kolejka była krótka, pół godziny, tylko że ja, kurwa mać, nienawidzę kolejek od zawsze i nigdy nie pokocham, bo mi giry drętwieją i nie mogę patrzeć na tych stojaków, co im się wydaje, że jeśli kolejki za wszystkim, za żarciem, ubraniem, papierem do dupy i prawem do życia, są od kilkudziesięciu lat, to były od początku świata i będą aż po skończenie na całej Ziemi, na której byt określa świadomość. Miałem do wyboru: krakowską, serdelową i tę z norek. Wziąłem krakowską. ,
Powrót był klawy. Zgubiłem się, nie rozróżniałem bloków, w mordę plutych, podobne do siebie jak pudełka. Kutas, który to wymyślił, miał czkawkę lub pojebało mu się z kontenerami. Ludzie biorą ślub, czekają dwadzieścia lat w kolejce po kluczyki do tych kilku metrów betonu i przed emeryturą zasiedlają rodzinne gniazdko; pełny raj: drzwi z własnym numerem, własnym judaszem i własnym dzwonkiem, czynnym nawet w nocy. Pieprzę taki luksus, wyrywałbym stąd na czworakach, żeby ucałować sutereny w moim domu.
Powiedział: „Dziękuję", nastawił mi telewizor i już ani słowa, wziął się do knig. Myślałem, że zdechnę, słuchając, jaki jestem szczęśliwy, że tak ich popieram, a oni mnie jeszcze bardziej; nie wiem, kiedy na fotelu uderzyłem w kimono.
Wstałem, gdy przyszedł „Dżek". Był już wieczór. Coś na ząb i pojechaliśmy do „Petra", Karśnicki prowadził. Ja siedziałem z tyłu i myślałem o notatce, która dzisiaj leży wśród moich papierów, a wtedy wisiała nad jego matą (sypiał po japońsku), z napisami kaligrafowanymi tuszem. Stojąc nie dało rady czytać, ale jak wyszedł do ubikacji, klęknąłem. Odwrócona kartka z kalendarza ściennego, 8 maja 1965. Na tylnej białej stronie, którą odwrócił, żeby uczynić z niej frontową, sześć cytatów:
„Zemsta zawsze wypływa ze słabości" (La Rochefoucauld, „Maksymy").
„To słabość sprawia, że nienawidzi się wroga i marzy o zemście" (La Bruyere, „Charaktery").
„Nie trzeba się mścić, mściwość jest przejawem prymitywizmu" (Franęois Truffaut, wywiad dla „L'Express").
„Tylko frajerzy się mszczą" (Paul Newman w „The Sting").
„Nie będziesz szukał pomsty" („Pismo Święte Starego Testamentu", Księga Kapłanów XIX, 18).
„Miłujcie nieprzyjaciół waszych (...) Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu drugi" („Pismo Święte Nowego Testamentu", według Łukasza, VI, 27, 29).