XII
Ciut brakowało do zmroku, jak podjechaliśmy na plac Dzierżyń-skiego. „Krwawy Feliks" stal między dwoma parkingami, wysoko, pyskiem ku tej stronie placu, gdzie był nasz cel - jakby drogę wskazywał. Podniosłem wzrok. „Złocisty wieżowiec" pruł zapadające ciemności niby lśniący kutas wyciągnięty szyderczo w kierunku nieba. Mało było przechodniów, plac cichł, układał się w kimę, rozbłysły światełka latarń.
Zbliżyliśmy się do parkanu okalającego wstrzymaną robotę, szukając wejścia. Za nim było rumowisko, skamieniałe betoniary, poszczerbione taczki, stosy desek i kubłów, przerdzewiałych wraków i dziurawych skrzyń, no i flakonów od groma, wredne cmentarzysko placu budowy, co kiedyś, dawno-dawno temu zdechł.
Nagle, jak w teatrach z lalkami, wyskoczyło spomiędzy tego śmiecia kilkadziesiąt psich łbów. Przypomniał mi się klasztor i dziedziniec szurniętych. Mieli ciała zapaśników, czarne skórzane kostiumy i owłosione paszcze pełne białych kłów. „Dżek" i „Ogień" pokazali klasę, ale tamtych było zbyt wielu, zagryźli jednego i drugiego. „Książę" wciąż walczył; wprawił każdą ze swych kończyn w ruch i zamiatał teren napastnikami, tylko skowyt szedł przez ciemność i coraz to któryś z psiogłowców frunął jak worek na hałdę żelastwa, żeby tam już pozostać, więc robiło się coraz luźniej. Mnie nie ruszano, chociaż stałem na dziedzińcu, jakby nikt z tamtych mnie nie zauważył lub jakbym nie istniał, lub jakby ruszać mnie nie było wolno.
Karśnickiemu nie dali rady; wytłukł ich, skoczył do drzwi wejściowych na parter, lecz otworzyć ich nie mógł, więc się cofnął, i wówczas stało się coś dziwnego: wszystko na dziedzińcu, stosy śmieci, hałdy żelastwa, zwały ziemi, piachu i worków ze skamieniałym cementem, betonowe płyty, zmurszałe cegły, zardzewiałe betoniarki, piramidy desek i kurhany z ciał psiogłowców - wszystko przemieniło się w granitowe złomy porośnięte mchem i tatrzańską roślinnością, w wysokogórski pejzaż, jak na kolorowym obrazku lub pocztówce. Ujrzałem Karśnickiego obok namiotu - siedział spokojny na skalnym występie, pod sobą miał przepaść i kontemplował krajobrazy. Chciałem podejść do niego, ale jak tylko zrobiłem kilka kroków, rąbnąłem się w baniak i padłem na plechy, a jak się podniosłem, namacałem szybę. Przede mną było pleksi lub hartowane szkło, przezroczysta bezkresna ściana. Krzyk na drugą stronę nie dochodził, darłem japę, a Karśnicki nawet nie drgnął. Mogłem tylko obserwować, coraz bardziej zaszokowany tym, co się działo wokół i coraz bardziej bolał mnie łeb od uderzenia w gładź tej szyby.
Obok Karśnickiego stanęli naraz dwaj górale, młody z ciupagą, starszy miał fajkę w ręku. On zagadał:
- Haj!
- Haj - odparł „Książę".
- Pikny dzionek momy, co panocku?
- Rzeczywiście, ładna pogoda. Psiakrew, stamtąd dochodził głos! Jakby nie było szyby! Nie mogłem tego pojąć, i jeszcze tego, że po tamtej stronie był dzień, a tu już nocka! Stary góral napchał sobie fajkę, zapalił i ćmił, a młody obszedł namiot, dotknął go i spytał:
- Wy tam na dole, panocku, syćkie w śmatach mieskacie? Stary go ofuknął:
- Cichaj!... Kaby syćkie domy ceprów ze śmat beły, to by zimą nie strzimały, warciuśko by syćkie na smyntorz posły, haj.
- Dyć kiej... - zaczął znowu młody.
- Cichaj, pędom! Ja będę godoł! - rzekł stary i zwrócił się do „Księcia": - A wy skąd, panocku?
- Z Warszawy.
- Przijechaliście nase Tatry podziwować?
- Tak.
- A która to będzie godzina, panocku?
- Która?... - „Książę" pofilował na sikor. - ...Trzecia dochodzi.
- Pikny zegarecek mocie, pewnikiem ze złota?
- Owszem.
- To tyz pewnikiem bogaty jesteście... Karśnicki nie odpowiedział.
- ...i piniązków trocha trzimacie przi kieseni...
- A gdzie mam trzymać, w hotelu nie zostawię.
- Prawdę godocie, lepij ostawcie nom!
- Jak to wam?
- Ano tak, dójcie nom tyn zygar i te piniązki, jako Jezusik przikazował, co by bogate bidnym łoddawali.
- Żartujecie chyba.
- Nie, nie figlujem. Dacie po woli, dobze będzie, a nie dacie po woli, same weźmim syćko.
- Co?... Chcecie mnie obrabować?
- Ano.
- A jak nie dam, to co, zabijecie mnie?
- I tak cię ubijem, panocku, cobyś na policyje nie polazł skargować, jeno iz kiej sam dos, to cię tylko z ty skałeńki zrzucim w dół, a jak się bedzies handriceł, to cię natłucemy i dłużej będzie bolało.
- To wy jesteście tacy? Zbóje.
- Jakie tam zbójniki! Bidoki.
- Nie boicie się Jezusa?
- Boim się, a jakże, ino co on widzi, ze my bidne. A moze wos nie zauwazy, tyło ma sprawunków na swoi głowie?... No to jak będzie, panocku, po woli, cy po biciu?
Karśnicki wstał. Stary pyknął fajkę i wyszczerzył dziąsło:
- Skoda frasunecku, nie ucieknicie po górach, boście cepr, a my som kiej te kozice.
Szef sięgnął pod spód marynarki i zobaczyłem w jego ręku gnata. Górali też zaskoczył, obaj krok w tył, a w limach cykor.
- Ejze, panocku! - krzyknął starszy. - Co wy?!!
- Do ludzi bym nie strzelał - rzekł „Książę" - ale do kozic nie grzech, tego Pan Bóg nie zabronił.
I wygarnął dwa razy - obaj fru w przepaść! Rozejrzał się, czy nie ma innych, i wtedy mnie dostrzegł. Skinął mi ręką, a ja walnąłem w szybę, pokazując, że mam opór. Zszedł, dotknął szyby, cofnął się i strzelił w nią, ale nawet nie zarysował. Spoza jego pleców przybiegł czyjś głos:
- Chujom stiekła nie pieriebjosz!
Za Karśnickim stał oficer w zielonym mundurze. „Książę" Wygarnął do niego raz - i nic! Drugi raz - i nic! Kule leciały przez tamtego jak przez dym, lub przez mgielny opar, lub przez sen, zjawa czy co?! Trzeci raz - i pusty magazynek, a tamten uśmiechał się, cały i zdrowy! Lecz coś się w nim już zmieniło! Jego mundur przybladł, robił się coraz jaśniejszy i mniej dopasowany, rozdymał się i strzępił jak futro, i naraz tam, gdzie przed chwilą był oficer, zobaczyłem wielkiego białego niedźwiedzia. Uśmiech zamienił się w wyszczerzony pysk pełen okrutnych kłów, a w przekrwionych gałach widać było śmierć Karsnickiego, bo przeciw tej bestii nie miał szans.
Wtem zza moich pleców rozległ się głos, ciche warczenie, to, którym drapieżnik ostrzega, że i on umie zadawać śmierć. Rzucam patrzałką przez plechy... Cyc! Rany Boga, skąd się tu wziął?! Wpatrzony przymrużonymi ślepiami w niedźwiedzią mordę, zjeżony, sprężony do skoku. I nagle, jakby go wyrzucono z katapulty, skoczył! W połowie paraboli walnął łbem o szybę, straszny huk! Szyba rozprysła się na milion gwiazd i całe cudactwo - góry, niedźwiedź, Cyc - znikło. Ja i „Książę" staliśmy na podwórku-cmentarzysku zapomnianej budowy, nie było już nawet ciał psiogłowców, tylko trup „Ognia" i trup „Dżeka" leżały obok, niczym schlane robole za dawnych lat.
Drzwi na parter teraz dały się odemknąć. Hall był pusty. Nagie, surowe ściany z betonu, żelazne słupy, kurz i wilgotna stęchlizna, nasze kroki odbijały się echem w ciemność, ku klatce schodowej bez poręczy. Nad głową czułem ciężar wszystkich kondygnacji wieżowca i wszystkie musieliśmy przejść, by dotrzeć na szczyt.
Pierwsze piętro to był salon fryzjerski. Tłum odświętnie ubranych kmieciów siedział wokół dużego dziedzińca, szamał z drewnianych mis i tankował z glinianych dzbanków, a pośrodku usadzono na pniak-taboret knypa kilkulatka i jakiś staruch obcinał mu nożem długie, jak u dziewczyn, włosy. Gdy już były obcięte, cała gromada wybuchnęła radością i poczęła tańczyć, śpiewać, skakać przez ogniska i wydziwiać.
- Postrzyżyny - mruknął „Książę".
- O co tu chodzi? - zapytałem go.
- O to, że oni nie słyszeli o Samsonie. Jakby słyszeli, to może odechciałoby się im strzyc swoich królów. Chodź!
Na drugim piętrze była nawa kościelna. Biskup przy ołtarzu mszę robił, a ku niemu szedł przez kościół król z koroną na baniaku, z gronostajowym płaszczem na plechach i z nagim mieczem w grabie. Jak doszedł, to ryknął:
- Stasiek, obróć się!
- A to na co? - zapytał biskup.
- Bom ja rycerz pasowany, nie wolno mi od tylca uderzać, nie po rycersku by to było!
- Tedy się nie obrócę! - rzekł biskup.
Dopiero jak go król chciał od przodu zajść, to się obkręcił i tak manewrował, że króla wciąż miał za plecami; król biegał wokół niego i biegał, aż się zmęczył, usiadł na podołtarzowym stopniu i sapnął.
- Cholera z tym rycerstwem!... Ale nic, i tak cię dostaniemy! Marny twój los, Stachu! Biskup pochylił się nad nim i uśmiechnął:
- Oj, Boluś, Boluś! Żebyś ty wiedział, jaki my tobie los gotujemy...
Karśnicki ruszył po schodach, a ja za nim. Na trzecim piętrze ujrzeliśmy rynek dużego grodu. Ludzkie mrowie go wypełniało. Wszyscy byli zapatrzeni to w kata, to w młodego skazańca, którego prowadzono na szafot. Szafot był wysoki, na nim pień i topór w katowskich rękach. Ksiądz szedł obok skazanego i krucyfiks mu wciąż podawał do ust mokrych od łez, co spływały po policzkach biedaka. Strasznie tak umierać w młodym wieku. Naraz spomiędzy gawiedzi wyskoczyła kobita; biegła za skazańcem i rzuciła mu na łeb chustę ze swej głowy, krzycząc:
- Mój ci on jest! Mój ci jest! Mój!
- Jej ci on jest!!! - ryknął rozradowany tłum. - Do kasztelana! Niechaj go uwolnią i dadzą im ślub! Do kasztelana!
Strażnicy, co prowadzili młodego, zgłupieli, lecz ksiądz im przetłumaczył:
- Stare to prawo i uszanować je trzeba!
Skazaniec ściągnął chustę z głowy; promieniał radością, że wybawił go cud. Ogląda się i filuje na twarz niewiasty, a potem na księdza. I mruknął do niego:
- Ojcze, pozwól mi umrzeć w spokoju. Tłum nie przestawał ryczeć:
- Do kasztelana! Do kasztelana!
- Odpieprzcie się!! - wrzasnął skazany i wbiegł na szafot.
A my w górę, po schodach. Czwarte piętro. Krajobraz pełen trupów, mnóstwo białych płaszczy, a na nich czarne krzyże. Od razu poznałem, że to grunwaldzka wiktoria. Naszych wojsk już ani śladu, ale ruch panował niewąski; mrowie jakichś łyków, kmieciów, mieszczuchów, szlachciurów, panków, rycerzów i bakałarzów przewalało się wzdłuż i wszerz pobojowiska, jęcząc, płacząc, zawodząc i przeklinając los niefortunny, czego skapować nie mogłem, bo tu się cieszyć należało! Pobiliśmy odwiecznego wroga, po ryju teutońską gnidę natłukliśmy, a ci beczą i włosy rwą z łbów! Karśnicki też nie rozumiał, co jest grane, zaczepił jednego:
- Hej, ty, czemu narzekasz?
- A jak nie narzekać, wasza miłość! - odkrzyknął tamten. -Patrzajta, co porobiły! Wytłukły komturów i ich giermków, wielkiego mistrza zakonu też uciepały, psie krewię, to kto teraz będzie wizy dawał?! No kto?!
- Jakie wizy?!
- Jak to jakie? Wizy do Niemiec, na arbeit! Tu się tylko, wasza miłość, narobisz, ale się nie dorobisz, kurwa ich mać!... Rozejrzał się wokoło i głos do szeptu zniżył:
- Jakby wasza miłość potrzebowała papiór z pochodzeniem, to znam jednego takiego, co może dać za pół sakiewki. Radzę wziąć, bo z tym od razu obywatelstwo przyznają!
- Z jakim znów pochodzeniem?!
- No, że babcia i dziadzio Szwabem albo Ślązakiem byli. Najlepszy glejt, a idzie toto jak woda, chłop nie nastarcza rychtować dla wszystkich, tylu się o to prosi. Ale jakby wasza miłość...
Przerwał mu głos konnego, który nadbiegł od strony lasu:
- Ludzie! Nasi Malborka nie zdobyli, tam się zakonniki trzymają! Pono w Malborku wizy będą dawać! Trza nam kolejkę zająć! Do Malborka!
Tłum huknął: „Do Malborka!" i rzucił się w te pędy za jeźdźcem; pole opustoszało.
A my wciąż do góry. Z piątego podestu ujrzałem ruskie jakieś wnętrze, cerkiewne, szczerozłote, ikon a ikon, blask w oczy strzelał, że trzeba było mrużyć. Pośrodku fotel-dziwadło, na czterech nogach, jak każdy fotel, tylko że tutaj nogi cieniuchne i wysokie niczym szczudła były, więc człowiek w fotelu - mąż dostojny bardzo - aż pod sufitem siedział. A bojary u stóp fotela czołami i kołpakami futrzanymi o podłogę rżnęły, jęcząc:
- Pomyłuj, gospodin Żółkiewskij, my twoi raby, pomyłuj!
I filuję, kurka wodna, a te skurwysyny, niby to nogi fotela całując - zębami je gryzą jak bobry, przegryźć chcą! Z tyłu zaś inne ścierwa dwie tylne nogi piłkami podpiłowują, i kto to jest? Nasi! Z przodu Ruskie, z tyłu nasze, zaraz się pan hetman ze szczytu kremlowskiego spierdzieli na zbity dziób, bo ma przeciw sobie i cudzą swołocz i własną, paranoja, co za naród, żeby swojemu nóż w plechy wbijać!
Wtedy poczułem ten ból. Pierwszy raz. Ta myśl: a ty kto jesteś „Fokstrot"? Rozdwoiła się we mnie dusza na dwóch „Fokstrotów", jeden gardzący drugim, nienawidzący drugiego, pragnący go zabić, ale obaj uwięzieni w jednej klatce, skazani na swoje towarzystwo, co za męka! Chciałem dobrze, ja naprawdę chciałem dobrze, uwierzyłem, iż tak będzie dobrze, byłem taki młody, taki głupi i taki wredny, że łatwo było mi wmówić, iż tak będzie dobrze...
- Batorego, jak Iwanowi Groźnemu zęby wytłukiwał, też załatwiło polskie robactwo - powiedział „Książę". - Wielopolski, choć łotr, rację miał, dla tego narodu można coś zrobić, ale z tym narodem nic! Do cholery, czemu?!
Jeden z bojarów usłyszał, odwrócił się do nas i rzekł:
- Eto wpałnie jasno, Stiepan Stanisławowicz, eto samo saboj razumiejetsa.
I zrobił perskie oko, a my znowu na schody i wleźliśmy na szóstą kondygnację, nie, na szóste piętro, bo kondygnacja już była siódma z parterem licząc. I co widzimy? Husaria nasza kochana! No! Ta, co Turków, Tatarów, Niemiaszków, Szwedów i Ruskich tratowała, co chrześcijaństwo obroniła pod Wiedniem - ta sama! Chłopaki jak malowane, w pancerzach srebrzystych niczym chromowane radio hi-fi... to znaczy nie, na pancerzach srebrzystych, siedzieli na swoich pancerzach srebrzystych i skubali. Pióra skubali, normalnie, jak baby, co trzymają między udem a udem gęś lub kurę i skubią. Skubali swoje husarskie skrzydła, spokojnie, cierpliwie, raz-raz, raz-raz, raz-raz! To był widok! Pióra tylko furkotały wyrywane i odrzucane won, za plecy! Najpierw jedno skrzydło, potem drugie, i już z obu zostają tylko lagi zakrzywione u szczytu. Teraz można je wziąć pod pachy i wspierając się na nich maszerować. Ruszyli. Tłum chromych, o kulach z drzewcy wiedeńskich skrzydeł. Kuśtykają w dal, przed siebie, zadowoleni ze swej pomysłowości. Ale szopa!
I tak co piętro, to kolejny cyrk. Na którymś facet z nagą piersią leżał w drzwiach sali sejmowej, a tłum posłów wychodząc z niej deptał po biedaku i nie zważał na jego krzyk. Wyżej gość w kapeluszu z trójkolorową kokardą obracał w betach pulchną damę i tak się przekomarzali:
- Jeszcze raz, Marysiu!
- Za jeszcze raz, Sire, Galicja!
- Galicję dałem ci za tamten raz, serce moje!
- Ale tylko zachodnią, Sire! Za ten raz chcę wschodnią!
- Dobrze, ale po naszemu.
- Za po waszemu, Litwa, Sire!
- O nie, drogie dziecko, za Litwę mógłbym mieć kilka Marii, ze Skłodowską włącznie! Dobranoc!
Na kolejnym smutny gość w ubraniu błazna i szwoleżer, pośród skał i trupów Hiszpanów.
- Ty idioto, Kozietulski, czym się chwalisz?!
- Stańczyk, o co ci biega? Przeszliśmy ten wąwóz...
- Ale w odwrotną stronę, durniu, w odwrotną stronę!
Na jeszcze wyższym sala balowa; długi wąż par kroczył przy dźwiękach Poloneza Ogińskiego między krzyżami, co wyrastały z parkietu. Na krzyżach były daty: 1772, 1793, 1795, 1813, 1831, 1864, 1939, 1945.
Na dwudziestym piętrze byłem już dętka: ołowiane nogi, strajk płuc, pot ściekał ze mnie jak deszcz, dalej nie dam rady!
- Muszę odpocząć - powiedziałem.
On się zgodził, też pragnął odpoczynku. To piętro to była sala kinowa. Wygodne fotele, puściutko, tylko my we dwóch. Na ścianach transparenty: „NIECH ŻYJE ODWIECZNA PRZYJAŹŃ POLSKO-RADZIECKA!", „500 LAT PRZYJAŹNI POLSKO--RADZIECKIEJ" itp. Jak usiedliśmy, zapadła ciemność i rozjarzył się ekran. Napis: „Zespół Filmowy WETERAN przedstawia film pt. «BRATERSTWO BRONI»...".
Film był historyczny, zaczynał się gdzieś w połowie XIX wieku, o dwóch oficerach przyjaciołach służących w armii rosyjskiej. Jeden był Polakiem, drugi Ruskim. Biją się w kaukaskich górach przeciw jakimś buntowszczykom, żrą z jednej michy, śpią pod jednym kocem, życie sobie wzajemnie ratują, buzi-buzi, dwie papużki nierozłączki. W 1863 wysłano ich oddział do „Kraju Prywislańskiego", żeby tłumił Powstanie Styczniowe, a generał-dowódca każe Polakowi rozstrzelać trzech młodych powstańców, których złapano. Polak odmawia, więc degradują go i wsadzają do ciupy. Pod celę przychodzi ten jego ruski kumpel i namawia:
- Ty, bracie, upokorz się przed jenerałem!
- Nie, Misza, nic z tego.
- Ja ciebie proszę, Polak!
- Nie mogę.
- Ty dlaczego nie możesz, żyć nie chcesz?
- Chcę.
- No to widzisz. Żyć, to jest najważniejsze.
- Nie, to nie jest najważniejsze.
- Jest! Ja tobie mówię jest!
- Może jest.
- No widzisz, Polak. Ty zrób to.
- Daj spokój, Misza.
- Ty zrób to dla mnie.
- Dla ciebie ja wszystko zrobię, ale nie to.
- Ty swołocz jesteś, bracie! Ja ciebie kocham, a ty mnie chcesz na złość.
- Nie tobie.
- Ty wiesz co?
- No?
- Wy, Polaki, wy durnie zajebane!... No, co ty nic nie mówisz? Ja dobrze powiedziałem. Nie jest tak?
- Może jest.
- Ty może i może! Pies ciebie trącał, gnij jak chcesz gnić!
Ruskie podejrzewają, że ten Polak utrzymywał kontakty z „bandytami", ale nie mają dowodów. Puszkują pod jego celę jakiegoś obdartego, ten zagaja:
- Coś przewinił?
- Nic.
- Tu same niewinne. .
- Jam grzechu żadnego nie zrobił.
- Tym gorzej dla cię, bo jak zaczną lać, co im powiesz?... Jak jesteś miętki, rzeknij im od razu co zechcą, przyznaj ichnią rację. Stryk albo li topór furda, chwila i koniec. Ale kiedy nie uwierzą i wezmą na spyty, będziesz żałował. Gdybyś zaś chciał się wyłgiwać, przyczep się do swego kłamstwa niby kleszcz i już nie popuść, żeby nie wiem jak męczyli. Mów to samo i mdlej z bólu, ale mów nie zmieniaj. Jak mądrze wymyślisz i przetrzymasz ze trzy raża, wygrałeś. Mogą i puścić, a ciało młode, wyliżesz się w zdrowiu. Tylko na to trzeba być twardym. Jeśliś miętki, wyznaj prawdę, będziesz miał letko przed trumną.
Potem zapuszkowali z nim innego prowoka, cwańszego: inteligencik w tużurku, niby to dziennikarz powstańczych gazet capnięty. Ten wstawił mowę!
- Honor ci nie pozwała, przyzwoitość ci broni, moralność, co? Wierz mi, moralność też ma swoją arytmetykę! I to jest rachunek bardzo prosty, tylko trzeba umieć liczyć, a wiesz po co? Żeby chociaż cząstkę, chociaż drobinkę honoru uratować. Mnie bili, męczyli mnie o jedno nazwisko. Jedno! A ja się stawiałem, żeby nie pogrążyć tego jednego. Gdybym go od razu wydał, miałbym spokój, a on byłby zgubiony, ale tylko on. A teraz? Siedzę od trzech miechów, ciągle mnie torturują i nie mam już sił, sypię wszystkich i wszystko. Nie chciałem wydać jednej osoby, a wydałem już czternaście! Czternaście zamiast jednej! Policz sobie, czy to się opłaca... No jak, opłaca?!... Dobrze ci radzę, nie stawiaj się, powiedz im, co chcą, bo potem mogą chcieć więcej i dopiero zaśpiewasz, będziesz śpiewał, oj, będziesz, nie ma silnych!... Z jednym takim posadzili mnie raz, słyszałem jak żołnierz, który go przyprowadził, rzekł na korytarzu do strażników: „Miękisz, wyśpiewa!", a strażnik roześmiał się: „Nam za jedno, może być twardy. Zmięknie. Każdy śpiewa"...
Przyszli po naszego, żeby wziąć na przesłuch. Strażnik go kopnął:
- Ruchaj się, psia mać, bo za łeb powlokę!
A on strażnika w ryło, i drugiego też. Dopieprzył im, z ziemi nie mogli wstać. Ruscy skazali go za to na chłostę, przywiązali do słupa, koszulę na plecach mu rozdarto, a generał dla przykładu, a może dla zabawy lub nagany rozkazał, że bić będzie ten jego przyjaciel Rusek. I ten Rusek wziął wycior, podszedł, głos mu drżał:
- Bracie, mnie kazali ciebie bić. Mnie!
- Ty czemu nic nie powiesz? Pluń mi w twarz, i tak będę bił.
- Ja ciebie mocno będę bił, Polak, bo ty mnie skrzywdziłeś strasznie... Ja ciebie kochałem, a ty nie chciałeś iść do jenerała... Prosiłem ciebie, a ty nie i nie! Przez to ja muszę ciebie bić. Ja ciebie za to nienawidzę. Za to będę cię bił najmocniej. Za to!... Za to, że ty mnie tę krzywdę... Za to! Za to! Za to! Za to! Za to! Za to! Za to! Za to!...
Cholera, nie mogłem patrzeć! Karśnicki się podniósł i wyszliśmy, ale z deszczu pod rynnę, bo następna kondygnacja była znów paką i znowu dwóch zapuszkowanych i nawet teksty były podobne:
- Bili?
- Bili.
- Mnie jeszcze nie bili.
- Bili mnie na Szucha, za Niemców, a teraz moi mnie biją. Mocniej biją.
- Pieprzysz, brachu, dlaczego zaraz mocniej? Czy to można zmierzyć?
- Można. Szwab bił cię po to, żebyś mu powiedział prawdę, żebyś się przyznał do tego, co robiłeś przeciw niemu. A ci biją po to, żebyś kłamał, żebyś się przyznawał do tego, o czym nawet nie pomyślałeś. Jezu, jak oni strasznie biją!
- Do czego się przyznałeś?
- Że jestem szpiegiem, dywersantem, agentem CIA i Tity, do wszystkiego, czego chcieli... Ty też się przyznasz.
- Zwariowałeś?! Ja nie jestem szpiegun, nie jestem...
- Ale się przyznasz. Przyznasz się do wszystkiego. Że jesteś kobitą, wiewiórką, korbą od samochodu, rośliną i Chińczykiem, przyznasz się do wszystkiego, co ci każą. I będziesz sypał. Matkę, brata, przyjaciela, wszystkich. Co tylko zechcą. I będziesz na procesie gadał to wszystko i przysięgał, że to prawda, żeby już więcej nie bili. Jezu, jak oni strasznie leją, jak to boli, jak to strasznie boli!!!
Na dwudziestym drugim sala weselna była. Tłum świątecznie odstawiony jadł, pił, tańcował i żartował, śpiewał i ściskał się, weselisko jak to weselisko, balanga na sto dzwonków. Chcieliśmy zaglądnąć, a bramkarze:
- Legitymacja!
- Jaka legitymacja?
- Ta albo tamta, wszystko jedno, ale muszą być! Bez tego nie ma wstępu.
- Jak to ta albo tamta? Jaka, do cholery?
- Lewa albo prawa. Masz pan?
- Nie mam żadnej legitymacji - powiedział „Książę".
- To odejdź pan, nie tarasujcie wejścia!
Cofnęliśmy się w głąb hallu. Przy drzwiach do wc siedziała babcia klozetowa z miseczką na moniaki. Spytałem:
- Co to za jubel, babciu?
- Weselisko, nie widzisz?
- Czyje?
- Córki jednego majora z bratem szefa drukarni podziemnej, synku, same esbeki i opozycjonisty, mieszane towarzystwo.
Z salonu wytoczył się pijany dziennikarz, wlazł do wc i tam ugrzązł. Słychać było jak pierdzi, czka i mamrocze:
„Po torturach mię duchowych włóczą,
więżą mnie konwenansowe szpangi,
oto utarta droga do rangi,
a ja gardzę, ja gardzę, ja plwam
na to wszystko, ze serca szczerego
i nie zdołam rozerwać obroży,
a wstrętów coraz się mnoży
i cokolwiek słyszę to mnie drażni:
Przyjaźń farsą, litość kłam,
a słyszę, że gadają o przyjaźni.
Miłość farsą,
słyszę wkoło półszepty miłości.
Kłamstwo szczerość,
a widzę tu gości
i muzyki słyszę swoje, polskie, nasze,
i po ścianach złożone pałasze,
obrazeczki, sceny narodowe.
To mnie drażni i męczy i boli.
Czy my mamy prawo do czego?!!
Czy my mamy jakie prawo żyć...
My motyle i świerszcze w niewoli,
puchnąć poczniemy i tyć
z trucizny, którą nas leczą.
I tę naszą dolę kaleczą widzieć i trupem gnić..."
Zarechotał jak obłąkany i wrzasnął:
- Miałeś chamie złoty róg, ostał ci się tylko sznur! Babcia uchyliła drzwi i pogroziła mu ręką:
- Na pasku, jak chcesz, synek, a łańcuszków mi proszę nie zrywać!
Dwóch innych wyszło z sali, natrunkowani. ostro, lecz języki nie połamane.
- Tam by wam dopiero dano w dupala! Zamiast do pierdlów, do czubów. W oparciu o fachową diagnozę wydaną przez lekarzy specjalistów, praworządność zachowana, są stemple i podpisy. Wiecie, jak brzmi to rozpoznanie? Sawsiem niepłocho: schizofrenia bezobjawowa! Coś takiego trudno udowodnić, ale i trudno obalić...
- Gdyby respektowano prawo, panie ministrze, to wówczas...
- Co wy mi tu idziecie pieprzyć! Z choinki się urwaliście, czy co? Prawo ma nos z plasteliny, a my mamy rękę żelazną i długą, aby nim kręcić!
- Ładnie powiedziane, pan minister był zawsze królem polemiki i retorycznych fajerwerków, ale to nie zmienia...
- Nic nie zmienia to, co wy robicie, to wy powinniście się zmienić! Tacy jesteście religijni, że prawie nie wychodzicie z kościołów, no to radzę wam, żebyście, zamiast klepać o czterdziestu latach królowania bezprawia, fałszu i niekompetencji - żebyście zamiast tego nauczyli się klepać pewną wschodnią modlitwę. Ona brzmi tak: „Boże, daj mi odwagę, abym umiał zmienić to, co zmienić można, rozwagę, abym potrafił pogodzić się z tym, czego zmienić nie można, i roztropność, abym umiał rozróżnić jedno od drugiego"!
Z sali nadbiegł grzmot chóru:
- Gorzko! Gorzko! Gorzko!...
Ci dwaj otwarli rozporki i ruszyli do sracza. Karśnicki rzekł:
- Chodź, „Fokstrot", już blisko.
Dwudzieste trzecie to było muzeum techniki. „MUZEUM POSTĘPU I DYNAMICZNEGO ROZWOJU" - taki napis nad bramą. Wewnątrz duma i chwała ewolucji techniczno-przemysłowej: chrzcielnica Mieszka I, waga na wykup szczątków św. Wojciecha, szczerbaty miecz do tłuczenia ruskich bram, drewniane dyby, cegła
Kazimierza Wielkiego, para wbitych w podłogę grunwaldzkich mieczów, kaseton wawelski, dzwon Zygmuntowski, pal ze szpicem do nadziewania pohańców, lira Wernyhory, dłuto Stwosza, luneta Kopernika, smycz wydry pana Paska, harmata rozpieprzona przez Kmicica pod Jasną Górą, tratwa flisaków, kilof górników Wieliczki, ekspres do kawy Jana Sobieskiego, siedmioramienny świecznik, retorta alchemiczna Sędziwoja, para ostróg dojazdy konnej, krosna do tkania kontuszowych pasów, antałek na miód, żelazny penis Augusta Mocnego, porcelanowy serwis Bruhla, flakon perfum Stanisława Augusta, czterdzieści cztery kosy osadzone na sztorc, but Kilińskiego, maszyna rachunkowa Sterna, tabakierka Napoleona, cymbały Jankiela, peruka księcia Józefa, somosierska lanca, proteza Sowińskiego, kajdany Łukasińskiego, lont Ordona, dubeltówka styczniowa, kałamarze Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego i Norwida, kibitka syberyjska, ruchomy pajac na wystawie Wokulskiego, lampa Łukasiewicza, wóz Drzymały, złoty róg chama, rozbity fortepian Chopina, maszyna drukarska Piłsudskiego, śmigło Żwirki i Wigury, balon Burzyńskiego, laboratorium Mościckiego, pistolet Niewiadomskiego, komin fabryczny COP-u, gdyński dźwig portowy, przeciwczołgowa butelka z benzyną, bimbrownia w ziemiance, oraz sierp i młot skrzyżowane w taki sposób, że ani jeden ani drugi nie mogą normalnie pracować.
Następne piętro było ostatnim. Duży gabinet o wielu wysokich oknach bez zasłon. Przy biurku siedział mężczyzna, trochę starszy od Karśnickiego, szron na fryzurze. Obok biurka stał „Petroniusz"".
- Witam waszą książęcą wysokość! Karśnicki wyjął gnata, a staruch zadrwił:
- Pusty magazynek, drogie dziecko, nie trzeba było strzelać na dole.
Dobry przyglądał się Karśnickiemu, nic nie mówiąc, W jego oczach było zamiast złości łagodne znużenie, i cień rozczarowania, jakby chciał rzec:
- Czemu on jest takim idiotą, dlaczego nie rozumie, że wszystko to tylko chwila, prowizorka, ziarnko piasku, mgnienie wzroku, nie ma o co walczyć, nie ma czego mścić i naprawiać, życie jest jak najkrótszy sen... O co mu chodzi, o co on zabiega?
„Książę" nie otwarł ust, lecz słychać było odpowiedź:
- Jeśli tak, to dlaczego ty robisz to, co robisz?
- Bo jestem sługą! To mój zawód. Ale gdy ktoś, tak jak ty, jest marzycielem... Ty nie chciałeś być sługą, wmówiłeś sobie, że jesteś wolny. Przychodzisz tu, żeby mnie zabić i żeby przedtem wykrzyczeć mi w twarz: nie, nie przegrałem, byłem człowiekiem wolnym, byłem zależny tylko od siebie samego, byłem niewolnikiem mego serca, mego chuja, moich jelit i płuc, ale nie kłaniałem się nikomu, nie żebrałem, nie tańczyłem w upokarzającej zależności, w oparach fałszywych kompromisów i uśmiechów, nikt z was mnie nie miał!... Lecz to jest kłamstwo, lub to jest złuda, jeśli wierzyłeś w to. My potrzebowaliśmy scentralizowanej władzy w przestępczym świecie, żeby ułatwić sobie nadzór, a ty byłeś naszą marionetką. Kimże innym byłeś, jak nie moim psem? Kiedy przychodzi ta świadomość, można zrobić tylko dwie rzeczy: wznieść się ponad, uznać tę chwilę, tę prowizorkę, którą jest ludzki los, za rodzaj zabawy, i tym odzyskać wolność ducha, niezależność ptaka, gest Boga, lub można podnieść bunt. Ty zrobiłeś to drugie, więc jesteś sługą, chociaż pragnąłeś być filozofem, tylko sługa podnosi bunt. Dlatego nie różnimy się, a różnimy się jedynie tym, że ty jesteś sługą z głupoty, a nie z chęci zysku lub z powołania. Odejdź, budzisz litość.
„Książę" wyjął z gnata pusty magazynek i sięgnął do kieszeni, w której miał naboje, żeby załadować.
Tamtego to nie obeszło. Filował spokojnie na ładowaną spluwę i słychać było jego myśl, pełną dziwnego żalu:
- Szkoda!...
Potem zwrócił głowę ku „Petroniuszowi" i rzekł:
- To ty jesteś temu winien!
- Panie, ja... ja zrobiłem wszystko...
- Jesteś winny! - nie dał mu skończyć ten, którego głos budził przerażenie Heldbauma. - Zrobiłeś wszystko, lecz nie to wszystko, co powinieneś był zrobić! Nakłoniłeś go, ale nie nauczyłeś! Tylko nakłoniłeś, zamiast nauczyć, że człowiek żyje jeden jedyny raz i nie powinien zawracać sobie głowy konwulsyjną czkawką ziemskich przepychanek, bo chociaż Historia też ma tylko jedno krótkie życie, ale jest to życie, które wciąż się odradza. Historia jest kobietą i jej przywilejem jest powtarzanie wciąż tego samego kurewstwa, a obowiązkiem płodzenie swoich własnych kopii, które płodzą następne kopie i tak w nieskończoność, bez ustanku, toczy się niczym niegasnące echo, a każda powtórka różni się tylko chwilowym folklorem sprzętów i ubiorów. Więc czy należy się tym podniecać, gdy człowiek, w przeciwieństwie do niej, nie może powtórzyć swojej przygody?
Heldbaum chciał mu coś odpowiedzieć, lecz Karśnicki właśnie skończył ładować i wymierzył spluwę w łeb siwego, więc „Petro" zadrwił, przedrzeźniając gazdę:
- Skoda frasunecku!... Pustaki, wasza wysokość, same pustaki. „Fokstrot" panu podmienił, na mój rozkaz.
Karśnicki spojrzał mi w dziób, a mnie z oczu zaczęły płynąć ślozy. I nie powiedział mi nic, ty zdrajco, ty szpiclu, ty śmieciu, ty mendo ludzka, nie zapytał jak długo to robiłem i dlaczego to zrobiłem, dlaczego podziękowałem mu w ten sposób za tyle serca i tyle dobroci, nie splunął mi pod skok i nie zmrużył oczu w gniewie, tylko się uśmiechnął, pierwszy raz - nigdy dotąd nie widziałem jego uśmiechu. Potem się odwrócił i skoczył przez uchylone okno, a gdy już minęła ta wieczność, którą byłem sparaliżowany, ta sama, która jego uczyniła wolnym - z dołu rozległ się grzmot uderzenia o ziemię. I zatrzasnęły się moje drzwi do raju.
Żyję na Pradze, ale Praga bez „Księcia" nie jest już Pragą, jest niczym, jak wszystko wokół. Oprawiam cudze kniżki. Czekam na śmierć, ani się jej boję, ani wzywam, wszystko mi jedno. Jestem zupełnie samotny, nie mam przyjaciół. Ci, którzy nie mają przyjaciół, mogą się jeszcze przyjaźnić sami ze sobą, a ja nawet tego nie mogę.
Wczoraj ujrzałem starą kobietę po drugiej stronie ulicy. To była pani doktor. Na mój widok przystanęła. Ja też przystanąłem. Patrzyliśmy na siebie. W jej oczach nie było wzgardy, nienawiści czy potępienia. Nic takiego. Była tylko pamięć o nim. Mój widok sprawił jej radość, byłem jak stara spinka lub zasuszony liść, co odświeża wspomnienie.
Już dosyć... nie chcę więcej pisać, napisałem wszystko.
Warszawa 1986.
Dopisek autora w roku 1990:
Pisząc tę książkę myślałem, że w wyimaginowanej postaci „Fokstrota" ucieleśniam wszystkie insekty łowione i manipulowane przez mołojców, „co kupują serca na tandecie" (Słowacki), i byłem pewien, że mój prywatny świat jest wolny od takiego robactwa. Bóg handlarzy tandetą „wyciął" mi kawał, a jakość swego poczucia humoru udowodnił w zbieżności pigmaliońskich szczegółów. Ja jednak odzyskałem moją książkę i to akurat wtedy, gdy ci handlarze tandetą oraz ich trzoda znaleźli się na śmietniku (ich bóg był może i dowcipny, ale nie był wszechmocny). Lecz jeśli komuś się wydaje, że świat odzyskał cnotę przez to, iż jakichś handlarzy sumieniami wyrzucono do ścieku, to ten ktoś ma dwóję z historii, biologii oraz inteligencji.
Mojemu „Fokstrotowi" i wszystkim innym, wczorajszym, dzisiejszym i jutrzejszym, dedykuję tę książkę.
w.ł.