XI
Przez pierwszą połowę 1980 był spokój. Ja oprawiałem kniżki Karśnickiemu i przesiadałem się z gabloty na gablotę, rwąc towar bez trudu (bo która nie wskoczy do merca?) - przerób miałem, że daj Boże zdrowie! W maju mi przeszło, bo Gienek wykorkował, więc bardziej zbierało mi się na płacz, niż na połów ciź. Ale potem znowu ruszyłem w tan.
Kaiśnicki większość czasu poświęcał Bartkowi, niczym się nie interesując, wiec Heldbaum rządził przy pomocy „Bankiera", „Ognia", „Dżeka" i „waletów". „Książę" akceptował wszystko, jakby mu było wszystko jedno, i pewnie mu było; niczym się nie wnerwiał, niczemu nie sprzeciwiał, nic nie próbował zmienić, był cichą częścią motoru, głowicą silnika, która wie, że ma być głowicą i że tai jest dobrze i tak ma być -już się do ostatka nakleił na ten lep, który parę lat temu rozwiesił mu przed nosem Heldbaum.
„Petro" doprowadził maszynkę do stanu absolutnej perfekcji -wszystko grało jak ta lala; miesiąc w miesiąc ogromny zysk, ruchy te same jak ruchy tłoków w silniku, nic nie mogło się zaciąć ani zazgrzytać. Stary we wszystkim, co robił, wszędzie, gdzie wsadził łapę po złoto lub po diengi, był jak ten wirtuoz Rubinstein, co jeździ po całym świecie, wchodzi na salę, otwiera fortepianik i ba-ba-ba-bam!, tłoczę genialne kawałki, jak ta praczka, co wali kijanką, a wszyscy: biiis! Nudno się od tego robi i nam też już doskwierała nuda. Aż obudził ferajnę wybuch, który obudził całe państwo.
Gdzieś musi być kres takiego życia, w którym papier toaletowy to jesl luksus do kupienia za łapówę, wędliny robi się z norek i z odpadów, a pensje starczają do połowy miesiąca - jak długo można się męczyć życiem galerników z cudzej winy? W lipcu wybuchnął pierwszy strajk, to by} Lublin. I poszło! Gdańsk, Szczecin, Warszawa, setki miast, naród zawył: dość, skurwysyny! „Solidarność" i rząd zaczęły przepychankę, nie było innego tematu, mecz, film i dupczenie frunęły na śmietnik - był tylko jeden temat: kto kogo? Wtedy zjawił się u nas Mariusz.
Byłem akurat na piętrze i usłyszałem z dołu głos „Templara"! ,Święty" wrócił?! Nie mogłem w to uwierzyć, zbiegłem po schodach, to był on! Przyprowadził jakiegoś księdza, młodziusieńkiego, sutanny nie pasują do takich szczawików. Dyskutowali z „Księciem" na cały głos; dopiero później, jak odtworzyłem taśmę, złapałem, po co przyszli. Chcieli, żeby „Książę" pomógł im „zebrać kilka dziesiątków tysięcy podpisów na petycji do kardynała Wyszyńskiego", bo oni pragną „nakłonić Kościół, aby zmusił rząd do prawdziwych ustępstw i reform na bazie wzajemnej miłości, nie zaś wojny, przemocy i nienawiści". „Templar" kombinował, że „Książę" ułatwi im zbieractwo podpisów w różnych dzielnicach, a chcieli to mieć na błysk. Jak wszedłem do salonu, już trwała kłótnia między Karśnickim a klechą; „Książę" miał głos: -
- ...Człowiek musiałby się kompletnie zmienić, stać kimś zupełnie innym, istotą całkowicie różną od tej, jaką jest, aby móc zbudować zupełnie inny świat, oparty wyłącznie na prawdzie, równości, dobroci, miłości wzajemnej. Dlatego wszystkie utopie o tworzeniu sprawiedliwych społeczności, Chrystusową też, można potłuc o kant, bo są tworzone dla kogoś, kto na Ziemi nie istnieje!
- Bluźnisz i błądzisz w swym rozumowaniu! - zapiał ksiądz. - To prawda, człowiek nie może być takim, jakim jest, musi być inny, ale Chrystus o tym wiedział...
- Bóg-Ojciec też o tym wiedział?
- Jak mógłby nie wiedzieć, On wie wszystko!
- Jeśli wiedział wszystko, i to z góry, to jak mógł stworzyć takie monstrum? Czemu nie stworzył dobrego człowieka? Jako wszechmocny powinien był to zrobić.
- Zrobił, lecz człowiek uległ szatańskim podszeptom i wpadł w sidła śmiertelnego grzechu...
- Trzeba było stworzyć człowieka odpornego na pokusę! Ale może Bóg nie chciał nudy, z samymi dobrymi byłoby śmiertelnie nudno, a tak jest bardzo ciekawie, Ziemia jak ekran video dla całego kosmosu!
- Bracie, wciąż bluźnisz! Nie rozważajmy teraz, dlaczego tak się stało, nie czas. Człowiek jest taki, jaki jest, a powinien być inny. Chrystus, wiedząc o tym, nie sprzedawał żadnego modelu ustrojowego, żadnej wizji politycznej, żadnej utopii, tylko receptę dla człowieka, jak odmienić samego siebie. Poprzez miłość jako wartość najwyższą, jedyną, totalną, wszechogarniającą.
- Recepta byłaby w porządku, gdyby wypisał na niej lekarstwo, które może sprawić cud wyleczenia.
- Tym lekarstwem jest właśnie miłość!
- A gdzie to kupić?
- To lekarstwo trzeba produkować samemu dla siebie!
- Wobec tego winien najpierw przemienić wszystkich w farmaceutów. Nie zrobił tego, więc niczego nie zmienił.
- My to możemy zmienić, korzystając z Jego nauk!
- Nie możemy. Kody genetyczne nas hamują. Jest tam zaprogramowany instynkt współzawodnictwa, już to samo wystarczy, by braterska miłość, powszechna równość i temu podobne rzeczy na zawsze zostały chimerą. O wiecznej ludzkiej głupocie nie wspominam, bo to najmocniejszy i najbardziej oczywisty hamulec, starczy za wszystko.
- Posłuchaj, bracie, Bóg...
- Ty posłuchaj. Gdyby Bóg mieszkał na Ziemi, ludzie wybijaliby mu szyby.
- Nieprawda! Są ludzie i ludzie, łaska boska dotknęła wielu i wielu naprawiła. Nie wszyscy kłamią, nie wszyscy zabijają, nie wszyscy kradną i hodują wszeteczeństwa...
Tym razem przerwał mu „Petroniusz":
- Z pewnością. Dlatego jest tylu uczciwych, że nie każdy złodziej ma okazję do kradzieży.
Nikt nie widział, jak staruch wszedł, zjawił się niczym duch. A kiedy już się włączył, nie przestał gadać, jakby to on był tu gospodarzem:
- Ksiądz, przepraszam, namawia moich przyjaciół do krucjaty?
- Tak, bracie, do krucjaty przeciwko złu, niemiłosierdziu i niesprawiedliwym stosunkom społecznym, na rzecz dobra, miłości, tolerancji i uczciwej władzy.
- A ta władza jest twoim zdaniem, bracie, zła? - spytał „Petroniusz".
- Tak, ta świecka zwierzchność, którą mamy, jest zła - odparł
ksiądz.
- Więc trzeba z nią walczyć?
- Trzeba ją naprawić, odwodząc od grzechu, bracie.
- I kto ma tego dokonać?
- Kościół Pański.
- A czy ten Kościół zezwala zwalczać grzech grzechem?
- Nie zezwala, lecz czy jest grzechem...
- Jest, proszę księdza, jest! Chyba że ksiądz chce zamienić ten Kościół na jakiś inny. Bo Kościół, o którym, jak sądzę, jest mowa i do którego ksiądz należy, uważa każde wystąpienie przeciwko świeckiej władzy, każdą formę buntu i nieposłuszeństwa, za rzecz niedopuszczalną, czyli grzeszną!
- Bracie, co ty mówisz? - zdumiał się ksiądz.
- Mówię, a raczej powtarzam tylko to, co mówią ojcowie--założyciele Kościoła rzymskokatolickiego, bracie, i co możesz przeczytać w wielu miejscach w Piśmie Świętym. Coś mi się zdaje, że ksiądz rzadko sięga do tej książki, albo że ksiądz przestał słuchać jej nakazów, a to już byłaby zbrodnia przeciwko własnej wierze. To albo to, trzeciej możliwości nie ma.
Ksiądz zaniemówił, a „Petroniusz" podszedł do regału bibliotecznego, zdjął „Biblię Tysiąclecia" i odstawił swoje ulubione widowisko, show, w którym był arcymistrzem - flekowanie klienta za pomocą cytatów:
- List świętego Pawła do Rzymian, temat „Obowiązki chrześcijańskie", punkt 13, tytuł „Posłuszeństwo wobec świeckich władz". Dla porządku, strona 1287. „Każdy niech będzie poddany władzom sprawującym rządy. Nie ma bowiem władzy, która by nie pochodziła od Boga, a te, które są, zostały ustanowione przez Boga. Kto więc przeciwstawia się władzy - przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Ci zaś, którzy się przeciwstawili, ściągną na siebie wyrok potępienia".
- To się tyczy tamtych czasów, czasów rzymskich! - krzyknął ksiądz.
- Taaak? No to wszystko w porządku, bo tu na dole jest przypis naukowy do tego, co zacytowałem, przypis autorstwa waszych bibli-stów, którzy przetłumaczyli Pismo i zadedykowali to wydanie kardynałowi Wyszyńskiemu, który ich za to pobłogosławił. Oni tu piszą, że ówczesne czasy rzymskie, braciszku, to były akurat czasy najgorszego despoty, Nerona, ale żeby wszystko było jasne, kończą przypis uwagą, czy raczej przestrogą, by nie traktować zaleceń Pawła jako obowiązujących tylko wobec tamtych czasów. Piszą tak: „Należy pamiętać, że Apostoł podaje tutaj zasady zawsze obowiązujące"!
Księżulo spąsowiał, a „Petroniusz" zaczął szukać kolejnej mojki, kartkując. I znalazł: *
- Strona 1328, „List do Efezjan". Tytuł „Niewolnicy a panowie". „Niewolnicy, ze czcią i bojaźnią w prostocie serca bądźcie posłuszni waszym doczesnym panom jak Chrystusowi...". I dalej (znowu prze-kartkował)... tytuł podobny, „Niewolnicy i panowie" w „Pierwszym liście do Tymoteusza", strona 1350. „Wszyscy, którzy są pod jarzmem jako niewolnicy, niech własnych panów uznają za godnych wszelkiej czci, ażeby nie bluźniono"... To tyle ze świętego Pawła, a teraz święty Piotr. Strona 1378, jego pierwszy list apostolski. „Niewolnicy! Z całą bojaźnią bądźcie poddani panom nie tylko dobrym i łagodnym, ale również surowym. To się bowiem podoba Bogu, jeżeli ktoś znosi smutki i cierpi niesprawiedliwie... Bądźcie poddani każdej ludzkiej zwierzchności ze względu na Pana, czy to królowi mającemu władzę, czy to namiestnikom jako przez niego posłanym..."
Słuchałem, nie mogąc uwierzyć, że coś takiego mówią apostołowie. Ksiądz zapytał Mariusza:
- Kim jest ten pan?
- Ten pan to diabeł, zły duch. Chodźmy stąd, Jerzy, to strata czasu, no chodź!
Heldbaum zadrwił:
- Najlepiej prosto do fioletowych komnat. Bo może trzeba się było najpierw poradzić towarzyszy biskupów...
- Poradziłem się mojego krucyfiksu! - odparł ksiądz.
- W takim razie trzeba było uwierzyć ściśle w to, co krucyfiks powiedział, sługo boży! Nie było tam nic o szacunku dla apostołów?
- Nie było tam nic dla ludzi bez sumień!
- Chodź! - powtórzył Mariusz. - Wyjdźmy stąd! Wstali obaj. Ksiądz zwrócił się do Karśnickiego:
- Czy pan może nam pomóc?
- Mówiłem już, nie!
- Niechaj Bóg będzie z wami, bracia - rzekł ksiądz i wyszedł razem ze „Świętym".
„Książę" wyciągnął dłoń ku Pismu.
- Podaj mi to dzieło.
- Myśli pan, że coś sfałszowałem? - rzekł Heidbaum, podając mu wolumin. - Niczego nie przekręciłem, może pan sprawdzić każde słowo!
Teraz „Książe" kartkował, szukał dwóch miejsc, I zaraz się wnerwił:
- Co za parszywe tłumaczenie! „Przyszedłem przynieść"!... Przydałoby się przypomnieć przyjemniaczkom przykazanie o przymusie przyzwoitości przy przekładach! Buty Wujkowi czyścić, a nie poprawiać mistrza!
Podszedł do biblioteki, wziął Ewangelię w Wujkowym tłumaczeniu, znalazł co chciał i przeczytał to:
- „Nie myślcie, żem przyszedł pokój czynić na ziemi. Przyszedłem na ziemię czynić nie pokój, lecz miecz!". Święty Mateusz, dziesięć, trzydzieści cztery... I święty Łukasz, dwanaście, czterdzieści dziewięć: „Przyszedłem wzniecić pożar na ziemi, chciałbym, aby jaz się paliło"!
Pofilował ku Heldbaumowi. Ten wzruszył ramieniem i wydął dziób:
- Nie moja wina, że sam tym nie skontrował. Czy ktoś mu przeszkadzał to zrobić?
Podszedł do „Księcia" i usiadł naprzeciw, w fotelu.
- Panie Karśnicki, teraz serio. Niech pan nikomu nie da się . wciągnąć w ten pożar, który już buzuje.
- Bo co?
- Bo podpalacz to bezpieka, a nie żaden lud czy proletariat. Zagrano przeciw Gierkowi.
- Domyśliłem się, Heidbaum, to proste. Zagrano, tylko że instrumenty zaczynają się wymykać panom dyrygentom spod kontroli, a właściwie wymknęły się już, i teraz nie można tego opanować, mają coś, czego nie chcą, naprawdę masowy protest. Ktoś chciał tylko sfajczyć chałupkę po środku stepu, a zajął się step. Kiedy jest wiatr na stepie, to ogień idzie po nim jak burza! I to już jest bunt ogólnonarodowy, nie tylko robolów, ale i chłopów i urzędasów i artystów i studentów, a pomaga w tym jajogłowa elita związana z opozycją, co daje rebelii polor, co ją uszlachetnia i nobilituje, bo taki intelektualno-artystyczny gwiazdozbiór...
- To są gwiazdy wyrosłe z gówna! - zapienił się „Petro". - Czy pan wie, kto tym kreci? Kto jest tubą tego protestu i tego proletariatu? Tłumek pisarzy, dziennikarzy, filozofów, socjologów, ekonomistów i prawników, co do jednego cwaniaczków-kameleonów! Większości społeczeństwo nie zna, tylko pisarze i dziennikarze to zbiór publicznych nazwisk, więc popatrzmy na pisarzy i dziennikarzy. Niech pan sobie wynotuje nazwiska i sięgnie po prasę sprzed trzydziestu, dwudziestu, dziesięciu i nawet pięciu lat. Niech pan zobaczy, co robili, co głosili, do czego agitowali i zmuszali wówczas. Budowali nową, czerwoną rzeczywistość, idąc po trupach elementarnych cnót, świadomie depcząc prawdę i estetykę, zagłuszając hagiograficznymi peanami wycia torturowanych niewinnie i wieszanych niewinnie, karmili swe ambicyjki i sakiewki przy pomocy naj-haniebniejszych słów i najpodlejszych czynów, nie mieli wstydu, nie mieli oczu i uszu, nie mieli sumień, skrupułów i etyki za grosz! Firmowali stalinizm z dziką ochotą w dobie najpotworniejszych represji. Kultura tego kraju chodziła w takim chomącie i w takich kagańcach, jakie oni założyli jej na szyję i na pysk. Myślę, że byli gorsi od swych kolegów z Zachodu, takich jak Pirandello, Drieu La Rochelle, Brasillach, D'Annunzio, Wells, Pound, Heidegger, Gentile, Croce, Malaparte, Jiinger, Celinę, Ernst von Salomon i Shaw, którzy poparli faszyzm, lub utożsamiali się z faszyzmem, lub gloryfikowali go przez jakiś czas. Byli gorsi, bo historia już dała nauczkę intelektualistom zamieszanym w totalitaryzm, wiedzieli, co to jest flirtować z imperium szatana. Wielu stało się aparatczykami, dygnitarzami i dyrygentami socrealizmu, a potem komunizmu rzekomo reformowanego za Gomułki oraz za Gierka w jego pierwszej pięciolatce. Komunizm, tak jak uprzednio faszyzm, dysponował orężem, oni natomiast dali mu coś, bez czego system polityczny jest kaleki: prestiż, potęgę słów i polor artystyczno-ideowy, złotą szatę! Tak' Brandys, psiakrew, struga sumienie narodu, gdy dawniej apologety-zował donosicielstwo, wzywał do „przestrzegania czujności", nawet w stosunku do najbliższej rodziny! A Konwicki, zamordysta w dobie stalinowskiej, Woroszylski, harfiarz kultu krwawego Józia, Andrze-jewski, gloryfikator bezlitosnego socu, Kijowski, Koźniewski, Czeszko i tylu, tylu innych! Wszyscy oni, jak ten Norwidowski ptak, „śpiewali wiosnę, gdy dokoła zima"! Przekręcili się na liberalizm lub wprost antykomunizm, gdy już nie tylko nie groził za to bat lub hak, ale gdy takie nieszkodliwe popiskiwanie zaczęło przynosić lepsze profity niż dotychczasowe służalstwo. Podobnie z ekonomistami i
prawnikami, którzy teraz tańczą w Gdańsku, i z historykami, którym wraca pamięć, o aktorach nie ma co mówić, to zawsze komedianci. Kim oni są? Wyzwoliciele? Prostytutki, które zmieniły sobie makijaż na modniejszy! I teraz, gdy robol dał się podpuścić, firmują bunt proletariatu! Co za latryna! Aż się spocił.
- „Fokstrot", królestwo za filiżankę czarnej! Wyszedłem do kuchni. Jak wróciłem, znowu perorował, na temat KOR-u:
- ... Tak, zgadzam się, oni są broszką, w sztabie Wałęsy KOR ma więcej do gadania, lecz przecież to takie samo lub nawet gorsze gówno! Wódz, dzielny Jacuś, mówię o Kuroniu, przez tyle lat czerwony żandarm deprawujący dziatwę szkolną! Uznał, że bolszewickie harcerstwo jest za mało bolszewickie i stworzył grupy „Walte-rowców", krasną elitę Związku Harcerstwa Polskiego, narzucając jej stalinowski fanatyzm, który przekraczał komsomolskie zaangażowanie w Sowietach! Wszystkie te jego pomagiery, Blumsztajny, Michniki, to właśnie „walterowska" stajnia, czerwony wychów! A dzisiaj ten stupajka i jego rewirowi mają wyzwalać ojczyznę! Czy można się nie porzygać? Wie pan dlaczego Gierek pozwalał KOR--owi szumieć, czemu przymykano oczy na ich działalność? Gdyby chciano ich zlikwidować, można to było zrobić w jedną dobę...
- To dokładnie tak samo jak z nami - wtrącił gospodarz.
- Owszem, prawie tak samo. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent członków KOR-u to Żydzi, reszta, paru gojów, na ozdobę, dla zmylenia społeczeństwa. Gierek pajacował tak długo, jak długo dostawał pożyczki z banków zachodnich, a do kogo należą wszystkie zachodnie banki? Do Żydów. Coś za coś. Dostaniesz dużą forsę, ale nie będziesz prztykał naszych! Dlatego mogli się bawić w nielegalność tak jak cinkciarze, tylko lepiej, bo strugając bohaterów! Rozumieli się, są trzy rodzaje społeczności, które się dobrze rozumieją, myślę o Żydach, komunistach i pedałach, łączy ich jedno, kosmopolityzm. Człowiek, który mi mówi o patriotyzmie KOR-u, to morderca, chce mnie zabić śmiechem!
- Co z tym mają wspólnego pedały, Heldbaum?
- To, co powiedziałem, antypatriotyczny kosmopolityzm!
- Czyli masło maślane...
- Tak, pardon.
- No więc co z tymi pedałami?
- Pan nie czytał Gombrowicza, „wielkiego polskiego pisarza"? Bożyszcze polskich intelektualistów i literackich smakoszów Polskę ma za nic, za szambo, za śmieć, ojczyznę za anachronizm, patriotyczne myślenie za nacjonalizm, szowinizm i debilizm, przywiązanie do rodzimych symboli za obmierzłą staroświeckość, kult męczenników za analfabetyzm, słowem polskość to strawa głupków. Robił wszystko, by jego czytelnik poczuł wstyd i wstręt do samego siebie, iż urodził się jako Polak, żeby się jak najszybciej pozbył polskiego łupieżu w kosmpolitycznej odwszalni. Żydzi robią dokładnie to samo.
- Chwalisz się, czy masz wyrzut sumienia?
- Ja już panu mówiłem, wasza książęca wysokość, jaki ze mnie Żyd! Moi was gnoją, i moi udają, że chcą was zbawić, a ja i tych moich, i tamtych moich, mam w dupie. To nie moja tragedia, to pański problem, bo pan jest goj i do tego polski goj, co jest już zupełny pech. Czy jak pan czyta polskie gazety, słucha polskiego radia i patrzy w polski telewizor, nie czuje się pan członkiem mniejszości narodowej we własnym kraju? To jest kraj Żydów, którzy zawładnęli wszystkim, a nie gojów, a jak goj spróbuje tylko pierdnąć, już jest załatwiony epitetem: antysemita! Cóż to jest antysemita? To rasista. A cóż to jest rasista? Nikczemne bydlę. Koniec, kropka. Jako tło do tego pałowania polskich gojów zawsze są pod ręką oświęcimskie kominy, tak jakby Hitler i jego paczka byli Polakami. I to się robi tylko u nas. Tysiące polskich rodzin brało na siebie automatyczny wyrok śmierci za ukrywanie Żydów, podczas gdy na przykład Francuzi bez wyrzutów sumienia masowo wysyłali swoich żydowskich sąsiadów do Treblinek, ale we Francji Żydzi nie rozpętują antyfrancuskiej histerii i nie podgrzewają wciąż antysemityzmu. A tu podgrzewają, palą pod tym kotłem, żeby broń Boże nie wygasł, odbudowują go z niczego, jak trzeba, bo rzekomy polski antysemityzm nie jest dla nich przekleństwem, tylko cudowną bronią, batem na Polaczków. Tak płacą wam za fakt, że mordowani przez kilka wieków w całej Europie, mogli tylko nad Wisłą znaleźć bezpieczny azyl, więc z całej Europy zwiali tu i tu zawładnęli najpierw handlem i przemysłem, a potem kulturą. Teraz mają na was antysemityzm jak kulomiot i rozstrzeliwują was nim, ile razy chcą wam skrócić cugle. Albo będziecie kosmpolitami i filosemitami, Polaczki, albo do kąta za antysemityzm! Tak macie tańczyć, jak...
- To się nazywa spiskowa teoria dziejów, Heldbaum. Historycy się z tego śmieją.
- Gdyby pan słyszał, szefie, jak się z tego śmiali ludzie, których w pierwszej dziesięciolatce przesłuchiwano, do łez się śmiali, uszy by panu popękały, tak jak im pękała skóra. Przesłuchiwali panowie z dziesiątego departamentu w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, Fejgin, Fleiszfarb, Grunszpan i inni o takich samych rodowych nazwiskach, ale noszący piękne nazwiska sarmackie: Światło, Romkowski et caetera. Niech panu Garoń opowie o swoim tatusiu, oni mu popieścili ojca!... Gdyby tej krwawej obróbce poddano historyków zamiast na przykład AK-owców, to trochę mniej historyków śmiałoby się dziś z przypisywania Żydom ciągotek mafijnych.
- Tobie ich na pewno odmówić nie można, nasza mafia to twój tort.
- Ale ja nie walczę z gojami za pomocą antysemityzmu, lub antypolskich fałszerstw, którymi robi się wam paskudną gębę, jak świat szeroki i długi. Najznakomitszą reklamę za granicą zrobił wam żydowski maestro o pięknym, staropolskim nazwisku Kosiński. Nie wiem, czy to prawda, że kiedy jako młodzieniaszek wyemigrował do Stanów, to ożenił się tam ze staruchą, wdową-milionerką, która wsadziła swój szmal w wyforowanie jego debiutanckiej książki na listy bestsellerów, choć wiem, że bez milionów wpakowanych w promocję żaden cudzoziemiec-debiutant nie ma tam cienia możliwości, żeby wyskoczyć. On zrobił karierę, został głośnym „pisarzem amerykańskim pochodzenia polskiego", więc albo spróchniała milionerka, albo żydowskie lobby pomogło swojemu, tak czy owak ktoś te miliony w niego wpakował. Jego najsławniejsza książka to „Malowany ptak". Z tego dziełka, którego treść dotyczy czasów okupacji niemieckiej w Polsce, człowiek Zachodu pobiera takie nauki: polska partyzantka wyłapuje żydowskie dzieci, żeby je oddawać w ręce Gestapo, polscy chłopi uwielbiają zagwałcać na śmierć małe, żydowskie dziewczynki, a już szczególnie ochoczo ranne dziewczynki, tak jak polscy księża, odziani w szaty liturgiczne, lubią katować w kościołach małych żydowskich chłopców, natomiast dziewczyny polskie, gojki rzecz jasna, uprawiają dziki seks z własnymi tatusiami, braćmi i na dodatek z kozłami rozpłodowymi!... Co jeszcze? Jeszcze lud polski wyje ze szczęścia patrząc na wywózkę
Żydów do komór i dziękuje za to wylewnie hitlerowcom, a jedyna polska kobieta, której odbiło, bo zrobiła opatrunek rannemu Żydziątku, przy okazji temuż Żydziątku kradnie buciki z nóżek...
- Wiem! - przerwał Karśnicki. - Potem ona robi minetę portierowi na Gestapo, a ten odwdzięcza się jej...
- Tego tam nie ma... - zdziwił się „Petro".
- ...a on się jej odwdzięcza złotym zębem wyrwanym żydowskiemu niemowlęciu!
Stary próbował jeszcze ratować dupsko śmiechem:
- Dobre, ma pan słuszność! Tego tam nie ma, ale mogłoby być, to w tym samym stylu!
- A to, co ty wymieniłeś, tam jest?
- Jest, niech pan przeczyta!
- W domyśle: jeśli uda się panu to znaleźć, bo tłumaczone nie było! Ale ja czytałem „Malowanego ptaka", Heldbaum, czytam po angielsku, twój pech. Że w ogóle czytam. Gombrowicza też czytałem! Kuronia nie znam, ale jeśli łżesz o Kosińskim i Gombrowiczu, to znaczy, że nawet gdyby Kuroń napisał „Anię z Zielonego Wzgórza", ty zrobiłbyś z tego „Żywoty pań swawolnych".
- Nie łżę! Kuroń był fanatycznym komuchem, teraz się zmienił...
- Zmieniło się jedynie trzech ludzi! - przerwał mu „Książę". -Święty Franciszek w młodości był playboyem, Piłsudski czerwonym drukarzem, a ja człowiekiem wolnym. Reszta się nie zmieniła, tylko przekręciła taktycznie. Kuroń na antykomunizm, ty na antysemityzm, inni jeszcze na coś tam. Kuroń mnie nie obchodzi, ale ty mnie wciąż obchodzisz, więc teraz wyjdź stąd, natychmiast, póki nie zrobię czegoś, czego obaj pożałujemy!
„Petro" zmył się jak duch. Od tej pory nigdy już nie było między nimi klawo, do samego końca.
A koniec był już cholernie blisko, bliziuteńko. Zimą 80/81 zamiast zimno było coraz goręcej, szykowały się decydujące rozdania. Krasnoarmiejcy brali na przeczekanie i wyrolowanie, a Wałęsiaki tylko na to drugie - zapachniało im władzuchną, którą można podnieść z ulicy jak monetę upuszczoną przez frajera. Tylko ludziom było coraz gorzej, strajk gonił strajk, mało kto pracował, brakowało wszystkiego, skarpetek, butów, żarcia, a komuch robił wszystko, żeby wszystkiego było jeszcze mniej i krzyczał, że to wina chuliganiącej „Solidarności". Nam to było ganc egal, micha była pełna, forsa
kapała jak ropa u arabskich szejków, a dziewczynki kleiły się na pstryknięcie palcami. Ale na Targówku widziałem jak dzieciarnia kradnie marchewkowe nosy bałwanom, z głodu. „Książę" pakował wielki szmal w dokarmianie.
Wiosna nic nie poprawiła, tylko u poetów wiosna to Meksyk.
Aż przyszedł ten dzień, kiedy Heldbaum nawinął:
- Za trzy dni święto Pierwszego Maja...
- O co chodzi? - spytał „Książę".
- O kłopot...
- Jaki kłopot?
- Nielegalny pochód, antyrządowy, marsz robotników z Ursusa" i z Huty na śródmieście.
- To pewnie na Dom Partii, co my mamy do tego?
- Dobry chce robolów powstrzymać.
- To niech powstrzymuje.
- My mamy to zrobić, wasza książęca wysokość...
- My?!
- My.
- Dlaczego my?
- Bo on nie chce mundurów. Robol ma powstrzymać robola.
- Teraz rozumiem. Mamy się przebrać za przodującą klasę narodu i dosunąć przodującej klasie narodu, rozbijając ten marsz?
- Tak toczno, kamandir!
- Absurd, odmawiam kategorycznie! Lud roboczy ludu roboczego nie będzie lał, to problem klasowej solidarności. Powtórz mu.
- To jest problem naszego być albo nie być, panie Karśnicki, ja nie żartuję!
- Ja też nie żartuję.
- I on nie żartuje. Musimy to wykonać.
- Ale nie wykonamy.
- To mus!
- Mus płacić rachunki, panie ministrze? O to właśnie cały czas szło, a nie o dolary! Mieliśmy być nie rezerwowym bankiem i nawet nie straszakiem, tylko rezerwową rezerwą Milicji Obywatelskiej, takim drugim ORMO do specjalnych zadań?
- Musimy to zrobić, panie Karśnicki, nie mamy wyboru! -powtórzył „Petro".
- To twoja opinia, ale nie ty tu rządzisz. Odpowiedź brzmi: nie!
- Proszę się zastanowić!
- Właśnie to zrobiłem.
- Proszę się dobrze zastanowić!
- Zastanowiłem się bardzo dobrze i nie zmienię decyzji! Heldbaum spuścił łeb, rzadko miał tak ponury wygląd. Jeszcze raz spróbował:
- Proszę pana...
- Nie proś, to bez sensu.
- Na miłość boską! Czy pan nie rozumie...
- Rozumiem! Do widzenia, czas audiencji się skończył. Staruch wyszedł, trzęsąc się z nerwów. Jak tylko zamknął drzwi, „Książę" powiedział:
- „Fokstrot"!... „Dżek", „Ogień" i „Bankier" mają tu być za najdalej godzinę!
Byli. A wtedy on rozkazał:
- „Bankier", zorganizuj około dwustu robotniczych kombinezonów! Masz na to dwie doby!
- Będzie zrobione, szefie.
- Na pewno?
- Nie ma problemu.
- Po jaką cholerę? - zdziwił się Staś.
- Przebierzemy chłopców na Pierwszy Maja. U każdego w ręku ma być gazrura, łom lub francuz.
- Uuuu! To duże lanie, takiego jeszcze nie było!
- Nie było. Ale będzie. I żeby mi nikt nie był podcięty tego dnia!
Tego dnia rano zawiozłem go pod „Ursus". Czekaliśmy w gablocie. Tam już tłum się zbierał, oni też czekali, na hutników, żeby dalej razem iść. Huta przymaszerowała śpiewając: „Wyklęty powstań ludu ziemi... Przed ciosem niechaj tyran drży!... Bój to jest nasz ostatni, krwawy skończy się trud!... By łańcuch spadł z wolnego ducha!... A dom niewoli zniszcz i spal!..." i tak dalej.
Matko Boska, śpiewali „Międzynarodówkę"! Ja zawsze myślałem, że to pieśń komuchów, i to była przecież pieśń komuchów, ale jak teraz usłyszałem ją, słowo po słowie, to skapowałem, że te słowa najbardziej biją w komuchów, zmienić nie trzeba nawet pół sylaby, pasują jak ulał. I oni to śpiewali szczerze, bo przeciw komuchom, którzy „rządzą samowładnie" i „tym mocni są, że każdy kradnie bogactwa, które stwarza lud", ale:
„W tej bandy kasie ogniotrwałej
Stopiony w złoto krwawy pot
Na własność do nas przejdzie cały
Jak należności słusznej zwrot!
Bój to jest nasz ostatni..."
Przy bramach powitano się, uszeregowano i obie grupy ruszyły razem w stronę miasta, „Ursus" na czele, a hutnicze bractwo za nim. Znowu huknął śpiew, tym razem pod melodię „Szarej piechoty", do maszerowania nie ma nic lepszego, lecz tekst był jakiś inny, nowość, nie znałem tych słów, musieli je sami sobie napisać:
[----] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)]
[----] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99. zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)]
Śpiew leciał jak ryk burzy, jak dudnienie wielu dzwonów, jak zmiatający wszystko huragan, napełniał boczne uliczki, uderzał o drżące szyby okien, rwał ku niebu, odbijał się gdzieś tam wysoko i wracał do kilku tysięcy nóg, by wybijać wraz z nimi rytmiczny grzmot, od którego dostawało się gęsiej skórki, albo suszenia w gardle, albo wody w oku (kobiety stojące na chodnikach płakały). To jeszcze nie był koniec, śpiew wciąż twał, wciąż, jak rakiety odpalane z wyrzutni strun głosowych, pędziły w przestrzeń te straszne słowa, których nikt dotąd nie cisnął komuchom w pysk:
[----] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)]
[----] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2 punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)]
Nie wiem, czy tę powtórzoną zwrotkę zaśpiewali na koniec, czy zaczynali od nowa, bo nagle z boków uderzono na nich. To też był tłum, ale nie taki sam. Na rękawie każdego z napastników widniała czerwona opaska (żeby w zamieszaniu się nie kiwnąć i nie lać swoich), każdy miał w ręku pałę lub gazrurę, tylko niektórzy trzymali transparenty („KLASA ROBOTNICZA POPIERA SWOJĄ PARTIĘ", „NIE CHCEMY PODŻEGACZY I MĄCIWODÓW", „PRECZ Z PACHOŁKAMI CIA!", „PARTIA Z NARODEM, NARÓD Z PARTIĄ", „SOLIDARNOŚĆ - TAK, DYWERSJA -NIE!" „PRAWDZIWY PROLETARIAT OBRONI ZDOBYCZE SOCJALIZMU!"). To było ORMO i MO przebrane za robociarzy. Wrzask i krzyk, makabryczne łomotanie, krew na jezdniach i na chodnikach.
Tych przebierańców mieli rąbnąć nasi przebierańcy, „Dżek" i Stasio na czele dwóch kolumn. Mieli tu przyjść i dać wycisk każdej bandzie, która zaczepi marsz. Karśnicki spoglądał na sikor, filował dookoła, czekał i czekał, mruczał: „Co jest, do cholery, dlaczego nie przychodzą, już dawno powinni tu być!", nic nie rozumiał. Wyjaśnił mu „Ogień". Wskoczył w nasz wóz ni stąd ni zowąd, zdyszany i pokrwawiony. Głosu nie mógł złapać, parę kilometrów biegł.
- Co się stało?! Dlaczego was nie ma?! - krzyknął Książę".
- Roz... roz... walono... na... naszych! - wycharczał „Ogień".
- Kto was rozwalił?
- Gli... glina! Jak... szliśmy tu! Ja się wyrwałem, ale... wielu chłopaków aresztowano! „Dżeka", Tomka, „Szpinaka", „Magistra", moich... Ktoś nas zakapował!
- Ja! - rozległ się głos zza otwartej szyby w gablocie. - Ja doniosłem milicji.
Heldbaum stał obok wozu.
- A tobie kto? - zapytał „Książę".
- Ktoś, kto tak jak i ja z czystej sympatii nie chce, aby pan popełnił samobójstwo. Bo to byłoby samobójstwo, wasza książęca wysokość.
- A jeszcze nie jest?
- Jeszcze nie. To tylko błąd, który może się zdarzyć każdemu. Można to jeszcze naprawić.
- Jak?
- Zapominając o nim. Dobry chce, aby pan dalej był władcą, szanuje pana, panie Kraśnicki. Ale nie chce więcej głupstw. No jak, zgoda?
- Zgoda - rzekł „Książę". - Kiedy wypuszczą chłopców?
- Dziś.
- W porządku. Wracamy, „Fokstrot". Podwieźć pana ministra?
- Nie, mam tu własny wóz.
Całą drogę do domu Karśnicki milczał, gryząc zapałkę za zapałką.
Nazajutrz w nocy przybiegł „Ogień".
- Nie ma go! - zaraportował. - Już dwadzieścia godzin go nie ma!
- Nie wrócił do siebie?
- Nie!
- To znaczy, że znowu nas sypnięto - powiedział Karśnicki. „Ogień" miał zabić Heldbauma, taki dostał rozkaz, ale „Petro-niusz" zmył się.
- Kto?! - wrzasnął Stasiu. - Wiedziałem ja, wiedział „Dżek" i wiedział „Fokstrot", i już nikt! No to który?! Ja, „Dżek" czy „Fokstrot"? Chyba, że tu podsłuch jest, kurwa mać! Wówczas słyszą nawet to, co teraz mówimy!
- „Walentino" wciąż sprawdza - przypomniałem.
- Oni mogą być lepsi niż „Walentino"!
- Mogą - powiedział „Książę". - Ale mógł się i sam domyślić, ten facet ma drugi węch i drugi słuch. Pewnie się schował u Dobrego...
- Co robimy?
- Zmywamy się, lada chwila mogą nas stąd zgarnąć.
- A co dalej robimy?
- Szukamy Dobrego. Mam coś do wyjaśnienia z tym panem! Musieli zaczekać, bo ja nie byłem gotów, piżama zły strój na
nocne jazdy. W gablocie Karśnicki rozkazał:
- Do szczurów.
Nie skapowałem.
- Do szczurów?...
- Do elektrociepłowni, „Fokstrot"!
- Do„Hearta"?
- W końcu zgadłeś! Zapal wreszcie ten silnik!
Było nas czworo, On, ja, „Dżek" i „Ogień". Nikt się za nami nie wlókł. Niebo było dziwnie szare, choć to noc. Zajechałem w kwadrans.
Ku naszemu zdziwieniu niepotrzebne były ani pięści, ani latarki. Z wejścia, przy którym nikt nie stróżował, emanowała jasność. Loch też był jasny niczym droga, którą pali słońce, lecz nie było tam ani jednej żarówki, ta jasność płynęła z murów, złotych i koralowych, mieniących się jak perły, niby w bajce. Pod każdą ze ścian kimali, siedząc i opierając głowy na bezkresnej rurze z zamszu i atłasu, mieszkańcy tego podziemia. Wyglądali jak zaczarowane mumie.
Tam, gdzie był rozrząd węzła rur, spał „Heart" na fotelu z drogocennych kamieni. U jego podnóża garbulo, a w kącie, na haftowanym srebrną nicią materacu, goła dziewczyna, piękna jak marzenie o takich dziewczynach, ale to nie jej nagość ściągała wzrok, „Heart" go ściągał niczym magnes. Bardzo się zmienił od tamtego razu. Fale długich, białych włosów pokrywały mu śniegiem ramiona. Zmarszczki na przezroczystej twarzy biegły do ust, krzyżując się z tysiącem fioletowych żyłek, tak iż jego głowa wyglądała jak druciany kosz. Skurczony i wyschnięty, był miniaturą samego siebie. Miał staroświecki strój, z surdutem, kamizelką i żabotem, nad którym szyja marszczyła się w sine fałdy. Trzymał długą laskę ze złotą gałką; ta laska miała coś z pastorału.
„Książę" go obudził, trącając lekko w koronkowy mankiet.
- Ach, to ty! Ooooo! - ziewnął „Heart". - Witaj na pokładzie, zuchu! Jakie bogi przynoszą? Strach, czy gniew?
- Oba.
- Uciekłeś na dół przed tym, co się tam dzieje?
- A wiesz, co się tam dzieje?
- Wiem. Burza na złość czerwonej partii, lecz burza przemija, jak wszystko, nie wymiotą komunistów. Ciut-ciut zmąci się porządek, w którym czerwoni ułożyli się jak wieprz w gnoju, na nic więcej was nie stać.
- Nas?
- Wlazłeś w to, inaczej nie musiałbyś szukać azylu u mnie.
- Nie szukam schronienia, szukam Dobrego. Słyszałeś o Dobrym?
- To tak, jakbyś zapytał, czy słyszałem o Bogu - skrzeknął „Heart" (miał głos człowieka stareńkiego, pasujący do stareńkiej mordy, takiej, jak na drobno spękane porcelanowe cacka).
- Gdzie on jest?
- On jest wszędzie, jak Bóg. Musi być, żeby za szybko nie upadła ta religia, której jest stróżem i której nie wyznaje nikt, nawet ten, który kazał mu stać na straży. On pilnuje dogmatu, tak jak wasi księża, ale oni przynajmniej wierzą w to, co mówią. Dla nich dogmat to świętość, dla czerwonych dogmat to żłób, w istocie strzegą tylko żłobu. Żłób jako czynnik racjonalny, z logicznego punktu widzenia daje komunizmowi przewagę nad każdym innym wśród wyznań, a jedyną słabością czerwonej wiary jest liczba ideowych wyznawców równa zeru; w sferze ducha przez to i przez aberrację ekonomiczną w sferze ciała komunizm kiedyś upadnie. Ale ty tego nie sprawisz i nawet nie doczekasz, więc daj sobie spokój, po co ci Dobry?
- Gdzie go szukać? - spytał „Książę".
- Wiesz kim niegdyś byłem? - rzekł „Heart", olewając pytanie Karśnickiego. - Byłem idealistą, czyli idiotą, wierzyłem w Boga, wierzyłem w papieża, w spowiedź, w komunię świętą, w grzechów odpuszczenie, w cały Rzym! W jego mądrość, dobroć i wyższość nad wszystkimi religiami świata. Coś z tego zostało, myślę, że rzymski katolicyzm ma tę wyższość, iż jest w nim parlamentarna demokracja Świętej Trójcy, którą przedkładam nad jedynowładztwo Allachów, Jebowów i innych. Ale tylko to z mojego fanatyzmu zostało, nie wierzę w nic! Byłem dewotem, jestem agnostykiem. Wiesz, nad moim łóżkiem dziecinnym wisiał taki obraz: „Święty Jerzy i smok". Święty miał dzidę i toczył z bestią bój, a pod nim, to jest pod brzuchem konia i cielskiem smoka, walały się szczątki przygniecionych, kobiety i mężczyzny. Gdy urosłem, zrozumiałem, iż świat to ciągłe zapasy dobra i zła, w których ludzie są zawsze przegrani, biorą wycisk i od dobra i od zła, jak na tym obrazku, więc nie należy się niczym przejmować, należy pieprzyć wszystko, tym bardziej, że wszystko jest chwilowe, tymczasowe, prowizoryczne, wszystko mija, jak zły lub dobry sen, jak każdy numer gazety, w której czytasz świeżą historię gatunku, już za dzień nieaktualną i zapomnianą. A ty wciąż chcesz skakać, wte lub wewte, po coś lub po kogoś, dla tego lub dla tamtego, jaki to ma sens? Odpuść, chłopczyku!
- Gdzie go szukać? - zapytał „Książę". - Powiedz mi!
- Niech ci powie któryś z tych agentów Dobrego, jakich masz w swoim otoczeniu. Powinni znać adres szefa.
- Był jeden, ale umknął.
- Tylko jeden? .
- Aż jeden!
„Hearta" porwał śmiech, jak zgrzyt kosy o szkło (myślałem, że garbus się obudzi, lecz kimał), taki szyderczy nie rechot, lecz pisk, okropność, wywracał mi bebech.
- Synku! Myślałem, że jesteś mądrzejszy! Szef policji Napoleona mówił: „Kiedy zbiera się czterech spiskowców, dwaj z nich to moi ludzie", lecz od tamtej pory świat poszedł naprzód, taka proporcja stała się osiągnięciem na notę co najwyżej dostateczną. Towarzysz Swierdłow, członek pięcioosobowego komitetu bolszewików w przedrewolucyjnym Petersburgu, podejrzewał, iż któryś z jego czterech kolegów to prowokator „Ochrany". Kiedy po Rewolucji Lutowej otwarto archiwa policyjne, wyszło na jaw, że w całym komitecie tylko Swierdłow to nie był prowokator, pozostali czterej byli agentami. Nawet przywódca frakcji bolszewików w Dumie Wszechrosyjskiej, ukochany pupil i zastępca Lenina, Malinowski, był agentem „Ochrany", prowokatorem... Wiem, o co chcesz teraz zapytać!
- O to samo - powiedział „Książę".
- Toś głupi. Powinieneś zapytać: czemu, mimo tego wszystkiego, Lenin zdobył laur?
- Nie pytam o to, co wiem.
- A wiesz? Czyżby?
- Wiem, znam historię rewolucji z dobrych, nie sowieckich źródeł.
- Historia rewolucji, to tylko przedmiot rewolucji, podmiotem rewolucji jest dusza rewolucji, dusza buntu. Lenin nie dokonał żadnej rewolucji, dokonały jej szlachta i burżuazja w momencie, gdy liberalizm urzędów i debilizm panującego skorodowały reżim. Ich błąd, błąd ojców rewolty, na tym polegał, że pozwolili wejść bolszewikom na parkiet, przypuścili ich do wspólnego tańca na grobie caratu, a wówczas Lenin posłużył się wojskiem, motłochem i terrorem, i wygrał z dziecinną łatwością. Lecz buntując, agitując i zwyciężając, nie dokonał rewolucji, ta się już wcześniej dokonała, zrobił tylko zamach stanu. Tak czy owak był to bunt. I oto pytanie: dlaczego udało mu się, gdy już nie było zbyt wiele racjonalnych powodów do buntu, tak podniecić jednych, że go wspomogli, i tak ogłupić innych, że mu nie przeszkadzali, co też stanowiło pomoc, a więc bunt przeciwko państwu? Odpowiedź jest prosta, tkwi w naturze ludzkiej. Czy ludzie buntują się z tego powodu, że widzą i czują niesprawiedliwość? Gdyby tak było, buntowaliby się co rok w wielu krajach. Czy buntują się, kiedy system trzyma ich w nędzy? Gdyby to miał być powód, bunty rozsadzałyby niejedno z państw. Czy buntują się, gdy tak zwana kropla przepełnia czarę? Nie zliczylibyśmy buntów. Więc kiedy się buntują? Kiedy ktoś, kto umie podjudzać i mamić, umiejętnie odwoła się do tkwiącego w człowieku instynktu destrukcji oraz potrzeby mitu. Nigdy ludzie nie czują się tak zjednoczeni, jak wówczas, gdy ktoś wzniesie im wspólny ołtarz, na którym można się poświęcić lub nasycić wszystkoobiecującą utopią. Bolszewizm wygrał, bo obiecywał rajski cud od ręki, panaceum od zaraz, a lud uwielbia, by go oszukiwano, potrzebuje tęczowych oszustw, potrzebuje tego jak kobieta, to atawistyczne, biologiczne, wszechmocne. A poza tym człowieka, z natury będącego zwierzęciem autodestrukcyj-nym i podatnym na słodkie kłamstwo, zamieszkują ścierające się popędy: nie wie, czego chce, chce tego, czego naprawdę nie chce, i odwrotnie, nie chce tego, czego powinien chcieć. Rozum jest wówczas outsiderem, wyrzutkiem, rozsądne racje bez trudu ulegają emocjom. Rozum można zaszachować, gdyż to, czego jeden dowodzi, drugi może zbić, posługując się identycznymi kategoriami rozumu i wówczas rozum dostaje pata, więc jak można budować na nim? Budować można tylko na emocji wyzwalanej w zwierzęciu przez uruchomienie jego potrzeb destrukcyjnych oraz przez nasycenie jego głodu obietnic i mitów, a dopiero po zwycięstwie - na strachu, któremu zwierzę ulega, zderzając się z siłą. Najpierw triumf, a później terror umiejętnie stopniowany. Można lekko popuścić i można przycisnąć, dwa klawisze. Społeczeństwu nie jest potrzebny rozum i intelekt, lecz irracjonalizm i strach, to ciemne instynkty władają społeczeństwami. Dlatego wieczny jest Kościół, a demokracja chwiejna, wróżbita wciąż modny, a sceptyk ignorowany, plotka zagłusza cyfrę. Źródło władzy oparte na argumencie wysycha, jej trwałość to system, który odwołuje się do magików i katów. Magik-oszust jako hipnotyzer, i kat jako bezlitosna sankcja, bicz strachu -oto fundamenty. Nienawiść do władz można ignorować. Lecz można też wyzwolić eksplozją, gdy w łonie władz zaczynają się gry frakcyjne, wtedy władza używa motłochu przeciw władzy, tam na górze masz tego dowód...
- Tam na górze mam pewną rzecz do zrobienia! - przerwał mu Karśnicki. - Nie mogę sterczeć tu w nieskończoność, słuchając twoich wykładów, mówisz mądrze, ale mówisz zbyt długo, mówisz, jakbyś nie chciał nigdy skończyć...
- Chcę mówić w nieskończoność, aby ciebie tu zatrzymać, przyjacielu - rzekł łagodnie „Heart". - Wracając na górę, pójdziesz po zgon.
- Muszę tam wrócić! Błagam cię, powiedz mi, gdzie go szukać! „Heart" zmrużył limo i filował na „Księcia" ze współczuciem, lub może zdziwieniem, albo jeszcze czymś, a potem wskazał dziewczynę:
- Ona to zrobi.
- Ona?!
- Nie znam jego adresu, ale jak czegoś nie znam, u niej szukam pomocy, ta mała jest jasnowidzącą. Wszystko widzi i wszystko wróży z moczu.
- Z czego?! - wykrztusił „Książę".
- Z moczu, z własnej szczyny. Nie dziw się i nie brzydź, to pradawna celtycka metoda, u nas przez kilka wieków stosowały ją żmudzkie czarownice.
Kopnął kimającą. Wstała i przetarła oczy.
- Wróż mu! - rozkazał, pokazując Karśnickiego. Przykucnęła i odlała się na dębowy parkiet, robiąc kałużę o dziwnych postrzępionych kształtach, jak wielki liść klonu lub dębu, i dziwnie błyszczącą, niby powierzchnia lustra.
- Czego chcesz? - zapytała i porwał ją chichot: - Hi, ni, hi, hi, hi! Kogo chcesz, tego bierz! No, kogo?...
- Człowieka, którego nienawidzę! - odparł Karśnicki.
- Więc spluń tu.
- W to?
- Tak, tutaj, mocno spluń.
Strzelił śliną w środek kałuży, aż zafalowała promieniście. Goła
wiedźma przykucnęła nad nią, pochylając głowę, koniuszki jej długich czarnych włosów utonęły. Było cholernie cicho.
- Jest... - szepnęła. - Jest w dużym, pustym domu, w tym mieście... Dziwny ten dom, nikt w nim nie mieszka już tak długo, stoi pusty... On jest tam, w pustym wielkim domu...
- W tym mieście nie ma pustych domów! - odezwał się Klon. -Ludzie i urzędy walczą o każdy centymetr, co ona gada?!
- Ona dobrze gada! - sprzeciwił się „Ogień". - Nie wiem, czy on jest w takim domu, ale takie domy są! Duże i puste.
- Polewasz! - bronił się Jacenty.
- Polewam? A cyrk na Powiślu?
- Cyrk to cyrk, kto mógłby tam siedzieć i po jakie licho?
- Jest drugi taki zostawiony, przy rogu Ostrobramskiej i Motorowej, niski, ale rozległy...
- To wysoki, wysoki dom, do samych chmur!... - przerwała im wiedźma.
„Dżek" i Staś spojrzeli sobie w dzioby z przypomnieniem, już wiedząc. I ja się skapowałem, każdy by się skapował. W Warszawie stało kilka „domów-widm", dużych gmachów, które wzniesiono, ale nie wykończono i nie zasiedlono z braku forsy, bo gospodarkę dopadł kolejny kryzys. Najsławniejszy taki pomnik komunizmu to był „złocisty wieżowiec" przy placu Dzierżyńskiego. Zaczęli g'o budować w 1965. W 1975 „z braku funduszów inwestycyjnych" zatrzymano budowę i od tej pory straszył („Polityka" napisała, gdy już upadł Gierek: „Można ten biurowiec nazwać Pomnikiem Niedokończonej Budowy Drugiej Polski. Smukła sylwetka, szkło i stal... Zestarzał się przedwcześnie, rdza atakuje gmaszysko. Wieczorem strach przechodzić, bo w środku może straszyć"). Duży bydlak. Sto metrów w górę, 110 tysięcy metrów sześciennych, widać go z daleka, nawet z prawego brzegu, wisi nad Warszawą. Każdy się skapował, jak powiedziała, że „wysoki do samych chmur".
- To klawo pasuje! - rzekł Stasiu. - Naprzeciwko jest Pałac Mostowskich, centralna nora milicji i ubecji! Panienka ma dobry wzrok..
Wszystko miała dobre, nie mogłem zabrać z niej swojego wzroku.
- Odpuść! - powtórzył „Heart". - To przeklęte miejsce, dlatego zesrała im się ta robota i dlatego stoi pusty. Przekleństwo, druhu!
- Jakie przekleństwo? - zdumiał się Karśnicki.
- Nie wiesz jakie?... Tam przed wojną, dokładnie w tym samym miejscu, stała synagoga. Ktoś, jakiś rabin, rzucił klątwę?, przeklął wszystko, co ludzie zbudują na jej ruinach... Chyba że odbudują synagogę.
To nie była prawda do końca. O tym, że to nie była prawda, bo klątwę odczarowano, dowiedziałem się kilka lat później, też z „Polityki". Wyciąłem sobie ten artykuł. Jeden dziennikarz tam napisał: „Pragniemy rozwiać szerzące się tu i ówdzie pogłoski, jakoby nad budową tą ciążyła klątwa, fatum. Otóż, jak wynika z informacji uzyskanych w Stołecznej Komisji Planowania, które potwierdził p. Szymon Szurmiej, dyrektor Teatru Żydowskiego w Warszawie, z chwilą rozpoczęcia budowy fundamentów dziewięciu rabinów odczyniło to miejsce. Zrobiono tzw. pusł, czyniąc teren neutralnym, i była to symboliczna zgoda na budowę...".
Więc to nieprawda, co powiedział król szczurów - ten punkt nie był już przeklęty i dom nie był przeklęty... Chyba, że był. Bo może artykuł, w którym to napisano, kłamał? Te ich gazety łżą tak często i tak chętnie, jakby prawda była zbrodnią. Dobre farby drukarskie nie plamią palców czytelników, ale w czerwonych gazetach, drukowanych choćby najlepszą z farb, historia codziennie brudzi ludziom łapy. Tak kiedyś zapodał „Petro" (może niedokładnie tak, lecz w ten deseń; na taśmach tego nie znalazłem, więc z pamięci powtarzam).
„Książę" uścisnął „Heartową" dłoń i rzekł:
- Dzięki!
I dał znak do wyjścia. Wtedy musiał się obudzić garbus, bo kiedy wracaliśmy korytarzem, znowu dogonił nas jego złowieszczy chichot.