X

Jak wróciliśmy, „Petroniusz" o nic nie pytał, tylko złożył raport. Cinkciarstwo na lewym brzegu i nocna wódka już były nasze. Teraz Heldbaum chciał rozpracować problem kasyn. Była trudność. Lewobrzeżną siatkę tajnych domów gry znał konkurent Dobrego i on ją kontrolował za czyimś pośrednictwem, uważając, że kasyna to też cinkciarstwo (drugi największy dopływ walut), ale Dobry nie wiedział za czyim. Miał tylko jeden adres i od tego trzeba było zacząć.
Do tej willi na Żoliborzu można było wejść mówiąc nazwiska i hasła przy furtce (w mikrofonik), lecz ktoś, kto przychodził po raz pierwszy, musiał przyjść z kimś, kto nie przychodził po raz pierwszy. Ten ktoś był poręczycielem nowego. Nowy nie mógł od razu grać. Mógł się tylko przedstawić, zadeklarować chęć i pokazać konto, lub kilogram szmalcu. Później musiał czekać, aż go sprawdzą. To mogło trwać tydzień i miesiąc. Wreszcie gospodarz dawał mu przepustkę. Ten system nam nie podchodził, za duże ryzyko. Lepszy był skok w biały dzień.
Dwaj kominiarze („Dżek" i Robert „Nóżka") przyszli rano: sprawdzenie przewodów. Wewnątrz byli dwaj goryle - remis. Ale tylko w cyfrach, bo w rękach i nogach Jacek i Robert mieli dużą przewagę. Potem wszedł Heldbaum i jeszcze kilku chłopców. „Petro" kazał usiąść gospodarzowi przy stoliku do pokera. Sam usiadł naprzeciw.
- Zagramy - rzekł.
- W co? - spytał gospodarz (trzymał się twardo, choć lima miał cykorowate). - W karty?
- Ależ skąd! W tym kraju dozwolone są tylko gry liczbowe.
Zagramy w grę liczbową.
- Jaka stawka?
- Wszystko! Ty zaczynasz. Powiedz jakąś liczbę.
- Jaką?
- Jakąkolwiek. Tę, którą obstawiasz.
- Ale...
- Nie ma ale! Mów! Facet się zastanowił.
- Sto!
- A ja sto jeden - rzekł Heldbaum - przegrałeś. Nie masz dziś fartu.
- Panowie, dość tych kpin! - burknął gospodarz. - O co chodzi?
- O to, żebyś przestał robić z siebie frajera! Bulisz komuś, kto już nie może cię kryć, bo go zdjęto, ale on to przed tobą ukrył. Wie, że prędzej czy później się dowiesz, lecz póki się nie dowiesz, przysyła tu po szmal, żeby jak najwięcej wycisnąć. Wiesz, kim on teraz jest? Kierownikiem szkoły w Serocku, nikim! Masz tu telefon, sprawdź!
Gospodarz zadzwonił i sprawdził, a potem spytał:
- Czemu go odstawiono?
- Powiedział za niską liczbę, ten, który jest na jego miejscu, powiedział większą, a większa zawsze wygrywa. Ja go tu reprezentuję. Dawaj adresy innych!
Znał adresy trzech kasyn, ale to wystarczyło, po tygodniu mieliśmy już każdy adres. Ten pierwszy, co powiedział: „sto", miał jednak fart, „Petroniusz" zrobił go następcą „Lola", szefem całego hazardu w Warszawie. Nazwisko: Leopold Klein (też Żyd), ksywka „Mały", zawód adwokat, hobby video (wtedy video to była w Warszawie rzadkość „jak niezapominajki na Syberii" - dowcip Held-bauma). Później kiedyś spytał starego:
- Po co był ten cały cyrk? Wystarczyło zadzwonić i powiedzieć.
- I może spłoszyć, Leo... A tak od razu byłeś w garści. No i jeszcze żyjemy w tak smutnych czasach, że odrobina cyrku sprawia przyjemność. Każdy twój film ci to daje...
„Mały" pomógł nam zrobić kolejny krok: wyścigi. Służewiec to było szambo od góry do dołu, nie „robionych" gonitw prawie nie było. Konie na szprycach (wzmacniających lub osłabiających), stajnie i dżokeje na lewych pensjach od bukmacherów (tak samo fotokomórka), bukmacherzy nad wszystkim, jak bogowie w niebiesiech, nad dyrekcją, nad kasami i graczami. Melon za melonem tygodniowo. Klein wskazał nam wodza. Ten wódz miał choleryczną gwardię. W straszliwym mordobiciu „batalion" i chłopcy „Ognia" rozbili ich, ale Tomek „Wuj" umarł z pękniętym baniakiem. Wódz też umarł (w naszej cegielni), tylko, żeby go dopaść, najpierw trzeba było go „ustawić" wobec jego sztabu.
To była derbowa niedziela. Faworyt absolutny: trzylatek „Grom". Tysiące frajerów postawiły na niego, my też i to jak! A tamci obstawili w kasie państwowej klacz „Mirandę", boją robiono po cichu, „Grom" miał umoczyć. Nie wiem jak Heldbaum załatwił dżokejów i stajennych, ale załatwił. Strzykawki podmieniono i „Grom" wygrał. W minutę później „walet" służewieckiego bossa (ten „walet", co odpowiadał za zrobienie wyścigu) wpadł do stajni z pianą, a tam już czekał „Petroniusz" i nasi chłopcy. Pełne zaskoczenie.
- Co pan tu robi?! - syknął „walet". - Kim pan jest, do diabła?!
- Człowiekiem, który chce ci pomóc. On ci tego nie wybaczy. Przyjmij naszą pomoc, a zostaniesz na stanowisku i zatańczysz na jego grobie, bo właśnie kończymy z nim. Chyba, że chcesz, aby mądrzejszy wskoczył na twój stołek i twój grób!
Tego ów facet nie chciał. Dał nam adres i cynk, jak uderzyć, żeby poszło.
Karśnicki nie uczestniczył, zajmował się Bartkiem. Mówił do niego: „My, piloci wąskotorowi, Bartuś!", albo: „My, marynarze podziemni!", i czytał mu (a właściwie opowiadał, pokazując obrazki) treść dwóch knig Disneya, o słoniku Dumbo i o szczurołapie z Hameln, bo te dwie „kołki" Bartuś najbardziej lubił. Czasami wskazywał na bibliotekę i paplał:
- Twoje kołki są brzydkie! .
- Dlaczego?
- Bo nie ma w nich słoninków, jeżynków i misiów!
- Fakt, masz rację, brzydkie są. To o czym teraz przeczytamy? Może o krasnalach?
- Nie, o słoninku! O tym, co fruwa uszkami.
- Dlaczego nie chcesz o krasnalach?
- Bo do nich już mama wróciła i one są z mamą!
- To nie jest ich mama, już ci mówiłem, to królewna!
- Chcę o słoninku!
„Dżek" kupił mu wielkiego pluszowego słonia, za żadnym ze zwierzaków szczyl nie hył tak bardzo, jak za słoniami. Te książeczkę mam do dzisiaj. Z Disneyowskiej serii „A little golden book". „DUMBO - fruwający słoń". Na okładce Dumbo fruwa hen w powietrzu, ma pod sobą cyrkowe namioty, góry i lasy, a na trąbie siedzi mu, niczym pilot, stara myszą w czerwonym kubraku i w czerwonej czapce, i ta myszą trzyma czerwoną chorągiew z wielką literą D - jak Dobry! Na ostatnim obrazku pali się wieżowiec i Durnbo szykuje się do skoku z najwyższego piętra. Proroctwo za proroctwem, wróżba za wróżbą, jasny gwint, kto wówczas mógł to przeczuć?! I to ostatnie zdanie w tej kniżce, te dziewięć wyrazów, które ją zamykają: „...bo jego serce było tak wielkie jak jego uszy"!
Wyrwał go z domu kłopot Heldbauma z następną branżą lewobrzeżnej - z prostytucją. „Petro" nie mógł dojść, gdzie tam jest czub. Sutenerów mógł łatwo namierzyć, ale to drobne ręce, wyżej stali szefowie rejonów, a jeszcze wyżej szefowie dzielnic, a najwyżej? To nie była betka, bo po lewej stronie ów biznes miał sto razy większy przerób niż w prawobrzeżnej Warszawie i to przerób dewizowy - w Śródmieściu roiło się od hoteli z zagraniczną klientelą, takich hoteli na Pradze nie ma. Próbować rozgryźć tę sieć naciskaniem sutenerów dawało nieomal gwarancję spowodowania alarmu i pierońskiej wojny z bossami. Ale co innego można było zrobić? Heldbaum chciał już iść na to, gdy „Księciu" zaskoczyła pamięć:
- Jest taki ktoś, kto powinien ich znać... tak, on musi ich znać!
I pojechaliśmy (ja i „Książę") do Bolka „Baletmistrza", dyrektora „Estrady", odwaleni w najmodniejszą superciucharnię, prosto z Ciuchów, tak Karśnicki rozkazał. W przedpokoju sekretarka marzenie, oczko i cycuś aż śpiewają do chłopa. Zza drzwi gabinetu śmiech jak żubrowy ryk, to Bolo rżał. Nagle wybiegł, machając gazetą i krzycząc do sekretarki:
- Popatrz, Lidka, co tu... I ujrzał nas,
- Kurrrrczątko! Chłopaki!... Stefus, nareszcie! Lidka, to jest mój najlepszy przyjaciel z wieku jeszcze bardziej młodzieńczego niż dziś!
- Cześć! - powiedział „Książę".
- Dzień dobry panu - powiedziałem ja.
- Dzień dobry, Józiu, popatrz, kurrrrczątko, jak zmężniał! O łotry, o sobacze nasiona, tyle lat się ociągać z rewizytą?! Właźcie do gabinetu!
- Możemy poczekać, załatw najpierw to, co miałeś z panią załatwić... - rzekł „Książę".
- Miałem jej tylko pokazać, co tu napisał Witkacewicz, no wiesz, Witkacy, ten przedwojenny artycha! - Bolo machnął trzymanym w ręku „Przekrojem". - Tu drukują jego listy i tu jest taki kawałek po byku... to jest list do żony, z Zakopanego, w dwudziestym szóstym, słuchajcie, przeczytam: „Wczoraj, kiedy robiłem pipi w lesie i zapatrzyłem się w krajobraz, bąk koński uciął mnie w kutasa"! Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha,ha! Dobre, co?
Zaniósł się śmiechem, wraz ze mną i z panną Lidką, tylko Karś-nicki się nie śmiał, ale tamten nie zauważył.
- Czekajcie, bo to dopiero początek, najlepsze będzie! No już, cisza!... „Spuchło to jak balon i myślałem, że odpadnie. Ale jodyna i Staroniewicz uratowali to cenne utel... nie, zaraz... utensylium dla dobra przyszłych pokoleń. Dziś jest tylko czerwone, ale może jeszcze odpadnie... Post scriptum. Wszystko razem jest do dupy. Twój Dupcio"!
Znowu gejzer śmiechu, aż miał łzy w oczach.
- No, włazić, panowie! Lideńko, trzy kawki! Nie ma mnie dla nikogo!
Usiadł w fotelu, Karśnicki w drugim, ja na kanapie.
- Dobre, co Stefuś! „W kutasa"! „Jak balon"! „Dla dobra przyszłych pokoleń"! „Pipi"! Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha! „Dziś jest tylko czerwone, ale może jeszcze odpadnie"! Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha! Co ty na to?
- Też wierzę, że czerwone jeszcze odpadnie dla dobra przyszłych pokoleń, bo teraz wszystko jest do dupy.
- No dobra, dobra, kurrrczątko, tak źle nie jest, wyglądasz jak lord! Widać zmiany, bo ostatnim razem, tego, no... dalej mieszkasz w betoniaku?
- Mam swój dom.
- Duży?
- Duży, z ogrodem.
- A wozik?
- Mam trzy. Przyjechałem BMW.
- Model?
- Ten rok.
- O kurwa, Stefuś, toś ty w milionery polazł!
- Daj spokój, a co u ciebie?
- Stara bida - machnął grabą Bolo. - Się kręci.
- Ciągle w laleczkach?
- A w czym? Na tym się znam, nie będę się przebranżawiał na starość.
- To wąski interes! - prychnął „Książę".
- Zaraz, zaraz, kurrrcZątko, nie taki wąski, trzeba umieć go rozszerzać. Inicjatywa, łeb, Stefuś! Wiesz, na co ostatnio wpadłem? Na Turków! Lud gna do Turcji po towar, przywozi i opyla z dużą górką w komisach i na targowiskach, to wiesz. Ale czy wiesz, że to można robić prawie bez kapitału? Bo normalnie musisz sporo zainwestować. Musisz opłacić podróż i pobyt, musisz kupić u handlarza w Stambule, w końcu musisz dać duży haracz tureckiemu celnikowi, żeby przepuścił twój transport. No i owszem, masz z tego fajny zysk, ale gdyby tak się dało go potroić, to byłaby dopiero bonanza! I wiesz, o czym się dowiedziałem? Że niektóre damulki, nie żadne rury uliczne, damy z naszych salonów, panie inżynierowe, prezesowe, dyrektorowe, nic nie płacą, tylko przejazd! Dają Turkom dupala, kupcom i celnikom, za towar i za cło! Brudasy wolą to od szmalu, pod jednym warunkiem, musi być blondyna i nie może być wklęsła pierś, kurrrczątko! Mężuś nic o tym nie wie i wszyscy są zadowoleni. No to poszedłem po rozum do łba. Ja takich blondynek mam na kopy, Stefuś! Zacząłem je wysyłać, niech uprawiają turystykę...
Karśnicki wyjął plik dolarów i rzucił na blat. Same setki.
- Masz z tego tyle dziennie?
„Baletmistrz" podniósł się i wybałuszył limo.
- O rany! - zachrypiał - kurrr...! Dziennie to i. ty chyba tyle nie masz?
- Nie. Gdybym miał tyle przez dwadzieścia cztery godziny, to bym rzucił ten interes. Mam trzy razy tyle.
- Kurrrczątko! Stefuś... ja bym w to wszedł!... W czym się tyle robi?
- W prywaciarstwie.
- W jakim?
- W różnym.
- No na przykład?
- Na przykład hodowla i eksport cebulek kwiatowych na
Zachód Miliony dziennie. I to jest forsa legalna, z koncesją, z podatkiem, nie żaden przemyt, za który możesz beknąć, jak wylecisz z układu.
- O mamo, co ja tu robię?! - jęknął „Baletmistrz" i padł w głąb fotela, jakby dostał zawału.
- Mam do ciebie interes - rzekł Karśnicki.
- Się domyślam, inaczej byś nie przyszedł z tandeciarzem gadać!
- Kilku moich znajomych, ci od tych milionów, mają ochotę na dobry balet z eskportowymi panienkami.
- Dam im dzidzie pierwsza klasa, Stefuś, lepsze od rządowych!
- W tę sobotę.
- Zawsze, kiedy tylko chcą! Towar czysty jak świeże pączki od Bliklego, ile sztuk?
- Poczekaj... Tym razem trzech, plus ja i on - rzekł Karśnicki, wskazując na mnie. - Czyli piątka.
- A szóstka może być?
- Chcesz się załapać?
- Stefuś, bądź kolegą, błagam cię!
- Myślałem o tym... Dobra. Może się w coś wkręcisz, w każdym razie będziesz miał szansę z nimi pogadać i zobaczymy. Rachunek za towar płacę od razu.
- Stef, kurrrczątko, nic! Ani centa! Wszystko ja stawiam, trunki też! Stefula, kochany mój, ja zawsze wiedziałem, że ty jesteś równia-chem, Stefuś!...
Urządzili to w jednej z naszych dacz. Oprócz mnie, Karśnickiego i Bolą był Heldbaum, „Bankier" i Legur, robili za tych prywaciarzy z milionową dniówką. Bolo się postawił, dał dzidzie ekstra, pierwszoligowe, młode, wesołe i chętne, każda mówiła, że jest aktorką lub modelką, i jeśli nawet nie były, to mogłyby być. Najpierw żarty, tańce i drinkowanie, potem, przed północą, „Baletmistrz" zakomenderował:
- Panowie proszą damy do walca! I na dokładkę:
- Bawimy się, jak damy, a jak nie damy, to się nfe bawimy! Ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha, ha!
Nikt nie tryfił, każdy poszedł ze swoją lalką do osobnego pokoju, żeby ją wyruchać. Moja miała na imię Elka. Przylepek, tuliła się, ja to lubię. I pokombinowałem, że jest okazja na coś specjalnego; więc
jak zaczęła mnie rozpinać, ja nic, łapy w kieszeni.
- A ty mnie, kotku, nie rozbierzesz? - szepnęła.
- Po co?
- Jak to po co? Majteczki mnie uwierają!
- Nie musisz ich ściągać.
- Jak to?... Niegrzeczny chłopiec! Cóż to za moda, żeby...
- Moda francuska, dziecinko!
Roześmiała się, i lu! Ale potem i tak ją rozebrałem, żeby przekręcić starą modą, należało się jej. Pyszna cizia, takie są na okładkach zachodnich pism, „Playboyów" i innych, w życiu można zaliczyć takich dupeczek mało, dobrze, gdy chociaż raz.
Jak panie się zmyły (pierwsza już minęła), panowie przystąpili do interesów.
- On chce w coś wejść - powiedział „Książę", wskazując „Balet-mistrza".
- Wejść w tym kraju to można zawsze! - burknął Drozd (pijanego odstawiał, ale bez przesady). - Trudniej wyjść niektórym! Takie ustrojstwo.
Legur i Heldbaum zarechotali po pijacku, że niby wic pierwsza klasa.
- Panowie, mówimy na poważnie! - zdenerwował się Karśnicki.
- Poważnie, Stefek, to ja liczę powyżej balona, poniżej mam kolki ze śmiechu! - parsknął Drozd, a tamci mu wtórowali.
- On dysponuje kapitałem, to raz...
- Tak jest, panowie, z forsą nie ma problemu! - włączył się Bolo.
- ... a dwa, to jest mój kumpel! Zależy mi na tym! - rzekł „Książę".
- A nam zależy na spokoju! - odparł „Petro", zgasiwszy uśmiech.
- O co chodzi?
- O ten tramwaj, co nie chodzi, Stefan. Wiesz, jak w tej piosence, „czerwony tramwaj... na lewo most, na prawo most!",
- Popierdoliłeś! - zwrócił mu uwagę Legur. - To nie był tramwaj ! I zanucił:
- „Autobus czerwony przez ulice mego miasta mknie!...".
- Jeden chuj! - machnął ręką Heldbaum.
- Co jest?! - zawarczał Karśnicki. - Powiedzcie w końcu!
_ Stefcio, uspokój się, dobra? ... Pogadamy, ale może nie teraz i nie tu, jutro - przyhamował go „Bankier".
- A dlaczego nie dzisiaj, coś wam nie pasuje?
- Coś.
- A może ktoś?! Może ja?!
- Nie pieprz!
- To wy pieprzycie! Gadajcie od razu, albo żadnemu nie podam ręki, nie lubię, jak się robi ze mnie balona!
- Proszę bardzo - mruknął Legur - gdy się tak napierasz... Tylko, żeby potem nie było urazy.
- Nie będzie żadnej urazy! Co jest?
- Jest ten feler, że my ludzie nie uświadomieni, nie partyjni znaczy się, a szanowny towarzysz...
.Tu Legur pofilował na „Baletmistrza". Karśnicki westchnął:
- No nareszcie! Więc o to chodzi...
- O to chodzi, Stefuś, że między myśleniem partyjnym, czyli dialektycznym, a biznesowym, czyli praktycznym, jest pewna subtelna różnica - wyjaśnił Drozd. - I jeszcze o to, że nie może wejść między wrony i krakać tak jak one kogut z czerwonym grzebieniem, bo po pierwsze on zna tylko kukuryku, a po drugie właściciel kurnika lubi mieć na swój drób oko, a to grozi...
- Panowie! - krzyknął „Baletmistrz" - o co wy mnie posądzacie?! Rany boga, że legitymację mam? Mam, bo mam stanowisko, bez niej bym nie miał, musiałem wstąpić! Wszyscy to robią, odkąd tylko istnieje ta partia, w całej Polsce, wielka mi rzecz! Ale czy ja przez to jestem czerwony? Czyja z nimi jestem? Gówno, takiego wała jak Polska cała! Tak samo nienawidzę komuchów, jak i wy, jak cały naród, co ja, kurwa jestem, czy co?! Pierdolę ten system, sram na tę partie...
Srał tak przez kilka minut. Uwierzyli mu i umówili się z nim na jutro, w domu „Księcia". Przyszedł punktualnie.
- Nie ma ich? - spytał.
- Ja jestem - rzekł Karśnicki.
- Ale oni przyjdą?
- Nie są potrzebni, nie przyjdą.
- Jak to nie są potrzebni, Stefek?
- Nie są, ty jesteś potrzebny.
- Ja wiem, tylko...
- Posłuchaj. Chcę wiedzieć, kto na lewym brzegu rządzi kurwami, sutenerami, burdelami. Kto tam rządzi? Bolo zdębiał.
-'Co?
- To, co słyszysz. Mów.
Zdębienie Bolą wybałuszyło mu ślip.
- Stef, o co ci chodzi?...
- Dokładnie o to.
- Daj spokój, żarciki sobie strugasz... Skąd ja mam wiedzieć?
- Wiem tylko, skąd ja mam wiedzieć. Mam wiedzieć od ciebie!
- Coś ty z byka spadł?! - zdenerwował się Bolo. - W co mnie robisz?
- W kabel.
- Nie wygłupiaj się, Stefan...
- Nie wygłupiam się. Mów. .
- Stefek, skończ, okej? Ja nie wiem, ale nawet gdybym wiedział, to bym nie powiedział nikomu, chcę żyć! I ty też się od tego odpierdol, to jest za poważna sprawa...
- Dla ciebie ta jest poważniejsza! - rzekł Karśmcki, wciskając guzik magnetofonu.
Z głośniczka napłynęło:
- „Panowie, o co wy mnie posądzacie?! Rany boga, że legitymację mam? Mam, bo mam stanowisko, bez niej bym nie miał, musiałem wstąpić! Wszyscy to robią, odkąd tylko istnieje ta partia, w całej Polsce, wielka mi rzecz! Ale czyja przez to jestem czerwony? Czyja z nimi jestem? Gówno, takiego wała jak Polska cała! Tak samo nienawidzę komuchów jak i wy, jak cały naród, co ja, kurwa jestem, czy co?! Pierdolę ten system, sram na tę partię..."
Słuchał i robił się biały jak prześcieradło zaplamione po pijaku. Już zrozumiał, że zrobili Bolą w bolo, ponieśli wilka, co nosił raz za razem innych, aż wpadł. Sam w to uwierzyć nie mógł.
- Toś ty taki?! - wychrypiał, patrząc na Karśnickiego. - Myślisz, że ci powiem?... O, fiut! Daj im to, daj, niech mnie wykopią! Hak ci w smak!
- Powiesz. Najpierw cię wykopią, a potem zajmą się tobą moi chłopcy. Im powiesz.
- Twoi chłopcy? A co oni mi mogą zrobić?
- Krzywdę cielesną.
- Krzywdę cielesną to mogą mi zrobić tylko ci, których chcesz, żebym sypał!
- Jak ich sypniesz, to po tygodniu będą wysypani na śmietnik. Dożywotnio. I nikomu już nic nie będą mogli zrobić. A gdy jakiś będzie próbował, to do piachu!
- Kto ty jesteś, kurrrczątko, taki kozak?
- Taki!
- Stefan...
- Nic już nie mów, mów to, co kazałem.
„Baletmistrz" przez chwilę milczał, gapiąc się w magentofon, który też milczał.
- Napiwek jaki?
- Może zajmiesz miejsce wygrużonego króla-sutenera, jest nam potrzebny ktoś z głową, ktoś, kto zna tę branżę...
- Tam nie ma jednego króla, są trzej i mają dużo ludzi...
- My mamy więcej ludzi i glinę za sobą. Trzech czy dziewięciu nie robi nam różnicy, mów!
Powiedział. Dzięki temu rozgryźliśmy i przejęliśmy ów biznes, w którym najciekawsze było coś, o czym nie miał pojęcia nikt z ferajny. Że prawie każde biuro matrymonialne robi za burdel dla cudzoziemców i za dom wysyłkowy nadwiślańskich towarów dla burdeli w RFN! Ale heca!
Wkrótce lewy brzeg był nasz (czyli oba brzegi były nasze), z wyjątkiem tych pól, na które nie chcieliśmy się ładować. Zostało to rozstrzygnięte podczas specjalnego zebrania RPZP (nikt nie pomyślał, że Rada Przestępczego Związku Pragi to już tytuł do luftu, bo powinno być RPZW - Rada Przestępczego Związku Warszawy), w rozszerzonym o lewobrzeżnych „waletów" składzie. Rzucano tam pomysłami. Krzywosz zaproponował objęcie warzywniaka, czyli przedporannego hurtu warzyw i owoców, lecz propozycja upadła w głosowaniu. Inna, którą pamiętam, to sport, głównie futbol pierwszoligowy, bo nie było prawie meczu nie sprzedanego lub nie kupionego, tylko frajer mógł sądzić, że na boisku rozstrzygają się wyniki w tak zwanej rywalizacji sportowej. I to upadło, bo główny handlarz to była „Legia", nikt nie chciał z wojskiem drzeć kotów. Jeden projekt przeszedł: przywóz z Austrii i z RFN kradzionych tam gablot, które u nas opylało się za ciężki szmal (chłopcy zwijali je tam z ulic lub pożyczali w wypożyczalniach samochodów, dawali nowe papierki i spokojnie przekraczali granice; współpracował tu z nami gang Jugosłowian).
Dla podobnych przyczyn, co z futbolem, upadł pomysł z kniż-kami. Czarny rynek knigowy oraz przerzut malunków i starodruków za granicę dawały git zysk, ale wśród rekinów tego interesu był pułkownik Wojska Polskiego i pewien agent SB, lecz nie polskiego SB, tylko mocniejszego. Więc ta propozycja też kojfnęła, ale Karśnicki raz prztyknął tych rekinów (bez wiedzy starego, który na pewno by się sprzeciwił) - dla samej przyjemności. To opowiem.
Chodziło o cyrk tak zwanych „aukcyjnych komisów". Aukcje starych, cennych kniżek były w wielu wojewódzkich miastach. Handlarzom z czarnego rynku udało sieje opanować i doić właśnie dzięki tzw. aukcyjnym komisom, o których wiedział mało kto z normalnych ludzi. Ludziska sprzedawali kniżkę handlarzowi sądząc, że mają z tego zysk, bo państwo wy-antykwariat zabrałby im jedną trzecią wartości jako marżę. I to była prawda - czasami handlarz do ręki dawał więcej, po czym wywoził kniżkę na przykład do Poznania czy Krakowa i tam wstawiał w „komis aukcyjny". Oznaczało to, że otrzyma trzy czwarte sumy wylicytowanej na aukcji, a były to sumy cholerne, odkąd podzielono kraj na 49 województw i namnożyło się nowiuteńkich wojewódzkich bibliotek o wielkich ambicjach, pustych półkach i nieograniczonych funduszach. Wystarczyło, że trzy lub cztery panie bibliotekarki porznęły się o jakąś kniżkę i licytacja trwała w nieskończoność. Na tych „komisach aukcyjnych" gang farcił ciężki szmal.
Przebojem 1979 był jakiś atlas sprzed paru wieków, pierońska rzadkość. Ząbki sobie nań ostrzyło kilka bibliotek, w tym Jagiellonka i Narodowa. Ale i one wypadły na out, gdy licytacja przekroczyła milion złotych! Czy ktoś z was kojarzy, co to był melon w 1979 roku?... Przy dwóch milionach złotych jeszcze dwóch ludzi trzymało graby uniesione w górę ku osłupieniu sali, więc licytacja trwała dalej. Jeden to był warszawski profesor, któremu akurat przekręciła się siostra w Ameryce i cały jej mająt on wziął w spadku. Ten profesor już przed aukcją mówił, że atlas będzie jego, w każdym razie: „do trzech milionów nie popuszczę, przeznaczyłem nań trzy miliony, a jakby co, to może jeszcze i pół dodam!". Drugim licytującym był agent handlarzy, podstawiony, żeby doholować profesorską gra-bulkę do trzech melonów (inaczej profesor miałby atlas już za milion z niewielkim hakiem). „Dwa miliony siedemset tysięcy!" dla cwaniaczka, „Dwa miliony osiemset!" dla profesora, „Dwa miliony dziewięćset!" dla cwaniaczka, i teraz powinno być: „Trzy miliony!" dla profesora, lecz ten przy dwóch dziewięćset... opuścił dłoń! Profesor był podstawiony przez „Księcia", a cwaniaczki z gangu komisowego musiały połknąć (wykupić) własną żabę za dwa miliony dziewięćset tysięcy złotych! Odliczając ich zysk (trzy czwarte wylicyto-wanej sumy) i doliczając ich koszt zakupu z rąk właściciela (600 tysięcy złotych) - stracili na czysto w tej grze ponad milion trzysta tysięcy złociszów! Czy ktoś z was kojarzy, jaka to wtedy była suma? Domek z ogródkiem można było kupić!
Jeśli już o tym mowa, to właśnie chciałem fundnąć mamie dom z ogródkiem, miałem upatrzony, a ona wpadła pod ciężarowy samochód! Płakaliśmy z Gienkiem jak te bobry. „Książę" nie dał mi bulnąć za nic (choć miałem szmalu, jak lodu), sam płacił wszystko -trumna luks, wieńce luks, cały pogrzeb taki ekstra, że wysiadają partyjne pogrzeby. Potem przychodziłem każdego dnia na grób, aż mnie zwinięto w tym cholernym gestapowskim kotle.
Była zima, biało i cicho, taki mróz, że zdychały gabloty i mało kto wychodził z domu. Śnieg mi chrzęścił pod skokami, jak maszerowałem od Bródna do willi Karśnickiego - długie spacery były mi potrzebne, bo miałem dużo smutnych myśli; trzeba stracić matkę, żeby skapować, co znaczy ktoś, kogo chciałoby się mieć, a kogo już nigdy nie będzie się miało.
To był wtorkowy wieczór. Na zewnątrz domu poczułem, że coś nie gra. W domu pełno gestapowskich łapsów, kocioł jak jasny gwint! Od razu pomyślałem, że to przez tę Żydówkę Karśnickiego. Drozd doniósł o dwóch skurwysynach, co się dowiedzieli, że w jakiejś kolejarskiej rodzinie ona ma schowek za szafą. Chcieli ją wydać, ale najpierw chcieli wycisnąć trochę szmalcu z niej i z tych kolejarzy. Obu szmalcowników rozwalił Staś, a Żydówkę przywiózł do chałupy „Księcia". I Karśnickiemu odbiło, kiedy ją zobaczył. Ja się nie dziwię, taką smutną, czarną, wielkooką i cholernie piękną też bym kupił. Ona się spytała:
- Czy pan jest akowcem?
- Nie, jestem handlowcem. Z konspiracją mam tyle wspólnego, że oni czasami kupują ode mnie broń, którą ja kupuję od Szwabów. Ale nie robiłbym tego, gdybym na tym nie zarabiał.
- Pan robi z Niemcami interesy?
- Robię interesy z każdym, na kim można zarobić pieniądze.
- Ale ma pan dobre kontakty z Niemcami?
- Bardzo dobre, nie narzekam.
Wtedy ona zdjęła but na wielkim korku i z korka wyjęła rulonik, same dolary, prosząc, żeby wykupił z getta jej ślubnego. „Petro-niusz" przeliczył i mruknął:
- Nawet rok temu mało byłoby, a teraz... Szkoda czasu i atłasu!
- Zrób to! - rozkazał „Książę".
- Wasza książęca wysokość, nasz Miiller wpadł przez takie numery, wylądował na froncie wschodnim...
- To załatw przez kogoś innego!
- Zbyt duży ryzyk, tam zaostrzono kontrolę i trzeba by bulnąć wagon złota...
- Więc bulnij!
- Na miłość boską... - zaczął staruch i urwał, bo spostrzegł w „Książęcych" patrzałkach pieroński gniew.
Po miesiącu tego Mośka wyjęli zza muru i przywieźli do Karśnic-kiego. Inteligent, szkielecik w okularach, brudny zarost, kinol większy od głowy, smród. Cuchnęło odeń głodówką i śmiercią. Jadł bez końca. Trwało kilka tygodni jak przy stole, gdy Mańka podawała do obiadu, rzekł:
- Niech pan nas przerzuci na Zachód.
Tak to powiedział. Nie prosił - żądał. Żuł żarcie i miał zły wzrok.
- Szymon! - jęknęła ta Żydówka. - Pana to już tyle kosztowało...
- Ty, Róża, nie chcesz wyjechać? To zostań! On będzie szczęśliwy i ty będziesz szczęśliwa i ja też będę szczęśliwy. On już wydał na mnie majątek, to niech on teraz wyda na mnie drugi majątek i ja mu nie będę zawadzał...
- Jak możesz?!
- Czyja ciebie pytałem, Różo, jak ty mogłaś to z nim robić? Ty jesteś dobra kobieta, ty męża chciałaś wyciągnąć z trumny i tobie się udało. Ale ja jestem taki Żyd, co nie będzie jadł z talerza, do którego ktoś napluł. Byłaś jego, to już bądź, a ja poszukam sobie inne szczęście. Tak będzie sehr gut dla nas wszystkich, prawda, proszę pana?
- Nie tknąłem pańskiej żony! - rzekł „Książę". Fakt, że nie tknął, nawet nie próbował.
- Pan kłamie, ale pańskie oczy nie kłamią - odparł Żyd. - Ja widzę, jak pan na nią patrzy, tak się patrzy na kogoś, kto jest najważniejszy w życiu. Ja znam moją żonę, z nią się raz przespać, to zwariować. Ze mną też tak było, jak ja zgasiłem światło po naszym ślubie. Ale tam to ja się przespałem ze śmiercią, oni tam teraz wywożą do gazu i ja co noc czułem ten gaz. I ja już jestem zdrowy. Pan weźmie jej ciało i pan wywiezie stąd moje...
- Szymon!! - krzyknęła, a z oczu płynęły jej łzy i policzki były czerwone od niezawinionego wstydu.
- Że co, że ja handluję dupą żony? To nie ja ciebie rozbierałem, jak ty przyszłaś do niego. Ja tylko...
Zerwała się od stołu i wybiegła, płacząc.
„Książę" go wywiózł do Szwajcarii. Ona nie chciała się nawet pożegnać z mężem, i jak tylko zniknął, w pierwszą noc, wlazła do Karśnickiego; przy śniadaniu to spostrzegłem, teraz już oboje filowali na siebie w ten sam sposób.
I ktoś musiał sypnąć, stąd Gestapo. Też nie zdążyłem się pożegnać. Kiblowałem na Pawiaku, a potem wycieczka przez Reich, za druty, lagier. I też przespałem się tam ze śmiercią, jak ten Żyd. Facet z naszego bloku, Ledniak, uciekł, a kiedy łapacze wrócili z pustą grabą, bo na dobre zwiał - nie kazano nam iść do roboty po apelu, tylko stać przed blokiem.
- Będziecie stać aż wydacie tych, którzy mu pomogli lub oni sami się przyznają - powiedział SS-Fuhrer Kort. - Nie dostaniecie nic do żarcia ani do picia. Każdy, kto upadnie, będzie zastrzelony, prócz ostatniego. Ostatniemu darujemy, bo tak chce pan pułkownik von Rotenburg.
Pułkownik von Rotenburg przyjechał do obozu na inspekcję.' Stał trzy kroki od SS-Fuhrera Korta i patrzył w niebo, prowadząc wzrok za jakimś ptakiem. Odróżniały go cielęce rękawiczki, monokl, szpicruta, którą nigdy nie uderzył w nic poza cholewkami swych kawaleryjskich butów, oraz fakt, że nie rozkraczał się w ulubionej pozie skurwieli z SS i wystrzegał się krzyku.
Do wieczora nikt nie upadł. W nocy, białej od reflektorów, które wycelowano ku nam z wieżyczki, przewrócił się „Zegarmistrz", bo próbował kimać na stojąco. Potrącił Barczyka i obaj upadli na ziemię. Barczyk się podniósł, „Zegarmistrz" siedząc przecierał lima. Kort nadbiegł, wpakował staremu kulę w skroń i poszukał lufą drugiej ofiary.
- Ja stoję! - krzyknął Barczyk.
- Ale już dotknąłeś ziemi dupą! - odpowiedział Kort, strzelając mu w pierś.
Ludzie z komanda krematoryjnego wyciągnęli trupy bosakami, uważając (taki był rozkaz), żeby nikogo nie potrącić. Wrzucili ciała na taczkę i odwieźli do pieców.
Noc była chłodna, ale mnie nie było zimno. Pociłem się z cykorii i filowałem na Zenka, który stał po mojej lewej, i na „Ropuchę", który stał po prawej, i na „Klocka", który się przede mną garbił, a także odwracałem głowę do tyłu, gdzie stał Czerejko, który mógł upaść mi na plecy, a oni tak samo filowali na mnie. Wzdłuż rzędów przelatywał szept:
- Nie spać! Nie spać!
Co kilka godzin zmieniali się strażnicy, a Kort, Grummer, Silfrat . i Wolf co godzina. Tej nocy nie upadł już nikt.
Rano zjawił się pułkownik von Rotenburg. Opadł na fotel ustawiony w cieniu baraku, przypalił szluga i zaczął czytać kniżkę z piękną oprawą introligatorską.
Wczesnym popołudniem słońce wywróciło dwóch i zaraz znowu dwóch. Wolf uzupełnił magazynek czterema nabojami, a pułkownik, któremu właśnie przyniesiono obiad, rzucił go psom i pomaszerował zamyślony w stronę sąsiedniego bloku.
Drugiej nocy Kort, Grummer i Silfrat mieli ostre strzelanie, Wolf nie miał fartu, strzelał tylko raz, może dwa, nie pamiętam. Nad ranem spadł deszcz i ustąpiło pragnienie.
Następni zaczęli padać koło południa, pod słońcem równie silnym, jak wczoraj. Przychodzili patrzeć oficerowie z całego obozu, żartowali i robili zakłady. Duże, o ciężki szmalec! Większość obstawiała Sąpora, wozaka z Warszawy, i Zenka-boksera, tylko jeden na mnie wskazał. Nie wiem dlaczego, może liczył, że wygra fuks. Stałem na lewej i na prawej girze, i na dwie giry, rozstawiałem je tak jak Zenio.
O zmierzchu Tadek Maroć krzyknął, że powie, kto pomagał. Wiedziałem, iż to lipa, bo nikt z naszego bloku nie pomógł. Maroć zaśpiewał nazwiska tych, których już wyciągnięto bosakami i spalono. Wolf roześmiał mu się w pysk:
- Głupia sztuczka, gnoju. Nawet jeśli mówisz prawdę, to za późno. Chcieliśmy żywych.
Potem pieprznął Tadka butem w krocze i strzelił. Podoficer, który założył się, że Maroć wygra, dostał szału, wrzeszcząc, iż zakład się nie liczy, bo Maroć nie upadł sam. Kłótnię przerwało nadejście pułkownika.
W ciemności nie czułem gir, jakby mi je do pachwin ucięto i jakbym wspierał się na skrzynce cierpkiego bólu, raz drętwiejącej, a raz przeszywanej stalowymi igiełkami. I powiek nie mogłem utrzymać. Obudził mnie strzał koło głowy i zobaczyłem Czerejkę wleczonego na haku bosaka. Pomyślałem, że mani szczęście, bo Czerejko padając mnie nie dotknął. Rozpocząłem ćwiczenia palcami rąk i gir, żeby ruszyć krew, podejrzałem to u Zenka.
Kiedy wyszło słońce, stało nas jeszcze ośmiu. Byliśmy jak przetrzebiony las. Obok mnie stał tylko Zenio. Ludwik, z drugiego końca placu, zaczął nagle iść przed siebie, z rękami wysuniętymi jak lunatyk i śpiewał ochrypłym głosem: „Bolszewika goń, goń, goń!". Grummer strzelił mu w otwarte usta.
Po południu nadszedł komendant obozu. Przywitał się ramieniem wyrzuconym do góry. Von Rotenburg niedbale skinął mu głową, nie wyjąwszy rąk zza pleców. Komendant spytał:
- Długo to jeszcze potrwa, panie pułkowniku?
- Chyba już nie - odrzekł von Rotenburg, poprawiając monokl -ale trudno powiedzieć, wytrzymałość człowieka jest niezbadana i wprost niewiarygodna.
- Którego z nich pan typuje, panie pułkowniku?
- Żadnego.
- Żadnego?
- Żadnego, brzydzę się hazardem.
- Niech pan sobie wyobrazi, panie pułkowniku, moi ludzie porobili mnóstwo zakładów, im mniej stojących, tym stawki rosną. Cały obóz zwariował, są już tacy, co zakładają się nie tylko na ostatniego i na godzinę, w której padnie przedostatni, ale nawet systemowo, na kolejność trzech ostatnich, zupełnie jak na wyścigach! Trudno się im dziwić, mamy tu robotę ciężką i monotonną, a nie ma nic gorszego jak nuda. Ludzie pragną jakiejś rozrywki, miał pan świetny pomysł z tym konkursem.
Pułkownik nic nie odrzekł, sięgnął po złotą papierośnicę i wyjął jednego, nie częstując komendanta. Ten odczekał, aż von Rotenburg się zaciągnie , i znów podjął:
- Ciekawe, byłem pewien, że pan też gra na tej loterii.
- Mówiłem już, nie bawi mnie to.
- A co, jeśli wolno spytać, bawi pana w tej grze, panie pułkowniku?
- Granice człowieka.
- Przepraszam, jakie granice?
- Granice wytrzymałości nóg! - rzekł z jawną złością pułkownik i schował się za obłokiem dymu.
Komendant milczał parę chwil w postawie pełnej uszanowania, strzelił dłonią do góry i odszedł.
Przetrzymałem jeszcze jedną noc. Nie miałem nóg, ani gardła, i nie miałem już strachu. We łbie jednostajny szum, lecz starałem się nie myśleć o tym, żeby nie zamienił się w korkociąg, który mnie zwali na ziemię.
Jeszcze jeden świt, a my stoimy we trzech: przy sobie miałem Zenka, kilkanaście kroków dalej, jakby za mgłą, widziałem Sąpora.
Sąpor wywracał się powoli, najpierw ukląkł, a potem znikł. Huk wystrzału dotarł z bardzo daleka, niby zza drutów, albo z pól za drutami. Wiedziałem, że już dawno powinienem odpocząć w tym samym dźwięku, ale moje zwłoki wciąż trzymały pion, z dziwną wytrzymałością usychającego drzewa, tak bezwolne, że starczyłoby wiatru, by obalić.
Właśnie wtedy, kiedy żem sobie uświadomił, iż mogłyby mnie przewrócić spadające liście, gdybyśmy stali wśród drzew - przyszła ta cholerna myśl: trącić Zenka. Spojrzałem na Szwabów. Pułkownik wertował kniżkę maleńką jak modlitewnik. Jeden ze strażników częstował szlugiem Grummera, a drugi, śmiejąc się, przypalał mu i nawijał coś, może wic, bo roześmieli się we trzech. Pomyślałem, że taka okazja, teraz, dokładnie wtedy, gdy na to wpadłem, to zrządzenie losu, opatrzność daje mi sygnał. Zacząłem podnosić lewe ramię, rozpaczliwie wolno, jakbym chciał dźwignąć wór piachu, wbrew straszliwemu wysiłkowi, który wkładałem w tę zbrodnię. Zenek widział. Patrzył mi w twarz martwym wzrokiem i nie reagował. Dociągnąłem tonę moich kości i ścięgien do połowy drogi, uczyniłem jeszcze jeden makabryczny ruch dłonią i kiedy moje stukilowe palce były centymetr od Zenkowego barku - cały ten ciężar zwalił się w dół, uderzając mnie o udo. Zachwiałem się, lecz utrzymałem pion.
Wówczas poruszyło się prawe ramię Zenka. Ciągnął je w górę, mając zamiast dłoni ten sam wór, który ja dźwigałem przed chwilą. Ścisnął zęby, jego twarz z białej poczęła się robić sina, a ja... życzyłem mu w duszy sukcesu. Dociągnął i poleciałem w przepaść z bezgraniczną ulgą, że mam to wszystko już z głowy.
Przytomność odzyskałem natychmiast, pod wpływem nowego bólu: złamałem jedną z rąk. Wolf, który postawił na Zenka, szedł do mnie z triumfem w oku. Odbezpieczył gnat i wymierzył mi w łeb, gdy zza pleców dopadł go głos pułkownika: .
- Stój!
Pułkownik odłożył książkę, zbliżył się do nas i stanął przy Zenku.
- Ten człowiek przewrócił go z premedytacją!
- Ale ten człowiek stoi! - zaoponował Wolf.
- Posłuchaj, chamie - wycedził Rotenburg. - Jesteś tylko świnią, której obce są rycerska zasada fair play i poczucie sprawiedliwości, świnią, która popełni każdą nikczemność dla kilku miedziaków! Powinno się ciebie zdegradować do czyściciela latryn, bo takie świnie, jak ty, hańbią niemiecki mundur! Ten twój loteryjny faworyt stoi, ale stoi tylko dlatego, że był podobną świnią i przewrócił kolegę. Zastrzelić!
Wolf, blady z przerażenia i gniewu, wywalił w Zenka cały magazynek. Pierwszą kulą zabił, pięć następnych przyjął trup. Kremowa rękawiczka pułkownika wsunęła się pod moją pachę i uniosła mnie, stawiając na nogi.
- Brawo! - powiedział. - Sehr gut!
Zauważył, iż złamałem prawą rękę. Skinął na Grummera:
- Opatrzyć, zagipsować, wymyć całego i dobrze nakarmić, a potem niech śpi, ile chce. Dzielny chłop! Poklepał mnie. po zdrowym ramieniu.
- Sehr gut, junge Mensch! Wymamrotałem:
- Danke, Herr Oberst.
Pułkownik odwrócił się i poszedł do fotela, żeby wziąć swoją kniżkę, mikrą jak katechizm. Więcej na mnie nie spojrzał.
Gips dostałem w kolejowym szpitalu, a jak wróciłem do chałupy Karśnickiego, to najgorzej było się podcierać. Szamanie lewą grabą nie trudność (Mańka drobiła mi mięcho na kawałeczki), ale dupę wytrzeć - męka! Przez miesiąc się tak gimnastykowałem.
Mało co mnie wtedy obchodziło; wiem, że interesy szły jak trza
i wszystkim dopisywał humor, tylko raz pocięli się szef i „Petro-niusz", o przemyt kniżkowy. Polskich bibliofilów najbardziej rajco-wało zbieranie knig o rodzimych kresach, o tych ziemiach, które zabrali nam Sowieci, wyzwalając Polskę w czterdziestym piątym, żeby nam założyć swój kaganiec na pysk. Lwów i Wilno, Nowogródzkie i Galicja wschodnia, to były hity: najwyższa jakość, najwyższa trudność w zdobyciu i najwyższe ceny. Lecz handlarze, rekiny czarnego rynku kniżkowego, jeszcze bardziej biegali za czymś innym: za przedwojennymi szwabskimi kniżkami o Śląsku i Pomorzu. Bibliofil polski miał te kniżki za makulaturę, natomiast handlarz za nimi biegał, bo wywoził je do RFN i robił na nich wielki pieniądz. Dla Szwabów Szczecin, Wrocław, Opole, Królewiec i Gdańsk to były ich kresy („Ich nostalgia" - rzekł „Petroniusz") i oni wariowali za tym, nie żałując marek. Jak się Karśnicki o tym dowiedział, rąbnął w punkty graniczne, w celników zblatowanych przez handlarzy (kilku celników do kicia poszło) i ten przemyt zesrał się na jakiś czas (dzisiaj znowu kwitnie, wiem o tym, bo żyję z bibliofilów, co mi przynoszą kniżki do oprawiania, jestem dobry introligator). Wtedy „Petro" dostał szału:
- Dlaczego pan to zrobił?! - ryknął na „Księcia".
- Ciszej, sługo! - wyszczerzył zęby Karśnicki. - Grzeczniej!
- Przepraszam... Ale... ale to ogromny błąd, panie Karśnicki, dlaczego pan nie uzgodnił tego ze mną!?
- Bo nie muszę niczego z panem uzgadniać.
- Czy pan wie, komu się narażamy w ten sposób i kto za tym stoi?
- Wiem.
- Wie pan?! - zdziwił się „Petro"
- Wiem. Stoi za tym łobuz, skurwiel, który, gdyby mógł, to nie książkę o Śląsku, lecz cały Śląsk sprzedałby Niemcom!
- Ach, więc o to biega! Pan znowu jako szlachetny szermierz, tym razem Ziem Odzyskanych...
- Coś ci, Heldbaum, powiem - przerwał mu Karśnicki. - Nienawidzę Ruskich, jak większość Polaków i upokarza mnie, że na ziemi polskiej od trzydziestu pięciu lat koczują kacapskie armie, lecz jest to dla mnie dylemat: co bym zrobił, gdyby Rosjanom odechciało się kiedyś trzymać u nas swoich żołdaków i gdyby kazali nam wybierać. Gdyby powiedzieli: Lachy, głosujcie, mamy się stąd wynieść, czy mamy zostać? Gdyby powiedzieli: nie musimy u was siedzieć z bronią, naszych granic strzegą rakiety, Polska jako bufor jest nam niepotrzebna, to anachronizm, ale możemy zrobić wam grzeczność i zostać, macie wolny wybór, głosujcie. I wie pan co? Nie wiem jak bym głosował w takim referendum. Bo wiem, że gdy Rosjanie odejdą z naszych Ziem Zachodnich, Szwaby natychmist wyciągną po nie uzbrojone pazury. Marzą o tym! Ci czerwoni i ci biali, solidarnie, NRD i RFN po społu. I to i to są Szwaby, a mowa, że NRD to nasz brat w obozie komunistycznym, i mowa, że RFN to cywilizowany pokojowy kraj zachodni, to mowa trawa, o tyłek ją potłuc! Interna-cjonalizm, sojusznicze więzy, humanizm, kultura, cywilizacja i te de, to retoryka kłamców i debilów, Szwaby nigdy nie zrezygnują! Ktoś, kto podsyca ich „nostalgię", jak pan mówi, to łotr, który dla kilku srebrników zrobi wszystko. Wiem, że ucinając ten przemyt niczego nie zwojowałem, nie wyjmę tym Polski spomiędzy kowadła i młota, czy raczej spomiędzy dwóch młotów, bo to beznadziejność, co można zrobić?
- Nic - mruknął Heldbaum. - Można śpiewać: „Boże, coś Polskę" i „Pod twą obronę". Tak to jest, jak się mieszka w przechodnim pokoju, który kiedyś był obrotowym przedmurzem, ale maszyniści się popili, zaniedbali mechanizm obrotowy i maszynka spróchniała. Albo można tłuc forsę, nie zawracając sobie głowy kartografią, na którą i tak się nie ma wpływu, to bym polecał, panie Karśnicki. Życie ma się jedno, o resztę niech się martwią Bóg i Historia.
Właśnie wtedy, jak gips mi zdjęto, „Książę" się dowiedział, że jest tylko panem powierzchni, bo istnieje też podziemne królestwo, imperium włóczęgów, kretowisko ludzkich szczurów Warszawy, które ma własnego monarchę. Policja „Ognia" wyniuchała, że zbieracze pustych flakonów po śmietnikach, podwórkach, ulicach i klatkach schodowych, nie działają przypadkowo, lecz są zorganizowani, mają straż, hierarchię, rewiry i środki transportu. „Ogień" długo to obserwował, a jak uzyskał pewność - przychwycił i przycisnął jednego z rewirowych. Kiedy ten zaczął śpiewać, „Ogień" myślał, że śni - to była bajka. I jak z tym przyszedł do Karśnickiego, ten również pomyślał, że się mu sprzedaje pić z romansu dla ubogich.
- Byłeś tam?
- Jak mogłem być bez pańskiego zezwolenia? - zdziwił się Stasiu.
- Gdzie to jest?
- Niedaleko żerańskiej elektrociepłowni. Ogromny labirynt podziemnych betonowych korytarzy, Z których wychodzą dziesiątki zbiorczych rur z ciepłą wodą na całą Warszawę. Kilometry tego tam jest, całe podziemne miasto. Ten śmieciarz gada, że mają tam jak u Pana Boga za piecem...
- Ilu?
- Nie liczył, kilkuset na pewno. - Z samej Warszawy?
- Z całej Polski. Zbieranina bezdomnych i włóczęgów, którzy nie chcą gdzie indziej żyć, to lubią, dla nich to raj. Żrą ze śmietników i z tego, co ukradną, i z butelek, i u sióstr przy Grochowskiej, gdzie codziennie jest gorąca zupa dla biednych, i nawet luksusowo w barach dworcowych, metodą „na ślinę", i...
- Jaką metodą?!
- „Na ślinę" czyli „na pluj". Upatrują w barze gościa, który z wyglądu jest miękisz i czekają, aż zamówi i doniesie swój talerz do stołu. Podchodzą i plują mu w jadło. Gość boi się oberwać, więc nie skacze, a oplutego żarcia nie ruszy, więc zostawia i można spokojnie jeść. Stać ich zresztą i na kupno, mają dość szmalu. Mają tam u siebie wszystko, sienniki, naczynia, nawet kobitki mają. No i mają swojego dziadygę, który nimi kręci. Nazywają go „Chart".
- Fantastyczne! - krzyknął Jacuś, który był akurat u Karśnickiego. - Jak chodziłem do budy, to mi ktoś pożyczył książkę jakiegoś Francuza o podziemnym Paryżu, to była klawa rzecz...
- Sue pisał takie powieści. W. dziewiętnastym wieku był i podziemny Paryż, i podziemny Londyn, a dzisiaj są takie kretowiska włóczęgów w kanałach Rio de Janeiro i kilku miast amerykańskich, podobno największe w Nowym Jorku - rzekł Karśnicki. - Ale u nas? To bomba! Jak się umówić z panem „Chartem"? Chcę mieć randewu u niego, chcę to wszystko zobaczyć...
- Spotkanie na szczycie! - parsknął Jacuś.
- Ale dowcip! - obruszył się Stasio, filując złymi patrzałkami na „Dżeka". - Ty to masz główkę, Klon!
- Każdy ma swój warsztat! - odwinął Jacuś. Śmiech człowieka brał, dwa koguciki w jednym kurniku, chorobliwa zazdrość.
- Nie na szczycie, tylko na dole, chcę tam wejść! - przypomniał
Karśnicki.
- To najlepiej w godzinach przedpołudniowych, dziesiąta, jedenasta - zaproponował „Ogień"'. - Rano wszyscy wychodzą do swoich rewirów kraść i zbierać, w norze zostaje on ze swoją gwardią.
- Ilu?
- Kilkunastu, drobiazg. Moi chłopcy ich załatwią...
- Twoi chłopcy mogą się załatwić w krzakach! - warknął „Dżek". - Ja tam pójdę z moimi, obstawą szefa jest „batalion"!
- To ty już jesteś szefem? - spytał Stasiu, wyszczerzając pysk jak pies, którego podrażniono. - A ja myślałem, że jeszcze pan Karśnicki!
- Dość! - przyhamował ich „Książę". - Jutro. Pójdziecie obaj. Prowadził ten złapany na śmietniku. W wykopie, z którego były wejścia do podziemnych korytarzy, stał „bramkarz".
- Serwus! - rzekł na głupiego Staś.
- Chromolę twój serwus! - padło w odpowiedzi. - Czego tu szukasz?
- „Charta" szukam.
- No to nie znalazłeś, dymaj stąd! Podszedł Jacuś.
- Chojrak - zauważył, filując na tamtego.
- Eeee! - wzruszył ramionami „Ogień". - Świr, chce mi zrobić wodę z mózgu.
- To się nie napracuje - mruknął cichutko „Dżek" i dodał głośno: - Tak myślisz? A ja ci mówię, facet jest niezła kosa. Asior, że ze świecą szukać na śmietniku.
- Doprawdy?
- Bezwarunkowo. Spójrz na te gierojskie lima. Takie są tylko i zadziorów. Jeszcze nie pękasz?
- Trochę, tylko nie wiem, gdzie dyla dać, może na wprost?
- A jak on ci giez podstawi?
- Kto?
- Ten zajob.
- Ten wypierdek mamuta? Bujasz, spójrz na niego... Facet się naprężył i zapodał ku „Ogniowi":
- Nie skacz, żłobie, tylko spierdalaj!
- A jak nie? - zapytał Stasiu.
- To dostaniesz w ryło!
- Widzisz? - powiedział Klon. - Widziałeś kiedyś takiego zaka-piora?
- Widziałem gorsze rzęchy.
Gość nagle wyciągnął gwizdek i gwizdnął. Zza wejścia przybiegło kilkunastu podobnych miglanców. Właśnie tak miało być, czekaliśmy na to, żeby nie łomotać się w podziemiach (gdzie mogło być od cholery niespodzianek), tylko na terenie otwartym. Takie kino to ja do dziś lubię - bach, bach, bach, kwik i krzyk, gwardziści szczura u naszych fleków, tylko grabule otrzepać i splunąć. Z naszej strony ucierpiał wyłącznie „Dżek", a dokładniej magnetofon, który „Dżek" schował pod kurtką, żeby nagrywać: w kotłowisku zrobił się z tego szmelc (lecz taśma ocalała). Dzięki Bogu „Walentino" miał drugi.
Kilku chłopaków „Ognia" zostało przy poturbowanych szczurkach, a my hop do tych piwnic. Na przodzie Stasio, „Dżek" i Konrad „Szpinak" z latarkami i w kamizelkach pancernych, bo jakby ktoś tam miaf spluwę... Szliśmy obok rur gigantów, średnica ponad metr. Najpierw zapach wilgotnego ciepła i jakiegoś kwasu, potem smród sienników, szmat i niedojedzonych resztek pod ścianami, dalej i dalej, cholernie długo.
Wtem z boku pojawiło się wejście, jak brama, i kiedy chłopcy z latarkami chcieli się tam rozglądnąć, dostali w twarz cholerną wodę - ktoś uruchomił hydrant. Strumień był tak silny, że zmiótł chłopaków jakby w nich kartaczem wystrzelono. Mnie woda nie dotknęła, lecz poczułem na szyi coś chłodnego, z metalu, a jak nama-całem, to były żyletki - gdybym się szarpnął, byłoby po mnie. Stałem, bojąc się ruszyć, cud, że się nie skaciałem od cykorii. Nagle trzask, pełna jasność, rozbłysła żarówka u stropu. Wokół mojej szyi była pętla z połączonych nitką żyletek, a sznurek od tego różańca trzymał młody garbus, cały poskręcany, z jedną girą krótszą, jakby miał hajnemedinę. Ten widok unieruchomił „Księcia" i chłopaków, a garbulo zasyczał:
- Oberżnę mu łeb, oberżnę mu łeb, patrzcie, oberżnę mu łeb! I chciał pociągnąć, lecz nagle czyjaś dłoń z tyłu chwyciła go za ramię i rozległ się chrapliwy bas:
- Nie, „Pinokio", nie, to przecież dzieciak, puść!
- Nie puszczę, chcę oberżnąć! - zapiszczał garbaty. Dłoń przycisnęła mu ramię, aż zawył z bólu i puścił końcówkę żyletkowej pętli, a nam ukazał się brodacz z flakonem gołdy trzymanym drugą dłonią. Nie miał więcej lat od Karśnickiego i takie same patrzałki, ostre jak nóż, lecz na mordzie trochę krost i w uzębieniu nie elegant, brakowało przednich. „Książę" stąpnął do przodu i zadał pytanie:
- Ty jesteś „Chart"?
- Jeśli masz psa na myśli, to nie, bo chart szybko biega, a ja nie, nie lubię się wysilać, lubię żyć na siedząco. „Heart", przez samo H! -wyjaśnił brodaty. - Serduszko, przyjacielu!...
- To prawda, masz serce, policzą ci to na Sądzie Ostatecznym, ale jak to wypadnie w całym rachunku?...
- Co?
- To coś zrobił. .
- A co zrobiłem?
- Obroniłeś tego dzieciaka - rzekł Karśnicki, wskazując na mnie.
- Obroniłem dzieciaka? Nie pamiętam, żebym bronił jakiegoś dzieciaka. Ale mimo woli mogłem zrobić coś takiego, kiedy jestem na fleku, zupełnie tracę poczucie co należy robić, a czego nie należy.
Garbus zdjął mi żyletkowe chomąto i przysłuchiwał się, nachylając baniak jak ci, co mają zły słuch, aż przy ostatnich słowach wybuchnął piskliwym rechotem. Klon, mokry od włosów do skoków, warknął:
- Czego się śmiejesz, ty srajdzie pieprzony?! „Heart" wyjął gwint flakonu z zębów:
- On się śmieje dlatego, że przyszła mu na to ochota. Śmiej się i ty, jeśli potrafisz.
- Nie żądaj zbyt wiele - wyseplenił „Pinokio". - Śmiech odróżnia człowieka od wieprza, ale najpierw trzeba nauczyć się śmiać.
- Kto to jest, twój nadworny błazen? - spytał nasz wódz brodatego.
- On jest tym, kim i ja. Wszyscy tutaj są tym samym.
- Kim?
- Kim jesteśmy? To trudno powiedzieć...
- Czemu trudno?
„Heart" włożył flakon w pysk i przechylił głowę, a garbus za niego odpowiedział:
- Bo im człowiek mądrzejszy, tym trudniej mu odpowiadać na głupie pytania prostaków!
„Heart" czknął i przyhamował garbatego:
- Stul japę, po co ich drażnisz?
- Chamstwu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom łoso-bistom! - wyrecytował garbaty, małpując kabaretowe powiedzono Gołasa.
- Szefie! - wkurzył się do reszty Jacuś. - Mam mu wepchnąć w gardło ten jego naszyjnik z żyletek? Od razu przestanie szczekać!
- Wolnego, zdążysz - mruknął „Książę". - Daj mi kilka minut na ten dialog.
- Aaa, jak dialog, to insza inszość! - rozpromienił się „Heart". -Na dialog zapraszam do siebie.
Wkroczyliśmy do wysokiego pomieszczenia z jakimś węzłem rozrządowym, pełnym kurków, kranów i manometrów. Na kilku siennikach leżało paru przypitych i dwie laleczki, obdarte, brudne, wymalowane, ale rajcowne.
- Mój dwór i mój konkubinat! - przedstawił brodaty i sięgnął po paczkę szlugów. - Zajarać któryś z panów sobie życzy albo łyknąć, albo poruchać? Każda z nich chętnie da panom dupy, każdemu z osobna lub wszystkim jednocześnie. Wszystko dla gości, gość w dom, Bóg w dom!
- Gość w dom, syf w dom! - poprawił go garbus.
- Przesada, „Pinokio" - rzekł „Heart" - przychodzą z góry, a Bóg jest u góry, tam panuje większa czystość niż tu...
- Więc czemu mieszkasz tu, a nie u góry? - spytał „Książę". Brodacz zatrząsł się od śmiechu.
- Mieszkać wśród was? Byłoby mi jeszcze ciaśniej niż tu! Widzisz, tam każdy narodzony chce zrobić wrażenie na świecie, a ja ten świat olewam rozpryskowo, bo cóż to za świat? Religia się tuczy na ciemnocie, prawo żyje z korupcji, władza jedzie na strachu, zasady karmią się niedorzecznością, zaś autorytety są podszyte blagą. Ten świat wspiera się na dwóch szczudłach, na głupocie i obłędzie. A mimo to każdy chce tam wleźć na cokół, nawet wieśniak, a już ten, co umie czytać i pisać, uważa, że ma prawo do talonu na nieśmiertelność. Każdy chce braw i pcha się do nich, rwie się do laurów, orderów i dyplomów, do chwały i sławy, ale one obie to skończone kurwy, dopchasz się do tego łóżka, a tu już leży w nim gromada facetów. Słowem dlatego, że wszyscy żyją jedną myślą: zrobić wrażenie, wyróżnić się, być dostrzeżonym i zapamiętanym wokoło jest cholernie ciasno i w tym ttoku ręce i nogi plączą się tak, tak sobie wzajemnie przeszkadzają, że mało który wyskoczy. I co, ja mam też się rozpychać? Pieprzę to, tak jak mój stary pieprzył wojnę, mówił, że wojna polega na wprowadzaniu kawałków metalu do ludzkich ciał, więc on to pieprzy. Ale musiał w niej uczestniczyć i wprowadzili mu kawałek metalu w ciało. A ja nie muszę!
Przypomniały mi się te słowa, które kiedyś usłyszałem od Karś-nickiego: „Lepiej być szczęśliwym niż sławnym, «Fokstrot»".
Karśnicki milczał. Tamten filował nań ćmiąc szlug, czekał na jeszcze jakieś pytanie, żeby jeszcze raz się wymądrzyć, a tu naraz wszystko zdechło, bo „Książę" powiedział:
- W porządku. Siedź tutaj i nie przeszkadzaj mi. Odwrócił się i odszedł, my za nim jak dzieciarnia za matką, bez żadnych słów, tylko Jacek wyjął z rąk garbatego żyletki, mrucząc:
- Siedź tutaj i nie wyłaź, bo!...
- Bo co?! - zaperzył się garbaty.
- Bo wprowadzę ci w ciało cały ten metal, kawałek po kawałku, a popić będziesz mógł wodą ze szlaucha, który wsadzę ci w ryj!
Gdy wychodziliśmy na słońce, zza plechów dogonił nas szyderczy rechot „Pinokia". Rury niosły ten śmiech korytarzem, aż nam w uszach dudniło.