Państwowy Instytut Wydawniczy * Warszawa BOGOWIE GROBY I UCZENI Powieść o archeologii C.W.CERAM Przełożył Jerzy Nowacki Tytuł oryginału «GOTTER, GRABER UND GELEHRTE» Wybór i opracowanie ilustracji ZSOLT KISS Projekt graficzny serii RYSZARD ŚWIĘTOCHOWSKI Opracowanie okładki i stron tytułowych TERESA KA WIŃSKA Reprodukcje fotograficzne STANISŁA W TURSKI i MIECZYSŁA W KOW ALSKI Copyright by Rowohlt V erlag GmbH Reinbek bei Hamburg 1949 Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy Warszawa 1958 PRINTED IN POLAND Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1994 r. Wydanie siódme Ark. wyd. 33,3. Ark. druk. 29,25 Papier offset. kl. III 70 g, 70 x 100 cm Drukarnia Wydawnicza im. W . L. Anczyca w Krakowie Nr zam. 773/94 ISBN 83-06-02398-6 SPIS RYCIN 1. Śpiewający biesiadnik, wnętrze czaszy z kręgu Epikteta. 2. Tajemniczy dwunastościan pięciokątny. 3. Przekrój i plan "skarbca Atreusza". 4. Złote naczynia z Myken. 5. Rekonstrukcja pałacu w Knossos, wejście od strony południowej (według Th. Fyfe'a). 6. Starokreteńska bogini z lwami. Pieczęć z pierścienia z Knossos (około 1500 p.n.e.). 7. " Tancerz na byku." Odcisk gemmy kreteńskiej. 8. Fragment kreteńskiego pisma obrazkowego, odtworzonego z dysku, który Evans odnalazł na Krecie. 9. Jeden z najstarszych zabytków sztuki egipskiej, przedstawiający, być może, Menesa, założyciela I dynastii. Wiek: ok. 5000 lat. 10. Fronton świątyni z Edfu. 11. Staroegipskie pismo obrazkowe z końca IV wieku p.n.e., z którego później rozwinęły się różne rodzaje właściwych hieroglifÓw. Dopiero od kilku dziesiątkÓw lat wiadomo, że Horus-sokół symbolizuje króla, który pokonany syryjski kraj (owal z głową Syryjczyka ze spiczastą brodą) trzyma na sznurku, a więc pod swoim panowaniem. Siedzi na sześciu kwiatach lotosu, to znaczy na 6000 jeńcÓw. 12. Dwa kartusze, na podstawie których Champollion odcyfrował hieroglify. 13. Przykład wskazujący, jak z hieroglifów rozwinęło się pismo hieratyczne; a następnie demotyczne. 14. Tabela przedstawiająca wysoko rozwinięty "alfabet" egipski. Zawierał on 24 litery, same spółgłoski. 15. Tak dzisiaj odczytujemy hieroglify egipskie. 16. Setos I walczący z Hetytami w Syrii. Obraz pochodzi ze świątyni w Tebach. 17. Byk Apis. Biały trÓjkąt na czole jest oznaką jego świętośCi. 18. Bóg Ptah, stwórca świata. 19. Bogaty pan Ti płynie przez gąszcz papirusowych zagajnikÓw. 20. Bogowie egipscy. z lewej: Ra, Słońce. W środku: Ozyrys, bÓg śmierci. z prawej: Izyda. małżonka Ozyrysa, bogini przyrody. 21. Plan grobowca Tutanchamona. 22. Echnaton i jego małżonka. Teść Tutanchamona daje upominki kapłanowi Efe i jego żonie. 23. Zdobycie twierdzy syryjskiej. Relief z północnej zewnętrznej ściany wielkiej świątyni z Medinet Habu. 24. Asyryjska kawaleria. 25. Tekst klinowy Asurbanipala, sfotografowany z walca. W wierszu trzynastym krÓl mÓwi o założeniu świątyni. " W owym czasie kazałem w Babil zbudować na nowo Emach, świątynię bogini Ninmah." Ostatnie cztery wiersze zawierają groźbę: "Kto złośliwym poczynaniem zniszczy napis z imieniem moim lub zmieni jego miejsce, tego niechaj Ninmah oskarży przed Bel Sarrateią i zniszczy w krajach imię i nasienie jego." 26. Tak Grotefend odczytał pierwszy tekst klinowy. 27. Fragment "słownika" dla uczących się pisma klinowego. Znaleziony w Kujundżyku, pochodzi z VII W. p.n.e. 28. Asyryjscy książęta podczas polowania na lwy. 29. Przekrój sklepień w Babilonie, na których według Koldeweya wznosiły się prawdopodobnie "wiszące ogrody Semiramidy". 30. Babilońska wieża Etemenanki oraz świątynie i most na Eufracie. Rekonstrukcja. 31. Pieczęć Nabuchodonozora. Ta sama treść powtarza się na milionach cegieł, z których wzniesiono budowle krÓlewskie. "Nabuchodonozor, krÓl Babilonu, opiekun Esagila, syn Nabopolassara, krÓl Babilonu." 32. "Wielki pan Marduk", najwyższy z bogów. U jego stÓp poświęcone mu zwierzę "Sirrusz", smok babiloński. 33. Odwijanie cylindra stemplowego Gudei z Lagasz, jednego z najpotężniejszych ksiąz .ąt w okresie wczesnobabilońskim. 34. Babiloński obraz świata. E = Ziemia, H1, H2, H3 = 1, 2 i 3 Niebo; HO = niebiański ocean; O = ziemski ocean; T = głębia ziemskich oceanÓw; A = zachód, M = = wschÓd, TR = siedem murów i pałac (P) krÓlestwa śmierci. 35. "Sztandar z Ur", jedno z najciekawszych znalezisk Woolleya. 36. Rekonstrukcja domu prywatnego w Ur. 37. Aztecki rysunek przedstawiający składanie ofiar z ludzi. 38. Słowo "teocaltitlan" - "ludzie świątyni" (teo-cal-li = dom boga) w azteckim piŚmie hieroglifowym, odczytane przez H.Jensena. u dołu na lewo obrazek oznaczający usta (te-n-tli), obok ślady stóp oznaczające drogę (o-tli); u góry dom (cal-li), obok, z prawej strony, znak wyobrażający zęby (tlan-tli). 39. Azteckie pismo obrazkowe z okresu po przyjęciu chrześcijaństwa. Przedstawienie piątego i siÓdmego przykazania. 40. Znaki używane przez MajÓw na oznaczenie miesięcy. 41. Znaki dni MajÓw. 42. Znaki liczbowe MajÓw. 43. Aztecki bóg Xipe Totec. Rzeźba z zielonego kamienia. 44. Quetzalcouatl, jeden z najważniejszych bogÓw MajÓw i Azteków. 45. Hetyckie reliefy skalne w Ivriz pod Eregli. Bóstwa przyrody, około 730 r. p.n.e. 46. "Asitawandas" - imię władcy wielkiego księstwa hetyckiego wokÓł Karatepe na południu dzisiejszej Turcji. SPIS ILUSTRACJI CZARNO-BIAŁYCH 1. Wykopaliska w Pompei, obraz Edouarda Sain, 1853 r., Paryż, Muzeum Luxembourg 2. Ofiary wybuchu Wezuwiusza w Pompei. Pompeja, Antiquarium 3. Dom Samnicki w Herkulanum 4. Wejście do mykeńskiego grobu tolosowego w początkach XIX w., Paryż, Bibliotheque des Arts Decoratifs. 5. Heinrich Schliemann (1822-1890) 6. Żona Schliemanna w biżuterii pochodzącej z Troi 7. Mykeny, wykopaliska grobów krÓlewskich w 1876 r. 8. Korytarz zamku mykeńskiego w Tirynsie XIII w. p.n.e. 9. Komora grobowa Tutanchamona 10. Sala rypostylowa świątyni w Karnak, wg Lepsiusa, Denkmaler aus Egypten und Athiopien, 1852 r . 11. Kamień z Rosetty. Londyn, British Museum 12. Jan Francois Champollion, obraz Leona Cogniet 13. Piramida w Meidum, początek IV dynastii, ck. 2600 p.n.e. 14. William M. Flinders Petrie (1853-1942) 15. Mumia Ramzesa II., Kair, Muzeum Egipskie 16. Howard Carter przy otwarciu skrzyni grobowej Tutanchamona 17. Po otwarciu sarkofagu Tutanchamona 18. Tak się ukazała archeologom złota maska Tutanchamona 19. Pałac w Persepolis 20. Brama pałacu w Nimrud w czasie wykopalisk Layarda 21. Austen Henry Layard (1817-1894) 22. Byk skrzydlaty z pałacu Asurnasirpala II w Nimrud, IX w. p.n.e. Londyn, British Museum 23. KrÓl Asurnasirpal II z Nimrud, IX w. p.n.e., Londyn, British Museum 24. Plakietka wotywna krÓla Lagasz Urnansze, ok. 2630 p.n.e., Paryż, Muzeum Luwru 25. Charles Leonard Woolley (1880-1960) 26. Zikkurat boga Nanna w Ur, 2250-2233 p.n.e. 27. Sumeryjska figurka mężczyzny ze świątyni Abu w Esznuna, początek III wieku p.n.e. Bagdad, Muzeum Irackie 28. Aztecka piramida Słońca w Teotihuacan 29. Ofiara krwi przed kapłanem, stela z Menche. Prawdopodobnie rok 781 n.e. 30. Stela "F" z Quirigua 31. Mury obronne w Saksahuamon w pobliżu Cuzco, stolicy państwa InkÓw 32. Posągi z Wyspy Wielkanocnej Spis ilustracjl SPIS ILUSTRACJI KOLOROWYCH I. Rekonstrukcja szczytu Partenonu. Według G. Sempera (1803-1879). II. Maska pośmiertna, Mykeny XVI W. p.n.e., Ateny , Muzeum Narodowe. III. Siedzący pisarz, Sakkar, ok. 2500 p.n.e., Paryż, Muzeum LuWru. IV. Fragment tronu Tutanchamona. Muzeum Kairskie. V. Nakrycie głowy sumeryjskiej królowej z Ur. 3000 p.n.e. Muzeum w Bagdadzie VI. Polowanie na dzikie osły , pła skorzeźba z pałacu w Nimrud, VII W. p.n.e., Londyn, British Museum. VII. Maska pośmiertna z żadu. Meksyk, Muzeum Narodowe. VIII. Toltecka świątynia w Tula, VIII-X W. p.n.e. "Nie ma patriotycznej sztuki ani patriotycznej nauki. I jedna, i druga, jak wszystko, co wzniosłe i dobre, należą do całego świata i mogą rozwijać się tylko w powszechnym i swobodnym wzajemnym oddziaływaniu na siebie wszystkich żyjących współcześnie ludzi przy stałym uwzględnianiu tego, co przejęliśmy w spuściźnie z czasów minionych i co o nich wiemy." Goethe "Kto czasy swe chce widzieć właściwie, niechaj patrzy na nie z daleka. z jak da1eka? To bardzo proste: akurat z takiej odległości, by nie mógł już poznać nosa Kleopatry." Ortega y Gasset O CZYM BĘDZIE MOWA Radzę czytelnikowi nie zaczynać tej książki od pierwszej stronicy. Ramu tak, bo wiem, jak mało skutku odnoszą najgorętsze nawet zapewnienia autora, iż ma do opowiedzenia rzeczy niezwykle ciekawe, jak mało przekonują zwłaszcza wówczas, gdy tytuł zapowiada "powieść o archeologii", a więc książkę z dziedziny nauki o starożytnościach, ktÓrą zwykło się uważać za jedną z najbardziej suchych i najnudniejszych gałęzi wiedzy. Radziłbym zacząć od str. 85, czyli przeczytać przede wszystkim dział o Egipcie: Księgę Piramid. Mam nadzieję, że wtedy najbardziej nawet nieufny czytelnik życzliwiej ustosunkuje się do naszego tematu i postanowi wyrzucić za burtę balast wszystkich z góry powziętych uprzedzeń. Proszę jednak, aby zaznajomiwszy się w ten sposÓb z tematem, przerzucił z powrotem pominięte kartki i zaczął czytać od strony 21. Odtąd bowiem, aby lepiej zrozumieć nawet najbardziej pasjonujące wydarzenia, będzie potrzebował prowadzącego go planowo przewodnika. Książka ta jest napisana bez żadnych ambicji naukowych. Raczej próbowaliśmy ująć jej przedmiot - określoną gałąź nauki - w taki sposób, a by pracę badaczy i uczonych ukazać przede wszystkim w jej wewnętrznym napięciu, w jej dramatycznych powikłaniach, w jej powiązaniu z żywym człowiekiem. U ważaliśmy, że d1a osiągnięcia tego celu nie należy się cofać ani przed dygresją, ani przed osobistą refleksją, ani nawet przed nawiązywaniem do spraw aktualnych. Z tego wszystkiego zrodziła się książka, ktÓrą naukowiec nazwie 'tnienaukową". Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że o to mi właśnie chodziło. Uważałem bowiem, że archeologia, ta przebogata nauka, w której osiągnięciach idą w parze Przygoda i mozolna praca uczonego, romantyczne porywy i krytyczny umiar, nauka prowadząca nas w głąb najodleglejszych epok i przez najdalsze przestrzenie globu ziemskiego, że ta nauka została w publikacjach fachowych pogrzebana. przy całej swej naukowej wartości nie były one w żadnym razie pisane po to, aby je "czytano". Zaprawdę, dziwić się można, że dotychczas podjęto nie więcej niż trzy lub cztery próby, aby te wyprawy w zamierzchłą przeszłość zebrać w pasjonującą przygodę. Bo też rzeczywiście nie ma chyba bar- 18 dziej porywającej przygOOy, jeśli tylko za przygodę zawsze uważać będziemy połączenie myśli i czynu. Jakkolwiek pisząc tę książkę trzymałem sięmetOOy odrzucającej wszelki "czysty" opis, to jednak zaciągnąłem wielki dług wobec "czystej" nauki o archeologii. Jakżeż mogłoby być inaczej, skoro książka ta jest hymnem pochwalnym na cześć jej osiągnięć, jej przenikliwości, jej niestrudzonej pracy , przede wszystkim zaś na cześć samych badaczy, którzy w większości wypadków tylko z prawdziwej skromnOŚci przemilczeli to, co w ich pracy zasługuje na rozgłos, bo godne jest naśladowania. Ze świadomOŚci tego długu, zaciągniętego wobec archeologii, wypływa też moje usiłowanie unikania nieprawdziwych zestawień i fałszywych akcentów. Moja "powieść o archeologii" jest powieścią w sensie barokowym, opowiada bowiem o romantycznych w najdawniejszym znaczeniu tego słowa (bynajmniej nie kłÓcących się z neczywistością) zdarzeniach i żywotach ludzkich. Ale jest "powieścią autentyczną". w danym zaś wypadku rozumieć przez to należy jak najdosłowniej, że autor w całym swym opisie bynajmniej nie tylko n a w i ą z u j e do faktÓw (przyozdobionych przez własną wyobraźnię), lecz operuje wyłącznie faktami, do ktÓrych jego wyobraźnia nie dodaje nawet najmniejszego ornamentu, jeśli go nie dostarczyła historia d8lI1ej epoki. A jednak jestem przekonany, że specjalista-archeolog, któremu książka ta wpadnie w ręce, wykryje w niej błędy. Tak na przykład początkowo trudną do pokonania przeszkodą wydawała mi się pisownia nazw i nazwisk. Niej .ednokrotnie d1a jednego i tego samego imienia czy nazwy miałem do wyboru z tuzin rozmaitych pisowni. Zgodnie z charakterem tej książki zdecydowałem się w końcu stosować pisownię najbardziej przyjętą, bez trzymania się w tym względzie jakiejkolwiek zasady naukowej, co miejscami uczyniłoby tekst zupełnie niezrozumiałym. Łatwiej przyszło mi powziąć tę decyzję, gdy przeczytałem słowa znakomitego niemieckiego historyka Ed. Meyera, ktÓry w swej Historii starożytnej mimo iż przeznaczonej dla świata naukowego - stał przed tą samą trudnością i w końcu pisze: "...widziałem więc tylko jedno wyjście - nie trzymać się żadnej zasady". Przykład historyka tak niepowszedniej miary wolno chyba było naśladować autorowi skromnego opisu. Z pewnością jednak i poza tym zdarzyło mi się popełnić czysto rzeczowe błędy. Nie sądzę, by można się od nich uchronić, gdy próbuje się po raz pierwszy wtłoczyć w ramy jednego przeglądu tak olbrzymi materiał, obejmujący aż cztery specjalne dyscypliny naukowe. Każde sprostowanie ze strony kompetentnego czytelnika przyjmę z wdzięcznością. Zaciągnąłem wszakże nie tylko zobowiązanie wobec nauki, lecz rÓwnież i dług wobec określonego gatunku literackiego, do ktÓrego ta książka 19 nawiązuje, ściślej - wobec twórcy tego gatunku. O ile mi wiadomo, amerykański lekarz Paul de Kruif był pierwszym autorem, który spróbował przedstawić rozwÓj pewnej bardzo specjalnej gałęzi nauki właśnie w taki sposób, że jego pracę o niej czytano z zainteresowaniem, jakie w naszym stuleciu budzą chyba tylko powieści kryminalne. De Kruif "odkrył" w 1927 roku, że rozwój bakteriologii, jeżeli rozpatrywać go i uszeregować pod pewnym kątem widzenia, zawiera w sobie elementy powieściowe. Odkrył ponadto, że nawet najważniejsze problemy naukowe można przedstawić w sposób niezwy kle prosty i zrozumiały, gdy się je opisuje jako procesy pracy , prowadząc czytelnika dokładnie tą samą drogą, ktÓrą kroczył uczony od momentu zrodzenia się pomysłu aż do ukończenia badań. I d~edł do wniosku, że w samym błądzeniu uczonego po wszystkich owych bezdrożach, rozstajach i ślepych zaułkach, na które wiodła go omylność i niedoskonałość ludzkiego umysłu, niepożądane przypadki i utrudniające zadanie wpływy zewnętrzne, tkwi taka dynamika i tyle dramatyczności, że są one w stanie wywołać najwyższe napięcie. Tak powstała jego książka Łowcy mikrobów. Już sam tytuł, który trzeźwe określenie " bakteriologowie' ' przeobraża w kategorię ludzką, zawierał w sobie program nowego gatunku literackiego: "powieści autentycznej". Od czasu owej pierwszej próby Paula de Kruifa nie ma chyba dziedziny naukowej, do ktÓrej ten czy inny autor, a czasem i kilku autorów naraz nie prÓbowałoby zastosować tej nowej, literackiej metody. Że prÓby takie podejmowali pisarze, którzy w danej dziedzinie nauki byli dyletantami, to rzecz najzupełniej naturalna. Wydaje mi się, że dla krytyki, wciąż jeszcze na tym polu niedostatecznej, ważne są następujące kryteria: w jakiej proporcji pozostaje w tych książkach nauka do literatury, w jakim stopniu przeważa w nich "autentyczność", a w jakim "powieść". Mnie osobiście wydaje się, że najlepsze książki należą do tej kategorii, ktÓra pierwiastek powieściowy wydobywa z faktÓw jedynie przez ich "uszeregowanie", a tym samym zawsze oddaje pierwszeństwo faktom. Do tej kategorii pragnąłem jak najbardziej przybliżyć swą książkę. Mam nadzieję, że oddałem przez to przysługę każdemu czytelnikowi, ktÓry pragnie iść "na pewniaka" i ktÓry chciałby książkę tę, mimo jej powieściowego charakteru, traktować jako podręczne źródło wiadomości naukowych. Myślę, że może ją za takie źródło uważać. Dla osiągnięcia tego celu musiałem dokonać jeszcze dodatkowej pracy głównie dlatego, że mam na tym polu poprzedniczkę, Annę Therry White, której książka Lost w orlds (Zaginione światy), należąca do owej drugiej kategorii, wpadła mi w ręce, gdy kończyłem już swych Bogów, groby i uczonych. Mimo uznania dla mej amerykańskiej koleżanki po piórze pozostaję jednak przy swym zdaniu, iż zasada oddawania pierwszeństwa 20 faktom przed "powieścią,' jest słuszniejsza. Dlatego też w przeciwieństwie do pani White postanowiłem wszystkim tym, którzy pragnęliby nadal interesować się nauką o dawno minionych czasach, służyć stale w mej pracy jasnymi, nie budzącymi wątpliwości wskazówkami. Nie lękałem się tedy przerywać toku opowiadania datami i przeglądami historycznymi, a nadto dodałem do książki wykaz bibliografii, mapy, tablice chronologiczne oraz indeks nazw i nazwisk. Wreszcie pragnąłbym tu wyrazić podziękowanie wszystkim tym, którzy udzielili mi pomocy w mej pracy. Niemieccy profesorowie dr Eugen von Mercklin, dr Carl Rathjens i dr Franz Termer byli tak uprzejmi, że sprawdzili rękopis, każdy w zakresie swej specjalności. Prof. dr Kurt Erdmann, prof. dr Hartmut Schmokel i badacz odkryć Schliemannowskich dr Ernst Meyer wnieśli do niej kilka istotnych poprawek. Wszyscy oni udzielili mi cennych wskazówek, pomagając pod każdym względem, przede wszystkim w zdobyciu potrzebnej literatury (za co winien jestem także podziękowanie prof. dr Walterowi Hagemannowi z Munster), i zwrócili mi uwagę na niektóre błędy, które zdołałem jeszcze usunąć. Dziękuję im nie tylko za ich pomoc, lecz przede wszystkim i za zrozumienie, z jakim jako naukowcy-specjaliści odnieśli się do książki, która tak całkowicie wybiega poza ramy naukowej fachowości. Pragnę wreszcie podziękować także pani Eddzie Ronckendorff i Erwinowi Dunkkerowi za to, że zdjęli ze mnie częściowo ciężar bardzo nieraz trudnych prac tłumaczeniowych. C. W. C. Listopad 1949. I. KSIĘGA POSĄGÓW Co za dziwy! o napój źródlany proszona, Ziemio ! cÓż to z twego ślesz nam dzisiaj łona? Czy i otchłanie żyją ? noweż, niedostrzegłe Mieszka plemię pod laWą czy powraca zbiegłe? Do mnie, Grecy, Rzymi .anie! zgubion bez nadziei Znalazł się grÓd Herkula i wstaje Pompei! Fryderyk Schiller, Herkulanum i pompei (przekład J. D. Mjnasowicza) Rozdział pierwszy PROLOG NA ZIEMI KLASYCZNEJ W 1738 roku Maria Amalia Krystyna, córka Augusta III saskiego, opuściła dwór drezdeński, aby poślubić Karola Burbona, króla Obojga Sycylii. Szperając po rozległych neapolitańskich ogrodach i pałacach, żywa, obdarzona zmysłem artystycznym królowa coraz to odkrywała posągi i rzeźby, które przed ostatnim wybuchem Wezuwiusza bądź znaleziono przypadkowo, bądź wydobyto na światło dzienne na skutek inicjatywy, jaką podjął niejaki generał d'Elboeuf. U rzeczona pięknem tych torsów bez głów i kończyn, Maria Krystyna nalegała na swego królewskiego małżonka, by kazał szukać dla niej więcej takich rzeźb. A że Wezuwiusz po wielkim wybuchu w maju 1737 roku - kiedy to zbocze góry rozwarło się na dwoje, a część jej szczytu wyleciała w powietrze - od półtora roku stał spokojnie pod błękitnym niebem Neapolu, król uległ jej prośbom. Wydawałoby się, że nie było nic prostszego, jak kontynuować poszukiwania tam, gdzie d'Elboeuf je przerwał. Król naradził się z naczelnym dowódcą swych wojsk saperskich, hiszpańskim kawalerem Rocco Gioacchino de Alcubierre. Hiszpan ściągnął robotników, sprowadził narzędzia i proch. Trudności było sporo. Trzeba było przebić się przez piętnastometrowy pokład stwardniałej na kamień masy erupcyjnej. Ze studni, odkrytej jeszcze przez d'Elboeufa, zaczęto prowadzić podziemne chodniki, wiercono otwory strzelnicze. Wreszcie nastąpiła chwila, gdy pod uderzeniami kilofa, który natrafił na metal, zadźwięczało jak dzwon. Wydobyto pierwsze znaleziska: trzy fragmenty wykutych w brązie koni nadnaturalnej wielkości. Dopiero teraz zrobiono rzecz najmądrzejszą, jaką można było zrobić, jaką właściwie zrobić należało na samym początku: sprowadzono fachowca. Był nim markiz don Marcello Venuti, humanista, kierownik biblioteki królewskiej. Odtąd on nadzorował dalsze prace wykopaliskowe. z kolei znaleziono trzy marmurowe rzeźby, przedstawiające ubranych w togi Rzymian, polichromowane kolumny i tułów koński z brązu. Para królewska przybyła na miejsce, aby obejrzeć znaleziska. Markiz 24 opuścił się na sznurze w głąb przekopanych chodników. Natrafił na schody. Ich forma pozwoliła mu wysunąć przypuszczenie, czym była ta budowla. 11 grudnia 1738 roku przypuszczenie potwierdziło się. Znaleziono napis, z którego wynikało, że niejaki Rufus wybudował tu własnym sumptem teatr - Theatrum Herculanense. A więc znaleziono zagrzebaną w ziemi miejscowość. Bo gdzie znajdował się teatr, tam musiało też znajdować się miasto. Niegdyś już d'Elhoeuf - choć miał przecież do wyboru rozległe stoki zastygłej lawy zupełnie bezwiednie natrafił na sam środek tej sceny. Scena była zawalona posągami. I tylko tutaj mogło leżeć tyle rzeźb, dosłownie jedna na drugiej, bo potężny strumień lawy obalił bogato ozdobioną rzeźbami tylna ścianę teatru, która z hukiem runęła na scenę. Tu kamienne posągi spoczęły na siedemnaście wieków. Napis na teatrze wymieniał nazwę miasta: "Herculaneum". Lawa, wylewająca się z krateru masa płynnej skały, mieszanina wszelkiego rodzaju minerałów, znowu zastyga na szkło, twardnieje na kamień. Pod tą grubą na dwadzieścia metrów powłoką leżało Herkulanum. Inaczej ma się rzecz z małymi wulkanicznymi kamyczkami, tzw. lapilli. Wyrzucane z wulkanu wraz z tłustym popiołem, spadają jak deszcz, układają się luźno i dają się usunąć lekkim narzędziem. Pod takimi kamyczkami, zagrzebana znacznie płyciej niż siostrzane Herkulanum, leżała Pompeja. Jak to często zdarza się w historii, a także w życiu pojedynczego człowieka, rzeczy najtrudniejsze dzieją się na samym początku, a droga najdłuższa uważana jest za najkrótszą. Od czasu gdy d'Elboeuf po raz pierwszy zaczął tu kopać, minęło trzydzieści pięć lat, a dopiero teraz pierwsze zatknięcie rydla doprowadziło do odkopania Pompei. Kawaler de Alcubierre, wciąż jeszcze prowadzący wykopaliska, nie był już zadowolony ze swych znalezisk, chociaż Karol Burboński mógł dzięki nim założyć muzeum, które nie miało równego sobie na całym świecie. Król i inżynier zgodnie postanowili przenieść prace wykopaliskowe gdzie indziej i tym razem nie wdzierać się już na ślepo w żużel ziemi, lecz rozpocząć je w miejscu, na które wskazywali uczeni mówiąc: , ,Tu leży Pompeja, według antycznych źródeł zasypana w tym samym dniu, co miasto Herkulesa." To, co teraz nastąpiło, żywo przypomina zabawę w chowanego, nazywaną przez dzieci "zimno, ciepło". Ale zabawę z nieuczciwym partnerem, który w momencie gdy ręka zbliża się już do schowanego przedmiotu, zamiast wołać "ciepło", woła "zimno". Duchy mściwości, chciwości i niecierpliwości objęły rolę błędnych ogników. Prace wykopaliskowe rozpoczęły się 1 kwietnia 1748 roku. Już 6 kwiet- 25 nia znaleziono pierwsze wielkie cudowne malowidło ścienne. 19 kwietnia natrafiono na pierwsze zwłoki. Szkielet leżał wyciągnięty na ziemi; z rąk, które zdawały się jeszcze coś trzymać, dawno już wysypały się złote i srebrne monety. Teraz jednak zamiast da1ej kopać, usystematyzować pracę i spożytkować znaleziska, aby dojść do wynikÓw bez zbędnej straty czasu, zasypano znowu wykopane doły, nie podejrzewając nawet, że natrafiono na sam środek Pompei. Zaczęto kopać w innym miejscu. Alboż mogło być inaczej ? Parą krÓlewską powodował jedynie zachwyt wykształconych laikÓw (z tym wykształceniem zresztą, zwłaszcza jeśli chodzi o króla, też nie było najlepiej). D1a Alcubierre'a motorem działania było przezwyciężenie problemu technicznego (Winckelmann mówił pÓźniej o nim ze złością, że znał się na starożytnościach tyle, co kura na pieprzu). Wszyscy inni kierowali się tylko ukrytą nadzieją, że jeżeli pod kilofem znowu zabrzęczy złoto i srebro, uda im się może zręcznym i szczęśliwym chwytem zagarnąć coś dIa siebie (na dwudziestu czterech ludzi zatrudnionych 6 kwietnia przy wykopaliskach było dwunastu kryminalistÓw. reszta otrzymywała nędzną zapłatę). Odkryto 'widownię amfiteatru. Ale gdy nie znaleziono tu ani posągów, ani złota i klejnotÓw, zaczęto znowu kopać gdzie indziej. A właśnie tutaj cierpliwość doprowadziłaby do celu. W okolicy Bramy Herkulesowej natrafiono na willę, co do ktÓrej twierdzono bez żadnego uzasadnienia dziś nikt już nie wie, skąd w ogóle wzięło się to mniemanie - że jest to dom Cycerona (tego rodzaju wyssane z palca twierdzenia jeszcze niejednokrotnie odegrają rolę w archeologii, i to nierzadko rolę owocną). Ściany willi ozdobione były cudownymi freskami. Oddzielono je wraz z tynkiem od ścian, skopiowano, po czym willę... znowu zasypano. Przez przeciąg około czterech lat na okolice Civita (dawna Pompeja) nie zwracano najmniejszej uwagi. Powrócono znowu ku bogatszym wykopaliskom koło Herkulanum, gdzie co prawda znaleziono jeden z najbardziej naÓwczas interesujących skarbów z czasów antycznych: willę z biblioteką, z której korzystał filozof Filodem, nazywaną dzisiaj Villa dei Papiri (Willa Papirusów). Wreszcie w 1754 roku w południowej części Pompei znaleziono znowu szczątki kilku grobowców i antycznych murów. od tego dnia po dzień dzisiejszy w obydwu miastach prace wykopaliskowe trwają z nieznacznymi przerwami i coraz to nowe cuda wyłaniają się z głębi ziemi. Tylko znając rodzaj katastrofy, która nawiedziła oba miasta, możemy zrozumieć i pojąć działanie, jakie odkrycie Herkulanum i Pompei wywarło na stulecie poprzedzające wiek klasycyzmu. W połowie sierpnia 79 roku n.e. wystąpiły pierwsze oznaki zwiastujące nowy wybuch Wezuwiusza. Zrazu zdawało się, że chodzi o jeden 26 z wybuchÓw, jakie już często się zdarzały. Lecz 24 sierpnia w godzinach przedpołudniowych stało się jasne, że rozpoczyna się katastrofa nie spotykanych dotąd rozmiarów. Wśród straszliwego huku wierzchołek gÓry rozpadł się na dwoje. Słup dymu niby olbrzymia rozcapierzona pinia wzbił się pod kopułę nieba. WśrÓd przeszywających powietrze łoskotów i oślepiających błysków lunął na miasto deszcz kamieni i popiołów, który zakrył sobą słońce. Ptaki spadały martwe na ziemię, oszalały tłum ludzi wśród krzyków prÓbował ratować się ucieczką; zwierzęta pochowały się w kryjówkach. Przez ulice przelewały się strumienie wody i nikt nie wiedział, skąd się brały - z ziemi czy Z nieba. Katastrofa zaskoczyła obydwa miasta w słoneczny poranek, gdy ludność pracowicie krzątała się koło swych zajęć. Dwojaki jednak był rodzaj ich zagłady. Na Herkulanum zwaliła się lawina szlamu, mieszanina popiołów, ulewnego deszczu i lawy. Wtargnęła w ulice, wdarła się we wszystkie zaułki, rosła, pokryła dachy, wciskała się w okna i drzwi, wypełniła miasto, jak woda wypełnia gąbkę. Pokryła je wraz ze wszystkim, co nie zdążyło się uratować szybką ucieczką. Inaczej w Pompei. Tu nie było strumienia szlamu, przed którym istniał jeden tylko ratunek - ucieczka. Tu katastrofa rozpoczęła się od spokojnego deszczu popiołu, ktÓry można było strząsnąć z siebie. Niebawem jednak zaczęły spadać lapilli, a potem wraz z nimi bryły pumeksu ważące po wiele kilogramów. Dopiero stopniowo zrozumiano ogrom niebezpieczeństwa. Ale wtedy było już za późno. Miasto zaczęły spowijać obłoki pary siarkowej. Wciskała się w szczeliny i szpary, przenikała pod kawałki sukna, którymi ludzie, oddychając z coraz większym trudem, zasłaniali sobie twarze. Tych, co szukając powietrza i ratunku uciekali z domów na ulice, gęsty, kamienny grad drobnych lapilli tak mocno siekł po głowach, że przerażeni cofali się z powrotem. Ledwie jednak znowu znaleźli się w domu, a już walił się sufit grzebiąc ich pod sobą. NiektÓrych los przez krótki czas jeszcze oszczędził. Pod filarami schodów i łukowymi sklepieniami trwali przykucnięci - nie dłużej chyba niż pół godziny. Potem wyziewy siarkowe docierały i do nich; ginęli uduszeni. Po czterdziestu ośmiu godzinach znowu wyjrzało słońce. AIe Pompeja i Herkulanum przestały istnieć. w promieniu osiemnastu kilometrów wszystko uległo zniszczeniu, pola były zasłane lawą i popiołem. Część popiołów zawędrowała aż do Afryki, Syrii i Egiptu. Nad kraterem Wezuwiusza wzbijał się jeszcze cienki słup dymu. Niebo znów zajaśniało błękitem. Trzeba sobie uprzytomnić, jak cały świat naukowy zajmujący się badaniem przeszłości zelektryzowany został wiadomością o odkryciu Pom- 27 pei i Herkulanum. Oto po bez mała siedemnastu wiekach inni ludzie, uzbrojeni w inną wiedzę, ludzie o innych obyczajach, a przecież węzłami krwi, ktÓrymi związana jest cała ludzkość, spokrewnieni z tamtymi, zasypanymi ludźmi, zatknęli w ziemię rydel i wydobyli na światło dzienne to, co tak długo w niej spoczywało. Nie byłoż to podobne do cudu wskrzeszenia umarłych ? Łatwo może się zdarzyć, że badacz, porwany pasją dla swej nauki, a przeto wolny od wszelkiego pietyzmu, uzna tę katastrofę za szczególnie szczęśliwe zrządzenie losu. "Trudno znaleźć coś bardziej interesującego..." - mówi Goethe o Pompei. Istotnie, trudno sobie wyobrazić dogodniejszą niż ów deszcz popiołów sposobność, aby dla przyszłych pokoleń, dociekających zagadek przeszłości, zachować, nie, raczej "zakonserwować" - słowo to lepiej oddaje stan rzeczy - miasto w całej krzątaninie codziennego życia. Nie był to uwiąd, naturalna śmierć siarego miasta. Tu siła żywiołu dotknęła miast pulsujących życiem, tu prawo czasu, powsta wania i zaniku straciło swą moc. Do czasu pierwszych wykopalisk znano tylko nagi fakt: dwa miasta zostały zasypane. Teraz jednak krok za krokiem poznawano dramatyczny przebieg tego wydarzenia. Wiadomości przekazane nam przez antycznych autorów nabrały życia. Dowiedziano się o całej okropności tej żywiołowej katastrofy, która tak nagle, tak nieoczekiwanie przerwała tok powszednich zajęć, że nawet nie zdążono wyjąć z pieca prosięcia ani świeżo upieczonego chleba. . Jakaż historia kryje się w szczątkach dwÓch szkieletów, które mają na sobie jeszcze kajdany niewolników? Byli nimi przykuci, gdy dokoła srożyła się zagłada. J akie męki kryła w sobie śmierć psa, którego również uwiązanego na łańcuchu - znaleziono pod sufitem jednego z pokojów? Pies wspinał się coraz wyżej i wyżej na rosnącą stertę wdzierających się przez okna i drzwi małych lapilli, dopóki go nie zatrzymał sufit; szczeknąwszy po raz ostatni, padł martwy, uduszony gazami. Łopata wdzierając się w głąb ziemi odsłaniała dramaty rodzinne, dramaty rozgrywające się między rozpaczą i śmiercią. Końcowy rozdział słynnej powieści Bulwera Ostatnie dni Pompei nie ma w sobie nic nieprawdopodobnego. w odkopanej Pompei znaleziono matki trzymające w ramionach swe dzieci: osłaniały je ostatnim skrawkiem swego szala, nim się udusiły - i jedne, i drugie. Wykopano mężczyznę i kobietę, którzy pozbierawszy swe skarby dotarli już do bramy i tu, smagani gradem kamieni, padli na ziemię, ostatnią resztą sił trzymając swą biżuterię i pieniadze. Cave canem - "Strzeż się psa", taki napis widnieje przed furtką domu, w którym Bulwer każe mieszkać swemu Glaukowi. Przed 28 progiem tego domu dwie młode dziewczyny, chcąc jeszcze szybko zawinąć swe klejnoty, zbyt długo ociągały się z ucieczką, a potem było już za późno. Koło Bramy Herkulesa znaleziono wielkie ilości trupów, leżące obok siebie. Ludzie ci upadli obładowani swym dobytkiem domowym, ktÓrego nie mogli już udźwignąć. w pewnym zasypanym pokoju natrafiono na dwa szkielety, kobiety i psa. Dokładna obserwacja pozwoliła odtworzyć okropną tragedię, jaka się tu rozegrała. Szkielet psa zachował swą formę, kości kobiety natomiast były rozsiane po całym pokoju. Jakąż siłą zostały tam rozsiane? A raczej - kto je tam zawlókł? ZawlÓkł je pies. w momencie głodu zwyciężyła w nim wilcza natura. Może wydarł śmierci jeszcze jeden dodatkowy dzień życia przez to, że napadł i pożarł swą panią. Nie opodal od tego miejsca przerwana została stypa żałobna. Po tysiącu siedmiuset latach znaleziono jej uczestnikÓw w tych samych pozycjach, w jakich spoczywali na swych łożach przy uczcie - uczestnicy własnego pogrzebu. Tu znowu śmierć zaskoczyła siedmioro dzieci, ktÓre nie przeczuwając nic złego bawiły się w pokoju; tam - trzydziestu czterech ludzi, a wraz z nimi kozę, która trwożnie pobrzękując zawieszonym u szyi dzwonkiem szukała prawdopodobnie schronienia w ludzkim domostwie. Kto zbyt długo zwlekał z ucieczką, temu potem nie pomogła już ani odwaga, ani roztropność, ani siła fizyczna. Znaleziono pewnego mężczyznę iście herkulesowej budowy. Nie mógł już ochronić biegnącej przed nim matki z czteroletnią córeczką. Wszyscy troje zwalili się na ziemię. Prawda, że on ostatnią resztką sił próbował się jeszcze podźwignąć, ale odurzony gazami znów powoli osunął się na ziemię, przetoczył na plecy i wyprostował członki. Popioły zasypały go, zachowując formę ciała. Uczeni, wypełniwszy ją gipsem, uzyskali zarys postaci człowieka - plastyczny obraz martwego pompejańczyka. Jakiż huk musiał się donosić z tego oto zasypanego domu, gdy jeden z jego mieszkańców, opuszczony i pozostawiony w samotności, stwierdzi wszy, że drzwi są zamknięte, chwycił za siekierę i począł nią rozwalać ścianę? Gdy się okazało, że i tu nie ma wyjścia, jął rąbać drugą ścianę, a gdy i spoza niej zwalił się tylko gruz, padł w końcu martwy na podłogę. Domy, świątynie Izydy, amfiteatr stały tak jak niegdyś, kiedy były zamieszkałe i kiedy pełno było w nich ludzi. W kancelariach urzędÓw i kantorach kupieckich leżały tabliczki woskowe, w bibliotece zwoje papirusów, w warsztatach rzemieślniczych narzędzia pracy , w termach skrobaczki. w oberżach na stołach stały jeszcze naczynia, leżały pieniądze rzucone w pośpiechu przez ostatniego płacącego gościa. Na ścianach szynków widniały wiersze zakochanych lub zrozpaczonych aman- 29 tów, na ścianach willi - malowidła ścienne, które, jak pisał Venuti, były "znacznie piękniejsze niż dzieła Rafaela". Przed takim to bogactwem odkryć znaleźli się oświeceni ludzie XVIII wieku. Ludzie urodzeni po epoce Renesansu, chciwi piękna starożytności, synowie czasu, który przeczuwał już rodzącą się potęgę nauk ścisłych. Ludzie pragnący poświęcić się realnej rzeczywistości, a nie trwać tylko w podziwiającym estetyzmie. Po to jednak, aby połączyć te dwa różne poglądy, potrzebny był człowiek, który sam łączyłby w sobie umiłowanie sztuki starożytnego świata z metodami naukowych badań i naukowej krytyki. Gdy pod Pompeją po raz pierwszy zaczęły się prace wykopaliskowe, człowiek, dla którego to zadanie miało stać się celem życia, już żył. Był wtedy bibliotekarzem hrabiowskiej biblioteki pod Dreznem. Miał trzydzieści lat i nie dokonał jeszcze niczego istotnego. Ale w dwadzieścia jeden lat później nie kto inny, jak Gotthold Ephraim Lessing napisał na wiadomość o jego śmierci takie oto słowa: "Jest to w ostatnich czasach drugi pisarz, któremu z przyj emnością podarowałbym parę lat mego życia." Rozdział drugi WINCKELMANN, CZYLI NARODZINY NOWEJ NAUKI W 1764 roku Angelika Kaufmann malowała w Rzymie portret swego profesora - Winckelmanna. N a portrecie tym Winckelmann siedzi nad otwartą książką trzymając w ręku gęsie pióro. Ogromne, ciemne oczy spoglądają spod myślącego czoła. Duży nos jest na tym obrazie tak okazały, że aż niemal burboński. Usta i podbródek są miękkie i okrągłe. W całości raczej głowa artysty niż uczonego. "Natura - mówi o nim Goethe - włożyła weń wszystko, co czyni i zdobi mężczyznę." Winckelmann urodził się w 1717 roku w Stendal jako syn ubogiego szewca. W latach chłopięcych podczas włóczęgi przyciągały jego uwagę ogromne kurhany rozsiane w tej okolicy. Namawiał kolegów, by razem z nim grze bali w ziemi i szukali starych urn. W 1743 roku dochrapał się stanowiska rektora szkoły w Seehausen. "Bakałarzyłem - pisze o sobie - z wielką sumiennością, ale gdy spędzałem na tym czas, każąc dzieciom o strupiastych głowach czytać abecadło, marzyłem o poznaniu Piękna i w duchu niby modlitwę recytowałem wiersze Homera." W 1748 roku objął posadę bibliotekarza u hrabiego von Bunau w pobliżu Drezna. Bez goryczy i żalu opuścił fryderycjańskie Prusy. Poznał je - jak sam pisze - jako "kraj despotyzmu" i myślał o nich z dreszczem odrazy. W każdym razie więcej niż inni odczuwałem tę niewolę." Ta zmiana miejsca przesądziła o kierunku dalszej jego drogi życiowej. W Dreźnie obraca się w kręgu wybitnych artystów, a gdy w dodatku znajduje tu największe w ówczesnych Niemczech zbiory starożytności, rzuca w kąt wszelkie inne plany. (Nosił się wówczas z zamiarem wyjazdu do Egiptu). Gdy jego pierwsze prace ukazują się w druku, znajdują oddźwięk w całej Europie. Duchowo coraz bardziej niezależny, pod względem religijnym wolny od wszelkiego dogmatyzmu, przechodzi Winckelmann na katolicyzm, aby uzyskać nadarzającą mu się posadę we Włoszech. Rzym, uważa, wart jest mszy. W 1758 roku jest bibliotekarzem i nadzorcą zbiorów kardynała Albaniego. W 1763 roku zostaje mianowany generalnym nadzorcą wszystkich zabytków w Rzymie i okolicy i w tym charakterze odwiedza Pompeję i Herkulanum. W 1768 roku zostaje zamordowany. 31 Spośród dzieł Winckelmanna trzy przede wszystkim stały się podwaliną naukowej archeologii. Są to: SendschTeiben o odkryciach w Herkulanum, jego główne dzieło Geschichte deT Kunst des AlteTtums (Historia sztuki starożytnej) i Monumenti antichi inediti (Nieznane pomniki starożytności). Wiemy już, jak bezplanowo prowadzono prace wykopaliskowe w Pompei i Herkulanum. Gorszą jednak od bezplanowości była tajemniczość, jaką otaczano te wykopaliska. Ukoronowaniem jej był wydany przez egoistycznych władcÓw zakaz, zabraniający cudzoziemcom - obojętnie, czy ludziom nauki, czy zwykłym podrÓżnikom - dostępu do znalezisk, o których mogliby poinformować świat. Jedynie niejaki Bayardi, mól książkowy, otrzymał od krÓla zezwolenie na sporządzenie pierwszego katalogu znalezisk. Bayardi zaczął pisać wstęp do tego katalogu nie obejrzawszy nawet miejsca wykopalisk! Pisał i pisał, aż z końcem 1752 roku wypełnił już pięć tomów , ,wstępu" o łącznej objętości 2677 stron, nie doszedłszy jeszcze do początku właściwego dzieła. Przy tym, z natury zazdrosny i złośliwy, zdołał doprowadzić do tego, że dwu innym autorom, ktÓrzy zamiast zatrzymywać się nad wstępem od razu przystąpili do sedna rzeczy, dekret ministerialny zabronił opublikowania rezultatówichprac. Jeżeli mimo to udawało się tu i ówdzie jakiemuś uczonemu uzyskać dostęp do kilku odkopanych za bytków celem bliższego ich z badania, to nie mogąc się oprzeć na żadnych wstępnych pracach na tym polu dochodził on do tak mylnych teorii jak np. Martorelli, który w dwutomowym dziele liczącym 652 strony druku próbował na podstawie odkopanego kałamarza dowieść, że w starożytności przyjęte były książki o formacie czterokątnym, a nie w postaci zwojów - mimo że miał przed oczyma zwoje papirusowe Filodema. Wreszcie w 1757 roku ukazał się w formacie in folio pierwszy tom o odkopanych zabytkach, którego wydawcą był Valetta, a który król sfinansował subwencją 12 000 dukatów. W tej atmosferze nieżyczliwości, intryg i strupieszałej uczoności znalazł się Winckelmann. Po nieopisanych trudnościach, traktowany jako szpieg, zdołał w końcu uzyskać zezwolenie na zwiedzenie królewskich muzeów. Ale cóż, surowo zabroniono mu sporządzić choćby najmniejszy rysunek z rzeźb i obrazów. Rozgoryczony tym wszystkim, znalazł sobie sprzymierzeńca w klasztorze augustianów, w którym udzielono mu gościny. Był nim ojciec Piaggi. Winckelmann zastał go przy bardzo dziwnej pracy. Gdy swego czasu odkryto bibliotekę w willi dei Papiri, znalezione tu bogate zapiski wzbudziły entuzjazm. Gdy jednak wzięto je do ręki i chciano z badać, rozsypały się w proch. Próbowano różnych sposobów, aby uratować te zwoje. Wszystko na 32 próżno. Aż pewnego dnia zjawił się jakiś zakonnik "z ramą podobną prawie do ram, jakich perukarze używają do naszywania włosów na peruki". Zakonnik ten twierdził, że za pomocą takiej ramy potrafi rozwinąć rolki papirusów. Zgodzono się na to. Gdy Winckelmann zjawił się w celi owego zakonnika, ten już od lat oddawał się swemu zajęciu. Udało mu się rozwinąć zwoje papirusów, ale nie udało mu się zyskać sobie przychylności krÓla i kawalera Alcubierre, którzy nie rozumieli trudności jego pracy . Zgorzkniały padre, podczas gdy Winckelmann przesiadywał w jego celi, pienił się na wszystko, co działo się na pobliskim dworze królewskim. Z niesłychaną ostrożnością, jak gdyby sortował puch, nawijał zwęglony papirus milimetr za milimetrem na swą "maszynę". Ciskał przy tym gromy na króla i jego obojętność, na nieudolność urzędników i robotnikÓw. A gdy wreszcie przedkładał Winckelmannowi nowo uzyskaną stronę z traktatu Filodema o muzyce, wtedy duma z tego osiągnięcia pobudzała go do nowych wybuchów złości na niecierpliwych i zazdrośników. U Winckelmanna słowa te znajdowały tym wdzięczniejsze ucho, że w dalszym ciągu nie pozwalano mu zwiedzić miejsca wykopalisk i że nadal musiał się ograniczać do muzeów, gdzie znowu nie wolno mu było niczego kopiować. Jął przekupywać dozorców. Pokazali mu to i owo. Tymczasem jednak znaleziono rzeczy o doniosłym znaczeniu, rzeczy, dzięki ktÓrym można było uzyskać szerszy pogląd na antyczną kulturę. Były to rzeźby i obrazy zwłaszcza natury erotycznej. Król, człowiek o ograniczonych horyzontach, zgorszony pewną rzeźbą przedstawiającą satyra i kozę połączonych w lubieżnym akcie kopulacji, kazał natychmiast wszystkie te dzieła odesłać do Rzymu i trzymać pod ścisłym zamknięciem. Winckelmann i do nich nie uzyskał dostęPu. Mimo wszystkich trudności wydał w 1762 roku pierwszy traktat, swe pierwsze 8endschreiben: "O odkryciach w Herkulanum". W dwa lata później zwiedził ponownie to miasto i muzeum, po czym wydał drugi traktat. Obie prace nawiązywały do tego, co usłyszał w celi zakonnika, i były pełne cierpkiej krytyki. Gdy drugie 8endschreiben trafiło w francuskim przekładzie na dwór neapolitański, wywołało ono największe oburzenie na tego Niemca. Czyż nie udzielono mu tak rzadko przyznawanego zezwolenia? (Zezwolenia na zwiedzenie muzeum!) I jak się za to odwdzięczył? Zarzuty Winckelmanna były oczywiście słuszne, jego gniew uzasadniony. Ale wszystko to jest dziś już zupełnie nieważne. W artość jego 8endschreiben polegała na tym, że po raz pierwszy dały one światu rzeczowy opis wykopalisk u stóp W ezuwiusza. W tym samym mniej więcej czasie ukazało się główne dzieło Winckelmanna, Geschichte der Kunst des Altertums (Historia sztuki starożytnej). 33 W dziele tym udało mu się ogarnąć pewnym okiem narosłą do olbrzymich rozmiarów masę pomnikÓw starożytności, wnieść w nie ład i porządek i - "nie mając żadnego wzoru", jak sam z dumą zaznacza opisać po raz pierwszy r o z w ó j sztuki starożytnej. Ze skąpych danych antycznych pisarzy zbudował system, z nieprawdopodobną przenikliwością przebił się do poznania rzeczy dotąd przez nikogo nie rozpoznanych i zdołał swe odkrycia przekazać z takim polotem języka, że intelektualistÓw całego świata ogarnęła fala entuzjazmu dla ideałów starożytności entuzjazmu, z którego zrodził się wiek "klasycyzmu". Historia sztuki starożytnej Winckelmanna wywarła decydujący wpływ na archeologię. Zbudziła pragnienie poszukiwania piękna, gdziekolwiek by się ukrywało, wskazała drogę i dała klucz do zrozumienia dawnych kultur przez kontemplację ich pomników, zbudziła nadzieję, że grzebiąc w ziemi łopatą można będzie odkryć inny, nieznany świat, pogrzebany w ziemi tak jak Pompeja, ale i tak jak ona pełen cudów. W e właściwy jednak oręż naukowy uzbroił Winckelmann młodą jeszcze archeologię oddając w jej ręce swe ogłoszone w 1767 roku Monumenti antichi inediti. Winckelmann "nie mając żadnego wzoru" sam stał się wzorem. Przez to, że d1a interpretacji i objaśnienia antycznych rzeźb i obrazów przemierzył cały krąg greckiej mitologii i że umiał przy tym wyciągnąć wnioski z najdrobniejszych wskazówek, uwolnił dotychczasową metodę badawczą od wszelkich filologicznych przypuszczeń, od kurateli starych historyków, których słowa do niedawna miały znaczenie kanonu. Wiele twierdzeń Winckelmanna było fałszywych, niejeden sąd nazbyt pochopny. Jego obraz świata antycznego był wyidealizowany. Nie tylko "ludzie podobni bogom" mieszkali w Helladzie. Jego znajomość greckich dzieł sztuki mimo całej obfitości materiału była ograniczona. To, co widział, były to przede wszystkim kopie z czasÓw rzymskich. Biliony kropel sączącej się wody, biliony ziarenek ścierającego wszystko piasku sczyściły i starły je do niepokalanej białości. Ale świat antyczny nie był tak surowy , zalana słońcem Grecja nie świeciła tą białością. Nie, była pełna kolorów, była tak barwna, że i dziś jeszcze, od dawna uzbrojeni w dokładną znajomość starożytności greckiej, ledwo możemy sobie to wyobrazić. Oryginalne greckie rzeźby i płaskorzeźby były malowane. Marmurowy posąg kobiety z ateńskiego Akropolu wykazuje barwy czerwoną, zieloną, niebieską i żółtą. Nierzadko posągi miały nie tylko czerwone wargi, ale i świecące się oczy ze szlachetnych kamieni i sztuczne rzęsy, co nam wydaje się bardzo dziwne. Zasługą Winckelmanna było, że zaprowadził ład tam, gdzie przed nim panował chaos, że wniÓsł wiedzę w sferę, gdzie panowały tylko hipotezy i legenda, że ponadto przez otwarcie antycznego świata stworzył pole dla niemieckiej klasyki Goe- 34 thego i Schillera, że przygotował dla badań archeologicznych narzędzie, które później posłużyło archeologom do tego, by wydrzeć pomroce dziejów jeszcze inne, jeszcze starsze kultury. W 1768 roku Winckelmann powracał z Niemiec do Włoch. w Trieście zawarł w hotelu znajomość z pewnym Włochem. Nie wiedział, że miał do czynienia z wielokrotnie karanym przestępcą. Możemy się jedynie domyślać, że tylko szczególne skłonności Winckelmanna doprowadziły go do tego, by szukać towarzystwa tego byłego kucharza i sutenera, ba, nawet zasiadać z nim do stołu w swym hotelowym pokoju. Winckelmann był w tym hotelu bardzo honorowanym gościem. Jego strój był bogaty, maniery zdradzały światowca, a przy sposobnOŚci pokazywał też złote monety - pamiątki z audiencji u Marii Teresy . Włoch, który nosił mało doń pasujące nazwisko Arcangeli, zaopatrzył się w pętlę i nÓż. Wieczorem 8 czerwca 1768 roku uczony postanowił napisać jeszcze kilka wskazÓwek dla drukarni. Zdjąwszy już ubranie siadł jeszcze raz do biurka. Wtedy właśnie Włoch dokonał zabójstwa. Wszedł do pokoju, zarzucił Winckelmannowi pętlę na szyję, w krÓtkiej walce szybko uzyskał nad nim przewagę i zadał wielkiemu badaczowi sześć ciężkich ran nożem. Chociaż ciężko ranny , Winckelmann, silnie zbudowany, zdołał jeszcze sczołgać się ze schodÓw. Zalany krwią, z trupio bladą twarzą, widokiem swym wzbudził u kelnera i pokojówki takie przerażenie, że nim pomyśleli o pomocy , było już za późno. Skonał po kilku godzinach. Na biurku znaleziono kartkę papieru z ostatnimi słowami, ktÓre wyszły spod ręki wielkiego uczonego: Es soll... Po tych dwóch słowach morderca wytrącił Winckelmannowi, twÓrcy nowej nauki, pióro z ręki. A1e dzieło Winckelmanna wydało owoce. Na całym świecie żyją jego uczniowie. Dwieście 1at upłynęło od jego śmierci, a jeszcze co roku w Rzymie i Atenach w wielkich dzisiejszych instytucjach archeologicznych zbierają się archeolodzy, aby uczcić "Dzień Winckelmanna", 9 grudnia, dzień jego urodzin. Rozdział trzeci TROPICIELE HISTORII Gdy otwierając dziś jakąś książkę z dziedziny historii sztuki, zawierającą reprodukcje obrazÓw i rzeźb z czasów starozytności, zastanowimy się nad pewnym zagadnieniem, ogarnia nas zdumienie. Autorzy tych ksiązek zdawali się nie napotykać żadnych trudności w objaśnieniu reprodukowanych obrazÓw. Zaopatrywali je w podpisy, które mÓwią nam z największą dokładnOŚcią, o co w nich chodzi. Ta oto głowa, którą wykopał z ziemi jakiś wieśniak w rzymskiej Kampanii, jest głową cesarza Augusta, ten oto posąg jeźdźca przedstawia Marka Aureliusza, to znÓw jest bankier rzymski Lucius Caecilius Jucundus itd., itd. Ba, mÓwią nam jeszcze więcej i jeszcze dokładniej: to jest Apollon Sauroktonos, dzieło Praksytelesa, to zaś amazonka, dzieło Polikleta. Albo weźmy taki np. podpis: Zeus porywa śpiącą dziewczynę - malowidło wewnętrzne wazy Durisa, nie podpisane przez malarza. KtÓż z nas łamie sobie głowę nad tym, skąd autor takiego objaśnienia czerpał swą wiedzę, skąd ta pewność jego twierdzeń o rzeźbach, które nie noszą ani podpisu twÓrcy, ani żadnej wzmianki o przedstawianej osobie? Albo znowu wędrujemy po naszych muzeach. Widzimy pożÓłkłe, na poły zbutwiałe, nadgryzione przez stulecia zwoje papirusów. Widzimy skorupy waz, płyty z płaskorzeźbami, kolumny pokryte dziwnymi obrazami i znakami, hieroglify i pismo klinowe. Wiemy, że są ludzie, którzy umieją czytać te znaki, ktÓrzy czytają je tak, jak my czytamy gazetę lub książkę. Czy ktokolwiek z nas zdaje sobie sprawę z tego, ile trzeba było wysiłkÓw i bystrości umysłu, aby przeniknąć tajemnicę tych pism i językÓw, ktÓrymi już w czasach, kiedy północną EuroPę zamieszkiwały jeszcze barbarzyńskie ludy, nikt więcej nie mÓwił ani nie pisał? Czy zastanawiamy się nad tym, jak w ogÓle można było odnaleźć sens, dojść znaczenia t ych martwych znakÓw? Albo wertujemy dzieła naszych historykÓw. Czytamy o dziejach dawnych ludÓw , ktÓrych dziedzictwo, chociaż życie ich przebiegało w dalekich od nas strefach i zaginęło w pomroce dziejów, nosimy w sobie w ułamkach naszego języka, w wielu naszych zwyczajach i obyczajach, 1. Śpiewający biesiadnik, wnętrze czaszy z kręgu Epikteta. w dziełach naszej kultury, w śladach łączącej nas z nimi wspólnej krwi. Czytamy o ich historii. Słyszymy nie podania i nie bajki, słyszymy liczby i daty, słyszymy imiona ich królów, dowiadujemy się, jak żyli w czasach wojny i w czasach pokoju, co robili w swych domach i świątyniach. Dowiadujemy się o ich rozkwicie i upadku, przy czym wszystkie te wiadomości ustalone są z dokładnością nie tylko co do roku, ale co do miesiąca i dnia, chociaż wszystko to działo się wówczas, gdy jeszcze nie rozpoczęła się nasza rachuba czasu, gdy nie narodził się jeszcze nasz kalendarz. Skąd więc ta wiedza? Skąd ta dokładność? Skąd ścisłe tablice historyczne. Chcemy w naszej książce opowiedzieć, jak powstała i rozwijała się archeologia. Skoro zaś zamierzamy przedstawić pewien proces rozwoju, nie wybiegajmy naprzód. Na większość dopiero co postawionych pytań odpowiedź w toku dalszego opisu sama się wyłoni. Ale by nie nużyć czytelników powtórzeniami, podamy już teraz garść wiadomości rzucających pewne światło na kłopoty, a zarazem na metody archeologii. Rzymski handlarz dzieł sztuki Augusto Jandolo opowiada w swych pamiętnikach, jak będąc jeszcze chłopcem miał sposobność być obecnym przy otwarciu etruskiego sarkofagu: "Nie było rzeczą łatwą poruszyć wieko, w końcu jednak podniosło się ono, zatrzymało się w pozycji pionowej, po czym ciężko opadło na drugą stronę sarkofagu. Teraz nastąpiło coś, czego nigdy nie zapomniałem i co aż do śmierci będę miał przed oczyma. U jrzałem spoczywające we wnętrzu sarkofagu ciało młodego wojownika w pełnej zbroi wojennej, z heł- mem, włócznią, tarczą i nagolennikami. Podkreślam: ujrzałem nie szkielet, lecz ciało doskonałe w swych kształtach, wyprostowane; wyglądało tak, jak gdyby je dopiero co włożono do grobu. Ale widok ten trwał tylko krótką chwilę. Potem wszystko jak gdyby rozpłynęło się w blasku pochodni. Hełm potoczył się na prawo, okrągła tarcza osunęła się w zapadłe blachy kirysu osłaniające piersi, nagolenniki rozłożyły się na płask na dnie sarkofagu, jeden z prawej, drugi z lewej strony. Przy zetknięciu z powietrzem nie naruszone od stuleci ciało rozsypało się w proch. W powietrzu dokoła światła pochodni zdawał się unosić jakiś złoty pył." Leżał tu więc jeden z synów owego nieznanego ludu, o którym i dzisiaj j eszcze nie wiemy, z jakiego pnia się wywodził ani skąd sie wziął. Odkrywca mógł rzucić tylko jedno jedyne spojrzenie na jego twarz, na ciało, które potem rozsypało się i zginęło bezpowrotnie. Dlaczego się tak stało? Winę ponosiła nieostrożność odkrywcy. Gdy na klasycznej ziemi, na długo przed odkryciem Pompei, wydobyto na światło dzienne pierwsze posągi, a ludzie b)Tli już na tyle oświeceni, by w nagich postaciach widzieć nie tylko pogańskich bożków, lecz wyczuć wartość ich piękna, i gdy potem ustawiono je w pałacach książąt Odrodzenia, dynastów miejskich i kardynałów, w pałacach parweniuszy i kondotierów, mimo wszystko traktowano je tylko jako osobliwości, których zbieranie stało się modą. Łatwo też mogło się zdarzyć, że w takim prywatnym muzeum antyczny posąg sąsiadował z zakonserwowanym zarodkiem dziecka o dwóch głowach, a starożytna płaskorzeźba - z wypchanym ptakiem, którego za swego życia miał ponoć dotknąć święty Franciszek z Asyżu, wielki przyjaciel ptaków. Jeszcze w ubiegłym stuleciu żadne zakazy nie broniły powodowanym tylko chciwością profanom bogacić się na znaleziskach i niszczyć znalezione przedmioty, gdy rokowało to zysk. Na Forum Romanum, placu zgromadzeń ludu rzymskiego, gdzie dokoła Kapitolu skupione były najwspanialsze budowle, paliły się w XVI wieku piece wapienne, w których kamienie z dawnych świątyń przerabiano na materiał budowlany. Papieże zdobili antycznymi marmurami fontanny w swoich ogrodach. Świątynię Serapeum wysadzono w powietrze, aby papież Innocenty miał czym upiększyć swe stajnie. Kamienie z term Caracalli stały się obiektem sprzedaży, za który płacono dobrą cenę. Przez cztery stulecia rzymskie Koloseum służyło za kamieniołomy. Jeszcze w 1860 roku Pius IX kontynuował to dzieło zniszczenia, by tanim kosztem - darami z czasów pogańskich - ozdobić pewną chrześcijańską budow lę. Archeolodzy XIX i XX wieku stali przed ruinami tam, gdzie nienaruszone pomniki mogłyby im niejedno powiedzieć. Tam jednak, gdzie tak się nie działo, gdzie niepowołana ręka niczego nie zburzyła, gdzie żaden złodziej nie szukał ukrytych skarbów i gdzie oczom archeologa ukazywała się nienaruszona przeszłość - jakże rzadko to się zdarzało! - rozpoczynały się trudności innego rodzaju, rozpoczynała się sztuka interpretacji. W 1856 roku koło Dusseldorfu odkryto resztki szkieletu. Gdy dziś wspominamy o nich, mówimy o człowieku neandertalskim. Wtedy jednak brano je za kOŚci zwierzęce. I tylko nauczyciel gimnazjalny z Elberfeldu, dr Fuhlrott, określił to znalezisko w sposób właściwy. Prof. Mayer z Bonn był wtedy zdania, że są to kości jakiegoś poległego tu w 1814 roku Kozaka. Wagner z Getyngi uważał je za szkielet Holendra, Pruner-bej z Paryża - za starego Celta. Wielki lekarz Virchow, ktÓrego autorytetem zbyt pochopnie się zasłaniano, nieraz opóźniając tym prawdziwe naukowe rozeznanie, twierdził, iż jest to szkielet złamanego podagrą starca. Około pięćdziesięciu lat potrzebowała nauka, aby stwierdzić, że słuszność miał skromny nauczyciel gimnazjalny z Elberfeldu. Prawda, że ten przykład należy raczej do dziedziny badań prehistorycznych grobów i do antropologii, a nie do archeologii. Ale mamy inny, rÓwnoważny przykład w postaci prÓby periodyzacji jednej z najsłynniejszych rzeźb greckich - grupy Laokoona. Winckelmann przypisywał ją czasom Aleksandra Wielkiego. W ubiegłym stuleciu uważano ją za arcydzieło szkoły rodyjskiej, powstałe około 150 roku przed Chr. Inni przypisywali ją czasom pierwszego cesarstwa. Dziś wiemy, że gruPę tę stworzyli rzeźbiarze Agisander, Polidor i Atenodor w połowie pierwszego stulecia przed Chr. Widzimy więc, że interpretacja, nawet gdy ma się do czynienia z nienaruszonymi obiektami, jest rzeczą trudną. Ale co dzieje się wówczas, gdy już sama autentyczność badanego obiektu nastręcza wątpliwości? Przykładem tego jest choćby godny Dyla Sowizdrzała żakowski żart, którego ofiarą padł prof. Beringer z WUrzburga. w 1726 roku Beringer wydał książkę, której łacińskiego tytułu nie będziemy tu przytaczać, gdyż obejmuje on ni mniej, ni więcej, tylko półtorej strony druku. w książce tej jest mowa o skamieniałościach, ktÓre Beringer i jego uczniowie znaleźli w pobliżu WUrzburga. Czytamy w niej o kwiatach i żabach, o pająku właśnie chwytającym muchę (a skamieniałym wraz ze swą ofiarą), o skamieniałym astrze, skamieniałej rybie, o tablicach z hebraj skimi literami i o innych najbardziej zdumiewających rzeczach. Przy tym nie brak w książce ilustracji, które, rysowane z nautry i reprodukowane doskonałą techniką miedziorytową, pokazuj ą w obrazach to, co opisuje treść. Książka ta o pokaźnej objętości, zawierająca w przypisach mnóstwo ataków i polemik z oponentami autora, cieszyła się wielką poczytnością, była bardzo chwalona, dopóki nie wyszła na jaw okrutna prawda. Okazało się, że uczniowie profesora zrobili sobie po prostu żart. Sami "domowym" sposobem wykonali wszystkie te "skamieliny" i postarali się o to, aby znalazły się w miejscach, gdzie profesor zwykł był prowadzić swe poszukiwania. Skoro wspomnieliśmy o Beringerze, nie zapomnijmy też o Domenechu. Ten francuski ksiądz jest autorem wydanego we wspaniałej szacie graficznej, zaopatrzonego w 228 tablic dzieła pt. Manuscrit pictographique americain. Ukazało się ono w 1860 roku jako facsimile i przechowywane jest w paryskiej Bibliotece Arsenału. Zawarte w nim "rysunki indiańskie" to po prostu - jak się później okazało - bohomazy, które w swym kajecie nagryzmolił pewien urodzony z niemieckich rodziców amerykański chłopiec żyjący w dziewiczych lasach Ameryki. Powie ktoś, że coś podobnego mogło się przytrafić tylko takiemu Beringerowi i Domenechowi. Nieprawda, bo i wielki Winckelmann dał się nabrać w podobny sposób. A zadrwił Z niego brat Casanovy, autor ilustracji do dzieła Winckelmanna Monumenti antichi. Prócz ilustracji do tego dzieła namalował w Neapolu trzy obrazy, z których jeden przedstawiał Jowisza i Ganimeda, dwa inne zaś - postacie tańczących kobiet. Casanova posłał te obrazy Winckelmannowi twierdząc, że znaleziono je w Pompei i odłupano od ścian. Aby nadać swemu twierdzeniu więcej prawdopodobieństwa, skomponował jakąś awanturniczo-romantyczną historię o pewnym oficerze, który je po kryjomu, "kawałkami" wykradł. Nie brakowało tu i niebezpieczeństwa życia, i ciemnej nocy, i mar grobowych - Casanova umiał po mistrzowsku stworzyć odpowiednie decorum. I Winckelmann dał się wywieść w pole. Uwierzył nie tylko w autentyczność malowideł, ale i w całą tę szaloną bajkę. W piątym tomie swej Historii sztuki starożytnej opisuje dokładnie te znaleziska, twierdząc, że zwłaszcza Ganimed to malowidło, "jakiego świat dotąd nie widział". Wcale się zresztą nie mylił, bo poza nim i Casanovą istotnie nikt go nie oglądał. "Ul u bieniec J owisza - pisze Winckelmann dalej - jest niewątpliwie jedną z najpiękniejszych postaci, jakie zachowały się z czasów starożytności. Nic nie da się porównać z jego twarzą. Przemawia z niej tyle zmysłowości, że całe jego życie zdaje się być tylko jednym pocałunkiem." Jeżeli krytyczny Winckelmann mógł paść ofiarą podobnego fałszerstwa, to któż ośmieli się twierdzić, że jest pewien, iż sam zawsze potrafi się przed nim uchronić? Już za naszych czasów jeden z archeologów rosyjskich dowiódł raz jeszcze, na jakie trudności natrafia archeolog w swej pracy: dla stosunkowo prostej marmurowej rzeźby z Herkulanum przedłożył do wyboru aż dziewięć różnych interpretacji. Sztuka polegająca na tym, by nie dać się "nabrać", czyli metoda odczytywania z różnych oznak zarówno prawdziwości, jak rodzaju i historii jakiegoś zabytku, a zatem sztuka interpretacji zabytków, nazywa się hermeneutyką. Literatura zajmująca się wyłącznie interpretacją znanych klasycznych znalezisk wypełnia całe biblioteki. Możemy śledzić poszczególne interpretacje, poczynając od pierwszej próby podjętej przez Winckelmanna, a kończąc na sporach, jakie uczeni jeszcze dzisiaj toczą wokół tego samego obiektu. Archeologowie to tropiciele historii. Z przenikliwością, którą nazwać by można przenikliwością detektywa, układają ( często dosłownie) kamyk na kamyku, dopóki z tego nie narzuci się logicznie nieodparty wniosek. Powie ktoś znowu, że archeolog ma łatwiejsze zadanie od detektywa rozwiązującego zagadkę kryminalną. Że ma przed sobą martwe przedmioty, które nie rozwijają żadnej działalności dla sparaliżowania poszukiwań i nie są w stanie ani zaciemnić obrazu, ani zatrzeć śladu, ani wprowadzić na fałszywy trop. Zgoda, martwe kamienie nie mogą się bronić przed żadną obserwacją. Ale ile fałszerstwa tkwi już w nich samych? Ile błędów popełnili ci, którzy pierwsi oznajmili światu o odkryciu jakiegoś znaleziska? Nie zapominajmy, że żaden archeolog nie ma możności oglądania wszystkich reliktów przeszłości w oryginale. Są one rozsiane po całej Europie, po wszystkich muzeach świata. Pewnie, dziś fotografia daje wierny ich obraz, ale bynajmniej nie wszystko jest sfotografowane. W ciąż jeszcze trzeba posiłkować się rysunkami, te zaś są subiektywnie zabarwione i subiektywnie źle rozumiane. Przy tym rysunki, wykonywane częstokroć przez ludzi nie znających mitologii i archeologii, pełne są wszelakich nieporozumień. Na pewnym sarkofagu, który stoi dziś w paryskim Luwrze, w grupie przedstawiającej Amora i Psyche odłamane jest prawe ramię Amora, ale należąca doń ręka zachowała się na policzku Psyche. w publikacjach dwóch francuskich archeologów ręka ta przedstawiona jest jako broda. Pomyśleć: Psyche z brodą! Mimo oczywistej absurdalności tych rysunków inny Francuz, autor jednego z katalogów Luwru, pisze o nich: "Twórca rzeźb na tym sarkofagu nie rozumiał tej grupy, gdyż jego Psyche, chociaż ubrana w strój kobiety, nosi brodę." A oto inne zdarzenie, gdzie mamy do czynienia z fałszywym śladem, śladem może jeszcze bardziej mylącym, niż mógłby go wykombinować świadomy umysł człowieka. W Wenecji znajduje się pewna płaskorzeźba, która w cyklu scen pokazuje dwóch chłopców powożących zaprzężonym w dwa woły wozem; w wozie stoi kobieta. Rzeźba ta została przed około 150 laty uzupełniona. Ówcześni interpretatorzy uważali, że przedstawiona na niej historia stanowi ilustrację jednego z opowiadań Herodota. Herodot opowiada, jak kapłankę Hery, Kydippe, gdy pewnego razu nie przybyły po nią woły, które zazwyczaj wiozły ją do świątyni, powieźli do niej dwaj jej synowie, zaprzągnąwszy się zamiast wołów do jarzma. Wzruszona matka błagała bogów, aby zesłali jej synom najwyższe szczęście na ziemi. Hera, idac za wątpliwą radą bogów, sprawiła, że obydwaj synowie Kydippe umarli lekką śmiercią, jako że lekka śmierć w latach wczesnej młodości jest najwyższym szczęściem, którego człowiek może dostąpić. Obraz uzupełniono stosownie do tej interpretacji. Krata leżąca u stóp kobiety stała się wozem na kołach, koniec postronka, trzymanego w ręku przez jednego z chłopców, przeobraził się w dyszel. Ornamentyka stała się bogatsza, kontury plastyczniejsze, relief bardziej pogłębiony. Na podstawie tego uzupełnienia określono okres, z którego pochodzi płaskorzeźba. Określono go błędnie. Ornamenty wzięto za obrazy, świątynie za kapliczkę grobową. I to było błędne. Opowieść Herodota została upiększona. Ale i to upiększenie było błędne, błędne było bowiem całe uzupełnienie płaskorzeźby. Nie chodziło tu wcale o jakąś ilustrację Herodota. Pism Herodota w starożytności nikt nigdy nie "ilustrował". Wóz jest czystym wymysłem artysty - autora uzupełnienia. Posunął się on tak daleko, że zaopatrzył koła w szprychy, które w podobnie ozdobnym wykonaniu nigdy się w starożytności nie zdarzały. Zmyślony jest także dyszel, jak również rzemienie na karkach zwierząt. Czyż przykład ten nie daje wystarczającego pojęcia o tym, na ile fałszywych śladów może wprowadzić jeden fałszywy opis? Słyszeliśmy tu o Herodocie, a więc o pisarzu, którego dzieła są po dziś dzień wiecznie bijącym źródłem wskazówek dla datowań dzieł sztuki i ich twÓrców. Dzieła starożytnych autorów, z jakichkolwiek czasów by pochodziły - to główne filary hermeneutyki. Ale jakże często i one wprowadzały w błąd archeologów! Alboż pisarze nie głoszą prawdy wyższej od prawdy płaskiej rzeczywistości? Czyż historia, a tym bardziej mit nie są dla nich tworzywem, które przeobrażają, kształtują, wypełniają własną treścią, aby nadać mu formę dzieła sztuki? Człowiek przyziemny mówi: pisarze kłamią. Jeżeli więc prawo poety do naukowej nieścisłości uznamy za kłamstwo, to starożytni pisarze kłamali nie mniej, niż kłamią pisarze współcześni. Toteż archeolog mozolnie toruje sobie drogę przez gąszcz ich twierdzeń. Tak np., aby określić datę powstania olimpijskiego posągu Zeusa, najsłynniejszej rzeźby Fidiasza, wykonanej w złocie i kości słoniowej, ważną jest rzeczą wiedzieć, jak umarł Fidiasz. O tym jednak posiadamy sprzeczne wiadomości, które przekazali nam Eforos, Diodor, Plutarch i Filochoros. Jeden twierdzi, że Fidiasz umarł w więzieniu, drugi, że zdołał z niego zbiec, trzeci, że 2. Tajemniczy dwunastościan pięciokątny. został stracony w Elidzie, czwarty, że owszem, zmarł w Elidzie, ale spokojną naturalną śmiercią. Dopiero odkryty stosunkowo niedawno papirus, opublikowany w 1910 roku w Genewie, potwierdził relację Filochorosa. Wszystko to daje nam już pewne pojęcie o złośliwości rzeczy martwych, o podstępnych figlach płatanych przez obiekty, wobec których archeolog staje tylko uzbrojony w łopatę i przenikliwość własnego umysłu. Wytłumaczyć krytyczne metody, wytłumaczyć sposoby patrzenia, rysowania i opisu, objaśnić na podstawie literatury inskrypcje, monety i narzędzia - wytłumaczyć to wszystko przekraczałoby zadanie tej książki, która nie powinna stracić swego lekkiego, przystępnego charakteru. Toteż jedynie dla tych, którzy lubią sprawdzać przenikliwość swego umysłu, umieszczamy powyżej tajemniczy dwunastościan pięciokątny. Co to jest? I od razu dodajemy. archeolodzy do dziś dnia nie znaleźli odpowiedzi na to pytanie. z wyglądu - jak widać z ryciny - jest to przedmiot z brązu w kształcie pięciokątnego dwunastościanu. Pośrodku każdej powierzchni znajduje się okrągły otwór różnej wielkości. Wewnątrz przedmiot jest pusty. Wszystkie dwunastościany znaleziono w północnych Alpach w okolicznościach zdających się wskazywać na pochodzenie starorzymskie. Jeden interpretator widzi w tym zagadkowym przedmiocie zabawkę. Inny uważa, że służył on do gry w kości. Jeszcze inny dopatruje się w nim przyboru do mierzenia ciał cylindrycznych. Czwarty wreszcie jest zdania, iż jest to lichtarz. A więc: co to jest? Rozdział czwarty BAJKA O BIEDNYM CHŁOPCU, KTÓRY ZNALAZŁ SKARB A teraz następuje bajka. Bajka o biednym chłopcu, ktÓry mając siedem lat marzył o tym, aby znaleźć pewne miasto, i który w trzydzieści dziewięć lat później wyruszył na jego poszukiwanie. Znalazł nie tylko owo miasto, lecz ponadto jeszcze i skarb, jakiego świat nie widział od czasów wielkich znalezisk hiszpańskich konkwistadorów. Ta bajka - to życie Henryka Schliemanna, jednej z najbardziej zdumiewających postaci nie tylko wśród archeologów, ale i wśród wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek stali się gorącymi wyznawcami jakiejś nauki. A zaczęło się to tak. Daleko na północy Niemiec, w Meklemburgu, mały chłopciec stał nad jednym z grobÓw na cmentarzu swej rodzinnej wioski. Pochowany tu był zbrodzień nazwiskiem Hennig, a o przezwisku Bradenkierl. Miał on ponoć upiec żywcem jakiegoś pastuszka, a gdy ten już smażył się na ogniu, na dobitkę dał mu jeszcze kopniaka. Za karę tak sobie opowiadano - lewa noga owego łotrzyka, obleczona w jedwabną pończochę, co roku wyrastała z jego grobu. Chłopiec czekał nad grobem, ale nic się nie stało. Prosił więc ojca, aby zaczął kopać w ziemi i zbadał, gdzie też w tym roku podziewa się owa noga. Opodal znajdowało się wzgórze. w nim podobno - opowiadały o tym wiejskie kumoszki, opowiadał kościelny - zakopana była złota kołyska. Chłopiec pytał swego ojca, złajdaczonego i biednego pastora: "Nie masz pieniędzy? To dlaczego nie wykopujemy tej złotej kołyski?" Ojciec opowiadał chłopcu klechdy, bajki i legendy. A jako stary humanista opowiadał mu także o walce Homerowych bohaterów, o Parysie i Helenie , o Achillesie i Hektorze, o Troi. Mówił o tym, jaka była potężna, jak potem spłonęła i legła w gruzach. Na Boże Narodzenie 1829 roku podarował chłopcu Ilustrowaną historię świata Jerrera. Była w tej książce rycina, na której Eneasz, prowadząc za rękę swego syna, a starego ojca dźwigając na plecach, uchodzi z płonącego zamku. Chłopiec patrzył na rycinę, patrzył na potężne mury i olbrzymią Bramę Skajską. ,,To tak wyglądała Troja?" - zapytał. Ojciec potwierdził skinieniem głowy. "I wszystko to jest zburzone, doprawdy całkiem zburzone? Nikt nie wie, gdzie leżała Troja?" "Tak jest" - odpowiedział ojciec. ,'Nie wierzę w to - rzekł na to mały Heinrich Schliemann - kiedy dorosnę, znajdę Troję i skarb króla!" Ojciec roześmiał się. Opowieść ta nie jest zmyślona. Nie jest nawet jednym z owych sentymentalnie zabarwionych wspomnień, jakim tak często u schyłku swych dni oddaje się człowiek, któremu się w życiu powiodło. To, co przedsięwziął sobie siedmioletni chłopiec, stało się rzeczywistością. W sześćdziesia tym drugim roku życia Schliemann, wówczas słynny już na cały świat ze swych wykopalisk, będąc przypadkowo w swych stronach rodzinnych znowu zamierzał zbadać grób okrutnego Henniga. w przedmowie do swej książki o Itace pisze. "Gdy w 1832 roku, mając dziesięć lat, wręczyłem memu ojcu jako prezent na gwiazdkę wypracowanie o głównych wydarzeniach wojny trojańskiej oraz przygodach Agamemnona i Odyseusza, nie przeczuwałem, że w trzydzieści sześć lat później przedłożę publiczności pracę na ten temat, dostąpiwszy przedtem szczęścia oglądania na własne oczy widowni tej wojny i ojczyzny bohaterów, których imiona dzięki Homerowi stały się nieśmiertelne." Mówi się, że pierwsze wrażenia, jakie odbiera dziecko, pozostają mu na całe życie. Ale u Schliemanna niedługo łączyły się one z opowiadaniami o czynach antycznych bohaterów. Jego lata szkolne urywają się w czternastym roku życia. Zaczyna wtedy jako terminator pracować w sklepie kolonialnym w małym miasteczku FUrstenberg. Przez pięć i pół roku sprzedaje tu śledzie, wódkę, mleko i sól, miele kartofle przeznaczone do destylacji, zamiata sklep. I tak dzień w dzień, od piątej rano do jedenastej wieczór. Rychło zapomniał, czego się nauczył i co zasłyszał od ojca. Aż pewnego dnia wszedł do sklepu pijany czeladnik młynarski, wgramolił się na ladę i jął grzmiącym głosem skandować wiersze, pełen pogardliwego patosu, jaki człowiek, który łyknął trochę wykształcenia, zwykł okazywać mniej od niego uczonym prostaczkom. Schliemann był oszołomiony. Nie rozumiał ani słowa. Ale gdy usłyszał, że są to wiersze z Iliady Homera, pozbierał uciułane grosze i fundował pijakowi po kieliszku wódki za każde powtórzenie. Niezwykłe są koleje życia Schliemanna. w 1841 roku pojechał do Hamburga i najął się jako chłopiec okrętowy na statek odpływający do w enezueli. Po czternastu dniach podróży statek zaskoczony przez groźny sztorm zatonął w pobliżu wyspy Texel. Schliemann, całkowicie obdarty, znalazł się w jakimś szpitalu. Dzięki rekomendacji przyjaciela rodziny dostaje się potem jako chłopiec na posyłki do pewnego biura w Amster- damie. J ego wyprawa na dalekie lądy i morza nie powiodła się. Ale za to teraz zaczyna zdobywać sukcesy na innym polu - na niwie nauki. Mieszkając w nędznej izdebce na poddaszu, w której nie ma nawet pieca, zaczyna się uczyć nowożytnych języków. Stosując niezwykłą metodę własnego pomysłu nauczył się w ciągu dwóch lat angielskiego, francuskiego, holenderskiego, hiszpańskiego, portugalskiego i włoskiego. "Po upływie jednego roku - pisze później - te wytężone, przechodzące zwykłą miarę studia językowe tak dalece wzmocniły mą pamięć, że nauczenie się języka holenderskiego, hiszpańskiego, włoskiego i portugalskiego wydało mi się już bardzo łatwe. Nie potrzeba mi było więcej niż sześciu tygodni, aby nauczyć się każdego z tych języków i władać nim biegle w słowie i piśmie." Zaawansowawszy na korespondenta i księgowego w pewnej firmie, utrzymującej stosunki handlowe z Rosją, zaczął w 1844 roku - miał wtedy 22 lata - uczyć się rosyjskiego. Ale w Amsterdamie nikt nie władał tym najtrudniejszym chyba z języków. Jakaś stara gramatyka, jakiś słownik i kiepskie tłumaczenie Telemacha - oto wszystko, co zdołał wyszukać jako pomoce naukowe. I z tym rozpoczął naukę. Mówił tak głośno, recytował wyuczonego na pamięć Telemacha tak grzmiącym głosem, obijającym się o gołe ściany izdebki, że lokatorzy wnosili skargi i dwa razy musiał się z tego powodu przeprowadzać. w końcu przyszła mu myśl, że dobrze byłoby mieć słuchacza. Zaangażował więc za cztery franki tygodniowo pewnego biednego Żyda, który siedząc na krześle wysłuchiwał recytacji Telemacha, choć ani słowa z tego nie rozumiał. Ale po sześciu tygodniach wytężonej pracy Schliemann swobodnie rozmawiał po rosyjsku z rosyjskimi kupcami, którzy przybyli do Amsterdamu na aukcję indyga. Takie same sukcesy jak w nauce zaczął osiągać w interesach. Zbyteczne dodawać, że miał przy tym szczęście. Trzeba natomiast dodać, że należał do tych nielicznych ludzi, umiejących przytrzymać szczęście, które co dnia przechodzi obok każdego człowieka. I oto syn ubogiego protestanckiego pastora, terminator sklepowy, rozbitek, chłopiec na posyłki, ale zarazem i znawca ośmiu języków zostaje zrazu handlowcem, a potem - w szybkim przebiegu zawrotnej kariery - wyposażonym w patent królewski kupcem, który wcale nie kryje się z tym, że drogę do pieniędzy uważa za drogę prowadzącą do powodzenia. w 1846 roku, mając dwadzieścia cztery lata, udaje się jako przedstawiciel swej firmy do Petersburga. w rok później zakłada tu własny dom handlowy. Wymagało to pracy , wymagało czasu. "Dopiero w 1854 roku - pisze o sobie Schliemann - mogłem się nauczyć języka szwedzkiego i polskiego!" Odbywał podróże. w 1850 roku widzimy go w Ameryce Północnej. w skutek przyłączenia Kalifornii do zmysł do interesÓw i przedstawia się nam jako selfmademan na miarę amerykańskich pionierów. Gdy wyzyskuje w celach swej polityki handlowej wojnę krymską 1853 roku albo bogaci się na amerykańskiej wojnie domowej, lub w rok później na imporcie herbaty, sam w pewnym liście pisze o swym "twardym sercu". Przy tym we wszystkich przedsięwzięciach towarzyszy mu nieprawdopodobne szczęście. W czasie wojny krymskiej musiał "przedyrygować" dwa ładunki okrętowe do Kłajpedy. W magazynach kłajpedzkich wybuchł nagle pożar. Wszystkie towary zostały zniszczone. Wszystkie - ale nie towary Henryka Schliemanna, które z braku miejsca zamagazynowano przypadkowo w jakimś stojącym na uboczu baraku. Mógł tedy później pisać, i niemało dumy przebija przez skromność użytych słów. "Niebiosa w cudowny sposób pobłogosławiły mym przedsięwzięciom handlowym, tak że przy końcu 1863 roku znalazłem się w posiadaniu majątku, o którym nawet w najambitniejszych snach nigdy nie śmiałem marzyć." A zaraz po tym zdaniu nastęPują słowa, które w swej naturalności wydają się jakąś ekstrawagancją, słowa będące rzeczowym stwierdzeniem faktu, który - dla wszystkich innych wręcz niepojęty - tylko dla Henryka Schliemanna był sam przez się zrozumiały. "Dlatego też - pisze z prostotą - wycofałem się z handlu, aby poświęcić się wyłącznie badaniom, które mnie najbardziej pociągają." w 1868 roku wyjechał przez Peloponez i Troadę na Itakę. Przedmowa do jego książki Itaka nosi datę 31 grudnia 1868 roku. Podtytuł książki brzmiał: Archaologische Forschungen von Heinrich Schliemann (Badania archeologiczne Henryka Schliemanna). Na jednej z fotografii z czasów petersburskich widzimy go ubranego w ciężkie futro. Podarował to zdjęcie żonie pewnego leśniczego, którą znał jeszcze jako małą dziewczynkę. Na odwrocie wypisana .jest harda dedykacja: "Fotografia Henry Schliemanna, niegdyś terminatora u pana HUckstaedta w Furstenbergu, obecnie petersburskiego kupca hurtowego pierwszej gildy, sędziego petersburskiego sądu handlowego i dyrektora Cesarskiego Banku Państwowego w Petersburgu." Czy nie brzmi to jak bajka, że człowiek, który osiągnął fantastyczne wprost powodzenie w interesach, pali za sobą wszystkie mosty, aby pójść drogą wyśnioną w marzeniach młodości? Że - i tu dochodzimy do nowego odcinka tego niezwykłego żywota - mając w głowie mało co więcej nad swego Homera, śmie się przeciwstawić całemu światu naukowemu, wszystkim wątpiącym w Homera rzucić w odpowiedzi swoje własne credo i wzgardzić piórem filologów, a by za pomocą łopaty wyjaśnić to, co sto książek dotąd zdołało tylko zawikłać? W czasach Schliemanna Homer uważany był za piewcę zaginionego, prehistorycznego świata. Powątpiewanie w samo istnienie osoby Homera szło w parze z niewiarą w autentyczność opowiadanych przez niego . wydarzeń. Uczeni owych czasów dalecy jeszcze byli od sformułowania swych następców, ktÓrzy nazwali Homera "pierwszym sprawozdawcą wojennym w dziejach świata". w artość historyczną epopei o walce pod grodem Priama stawiano na równi z wartością starych pieśni bohaterskich lub wręcz zaliczano do mitów. Alboż Iliada nie rozpoczyna się od tego, że "trafiający z daleka Apollon" zsyła śmiertelną chorobę na szeregi AchajÓw? Czyż Zeus we własnej osobie nie miesza się do walki podobnie jak "białoramienna Hera"? Czyż bogowie nie stają się tu ludźmi, czyż tak jak oni nie podlegają zranieniu, skoro nawet Afrodyta zostaje trafiona spiżowym grotem włóczni? Homer? Cóż znajdujemy u Homera? Mit, podanie, legendę. Wszystko to zdradza boską iskrę jednego z największych poetów, ale właśnie poetów. I jeszcze jedno. Grecja przedstawiona w Iliadzie musiała być krajem o wysokiej kulturze. Tymczasem Grecy, gdy po raz pierwszy występują w naszej datowanej historii, są prymitywnym małym ludem, nie wyróżniającym się ani wspaniałością pałacÓw, ani potęgą krÓlów, ani flotą liczącą tysiące okrętów. Istotnie, łatwiej było uwierzyć w poetyckie natchnienie Homera-człowieka aniżeli przypuścić, że po epoce rozwiniętej cywilizacji nastąpił powrÓt do wczesnego barbarzyństwa, a po nim znowu szczytowy okres helleńskiej kultury. Ale Schliemanna, marzyciela wędrującego po świecie Homera, tego rodzaju rozważania nie mogły odwieść od wiary. Czytał Homera jako czystą rzeczywistość. Jako czterdziestosześcioletni mężczyzna wierzył w tę rzeczywistość tak samo, jak wierzył w nią jako chłopiec, gdy oglądał rycinę, ktÓra przedstawiała uciekającego Eneasza. Gdy sprawdzał opis zdobnej w Gorgonę tarczy Agamemnona, gdy słyszał, że przypasana była rzemieniem mającym kształt trzygłowego węża, gdy czytał o rydwanach wojennych, broni, sprzęcie i naczyniach opisywanych we wszystkich szczegółach, nie wątpił, że jest to opis greckiej rzeczywistości. w szyscy ci bohaterowie, Achilles i Patrokles, Hektor i Eneasz, mieliby być zmyślonymi postaciami? Ich przyjaźń, nienawiść i miłość - tylko wytworem fantazji? Schliemann wierzył w prawdziwość ich istnienia. I wiedział, że tę wiarę podzielała cała starożytna Grecja, że podzielali ją wielcy historycy Herodot i Tucydydes, ktÓrzy zawsze uważali wojnę trojańską za wydarzenie prawdziwe, a wszystkich jej uczestników za postacie historyczne. Z tą wiarą czterdziestosześcioletni Henryk Schliemann, pan wielo- milionowej fortuny, wyjechał nie do współczesnej Grecji: wyjechał prosto do państwa Achajów. I czyż nie musiał poczuć się umocniony w swej wierze i przejęty entuzjazmem, gdy pierwszy spotkany przezeń mieszkaniec Itaki, miejscowy kowal, przedstawił mu swą żonę, która nazywała się Penelopa, i synów - Odyseusza i Telemacha? Opis sceny , która potem nastąpiła, brzmi może nieprawdopodobnie, a1e jest prawdziwy. Wieczorem ów bogaty i dziwny cudzoziemiec zasiadł na placu wiejskim i czytał potomkom tych, którzy nie żyli już od trzech tysięcy lat, dwudziestą trzecią pieśń Odysei. Czytał i nie mógł opanować wzruszenia - płakał. A wraz z nim płakali otaczający go mężczyźni i kobiety. To, co teraz nastąpiło, pozostaje mimo wszystko rzeczą zdumiewającą. Bo gdzież i kiedy zdarzyło się w dziejach świata, żeby sam entuzjazm przywiódł kogo do powodzenia? Przypowieść o szczęściu, które nie opuszcza jedynie ludzi dzielnych, nie bardzo daje się tu zastosować. Jest bowiem rzeczą bardzo wątpliwą, czy Schliemann, przynajmniej w pierwszych latach swych prac wykopaliskowych, był - w rozumieniu naukowej archeologii - człowiekiem "dzielnym", to znaczy człowiekiem , ,wiedzącym". A przecież szczęście sprzyjało mu jak nikomu innemu. Jako miejsce, gdzie mogła leżeć Troja - o ile w ogóle kiedykolwiek istniała - większość współczesnych uczonych wskazywała małą wioskę Bunarbaszi, która odznaczała się jedynie tym, że na każdym z jej domów znajdowało się (i tak jest do dziś dnia) około dwunastu gniazd bocianich. W Bunarbaszi były dwa źródła. One to co śmielszych archeologów przywiodły do twierdzenia, że tu ewentualnie leżeć mogła dawna Troja. Już pagórek, już wiatrem kołysane figi, Już wreszcie omijają wdzięczne okolice, Gdzie tryskają Skamandru dwoiste krynice...1 Tak mówi Homer w dwudziestej drugiej pieśni Iliady. Schliemann najął sobie za czterdzieści pięć piastrów przewodnika, siadł na oklep na konia i zobaczył po raz pierwszy krainę swych snów chłopięcych. "Przyznaję - pisze o sobie - że z ledwością mogłem opanować wzruszenie, gdy ujrzałem ogromną równinę trojańską, której obraz majaczył przede mną w marzeniach najwcześniejszego dzieciństwa." A1e już to pierwsze wejrzenie powiedziało mu, że Troja nie mogła leżeć w tym miejscu, odległym o trzy godziny drogi od wybrzeża, skoro bohaterowie Homera 0O kilka razy dziennie przebiegali od swych okrętów 1 Przekład Fr. Ks. Dmochowskiego. pod zamek i z powrotem. A na tym małym pagórku miał stać zamek Priama, ze swymi sześćdziesięcioma dwiema salami, cyklopowymi murami i drogą pod bramą, przez którą przemyślny bohater wprowadził do miasta drewnianego konia ? Schliemann obejrzał źródła i pokiwał głową. Na przestrzeni pięciuset metrów znalazł nie dwa źródła, o jakich mówi Homer, lecz trzydzieści cztery. W dodatku przewodnik twierdził, że musiał się przeliczyć, bo jest ich tu czterdzieści i dlatego miejscowość nazywa się "Kirk Gios" , co w tłumaczeniu znaczy "Czterdzieścioro oczu". I czyż Homer nie mówił o jednym ciepłym i jednym zimnym źródle? Schliemann, który Homera brał dosłownie, tak jak wcześni teolodzy brali Biblię, wyciągnął kieszonkowy termometr i zmierzył temperaturę każdego z owych trzydziestu czterech źródeł. Temperatura była wszędzie jednakowa i wynosiła siedemnaście i pół stopnia. Ale Schliemann nie poprzestał i na tym. Otworzył Iliadę i przeczytał raz jeszcze wiersze o straszliwej walce Achillesa z Hektorem. O tym, jak to Hektor uciekał przed "śmiałym biegaczem", jak obydwaj "miasto potrójnym okrążyli skokiem", a "bogowie ciągle bacznym szli za nimi okiem". Schliemann przebył opisaną w Iliadzie drogę. Znalazł zbocze tak strome, że musiał zeń złazić na czworakach. To utwierdziło go w przekonaniu, że Homer, którego opisy terenu Schliemann traktował tak, jakby chodziło o najściślejszą topografię wojskową, nie mógł pomyśleć o tym, żeby jego bohaterowie mogli po tak stromym zboczu trzykrotnie biegiem okrążyć miasto. z zegarkiem w jednym i Homerem w drugim ręku odmierzył teraz drogę między pagórkiem, który kryć miał w sobie Troję, a przylądkiem, gdzie stać miały okręty Achajów. Śledził przebieg pierwszego dnia walk bitwy trojańskiej, tak jak opiewa ją Iliada od drugiej do siódmej pieśni, i obliczył, że gdyby Troja leżała tu, w Bunarbaszi, Achajowie musieliby w ciągu dziewięciu godzin walk przebiec nie mniej niż 84 kilometry! . Uzasadnienie swych wątpliwości co do tego, czy tu mogła leżeć Troja, znalazł Schliemann w kompletnym braku jakichkolwiek śladów ruin. Mało tego, nie natknął się nawet na gliniane skorupy, które na ogół znajduje się tak często, że kogoś skłoniło to nawet do powiedzenia, iż "sądząc po znaleziskach archeologów, dawne ludy nie trudniły się niczym innym, jak tylko wytwarzaniem waz, przy czym na krótko przed swym upadkiem zawsze przejawiały tak niegodziwy charakter, że roztrzaskiwały je na drobne kawałki, pozostawiając najpiękniejsze okazy jako łamigłówki". "Mykeny i Tiryns - pisał Schliemann w 1868 roku - zostały zburzone 2335 lat temu, a jednak ich ruiny są dziś w takim stanie, że mogą chyba przetrwać jeszcze z 10 000 lat." Troja została zburzona zaledwie o 722 lata wcześniej; cyklopowe mury nie znikają bez śladu, tu zaś nie było najmniejszego śladu po nich. Ale za to takich śladów nie brak było gdzie indziej. Między ruinami N owego Ilionu, obecnej wioski Hissarlik, co oznacza tyle co "pałac", o dwie i pół godziny drogi na północ od Bunarbaszi, a tylko o jedną godzinę drogi od brzegu, widać je było już przy pierwszym pobieżnym spojrzeniu. Schliemann dwukrotnie badał szczyt pewnego wzgórza, tworzącego czworokątny, równinny płaskowyż, o bokach długich na 233 metry. Teraz był już przekonany, że odnalazł Troję. Począł zbierać dowody. Stwierdził przy tym, że nie jest w swym poglądzie całkowicie odosobniony. Niewielu jednak było takich, którzy go podzielali. Należał do nich na przykład Frank Calvert, amerykański wicekonsul, Anglik z urodzenia. Część wzgórza Hissarlik była jego własnością. Posiadał tam willę i przedsięwziął kilka wykopalisk, które przywiodły go do tej samej teorii co Schliemanna. Calvert nie wyciągnął jednak z tego żadnych konsekwencji. Również uczony szkocki C. MacLaren i Niemiec Eckenbrecher podzielali to zdanie, lecz głosy ich przebrzmiały bez echa. Ale jak tutaj przedstawiała się sprawa z wymienionymi przez Homera źródłami, ową główną podstawą teorii doszukującej się Troi w miejscu obecnego Bunarbaszi? Schliemann tylko na krótko zachwiany był w swym przekonaniu, gdy zastał tu sytuację wręcz odwrotną niż w Bunarbaszi, tzn. gdy nie znalazł w ogóle ż a d n e g o źródła, podczas gdy tam znalazł ich trzydzieści cztery. Wątpliwości Schliemanna rozproszyła uwaga Calverta, który zaobserwował, iż w ciągu krótkiego czasu w tym wulkanicznym terenie kilka gorących źródeł nagle zniknęło i potem znowu wytrysło. Toteż Schliemann to, co uczonym dotychczas wydawało się tak ważne, zbył tylko mimochodem wtrąconą uwagą. To, co w Bunarbaszi służyło mu za kontrargument, tutaj posłużyło za dowód. Walka między Hektorem a ścigającym go Achillesem nie miała już w sobie nic nieprawdopodobnego, jeżeli rozegrała się tutaj, gdzie wzgórze opadało łagodnym i szerokim stokiem. Hektor i Achilles obiegając trzykrotnie miasto musieli przebyć 15 kilometrów. Schliemann, opierając się na własnym doświadczeniu, uważał, że nie jest to za wiele dla wojowników, których ożywiała gorączka walki i nienawiść. I znowu zdanie starożytnych pisarzy miało dla niego większe, bardziej decydujące znaczenie aniżeli opinia współczesnych mu uczonych. Czyż Herodot nie opowiada, że Kserkses przybył do N owego Ilionu, obejrzał resztki "Pergamosu Priama" i złożył Ilijskiej Minerwie tysiąc wołów w ofierze? A czyż według Ksenofonta wódz wojsk spartańskich, Mindaros, nie uczynił tego samego? A Arrianos? Czyż nie opowiada, że Aleksander Wielki, nie poprzestając na złożeniu takiej samej ofiary, zabrał z Troi broń, którą kazał swej straży przybocznej nieść przed sobą w czasie bitwy jako talizman szczęścia ? I czyż Cezar nie zrobił wiele dla Nowego Ilionu, raz dlatego, że był wielbicielem Aleksandra, a po wtóre, że mniemał, iż posiada wyraźne dowody swego pokrewieństwa z trojańczykami? Czyż wszyscy oni mieliby paść ofiarą jakiejś ułudy? Czy wprowadziły ich w błąd nieprawdziwe relacje? Lecz w końcu rozdziału Schliemann, przytoczywszy nagromadzone przez siebie dowody, odrywa się od wszelkiej uczoności. Patrzy oczarowany na roztaczający się przed nim krajobraz i spod pióra wymykają mu się słowa, jakimi chyba odezwałby się będąc jeszcze chłopcem: "...chcę więc jeszcze napomknąć, że skoro tylko staje się na równinie trojańskiej, odczuwa się zdumienie na widok pięknego wzgÓrza Hissarliku, które jak gdyby sama natura przeznaczyła do tego, by kryło ono w swym łonie wielkie miasto i warownię. w istocie pozycja ta, gdyby była dobrze umocniona, panowałaby nad całą równiną trojańską; w całej okolicy nie ma drugiego miejsca, które dałoby się z nią porównać." "Z Hissarliku - pisze dalej - widać także górę Idę, z której szczytu Jowisz ogarniał spojrzeniem miasto Troję!" Schliemann zabrał się jak szalony do pracy . Cała energia, która z chłopca sklepowego uczyniła milionera, znajdowała sobie teraz ujście w urzeczywistnieniu dawnych młodzieńczych marzeń. Nie oglądając się na nic, angażował w to dzieło wszystkie swe środki materialne i własne siły. W 1869 roku Schliemann ożenił się z Greczynką, Zofią Engastromenos. Była tak piękna jak wymarzony przez niego obraz Heleny. Zofia niebawem sama zapomniała o świecie, oddając się bez reszty wielkiemu zadaniu znalezienia Homerowej Troi. Dzieliła z mężem wszystkie trudy, udręki i przeciwności. Schliemann rozpoczął prace wykopaliskowe w 1870 roku. W 1871 roku kopał przez dwa miesiące, w ciągu następnych dwu lat po cztery i pół miesiąca. Miał do dyspozycji około stu robotników. Był niestrudzony, nic nie było w stanie powstrzymać go od pracy: ani złośliwa i niebezpieczna febra, przenoszona z bagien przez komary, ani brak dobrej wody, ani krnąbrność robotników, ani opieszałOŚć władz, ani wreszcie brak zrozumienia ze strony uczonych całego świata, którzy nazywali go głupcem, a niekiedy obdarzali i gorszymi jeszcze epitetami. Na wysokości miasta stała niegdyś świątynia Ateny. Posejdon i Apollo zbudowali mury Pergamosu. Tak pisze Homer. A skoro tak pisze, to świątynia znajdować się musi w samym środku wzgórza, a dokoła niej mury wzniesione przez bogów. Schliemann zaczął kopać. Gdy napotykano mury, które zdawały się nie mieć większego znaczenia, usuwano, po prostu burzono przeszkodę. w toku prowadzenia prac wykopaliskowych Schliemann znalazł broń i sprzęty domowe, klejnoty i wazy, nieodparty dowód, że stało tu niegdyś bogate miasto. Ale znalazł jeszcze coś innego. I wtedy nazwisko Henryka Schliemanna po raz pierwszy obiegło świat: pod ruinami N owego Ilionu znalazł inne ruiny, a pod tymi - jeszcze inne. Całe wzgórze było podobne do ogromnej cebuli, z której, niby łupinę po łupinie, trzeba było zdzierać jedną warstwę po drugiej. Wszystko wskazywało na to, że poszczególne warstwy były zamieszkałe w różnych czasach. Ludy żyły tutaj i znikały, miasta powstawały i upadały. Szalał ogień i miecz, jedna cywilizacja następowała po drugiej, za każdym razem nowe miasto żywych powstawało na ruinach miasta umarłych. Każdy dzień przynosił nową niespodziankę. Schliemann podjął swą wyprawę, aby znaleźć Homerową Troję, ale z biegiem lat wraz ze swymi współpracownikami znalazł ni mniej, ni więcej tylko siedem pogrzebanych w ziemi miast, a potem jeszcze dwa inne! . Dziewięć miast dziewięć spojrzeń w świat prehistoryczny, o którym nikt nic nie wiedział, którego istnienia nawet nikt się nie domyślał. Ale które z tych dziewięciu miast jest Troją Homera, Troją bohaterów, widownią heroicznych walk? Było jasne, że warstwa najniższa to warstwa prehistoryczna, najstarsza, tak stara, że jej mieszkańcy nie znali jeszcze użycia metalu, i było tak samo jasne, że pierwsza warstwa od góry musiała być warstwą najmłodszą, kryjącą w sobie ruiny Nowego Ilionu, gdzie Kserkses i Aleksander składali bogom ofiary. Schliemann kopał i szukał. w drugiej i trzeciej warstwie od dołu znalazł ślady pożaru, znalazł szczątki olbrzymich wałów, resztki olbrzymiego muru. Był od razu pewny: te mury otaczały zamek Priama, a ta brama była Bramą Skajską. Natrafił na skarby - skarby z naukowego punktu widzenia. To, co odesłał do domu i przekazał do oceny fachowców, składało się na obraz odległej epoki, na zamknięty w sobie obraz, w którym rozpoznać było można każdy szczegół. W całości swej był to portret żyjącego tu niegdyś narodu. Był to triumf Henryka Schliemanna, ale zarazem i triumf Homera. Bo oto zostało udowodnione, że to, co uchodziło za podanie i mit, co przypisywano wyłącznie wyobraźni poety, faktycznie niegdyś istniało. Fala entuzjazmu przeszła przez cały świat. Schliemann, który ze swymi robotnikami usunął ponad 250 000 metrów sześciennych ziemi, uznał, że należy mu się krótki odpoczynek. Zaczynał już kierować wzrok ku innym zadaniom. Ustalił, że dzień 15 czerwca 1873 roku będzie - przy- najmniej na razie - ostatnim dniem prac wykopaliskowych. I oto w wilię tego ostatniego dnia, w którym po raz ostatni miał zapuścić w ziemię swój rydel, znalazł to, co miało uwieńczyć jego dzieło, oblać je blaskiem złota i wprawić w zachwyt cały świat. Zdarzenie to miało dramatyczny przebieg. Historię tego odkrycia czyta się jeszcze dzisiaj z zapartym tchem. Był wczesny ranek upalnego dnia. Schliemann wraz z żoną nadzorował jak zwykle prace wykopaliskowe. Nie liczył już na to, że wydobędzie jeszcze coś istotnego, ale był uważny jak zawsze. Na głębokości dwudziestu ośmiu stóp robotnicy dotarli do muru, który zdaniem Schliemanna opasywał niegdyś zamek Priama. Nagle wzrok jego spoczął na czymś, co od razu tak rozkołysało jego wyobraźnię, że zaczął działać jak gdyby pod jakimś nieodpartym przymusem. I kto wie, co uczyniliby jego skłonni do rozboju robotnicy, gdyby i oni zobaczy li to, co zobaczył Schliemann. Chwycił żonę za rękę. - Złoto - szepnął. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Prędko - z trudem wyszeptał te słowa - odeślij robotników do domu, ale zaraz ! - Ależ... - zaczęła piękna Greczynka. - Żadnego ale, opowiedz im, co chcesz, powiedz, że mam dzisiaj urodziny, że dopiero w tej chwili przypomniałem to sobie, i że wszyscy mają dziś wolny dzień. Tylko prędko, prędko! Robotnicy oddalili się. - Przynieś swój czerwony szal - zawołał Schliemann i skoczył do wykopu. Jak szalony zaczął pracować nożem. Olbrzymie zwały kamieni, gruz tysiącleci, coraz groźniej zwisały nad jego głową. Nie zwracał uwagi na niebezpieczeństwo. "W największym pośpiechu - pisze - wyciąłem skarb wielkim nożem. Było to możliwe tylko przy najwyższym natężeniu sił i groziło śmiertelnym niebezpieczeństwem, gdyż wielki mur forteczny, który musiałem podkopać, mógł każdej chwili zwalić się na mnie. Ale widok tylu przedmiotów, z których każdy z osobna miał nieocenioną wprost wartość, dodawał mi szaleńczej odwagi, nie myślałem o niebezpieczeństwie." Kość słoniowa połyskiwała matowym blaskiem, złoto brzęczało. Żona Schliemanna przyniosła szal. Zapełnił się skarbami, których wartość zdawała się nie do ocenienia. Skarb Priama! Skarb jednego z najpotężniejszych królów zamierzchłej przeszłości, skarb zbroczony krwią i łzami klejnoty ludzi podobnych do bogów! Wszystko to zagrzebane od trzech tysięcy lat i wydobyte na światło dzienne nowej epoki spod gruzów siedmiu zaginionych państw. Schliemann ani na chwilę nie wątpił, że znalazł właśnie skarb Priama. Dopiero krótko przed jego śmiercią udowodniono, że oszołomiony zachwytem z powodu swego odkrycia dał się wpro- wadzić w błąd. Troja nie leżała ani w drugiej, ani w trzeciej, lecz dopiero w szóstej warstwie od dołu. Skarb odkopany przez Schliemanna był skarbem jakiegoś króla, który żył na tysiąc lat przed Priamem. Małżonkowie przenieśli skarb do swej drewnianej chaty. Przenieśli go po kryjomu, w pośpiechu, jak złodzieje. Znalezione klejnoty leżały teraz na surowym blacie stołu. Były tu diademy i brosze, sprzączki, łańcuchy, tace, guziki, druty, węże i złote nici. , ,Widocznie ktoś z rodziny Priama - pisze Schliemann - w najwyższym pośpiechu zapakował skarb do skrzyni i zabrał ją ze sobą nie zdążywszy wyciągnąć klucza. Zaskoczony jednak na murze czy to prZez wroga, czy przez pożar, musiał pozostawić skrzynię, którą od razu na wysokość pie ciu lub sześciu cali zasypał czerwony popiół i kamienie stojącego opodal domu królewskiego." I oto Schliemann, fantasta i marzyciel, bierze parę kolczyków, bierze naszyjnik i ubiera w nie swą młodą małżonkę. Klejnoty sprzed trzech tysięcy lat na dwudziestoletniej Greczynce XIX wieku. Patrzy na nią i szepce: "Helena!..." Ale gdzie podziać skarb? Schliemann nie może milczeć. Wieść o znalezisku przedostaje się do wiadomości publicznej. Wśród mnóstwa przygód, z pomocą krewnych swej żony przewozi skarb do Aten, a stąd dalej na wieś. Gdy na żądanie posła tureckiego dom Schliemanna zostaje obłożony sekwestrem, urzędnicy już nie znajdują w nim ani śladu złota. Czy jest złodziejem? Ustawodawstwo tureckie w sprawie ochrony zabytków było wieloznaczne. Panowała samowola. Czy można się dziwić, że człowiek, który dla marzenia 1at dziecinnych zmienił całe swe życie, teraz oszołomiony sukcesem pragnął uratować skarb dla siebie, a przez to i d1a europejskiej nauki? Czyż siedemdziesiąt lat przedtem Thomas Bruce, hrabia Elginu i Kincardine, nie postąpił zupełnie tak samo z innym skarbem? Ateny należały wtedy jeszcze do Turcji. Lord Elgin posiadał firman sułtana tureckiego zawierający polecenie, aby "nikt nie stawiał mu przeszkód w zabraniu z Akropolu kilku bloków kamiennych z wyrytymi na nich inskrypcjami lub postaciami". Zdaniu temu Elgin nadał bardzo szeroką interpretację: wysłał do Londynu dwieście skrzyń wypełnionych klejnotami z Partenonu. Spór o prawo własności do tych cudownych dzieł sztuki greckiej toczył się przez lata. Zdobycie ich kosztowało lorda Elgina 74 240 funtów szterlingów. Gdy w 1816 roku na mocy uchwały parlamentu angielskiego odkupiono od niego te kolekcję, nie zapłacono mu nawet połowy tej sumy: 35 000 funtów. Schliemann wydobywszy "skarb Priama" czuł się u szczytu swego życia. Czy mógł się spodziewać jeszcze większych sukcesów? Rozdział piąty MASKA AGAMEMNONA Są ludze, nych których życie jest nagromadzeniem tylu nieprawdopodobnych sukcesów , że późniejszy biograf musi czuwać nad swym piórem, aby nie popaść w literacką egzaltację i już na samym początku nie wyczerpać wszystkich superlatywów, które później okażą mu się tym potrzebniejsze. Ale są i takie żywoty ludzkie, które od początku do końca przebiegają niejako w superlatywach. Takie właśnie były koleje życia Henryka Schliemanna. J ego niezwykłe, charakter staje się coraz bardziej zdumiewający, a wielkie odkrycia archeologiczne osiągają trzy punkty szcze, towe. Pierwszym było odnalezienie "skarbu Priama". Drugim stać się miało odkopanie grobów królewskich w Mykenach. Jednym z najbardziej ponurych, a zarazem najbardziej podniosłych rozdziałów greckiej historii, w którym ukazują się nam l u d z i e starożytnej Grecji, ludzie pełni niskich namiętności, jest historia Pelopidów w Mykenach, historia powrotu i śmierci Agamemnona. Dziesięć lat stał Agamemnon pod Troją. Egist umiał wykorzystać ten czas: "Kiedy my staliśmy pod Troją i walczyli, on w głębi Argos koniorodnego spokojnie sobie uwodził Agamemnonową żonę." 1 Egist wystawił wartownika, który miał go uprzedzić o powrocie męża. Trzymał w pogotowiu dwudziestu ludzi. Po powrocie Agamemnona zaprosił go na ucztę, lecz " w lot obmyślił podstęp... i zabił podczas wieczerzy , jakby kto zabił wołu nad żłobem. I nie został ani jeden z towarzyszy Atrydy, którzy z nim przyszli."2 Minęło osiem lat, zanim pojawił się Orestes, syn i mściciel. Zabił swą matkę Klitemnestrę i Egista, mordercę swego ojca. Tragicy podchwycili ten temat. Najznakomitsza sztuka Ajschylosa jest na nim osnuta. Jeszcze za naszych dni Jean-Paul Sartre napisał dramat o Orestesie. Pamięć o Agamemnonie, "królu mężÓw", jednym z najpotężniejsze, ch i najbogatszych władcÓw, którzy panowali nad Peloponezem, nigdy nie wygasła. 1,2 Przekład Jana Parandowskiego. 3. Przekrój i plan "skarbca Atreusza". Istniały jednak nie tylko krwawe, istniały i złote Mykeny. Już Troja, jak opowiada Homer, była bogata. Ale Mykeny były jeszcze bogatsze. W jego opisach tego miasta COraz to powtarza się przymiotnik "złote". Schliemann, urzeczony skarbem Priama, szukał nowego skarbu. I - rzecz nie do wiary - znalazł go. Mykeny leżą "W najdalszym zakątku koniorodnego Argosu", w pół drogi między Argos a Przesmykiem Korynckim. Patrząc od zachodu na dawny zamek królewski widzi się pola zasłane ruinami, szczątki potężnych murów, za którymi zrazu łagodnymi, a potem stromymi stokami wznosi się góra Eubea z kaplicą proroka Eliasza. Około 170 roku n.e. Pauzaniasz podróżował po tych stronach i opisał, co widział. A widział wtedy jeszcze więcej niż to, co teraz ukazało się oczom Schliemanna. Zadanie, przed którym stał tutaj Schliemann, tym różniło się od zadania, jakie miał pod Troją, że miejsce, w którym leżały dawne Mykeny, było bezspornie ustalone. Prawda, że mury pokrył pył tysiącleci, a tam, gdzie niegdyś panowali królowie, teraz pasły się owce. Ale ruiny istniały i świadczyły o wielkości i dawnej świetności tego miasta. "Lwia Brama", główne wejście do pałacu, stała odsłonięta, ukazując się oczom zdumionych wędrowców. Odsłonięte były również tak zwane "skarbce" - niegdyś uważano je za piece piekarnicze - w tym najsłynniejszy skarbiec Atreusza, pierwszego Pelopidy, ojca Agamemnona. Ponad trzynaście metrów wysoka podziemna komora miała kształt kopuły, której niepodparte sklepienie z nie ciosanych cyklopowych kamieni rozpinało się w najśmielsze łuki. Schliemann wczytywał się w dzieła kilku antycznych pisarzy, którzy opisywali to miejsce jako miejsce grobów Agamemnona i jego zamordowanych przyjaciół. Położenie zamku nie nastręczało żadnych wątpliwości, a1e 00 do tego, gdzie leżały groby, wątpliwości było wiele. I jeżeli Schliemann odnalazł Troję, przeciwstawiając się zdaniu wszystkich uCZonych i kierując się jedynie Homerem, to tym razem znowu kierował się pewnym miejscem opisu Pauzaniasza. Twierdził, że wszyscy uczeni źle je przetłumaczyli i źle zrozumieli. Dotychczas uważano - a było to zdanie dwóch największych autorytetów archeologii: Anglika Dodwella i Niemca Curtiusa - że według Pauzaniasza groby leżały po zewnętrznej stronie muru zamkowego. Schliemann był innego zdania. Twierdził, że muszą one leżeć po stronie wewnętrznej. Już w swej książce o Itace bronił tego poglądu, który i tym razem opierał się więcej na ortodoksyjnej wierze w pisma starożytnych pisarzy niż na naukowej analizie. Ale to w końcu nie ma znaczenia. Grunt, że Schliemann kopał i że wyniki prac wykopaliskowych potwierdziły słuszność jego tezy. "Rozpocząłem to wielkie dzieło - pisze - 7 sierpnia 1876 roku z sześćdziesięcioma trzema robotnikami..." Dalej zaś pisze: "Od 19 sierpnia prowadziłem wykopaliska, przeciętnie ze 125 robotnikami i czterema wozami do zwożenia gruzu, osiągając pomyślne wyniki." Istotnie, na początku znajdował tylko ogromne ilości waz, coraz to nowe wazy i jeszcze raz wazy, potem zaś odkrył bardzo dziwny okrągły plac, okolony pod wójnym rzędem pionowo ustawionych kamieni. Schliemann bez chwili wahania uznał, że jest to mykeńska okrągła agora, że dziwny krąg kamielni to ławy, na których zasiadati dostojnicy d worscy przybywając na zgromadzenie ludowe, na radę lub sąd, i że właśnie na tym placu stał herold, który w Elektrze Eurypidesa zwołuje lud na agorę. Potwierdzenie swego przypuszczenia znalazł Schliemann u swoich "uczonych przyjaciół" - starożytnych pisarzy. A gdy u Pauzaniasza, opisującego inną agorę, natrafił na zdanie: "Tutaj zbudowali plac dla zgromadzenia rady, aby grób bohaterów mieścił się w jego obrębie", wówczas z tą samą somnambuliczną pewnością, która poprzez sześć warstw wzgórza Hissarlik przywiodła go do skarbu Priama, wiedział, że stoi na gro bie Agamemnona. Następnym odkryciem było dziewięć grobów - pięć grobów szybowych w e w n ą t r z murów zamkowych i cztery, o sto lat młodsze, groby kopulaste n a z e w n ą t r z murów. dziś znamy ich ogółem pietnaście. W czterech grobach dobrze zachowały się płaskorzeźby. Po tym odkryciu zniknęły dla Schliemanna ostatnie wątpliwości, zniknęła ostrożność naukowca. "W rzeczy samej - pisze - ani na chwilę nie waham się oznajmić, że znalazłem tutaj groby, które Pauzaniasz, idąc za tradycją, uważa za groby «króla mężów» Agamemnona, woźnicy jego rydwanu wojennego Eurymedona, Kasandry i ich towarzyszy." Tymczasem prace koło skarbca w pobliżu Lwiej Bramy tylko powoli posuwały się naprzód. Twardy jak kamień gruz utrudniał kopanie. Ale i tutaj Schliemann pisze z tą samą pewnością lunatyka: 'JJestem przekonany, że tradycja, według której te tajemnicze budowle służyły jako skarbce do przechowywania skarbów prastarych królów, najzupełniej odpowiada prawdzie." Już pierwsze znaleziska w gruzach, które musiał usuwać, aby uzyskać dostęp do wejścia, przewyższały pod względem subtelności formy, piękności wykonania i jakości materiału wszystko, co znalazł w Troi. Fragmenty fryzów, malowane wazy , terakotowe posążki Hery, kamienie formierskie do odlewania klejnotów (Schliemann, poszukiwacz skarbów, od razu dodaje, że "prawdopodobnie wszystkie były ze złota i srebra"), ornamenty z emaliowanej gliny, perły ze szkła, gemmy . O rozmiarach robót ziemnych przeprowadzonych przez Schliemanna i jego robotników świadczy następująca uwaga uczonego: "W wyniku dotychczasowych postępów moich prac wykopaliskowych nie znajduję nigdzie nagromadzenia gruzów sięgającego głębiej niż na dwadzieścia sześć stóp, a i tę głębokość osiągam jedynie koło wielkiego muru, okalającego miasto. Od tego miejsca szybko podnosi się skalisty grunt i dalej głębokość gruzu nie przekracza 13-20 stóp." Ale praca się opłaciła. Pod datą 6 grudnia 1876 roku Schliemann notuje odkrycie pierwszego grobu. Poszukiwania musiał prowadzić z najwięlkszą oględnością. Przez dwadzieścia pięć dni Zofia, jego niestrudzona pomocnica, posuwała się na kolanach, skrobała scyzorykiem, grzebała rękami. Potem znaleźli w sumie pie ć grobów, a w tych grobach - szkielety piętnastu trupów. Schliemann wysyła wówczas do króla Grecji telegram: "Z najwie kszą radością donoszę W aszej Królewskiej Mości, że odkryłem gro by, które tradycja określa jako groby Agamemnona, Kasandry, Eurymedona i ich towarzyszy, zamordowanych podczas uczty przez Klitemnestrę i jej kochanka Egista." Można sobie wyobrazić, jak wstrząśnięty był Schliemann, gdy odkopywał jeden po drugim szkielety ludzi, których świat zaliczał do legendy, tak jak zaliczał do legendy bohaterów walczących pod Troją. Jak był wstrząśnięty, kiedy spoglądał na twarze zżarte przez czas, ale przecież jeszcze rozpoznawalne, o pustych oczodołach, bez nosów, z ustami wykrzywionymi w straszliwym grymasie, jalk gdyby pod wrażeniem zbrodni widzianej w ostatniej chwili życia. Kości, do których miejscami przylegało jeszcze ciało, na których brzęczały bransolety i biżuteria, kości ludzi, którzy żyli przeszło dwa tysiące lat temu - żyli opanowani namiętnościami i niena wiścią. Schliemann nie wątpił o słuszności swej interpretacji. Trzeba przyznać, że istotnie wiele okoliczności zdawało się potwierdzać jego zdanie. ministra: "Tytułem odwzajemnienia za wiele setek milionów, które przysporzyłem Grecji, proszę o wyświadczenie mi grzeczności i przebaczenie memu przyjacielowi policjantowi Leonardosowi w Nauplion oraz o pozostawienie go na zajmowanym stanowisku. Będę to uważał za osobiście wyświadczoną mi przysługę. Schliemann." Gdy nie otrzymuje natychmiast odpowiedzi, wysyła drugi telegram: "Przysięgam policjant Leonardos uczciwy i dzielny. Wszystko oszczerstwo. Ręczę otrzymał tylko 40 franków. Żądam sprawiedliwości." Posuwa się jeszcze dalej, robi rzecz wprost niewiarygodną. Wysyła do cesarza Brazylii, który tymczasem wy lądował w Kairze, następujący telegram: "Opuszczając Nauplion Wasza Cesarska Mość dał komendantowi policji Leonidasowi Leonardos 40 franków do podziału między policjantów. Burmistrz, aby oczernić tego poczciwego człowieka, twierdzi, że otrzymał on od Waszej Cesarskiej Mości 1000 franków. Leonardos został zwolniony ze stanowiska i tylko z wielkim trudem udało mi się go uratować od więzienia. Ponieważ znam go od lat jako najuczciwszego człowieka pod słońcem, proszę Waszą Cesarską Mość w imię świętej prawdy i człowieczeństwa o telegraficzną wiadomość, ile Leonardos otrzymał: czterdzieści franków czy więcej?" I Schliemann, badacz i archeolog, " w imię sprawiedliwości" zmusza cesarza Brazylii do publicznego przyznania się do swego brudnego skąpstwa. Leonardos jest uratowany. Tak postępował Schliemann. Był marzycielem, gdy kierował swój wzrok ku zaginionym światom, chłodno rozumującym detektywem, gdy poszukiwał skarbów, i istnym Michaelem Kohlhaasem 1, gdy walczył ,0 słuszną sprawę. Skarby były olbrzymie. Dopiero znacznie później, już w naszym XX wieku, przewyższyły je znaleziska Carnarvona i Cartera w Egipcie. "Wszystkie muzea świata razem wzięte - pisał Schliemann - nie posiadają nawet piątej części tego, co tu znalazłem." W pierwszym grobie znalazł na każdym z trzech szkieletów po pięć szczerozłotych diademów, liście wawrzynowe i krzyże ze złota. W innym grobie - leżały tu trzy kobiety - zebrał nie mniej niż 701 cienkich liści ze złota ze wspaniałymi ornamen tami, zwierzętami i kwiatami, motylami i mątwami; złote klejnoty, ozdobione wizerunkami l wów i innych zwierząt, wojowników toczących morderczą walkę; klejnoty w postaci lwów i gryfów, leżących jeleni oraz w postaci kobiet z gołębiami. Jeden ze szkieletów miał na głowie korone ze złota; na jej przepasce osadzonych było 36 złotych liści, ustawionych pionowo dokoła głowy, która 1 Bohater noweli H. Kleista pod tym samym tytułem. Michael Kohlhaas na skutek nadmiernie wybujałego poczucia sprawiedliwości zmienia się w rozbójnika i mordercę i ginie w końcu na szubienicy. 62 4. Złote naczynia z Myken. była teraz bliska rozsypania się w proch, podobnie jak inna głowa, ozdobiona kunsztownie wykonanym diademem z przylepionymi jeszcze do niego częściami czaszki. Prócz tego znalazł pięć złotych diademów zaopatrzonych w złoty drut, ktÓrym były przymocowane do głowy . Znalazł niezliczoną ilość złotych krzyży i rozet, broszki i spinki do upinania włosów. Kryształy górskie, agatowe zasuwki i soczewkowate gemmy z sardoniksu i ametystu. Znalazł berła z pozłacanego srebra, z rękojeściami z kryształu górskiego, złote puchary i szkatułe, , klejnoty rzeźbione w alabastrze. Znalazł - co najważniejsze - owe złote maski i napierśniki, którymi, zgodnie z tradycją, próbowano chronić królewskie zwłoki przed wszelkimi wpływami z zewnątrz. Znowu na kolanach i w asyście swojej żony zdrapał warstwę gliny z pięciu trupów czwartego grobu. Głowy tych trupów widoczne były tylko przez kilka godzin, potem rozsypały się w proch. A1e złote maski, roztaczające migotliwy blask, zachowały ich kształt. Kształt tych głÓw i rysy twarzy były na wskroś indywidualne "i tak całkowicie różniły się od idealnych typów bogÓw i bohaterów, że nie ulega wątpliwości, iż każda z nich przedstawiała wizerunek nieboszczyka". Znalazł sygnety wykonane najmisterniejszą techniką intaglio, bransolety, przepaski na czoło, paski, 110 złotych kwiatów, 68 złotych guzikÓw bez ozdób intaglio i 118 złotych guzików z takimi ozdobami. I na tym jeszcze nie koniec, bo na następnej stronicy swego opisu grobów wspomina znowu o 130 złotych guzikach, da1ej - o wykonanym ze złota modelu świątyni, jeszcze da1ej - o mątwie ze złota. Ale poprzestańmy na 63 tym, bo cały opis znalezisk wypełnia u Schliemanna 206 stron druku dużego formatu. Znalazł złoto, złoto i jeszcze raz złoto. Wieczorem, gdy cienie nocy słały się nad mykeńskim akropolem, Schliemann kazał rozpalać ogniska - "po raz pierwszy od 2344 lat". Przypominały one ogniska, które ongiś oznajmiły tutaj Klitemnestrze i jej kochankowi powrót Agamemnona. Tym razem ogień służył do innych celów. Miał odstraszyć złodziei od jednego z największych skarbów, jakie kiedykolwiek wydobyto z grobów królewskich. Rozdział szósty SCHLIEMANN I NAUKA Trzecie z kolei wielkie prace wykopaliskowe Schliemanna nie wydobyły już na światło dzienne złota. Ale za to odsłoniły zamek w Tirynsie, a wykopaliska wraz z tym, co odkrył w Mykenach i co w dziesięć lat po nim angielski archeolog Evans znalazł na Krecie, uzupełniły dopiero obraz prehistorycznego kręgu kulturowego, panującego niegdyś na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Zatrzymajmy się jednak na chwilę nad pozycją Schliemanna we współczesnym mu świecie naukowym. Sprawa ta nie straciła nic na aktualności. Jeszcze i dziś każdy badacz-archeolog walczy w krzyżowym ogniu krytyki publiczności i fachowców. Sprawozdania Schliemanna z prac wykopaliskowych miały inny krąg czytelników niż traktaty Winckelmanna o wykopaliskach w Herkulanum. Winckelmann, osiemnastowieczny światowiec, pisał dla ludzi wykształconych, dla małego grona uprzywilejowanych, którzy bądź sami posiadali własne muzea, bądź co najmniej uzyskiwali do nich dostęp jako osoby należące do sfer dworskich. Odkrycie Pompei zelektryzowało ten mały światek. Wykopanie choćby jednego posągu wprawiało tych ludzi w zachwyt, ale ich zainteresowanie nigdy nie opuszczało gładkich parkietów rozmiłowanego w pięknie estetyzmu. W końcu wprawdzie wpływ Winckelmanna sięgnął znacznie dalej, ale po to, aby z cienkiej warstwy erudytów promieniować w głąb i wszerz swych czasów, potrzebne mu było pośrednictwo - pośrednictwo poetów i pisarzy. Schliemann oddziaływał bez tego rodzaju "transmisji". Oddziaływał bezpośrednio. Publikował sprawozdania o każdym ze swoich znalezisk i sam był największym ich wielbicielem. Rozsyłał listy na cały świat. Jego artykuły trafiały na łamy wszystkich gazet. Gdyby wówczas istniało radio, film i telewizja, z pewnością posługiwałby się nimi. Jego znaleziska w Troi rozpętały burzę nie tylko w małym światku ludzi wykształconych, lecz wśród najszerszego ogółu. Gdy Winckelmann opisywał znalezione posągi, przemawiał do estetów, do zachwyconych znawców. Znaleziska Schliemanna, znaleziska ze złota, przemawiały do wyobraźni ludzi okresu nazywanego w jego ojczyźnie "okre- sem grynderstwa", do ludzi płynących z wezbraną falą gospodarczej prosperity. Ludzie ci, dla których selfmademan był człowiekiem godnym najwyższego szacunku i którzy kierowali się zdrowym rozsądkiem, stawali po jego stronie wówczas, gdy "czyści naukowcy" odwracali się od niego jako od "laika". W kilka lat po ogłoszeniu przez Schliemanna sprawozdań w prasie (w 1873 roku) pewien dyrektor muzeum pisał: "W okresie ukazywania się tych sprawozdań panowało zarówno wśród uczonych, jak wśród publiczności wielkie podniecenie. W szędzie - w mieszkaniach i na ulicy, w dyliżansach pocztowych i na kolei, mówiono o Troi. Wszyscy byli pełni zd umienia, wszystkim na usta cisnęły się pytania." Jeżeli Winckelmann, jak mówi o nim Herder, "ukazał nam z daleka tajemniczy świat Greków" , to Schliemann odkrył już ich świat przedhistoryczny. Z nieprawdopodobną śmiałością wyprowadził archeologię z kręgu światła lamp naftowych, palących się w pracowniach uczonych, pod słońce helleńskiego nieba. Spór o Troję rozstrzygnął łopatą. Jednym wielkim krokiem wyszedł z zamkniętego kręgu klasycznej filologii, aby przekroczyć próg żywego świata przedhistorycznego i poszerzyć naukę klasyczną o prehistorię. Tempo, w jakim następowały po sobie te rewolucjonizujace archeologię przedsięwzięcia, coraz większe ich powodzenie, sama dwoistość osoby Schliemanna, który, nie będąc ani w pełni kupcem, ani w pełni uczonym, osiągnął jednak i na jednym, i na drugim polu nadzwyczajne sukcesy, "reklamiarska nuta" jego publikacji - wszystko to "szokowało" międzynarodowy, a w szczególności niemiecki świat naukowy. O rozmiarach tego oburzenia świadczy choćby liczba dziewięćdziesięciu publikacji o Troi i Homerze, które w owych latach działalności Schliemanna wyszły spod pióra różnych autorów. W filipikach tych uczeni atakowali głównie jego dyletantyzm. w dalszym ciągu naszej historii wykopalisk będziemy się wciąż spotykać z tym, jak zawodowi archeolodzy zatruwali życie ludziom, którzy wszak swymi odkryciami dodali tylko bodźca do nowych "skoków" w nieznaną przeszłość. Ale że ataki przeciw Schliemannowi były natury zasadniczej, więc warto tu coś niecoś o nich powiedzieć i przytoczyć niektóre cytaty. Jako pierwszy niechaj zabierze głos zgorzkniały filozof Artur Schopenhauer. "Dyletanci, dyletanci! - tak ludzie uprawiający jakąś naukę lub sztukę z zamiłowania i z zapału do niej, per il loro diletto, nazywani są lekceważąco przez tych, którzy zajęli się nią dla zysku, bo i ch pociągają tylko pieniądze, które na tym można zarobić. To lekceważenie polega na niskim przekonaniu, że nikt nie poświęci się poważnie jakiejś sprawie, jeśli go nie popchnie do tego nędza, głód albo takie czy inne pożądanie. Publiczność jest tego samego ducha i dlatego też tego samego zdania. Stąd jej powszechny respekt dla «fachowców» i jej nieufność do dyletantów. Tymczasem w rzeczywistości dla dyletanta przedmiot jego pracy jest celem, dla fachowca zaś jako takiego jedynie środkiem. Ale ten tylko z całą powagą odda się jakiejś sprawie, komu bezpośrednio na niej zależy, kt'o zajmuje się nią z zamiłowania, uprawia ją con amore. Tacy ludzie, a nie robigrosze zawsze tworzyli rzeczy największe." Profesor Wilhelm Dorpfeld, współpracownik, doradca i przyjaciel Schliemanna, jeden z niewielu fachowców w Niemczech, którzy stanęli u jego boku, pisał jeszcze w roku 1932: "Nigdy natomia'st nie rozumiał szyderstwa i drwin, 'z jakimi wielu uczonych, a w szczególności niemieccy filolodzy traktowali jego prace w Troi i na Itace. I ja zawsze ubolewałem nad szyderstwem, z jakim później kilku wielkich uczonych odniosło się do moich wykopalisk w Homerowych miejscowościach. Uważałem je nie tylko za nieuzasadnione, ale i za nienaukowe." Nieufność "fachowców" do odnoszących sukcesy outsiderów to nieufność mieszczanina do geniusza. C'złowiek o unormowanym sposobie życia gardzi człowiekiem bujającym w niepewnych strefach, człowiekiem, który buduje na "kruchych podstawach". Pogarda ta jest nieuzasadniona. Jeżeli spojrzymy na rozwój badań naukowych od najdawniejszych choćby czasów, nietrudno będzie nam stwierdzić, że ogromnej ilości wielkich odkryć dokonali właśnie "dyletanci", outsiderzy, ba, nawet "sam'oucy". Opętani jakąś ideą, nie odczuwali hamulców fachowego wykształcenia, nie znali lęku specjalistów, przeskakiwali przeszkody wzniesione p'rzez tradycjonalizm czcigodnych akademików. Otto von Guericke, największy fizyk niemiecki XVII wieku, był z zawodu prawnikiem. Denis Papin był medykiem. Beniamin Franklin, syn mydlarza, nie mając wykształcenia gimnazjalnego, a już tym bardziej uniwersyteckiego, został nie tylko aktywnym politykiem (do tego wystarczają niekiedy i mniejsze kwalifikacje), lecz również wybitnym uczonym. Galvani, odkrywca elektryczności, był z wykształcenia medykiem i - jak wykazuje Wilhelm Ostwald w swej Historii elektrochemii zawdz,ięczał to odkrycie właśnie lukom w swej wiedzy. Fraunhofer, autor wybitnych prac o widmie optycznym, d,o czternastego roku życia nie umiał czytać ani pisać. Michael Faraday, jeden z najwybitniejszych przyrodników, był synem kowala i zaczął jako introligator. Juliusz Robert Mayer, odkrywc,a prawa o za'chowaniu energii, był lekarzem. Lekarzem był także Helmholtz, gdy mając dwadzieścia sześć lat ogłosił swą pierwszą pracę na tenże temat. Buffon, matematyk i fizyk, najpoważniejsze prace ogłosił z dziedziny geologii. Człowiekiem, który skonstruo,wał pierwszy telegraf elektryczny, był profesor anatomii Thomas SOmmering. Samuel Morse był malarzem, tak samo jak Daguerre; pierwszy stworzył alfabet telegraficzny, drugi wynalazł fotografię. Opętani Swą ideą twórcy balonu sterowego Zeppelin, Gross i Parseval byli oficerami i nie mieli żadnego pojęcia o techni .ce. Przykłady te można by mnożyć w nieskończoność. Gdyby wszystkich tych ludzi i ich działalność usunąć z historii nauki, zawaliłby się cały jej gmach. Mimo to musieli oni za życia znosić drwiny i szyderstwa. Ten szereg przykładów znajduje dalszy ciąg w nauce, o której traktuje nasza książka. William Jones, który dokonał pierwszych dobrych przekładów z sanskrytu, nie był orientalistą, lecz sędzią okręgowym w Bengalu. Grotefend, który pierwszy odcyfrował jeden z rodzajów pisma klinowego, był filologem klasycznym, a jego następca, Rawlinson - oficerem i politykiem. Pierwsze kroki na długiej i żmudnej drodze odcyfrowania hieroglifów postawił Thomas Young, z zawodu lekarz. Champollion, który osiągnął ten cel, był właściwie profesorem historii. Humann odkopał Pergamon, a był z zawodu inżynierem kolejowym. Lista ta chyba wystarcza, aby wysunąć następujące twierdzenie: Nie można kwestionować tego ws'zystkiego, co wyróżnia fachowca. Ale czyż najważniejszy nie jest wynik, o ile tylko został osiągnięty "czystymi środkami"? I czyż outsiderzy nie zasługują na naszą szczególną wdzięczność? Pewnie, Schliemann w czasie swych pierwszych wykopalisk popełnił poważne błędy. Zburzył budowle, które miały wielką wartość, rozwalił mury, które stałyby się cennymi wskazówkami. Ale Ed. Meyer, wielki niemiecki historyk, przyznaje mu następującą zasługę: "Dla nauki niemetodyczne postępowanie Schliemanna - jego celem było dotrzeć bezpośrednio do warstwy pierwotnej - okazało się w najwyższym stopniu pożyteczne. Przy systematycznym prowadzeniu wykopalisk najstarsze warstwy kryjące się we wzgórzu Hissarlik, a zatem i owa kultura, którą określamy jako właściwą kulturę trojańską, prawdopodobnie nigdy nie zostałyby odkryte." Tragicznym zbiegiem okoliczności właśnie pierwsze interpretacje Schliemanna i pierwsze ustalone przez niego daty prawie wszystkie były błędne. Ale czyż Kolumb odkrywając Amerykę nie sądził, że znalazł Indie? Czy to pomniejsza jego odkrycie? Jedno jest niewątpliwe. Jeżeli w pierwszym roku Schliemann wyru- szając na wzgórze Hissarlik przypominał po trosze chłopca, który uderza młotkiem w swą zabawkę, aby zobaczyć, co się w niej kryje, to Schliemann, który odkopał Mykeny i Tiryns, bezsprzecznie uważany być musi za nauk'owego badacza-archeologa. Potwierdzają to Dorpfeld, jak również wielki Anglik Evans - ten drugi co prawda z pewnymi zastrzeżeniami. Ale zupełnie tak samo jak Winckelmann cierpiał niegdyś w "kraju despotyzmu" - w Prusach, tak i Schliemann musiał wiele p,rzecie'rpieć wskutek niezrozumienia, z j'akim się spotykał we własnej ojczyźnie, z której niegdyś wywędrował zabierając ze sobą marzenia młodości. Mimo głośnych już na cały świat wyników jego wykopalisk jeszcze w 1888 r'ok'u ukazało się w Niemczech, już w drugim wydaniu, Objaśnienie "Iliady" niejakiego Forchhammera, zawierające niedorzeczną próbę przedstawienia wojny trojańskiej jako symbolu walki ścierających się na równinie trojańskiej prądów morskich i rzecznych, mgły i deszczu. Ale Schliemann bronił się jak lew. Gdy kapitan Boetticher, głupi kwerulant i główny przeci wnik Schliemanna, po,sunął się do twierdzenia, że Schliemann w toku swych prac wykopaliskowych umyślnie zburzył mury, aby usunąć dowody obalające jego hipotezę o dawnej Troi, zaprosił go na swój własny koszt do Hissarliku. Sp'otkanie odbyło się w obecności rzeczoznawców nauk'owych, którzy potwierdzili słuszność poglądów Schliemanna i Dorpfelda. Kapitan Boetticher starannie wszystko obejrzał i z widoczną na twarzy wściekłością odjechał do domu twierdząc, że , ,tak zwana Troja" nie jest niczym innym, jak olbrzymim starym cmentarzyskiem, nekropolią spalonych zwłok. Wtedy Schliemann podczas czwartych z kolei prac wykopaliskowych w 1890 roku zaprosił na swe wzgórze przedstawicieli międzynarodowego świata naukowego, dla których zbudował na skraju wzgórza w dolinie Skamandru małe drewniane baraki. Znalazło tu pomieszczenie czterdziestu uczonych. Anglicy, Amerykanie, Francuzi i Niemcy (m.in. Virchow) przyjęli zaproszenie. Również i oni po,d nieodpartym wrażeniem tego, co zobaczyli na własne oczy, potwierdzili ścisłość sprawozdań Schliemanna i Dorpfelda. Zbiory Schliemanna miały nieocenioną wartość. Według jego ostatniej woli miało je po śmierci otrzymać muzeum narodu, "który - pisze Schliemann - najbardziej kocham i cenię". Początkowo zaofiarował je rządowi greckiemu, potem francuskiemu. W 1876 roku pisał do pewnego rosyjskiego barona w Petersburgu: "Gdy przed kilku laty zapytano mnie o cenę moich zbiorów trojańskich, wymieniłem sumę 80 000 funtów szterlingów. Ale spędziwszy dwadzieścia lat mego życia w Petersburgu i wobec tego, że cała moja sympatia zwraca się ku Rosji i że szczerze pragnę, aby zbiory moje tam właśnie się znalazły, żądam od rządu rosyjskiego tylko 50 000 funtów, a w razie potrzeby gotów jestem nawet obniżyć tę cenę." Krajem jednak, który Schliemann najbardziej pokochał, otwarcie przyznając się do tej miłości, była Anglia. Tu znalazł najżyczli wsze echo. "Times" zawsze otwierał mu sw,oje szpalty, gdy wszystkie niemieckie dzienniki jeszcze je przed nim zamykały. Sam premier angielski Glad- stone napisał przedmowę do jego książki O Mykenach (tak jak przedtem słynny oksfordczyk A. H. Sayce napisał przedm'owę do jego pracy o Troi). Jeżeli mimo to zbiory Schliemanna zawędrowały w końcu do Berlina "na wieczną własność i niepodzi.elne przechowanie", to było to znowu o ironio' - zasługą człowieka, któl~y interesował się archeologią tylko jako miłośnik-amator. Człowiekiem tym był wielki niemiecki lekarz Virchow. Za jego sprawą Schliemann został członkiem honorowym niemieckiego Towarzystwa Antropologicznego, a później wraz z Bismarckiem i Moltkem oby~.atelem honorowym Berlina. Niegdyś Schliemann niczym złodziej ukrył i zabezpieczył swe zbiory przed władzami tureckimi. Po wielu perypetiach cenne okazy jego kolekcji wylądo'wały w berlińskim MUSeUll'1 ftir Frtih- und Vorgeschichte. Tutaj spoczywały przez dziesiątki lat i przetrvvały pierwszą wojnę światową. Później przyszła druga wojna śvv.iatowa. Na Berlin spadały bomby. Część zbiorów ocalała; przewieziono ją w bezpieczne miejsce. "Złoty skarb Priama" umieszczono najpier'w w Banku Pruskim, później w schronie przeciwlotniczym koło berlińskiego Zoo. Obydwa te miejsca zostały zburzone. Zbiory ceramiki przewieziono do Schonebeck nad Łaoą, do zamku koło Wrocławia i do zamku w Lebus. W Schónebeck nic nie ocalało. Zamek w Lebus został przy koi1CU wQjny splądrowany. później .1. 1~ząd wschodnioniemiecki postanowił zburzyć ruiny. Wkrótce jednak do Berlina doszły wiadomości, że w Lebus można jeszcze uratować coś niecoś ze zbiorów ceramiki. Pewna uczona otrzymała zezwolenie na przeprowadzenie poszukiwań, nie znalazła jednak poparcia u lokalnych władz wschodnioniemieckich. Wtedy zaopatrzyła się w 50 funtów cukierków i w ten sl--~sób pozyskała dzieci: miały jej znosić starą ceramikę. Dzieci wprawdzie okazałv się wkrótce tak sprytne, że tłukły nie uszkodzone przedmioty, aby przynieść dwa lub trzy razy skorupy a tym samym dwa lub trzy razy "zainkasować" słodycze. Ale znalazły się także sztuki nie uszkodzone. Pochodziły z mieszkań, gdzie garnki, miski i dzbany, z których ongi jedli i pili tl-ojańczycy i królewski ród Atrydów, służyły chłopom z Marchii Brandenburskiej do codziennego użyTtku. Ale nasza uczona stwierdziła gorsze jeszcze rzeczJT. Gdy minęł.y pierwsze następstwa klęski niemieckiej, pozo,stali przy życiu mieszkańcy Lebus nie mieli najmniejszego pojęcia o wartości skrzyń z glinianymi naczyniami. We wsi zaczęło blldzić się nowe życie. Młodzi chłopcvT w ostatni v wieczór przed ślubem któregoś z kolegów wyruszali na "połów", sprowadzali na taczkach urny i amfory, niepowtarzalne znaleziska Henryka Schliemanna, i wśr6d radosnych okrzyków rozbijali je na prOgU mieszkania narzeczonych. Tak oto w 1945 roku części Troi zostałv po raz drugi zniszczone, a z pomocą pół worka słodyczy - po raz drugi zebrane. Rozdział siódmy MYKENY, TIRYNS I WYSP A ZAGADEK W 1876 roku pięćdziesięcio,czteroletni wówczas Schliemann rozpoczął prace wykopaliskowe w Mykenach. W latach 1878-1879 z pomocą Virchowa kopał po raz wtóry w Troi. W roku 1880 odsłonił bogaty strop skarbca Minyasa w Orchomenos, trzecim z kolei mieście, które Homer obdarza przydomkiem "złote". W 1882 roku kopał po raz trzeci w Troad'zie, a w dwa lata później podjął wykopaliska w Tirynsie. Tu znowu następuje to samo, co znamy już z poprzednich wykopalisk. Mur zamku stał widoczny dla wszystkich na powierzchni ziemi. Ale że szalejący tu niegdyś pożar wypalił kamienie na wapno, a spajającą je glinę na prawdziwe cegły, archeologowie sądzili, że pochodzi on z czasów średniowiecza, a greccy przewodnicy oznajmiali podróżnym, że w Tirynsie "nie ma nic szczególnie godnego widzenia". Ale Schliemann polegał na swoich starożytnych pisarzach. Zaczął kopać z taką gorliwością, że zniszczył przy tym jakiemuś wieśniakowi z Kophinion plantację kminku, za co musiał zapłacić 275 franków grzywny . W Tirynsie ponoć urodził się Herakles. Cyklopowe mury uchodziły w starożytności za jeden z cudów świata. Pauzaniasz przyrównywał je do egipskich piramid. Legenda głosi, że Projtos, le gendarny król Tirynsu, sprowadził so,bie siedmiu cyklopów i że to oni wznieśli te mury. Później podobne mury stawiano również gdzie indziej, tak że Eurypides całą Argolidę nazywa "krajem cyklopowym". Schliemann kopał i znalazł fundamenty pałacu przewyższającego swymi rozmiarami wszystkie dotąd odkopane pałace. Dawał on imponujące wyobrażenie o prehistorycznym ludzie, który go zbudował i którego królowie tu mieszkali. Zamek ten podobny do twierdzy wznosił się na skale z wapienia. Mury składały się z bloków kamiennych dwa do trzech metrów długich, na metr wysokich i na metr grubych. w dolnej części, gdzie znajdowały się tylko pomieszczenia gospodarskie i stajnie, łączna ich grubość wynosiła siedem do ośmiu metrów. w górnej części zamku, gdzie mieszkał władca, sięgała j edenastu, wysokość zaś szesnastu metrów! . Jakiż widok musiało przedstawiać wnętrze tego zamku w czasach, gdy zamieszkiwali go szczękający orężem wojownicy. Nic dotąd nie wiedziano o planach tych homerowych pałaców. z pałaców Menelaosa, Odyseusza i innych władców nic się nie zachowało. Nawet szczątki Troi i zamku Priama nie dawały już możliwości zorientowania się w założeniach architektonicznych. Tutaj, w Tirynsie, pod łopatą badacza taki homerowy pałac wyłonił się jasno i wyraźnie. Można było rozpoznać hale kolumnowe i sale, dziedziniec męski z ołtarzem, okazały megaron z poprzedzającym go portykiem i salą, łaźnię (posadzkę jej tworzył jeden blok wapienia wagi 20 000 kilogramów), gdzie bohaterowie Homera kąpali się i namaszczali. Tu pod łopatą Schliemanna wynurzył się z ziemi obraz, jaki daje nam Odyseja" opisując pOWTÓt przemyślnego bohatera, ucztę zalotniko w i krwawą rzeź w wielkiej sali. Ale było tu coś, co zasługiwało na jeszcze większą uwagę. rodzaj znalezionych wyrobów garncarskich OTaz malowidła ścienne. Schliemann od razu zauważył podobieństwo między znalezioną tu ceramiką - wazami, wazonami i naczyniami glinianymi, a ceramiką, którą znalazł poprzednio w Mykenach. Co więcej, wskazał nawet na ich podobieństwo z ceramiką znalezioną przez innych archeologów w Asine, N auplion, Eleuzis i na różnych wyspach, w tym na największej z nich - Krecie. Już w gruzach mykeń'skich znalazł jajo strusie (początkowo, co prawda, wziął je za wa'zę z alabastru), co 'zdawało się wskazywać na kontakty z Egiptem. Tu zaś, w Tirynsie, znalazł teraz wazy o tzw. wzorze "geometrycznym", jakie już w 1500 roku przed Chr. Fenicjanie przywozili na dwór faraona Totmesa III. Schliemann w obszernych objaśnieniach starał się dowieść , że trafił na ślad kręgU kultur'owego, którego kolebką była Azja lub Afryka, na ślad kultury, która panowała na całym wschodnim wybrzeżu Grecji, obejmowała większość wysp, a głównie swe centrum miała prawdopod obnie na Krecie. Dziś tę kulturę nazywamy kulturą kreteńsko-mykeńską. Schliemann natrafił tylko na pierwsze jej ślady. Zasługa pełnego odkrycia tej kultury przypaść miała w udziale komu innemu. Wszystkie pomieszczenia pałacu były otynkowane wapnem. Na wszystkich ścianach widniały malowidła ścienne w postaci fryzów, przeważnie obwiedzionych żółto-niebieskim pasem, który ciągnął się prawdopodobnie na wysokości wzrostu człowieka, dzieląc ściany komnat na dwie połowy. Wśród malowideł ściennych zwłaszcza jedno zadziwiało swą treścia. Na niebieskim tle przedstawiony był potężny byk o czerwonych łatach, widocznie w momencie ogromnego skoku; koliste oko zdradzało dzikość, ogon był podniesi,ony jak gdyby do smagania. Na byku stał mężczyzna w dziwnej pozycji: jedną ręką uczepiony rogu zwierzęcia, zdawał się ni to szykować do skoku, ni to tańczyć. W swej książce ,O Tirynsie Schliemann przytacza na ten temat następujące uwagi niejakiego doktora Fabriciusa: "...można by zatem sądzić, że ów człowiek na grzbiecie byka to akrobata lub pogromca byków popisujący się swą zręcznością, polegającą na tym, by w szalonym pędzie skoczyć na grzbiet zwierzęcia, podobnie jak w znanym miejscu Iliady pogromca rumaków prowadząc czworokonny zaprzęg skacze w pełnym pędzie z grzbietu jednego na grzbiet innego rumaka." To objaśnienie, do którego Schliemann wówczas nie miał widocznie nic do dodania, nie było wystarczające. Gdyby Schliemann pojechał wtedy na Kretę, jak od dawna planował, znalazłby tam coś, co w związku z tym obrazem potwierdziłoby wiele jego przypuszczeń i stałoby się ukoronowaniem dzieła całego jego życia. Zamiar podjęcia wykopalisk na Krecie, w szczególności koło Knossos, nie opus'zczał Schliemanna do końca życia. Gdzie było wiele gruzów, tam były też widoki znalezienia wielu rzeczy. Na rok przed śmiercią pisał: "Chciałbym zakończyć prace swego życia wielkim dziełem, a mianowicie odkopaniem prastarego, przedhistorycznego pałacu królów panujących w Knossos na Krecie, pałacu, który jak sądzę, odkryłem przed trzema laty." Natrafił jednak na duże opory. Gubernator Krety wprawdzie udzielił mu p,otrzebnego zez'wolenia, ale właściciel wzgórza, o które chodziło, był przeciwnikiem wszelkiego "grzebania w ziemi". Zażądał za swój teren fantastycznej ceny 100 000 franków i tylko za nią gotów go był odprzedać. Schliemannowi po długich targach udało się zredukować cenę do 40 000 franków. Ale gdy powrócił na Kretę, aby sfinalizować transakcję, i przeliczył drzewka oliwkowe na swej nowej posiadłości, stwierdził, że teren o,dgraniczono inaczej, niż było uzgodnione, tak iż zamiast 2500 drzew oliwnych pozostałoby mu tylko 888. Wskutek tego odstąpił od kupna. Tym razem jego kupiecka natura przeważyła nad zainteresowaniami archeologa. Włożył ogromny majątek w pracę naukową, a z powodu oliwy z 1612 drzew oliwkowych wyrzekł się możliwości znale'zienia klucza do przedhistorycznych zagadek, które sam stworzył swymi znaleziskami, lecz bynajmniej nie wszystkie rozwiązał. Czy należy tego żałować? Chyba nie. Życie Schliemanna było bogate, a zadanie spełnione, gdy w 1890 roku śmierć wytrąciła mu z ręki łopatę, grze biąc tego, który sam za życia tyle odgrzebał. Święta Bożego Narodzenia 1890 roku chciał Schliemann spędzić w ro- dzinnym gronie, z żoną i dziećmi. Choroba ucha przyprawiała go o wielkie cierpienia, ale zaabsorbowany nowymi projektami, poprzestał na tym, że w przejeździe przez Włochy zasięgnął porady kilku mało znanych 1ekarzy. Uspokoili go, twierdząc, że to nic groźnego. A1e w dzień Bożego Narodzenia w N eapolu na Piazza de1la Santa Carita upadł na ulicy. Nie stracił wprawdzie przytomności, ale odjęło mu mowę. Litościwi przechodnie przenieśli chorego milionera do szpitala. Nie chciano go przyjąć. Gdy potem, w komisariacie policji, przeszukano jego kieszenie, znaleziono adres pewnego lekarza. Sprowadzony na miejsce wytłumaczył, kim jest ten cudzoziemiec, i zażądał sprowadzenia dorożki, aby go przewieźć. Ludzie popatrzyli na leżącego na ziemi złamanego chorobą człowieka w skromnym ubraniu, które zdawało się świadczyć raczej o ubóstwie. Gdy zapytali, kto ma zapłacić za dorożkę, lekarz zawołał: "Ależ to bogacz!" Sięgnął do ubrania chorego i wyciągnął sakiewkę. Była pełna złota. Schliemann męczył się przez jedną noc, wciąż zachowując przytomność. Skonał nad ranem. Gdy sprowadzono zwłoki do Aten, przy trumnie stanął król i następca tronu Grecji, przedstawiciele dyplomatyczni obcych państw, członkowie rządu greckiego i kierownicy wszystkich greckich instytucji naukowych. W obliczu popiersia Homera składali dziękczynny hołd wielkiemu filhellenowi, który wiedzy o greckiej starożytności przysporzył całe tysiąc lat. Przy trumnie stała jego żona i dwoje dzieci. N azywały się Andromacha i Agamemnon. Artur Evans urodził się w 1851 roku. w dniu, w którym Schliemann zamknął oczy , miał więc trzydzieści dziewięć lat. Był Anglikiem w każdym calu. To on miał prawie do końca zamknąć krąg, który Schliemann rozpoznał na tablicy dziejów jako niejasny jeszcze zarys. Był skrajnym przeciwieństwem Schliemanna. Ukończył studia w Harrow , Oksfordzie i Getyndze. Zaczął się interesować hieroglifami. Znalazł znaki pisarskie, które zwróciły jego uwagę na Kretę. Udał się więc na tę wyspę i w 1900 roku rozpoczął wykopaliska. w dziewięć lat później został profesorem archeologii prehistorycznej w Oksfordzie. Powoli i systematycznie dochodził do coraz to wyższych godności naukowych. Pewnego dnia mógł do imienia swego dodać tytuł szlachecki "sir". Otrzymał wiele odznaczeń, m.in. jako jedno z ostatnich w 1936 roku cenioną Copley Medaille brytyjskiego Royal Society. Krótko mówiąc, tak z charakteru, jak pod względem przebiegu kariery życiowej był przeciwieństwem bujnej, nieposkromionej na tury Schliemanna. Ale wyniki jego poszukiwań były nie mniej godne uwagi. Przybył na Kretę, aby na miejscu znaleźć potwierdzenie swej teorii, która go szczególnie interesowała. Pobyt swój obliczał na niedługi okres czasu. Gdy jednak przewędrował wyspę i zobaczył resztki gruzów i ruin, które już przedtem tak bardzo zainteresowały Schliemanna, odsunął na bok pewnego dnia swe teorie o nie zbadanym dotąd piśmie i sięgnął do łopaty. Było to w 1900 roku. w rok później ogłosił, że trzeba mu co najmniej jeszcze jednego roku, by odkopać tu wszystko, co mogłoby się przydać nauce. Omylił się: minęło ćwierć wieku, a on wciąż jeszcze kopał, wciąż jeszcze prowadził wykopaliska w tym samym miejscu, o którym niegdyś sądził, że niedługo tam zabawi. Kopał idąc śladem legend i podań - zupełnie tak samo jak Schliemann. I tak samo jalk Schliemann odkopał pałace i skarby. Schliemann nakreślił obraz, Evans dał do niego ramy . Ale zarazem. dał także szkice do wielu dalszych obrazów, do których brak po dziś dzień w naszej palecie wszystkich kolorów. Zapuścił rydel w ziemię kreteńską, wdarł się w łono wyspy zagadek. Rozdział ósmy NIĆ ARIADNY Kreta leży na samym obwodzie zagiętego w łuk pasma górskiego, które ciągnie się od Grecji poprzez wyspy Morza Egejskiego aż do Azji Mniejszej. Morze Egejskie nie było przegrodą dzielącą narody. Już Schliemann dowiódł tego, gdy w Mykenach i Tirynsie znalazł przedmioty, które musiały pochodzić z dalekich krain. Potem Evans odkrył na Krecie kość słoniową z Afryki i posągi z Egiptu. w małym świecie starożytnym handel i wojna tak samo były sprężynami stosunków między narodami, jak w naszym wielkim świecie dzisiejszym. Pierwszy - sprężyną równie pokojową, druga równie zbójecką. Wyspy Morza Egejskiego tworzyły więc wraz ze swymi dwiema metropoliami jedną gospodarczą i kulturalną całość. Ze swymi metropoliami? Metropolią wcale nie musiał tu być kraj leżący na kontynencie. Rychło też okazało się, że właściwą metropolią, właściwym krajem macierzystym (w sensie dokonywającego się tu aktu kulturotwórczego) była nie Grecja lądowa, lecz jedna z wysp Kreta. w edług legendy sam Zeus urodził się na Krecie. Rea, córka Ziemi, powiła go w pieczarze w górach Dikte. Pszczoły znosiły mu miód, koza Amalteja podawała wymię, piastowały go nimfy. Chłopcy zdolni już posługiwać się orężem zebrali się w gromadę, aby go bronić przed własnym jego ojcem, Kronosem pożerającym swe dzieci. Tutaj na Krecie miał też panować legendarny król Minos, syn Zeusa, jeden z najpotężniejszych władców, którego imię starożytni wymieniali z najwyższą czcią. Evans rozpoczął wykopaliska pod Knossos. Tuż pod powierzchnią ziemi natrafił na mury. Już kilka pierwszych godzin pracy przyniosło rezultaty. Po paru tygodniach Evans stał przejęty podziwem przed szczątkami budowli pokrywającymi przestrzeń ośmiu arów. Z biegiem lat z ziemi wynurzyły się resztki pałacu pokrywające przestrzeń dwóch i pół hektara. Dające się wyraźnie rozpoznać założenie architektoniczne wykazywało - mimo pozornie wielkich różnic - podobieństwo z pałacami w Ti- rynsie i Mykenach. Jednakże ogrom pałacu, jego przepych i piękno świadczyły o tym, że te zamki w Grecji lądowej mogły być tylko grodami ubocznymi, niczym więcej jak głównymi miastami kolonii, kresowych prowincji. W okół głównego dziedzińca pałacowego, tworząceg O olbrzymi prostokąt, wznosiły się ze wszystkich stron skrzydła zabudowań. Mury były z dętych cegieł, dachy płaskie, wsparte na kolumnach. Ale komnaty, korytarze, sale na różnych piętrach tworzyły tak poplątaną całość, stwarzały tyle możliwości zabłądzenia, obrania fałszywego kierunku, że okrzyk "Labirynt!" wyrywał się z ust każdego, nawet najprostszego podróżnika, chociażby nie wiedział o tym, że legenda właśnie królowi Minosowi przypisuje posiadanie zbudowanego przez Dedala Labiryntu - prawzoru wszystkich labiryntów. Evans nie zwlekając obwieścił światu, że znalazł pałac Minosa, syna Zeusa, ojca Ariadny i Fedry, władcy Labiryntu i mieszkającego w nim straszliwego potwora, na poły byka, na poły człowieka - Minotaura. Odtąd Evans odkrywa w Knossos same cuda. Lud, który niegdyś tu mieszkał - Schliemann znalazł tylko ślady kolonizacyjnej działalności tego ludu, o którym do owego czasu poza pewnymi okruchami legend nie miano żadnych wiadomości - pławił się w bogactwie i rozkoszy. Przypuszczalnie u szczytu swego rozwoju popadł w sybarytyczną dekadencję, która niesie już w sobie zarodek zagłady, jako że wtedy i posłanie z róż wydaje się za twarde. Tylko najwyższy rozkwit gospodarczy może stać się źródłem takiej schyłkowej kultury. Kreta była wówczas tym, czym jest jeszcze dziś krainą wina i oliwy z drzew oliwkowych. Ale wtedy była wielkim ośrodkiem handl u, a że była wysPą, więc prowadziła handel morski. J eżeli już pierwsze wykopaliska zadziwiły świat tym, że ten najbogatszy pałac Grecji przedhistorycznej w ogóle nie był obwarowany, nie miał muru obronnego ani żadnych innych umocnień, to zagadkę tę rozwiązało znalezienie towarów handlowych, wymagających silniejszej, bardziej ofensywnej ochrony niż defensywna tylko zapora murów obronnych; ochronę tę dawała panująca nad morzem flota. Oczom zbliżających się ku brzegom Krety żeglarzy pałac w Knossos ukazywał się więc nie jako gród warowny , lecz jako jaśniejąca pod prażącym słońcem kreteńskim perła mórz. Lśnił kolumnami z białego wapienia i zdobnymi w stiuki ścianami, błyszczał bogactwem jak szlifowany diament rzucający ognie z każdej fasety. Evans odkrył magazyny - spichrze pałacowe. Stały w nich obok siebie dzbany, niegdyś pełne oliwy, olbrzymie dzbany, zdobne w bogate ornamenty, pokryte kunsztownymi wzorami, podobnymi do tych, jakie już przedtem znaleziono w Tirynsie. Evans zadał sobie trud, aby obliczyć 5. Rekonstrukcja pałącu w Knossos, wejście od strony południowej (według Th. Fyfe'a). pojemność tych magazynów oliwy. Wynosiła ona ni mniej, ni więcej tylko 75 000 litrów. zapasy jednego pałacu... , A użytkownicy tego bogactwa ? Evans już po niedługim czasie doszedł do wniosku, że jego znaleziska nie mogą pochodzić z jednej i tej samej epoki, że wiek murów nie jest jednakowy, że nie cała ceramika, nie wszystkie fajanse i malowidła zrodziły się z jednego stylu. Niebawem też, ogarniając przenikliwym wzrokiem tysiąclecia rozwoju tej kultury, rozpoznał dzielące ją cezury. Odróżnił - podział ten uznawany jest do dziś dnia - okres wczesnominojski, od trzeciego do drugiego tysiąclecia przed Chr., okres średniominojski około 1600 roku przed Chr., i okres późnominojski, najkrótszy, zakończony około 1250 roku przed Chr. nagłą zagładą. Znalazł nawet ślady działalności ludzkiej z czasów dawniejszych od okresu wczesnominojskiego, z czasów, które nazywamy epoką neolitu, kiedy nie znano jeszcze metalu, a wszystkie sprzęty wyrabiano z kamienia. Znaleziska te datował Evans na 10 000 lat przed Chr. Inni badacze, co prawda, nie cofali się za nim aż w tak odległą przeszłość, niemniej jednak określali ich wiek na 5000 lat, uważając tę periodyzację za pewną. Skąd te datowania ? Skąd ta periodyzacja? Evans znajdował z każdej epoki przedmioty obcego pochodzenia, w tym ceramikę i naczynia gliniane z Egiptu, pochodzące ze ściśle datowanych okresów dynastii faraońskich. Jako okres rozkwitu i najwyższej kultury określa okres przejściowy od średniominojskiego do późnominojskiego, a więc dziesięciolecia na przełomie 1600 roku przed Chr., kiedy przypuszczalnie żył na Krecie Minos, pan wielkiej floty, władca mórz. Był to okres, w którym z ogólnego dobrobytu zrodził się zbytek. W czasach tych na Krecie uprawiano kult piękna. Pochodzące z owego okresu malowidła ścienne przedstawiają młodzieńców wędrujących przez łąki i zrywających krokusy do smukłych kielichów, dziewczęta brnące po kostki w łanach liliowych. Kultura przeradzała się w przepych. Malarstwo nie było już zakrzepłą w formie, poskromioną przez twórcę ozdobą, lecz pławiło się w kolorach, upajało blaskiem i wspaniałością. Mieszkanie przestało być koniecznością, stało się zbytkiem. Odzież nie była już potrzebą podyktowaną przez naturę i obyczaj, lecz sprawą gustu i wyrafinowania. Nic dziwnego, że Evans do znalezionych przez siebie przedmiotów stosuje określenie "nowoczesne". Pałac w Knossos nie ustępował co do wielkości pałacowi buckinghamskiemu w Londynie. Posiadał rowy odwadniające, luksusowe łazienki, urządzenia wentylacyjne i kanalizację. Ale porównanie z czasami nowożytnymi narzucało się jeszcze bardziej przy obserwowaniu ludzi, ich postawy, ich strojów, ich mody. J eszcze w początkach okresu średniominojskiego kobiety nosiły wysokie, spiczaste czapki, długie, z przodu rozcięte, ściągane paskiem wzorzyste 6. Starokreteńska bogini z lwami. Pieczęć z pierścienia z Knossos (około 1500 p.n.e.). spódnice oraz wysokie sztywne kołnierze z głębokim dekoltem odsłaniającym piersi. z tych starych ubiorów rozwinął się w okresie najwyższego rozkwitu wyrafinowany strój. z dawnej prostej sukni powstał stanik z rękawami, ciasno ściągnięty w talii, uwypuklający kształty i również odsłaniający obnażony biust, teraz jednak już z wyraźnie zaznaczoną, ekscytującą kokieterią. Długie po kostki spód nice z falbankami, bogato i jaskrawo haftowane, ozdobione były niekiedy obrazami przedstawiającymi pagórek, z którego wyrastały stylizowane kwiaty lotosu; na spódnicach - jaskrawe fartuszki. Na głowach nosiły damy kreteńskie wysoki toczek powstały z dawnej spiczastej czapki. Czyżby te "modne" postacie były aż groteskowe w swej "hipernowoczesności"? Skoro dziś panuje u nas moda, że kobiety noszą krótkie włosy, to kobiety kreteńskie istotnie nosiły się więcej niż modnie, bo miały głowy ostrzyżone zupełnie tak samo jak mężczyźni. Tak też ukazują się nam na obrazach: z niedbałą gracją w ruchach, z pełnym wdzięku znużeniem, bawiąc się rękawiczką, prowadzą konwersację Z charme'em paryżanki w spojrzeniu i wyrazie twarzy. Trudno wprost uwierzyć, że damy te żyły w czasach odległych od nas o tysiące 1at. Starczy jednak rzucić tylko jedno spojrzenie na mężczyzn, aby uprzytomnić sobie, o jak odległe chodzi tu czasy: wszyscy bez wyjątku' nosili tylko opaskę na biodrach. Wśród wszystkich wspaniałych obrazów znalezionych przez Evansa ("nawet nasi robotnicy pozbawieni wszelkiego wykształcenia - pisze Evans - odczuli ich czar i urok") powtarza się wciąż jeden znany nam już motyw. młodzieniec tańczący na byku. Tancerz? Akrobata ? Za takiego uważał go Schliemann, gdy znalazł podobny obraz w Tirynsie, owym ponurym kresowym grodzisku, w którym nie było nic, co mogłoby przypominać stare legendy, byki, obiaty i krew dymiącą po świątyniach. Inaczej z Evansem. Znajdował się przecież na ziemi, gdzie niegdyś panował Minos, król posiadający Minotaura - potwora podobnego do byka. Posłuchajmy, co mówi o tym legenda: Minos, kr6l Knossosu, całej Krety i wszystkich mórz Hellady, wysłał swego syna Androgeosa do Aten, aby wziął tam udział w igrzyskach. Gdy silniejszy od wszystkich Greków Androgeos zwyciężył, zabił go rozgniewany król Aten Egeusz. Rozjuszony Minos wysłał swą flotę do Aten, nawiedził je wojną, odniósł zwycięstwo i zażądał straszliwej kary. Co rok Ateńczycy mieli mu przysyłać kwiat swej młodzieży, siedmiu młodzieńców i siedem dziewcząt, jako ofiary dla Minotaura. Gdy jednak nastąpił termin trzeciej z kolei strasznej ofiary, Tezeusz, syn Egeusza, powróciwszy z długiej, wypełnionej bohaterskimi czynami podróży, zaofiarował się, iż pożegluje na Kretę, aby zabić potwora. Wśród bryzgów niebieskich statek pruł dziobem Morze Kreteńskie. A wiózł Tezeusza I siedem par jońskiej młodzieży... Czarne żagle łopotały na maszcie. Jeżeliby mu się udało dopiąć celu, miał je Tezeusz zastąpić w drodze powrotnej białymi żaglami. Ariadna, córka Minosa, ujrzawszy młodzieńca skazanego na niechybną śmierć, zapałała miłOŚcią ku niemu. Wręczyła mu miecz, aby miał czym walczyć, i kłębek nici, który przyrzekła trzymać, gdy Tezeusz uda się do Labiryntu, by zabić potwora. W straszliwej walce Tezeusz pokonał Minotaura. Idąc za nicią Ariadny znalazł wyjście z Labiryntu i pośpiesznie wraz z Ariadną i swymi towarzyszami uciekł do rodzinnych Aten. Był jednak tak wzburzony z powodu cudownego ocalenia, że nie pomyślał o tym, aby zgodnie z umową zamiast czarnych rozpiąć białe żagle. I oto Egeusz, ojciec Tezeusza, ujrzawszy czarne żagle i widząc w tym znak, że syn jego poległ - rzucił się do morza. Czy ta legenda dawała podstawę do objaśnienia obrazu? Dwie dziewczyny i chłopiec igrali z bykiem. Ale może nie była to tylko zabawa, może chodziło tu o śmierć i życie? Może na tym obrazie ofiary stoją przed Minotaurem, co - dodajmy znowu: może - nie oznaczało nic innego, jak "byka króla Minosa"? Przy porównywaniu tej legendy ze znaną już teraz z wykopalisk rzeczywistością, nasuwały się jednak jeszcze i inne pytania. Nie ulegało wątpliwości, że zawierała ona ziarno prawdy. . chodziło o Labirynt. MoŻna także przypuszczać, że zwycięstwo Tezeusza. było alegorią, oznaczającą zwycięstwo najeźdźców, którzy przybyli z kontynentu i zburzyli pałac Minosa. Żeby jednak osobisty akt zemsty Minosa - wielkość ofiary, 7. "Tancerz na byku." Odcisk gemmy kreteńskiej. której zażądał za swego zamordowanego syna - miał być powodem zburzenia jego państwa, to wydaje się w najwyższym stopniu nieprawdopodobne. Ale faktem jest, że państwo Minosa zostało zburzone. I to zburzone tak doszczętnie i tak niespodziewanie, że ci, którzy je zburzyli, nie mieli nawet czasu, aby tu cokolwiek zobaczyć, cokolwiek usłyszeć, czegokolwiek się nauczyć. Zburzone tak doszczętnie, jak w trzy tysiące lat później zburzone zostało państwo Montezumy przez Hiszpanów, tak doszczętnie, że nie pozostało po nim nic poza ruinami, poza martwymi kamieniami, które nie mogły przemówić. Skąd więc to wszystko się brało i ku czemu zmierzało? Pochodzenie i koniec tego bogatego ludu kreteńskiego stanowi jeszcze i dziś zagadkę dla wszystkich archeologów, wszystkich naukowców zajmujących się wczesną historią. Według Homera mieszkało na Krecie pięć rozmaitych ludów. Według Herodota Minos nie był Grekiem, według Tucydydesa był nim. Evans, a więc człowiek, który najwięcej zajmował się tym zagadnieniem, twierdził, że Minos był pochodzenia afrykańskiego, że pochodził z Libii. Eduard Meyer, gruntowny historyk starożytności, ogranicza się do negatywnego stwierdzenia, że Kreteńczycy prawdopodobnie n i e przybyli z Azji Mniejszej. Dorpfeld, dawny współpracownik Schliemanna, jeszcze w 1932 roku, jako osiemdziesięcioletni starzec, polemizuje z tezą Evansa i twierdzi, że sztuka kreteńsko-mykeńska pochodzi z Fenicji, że wbrew tezie wysuniętej przez Evansa nie powstała na Krecie. Gdzież jest nić Ariadny, która by nas wyprowadziła z labiryntu wszystkich tych pro i contra? Tą nicią mogłoby być pismo. Evans przecież dla pisma kreteńskiego przybył na Kretę. Już w 1894 roku opisał pierwsze jego znaki. Znalazł niezliczone inskrypcje obrazkowe, a pod Knossos około 2000 glinianych tabliczek pokrytych znakami jakiegoś pisma linearnego. Ale Hans J ensen jeszcze w 1935 roku w swej źródłowej pracy pt. Die Schrift (Pismo) stwierdza: "Sprawa odcyfrowania pisma kreteńskiego znajduje się jeszcze w powijakach, tak że o jego prawdziwej istocie nie wiemy nic pewnego." Równie zagadkowy jak pochodzenie i pismo państwa kreteńskiego jest też i jego koniec. Różne istnieją co do tego teorie, jedna śmielsza od drugiej. Evans odróżnia trzy fazy zburzenia państwa Minosa. Dwa razy pałac w Knossos odbudowano, za trzecim razem został ostatecznie zburzony. Gdybyśmy spróbowali spojrzeć na dzieje owych czasów z lotu ptaka, ujrzelibyśmy wędrujące hordy, które wtargnęły do Grecji. u jrzelibyśmy bladolicych Achajów przybywających z północy, z krajów naddunajskich, być może z południowej Rosji. Widzielibyśmy, jak barbarzyńscy najeźdźcy napadają na grody śniadych tubylców, jak burzą Mykeny i Tiryns, jak rozpraszając się coraz bardziej, przepływają morze i niszczą Kretę. Niedługo potem ujrzelibyśmy nowe zastępy zbrojnych: to Dorowie wypierają Achajów, wnosząc jeszcze mniej kultury niż tamci. Jeżeli Achajowie byli godnymi Homerowych pieśni najeźdźcami, którzy umieli brać coś " w posiadanie", to Dorowie byli tylko łupieżcami, którzy nie umieli nic więcej, jak tylko burzyć. A jednak to od nich rozpoczynają się dzieje Grecji. Tak przynajmniej twierdzą jedni. A co mówią inni? Evans odkrył, że zburzenie pałacu Minosa musiało nastąpić z gwałtownością kataklizmu. Pompeja była klasycznym przykładem tego rodzaju żywiołowej klęski. Tutaj, na Krecie, Evans natrafił w komnatach pałacu na podobne oznaki zaskoczenia mieszkańców przez śmierć i zniszczenie, na jakie po raz pierwszy d'Elboeuf i Venuti natrafili u podnóży Wezuwiusza: pozostawione w pośpiechu narzędzia, rozpoczęte i nagle przerwane roboty, nie dokończone dzieła Sztuki, po domach równie nagle przerwane zajęcia gospodarskie. w umyśle Evansa zaczęła się krystalizować teoria, którą mu potwierdzało własne doświadczenie. 26 czerwca 1926 roku o godzinie 21.45 leżąc w łóżku czytał książkę. N agle nastąpił podziemny wstrząs. Łóżko zakołysało się, ściany domu zadrżały, przedmioty spadały na podłogę, woda wylała się z wiadra. Ziemia zrazu jak gdyby westchnęła, wydała głęboki jęk, a później zagrzmiała, tak że wydawać się mogło, iż ożył byk Minosa - Minotaur. W strząs trwał niedługo. Gdy ziemia się uspokoiła, Evans wyskoczył z łóżka i wybiegł na ulicę. Popędził do pałacu. Jego rekonstrukcje poszczególnych części budowli - Evans, gdzie tylko mógł, pod- parł je stalowymi dźwigarami i słupami - wytrzymały wstrząs. Lecz w okolicznych wsiach, aż po samą Kandię, stolicę Krety, trzęsienie ziemi wyrządziło straszliwe spustoszenia. Dla Evansa to osobiste przeżycie stało się potwierdzeniem jego teorii. Punktem wyjścia tej teorii był fakt, że Kreta jest jednym z terenów Europy najczęściej nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Tylko siła takiego kataklizmu, który nagle wstrząsał ziemią, tak że tworzące się w niej rozpadliny pochłaniały dzieła rąk ludzkich - tylko taka siła mogła do tego stopnia zniszczyć pałac Minosa, że poza kilkoma nędznymi chatami nic już nie dało się na jego gruzach wybudować. Tyle Evans. Są tacy, którzy nie podzielają jego zdania. Kiedyś i ta sprawa będzie wyjaśniona. Evansowi udało się zamknąć krąg, którego pierwsze przebłyski ujrzał pod zgliszczami Myken niezachwiany w swej . wierze Schliemann. Obaj byli odkrywcami. Teraz przyszedł czas, aby głos zabrali interpretatorzy, ci, którzy odnajdą nić Ariadny. Gdzie pali się lampa oświetlająca biurko człowieka, który w przyszłości odcyfruje pismo kreteńskie? Lampa rzucająca tak dalekie światło, by mogło rozjaśnić nieprze byte mroki, w które spowita była przez tysiące lat inna, nie znana nam Europa ? Tymi pytaniami zakończyłem w 1949 roku ten rozdział. Tymczasem w połowie 1950 roku przyszła już pierwsza na nie odpowiedź; Ernst Sittig, profesor w Tybindze, rozwiązał jakoby ów problem - problem, nad którym badacz fiński Sundwall mozolił się przez czterdzieści lat, nad którym później pracowali Niemiec Bossert, Włoch Meriggi, czeski uczony Hrozny (znany z odcyfrowania hetyckich tekstów klinowych w Bogazkoy ), aż w końcu Alice Kober w Nowym J or ku w 1948 roku z rezygnacją stwierdziła: "Nieznany język, pisany nieznanym pismem, nigdy go nie można będzie odczytać..." Zdawało się więc, że odkrycie Sittiga oznacza wielki triumf nauki. On pierwszy z całą konsekwencją zastosował do filologii antycznej wykształconą w ciągu dwóch wojen światowych sztukę (a także naukę) odcyfrowywania szyfrów wojskowych, opartą na danych statystycznych i mate- matycznych oraz obliczeniach częstotliwosci. Zrazu sądził, że odczytał jedenaście, a potem nawet trzydzieści znaków tzw. "kreteńskiego pisma linearnego B". Ale w połowie 1953 roku sytuacja znowu się zmieniła. Młodemu Anglikowi Michaelowi V entris wpadła w ręce gliniana ta bliczka wykopana przez Blegena w Pylos. Wykazywała ona ugrupowanie znaków, z jakim się Sittig do tego czasu nigdy nie spotkał, a które genialny Ventris - z zawodu architekt, a więc znowu outsider - zdołał ponad wszelką wątpliwość odczytać jako grekę. Przekreśliło to interpretacje 8. Fragment kreteńskiego pisma obrazkowego, odtworzonego z dysku, który Evans odnalazł na Krecie. podane przez Sittiga; z jego trzydziestu tłumaczeń zaledwie trzy były prawidłowe. Odtąd jednak rozpoczęła się i długo trwać jeszcze będzie walka o wyjaśnienie innych, nie zgłębionych dotychczas tajemnic. Filologia antyczna jest wprawdzie bliska ostatecznego odcyfrowania pisma kreteńskiego: większość tabliczek kreteńskich jest czytelna. Co jednak było powodem, że na Krecie, w tym ognisku samoistnej, wysoko rozwiniętej kultury, na sześćset lat przed Homerem pisano własnym pismem w języku Greków , naówczas bynajmniej jeszcze niewysoko rozwiniętego plemienia? Czyżby istniało obok siebie kilka języków greckich? A może w naszej chronologii wczesnogreckiej coś się nie zgadza ? Może na wet Homer znowu staje się problemem? W 1963 roku oksfordzki profesor Leonard R. Palmer miał dosyć odwagi, by w swej książce Mycenaeans and Minoans ("Mykeńczycy i Minojczycy. Prehistoria egejska w świetle tabliczek linearnych B") wystąpić z nowymi interpretacjami. Został jednak tak gwałtownie zaatakowany przez fachowców i wytknęli mu oni tyle błędów, że musiał już po dwóch latach opublikować "znacznie poprawione i uzupełnione" wydanie. Cóż, dalsze lata badań przyniosą wyjaśnienie tych spraw. My zaś tymczasem przenieśmy się do innego kraju, którego pismo również przez długi czas stawiało nas przed zagadką (rozwiązaną, jak dalej zobaczymy, w sposób nieomal dramatyczny), do kraju, ktÓry od początku przemawiał do nas językiem najbardziej gigantycznych pomników, jakie pozostawił nam świat starożytny - do kraju nad Nilem. II. KSIĘGA PIRAMID Żołnierze! Czterdzieści wieków spogląda na was! Napoleon Ci, co wznieśli te budowle z granitu, co obmurowali ha1ę w Piramidzie, co tą piękną pracą piękne stworzyli rzeczy... grobowce ich są równie puste jak groby ludzi zmęczonych, którzy umierają na brzegu nie pozostawiając po sobie nikogo bliskiego. Przypowieść staroegipska. O Matko Nut! Rozpostrzyj nade mną swe skrzydła jako gwiazdy wiekuiste! Napis na trumnie Tutanchamona. Rozdział dziewiąty O PEWNEJ KLĘSCE, KT6RA STAŁA SIE ZWYCIĘSTWEM Dwaj ludzie dali początek archeologicznemu odkryciu Egiptu: Napoleon I i Vivant Denon. Cesarz i baron. W ódz i artysta. Część drogi odbyli razem. Znali się dobrze, ale z istoty swej nic nie mieli ze sobą wspólnego. Gdy sięgali po pióra, u jednego powstawały rozkazy, dekrety i kodeksy, u drugiego frywolne, rozwiązłe, ba, pornograficzne nowele i rysunki przechowywane j ako sekretne osobli wości. Napoleon przydzielając tego człowieka do ekspedycji egipskiej jako współpracownika do spraw sztuki zrobił jedno z owych szczęśliwych posunieć, które dopiero potomność umie ocenić. 17 października 1797 roku podpisany został pokój w Campo Formio. Kampania włoska była zakończona. Napoleon powrócił do Paryża. "Bohaterskie dni Napoleona minęły. !" - pisał wówczas Stendhal. Mylił się: dopiero się rozpoczynały. Zanim jednak Napoleon zabłysnął niby kometa nad całą Europą, by potem ją spalić, oddawał się "szaleńczej, zrodzonej z chorego mózgu chimerze". Kroczył tam i z powrotem po swej małej izdebce, pożerany ambicją. Porównując się z Aleksandrem Wielkim, r ozpaczając na myśl o rzeczach jeszcze nie dokonanych, pisał: "Paryż ciąży na mnie niby płaszcz z ołowiu! Kretowisko - oto czym jest wasza Europa! Tylko na Wschodzie, gdzie żyje sześćset milionów ludzi, można zbudować wielkie imperia i dokonać wielkich rewolucji." (Dodajmy zresztą, że ogromne znaczenie Egiptu jako bramy do Wschodu zrozumiano na długo przed Napoleonem. Już Goethe przepowiedział budowę Kanału Sueskiego i pod wzgledem politycznym właściwie ją ocenił. A jeszcze wcześniej, bo w 1672 roku, Leibniz w memoriale przedłożonym Ludwikowi XIV trafnie - trafnie z punktu widzenia późniejszego rozwoju politycznego - przedstawił znaczenie Egiptu dla francuskiej polityki imperialnej.) 19 maja 1798 roku Napoleon na czele floty liczącej trzysta dwadzieścia osiem okrętów, mających na pokładzie trzydzieści osiem tysięcy żołnie- rzy (dokładnie tyle, ile miał ich Aleksander Macedoński wyruszając na podbój Indii), wypłynął z Tulonu. Cel: przez Maltę do Egiptu. Plan był godny Aleksandra Wielkiego. Wzrok Napoleona bowiem sięgał dalej niż do Egiptu - sięgał do Indii. Skoro do Anglii nie można było dobrać się w Europie, ta wyprawa zamorska miała ją trafić śmiertelnie w jednym z członów imperium. N elson, dowódca floty angielskiej, krążył przez cały miesiąc po Morzu Śródziemnym. Dwa razy miał już flotę Bonapartego w polu widzenia i dwa razy dał mu się wymknąć. 2 lipca Napoleon stanął na ziemi egipskiej. Nastąpił straszliwy marsz przez pustynię. Ale marsz się skończył i oto żołnierze napoleońscy kąpią się w Nilu. 21 lipca o pierwszym brzasku oczom ich ukazał się Kair. Ze smukłymi wieżami swych czterystu minaretów, z kopułą meczetu Dżami-el-Azhar sprawiał wrażenie wizji z , ,tysiąca i jednej nocy". Ale obok tego bogactwa form pełnych lekkiego wdzięku, obok spowitej w mgłę wczesnego świtu filigranowej ornamentyki, obok całej tej bujnej, bogatej wspaniałości zaczarowanego świata Islamu, na wprost szarofioletowej ściany gór Mokattamu wyłaniały się ze spalonych żółtych piasków pustyni zarysy gigantycznych, odpychających swym zimnem budowli: piramidy w Gizeh, skamieniała geometria, milcząca wiekuistość, świadkowie świata, który był już martwy, gdy Islam jeszcze się nie narodził. Żołnierze nie mie1i czasu oddawać się zachwytom. Tam daleko w pustyni leżała martwa przeszłość, Kair był dla nich kuszącą przyszłością, na razie zaś stali w obliczu twardej wojennej rzeczywistości. Tą rzeczywistością było WOjSkO Mameluków. Dziewięć tysięcy wspaniale wyćwiczonych jeźdźców z lśniącymi jataganami u boku, na drżących z niecierpliwości koniach. A przed tym mrowiem jazdy mameluckiej na śnieżnobiałym rumaku, w zielonym turbanie, cały błyszczący od brylantów - Murad, władca Egiptu, otoczony dwudziestoma trzema bejami. Napoleon wskazał ręką na piramidy. W tej chwili już nie tylko wódz przemawiał do swych żołnierzy, nie tylko psycholog do tłumu, to Europejczyk mierzył się z historią świata. Właśnie tutaj padły słowa: "Żołnierze! czterdzieści wieków spogląda na was!" Starcie się wojsk było straszliwe. Zwyciężył nie zapał mieszkańców Wschodu, zwyciężyły czworoboki europejskich bagnetów. Bitwa zamieniła się w rzeź. 25 lipca Bonaparte wkroczył do Kairu. Zdawało się, że połowa drogi do Indii jest przebyta. Ale 7 sierpnia nastąpiła bitwa morska pod Abukirem. Nelson znalazł wreszcie flotę francuską i spadł na nią jak demon zemsty. Napoleon znalazł się w pułapce. Los egipskiej awantury był przesądzony. Wprawdzie trwała jeszcze rok, przyniosła jeszcze zwycięstwa generała Desaix w Górnym Egipcie, a pod koniec zwycięstwo Napoleona w bitwie lądowej pod tymże Abukirem, który był świadkiem zniszczenia jego floty. Ale rok ten przyniósł więcej nieszczęść niż zwycięstw. Przyniósł głód, zarazę morową, a dla wielu uczestników ekspedycji ślepotę wskutek egipskiej choroby oczu, która stała się we wszystkich jednostkach wojskowych zjawiskiem tak nagminnym, że w medycynie przyjęła się dla niej nazwa ophthalmia militaris. 19 sierpnia 1799 roku Bonaparte opuścił po kryjomu swą armię. 25 sierpnia odpłynął z Egiptu na fregacie "Muiron". Stojąc na pokładzie patrzył, jak w dali pogrąża się w morzu wybrzeże kraju faraonów. Odwrócił się i skierował wzrok ku Europie. Pod względem wojskowym wyprawa Napoleona zakończyła się niepowodzeniem. Ale widziana z perspektywy czasu była politycznym otwarciem współczesnego i naukowym odkryciem starożytnego Egiptu. Flota francuska przywiozła nie tylko dwa tysiące armat. Przywiozła także stu pięćdziesięciu "uczonych cywilów", dla których majtkowie znaleźli krótką, równie dosadną, jak nietrafną nazwę: "osły". Przywiozła bibliotekę, w której nie brakło ani jednego niemal dzieła o Egipcie, jakie we Francji można było zdobyć, oraz kilkadziesiąt skrzyń z różnymi aparatami naukowymi i instrumentami pomiarowymi. Wiosną 1798 roku przed wyprawą do Egiptu Napoleon, przemawiając do uczonych w wielkiej sali posiedzeń Institut de France, po raz pierwszy przedstawił im swe plany. Trzymając w ręku dwutomowe dzieło Niebuhra Arabische Reise (Podróż arabska) i dla potwierdzenia swych słów postukując raz po raz palcem w skórzany grzbiet oprawy, wyjaśniał zebranym, jakie zadania nauka ma do spełnienia w Egipcie. Już w kilka dni później na pokładach jego statków stali astronomowie i geometrzy, chemicy i mineralogowie, technicy i orientaliści, malarze i poeci. Był wśród nich pewien dziwny człowiek, którego zalotna Józefina poleciła Napoleonowi jako rysownika. Człowiek ten nazywał się Dominique Vivant Denon. Za Ludwika XV był kustoszem zbiorów antycznych . gemm. Uchodził wtedy za faworyta pani Pompadour. Będąc później sekretarzem poselstwa w Petersburgu cieszył się względami Katarzyny. Światowiec, kobieciarz, uprawiał po amatorsku wszystkie rodzaje sztuki. Pełen złośliwości, sarkazmu i błyskotliwej inteligencji, przyjaźnił się z całym światem. Gdy przebywał na placówce dyplomatycznej w Szwajcarii, był częstym gościem W oltera. To on namalował słynny obraz Śniadanie w Ferney. Inny jego rysunek, wykonany w stylu Rembrandta Hołd pasterzy, przyniósł mu nawet członkostwo Akademii. Wiadomość o wielkiej rewolucji francuskiej zastała go we Florencji, gdzie obracał się w nasyconej sztuką atmosferze toskańskich salonów. Spieszy wtedy do Paryża. I oto on, Denon, wczoraj jeszcze poseł króla francuskiego, bogaty i niezależny gentilhomme ordi- naire, znajduje swe nazwisko na liście emigrantów. Wszystkie jego dobra skonfiskowano, cały pozostały majątek obłożono sekwestrem. Biedny, opuszczony , zdradzony przez wielu przyjaciół, wegetuje w nędznych dzielnicach Paryża, utrzymując się z ulicznej sprzedaży swych rysunków. Włóczy się dokoła placów targowych, widzi, jak na placu Greve spadają pod gilotyną głowy wielu jego dobrych znajomych. W końcu niespodziewanie znajduje protektora. Jest nim Jacques Louis David, wielki malarz rewolucji. Denon wykonuje miedziorytowe kopie projektowanych przez Davida strojów, które miały zrewolucjonizować również modę. Zyskuje sobie życzliwość Robespierre'a. Ledwo zdążył strzepnąć z siebie błoto dzielnicy Montmartre i stanąć na gładkim parkiecie nowych możnowładców, a już rozwija swe talenty dyplomatyczne. Robespierre zwraca mu majątek i skreśla go z listy emigrantów. Denon poznaje wtedy Józefinę Beauharnais, zostaje przedstawiony Napoleonowi, podoba mu się, i oto jest uczestnikiem ekspedycji egipskiej. Powróciwszy znad Nilu, Denon, teraz już doświadczony, szanowany człowiek, który zrobił karierę, otrzymuje stanowisko generalnego dyrektora wszystkich muzeów. Towarzysząc Napoleonowi w zwycięskim pochodzie przez EuroPę, "szabruje", gdzie tylko się da, dzieła sztuki (nazywa to "kolekcjonerstwem") i zwozi je do Paryża, kładąc podwaliny pod jedno z bogactw Francji. Skoro z takim powodzeniem uprawiał jako dyletant rysunek i malarstwo, czemuż nie miałby odnosić takich samych sukcesów na polu literatury? Gdy na jakimś zebraniu towarzyskim pada z czyichś ust twierdzenie, że nie można napisać pra wdzi wej historii miłosnej nie popadając w sprośność, Denon zakłada się, że jest to możliwe. Już po dwudziestu czterech godzinach przedkłada swym partnerom nowelę Le Point de Lendemain, którą zyskał sobie szczególne miejsce w literaturze. Nowela ta, zdaniem wielu znawców, jest najsubtelniejszym utworem tego gatunku literackiego. Balzac wyraził się o niej, że "dla żonatych jest ona wyższą szkołą życia, a dla kawalerów wybornym obrazem obyczajów ubiegłego stulecia". To Denon również jest autorem wydanego po raz pierwszy w 1793 roku zbioru sztychów Oeuvre Priapique, który dotrzymuje obietnicy zawartej w tytule i którego falliczna niedwuznaczność nie pozostawia nic do życzenia. Ciekawa rzecz, że nawet archeologowie bliżej zajmujący się Denonem zdają się nic nie wiedzieć o tej stronie jego działalności, a co najzabawniejsze, nawet tak sumienny historyk kultury jak Eduard Fuchs, który jako badacz obyczajów cały ustęp w swym dziele poświęcił Denonowi pornografowi, ani słowem nie wspomina o znaczeni u Denona jako jednego z pierwszych egiptologów. Ten wszechstronny bowiem, pod niejednym względem zadziwiający człowiek dokonał tylko jednej rzeczy, która zapewniła mu pamięć po- tomnych. N apoleon zdobył Egipt bagnetami i nie zdołał go potem utrzymać dłużej niż rok, on natomiast, Denon, zdobył kraj faraonów ołówkiem rysownika, utrwalił go po wszystkie czasy i od razu, jednym pociągnięciem wprowadził do naszej świadomości. Gdy Denon, do tego czasu lew salonów, stanął na ziemi egipskiej i po raz pierwszy poczuł gorący dech pustyni, gdy oślepiły go jej migocące piaski, popadł w zachwyt, który trwał tak długo, jak długo z coraz to innych olbrzymich rumowisk szło ku niemu tchnienie pięciu tysiącleci. Przydzielono go do sztabu generała Desaix, który w pościgu za uciekającym Muradem, wodzem Mameluków, w szalonym marszu pędził ze swą armią do Górnego Egiptu. Ciesząc się sympatią generała, który mógł być jego synem - Denon miał wówczas pięćdziesiąt jedell:l lat - podziwiany przez żołnierzy, wśród których nie brak było także wyrostków, to wyprzedzał straż przednią, to znów wlókł się w ogonie taborów. Już o świcie nie było go w namiocie. Rysował na biwakach, rysował w marszu, nie rozstawał się ze swym szkicownikiem Spożywając w pośpiechu skromny posiłek. Alarm bojowy! . Denon w wirze potyczki zagrzewa żołnierzy do walki wymachując Swym szkicownikiem. Ale wystarcza, by zauważył jakąś malowniczą scenę, a już zapomina, gdzie się znajduje, i zabiera się do rysowania. Gdy po raz pierwszy stanął przed hieroglifami, nic o nich nie wiedział. Nie było tu nikogo, kto mógłby zaspokoić jego głód wiedzy. Ale na wszekki wypadek robi z nich rysunki. Chociaż laik, okiem nawykłym do szybkiego chwytania sedna rzeczy odróżnia natychmiast trzy rodzaje napisów, które trafnie rozpoznaje jako należące do trzech różnych epok: hierogkify wklęsłe, lekko wypukłe oraz wydrążone - en creux. w Sakkarze rysuje piramidę schodkową, w Denderze - olbrzymie ruiny z czasów późnoegipskich. Biega tam i z powrotem po rozległych gruzowiskach stubramnych Teb. Jest niezmordowany. z rozpaczą dowiaduje się o rozkazie wymarszu, w chwili gdy nie zdążył jeszcze uchwycić ołówkiem wszystkiego, co ukazywało się jego oczom. Jest wściekły, piorunuje, spędza kilku wałęsających się żołnierzy, każe im prędko, w największym pośpiechu odkopać głowę jakiegoś posągu, której wyraz go zafascynował. Tak wśród niezliczonych przygód pochód trwa aż do Assuanu, do pierwszej katarakty Nilu. w Elefantynie Denon rysuje pełną tajemniczego uroku, otoczoną kokumnami kryptę grobową faraona Amenhotepa (Amenophisa) III. Jego znakomity rysunek jest jedyną wiadomością o tym grobowcu, który w 1822 roku został rozebrany. A gdy kolumna wojsk francuskich wyrusza w drogę powrotną, odnosi zwycięstwo pod Sedimanem i Murad zostaje pobity na głowę, baron Dominique Vivant Denon wiezie do Francji niezliczone rysunki - zdobycz znacznie cenniejszą niż łupy żołnierzy, którzy wzbogacili się mamelucką biżuterią. Mimo że widok tych obcych światów oddziaływał potężnie na jego wyobraźnię artystyczną, dokładność rysunkÓw nigdy na tym nie ucierpiała. Trzymał się owego, tak pożytecznego rÓwnież dla nauki, realizmu dawnych rytownikÓw, ktÓrzy nie pomijali żadnego szczegółu, nic nie wiedzieli ani o impresjonizmie, ani o ekspresjonizmie, godzili się z tym, że nazywano ich "rzemieślnikami", i bynajmniej nie uważali tego za degradację. Dzięki temu realistycznemu ujęciu rysunki Denona stały się nieocenionym materiałem dla uczonych, dla ich badań, porÓwnań. One też głÓwnie stanowiły materiał, na podstawie którego powstało dzieło, ktÓre zapoczątkowało egiptologię: Description de l'Egypte. W Kairze tymczasem założony został Instytut Egipski. W tym samym czasie, gdy Denon rysował, reszta Komisji Uczonych i historykÓw sztuki badała i zbierała to, co w Egipcie znajdowało się na powierzchni ziemi. A można było ograniczyć się do powierzchni ziemi, bo materiał był tu tak bogaty, tak zupełnie jeszcze nie znany i pełen wszelkiego rodzaju zagadek, że nie zachodziła potrzeba sięgania do łopaty. Obok odlewÓw, notatek, kopii, rysunkÓw , sporządzonych z materiałÓw botanicznych, zoologicznych i mineralogicznych, kolekcja obejmowała dwadzieścia siedem rzeźb, przeważnie fragmentów posągów, oraz kilka sarkofagów. Prócz tego zawierała jeszcze jedno niezwykłe w swoim rodzaju znalezisko: stelę z czarnego polerowanego bazaltu. Kamień ten, na ktÓrym wyryta była w trzech różnych językach i trzech różnych pismach inskrypcja, zasłynął jako "trójjęzyczny kamień z Rosetty" i miał stać się ni mniej, ni więcej tylko kluczem do wszystkich tajemnic Egiptu. Ale we wrześniu 1801 roku, po kapitulacji Aleksandrii, Francja po długich oporach musiała wydać Anglii wszystkie zdobyte przez Bonapartego egipskie zabytki. Transport ten przejął generał Hutchinson. Król Jerzy III przekazał te bezcenne przedmioty, należące wówczas do największych rzadkości, Muzeum Brytyjskiemu. Zdawało się, że Francja mimo położonych zasług nie odniesie żadnej z nich korzyści, że rok pracy został zmarnowany, że na nic poszła ofiara wielu uczonych, którzy dotknięci chorobą egipską stracili wzrok. Ale niebawem okazało się, że to, co dostało się do Paryża, wystarczało d1a całej generacji uczonych, wszystkie bowiem bez wyjątku znaleziska skopiowano. Pierwszym człowiekiem, ktÓry zaprezentował światu widomy i trwały owoc ekspedycji egipskiej, był Denon, wydając w 1802 roku swe dzieło V oyage dans la Haute et la Basse Egypte (PodrÓż po GÓrnym i Dolnym Egipcie). Jednocześnie Francois Jomard, w oparciu o całość materiałów Komisji Uczonych, a w szczególności o ma teriały Denona, przystąpił do opracowania jedynego w swoim rodzaju w dziejach archeologii dzieła, które za jed- nym zamachem ukazało współczesnemu światu znaną dotąd ty lko niewielu podróżnikom kulturę, wprawdzie nie mginioną jak Troja, lecz nie mniej od niej odległą i nie mniej zagadkową Opracowane przez Jomarda dzieło Description de l' Egypte obejmowało dwadzieścia cztery grube tomy. Ukazywały się one kolejno w ciągu czterech lat - od 1809 do 1813 roku. Sensacja, jaką wówczas wywołały, daje się tylko porównać z sensacją wzbudzoną przez pierwszą publikację Botty o odkopaniu Niniwy i przez późniejszą książkę Schliemanna o Troi. Dziś, w czasach maszyny rotacyjnej, trudno zdać sobie sprawę ze znaczenia, jakie miały wtedy wspaniałe wydawnictwa albumowe z niezliczoną ilością sztychów w kosztownej oprawie, dostępne jedynie dla ludzi zamożnych, ale też przechowywane przez nich jako skarby nauki. Dziś każde ważniejsze odkrycie naukowe obiega natychmiast cały świat, za pośrednictwem ilustracji, filmu, prasy i radia dochodzi do wiadomości milionów ludzi, spotyka się z innymi publikacjami, jedną głośniejszą od drugiej. Każdy może sobie te publikacje kupić i każdy zaraz je zapomina, bo już inne, nowsze przyciągają jego uwagę. Dziś niczego się nie przechowuje. Rzeczy cenne giną w powodzi bezwartościowej tandety. Toteż w naszych czasach możemy się co najwyżej domyślać podniecenia, jakie ogarnęło ludzi, gdy trzymali w ręku pierwsze tomy Description Jomarda, gdy patrzyli na rzeczy nigdy dotąd nie widziane, czytali o rzeczach nigdy nie słyszanych, dowiadywali się o życiu, o którego istnieniu nie mieli pojęcia, i rzucali spojrzenie w głąb tysiącleci. Ludzi tych, dostępniejszych niż my dla uczucia pietyzmu, przejmowało to dreszczem zgrozy i podziwu. Egipt bowiem był stary. Był starszy od każdej innej kultury, o której do owej pory słyszano. Był stary już wówczas, gdy pierwsze zebrania na Kapitolu kładły podwaliny pod politykę rzymskiego imperium światowego. Był stary i zszedł już z areny dziejów wówczas, gdy w lasach północnej Europy Germanie i Celtowie polowali na niedźwiedzie i lwy. W okresie gdy pierwsza dynastia egipska objęła panowanie nad krajem, zapoczątkowując datowaną historię Egiptu, to znaczy okrągło pięć tysięcy lat temu, istniała już w tym kraju godna podziwu formacja kulturowa. A gdy wymarła i zginęła ostatnia, dwudziesta szósta dynastia, upłynęło jeszcze pięćset lat, zanim rozpoczęła się nasza era. Egiptem rządzili Libijczycy, Etiopowie, Asyryjczycy, Persowie, Grecy i Rzymianie, nim zabłysła gwiazda betlejemska. Oczywiście, wiedziano o kamiennych cudach nad Nilem. Ale były to wiadomości raczej legendarne, oparte na małej znajomości rzeczy. Niewiele tylko zabytków dostało się do muzeów, niewiele było dostępnych 9. Jeden z najstarszych zabytków sztuki egipskiej, przedstawiający, być może, Menesa, założyciela I dynastii. Wiek: ok. 5000 lat. dla publiczności. Podróżny zwiedzając Rzym mógł podziwiać lwy na schodach wiodących do Kapitolu (dzisiaj tych lwów tam już nie ma), jak również posągi kilku królów z dynastii Ptolemeuszów wykonane w czasie, gdy świetność Egiptu dawno już minęła, a szeroko promieniowała nowa świetność - Grecji aleksandryjskiej. Znano już też wtedy parę obelisków (dwanaście z nich stało w Rzymie), płaskorzeźby w pałacach kardynałów, skarabeusze, rzeźby odtwarzające święte dla Egipcjan żuki, dla swych tajemniczych znaków używane w Europie jako amulety, a później jako ozdoby i sygnety. To wszystko. W ówczesnych paryskich księgarniach mało można było znaleźć materiałów naukoWYch informujących o Egipcie. W 1805 roku ukazał się wprawdzie znakomity pięciotomowy przekład pism geograficznych Strabona, który podróżował po Egipcie za czasów cesarza Augusta. Przekład ten uprzystępnił wszystkim to, do czego dotąd tylko uczeni mieli dostęp. Wiele ciekawego zawierała także gruba księga Herodota, tego najdziwniejszego podróżnika starożytnOŚCi. Któż jednak brał do ręki dzieła Herodota? I w czyjej pamięci żyły wiadomości rozproszone po dziełach innych starożytnych autorów? "Światłością jest szata, którą masz na sobie..." - mówi psalmista. W czesnym rankiem wschodzi słońce na stalowoniebieskim firmamencie i zatacza swe koło. Jest żółte, jaskrawe, skrzące. Odbijają je brązowe, żółte, ochrowe i białe piaski. Cienie odcinają się ostro, jakby rozlany na piasku niebieski atrament, jak wycinanki. W tę wiecznie zalaną słońcem, spieczoną pustynię, która nie zna "pogody i niepogody", nie wie, co to śnieg, grad lub mgła, nie słyszała jeszcze huku grzmotu ani nie widziała błyskawic - w tę pustynię, gdzie spiekota czyni powietrze suchym, pozbawionym bakterii, konserwującym, a ziemię nieurodzajną, zgruzowaciałą, popękaną, O kruszących się skibach, wpada Nil. "Patriarcha Nil", ojciec wszystkich rzek. Przybywa z głębi kraju. Karmiony jeziorami i deszczami spadającymi na ciemną, wilgotną ziemię tropikalnego Sudanu, wzbiera, występuje z brzegów, zalewa piaski, pochłania pustynię i bluzga szlamem, żyznym lipcowym mułem. Tak dzieje się od tysiącleci. Nil podnosi się o szesnaście łokci - w symbolicznej marmurowej grupie w Watykanie szesnaścioro dzieci bawi się dokoła bóstwa rzek a gdy powoli opada i powraca do swego łożyska, syty i zadowolony, pochłonął nie ty lko pustynię, lecz wchłonął także suszę ziemi, suchość piasków. Tam gdzie przetoczyły się jego brunatne wody, rozpoczyna się kiełkowanie, zboże wytryska z ziemi, daje podwójne i czterokrotne plony, przynosi "tłuste lata" , które pozwalają przetrwać "lata chude". Tam co roku na nowo rodzi się Egipt, "dar Nilu", jak nazwał go Herodot dwa i pół tysiąca lat temu, "spichlerz starożytności", bo gdy zdarzało się, że wody Nilu stały za nisko lub podniosły się zbyt wysoko, Rzym głodował. Dziś nad tą krainą górują lśniące kopuły i kruche, strzeliste minarety. Stoją wypełnione różnojęzycznym zgiełkiem miasta, przez które przetacza się tłum l udzi stu ras i wszystkich kolorów skóry. fellachowie, Arabowie, Nubijczycy, Berberowie, Koptyjczycy, Beduini, Murzyni. A tuż obok wznoszą się ruiny świątyń, grobów, sal kolumnowych - pozdrowienie z innego świata. Tu, w pozbawionej cienia pustyni, którą słońce obrało sobie za poligon, wznosiły się ustawione szeregiem piramidy, olbrzymie grobowce królów - sześćdziesiąt siedem w samej okolicy Kairu. Jedna z nich była zbudowana z dwóch i pół miliona kamiennych bloków, które sto tysięcy niewolników znosiło tu w ciągu d wudziestu lat. Tutaj również spoczywał jeden ze sfinksów, pół zwierzę, pół człowiek. A że służył za cel Mamelukom, którzy strzelali doń ze swych armat, więc jego lwia grzywa była rozbita, a z nosa i oczu pozostały tylko puste jamy. Szeroko rozpostarty na swych łapach, odpoczywał od tysiącleci, czekając na dalsze wieki - na wieczność. A był tak ogromny, że Tutmos - myśląc, iż dopomoże mu to do zdobycia tronu - mógł między jego łapami wybudować kaplicę. Tutaj też ostre jak igły, strzegące bram świątyń, podnosiły się ku niebu na wysokość dwudziestu ośmiu metrów obeliski, drogowskazy pustyni, zbudowane ku czci królów i bogów. Były tu poza tym świątynie w grotach i pieczarach, posągi zmarłych - od , ,wójta" wiejskiego do boskiego faraona - sarkofagi, kolumny, pylony, rzeźby wszelkiego rodzaju, płaskorzeźby i malowidła. W nie kończących się szeregach przesuwały się na nich procesje ludzi, którzy niegdyś panowali nad Egiptem. Sztywni, wyprostowani, w każdym ruchu majestatyczni, byli zawsze przedstawiani z profilu, zawsze w drodze do jakiegoś celu: "życie Egipcjan polegało na 10. Fronton świątyni z Edfu. wędrówce ku śmierci". To świadome zdążanie do określonego celu jest w egipskich reliefach ściennych tak silnie podkreślone, że jeden z nowoczesnych filozofów kultury uznał, iż "Droga" jest prasymbolem egipskiej kultury o równie głębokim znaczeniu, jak w naszej kulturze "Przestrzeń", a w greckiej "Ciało". Na tym ogromnym cmentarzysku pomnikÓw - największym, jakie zna nasz świat - wszystko było pokryte hieroglifami. Pokryte zagadkowymi znakami, obrazkami, zarysami, aluzjami, tajemniczymi szyframi, symbolami ludzi, zwierząt, legendarnych istot, roślin, owocÓw, narzędzi, odzieży, broni, figur geometrycznych, falistych linii i płomieni. Widać je było wyrżnięte w drzewie, wyryte w kamieniu, wypisane na niezliczonych papirusach. Znajdowały się na ścianach świątyń, w komorach grobowych, na tablicach pamiątkowych, na trumnach, stelach, posągach, rzeźbach przedstawiających bogów, na skrzyniach i naczyniach, ba na wet na przyborach do pisania i laskach. Mogłoby się zdawać, że Egipcjanie byli najchętniejszym do pisania narodem spOŚród wszystkich narodÓw świata: "Kto zechciałby zrobić odpisy z inskrypcji samej tylko świątyni w Edfu i pisałby od rana do wieczora, nie skończyłby tej pracy nawet za dwadzieścia lat." Ten oto świat ukazywała Jomardowska Description de l'Egypte Europie i jej badaczom, którzy wyruszyli na wędrówkę w daleką przeszłość. z inicjatywy Karoliny, siostry Napoleona, z nową energią prowadzono wtedy wykopaliska w Pompei. Nauczywszy się od Winckelmanna pierwszych metod prowadzenia badań archeologicznych, uczeni pragnęli je czym prędzej wypróbować. Obsypawszy dzieło Jomarda Description de l'Egypte tyloma pochwałami, musimy poczynić co do niego także pewne zastrzeżenia. Zawarty w nim materiał w postaci opisów, rysunków i kopii był wprawdzie bogaty, ale w części, która dotyczyła Starego Egiptu, poprzestawał na pokazywaniu jego zabytków. Autorzy przeważnie niczego nie tłumaczyli, a jeżeli to czynili, to tłumaczyli błędnie. W szystkie ukazywane przez nich pomniki były nadal nieme i martwe. Wszelkie próby autorów Description, by wnieść w ten materiał jakiś ład i porządek, wypływały z wyczucia, a nie z poznania. Hieroglify były nieczytelne, wszystkie znaki - niezrozumiałe, język - obcy. Description pokazywała zupełnie nowy świat; ale ten nowy świat, gdy chodzi o jego powiązania, ład i znaczenie, był nadal całkowitą zagadką. Iluż rzeczy można by się dowiedzieć, gdyby się komuś udało odczytać hieroglify. Ale czy to było w ogóle możliwe? "Problem - mówił wielki paryski orientalista de Sacy - jest zbyt zawiły, jest naukowo nierozwiązalny." Ale czyż pewien skromny niemiecki nauczyciel z Getyngi nazwiskiem Grotefend nie wydał dopiero co małej książeczki, która wskazała drogę do odcyfrowania tekstów pisma klinowego z Persepolis, i czyż nie przedstawił już pierwszych wyników swej pracy? A przecież Grotefend rozporządzał niezmiernie skąpym materiałem, podczas gdy inskrypcje hieroglifowe były dostępne w niezliczonych ilościach. I czyż nie istniała znaleziona przez pewnego żołnierza napoleońskiego dziwna czarna płyta z bazaltu? Wszak nie tylko uczeni, ktÓrzy ją widzieli, ale nawet gazeta, podając pierwszą o niej wiadomość, twierdziła, że ten szczęśliwy przypadek daje klucz do odcyfrowania hieroglifów. Gdzież więc był człowiek zdolny zrobić użytek z tej płyty? Krótko po jej znalezieniu "Courrier de l'Egypte" przyniósł o tym wiadomość pod rewolucyjną datą: "Le 29 fructidor VII-e annee de la Republique. Rosette, le 2 fructidor, an 7." Dziwny przypadek zrządził, że egzemplarz tej wydawanej w Egipcie gazety trafił do rodzinnego domu człowieka, ktÓry w dwadzieścia lat później w genialnej, jedynej w swoim rodzaju pracy odczytał inskrypcje czarnej płyty, a tym samym rozwiązał zagadkę hieroglifów. Rozdział dziesiąty CHAMPOLLION I TRÓJJĘZYCZNY KAMIEŃ Z ROSETTY Gdy dr Gall, słynny frenolog dla spopularyzowania swej nauki o czaszkach wędrował od miasta do miasta, przez jednych podziwiany i szanowany, przez innych wyśmiewany i oczerniany, w Paryżu przy okazji jakiegoś towarzyskiego spotkania przedstawiono mu młodziutkiego studenta. Gall zmierzywszy od razu oczyma czaszkę swego vis a vis wykrzyknął ze zdumieniem: "Ach, cóż za geniusz językowy!" Istotnie, stojący przed nim szesnastoletni student znał wówczas - o czym frenolog nie mógł wiedzieć, chyba że cała ta scena była jedną z jego dobrze zaaranżowanych szarlatanerii - poza łaciną i greką jeszcze pół tuzina wschodnich języków. W XIX wieku przyjął się pewien rodzaj opisów biograficznych, których autorzy z gorliwością wykazywali na przykład, że Descartes jako trzyletni chłopiec na widok popiersia Euklidesa zawołał: "Ach! , lub gromadzili rachunki, które Goethe płacił swej praczce, aby i w zestawieniu żabotów i mankietów wykazać jego lwi pazur. Pierwszy przykład można uważać za metodologiczny wybryk, drugi po prostu za bzdurę. Ale z takich źródeł powstają anegdoty, a cóż można mieć przeciw anegdotom? Nawet historia o trzyletnim Descarcie warta jest felietonu, byle był napisany lekko i odrywał się od wszystkich rozmyślań o sprawach poważnych, które 00 dnia przez d wadzieścia cztery godziny wypełniają życie człowieka. A więc i my nie lękajmy się opowiedzieć o cudownych narodzinach Champolliona. Matka jego była całkowicie sparaliżowana. Gdy wszyscy lekarze bezsilnie opuścili ręce, mąż, Jacques Champollion, właściciel księgarni w małej francuskiej mieścinie Figeac - kazał w połowie 1790 roku zawezwać do jej łoża "cudotwórcę" Jacquou. Miasteczko Figeac leży w południowo-wschodniej Francji, w Delfinacie, w "prowincji siedmiu cudów", jednej z najpiękniejszych części Francji, którą Bóg i tak już obrał sobie za siedzibę. Mieszkańcy Delfinatu to ludzie twardzi i konserwatywni. Trudno ich zbudzić z letargu, ale raz z niego zbudzeni, zdolni są do bezgranicz- nego fanatyzmu. Są to przy tym pobożni katolicy ze skłonnościami do mistycyzmu i cudów. Cudotwórca - fakt ten, jak i to, co dalej nastęPuje, potwierdza wielu świadków - kazał ułożyć chorą na gorących ziołach, dawać jej gorące wino i zapowiedział szybkie wyleczenie. Ponadto, ku najwyższemu zdumieniu całej rodziny, przepowiedział, iż wkrótce urodzi ona chłopca, dodając, że dziecko to, dziś jeszcze znajdujące się w łonie matki, dostąpi wielkiej sławy, która przetrwa wieki. Trzy dni później chora wstała z łóżka. A 23 grudnia 1790 roku o godzinie drugiej w nocy urodził się Jean-Francois Champollion, który wsławić się miał odcyfrowaniem hieroglifów. Oba proroctwa spełniły się. Jeżeli dzieci spłodzone przez diabła mają końskie kopyto, to nikogo nie zdziwią pomniejsze znamiona u dziecka, w którego przyjście na świat wmieszany był czarownik. U małego Francois lekarz ku wielkiemu swe- mu zdziwieniu stwierdził żółtą rogówkę, właściwą tylko ludom wschodnim, zdarzającą się u Europejczyków niezmiernie rzadko. Prócz tego niemowlę miało niezwykle ciemną, omal że brązową cerę, a i cały owal twarzy był zdecydowanie wschodni. Wszystko to sprawiło, że w dwadzieścia lat później Champolliona nazywano "Egipcjaninem". Champollion był dzieckiem rewolucji. W e wrześniu 1792 roku w Figeac dowiedziano się o ogłoszeniu republiki. Od kwietnia 1793 roku rozpoczął się okres terroru. Dom rodzinny Champolliona stał o trzydzieści kroków od Place d' Armes (później plac ten nazwano jego imieniem), na którym zasadzono Drzewo Wolności. Pierwszymi dźwiękami, które doszły do uszu małego Francois, była burzliwa melodia Carmagnoli i płacz ludzi szukających w domu jego ojca schronienia przed rozszalałym plebsem; znajdował się wśród nich pewien ksiądz, który później miał się stać jego na uczycielem. Champollion miał pięć lat, gdy - jak ze wzruszeniem notuje jeden z jego biografów - po raz pierwszy "odcyfrował" tekst pisany. Nauczywszy się go na pamięć i porównując z drukiem, sam bez niczyjej pomocy nauczył się czytać. Jeszcze nie skończył siódmego roku życia, gdy po raz pierwszy usłyszał słowo "Egipt". Padło ono - jak później mówi o tym - "w ułudnym blasku fatamorgany", gdy brat starszy odeń o lat dwanaście powziął zamiar wzięcia udziału w ekspedycji egipskiej; plan ten zresztą nie doszedł do skutku. W Figeac, jak stwierdzają świadectwa szkolne i wypowiedzi współczesnych, Champollion jest złym uczniem. Dlatego w 1801 roku jego brat, sam zresztą zdolny filolog, żywo interesujący się archeologią, zabiera go do Grenoble, by zająć się jego edukacją. Gdy jedenastoletni Francois zaczyna niebawem przejawiać zupełnie niebywałe wiadomości z zakresu łaciny i greki i ze zdumiewającymi wynikami uczy się hebrajskiego, brat, choć sam nieprzeciętnie uzdolniony, przewidując, że Francois zdobędzie kiedyś sławę i przyniesie honor rodzinnemu nazwisku, postanawia przez skromność nosić odtąd nazwisko Champollion-Figeac, a później nawet ty lko Figeac. w tym samym roku z młodym Francois rozmawia Fourier. Słynny fizyk i matematyk brał udział w ekspedycji egipskiej : był sekretarzem Instytutu Egipskiego w Kairze, komisarzem francuskim przy rządzie egipskim, szefem sądownictwa i duszą Komisji Uczonych. Teraz, jako prefekt departamentu Izery, zamieszkał w Grenoble, gdzie od razu zgromadził dokoła siebie najwybitniejsze umysły. Podczas wizytacji jednej ze szkół wdaje się w dłuższą rozmowę z Francois. J est nim żywo zainteresowany , zaprasza go do siebie i pokazuje mu swe egipskie zbiory. Śniady chłopiec patrzy jak urzeczony na pierwsze fragmenty papirusów. Ogląda napisy hieroglificzne na kamiennych płytach. - Czy można to przeczytać? Fourier zaprzecza ruchem głowy. - A ja to odczytam! - mówi mały Champollion z najgłębszym przekonaniem. (Później sam często opowiadał tę historię.) - Odczytam za parę lat. Kiedy dorosnę. Czy nie przypomina nam to innego chłopca, który mówił do swego ojca: "Ja znajdę Troję" - a mówił to z tym samym przekonaniem, z tą samą somnambuliczną pewnością. Jakże różne jednak były drogi, jak z gruntu odmienne metody, które miały jednego i drugiego przywieść do urzeczywistnienia chłopięcych marzeń. Schliemann zdążał do tego celu jako całkowity samouk, Champollion natomiast aIIli na sekundę nie zstępował z wyznaczonej drogi systematycznego naukowego wykształcenia. (Przebywał ją zresztą tak szybko, że pozostawił w tyle wszystkich swych kolegów z ławy szkolnej i uniwersyteckiej.) Schliemann przystępując do swego dzieła nie miał najmniejszego przygotowania fachowego, Champollion przystąpił do swego w pełnym rynsztunku wiedzy, jaką rozporządzało jego stulecie. O to wykształcenie troszczył się jego brat usiłujący poskromić w chłopcu ogromny, nigdy nie nasycony głód wiedzy. Daremne wysiłki. Champollion zapuszcza się w najbardziej odległe tereny nauki, toruje sobie drogę prowadzącą na wszystkie szczyty wiedzy. Mając dwanaście lat pisze swą pierwszą książkę na bardw dziwny temat: Historia sławnych psów. Odczuwając brak uporządkowanej chronologii historycznej, który bardzo przeszkadza mu w studiach, opracowuje tablicę, której nadaje tytuł: Chronologia od Adama do Champolliona młodszego. (Starszy brat zrzekł się rodzinnego nazwiska, przeczuwając, że Francois bardziej je wsławi. Champollion, nazywając siebie "młodszym", wskazuje pośrednio na brata.) tylko mrzonką niedowarzonego sztubaka. Wie, że stoi u progu nowego życia. Widzi przed sobą olbrzymie miasto, centrum Europy, ognisko życia intelektualnego i polityki, ale zarazem i siedlisko międzynarodowych afe- rzystów. Gdy ciężki, trzęsący dyliżans, w którym wraz z bratem tłucze się przez siedemdziesiąt godzin po wyboistej szosie, zbliża się do Paryża, Francois ma za sobą długie godziny rozmyślania. Oscylując między marzeniem a rzeczywistością, widzi oczyma wyobraźni pożółkłe papirusy, w uszach dźwięczą mu słowa dwunastu różnych języków, na barkach zdają się ciążyć zapisane hieroglifami kamienie, a przede wszystkim tajemniczy, czarny bazaltowy kamień z Rosetty. Widział go po raz pierwszy niedawno, przy pożegnaniu z Fourierem. Napisy nie dają mu spokoju. Wtem - szczegół ten również jest autentyczny - nachyla się do brata i kontynuując już na głos swe myśli, z pałającymi w śniadej twarzy oczyma, wypowiada to, o czym dawno potajemnie już marzył: - Odcyfruję hieroglify! Wiem, że je odcyfruję. Jako człowieka, który znalazł kamień Z Rosetty, wymienia się Dhautpoula. Ale Dhautpoul był tylko dowódcą wojsk saperskich, zwierzchnikiem człowieka, który faktycznie znalazł bazaltową płytę. Inne źródła wymieniają jako znalazcę Boucharda. Ale Bouchard był tylko oficerem kierującym pracami fortyfikacyjnymi pod zapadłym fortem Rachid, zwanym już wtedy Fort Julien, o 7,5 kilometra na północny zachód od Rosetty nad Nilem, tylko tym człowiekiem, który później przewiózł trójjęzyczny kamień do Kairu. W rzeczywistości trójjęzyczną bazaltową płytę znalazł jakiś nieznany żołnierz. Nigdy nie dowiemy się, czy przypadkowo był na tyle wykształcony, że natrafiwszy na nią kilofem od razu ocenił jej znaczenie, czy też na widok czarnej płyty, pokrytej od góry do dołu tajemniczymi znakami, zaczął być może, wydawać okrzyki, jakie wydaje człowiek, który boi się popaść pod wpływ jakichś tajemnych mocy . Płyta, która tak niespodzianie wynurzyła się z rumowiska starego fortu, była wielkości blatu stołowego, drobnoziarnista, z czarnego bazaltu. Jedna strona była polerowana. Nosiła trzy napisy, w trzech rzędach, częściowo zwietrzałe i zamazane wskutek długiego tarcia ziarenek piasku, pod którym leżała przez dwa tysiące lat. z tych trzech napisów pierwszy miał czternaście wierszy i był hieroglificzny, drugi dwudziestodwubył trzeci liczył pięćdziesiąt cztery wiersze i był wierszowy, demotyczny, grecki. Grecki! A więc czytelny. A więc zrozumiały. Jeden z napoleońskich generałów, namiętny hellenista, od razu zabrał się do tłumaczenia. Stwierdził, że napis, pochodzący z r. 196 przed Chr., zawiera adres hołdowniczy kapłanów z Memfis do Ptolemeusza V z dziękczynieniami za doznane dobrodziejstwa. Po kapitulacji Aleksandrii płytę wraz z wszystkimi innymi zdobytymi przez Francję zabytkami wydano Anglii. Zawędrowała do Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Ale francuska Komisja Uczonych, jak z wszystkich innych przedmiotów, tak i z tej płyty sporządziła odlewy i kopie. Przewieziono je do Paryża. Zebrali się uczeni i zaczęli porównywać teksty. Tak jest, porównywać, bo już samo uszeregowanie trzech kolumn zdawało się wskazywać na to, że zawierają one jednakowy tekst. JUŻ "Courrier de l'Egypte" mówił o tym, że płyta ta stanowi klucz do bram martwego Egiptu, że dzięki niej "Egipt zostanie objaśniony przez Egipcjan". Zdawało się, że po przetłumaczeniu greckiego napisu nie będzie już rzeczą zbyt trudną ustalić znaki hieroglificzne odpowiadające greckim słowom, pojęciom i nazwom. Praoowały nad tym najtęższe głowy owych czasów. I nie tylko we Francji. Nad odcyfrowaniem kamienia z Rosetty pracowano także w Anglii (na podstawie oryginału), w Niemczech, we Włoszech. Na próżno. Wszyscy bowiem uczeni bez wyjątku wychodzili z fałszywego założenia. Jeśli chodziło o hieroglify, wszyscy trwali przy tradycyjnych pojęciach, które po części sięgały Herodota i które z niesamowitą uporczywością, właściwą tak wielu fałszywym wyobrażeniom ducha ludzkiego, zaślepiały ich umysły. Aby przejrzeć tajemnicę hieroglifów, potrzebny był przewrót w nauce w skali omal że kopernikowskiej, potrzebny był pomysł, który by wyłamując się z wszystkich utartych torów tradycji jak błyskawica rozjaśnił ciemności. Siedemnastoletmi Francois Champollion, wprowadzony przez brata, stanął przed swym przyszłym nauczycielem de Sacy, małym, niepozornym człowiekiem, ale znanym już daleko poza granicami Francji uczonym. Francois nie był ani onieśmielony, ani zmieszany. I tak jak niegdyś Fouriera w Grenoble, tak teraz oczarował de Sacy'ego. Początkowo de Sacy, liczący wtedy pięćdziesiąt lat, uczony, który osiągnął szczyty wiedzy swoich czasów, odniósł się do młodzieńca raczej nieufnie. W swej książce Egipt pod panowaniem faraonów młody Champollion z niesłychaną śmiałością podjął przecież plan, o którym on, de Sacy, poprzednio się wyraził, że nauka jeszcze nie doj .rzała do tego, aby go urzeczywistnić. Później wszakże, w swych wspomnieniach o tym pierwszym zetknięciu się z Champollionem, de Sacy pisze "o głębokim wrażeniu", jakie ono na nim zrobiło. Książka Champolliona - de Sacy znał tylko wstęp - była na przełomie tego roku już całkowicie ukończona. Liczne więc dowody uznania, jakie w siedem lat później towarzyszyły jej ukazaniu się w druku, należały się właściwie autorowi już wtedy, gdy miał siedemnaście lat. Champollion z zapałem zabrał się do studiów. Obojętny na wszystkie pokusy paryża, zakopał się w bibliotekach, biegał od jednego instytutu do drugiego, załatwiał mnóstwo poleceń uczonych, ktÓrzy z Grenoble zasypywali go listami. Studiuje w tym okresie sanskryt, arabski i perski "język włoski Wschodu", jak nazywa go de Sacy - pień, z którego wyrosły wszystkie języki wschodnie, a równocześnie prosi brata o przysłanie mu chińskiej gramatyki - "dla rozrywki". Tak dalece wczuwa się w ducha języka arabskiego, że zmienia mu się głos i że na jakimś towarzyskim spotkaniu pewien Arab, biorąc go za swego ziomka, zaczyna go witać wśród głębokich ukłonów z ceremoniałem muzułmańskiego salemu. Przez same studia tak dalece pogłębia swą wiedzę o Egipcie, że najsłynniejszy wówczas podrÓżnik po Afryce Somini de Manencourt po rozmowie z nim wykrzykuje ze zdumieniem: "Ależ on zna kraj e, o których mówimy, nie gorzej ode mnie!" W rok pÓźniej włada już tak dobrze w słowie i piśmie językiem koptyjskim ("mówię po koptyjsku sam do siebie..."), że przeznaczone do własnego użytku rozprawy i notatki pisze dla nabycia wprawy po koptyjsku pismem demotycznym. A w czterdzieści lat pÓźniej zdarza się przezabawna historia, bo jakiś uczony publikuje któryś z tych tekstów jako egipski oryginał z czasów Antoninów i dodaje doń wyczerpujący komentarz. Mamy tu francuskie pendant do niemieckiej książki Beringera o skamielinach. Przy tym materialnie powodzi mu się bardzo źle. Gdyby nie brat, który z największym poświęceniem przychodzi mu z pomocą, przymierałby głodem. Mieszka w nędznej izdebce niedaleko Luwru, za którą płaci 18 frankÓw czynszu. Zalegając i z tą zapłatą, pisze błagalny list do brata, zaklina go, aby go ratował w opresji. Życiowo niezaradny, nie umie gospodarować swym skromnym budżetem. Ale jest w najwyższym stopniu zdumiony, gdy Figeac pisze mu, że będzie chyba musiał zastawić sWą bibliotekę, jeżeli on, Francois, nie ograniczy swych wydatków. Ograniczyć wydatki? Nosi podarte zelówki, wystrzępiony surdut, wstydzi się wprost pokazać w towarzystwie. Choruje i w ciągu tej wyjątkowo surowej, przejmująco chłodnej i wilgotnej paryskiej zimy nabawia się początków cierpienia, ktÓre później stało się przyczyną jego śmierci. Dwa drobne sukcesy podtrzymują go wtedy na duchu. Cesarz potrzebuje żołnierzy. W 1808 roku zarządzony zostaje generalny pobór rekruta, obejmujący wszystkich mężczyzn od szesnastego roku życia. Champollion jest przerażony. Cała jego natura wzdraga się przed wszelką formą przymusu. On, który przestrzega najsurowszej dyscypliny ducha, drętwieje na widok czworoboków gwardii poddanych bezdusznej dyscyplinie, niwelującej wszelką samodzielność myślenia. Czyż nie widzieliśmy, jak Winckelmann cierpiał z powodu gróźb innego milita- ryzmu? "Są dni - pisze zrozpaczony Francois do Figeaca - kiedy zupełnie tracę głowę!" Brat, który zawsze przychodzi mu z pomocą, pomaga i tym razem. Odwołuje się do wpływowych przyjaciół, pisze niezliczone podania i w końcu Champollion został uwolniony od wiszącej nad nim zmory. Może dalej studiować, może w okresie, gdy dokoła rozlega się tylko szczęk oręża, oddawać się nadal studiom nad martwymi językami. Druga jednak rzecz, która go zajmuje, a raczej tak dalece fascynuje, że chwilami zapomina nawet o grożącym mu powołaniu do wojska to badania nad kamieniem z Rosetty. Ciekawa rzecz. Schliemann, znając w słowie i piśmie wszystkie języki europejskie, wiele razy cofał się przed nauką języka starogreckiego, choć właśnie on był celem wszyst- kich jego marzeń. Cofał się, bo wiedział, że z chwilą gdy zacznie się go uczyć, odda mu się bez reszty. Tak samo Champollion. Wszystkie jego myśli krążą koło kamienia z Rosetty, jakby zwężającą się coraz bardziej spiralą oplatają ten cel wszystkich jego dążeń. A jednak im jest go blizszy, tym bardziej się ociąga, bo wciąż mu się zdaje, że nie posiadł jeszcze całego rynsztunku wiedzy, w którym powinien przystąpić do tego dzieła. Teraz jednak, gdy zupełnie niespodzianie ma przed sobą nową, wykonaną w Londynie kopię kamienia z Rosetty, już nie może się pohamować. Wprawdzie i tym razem nie przystępuje jeszcze do właściwego odcyfrowania tekstu, ogranicza się do porównania napisów z pewnym papirusem, ale od razu udaj e mu się "dla całego szeregu liter znaleźć samodzielnie właściwe wartości". 30 sierpnia 1808 roku pisze do brata: "Przedkładam ci wyniki mego pierwszego kroku!" Przez skromność, z jaką objaśnia swą metodę, przebija po raz pierwszy duma młodego odkrywcy. I właśnie w tym momencie, gdy zrobił pierwszy krok i wie już, że jest na właściwej drodze, wiodącej do sukcesu i sławy, otrzymuje wiadomość, która spada na niego jak grom z jasnego nieba. On, który między sobą a swym celem nie widział nic poza pracą, trudem i wyrzeczeniami, który gotów był na to wszystko i już tak daleko posunął się naprzód, dowiaduje się nagle, że wszystko, czego dokonał, wszystko, w co wierzył, na co liczył i co już wiedział, stało się bezprzedmiotowe, pozbawione wszelkiego sensu: hieroglify są odcyfrowane! Na zupełnie innym polu ludzkich poszukiwań i trudów, w trwającej od dziesiątków lat walce o zdobycie bieguna południowego, zdarzyła się podobna historia. W jeszcze dramatyczniejszej, w jeszcze uchwytniejszej formie występuje w niej moment, który całkowicie odpowiada temu, co obecnie przeżywa Champollion, dowiadując się, że ktoś inny go ubiegł. Gdy kapitan Scott z kilkoma towarzyszami, paroma saniami i psami wśród potwornych trudów zbliżył się wreszcie do bieguna, już tylko na wpół przytomny z głodu i wycieńczenia, ale pełen nieopisanej dumy, że pierwszy osiągnął ten cel, wówczas na bezkresnym śnieżnym polu, które zdobywał jako teren dziewiczy, ujrzał nagle flagę - zatkniętą już na biegunie flagę Amundsena. Przykład, powtarzamy, jest bardziej dramatyczny, bo tu za rozczarowaniem człowieka stała jeszcze ponadto i biała śmierć. Czyż jednak młody Champollion nie odczuwał tego co kapitan Scott? Słaba to pociecha, że w tym tak bogatym w odkrycia stuleciu to samo, co jemu, zdarzyło się dziesiątkom innym. w szyscy oni z pewnością czuli to samo co Scott na widok flagi. Wiadomość uderzyła w Champolliona jak grom, ale i wrażenie jej było równie przemijające jak wrażenie gromu. Flaga Amundsena była niezbitym faktem, świadczyła o bezspornym zwycięstwie. Odcyfrowanie hieroglifów takim niezbitym faktem jeszcze nie było. Champollion dowiedział się o nim na ulicy. Szedł właśnie do College de France. Zakomunikował mu to z największym przejęciem kolega, nie podejrzewając nawet, o co od dawna walczy Champollion, o czym marzy, nad czym pracuje przez niezliczone dni i noce, w imię czego cierpi biedę, znosi głód i upokorzenia. Teraz jest przerażony, widząc, jak Champollion słania się na nogach i wspiera się na jego ramieniu. - Odcyfrował je Alexandre Lenoir! - mówi. - Jego praca dopiero co się ukazała. Jest to właściwie broszura Nouvelle explication, całkowite odcyfrowanie hieroglifów. Pomyśl, jakie to ma znaczenie! Kom u to mówi! - Lenoir? - pyta Champollion. Kręci głową. Budzi się w nim iskierka nadziei. Jeszcze wczoraj widział się z Lenoirem. Zna go od roku. Lenoir jest cenionym naukowcem, ale dalibóg, nie geniuszem. - To niemożliwe - powiada Champollion. - Nikt o tym nie mówił. Sam Lenoir nie wspomniał o tym ani słowem. - To cię dziwi? - odpowiada kolega. - Któż przed czasem rozgłasza podobne odkrycie? Champollion już chce biec dalej. - K tóry księgarz to wydał? Szybko oddala się. Drżącymi rękami odlicza na zakurzonej ladzie księgarni frankowe monety. Dotąd sprzedano zaledwie kilka egzemplarzy broszury. Pędzi do domu, rzuca się na wytartą otomanę i zaczyna czytać. w parę chwil później zacna wdowa Mecran, zajęta w swej kuchni, nagle odstawia garnki na stół: z pokoju jej lokatora dochodzi jakiś piekielny hałas. Przerażona, nasłuchuje, potem wybiega z kuchni i otwiera drzwi. Francois Champollion leży na otomanie, ciało jego wygięte jest w pałąk, z ust wydobywają się jakieś nieartykułowane dźwięki, ale nie ma żadnej wątpliwości: śmieje się, zanosi od nieopanowanego, histerycznego śmiechu. w ręku trzyma książkę Lenoira. Odcyfrowanie hieroglifów? Tu ktoś za wcześnie zatknął swą flagę! Champollion jest dostatecznie zorientowany , by móc natychmiast osądzić, że wszystko, co twierdzi Lenoir, jest wierutną, wyssaną z palca bzdurą. Cała jego teoria to mieszanina fantazji i błądzącej po manowcach uczoności. Niemniej wstrząs był okropny. Champollion nigdy go nie zapomni. Przeżycie to dowiodło mu, jak bardzo już wewnętrznie zrósł się ze swym zadaniem - od dawna wszak pragnął zmusić martwe obrazy i znaki, żeby przemówiły. Gdy wycieńczony zasypia, prześladują go dziwne sny. z kłębu sennych widziadeł dochodzą go jakieś egipskie głosy. Sen uprzytamnia mu to, co w trudach i kłopotach codziennego życia nieraz się zacierało: że jest opętańcem, że opętały go hieroglify, że cierpi na idee fixe. Ale we wszystkich tych snach widzi siebie u celu. Teraz cel ten wydaje mu się uchwytny. I gdy tak przewraca się z boku na bok, osiemnastoletni Champollion nawet nie podejrzewa, że minie jeszcze dwanaście lat, zanim go osiągnie. Nie wie, że czeka go wiele niepowodzeń i przeszkód, że on, który w myślach ma tylko hieroglify i kraj faraonów, pewnego dnia pójdzie na wygnanie jako zdrajca stanu. Rozdział jedenasty ZDRAJCA STANU ODCYFROWUJE HIEROGLIFY Champollion jako dwunastoletni chłopiec uczył się Starego TeGdy stamentu z tekstu oryginalnego, w pewnym wypracowaniu wypowiedział się za republikańską formą rządu jako jedynie słuszną. Wychowany w ideologii przygotowanej przez wiek Oświecenia, a wyzwolonej przez wielką rewolucję, cierpiał później z powodu nowego despotyzmu, który przejawiał się już w edyktach i dekretach Republiki, a po koronacji Napoleona na cesarza zupełnie otwarcie pokazał swoje oblicze. W przeciwieństwie do swego brata nie uległ urokowi Napoleona. Pozostał krytyczny mimo wszystkich sukcesów i nawet w myślach nie towarzyszył orłom francuskim w ich zwycięskim pochodzie. Nie tu miejsce śledzić polityczny rozwój Champolliona. Czy mamy jednak przemilczeć, że On, egiptolog, wiedziony nieprzezwyciężonym pragnieniem wolności, ze sztandarem w ręku zdobywał cytadelę Grenoble? Chociaż cierpiał pod twardymi rządami Napoleona, nie znosił Burbonów i własną ręką zdarł z wieży cytadeli powiewającą na niej chorągiew z liliami, zatykając trójbarwny sztandar rewolucji. Teraz w sztandarze tym, który piętnaście lat łopotał na czele hufców napoleońskich przemierzających całą Europę, widział symbol nowej wolności. Champollion znowu przebywał w Grenoble. Jego nominacja na profesora historii na tamtejszym uniwersytecie nosi datę 10 lipca 1809 roku. Mając więc dziewiętnaście lat wykładał jako profesor w tych samych murach, w których niedawno sam jeszcze studiował. Byli wśród jego studentów młodzi ludzie, którzy jeszcze przed dwoma laty siedzieli z nim na jednej ławie szkolnej. Czy można się dziwić, że w tych warunkach stał się przedmiotem zawiści i że oplatała go sieć intryg? Knuli je przeciw niemu zwłaszcza starsi profesorowie, ktÓrzy uważali się za pominiętych, skrzywdzonych i upośledzonych. I jakież to idee głosił ten młody profesor historii! Głosił, że najwyższym celem badań historycznych jest poszukiwanie prawdy, przez prawdę zaś rozumiał prawdę absolutną, a nie bonapartystyczną czy burbońską. Domagał się wolności nauki, przez co znowu rozumiał wolność absolutną, a nie taką, której dekrety i zakazy zakreślają granice i od której żąda się zrozumienia konieczności podyktowanych żądzą władzy. Domagał się więc tego, co głosiły fermentujące umysły pierwszych dni wielkiej rewolucji, a co od tego czasu z roku na rok coraz jawniej zdradzano. Toteż Champollion siłą rzeczy musiał popaść w konflikt spowodowany rozwojem wydarzeń. Nigdy nie sprzeniewierzył się swym ideom, często jednak upadał na duchu. w listach do brata przytacza sentencje, które kto inny na jego miejscu zaczerpnąłby prawdopodobnie z ostatnich słów Wolterowskiego Kandyda, ale które on czerpie wprost ze świętych ksiąg Wschodu: "Wykarczuj swe łany! Lepiej - tak mówi Zendawesta zaorać szeŚĆ ćwierci ziemi niż wygrać dwadzieścia cztery bitwy." I dodaje. "Najzupełniej podzielam to zdanie." A wkrótce potem, uwikłany w coraz liczniejsze intrygi, co przyprawia go niemal o chorobę, a na skutek machinacji kolegów skazany na jedną czwartą poborów, pisze znowu do brata: "Los mój jest przesądzony. biedny jak Diogenes spróbuję kupić sobie beczkę oraz worek, który będzie mi służył za odzienie. Potem będę żył nadzieją, że znani ze swej wspaniałomyślności Ateńczycy zapewnią mi utrzymanie." Pisze satyry przeciw Napoleonowi. Ale gdy Napoleon zostaje ostatecznie obalony i 19 kwietnia 1814 roku sprzymierzeni wkraczają do Grenoble, pyta sam siebie ze sceptyczną goryczą, czy teraz po obaleniu władzy despoty istotnie rozpocznie się panowanie ideałów. w ątpi w to. Ale choć serce jego gorąco bije dla wolności narodu i nauki, ani na chwilę nie zagłusza w nim wielkiej namiętności - namiętności do studiów nad Egiptem. Jego płodność jest w dalszym ciągu wręcz nieprawdopodobna. Przy tym jednocześnie zajmuje się rzeczami okolicznościowymi, ubocznymi. Pracuje nad słownikiem języka koptyjskiego, pisze sztuki teatralne - w tym dramat o Ifigenii - dla salonów towarzyskich Grenoble. Pisze pieśni, politycznie zabarwione chansons, które ledwie schodzą z jego biurka, już rozbrzmiewają na ulicach. Rzecz niepojęta na przykład dla niemieckich uczonych, ale we Francji najzupełniej zgodna z tradycją, którą zapoczątkował już w XII wieku Pierre Abelard. Przede wszystkim jednak zajmuje się tym, co nadal pozostaje głównym zadaniem jego życia: wgryza się coraz głębiej w tajemnice Egiptu. Egipt bowiem trzyma go nadal pod swą władzą - obojętnie, czy na ulicach grzmią okrzyki Vive l' Empereur! ., czy Vive le Roi! Pisze w tym okresie niezliczone artykuły, przygotowuje książki, wspomaga radą innych autorów całego świata. Męczy się z przeciętnymi studentami. Wszystko to szarpie, zjada jego nerwy, podkopuje zdrowie. W grudniu 1816 roku pisze. "Mój słownik koptyjski staje się z każdym dniem grubszy. Za to jego autor staje się z każdym dniem cieńszy." Gdy stwierdza, iż doszedł do strony 1069, a słownik wciąż jeszcze nie jest zakończony, z piersi jego wydobywa się ciężkie westchnienie. Nadeszło "sto dni" Napoleońskich. Europa raz jeszcze zadrżała, gdy N apoleon znowu sięgnął po władzę. To, co z trudem zostało tak niedawno zbudowane, znów waliło się w gruzy. Prześladowani stali się prześladowcami, władcy zamieniali się w poddanych, król w z biega. Dni te i Champolliona wypędzają z pracowni: Napoleon wraca! Gazety znaczą jego drogę kamieniami milowymi zakłamania pisząc z prawdziwie operetkową gradacją: "Potwór uciekł!", "Wilkołak wylądował w Cannes", "Tyran zatrzymał się w Lyonie!" "Uzurpator stoi o 60 mil od stolicy!", "Jutro Napoleon będzie w murach Paryża!", "Jego Cesarska Mość znajduje się w Fontainebleau!" 7 marca Napoleon w swym marszu do stolicy staje pod Grenoble. Stuka tabakierką w bramę miasta. Jest noc, dokoła płoną pochodnie. Operowa scena historyczna. Bo oto przez krótką, ale jakże straszliwą minutę Napoleon stoi sam jeden w obliczu ustawionych na wałach armat, koło których krzątają się już kanonierzy. Wtem wybucha okrzyk: "Niech żyje N apoleon!", i oto "przyszedłszy do Grenoble jako awanturnik opuszcza je jako cesarz". Grenoble bowiem, serce Delfinatu, jest najważniejszą bazą operacyjną, jaką należało zdobyć. Figeac, brat Champolliona, już niegdyś oczarowany przez cesarza, teraz oddaje mu się duszą i ciałem. Napoleonowi potrzebny jest zaufany se-kretarz osobisty. Burmistrz przedstawia mu Figeaca i z rozmysłem błędnie wymawia jego nazwisko: "Champoleon". "Cóż za dobra wróżba woła cesarz - przecież on nosi połowę mego imienia!" Champollion również obecny jest przy tej scenie. Napoleon wypytuje go o jego pracę, słyszy o koptyjskiej gramatyce, o słowniku. I podczas gdy Champollion zachowuje chłodną rezerwę (czyż od dwunastego roku życia nie obcuje z władcami, którzy bliżej stali bogów niż Napoleon?), Napoleon jest zafascynowany młodym uczonym, długo z nim rozmawia i w przystępie cesarskiej łaskawości obiecuje wydać drukiem w Paryżu obydwa jego dzieła. Mało tego, następnego dnia odwiedza go w bibliotece uniwersyteckiej, znowu powraca do jego studiów językowych - wszystko to w dniach, godzinach, gdy jest w trakcie odzyskiwania swego imperium. Naprzeciw siebie stoją dwaj zdobywcy Egiptu: jeden włączył ten kraj w swe zakrojone na skalę światową plany polityczne, chciał go na nowo powołać do życia (w czasie ekspedycji egipskiej myślał o wybudowaniu tysiąca śluz, aby mu na wszystkie czasy zapewnić rentowność gospodarczą), a teraz, słysząc bliższe szczegóły o języku koptyjskim, ogarnięty nowym zapałem, postanawia uczynić go językiem całego Egiptu; drugi, choć nigdy jeszcze nie był w Egipcie, w duchu widział go już tysiące razy i póżniej zdobędzie go siłą swej wiedzy i swego umysłu. Ale dni panowania N apoleona są policzone. Równie nagły jak drugi jego wzlot jest i drugi upadek. Elba była dlań wycieczką. Wyspa Św. Heleny staje mu się łożem śmierci. Burboni znowu wkraczają do Paryża. Nie są silni, więc nie są też mściwi. Niemniej jednak - czyż mogło być inaczej? - wyroki skazujące liczą się na setki, "kary spadają niby manna u Żydów". Cóż dziwnego, że i Figeac, który podążył z Napoleonem do Paryża i zajmował tu eksponowane stanowisko, znajduje się wśród prześladowanych. W pośpiechu, z jakim przeprowadzono procesy polityczne, a może i za sprawą wielu zawistnych, jakich miał młody profesor w Grenoble, obu braci pomylono ze sobą; i przedtem już mylono ich ze sobą jako naukowców. W dodatku Champollion w ostatnich godzinach "stu dni" , w tym samym czasie, gdy czynił rozpaczliwe starania o zdobycie tysiąca franków na kupno egipskiego papirusu, pomagał w założeniu tzw. Związku Delfinatu, który opowiedział się po stronie wolności. Teraz jego członkowie należą do podejrzanych. Gdy rojaliści wyruszyli przeciw Grenoble, Champollion na wałach fortecznych zagrzewa jej obrońców do oporu, zupełnie nie rozumiejąc, czyje zwycięstwo rokuje większą wolność. Ale co dzieje się potem? W chwili gdy generał Latour zaczyna bombardować śródmieście, Champollion widzą .c, że przybytek nąuki i owoc jego pracy są w niebezpieczeństwie, zapominą o polityce i wojsku, opuszcza w pośpiechu wały forteczne, wbiegą na drugie piętro biblioteki uniwersyteckiej i tu znosząc wodę i piąsek, sam jeden pozostaje w wielkim gmachu przez cąły czas bombardowanią, narążając życie, byle ocalić swe papirusy. Właśnie w tych dniąch, pozbawiony kątedry i jako zdrajca stąnu skaząny na bąnicję, przystępuje do pracy nad ostątecznym odcyfrowaniem hieroglifów. Wygnanie trwą półtora roku. Po powrocie rozpoczyna się okres niezmordowanej prący. Punktami oparcia są znowu Grenoble i Paryż. Tymcząsem grozi mu nowy proces o zdrądę stanu. Jąko zbieg opuszcza w lipcu 1821 roku miasto, w którym z ucznia stał się członkiem Akademii. Ale w rok później ogłąsza swą pracę Lettre a M. Dacier relative a l'alphabet des hieroglyphes phonetiques, która położyła podwaliny pod odcyfrowąnie hieroglifów. Dzięki tej pracy nazwisko Chąmpolliona znalazło się na ustach wszystkich, którzy, spragnieni odpowiedzi na nie rozstrzygnięte dotąd pytąnia, mieli wzrok utkwiony w piramidach i świątyniąch Egiptu. Trudno wprost uwierzyć, co było powodem, że hieroglify dotąd nie zostały odcyfrowąne. Przecież cąły świat miał je przed oczyma. Pisało o nich wielu starożytnych autorów, rozwodzili się, nadając im coraz to nową interpretację, uczeni średniowiecznej Europy. Po egipskiej eks- pedycji Napoleona dotarły w niezliczonych odpisach do pracowni UCzOnych. Jeżeli mimo wszystko jeszcze ich nie odcyfrowano, to nie tylko dlatego, że nie umiano tego dokonać, nie tylko dlatego, że w i e l e ludzi grzeszyło brakiem przenikliwości, lecz także dlatego, że j e d e n człowiek sprowadził te badania na manowce. Herodot, Strabon i Diodor , którzy podróżowali po Egipcie, wspominają o hieroglifach jako o niezrozumiałym piśmie obrazkowym. Ale tylko Horapollon w IV stuleciu naszej ery dał szczegółowy opis ich znaczenia (wzmianki, jakie czynią o nich Klemens Aleksandryjski i Porphyrius, są niezrozumiałe). Nic dziwnego, że z braku jakiegokolwiek innego oparcia, za punkt wyjścia wszystkich dociekań przyjęto dzieło Horapollona. Ale Horapollon stale mówi o hieroglifach jako o piśmie obrazkowym. Przez długie więc stulecia każda próba ich interpretacji doszukiwała się w obrazkach symbolicznego znaczenia. Laikom pozwalało to puszczać wodze fantazji, uczonych jednak doprowadzało do rozpaczy. Gdy Champollion odcyfrował hieroglify, można było zdać sobie sprawę, ile prawdy było w tym, co podawał o nich Horapollon. Można było dostrzec, że we wczesnym ich rozwoju stosowana była symbolika, w której kreska falista oznaczała wodę, prosta kreska - dom, a chorągiew - boga. Stosowanie jednak, w oparciu o Horapollona, tej symboliki do późniejszych napisów prowadziło na manowce. Perypetie tych błędnych dociekań były wręcz niewiarygodne. Gdy w latach 1650-1654 uczony jezuita Athanasius Kircher, człowiek skądinąd obdarzony inwencją (był m.in. konstruktorem pierwszej latarni magicznej), wydał w Rzymie cztery tomy zawierające przekłady hieroglifów, ani jeden, ale to dosłownie ani jeden przekład nie tylko nie był pra wdzi wy, ale nawet w przybliżeniu nie odgadywał prawdziwego ich znaczenia. GruPę znaków oznaczających przydomek rzymskich cesarzy "autocrator" odczytał on, jak następuje: " Twórcą płodności i wszelkiej roślinności jest Ozyrys, którego twórczą siłę święty Mophta czerpie z nieba dla swego państwa." Jednakże Kircher zrozumiał negowane przez wielu innych uczonych znaczenie, jakie dla odcyfrowania hieroglifów ma późniejsza forma języka Egipcjan - język koptyjski. W sto lat później de Guignes wystąpił na podstawie porównawczego badania hieroglifów w paryskiej Academie des Inscriptions et des Beaux-Arts z tezą, że Chińczycy są kolonistami egipskimi. Ale (to "ale" stosuje się niemal do każdego badacza, każdy z nich bowiem natrafiał co najmniej na jeden właściwy ślad) odczytał prawidłowo imię królów egipskich "Menes". Któryś jednak z jego przeciwników od razu doszukał się w tych znakach innego słowa: "Manouph", co Woltera, najzjadliwszego komentatora swoich czasów, skłoniło do wypadu przeciw etymologom: "...sa- mogłoski - pisał - dla nich się nie liczą, a na spółgłoskach mało im zależy". (Dodajmy zresztą, że w przeciwieństwie do tezy de Guignes'a współcześni mu angielscy badacze uważali, że, na odwrót, nie Chińczycy przywędrowali z Egiptu, lecz Egipcjanie przywędrowali z Chin.) Można by sądzić, że znalezienie trójjęzycznego kamienia z Rosetty powinno było położyć kres tym niedorzecznym odgadywaniom. Tymczasem stało się inaczej. Droga do rozwiązania zagadki hieroglifów wydawała się teraz tak prosta, że nawet laicy porywali się na rozwiązanie tego zadania. Pewien anonimowy "badacz" z Drezna wysylabizował z krÓtkiego hieroglificznego fragmentu kamienia z Rosetty cały tekst grecki. Pewien Arab nazwiskiem Achmet Bin Abubekr "odkrył" jakiś tekst, który poważny skądinąd orientalista Hammer-Purgstall nawet przetłumaczył. Jakiś anonimowy paryżanin rozpoznał w napisie na świątyni w Denderze psalm 100, a w Genewie ukazało się tłumaczenie napisÓw na tak zwanych "obeliskach pamfilijskich", które miały być "napisanym na cztery tysiące lat przed Chr. opowiadaniem o zwycięstwie pobożnych nad bezbożnymi". Rozkołysana fantazja nie znała już żadnych granic. U takiego hr. Palina np. łączyła się z niebywałą czelnością i głupotą: twierdził on, że istotę klamienia z Rosetty uchwycił na pierwsze wejrzenie. W oparciu o Horapollona, o doktrynę Pitagorasa i o Kabałę tak szybko odgadł symbole bazaltowej płyty, że w ciągu jednej nocy miał już gotowy wynik, a w osiem dni później przedłożył go publiczności. Twierdził przy tym, że tylko ten pośpiech "ustrzegł go przed systematycznymi błędami, które rodzą się jedynie i wyłącznie z długiego rozmyślania". Wśród tych przemijających jak fajerwerki "odcyfrowań" hieroglifów Champollion porządkuje materiały. Porównuje je, sprawdza, szczebel za szczeblem wznosi się do ostatecznego rozwiązania. Słyszy, że ksiądz Tandeau de St.-Nicolas wydał broszurę, w której "niezbicie" dowodzi, iż hieroglify w ogóle nie były pismem, lecz tylko środkiem zdobniczym. Nie zmylony tym Champollion już w 1815 roku w jednym ze swych listów pisze o Horapollonie: "Praca jego choć nosi tytuł - Hieroglyphica, bynajmniej nie objaśnia tego, co nazywamy hieroglifami. Objaśnia jedynie święte symboliczne rzeźby, tzn. egipskie symbole, które różnią się zasadniczo od właściwych hieroglifÓw. Ta moja opinia jest sprzeczna z ogólnie przyjętym poglądem, ale dowody jej słuszności znajdują się na egipskich pomnikach. w emblematycznych scenach widać święte rzeźby, o których mówi Horapollon, jak np. węża gryzącego własny ogon, sępa w opisanej przez niego postawie, deszcz spadający z nieba, człowieka bez głowy, gołębia z liściem wawrzynu, nlie widać ich jednak we właściwych hieroglifach." w owych latach doszukiwano się w hieroglifach bądź systemu jakiegoś 11. Staroegipskie pismo obrazkowe z końca IV wieku p.n.e., z którego później rozwinęły się rÓżne rodzaje właściwych hieroglifÓw. Dopiero od kilku dziesiątkÓw lat wiadomo, że Horus-sokÓł symbolizuje krÓla, ktÓry pokonany syryjski kraj (owal z głową Syryjczyka ze spiczastą brodą) trzyma na sznurku, a więc pod swoim panowaniem. Siedzi na sześciu kwiatach lotosu, to znaczy ną 6000 jeńcÓw. mistycznego epikureizmu, bądź kabalistycznej, astrologicznej i gnostycznej wiedzy tajemnej, bądź też praktycznych wskazówek rolniczych, kupieckich czy techniczno-administracyjnych. Wyczytywano z nich fragmenty Biblii, a nawet literaturę przedpotopową, chaldejskie, hebrajskie, ba, nawet chińskie traktaty , "jak gdyby - pisze Champollion - Egipcjanie nie posiadali własnego języka i nie pragnęli wyrazić go w piśmie". Wszystkie te próby objaśnienia hieroglifów opierały się w większym lub mniejszym stopniu na pismach Horapollona. Istniała tylko jedna droga do ich odcyfrowania. Droga ta prowadziła przeciw Horapollonowi. I tą właśnie drogą poszedł Champollion. Wielkie odkrycia ducha ludzkiego rzadko kiedy dają się określić w czasie. Są wynikiem niezliczonych procesów myślowych, wieloletniego ćwiczenia umysłu w kierunku jednego określonego problemu. W odkryciach tych świadomość łączy się z nieświadomością, skupiona na celu uwaga - z sennym marzeniem. Rzadko rozwiązanie następuje z nagłością błyskawicy. Wielkie odkrycia, gdy przyjrzeć się temu, co je poprzedziło, tracą COś niecoś ze swej wielkOŚci. Późniejszym pokoleniom, dla których nie stanowią już one zagadki, popełnione błędy wydają się naiwne, fałszywe wyobrażenia - rezultatem zaślepienia, problemy - proste. Dziś trudno już sobie wyobrazić, co znaczył w owych czasach fakt, że Champollion wbrew opinii świata uczonych, przysięgających na Horapollona, wystąpił ze swym własnym zdaniem. Nie należy zapominać, że zarówno uczeni, jak publiczność nie dlatego wierzyli w Horapollona, że poważali w nim autorytet, tak jak ich średniowieczni koledzy wierzyli w autorytet Arystotelesa, a późniejsi teologowie w Ojców Kościoła. Nie, trzymali się Horapollona po prostu dlatego, że nawet przy największym sceptycyzmie nie widzieli w ogóle możliwości żadnej innej interpretacji prócz tej jednej: hieroglify są pismem obrazkowym. Tu bowiem - na nieszczęście dla badań naukowych - autorytatywna wypowiedź łączyła się z oczy- wistością. W osobie Horapollona przemawiał nie tylko człowiek bądź co bądź bliższy ostatnich pisanych hieroglifów o półtora tysiąca lat, ale i ktoś, kto mówił to, co każdy mógł widzieć: w hieroglifach widać było tylko obrazy, obrazy i jeszcze raz obrazy. Otóż w tym nie dającym się ściśle określić momencie, gdy Champollion wpadł na myśl, że hieroglificzne obrazki są "literami" (ściślej - "znakami fonetycznymi", pierwsze bowiem sformułowanie Champolliona brzmi: "...nie będąc ściśle alfabetycznymi, są jednak fonetyczne"), dopiero w tym momencie nastąpił zwrot - odwrócenie się od Horapollona co doprowadziło do odcyfrowania hieroglifów. Czy po takim życiu i pracy jak życie i praca Champolliona można w ogóle mówić jeszcze o "pomyśle", o "szczęśliwej minucie"? Gdy Champollionowi po raz pierwszy przyszła ta myśl, odrzucił ją. Pewnego dnia zidentyfikował znak leżącego węża z dźwiękiem "f". odsunął od siebie to twierdzenie jako nie wytrzymujące krytyki. Gdy kilku innych badaczy - skandynawscy uczeni Zoega i Akerblad, Francuz de Sacy, a przede wszystkim Anglik Thomas Young - rozpoznało w demotycznej części kamienia z Rosetty "pismo literowe" , udało im się kilka częściowych rozwiązań. Dalej jednak postąpić już nie mogli i rezygnowali ze swych prac lub nawet odwoływali osiągnięte wyniki. De Sacy całkowicie skapitulował przed hieroglificznymi tekstami stwierdzając, iż są one "niedostępne jak święta arka przymierza". Nawet Thomas Young, który w odcyfrowaniu demotycznej części osiągnął wybitne wyniki, ponieważ czytał ją "fonetycznie", jeszcze w 1818 roku przekreślił swe interpretacje, gdy przy odcyfrowywaniu imienia "Ptolemeusz" znowu dowolnie rozkładał znaki na litery i na wartości jedno- i dwuzgłoskowe. I tu właśnie występuje na jaw różnica między dwiema odmiennymi metodami i dwoma różnymi wynikami. Young, przyrodnik, niewątpliwie człowiek genialny , ale filologicznie niewyszkolony, pracując schematycznie przez porównywanie i pomysłową interpretację, odcyfrował w końcu tylko kilka słów, przy czym wspaniałym dowodem jego intuicji jest późniejsze stwierdzenie Champolliona, że z listy swych 221 grup symbolicznych 76 odczytał trafnie. Champollion, który znając ponad dwanaście starożytnych języków, w tym także koptyjski, bliżej niż ktokolwiek inny dotarł do ducha języka starych Egipcjan, odgadł nie tylko, jak Young, poszczególne słowa lub litery, lecz rozpoznał s y s t e m. Nie poprzestał na samej interpretacji pisma: uczynił je czytelnym, uczynił zeń pismo, którego można się nauczyć. Z chwilą zaś, gdy poznał podstawy systemu, na którym było oparte, mógł już w sposób prawdziwie owocny podjąć na nowo myśl, dawno już wypowiedzianą jako przypuszczenie, że odcyfrowanie hieroglifów rozpocząć należy od imion królów. 12. Dwa kartusze, na podstawie których Champollion odcyfrował hieroglify. Dlaczego od imion królów? Również i ten pomysł narzucał się sam przez się i dziś wydaje się bardzo prosty. Napis na kamieniu z Rosetty, jak już mówiliśmy, zawierał oświadczenie, że kapłani przyznają najwyższe hołdy królowi Ptolemeuszowi Epifanesowi. Tekst grecki, który odczytano od razu, mówił to jak najwyrażniej. Otóż w miejscach, gdzie w tekście hieroglificznym należało domniemywać się imienia króla, znajdowała się grupa znaków okolona owalną ramką, którą zwykło się dziś nazywać "kartuszem". Czyż nie było rzeczą oczywistą, że w tych "kartuszach", jedynych uwydatnionych miejscach, należało spodziewać się słowa zasługującego na takie uwydatnienie, czyli imienia króla? Dziś niejeden gotów powiedzieć, że zadanie to mógłby rozwiązać każdy inteligentniejszy uczeń, wystarczyło bowiem uszeregować litery imienia "Ptolemeusz" pod odpowiednimi znakami hieroglificznymi i w ten sposób (według starej pisowni) zidentyfikować osiem hieroglifów odpowiadających ośmiu literom. Wszystkie wielkie myśli wydają się proste, gdy patrzy się na nie z perspektywy czasu. To, co stało się tutaj za sprawą Champolliona, oznaczało zerwanie z horapollonowską tradycją, która przez czternaście stuleci siała zamęt w umysłach. Nic nie pomniejsza triumfu odkrywcy, któremu niebawem szczęśliwy przypadek przyniósł wspaniałe potwierdzenie jego odkrycia. W 1815 roku znaleziono tzw. "obelisk z Philae". , w 1821 roku archeolog Banks przywiózł go do Anglii. Na tym obelisku, który był niejako drugim "kamieniem z Rosetty", również znajdowały się obok siebie dwa napisy: hieroglificzny i grecki. I na nim obramowane kartusze mwierały imię Ptolemeusza. Kartuszem jednak okolona tu była jeszcze i inna grupa znaków. Champollion, kierując się greckim napisem umieszczonym na samym dole obelisku, przypuszczał, iż oznacza ona imię "Kleopatra". I znowu brzmi to bardzo prosto. Ale gdy Champollion odpowiednio do przypuszczalnego imienia wypisał obie grupy znaków jedną pod drugą (tu w naszej pisowni): 13. Przykład wskazujący, jak z hieroglifów rozwinęło się pismo hieratyczne, a następnie demotyczne. i gdy okazało się, że w imieniu "Kleopatra" znaki drugi, czwarty i piąty zgadzają się z czwartym, trzecim i pierwszym znakiem w imieniu "Pto lemeusz" wówczas klucz do odcyfrowania hieroglifów był znaleziony. Czy tylko klucz do niezbadanego pisma? Nie, klucz do wszystkich zamkniętych bram Egiptu. Dziś wiemy, jak nieskończenie skomplikowane jest pismo hieroglificzne. Dziś student uczy się jako rzeczy samo przez się zrozumiałej tego, co wówczas było niepoznawalne, co Champollion, opierając się na pierwszym wyniku, zdobywał mozolnym trudem, i co wtedy , ponieważ rozciągało się na okres trzech tysiącleci - nadal musiało pozostać omal że nieprzeniknione. Dziś wiemy o przeobrażeniach, jakim ulegało pismo hieroglificzne, znamy jego rozwój, który od hieroglifów najstarszych prowadził do graficznego pisma "hieratycznego", a następnie, jeszcze później, po dalszych skrótach i uproszczeniach, do pisma użytkowego, tzw. "demotycznego". Za czasów Champolliona uczeni nie wiedzieli o tym rozwoju. Odkrycie, ktÓre pomagało w odczytaniu jednej inskrypcji, zawodziło przy próbie odczytania innej. Kto z EuropejczykÓw umie dziś odczytać rękopis jakiegoś mnicha z XII wieku, nawet gdy pisany jest w jednym z nowoczesnych języków? w ozdobnym inicjale średniowiecznego pergaminu laik nie rozpozna nawet litery. A przecież od tych pism należących do naszego kręgu kulturowego nie dzieli nas nawet tysiąc lat. Uczony stając przed hieroglifami miał przed sobą obce pismo, które w obcym kręgu kulturowym rozwijało się przez trzy tysiące lat. Dziś rozróżnianie między "znakami fonetycznymi", "znakami słownymi" i "znakami pojęciowymi" nie nastręcza już Żadnych trudności. Podział ten wniósł pierwszy ład w różnorodną wartoś znaków i obrazków . Dziś nikogo to nie drażni, że jeden napis trzeba czytać z prawa na lewo, inny Z lewa na prawo, jeszcze inny z góry na dół, wiadomo bowiem, że były to sposoby pisania właściwe różnym, dziś ustalonym już epokom. Rosellini we Włoszech, Leemans w Niderlandach, de Rouge we Francji, Lepsius i Brugsch w Niemczech zdobywali coraz to nowe szczeble poznania. Do Europy sprowadzono dziesięć tysięcy papirusów. z czasem nauczono się płynnie odczytywać coraz to nowe napisy na grobowcach, pomnikach i świątyniach. W Paryżu, w latach 1836-1841, ukazało się pośmiertne wydanie Grammaire egyptienne Champolliona, później jego pierwszy szkic słownika staroegipskiego (objaśnienie języka zawsze szło ręka w rękę z odcyfrowaniem pisma), jego Notatki i wreszcie Pomniki. W oparciu o te wyniki i o dociekanie późniejszych badaczy nauka zdołała uczynić jeszcze jeden - praktycznie zbędny, ale jakże imponujący krok naprzód: od odczytania hieroglifów do pisania hieroglifami. W Egyptian Court Pałacu Kryształowego w Sydenham imiona królowej Wiktorii i księcia małżonka Alberta wypisane są pismem hieroglifowym. Na dziedzińcu Muzeum Egipskiego w Berlinie napis erekcyjny również wykonany jest w hieroglifach. Lepsius już przedtem umieścił na piramidzie Cheopsa w Gizeh tablicę pamiątkową i na niej w hieroglifach uwiecznił imię króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV, który wyposażył jego ekspedycję. Człowiek, który wsławił się tym, że kazał przemówić pomnikom, sam do trzydziestego ósmego roku życia znał Egipt, przedmiot swych badań, jedynie z napisów. Spróbujmy towarzyszyć mu w jednej z jego pierwszych rzeczywistych przygód egipskich. Udajmy się za nim do Egiptu. Uczonemu pracującemu w zaciszu swego gabinetu nie zawsze dane jest oglądać na własne oczy potwierdzenie swych teorii. Częstokroć nie nadarza mu się nawet sposobność zobaczenia miejsca, w którym wyobraźnią przebywał przez dziesiątki lat. Champollionowi . nie było sądzone do swych wielkich odkryć teoretycznych dodać jeszcze szczęśliwe odkrycia wykopaliskowe. Ale dane mu było przynajmniej zobaczyć Egipt, przekonać się naocznie o słuszności myśli, które powziął w swej samotni uczonego. Już jako młodzian, sięgając dalej niż po samo tylko odcyfrowanie hieroglifów, pracował nad chronologią i topografią starożytnego Egiptu. Snuł jedną hipotezę po drugiej, aby na podstawie skąpych danych umiejscowić w przestrzeni i w czasie jakiś posąg czy napis. Teraz wreszcie przybywał do kraju, który od lat był przedmiotem jego badań. Znalazł się po trosze w sytuacji zoologa, który wymodelował z resztek kości i skamielin postać ichtiozaura, a potem przeniesiony nagle w epokę kredową spotyka go obleczonego w krew i ciało. Ekspedycja Champolliona (od lipca 1828 roku do grudnia 1829 roku) była jednym wielkim pochodem triumfalnym. Tylko urzędowi przedstawiciele Francji wciąż jeszcze nie mogli zapomnieć, że niegdyś uchodził za zdrajcę stanu (w ramach zarządzeń "tolerancyjnej monarchii" postępowanie przeciw niemu zostało umorzone; brak jednak co do tego bliższych szczegółów). Ale tubylcy ściągali tłumnie, aby zobaczyć człowieka, który "umiie czytać pismo starych kamieni". Champollion musi stosować żelazną dyscyplinę, aby co wieczora ściągać uczestników swej ekspedycji na stojące na Nilu dwa statki "Hator" i "Izyda", pod osłonę tych "dwu życzliwych bogiń egipskich". Entuzjazm tubylców udziela się członkom ekspedycji, którzy w końcu odśpiewują nawet Mahommetowi bejowi, gubernatorowi okręgu Girge, Marsyliankę i pieśni wolnościowe z opery Niema z Portici. Ale ekspedycja ponadto również pracuje. Champollion dokonuje jednego odkrycia po drugim. Znajduje wciąż nowe potwierdzenia swych teorii. w kamieniołomach Memfisu od pierwszego wejrzenia rozpoznaje i ustala periodyzację prac pochodzących z różnych epok. W Mit-Rahine odkrywa dwie świątynie i całe miasto umarłych. w Sakkarze (gdzie w kilka lat później Mariette odkryje wiele znalezisk) znajduje w jednej z inskrypcji imię króla "Onnos", którego natychmiast z niezawodną pewnością zalicza do najwcześniejszej epoki Starego Państwa. w Tel-el-Amarna odkrywa, że olbrzymia budowla, ktÓrą Jomard określił jako spichlerz zbożowy, była w rzeczywistości główną świątynią tego miasta. Potem dane mu jest zaznać triumfu, że słuszne było jego twierdzenie, które jeszcze przed sześciu laty przyniosło mu drwiny całej Komisji Uczonych. Statki przybijają do brzegu w Denderze. Przed nimi leży świątynia, jedna z wielkich świątyń egipskich, o której dziś wiemy, że budowali ją kolejno królowie XII dynastii, najpotężniejsi władcy Nowego Państwa, Tutmos (Totmes) III, Ramzes Wielki i jego nastęPca, kończyli zaś Ptolemeusze i Rzymianie Augustus i Nerwa; bramę i mur otaczający świątynię budowali jeszcze Domicjan i Trajan. Do tego właśnie miejsca, do Dendery, dotarły 25 maja 1799 roku wojska Napoleona po straszliwym marszu. Tu właśnie stanęły olśnione roztaczającym się przed nimi obrazem. Tu, na kilka miesięcy przedtem, generał Desaix, urzeczony potęgą i wspaniałością zaginionego państwa, zaprzestał ze swą dywizją pościgu za Mamelukami (rzecz nie do wiary dla generała XX wieku). Teraz stoi tu Champollion. Zna każdy niemal szczegół z opisów, rysunków, kopii i napisów (jakże często rozprawiał o tym z Denonem, który towarzyszył tu generałowi Desaix). Jest noc. Jasna, księżycowa, roziskrzona gwiazdami egipska noc. Towarzysze nalegają i Champollion ustępuje. Piętnastu uczonych biorących udział w ekspedycji, których teraz nic nie jest w stanie powstrzymać, z Champollionem na czele wdziera się na teren świątyni. Egipcjanin wziąłby ich za szczep Beduinów, Europejczyk za poczet dobrze uzbrojonych kartuzów. L'hote, jeden z uczestników ekspedycji, opowiada o tym, z trudem dobierając słowa: "Pędzimy na los szczęścia przez gaj palmowy - czarodziejski widok w poświacie księżyca! Potem droga prowadzi przez wysokie trawy, ciernie i zarośla. Zawrócić? Nie, tego nie chcemy. Iść naprzÓd? Nie wiemy jak i którędy. Krzyczymy z całych sił, ale poza dalekim ujadaniem psów nie ma żadnej odpowiedzi. Wtem spostrzegamy obdartego fellacha, ktÓry zasnął pod jakimś drzewem. Uzbrojony w kij, odziany w kilka czarnych łachmanów, wygląda jak demon (,' wędrująca mumia" - mÓwi o nim Champollion). Przerażony , drżąc na całym ciele, wstaje pełen lęku, myśląc, że czeka go śmierć... Jeszcze dwie godziny tęgiego marszu i wreszcie skąpana w poświacie księżyca ukazuje się świątynia. Widok ten upaja nas podziwem... w drodze śpiewaliśmy, aby przezwyciężyć niecierpliwość. Ale tu, pod zalanym światłem księżyca propylonem - co za wrażenie! Pod wspartym na olbrzymich kolumnach portykiem panuje niczym nie zmącona cisza i tajemniczy czar wywołany głębokimi cieniami - a na zewnątrz olśniewające światło księżyca. Niesamowity, cudowny kontrast... Rozpalamy wewnątrz świątyni ognisko z suchej trawy... Nowy czar, nowy wybuch entuzjazmu, graniczącego z ekstazą. Ogarnia nas gorączka. Czujemy się bliscy szaleństwa. Byliśmy wszyscy w stanie upojenia... Ten czarodziejski obraz, pełen tajemniczości, był r z e c z y w i s t o ś c i ą rzeczywistością pod portykiem świątyni w Denderze." A co pisze o tym sam Champollion? Uczestnicy ekspedycji nazywają go "mistrzem". Champollion zachowuje licujący z tą godnością umiar: "Nie będę nawet próbował opisywać wrażenia, jakie zrobił na nas zwłaszcza portyk wielkiej świątyni. Można go wprawdzie wymierzyć, ale trudno dać jakiekolwiek o nim wyobrażenie. Nie można sobie wyobrazić doskonalszego połączenia wdzięku i majestatyczności. Spędziliśmy tu dwie godziny w ekstazie. Oprowadzani przez naszego nieszczęsnego fellacha, wędrowaliśmy po salach i próbowaliśmy w świetle księżyca odczytać napisy na zewnętrznej ścianie świątyni." Jest to pierwsza wielka, dobrze zachowana egipska świątynia, która ukazuje się oczom spragnionego tego widoku Champolliona. Jego notatki 14. Tabela przedstawiająca wysoko rozwinięty "alfabet" egipski. Zawierał on 24 litery, same spółgłoski. spisane jeszcze w ciągu tej nocy świadczą o tym, z jaką intensywnością żył on już w Egipcie, zanim po raz pierwszy stanął na jego ziemi, jak dalece przygotowany był tym, co przebył w wyobraźni, marzeniach i myśli, tak że nic faktycznie nie wydawało mu się nowe, wszystko było dlań tylko potwierdzeniem. Nieoczekiwanie dochodził do zrozumienia rzeczy w jakimś metafizycznym punkcie przecięcia, gdzie nawet racjonalistyczne umysły nawiedza oświecenie. Dla towarzyszy, będących tylko uczonymi, jest niespodzianką. Większość uczestników ekspedycji Champolliona patrzyła na świątynie, bramy, kolumny, napisy tylko jak na kamienie i martwe pomniki. Dla nich dziwaczny strój, w jaki się poubierali, nie był niczym więcej J .ak maskaradą. Tymczasem Champollion żył, prawdziwie żył w tym stroju. Wszyscy ostrzygli sobie włosy, nosili na głowach ogromne turbany, mieli szamerowane złotem kurtki i buty z żÓłtej skóry. "Nosimy to dobrze i z arcydostojną miną" - notuje L'hóte. Ale z tej uwagi przebija tylko uciecha, widać, że bawi go to przebranie. Natomiast Champollion, którego już w Grenoble nazywano "Egipcjaninem", porusza się w nim, zdaniem przyjaciÓł, jak najautentyczniejszy tubylec. Champollion nie poprzestaje na odcyfrowaniu tekstów i interpretacji. Oddaje się pracy koncepcyjnej, na niejedno nagle otwierają mu się oczy. Głosi swÓj triumf odniesiony nad Komisją: to nie jest świątynia Izydy, jak twierdzą, to jest świątynia bogini Hator , bogini miłości. Ta świątynia w Denderze miałaby być "prastara"? Nic podobnego, ostateczną swą postać otrzymała dopiero za Ptolemeuszy, a ukończyli ją Rzymianie (cÓż znaczy jej wiek - osiemnaście stuleci - wobec trzydziestu poprzednich stuleci historii Egiptu!). Przemożne wrażenie, jakie sprawiła na nim świątynia w świetle księżyca, nie przeszkadza mu rozpoznać, że budowla ta jest wprawdzie "arcydziełem architektury", ale "rzeźby, które ją pokrywają, są w najgorszym stylu". "Niechaj Komisja nie weźmie mi za złe pisze Champollion - ale płaskorzeźby w Denderze są ohydne. Nie może być inaczej : wszak pochodzą z epoki upadku. Rzeźba była już zdegenerowana, natomiast sztuka budowlana, która jako sztuka oparta na obliczeniach cyfrowych nie ulega tak szybko przemianom, utrzymywała się jeszcze w postaci godnej egipskich bogÓw i podziwu wszystkich stuleci." W trzy lata pÓźniej Champollion umiera. Za wcześnie osierocił młodą jeszcze naukę egiptologii. Za wcześnie odszedł, nie dożył pełnego, nieograniczonego potwierdzenia wszystkich swych osiągnięć. Natychmiast po jego śmierci ukazują się, zwłaszcza spod pióra angielskich i niemieckich uczonych, paszkwile, ktÓre - dziś wiemy, i1e w tym było zaślepienia - cały jego system odcyfrowania hieroglifÓw, mimo oczywistych, słusznych wyników, zbywają jako czczy wytwór fantazji. Ze świetną obroną Champolliona występuje Niemiec Richard Lepsius, ktÓry w 1866 roku znajduje dwujęzyczny tzw. "Dekret z Kanopus", potwierdzający niezbicie metodę Champolliona. Wreszcie w 1896 roku angielski uczony Le Page-Renouf w przemówieniu w londyńskim Royal Society przywraca Champollionowi należne mu miejsce - w sześćdziesiąt cztery lata po jego śmierci! Champollion rozwiązał tajemnicę pisma hieroglifów. Teraz można było sięgnąć do łopaty. Rozdział dwunasty «CZTERDZIEŚCI WIEKÓW SPOGLĄDA NA WAS» Książka ta daje tylko pewien przegląd. Krocząc od jednego wielkiego odkrycia archeologicznego do drugiego, nie może ona poświęcić dostatecznej uwagi mrówczej pracy uczonych, ktÓrych wielką zasługą było sklasyfikowanie, skatalogowanie znalezisk, a zarazem i śmiała interpretacja, twÓrcze hipotezy i owocna inicjatywa. Wielkie odkrycia egiptologiczne dokonane w ciągu najbliższych dziesięcioleci po odcyfrowaniu hieroglifów przez Champolliona łączą się w kolejności i hierarchii podyktowanej naszą metodą opisu - z nazwiskami czterech ludzi. Są to Włoch - Belzoni, Niemiec - Lepsius, Francuz - Mariette i Anglik - Petrie. Można zwięźle, niemal że jednym słowem określić rolę, ktÓrą każdy z nich odegrał w dziejach egiptologii. Rolę Belzoniego jako Zbieracza, Lepsiusa - jako Systematyka, Mariette'a - jako Wielkiego Strażnika zabytkÓw egipskich, a Petriego jako wielkiego ich Mierniczego i Interpretatora. Byłoby dobrą wróżbą na przyszłość, gdyby można widzieć w tym pewien symbol, że ci czterej archeologowie, należący do czterech wielkich narodów europejskich, pracowali nad jednym i tym samym dziełem, że zmierzali do jednego celu, złączeni wyższym nad wszystkie inne dążeniem do Poznania i Prawdy, które dopiero nasze stulecie - a nie ma ono powodu do tego, by się tym szczycić - podporządkowuje interesom narodowym. Giovanni Battista Belzoni (1778-1823), który jeszcze na krótko przed przybyciem do Egiptu produkował się jako "siłacz" w jednym z cyrków londyńskich, to według słów archeologa Howarda Cartera "jedna z najciekawszych postaci w całej historii egiptologii". Dając taką charakterystykę Belzoniego miał Carter raczej na myśli jego osobę niż wielkość dokonanego przezeń dzieła. Wiemy przecież już od dawna, że w dziejach archeologii outsiderzy odgrywają wielką rolę. Ale spośród tych outsiderów Belzoni jest bez wątpienia jednym z najbardziej ekscentrycznych. Urodzony w Padwie, pochodził z szanowanej rzymskiej rodziny. Przeznaczono go do stanu duchownego: miał zostać księdzem lub mnichem. Zanim jednak zdążvł przywdziać habit zakonnika, wplątał się w jakąś polityczną aferę i zamiast powędrować do ktÓregoś z włoskich więzień, zawsze gotowych do przyjęcia nowych "pensjonariuszy", wolał wyjechać do Londynu. w pewnej recenzji spotykamy jego nazwisko jako "włoskiego olbrzyma" i "siłacza", który co wieczór popisuje się obnoszeniem kilku mężczyzn dookoła sceny w jednym z podrzędnych teatrzyków londyńskich. Wtedy Belzoni niezawodnie daleki był jeszcze od jakichkolwiek ambicji archeologicznych. Nie jest wykluczone, że pÓźniej studiował budowę maszyn (ale rÓwnie dobrze można przypuścić, że był po prostu szalbierzem udającym fachowca), bo oto w 1815 roku spodziewa się zrobić fortunę w Egipcie przez wprowadzenie mechanicznego koła hydraulicznego o czterokrotnie większej wydajności od stosowanych tam prymitywnych czerpaków-żurawi. w każdym razie musiał być człowiekiem nieprzeciętnie obrotnym, skoro zdołał uzyskać zezwolenie na wystawienie modelu swego wynalazku w pałacu Achmeta Alego. Achmet Ali bowiem, biedny jak mysz kościelna Albańczyk, pÓźniej handlarz kawą, a po zawrotnej karierze najpierw dowódca wojsk, a potem pasza i władca Egiptu oraz części Syrii i Arabii, był raczej groźnym człowiekiem. Gdy Belzoni przybył do niego, był on już od dziesięciu lat, jako następca WYPędzonego tureckiego gubernatora, zatwierdzonym przez Wysoką Portę paszą Egiptu. Dwa razy pobił na głowę wojska angielskie i urządził jedną z największych w dziejach świata rzezi, likwidując swój zatarg polityczny z Mamelukami w ten prosty sposÓb, że pod jakimś pretekstem sprosił wszystkich czterystu osiemdziesięciu bejów na "bankiet" do Kairu i tu kazał ich zamordować. Tak czy owak faktem jest, że Achmet Ali, choć jak widzimy, skądinąd zwolennik "postępu", nie dał się przekonać o celowości zastosowania wynalazku Belzoniego. Ten jednak uzyskał tymczasem od szwajcarskiego podróżnika po Afryce, Burckhardta, list polecający do angielskiego konsula generalnego w Egipcie, Salta, i podjął się dla niego przewiezienia z Luksoru do Aleksandrii "kolosu Memnona" (popiersia Ramzesa II; dziś stoi ono w Muzeum Brytyjskim w Londynie). Następne pięć lat życia Belzoniego wypełnia zbieranie egipskich zabytków. Zbiera je zrazu d1a Salta, potem na własny rachunek. Zbiera wszystko, co mu się nawija pod łopatę, od skarabeuszÓw do obelisków (gdy taki obelisk podczas transportu wpada mu do Nilu, Belzoni wyławia go z wody). Czyni to wszystko w czasie, gdy Egipt, znany już teraz szeroko jako największe na świecie cmentarzysko zabytków, stał się przedmiotem bezplanowej, chaotycznej grabieży. Nikt nie wzdragał się wtedy poszukiwać w Egipcie złota antycznego takimi samymi metodami, jakie w dwadzieścia lat później stosowali poszukiwacze naturalnego złota w Australii i Kalifornii. Nie istniały tu żadne prawa, a jeżeli istniały, to nikt na nie nie zważał. Niejeden spór rozstrzygano dubeltÓwką. Czyż można się dziwić, że tego rodzaju pasja zbierania, w której chodziło tylko o zdobycie obiektu, a nie o zdobycie poznania, więcej niszczyła, niż odkrywała, więcej wyrządzała szkÓd, niż przysparzała wiadomości? RÓwnież Belzoni, ktÓry jak się wkrÓtce okazało, mimo zmiennych kolei dotychczasowego życia znalazł czas na przyswojenie sobie pewnych wiadomości fachowych, nie znał w dążeniu do zdobycia pożądanego obiektu żadnej przeszkody. Wystarczy powiedzieć, że zapieczętowane komory grobowe rozbijał taranem. Przy tego rodzaju metodach, od ktÓrych archeologowi włosy stają dęba na głowie, wydaje się na pierwsze wejrzenie rzeczą niezrozumiałą, jak człowiek pokroju Howarda Cartera może o nim mÓwić w innym miejscu swej książki, że należy mu się "pełne uznanie za jego wykopaliska i sposÓb ich prowadzenia". Ale nie należy zapominać, że Belzoni był dzieckiem swoich czasów i że poza tym dokonał - po raz pierwszy na tak wielką skalę - d wÓch rzeczy , ktÓre miały stać się pierwszymi ogniwami nie zamkniętego jeszcze łańcucha badań archeologicznych. W październiku 1817 roku Belzoni odkrył w dolinie Biban-el-Muluk koło Teb obok innych grobów długi na sto metrów grÓb Setiego I, poprzednika wielkiego Ramzesa, pogromcy LibijczykÓw, Syryjczyków i HetytÓw. Znaleziona przez Belzoniego wspaniała trumna z alabastru znajduje się w muzeum Soane w Londynie. (Sarkofag ten był pusty już od trzech tysięcy lat; zasługa znalezienia mumii Setiego i wykrycia wszystkich wędrÓwek, jakie odbyła, miała przypaść w udziale komu innemu, nie Belzoniemu). Wyśledzenie tajemnicy tego grobu zapoczątkowało najważniejsze odkrycia w "Dolinie KrÓlÓw", ktÓre swój punkt kulminacyjny osiągnęły dopiero w naszym stuleciu. W rok później, 2 marca 1818 roku, Belzoni - jak jeszcze dzisiaj obwieszcza to zwiedzającym napis nad wejściem - otworzył drugą piramidę w Gizeh, piramidę Chefrena, gdzie przedostał się aż do komory grobowej. Te pierwsze badania dały początek nauce o piramidach, największych budowlach starożytnego świata. W e wnętrzu tych regularnych, geometrycznych konstrukcji zaczęły z mroków wczesnej historii egipskiej wyłaniać się pierwsze ludzkie rysy ukazujące nam starożytnych Egipcjan. Belzoni nie był pierwszym, ktÓry szperał w "Dolinie KrólÓw". I nie on pierwszy szukał wejścia do jednej z piramid. Ale chociaż był raczej poszukiwaczem złota niż prawdy, to jednak on pierwszy w dwóch miejscach: przed komorą grobową i przed piramidą - zbliżył się do problemÓw a r c h e o l o g i c z n y c h, ktÓre jeszcze i dzisiaj w tych samych miejscach zadają archeologom nie rozwiązane dotąd zagadki. 15. Tak dzisiaj odczytujemy hieroglify egipskie. W 1820 roku udał się Belzoni do Anglii i w wybudowanej na osiem lat przedtem Egyptian Hall w Piccadilly urządził wystawę, której głównymi eksponatami i największą ozdobą były alabastrowa trumna Setiego i model jego grobowca. w kilka lat później Belzoni zmarł w czasie nowej podróży eksploracyjnej do Timbuktu. Darujmy mu, że w tebańskim Ramesseum uwiecznił swe nazwisko na tronie Ramzesa II i że obok wielkich swych zasług zapoczątkował tym wandalski zwyczaj, który odtąd przez całe generacje kontynuuje, ku zgorszeniu i oburzeniu archeokogów, niejeden Mr. Brown, Herr Schmid czy Monsieur Blanc. Belzoni był wielkim Zbieraczem. Teraz przyszedł czas na wielkiego Systematyka. Aleksander von Humboldt, podróżnik i przyrodnik, nakłonił króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV (który na ogół więcej snuł planów, niż dokonał czynów) do wyasygnowania znacznych sum pieniężnych na eks- pedycję badawczą do Egiptu. Na jej kierownika powołano Richarda Lepsiusa. Nie można było dokonać szczęśliwszego wyboru. Lepsius urodził się w 1810 roku w Naumburgu. Studiował filologię i lingwistykę porównawczą. Promował się na doktora mając lat dwadzieścia trzy, a w wieku trzydziestu dwóch lat został profesorem nadzwyczajnym uniwersytetu w Berlinie. W rok później, po dwuletnich przygotowaniach, wyruszył z ekspedycją do Egiptu. Ekspedycja była obliczona na trzy lata, od 1843 do 1845 roku. Miała więc to, czym dotąd nie rozporządzała żadna ekspedycja naukowa: miała czas. Nie chodziło jej jUŻ tylko o szybkie odkrycia, lecz o źródłowe zbadanie znalezisk i ich rejestrację. Mogła zatknąć łopatę wszędzie, gdzie tylko istniały jakieś widoki powodzenia. Na same badania w Memfis zużyła sześć miesięcy, na badania w Tebach - siedem (dziś, jeżeli uprzytomnić sobie, że w naszym stuleciu badania samego tylko grobu Tutanchamona pochłonęły kilka lat, czas użyty przez Lepsiusa na badanie ogromnych terenÓw ruin wydaje się krÓtki, wtedy jednak było to bardzo dużo). Pierwszym sukcesem Lepsiusa było odkrycie kilku pomnikÓw z okresu Starego Państwa (Stare Państwo - to okres wczesnej historii Egiptu od około 2900 do 2270 roku przed Chr., okres budowy piramid). Znalazł ślady i resztki nie znanych dotąd piramid, których ogólna liczba wzrosła przez to do sześćdziesięciu siedmiu. Ponadto odkrył zupełnie do tego czasu nie znany rodzaj grobÓw, tzw. mastaby (groby szybowe możnych Starego Państwa), i zbadał sto trzydzieści takich grobÓw. w Tel-el-Amarna ukazała się w pierwszych zarysach sylwetka Amenhotepa IV, reformatora religijnego. Lepsius pierwszy dokonał pomiarów "Doliny KrÓlÓw". Z płaskorzeźb na ścianach świątyń, z niezliczonych inskrypcji, a przede wszystkim ze znacznych ilości kartuszÓw z imionami królów sporządzono kopie lub odlewy. Spenetrował, przetrząsnął historię kilku tysięcy lat i dotarł w ten sposób aż do czwartego tysiąclecia przed Chr. (tak mu się zdawało, dziś wiemy, że chodziło o trzecie tysiąclecie). Był pierwszym badaczem, dla którego to, co widział, układało się w pewną uporządkowaną całość, pierwszym, który widział egipską h i s t o r i ę, widział rzeczy w procesie ich p o w s t a w a n i a, tam gdzie przed nim inni widzieli tylko porozrzucane rozwaliny. Owocem prac wykopaliskowych ekspedycji Lepsiusa były skarby zebrane potem w Muzeum Egipskim w Berlinie. Owoc jej studiów u samego źródła stanowiła niezliczona ilość publikacji począwszy od wspaniałego dwunastotomowego wydawnictwa albumowego Denkmaler Agyptens und Athiopiens (Pomniki Egiptu i Etiopii) - dzieło to można by nazwać wnukiem Description de l'Egypte Jomarda - aż do specjalistycznych badań nad najbardziej odległymi od właściwego tematu za- gadnieniami. Gdy Lepsius zmarł w 1884 roku, w wieku siedemdziesięciu czterech lat, jego niemiecki błograf Georg Ebers - doskonały egiptolog, ale lichy powieściopisarz, ktÓrego romanse z faraońskiego Egiptu, Uarda i Egipska królewna, jeszcze na przełomie naszego wieku znaleźć można było w każdej wypożyczalni i w biblioteczce każdego podlotka - miał pełne prawo powiedzieć, że Richard Lepsius był właściwym twórcą współczesnej naukowej egiptologii. Dwie przede wszystkim prace zapewniają na zawsze Lepsiusowi w oczach potomności miano wielkiego Systematyka egiptologii: wydana w 1849 roku w Berlinie Chronologie Aegyptens (Chronologia Egiptu) i wydana w rok później, również w Berlinie, praca Aegyptisches Konigsbuch (Księga krÓlów egipskich). Egipcjanie, podobnie jak wszystkie inne ludy starożytne, nie mieli rozpoczynającej się od pewnego ustalonego momentu historycznego dokładnej rachuby czasu w naszym rozumieniu tego słowa, nie mieli ścisłego poczucia historycznego. Tylko niewzruszona wiara w postęp, charakterystyczna dla XIX wieku - stulecia, ktÓre uważało siebie za szczytowy wykwit wszystkich czasÓw - mogła się w tym dopatrywać dziejowej prymitywności. Dopiero Oswald Spengler dostrzegł w tym , ,braku" jedynie charakterystyczny sposób patrzenia na rzeczy, właściwe starożytnym ludom pojęcie czasu, ktÓre tym tylko rÓżni się od naszego, że było od niego "odmienne". Gdzie nie ma rachuby czasu, tam nie ma też dziejopisarstwa. Toteż Egipt nie miał historykÓw. Miał tylko bardzo niekompletne kroniki, wzmianki o rzeczach przeszłych, pod względem historycznym na ogÓł nie o wiele bliższe prawdy niż nasze podania i baśnie. Wyobraźmy sobie, jak by to wyglądało, gdybyśmy dzisiaj prÓbowali odtworzyć jako tako dokładną co do lat chronologię historii naszego zachodniego świata na podstawie napisÓw na gmachach publicznych, tekstów Ojców Kościoła i bajek braci Grimm. A przed takim mniej więcej zadaniem stali archeolodzy, gdy podjęli pierwsze próby chronologicznego zrekonstruowania przebiegu dziejów Egiptu. Musimy się tu pokrÓtce zatrzymać nad próbami stworzenia tego rodzaju chronologii. Dają one bowiem znakomity przykład przenikliwości, z jaką archeolog wykorzystując pojedyncze punkty zaczepienia, zabrał się do uporządkowania wydarzeń czterech tysiącleci. z jakim skutkiem? z tym, że znamy dziś daty egipskie znacznie dokładniej, niż znali je na przykład Grecy, niż znał je Herodot, który podróżował po Egipcie blisko dwa i pół tysiąca lat temu. (Aby nie powracać do tego tematu, wybiegamy tu naprzÓd opierając przy- taczane dane na wiadomościach późniejszych od czasów Lepsiusa i jego poprzednikÓw). Jakkolwiek więc wszystkie źródła egipskie należało z góry traktować ostrożnie, to jednak pierwszy punkt zaczepienia znaleziono w Pewnym dokumencie spisanym przez egipskiego kapłana. Był nim Manethon z Sebennytosu, ktÓry około 300 roku przed Chr ., za panowania pierwszych dwóch królów dynastii PtolemeuszÓw (a więc krótko po śmierci Aleksandra Wielkiego), napisał - już w języku greckim - historię swego kraju, Kroniki egipskie. Przy tym dzieło jego nawet nie zachowało się w całości. Znamy je tylko z fragmentÓw i wyjątkÓw cytowanych przez późniejszych pisarzy, jak Julius Africanus, Euzebiusz i Józef Flawiusz. Manethon podzielił długą listę znanych mu faraonÓw na trzydzieści "dynastii". Podział ten został przez nas przejęty i jest stosowany po dziś dzień, chociaż dawno znane nam są błędy źródeł Manethona i chociaż współczesny amerykański historyk Egiptu J. H. Breasted nazywa jego książkę "zbiorem dziecinnych bajek ludowych". . Mimo tak ostrego sądu musimy sobie uprzytomnić, że Manethon, nie mając żadnego poprzednika, a przystępując do napisania historii trzech tysięcy lat, znajdował się mniej więcej w takiej samej sytuacji, w jakiej znalazłby się współczesny historyk grecki, który, zdany jedynie na zachowane podania i tradycje, chciałby dziś napisać historię Grecji od czasów wojny trojańskiej. Lista krÓlów Manethona była przez kilkadziesiąt lat punktem oparcia dla archeologÓw (dodajmy tu zresztą, że nazwa "archeologia", jak dotąd, tak i nadal jest uogólniającym pojęciem wszystkich nauk o starożytności; ponieważ zaś bogactwo egipskich pomnikÓw i inskrypcji wymagało studiÓw specjalnych, przeto od czasu Lepsiusa mÓwimy o "egiptologii", tak jak ostatnio przywykliśmy używać terminu "asyriologia" w odniesieniu do badań archeologicznych w Mezopotamii). Jak daleko nauka z czasem odeszła od Manethona i jego datowań, pokazuje nam poniższa lista prÓb ustalenia roku, w którym krÓl Menes po raz pierwszy dokonał zjednoczenia Górnego i Dolnego Egiptu, a wiĘC ustalenia najstarszej dynastycznej daty, od której rozpoczyna się właściwa historia Egiptu: Champollion ustala tę datę na 5867 r. przed Chr., Lesueur na 5770 r ., Bokh na 5702 r., Unger na 5613 r., Mariette na 5004 r., Brugsch na 4455 r., Lauth na 4157 r., Chabas na 4000 r., Lepsius na 3892 r., Bunsen na 3623 r., Ed. Meyer na 3180 r., Wilkinson na 2320 r., Palmer na 2225 rok przed Chr . Ostatnio podaje się znowu daty wcześniejsze. W edług Breasteda połączenie Górnego i Dolnego Egiptu przez króla Menesa nastąpiło w 3400 roku, według Niemca Georga Steindorffa w 3200 roku. Najnowsze badania ustalają tę datę na 2900 rok przed Chr. Jest rzeczą oczywistą, że wszystkie te datowania stawały się coraz trudniejsze w miarę tego, jak sięgano w coraz dalszą przeszłość. Do nowszej historii Egiptu (rozumiemy przez nią okres Nowego Państwa i tzw. "epokę późną", które były już zakończone wówczas, gdy Cezar leżał u boku Kleopatry) można było posługiwać się porÓwnawczymi datami historii asyro-babilońskiej, perskiej, hebrajskiej i greckiej (Lepsius w 1859 roku wydał pracę Uber einige Beruhrungspunkte deT agyptischen, griechischen und romischen Chronologie - O niektórych punktach stycznych chronologii egipskiej, greckiej i rzymskiej). Dla bardziej odległej przeszłości wyłoniły się nagle nowe możliwości porównawcze i kontrolne, gdy w 1843 roku przewieziono do paryskiej Biblioteki Narodowej tzw. "Tablicę królewską z Karnaku", która zawiera spis władcÓw Egiptu od czasów najstarszych aż do osiemnastej dynastii. W Muzeum Egipskim w Kairze możemy dziś oglądać znalezioną w pewnym grobowcu " Tablicę krÓlewską z Sakkary", która po jednej stronie zawiera hymn na cześć Ozyrysa, boga podziemia, na drugiej zaś modlitwę pisarza Tunri do pięćdziesięciu ośmiu wyliczonych w dwu rzędach krÓlów, z ktÓrych pierwszym jest Miebis, ostatnim zaś Ramzes Wielki. Słynniejsza jednak, a dla egiptologii ważniejsza jest "Lista krÓlewska z Abydos" (Abdżu). W jednej z galerii świątyni boga Seta widzimy króla Setiego I i - jeszcze jako następcę tronu - Ramzesa II. Oddają oni cześć - Seti porusza przy tym kadzielnicą - swym przodkom, ktÓrych . nie mnieJ niż siedemdziesięciu sześciu wyliczonych jest imiennie. (Wymienione też są odpowiednie ilości chleba, piwa, wołowiny, gęsiny, kadzidła, których nie wolno zapominać przy składani u ofiar .) Dawało to oczywiście możliwości porÓwnań, sprawdzenia kolejności królów, ale nie pozwalało ustalić dat ich panowania. Istniały wszakże dane, rozsiane mniej więcej wszędzie, '0 latach panowania kilku krÓlÓw, o czasie trwania tej czy innej wyprawy wojennej lub budowy jakiejś świątyni. z tego tzw. "dodawania minimalnej dłu gości" okresu panowania wszystkich królÓw powstał szkielet historii Egiptu. Pierwsze bezsporne datowania umożliwiło coś, co było starsze od Egiptu, starsze niż historia ludzkości, starsze od samego rodzaju ludzkiego: bieg ciał niebieskich. Egipcjanie mieli kalendarz słoneczny (potrzebny im był od najdawniejszych czasów, aby obliczać z góry okres przyborów Nilu, od których zależało istnienie kraju), jedyny do pewnego stopnia zaspokajający praktyczne potrzeby kalendarz starożytności. Nie był on, jak się dalej przekonamy, pierwszym kalendarzem, chociaż według Ed. Meyera pochodzi z 4241 roku przed Chr. Kalendarz egipski stanowił zresztą podstawę wprowadzonego w Rzymie w 46 roku przed Chr. "kalendarza juliańskie- go", przyjętego przez świat zachodni i dopiero w 1582 roku n.e. zastąpionego kalendarzem gregoriańskim. Archeologowie zwrócili się o radę do matematykÓw i astrono,mÓw. Przedłożyli im stare teksty, przetłumaczone inskrypcje, uprzystępnili w czytelnej formie wszystkie hieroglificzne wzmianki o wydarzeniach astronomicznych, o biegu ciał niebieskich. W ten sposÓb na podstawie wiadomości o wzejściu gwiazdy Syriusz - 'Z wzejściem Syriusza w pierwszym dniu miesiąca Thout, a więc 19 lipca, rozpoczynał się rok egipski udało się początek XVII dynastii ustalić dość d,okładnie na 1580 rok przed Chr., a początek XII dynastii na około 2000 rok przed Chr., (z dokładnością od trzech do czterech lat). Teraz więc posiadano pewne punkty wyjścia, do ktÓrych można było "dopasować" znane już lata panowania całego szeregu królów egipskich. Pozwoliło to stwierdzić, że dane Manethona o trwaniu panowania niektórych dynastii były absurdalne, bo jak dziś wiemy, w wielu wypadkach aż dwukro,tnie przesadzone. w oparciu '0 ten szkielet dziejów trzech tysiącleci można było za pomocą tak uzyskanej chronologii - a pierwszą taką praktycznie przydatną chronologię stworzył systematyk egiptologii Lepsius - przystąpić do nakreślenia historii Egiptu. Dla łatwiejszego zrozumienia powiązań dziejowych podajemy tu krÓtki przegląd historii Egiptu (najlepszym jeszcze i dzisiaj dziełem w tej dziedzinie jest książka amerykańskiego historyka J. H. Breasteda A history of Egypt). Kultura egipska jest nierozerwalnie związana z Nilem. z pierws'zego połączenia się rozdrobnionych państewek w scalone organizmy polityczne powstało w delcie Nilu "Państwo Północne", a między Memfisem (Kairem) i pierws'zą kataraktą Nilu "Państwo Południowe". Właściwa historia Egiptu rozpoczyna się od zjednoc'zenia obu "Państw" około 2900 roku przed Chr. pod panowaniem krÓla Menesa (I dynastia). Liczne następujące teraz p'o sobie dynastie ujęto dla uzyskania lepszego przeglądu w kilka większych grup, które określa się jako "P,aństwa". (Dato'wania, zwłaszcza jeżeli chodzi o okres wczesnoegipski, są jes'zcze i dziś niedokładne i mogą w odniesieniu do początkÓw historii egipskiej odbiegać od rzec'zywistości o około stu lat. Daty i układ dziejów Egiptu aż do czasÓw N owego Państwa pod,aję tu za niemieckim historykiem Georgiem Steindorffem. Potem obieram przejrzysty, odpowiadający celom niniejszej książki układ historyczny, jednakże daty dynastyczne nadal podaję za tym samym autorem). STARE PAŃSTWO (2900-2270 r. przed Chr.) obejmuje okres panowania dynastii I do VI. Jest to okres pełen niezbadanych zagadek początków egipskiej kultury, która stwarza swe pierwsze prawa, religię, pismo, pierwsze formy artystyczne. Jest to okres budowy piramid w Gizeh - królów Cheopsa, Chefrena i Mykerinusa; wszyscy trzej należą do IV dynastii. PIERWSZY OKRES PRZEJŚCIOWY (227O-2100 r. przed Chr.) rozpoczyna się od katastrofalnego upadku Starego Państwa. Okres ten, w którym utrzymuje się w Memfisie całkowicie osłabiona władza królewska, jest, być może, okresem przejścia do feudalizmu. Pierwszy okres przejściowy o,bejmuje panowanie dynastii VII do X o ogólnej liczbie ponad trzydziestu krÓlÓw. ŚREDNIE PAŃSTWO (2100-1700 r. przed Chr.) stoi pod znakiem książąt tebańskich, którzy obalają królÓw w Herakleopolis i łączą znowu Górny i Dolny Egipt w jedno państwo. Obejmuje ono krÓlÓw od XI do XIII dynastii. Jest okresem najwyższego rozkwitu kulturalnego, który za panowania czterech krÓlów imiernem Amenemhet i trzech imieniem Sezostris przejawia się w wielu wspaniałych budowlach. DRUGI OKRES PRZEJŚCIOWY (170O-1555 r. przed Chr.) stoi pod znakiem panowania HyksosÓw. W okresie tym panują krÓlowie XIV do XVI dynastii. Semicki lud Hyksosów ("królowie pasterzy") zdobywa Egipt, panuje przez sto lat, zostaje jednak w końcu wypędzony przez książąt tebańskich (XVII dynastia). (Dawniej przypuszczano, że z wypędzeniem HyksosÓw łączy się biblijne podanie o wyjściu Żydów z Egiptu. Dziś od tej tezy odstąpiono.) NOWE PAŃSTWO (1555-1090 r. przed Chr.) jest opoką politycznej mocarstwowości, faraońskiego "cezaryzmu". Obejmuje panowanie królów od XVIII do XX dynastii. Podboje Tutmosa III stwarzają kontakty z Azją Przednią, zmuszają obce ludy do płacenia Egiptowi daniny i powodują napływ olbrzymich bo'gactw. Powstają wspaniałe budowle. Amenhotep III nawiązuje stosunki z królami Babilonii i Asyrii. Po nim następuje Amenhotep IV (którego małżonką jest Nefretete), wielki reformato,r religijny. ZastęPuje dawną religię kultem słońca i odtąd przybiera imię "Echnaton". Na piaskach pustyni wznosi nową stolicę Tel-el-Amarna, która zajmuje miejsce Teb. Nowa religia nie przetrwała jednak swego twÓrcy. wygasa w czasie wojen domowych. Za panowania jego zięcia Tutanchamona stolicą kraju stają się znowu Teby. Do najwyższej jednak potęgi politycznej dochodzi Egipt za panowania faraonÓw XIX dynastii. Ramzes II, nazwany pÓźniej Wielkim, w ciągu sześćdziesięciosześcioletniego panowania przejawia swą potęgę w monumentalnych, ściślej - kolosalnych budowlach w Abu Simbel, Karnaku, Luksorze, w "Ramesseum", Abydos i Memfisie. Po jego śmierci następuje okres anarchii. Ramzes III, który panuje dwadzieścia jeden lat, przywraca znowu spokój i porządek. Później Egipt popada pod władzę kapłanów boga Amona, którzy od dłuższego już czasu wzrastali w potęgę. TRZECI OKRES PRZEJŚCIOWY (1090-712 r. przed Chr.) to przeplatające się ze sobą czasy rozkwitu i upadku. Panują w nim królowie XXI do XXIV dynastii, w tym Sezonchis I, który zdobył Jerozolimę i zburzył świątynię Salomona. Za panowania XXIV dynastii cały Egipt przechodzi czasowo pod panowanie Etiopii. EPOKA PÓŹNA (712-525 r. przed Chr.) Za panowania XXV dynastii Egipt zdobywają Asyryjczycy pod królem Asarhaddonem. XXVI dynastii udaje się raz jeszcze zjednoczyć Egipt (ale już bez Etiopii). Na skutek kontaktów z Grecją ożywia się komunikacja, handel i kultura. Ostatni król tej dynastii Psametych III zostaje zwyciężony przez króla Kambizesa pod Peluzjum. Egipt staje się prowincją perską. W 525 roku kończy się właściwa historia Egiptu, kończą się ,dzieje jego samoistnej kultury. P ANOW ANIE PERSKIE (525-332 r. przed Chr.) umocnione za panowania Kambizesa, Dariusza I i Kserksesa I - upada za Dariusza II. Kultura e'gipska w okresie tym żyje swą dawną tradycją; kraj staje się "łupem silnych ludÓw". PANOWANIE .GREKÓW I RZYMIAN (332 r. przed Chr. do 638 po Chr.) W 332 r . przed Chr. Aleksander Wielki zdobywa Egipt i zakłada AlekSandrię, która staje się ogniskiem szeroko promieniującej stąd kultury greckiej. Po upadku imperiwn Aleksandra Ptolemeusz III raz jeszcze przywraca Egipt do politycznej potęgi. Ostatnie dwa stulecia przed Chr. wypełnione są dynastycznymi walkami Ptolemeuszy. Egipt popada coraz bardziej pod wpływy Rzymu. Za panowania późniejszych cesarzy rzymskich zachowane zostają pozory narodowego państwa egipskiego, w rzeczywistości jednak jest ono już tylko rzymską prowincją - eksploatowaną kolonią i spichlerzem imperium rzymskiego. Chrześcijaństwo wcześnie wkracza do Egiptu, który jednak od 640 r. n.e. popada w całkowitą zależność od państwa arabskich kalifów, potem zaś 00 państwa OsmanÓw. Dopiero ekspedycja egipska Napoleona umożliwia mu zetknięcie z historią europejską. W 1850 roku Auguste Mariette, trzyd'ziestoletni archeolog francuski, wszedł na wzgÓrze cytadeli w Kairze. Chociaż dopiero co wylądował w Egipcie, chciał jak najprędzej zobaczyć tak gorąco zachwalany cudzoziemcom roztaczający się stąd widok na miasto. Ale Mariette widzi więcej niż leżący u jego stóp Kair. Widzi całe istniejące tu ongiś państwo. Jego oczy , oczy dobrze przygotowanego archeologa, wybiegają poza strzeliste minarety do zarysowujących się na skraju zachodniej pustyni sylwetek olbrzymich budowli i widzą w nich jedno tylko. zaginiony świat. Przybył do Egiptu dla spełnienia przelotnego zadania. Tymczasem widok z kairskiej cytadeli stał się dla niego przeznaczeniem. U rodzony w 1821 roku w Boulogne, wcześnie już zajął się studiami egiptologicznymi. W 1849 roku został asystentem Muzeum Luwru w Paryżu. Otrzymał polecenie zakupienia w Kairze pewnych papirusów. Gdy jednak przybył do Egiptu i przekonał się naocznie o rabunkowej gospodarce, uprawianej w dziedzinie zabytkÓw starożytności, rychło przestają go interesować targi o zakup papirusów prowadzone z handlarzami antyków, rozważa natomiast konkretne kroki, którymi można by zaradzić tym nadużyciom. Zaradzić? Mariette widział, że Egipt sam nie zdając sobie z tego sprawy , przeprowadzał gelneralną wyprzedaż starożytnych zabytków. Uczeni i turyści, prowadzący wykopaliska archeologowie, kto tylko z jakichkolwiek powodów stawał na ziemi egipskiej - wszyscy zdawali się być opętani manią "zbierania antyków", 00 w praktyce oznaczało obrabowywanie starych budowli i wywożenie z kraju najkosztowniejszych pamiątek. Tubylcy pomagali w tym dziele. Robotnicy najmowani przez archeologów kradli cichaczem wszystkie mniejsze przedmioty i sprzedawali je za bezcen cudzoziemcom, którzy byli tak "głupi", by płacić za nie brzęczącym złotem. Przy tym wciąż jeszcze bez żadnych skrupułów burzono, niszczono różne obiekty, ważniejsza bowiem od sukcesu naukowego była bezpośrednia zdobycz materialna. Zno'wu, mimo wzorowego przykładu, jaki dawał swym postępowaniem Lepsius, weszły w modę metody stosowane za czasów Belzoniego. Toteż Mariette, aczkol wiek nade wszystko pociągały go badania archeologiczne i wykopaliska, zrozumiał, że dla przyszłości archeologii najważniejszą rzeczą jest zachować zabytki egipskie, uchronić je przed rabunkową gospodarką. Postanowił na zawsze pozostać w Egipcie, gdzie tylko on mógł roztoczyć nad nimi opiekę i ochronę. Wtedy nie śniło mu się nawet, jakie czekają go tutaj sukcesy. Nie podejrzewał, że za parę lat dzięki niemu powstanie największe na świecie muzeum egiptologiczne. Ale i Mariette, ten trzeci z kolei wśród czterech wielkich egiptologów u biegłego stulecia, nim spełnił swe posłannictwo - zachowanie i ochrona 16. Setos I walczący z Hetytami w Syrii. Obraz pochodzi ze świątyni w Tebach. skarbów Egiptu - poszedł przede wszystkim drogą odkryć archeologicznych. Krótko po przybyciu do Egiptu zwrócił uwagę na pewną dziwną okoliczność. W luksusowych prywatnych ogrodach dostojników, jak również przed nowszymi świątyniami, tak w Aleksandrii, jak w Kairze i Gizeh, ustawione dla ozdoby - podobnie jak dla ozdoby ustawione były antyczne greckie posągi w pysznych ogrodach - stały zupełnie jednakowe kamienne sfinksy. Mariette pierwszy postawił pytanie: skąd pochodzą te sfinksy? Kto je tu przywlÓkł? Przypadek odgrywa wielką rolę we wszystkich odkryciach. Mariette wędrując po gruzowiskach Sakkary w pobliżu wielkiej piramidy stopniowej znowu znalazł sfinksa. Tylko głowa wystawała z piasku. Mariette bynajmniej nie był pierwszym, który ją zauważył. Ale on pierwszy dostrzegł, że ten sfinks był zupełnie podobny do sfinksów w Kairze i Aleksandrii. Gdy zaś znalazł napis, w ktÓrym wymieniony był Apis, święty byk z Memfisu, wszystko, 00 dotąd przeczytał, zasłyszał lub widział na własne o'czy , skojarzyło się w jego głowie z wizją tajemniczej, zaginionej alei sfinksÓw. Wied'ziano, że taka aleja niegdyś istniała, lecz nikt się nie orientował, gdzie należy jej szukać. Mariette najął kilku ArabÓw, sam wziął w rękę łopatę. Odkopał sto czterdzieści jeden sfinksów. Dziś najważniejszą część tego wszystkiego, co pod Sakkarą znajdowało się już to na powierzchni piasków, już to pod piaskiem, nazywamy "Serapeum" lub "Serapeion" - od boga Serapisa. Wszystko, co znajdowało się także p o d piaskiem? Gdy Mariette odnalazł aleję sfinksów łączącą dwie świątynie (poza dobrze zachowanymi sfinksami odkrył w niej niezliczoną ilość fundamentów, z ktÓrych sfinksy skradzion,o i zawleczono nie wiadomo dokąd) i odsłonił ją spod wiecznie znoszonych tu wiatrem piasków, 17. Byk Apis. Biały trójkąt na czole jest oznaką jego świętości. które i dziś znowu od dawna pokryły Serapeum, znalazł jednocześnie jeszcze coś innego, co zawsze wymieniano w połączeniu z aleją sfinksÓw. groby świętych bykÓw Apis. Odkrycie to pozwoliło mu wejrzeć głęboko w pewne obce nam, niesam'owite formy kultu religijnego Egipcjan, ktÓre już starożytnym Grekom wydawały się tak dalece obce i niesamowite, że w swych opisach podróży wsp,ominali o nich jako o rzeczach niezwykłych i p'rzejmujących zgrozą. Bogowie Egipcjan dopiero w pÓźniejszym okresie dziejÓw przybrali postaci ludzkie. W świadomości religijnej czasów dawniejszych wcieleni byli w znaki, rośliny i zwie'rzęta. Inkarnacją bogini Hator była sykomora, bÓg Neferten żył w kwiecie lotosu, bogini Neith czczona była jako tarcza, do której przybite były dwie na krzyż złożone strzały. Przede wszystkim jednak bóstwo objawiało się w postaci zwie'rząt: bóg Chnum jako baran, bÓg Horus - jako sokÓł, bÓg Thout - jako ibis, bóg Suchos jako krokodyl, bogini Bubastis - jako kot, a bogini Buto - jako wąż. A1e obok tych bożków w postaci zwierzęcej czczono i samo zwierzę, jeżeli posiadało pewne szczegÓlne znamiona. Takim najbardziej znanym zwierzęciem, otoczonym najpyszniejszym kultem, jakim kiedykolwiek otaczano na świecie jakiekolwiek zwierzę, był Apis, święty byk z Memfisu, ktÓrego Egipcjanie uważali za "sługę boga Ptah". Święte to zwierzę spędzało swe życie w świątyni, gdzie apiekę nad nim roztaczali kapłani. Gdy zdychało, wśród uroczystych ceremonii balsamowano je i grzebano, a jego miejsce zajmował inny byk o takich samych znamionach. Powstały cmentarze byków - cmentarze godne bogów lub królów. Do takich cmentarzy zwierzęcych należą groby kotów w Bubastis i Benihasan, groby krokodylów w Ombos, groby ibisów w Aszmunen, groby baranÓw w Elefantynie. Kulty tych zwierząt przenmiły się z jednego okręgu kraju na drugi i ulegały w dziejach Egiptu niezliczonym przemianom, raz wybuchając z niezwykłą siłą, to znów idąc w zapomnienie na całe stulecia. (Ten z nas, komu wyda się to dziwne i kto może zbęd'zie to uśmiechem, niechaj sprÓbuje sobie wyobrazić, jak absurdalny wydawać się musi wszystkim ludziom należącym do innych kręgÓw kulturowych nasz kult niepokalanego poczęcia Najświętszej Panny.) Mariette stał tedy na cmentarzu świętych bykÓw Apis. N ad wejściem, podobnie jak w grobowcach egipskich dostojnikÓw, znajdowała się kaplica. Pochyły chodnik prowadził w dół do krypt grobowych, gdzie od czasów Ramzesa II spoczywały obok siebie wszystkie byki Apis. Komory grobowe znajdowały się w długiej na sto metrów podziemnej galerii. W toku prac nad poszerzeniem cmentarza, ktÓre trwały do czasÓw PtolemeuszÓw, katakumby te przedłużono do trzystu pięćdziesięciu metrÓw. Co 'za kult! W migocącym świetle pochodni, mając za sobą robotników, którzy nie śmieli mówić nawet szeptem, Mariette przechodził z jednej komory grobowej do drugiej. Kamienne sarkofagi, w których spoczywały byki, były z ciężkiego czarnego lub czerwonego granitu, każdy wykonany z jednej polerowanej bryły. wysokość ich wynosiła trzy metry, szerokość d wa i długość 00 najmniej cztery metry. (Obliczono, że każdy z tych bloków waży 65 000 kilogramów.) Wieka wielu sarkofagÓw były odwalone. Mariette i jego następcy znaleźli już tylko d'wa nienaruszone sarkofagi, które zawierały jeszc'ze wszystkie złożone w nich niegdyś kosztowności; wszystkie inne były obrabowane. Kiedy? Nikt tego nie wie. Przez kogo? Rabusie pozostali bezimienni. Raz po raz egiptologowie z żalem i bezsilnym gniewem napotykali jedynie ślady ich "roboty". Wiecznie wędrujące piaski, ktÓre zasypywały świątynie, grobowce i całe miasta, dawno zatarły wszelkie po nich ślady. Mariette wstąpił w tajemniczy krąg dawno zaginionych kultÓw. PÓźniej dane mu było jeszcze (nie możemy się tu bliżej zająć jego wykopaliskami i poszukiwaniami w Edfu, Karnaku i Der-el-Bahri) uzyskać wgląd w bogate, barwne życie codzienne starożytnych Egipcjan. Dzisiaj turysta, opuściws'zy katakumby z grobami byków, odpoczywa na tarasie "Domu Mariette'a". Mając po prawej ręce piramidę stopniową, po lewej Serapeum, popija arabską kawę i słucha chętnych do rozmowy strażników opisujących mu świat obrazów, które z kolei ma obejrzeć. Niedaleko Serapeum odkrył Mariette grób urzędnika dworskiego i wielkiego posiadacza ziemskiego nazwiskiem Ti. Prace przy ostatnich grobach bykÓw wykonywano jeszcze w czasach Ptolemeus'zÓw (wtedy jednak przerwano je tak nagle, że tuż za wejściem porzucono olbrzymi sark'ofag z czarnego granitu, którego nie przetransportowano już do podziemnej galerii). Natomiast grÓb bogacza Ti pochod'ził z czasów prastarych, czasów jeszcze wcześniejszych od królów Cheopsa, Chefrena i Mykerinusa, którzy zbudowali swe pi'ramidy około roku 2600 przed Chr. Ale ten grobowiec, przybytek śmierci, mówił więcej o ż y c i u Egipcjan niż jakikolwiek z dotąd odkrytych pomników. Mariette nazbyt dobrze znał sposób chowania przyjęty u starożytnych Egipcjan, aby nie przewidywać, że i w tym grobowcu obok kosztowności znajdzie także przedmioty codziennego UŻytku ora'z wiele rzeźb i płaskorzeźb o tematach opisowych. Ale to, co zastał tutaj w galeriach i chodnikach, bogactwem szczegółów przedstawiających codzienne życie przewyższało wszystkie dotychczasowe znaleziska. Bogaty pan Ti zatroszczył się o to, aby po śmierci mieć koło siebie wszystko, ale to dosłownie wszystko, co otaczało go w rÓżnych zajęciach za życia. Oczywista, że punktem centralnym wszystkich płaskorzeźb jest on sam, bogaty pan Ti, zawsze trzy albo i cztery razy przewyższający wzrostem niewolnikÓw lub prostych ludzi z gminu, przez co i w proporcjach cielesnych wyrażona jest przepaść dzieląca jego potęgę i znaczenie od ludzi mniej ważnych i pozbawionych władzy. w bardzo stylizowanych, linearnych, zawsze jednak oddających najdrobniejsze szczegÓły malowidłach ściennych i płaskorzeźbach widzimy nie ty lko prÓżniacze życie bogaczy, ale także chłopów przy obrÓbce lnu, kosiarzy przy zniwach, poganiaczy osłów, chłopÓw przy młócce i oczyszczaniu zboża. Jed'na Z płaskorzeźb przedstawia kolejne fazy budowy okrętu sprzed czterech tysięcy lat . obrÓbkę kloców, ciosanie de'sek, stosowanie kafarów i dłut ciesielskich. Rozpoznajemy dokładnie pos'zczególne narzędzia i przekonujemy się, że Egipcjanom znana była już wtedy piła, siekiera, a nawet świder korbowy. Wid'zimy złotników i dowiadujemy się, jakimi sposobami rozdmuchiwali ogień w piecach dla uzyskania wysokich temperatur. Widzimy rzeźbiarzy, kamieniarzy, rymarzy. Ale widzimy także, i to na każdym kroku, jaką władzę mieli wysocy urzędnicy, tacy jak bogaty pan Ti. Oto siepacze spędzają przed dom wÓjtów jego wsi dla złożenia rachunków, wloką ich po ziemi, brutalnie i dziko chwytają za gardło. Wid'zimy nie kończące się szeregi wieśniaczek znoszących mu daninę, widzimy sługi, jak wloką i zarzynają zwierzęta ofiarne (obrazy przedstawiają to tak szczegółowo, że dowiadujemy się, 18. Bóg Ptah, stwórca świata. jakie chwyty cztery tysiące pięćset lat temu stosowali rzeźnicy dla powalenia wołu). Jak gdyby przez otwarte okna mieszkania zaglądamy do p'rywatnego życia pana Ti. Oto bogaty pan Ti przy stole, pan Ti ze swą żoną, z rodziną, pan Ti polujący na ptaki, pan Ti w podrÓży po Delcie, pan Ti - jest to jedna z najpiękniejszych płaskorzeźb - płynący łodzią przez gęstwinę papirusowych zagajników. Stoi wyprostowany. Umęczeni wioślarze pochylają się pod ściskającymi ich rzemieniami. W górze, w gęstwinie drzew, szybują ptaki. W Wodzie pod łodzią roi się od ryb i zwierząt nilowych. Łódź pana Ti poprzed,za inlI1a łódź, jej załoga zarzuca harpuny na tłuste karki hipopotamów, z których jeden właśnie gryzie krokodyla. Dla nas, ludzi XX wieku, dzieło to mimo zwartości kompozycji, jasności i pewności rysunku ma w sobie coś niesamowitego. Pan Ti płynie nie tylko przez gęstwinę krzewÓw papirusowych - płynie przez gęstwinę wieków historii. Za czasów Mariette'a nie strona artystyczna decydowała o nie'ocenionej wartości tych malowideł i płaskorzeźb. Wartość ich polegała na tym, że odtwarzały najintymniejsze szczegóły codziennego życia starożytnych Egipcjan, pokazując przy tym nie tylko to, c o robili, ale i j a k robili. ZarÓwno grobowiec bogatego pana Ti, jak grobowiec Ptahotepa, wysokiego urzędnika państwowego, oraz odkryty w czterdzieści lat pÓźniej grobowiec Mereruki, obydwa w pobliżu Serapeum, dają nam wgląd w co prawda starannie wypracowany, ale pod względem środkÓw technicznych nieskończenie prymitywny sposÓb pokonywania materialnych trudności życia. (W szystko było wtedy oparte na pracy niewolniczej.) W gląd ten jeszcze bardziej uwypukla ogrom dzieła, jakiego dokonali budowniczowie piramid, dla czasów Mariette'a jednak czynił je tylko bardziej zagadkowym. (Jeszcze w kilkadziesiąt lat po śmierci Mariette'a pokutowały w prasie, ksiąźkach fachowych i opisach p,odrÓży najbardziej fantastyczne przypuszczenia co do tajemnych środków, jakimi Egipcjanie wznieśli swe cyklopowe budowle. Tę tajemnicę, która nią bynajmniej nie była, rozwiązał później człowiek urodzony w Londynie właśnie w tym samym czasie, kiedy Mariette odkopywał Serapeum.) Minęło osiem lat od chwili, gdy Mariette z kairskiej cytadeli po raz pierwszy rzucił okiem na starożytny Egipt. Przez te osiem lat wśród wszystkich prac wykopaliskowych musiał na każdym kroku bezsilnie przyglądać się temu, jak nadal trwała generalna wyprzedaż egipskich zabytków. Potem jednak, choć przybył do Egiptu tylko po to, aby zakupić ki1ka papirusÓw - osiągnął cel, ktÓry wydał mu się nierÓwnie ważniejszy. założył w Bulak Muzeum Egipskie, a wkrÓtce potem został mianowany przez wicekrÓla dyrektorem egipskiego zarządu starożytności i generalnym nadzorcą wszystkich wykopalisk. W 1891 roku muzeum przeniesiono do Gizeh. W 1902 roku znalazło ono swą ostateczną siedzibę w Kairze, nie opodal wielkiego mostu na Nilu, w gmachu zbudowanym przez Dourgnana w typowym dla schyłku ubiegłego stulecia archaizującym stylu. Odtąd wszystko, co odkrywano w Egipcie, co znajdowano przypadkowo lub też planowo odkopywano, stanowiło własność muzeum prócz kilku okazów, które poważnym archeologom i uczonym pozostawiano jako honorowy upominek. Tym samym Mariette powstrzymał wyp'rzedaż, rabunek egipskich zabytków. Będąc Francuzem uratował dla Egiptu to, co słusznie i z mocy prawa stanowiło jego własność. Wdzięczny zaś Egipt wzniósł mu na skwerze przed muzeum w Kairze popiersie, przewiózł jego zwłoki i pochował je w marmurowym sar kofagu. Dzieło Mariette'a rosło. Za jego następców na stanowisku dyrektora Muzeum Egipskiego - Grebauta, de Morgana, Loreta, a przede wszystkim Gastona Maspero - prowadzono co roku archeologiczne prace wykopaliskowe. Za czasów Maspero muzeum zostało uwikłane w sensacyjną aferę kryminalną. To jednak należy już do rozdziału o grobach królewskich. Przedtem musimy w osobnym rozdziale zająć się człowiekiem, który jest czwartym w tym szeregu wielkich twórców podstaw egiptologii, Anglikiem, który przybył do Egiptu, gdy Mariette stał już nad grobem. Rozdział trzynasty PETRIE I GRÓB AMENEMHET A Jest rzeczą zdumiewającą, jak wiele ludzi właśnie wśród archeologów odznaczało się od najmłodszych lat niezwykłymi uzdolnieniami. Schliemann terminując u kupca władał sześcioma językami. Champollion mając lat dwanaście wypowiadał się w sprawach politycznych. Rich już w dziewiątym roku życia budził sensację swymi zdolnościami. William Matthew Flinders Petrie, którego nazwaliśmy Wielkim Mierniczym i Interpretatorem egiptologii, jako dziesięcioletni chłopiec - jak podaje pewna biograficzna notatka dziennikarska - wykazywał niezwykłe zainteresowanie egipskimi pracami wykopaliskowymi. JUŻ wtedy z ust jego paść miało zdanie, które później stało się dewizą całego jego życia: zachowując właściwą proporcję między pietyzmem a dążeniem do poznania, należy "zeskrobać", przesiewając ziarnko po ziarnku, całą ziemię egipską, nie tylko, by zobaczyć, co kryje w swym łonie, lecz także, żeby się dowiedzieć, jak te rzeczy, dziś ukryte, niegdyś leżały na powierzchni ziemi. N otatka ta (którą przytaczamy tu gwoli ciekawości, lecz której nie mogliśmy sprawdzić) ukazała się w jednym z dzienników londyńskich w 1892 roku w związku z mianowaniem Flindersa Petrie profesorem University College (został nim zresztą mając lat trzydzieści dziewięć, a więc wcale nie wyjątkowo wcześnie ). W każdym razie jest rzeczą pewną, że już za najmłodszych lat łączył ze swym zainteresowaniem zabytkami starożytnymi wiele innych skłonności, które do tego czasu rzadko kiedy występowały w podobnym połączeniu, a które później miały mu oddać wielkie usługi. Eksperymentował na polu nauk przyrodniczych, interesował się - nie tylko po dyletancku - chemią, a przede wszystkim odnosił się z bałwochwalczym wprost kultem do nauki, która od czasów Galileusza stanowiła podstawę nauk ścisłych - do matematyki pomiarowej. Jednocześnie szperał po londyńskich antykwariatach, sprawdzając na konkretnych obiektach trafność swych obserwacji. Przy tym - wszystko to jeszcze w latach szkolnych! - biadał nad tym, że na polu archeologii, w szczególności zaś egiptologii, wciąż brak podstawowych prac. To, czego brak odczuwał będąc jeszcze uczniem, sam potem stworzył Petrie i grób Amenemheta 143 wśród archeologów olnieniami. SchlieChampollio:n mafCznych. Rich już lnOŚciami. William : Mierniczym i IIiec - jak podaje wał niezwykłe za ż wtedy z ust jego go jego życia: zalżeniem do pozna rnku, całą meInlę e, lecz ta!kże, żeby ,ły na powierzchni ści, lecz której nie li'ków londyńskich Petrie profesorem :yd7ieści dziewięć, :odszych lat łączył iele innych skłon.v podobnym p!ołąEksperymentolwał le tylko po dyle~ bałwochwalczym tanowiła podsta wę ~:ześnie szperał po rch obiektach trafze w latach szkolszczególności zaś m potem stworzył jako człowiek dojrzały. Publikacje naukowe Petriego o'bejmują dziewięćd~esiąt tomów. Jego ,trzytomorwa Historia Egiptu, wydana w latach 1894-1905, odznacza się .rniezwykłym bogactwem materiału badawcrzego i stała się punktem wyjŚCia wszystkich późnliejszych prac w tej dziedz1nie. Wydane w 1892 roku sprawozdanie Dziesięć lat prac wykopaliskowych w Egipcie 1881-1891 jeszcze dzisiaj czyta się z najwyż'szym zainteresowaniem. Urodzony 3 C'zerwca 1853 r,oku pod Londynem, ro!zpoczął swą działaIność jako badacz starożytnOŚCi w Anglii; pierwszą jego publikacją jest. praca o Stonehenge, osiedlu z epoki neolitu. Ale już w 1880 roku, mając dwadzieścia siedem lat, udaje s[ę do Egiptu, gdzie odtąd z pewnymi przerwami prowadzi wykopaliska przez C'zterdzieścd sześć lat, d,o 1926 roku. W dolinie Nilu znajduje greckie miasto Naukratis. z gruzowisk w Nebeshe odkopuje świątynię Ramzesa. Koło miasta Kantara (ongi przechodził tu wielki trakt wojenny z Egiptu do Syrii, dziś na wielkim placu lądują samoloty) "odskrobuje" we "Wzgórzu Grabarzy" obóz zaciężnych żołnierzy faraona Psametycha I i identyfikuje to miejsce z grecką miejscowością Daphnae i biblijnym Tachpanches. Wreszcie staje tam, gdzie dwieście lat przed nim, w 1672 roku, jako pie!I'wszy stanął dociekliwy badacz europejski v ansleb, ksiądz z Erfurtu: przed szczątkami dwóch olbrzymich posągów z piaskowca przedstawiających króla Amenhotepa III, o których wspomina już Herodot. (Starożytni Grecy nazywali te posągi "kolumnami Memnona". Gdy Eos - Matka Jutrzenka, wschodziła nad horyzontem, jej syn Memnon żalił się i skarżył dźwiękiem, który, choć nie był ludzki, chwytał wszystkich za serce. Wspominają o tym Strabon i Pauzanias'z. Już w czasach dużo późr1iejszych, w 130 roku naszej ery, Hadrian WTaZ ze swą małżonką Sabiną czekali tutaj, aby usłyszeć ten ,dźwięk. Cierpliwość ich była hojnie nagl'odzona, usłyszeli bowiem skargę tak żałosną, że wzruszyła ich jak nic przedtem. Odkąd jednak Septimus Severus ka'zał "odbudować" górną część posągu, do czego użyto bloków piaskowca, dźwięk nigdy się już nie powtórzył. Do dziś nie mamy żadnego niezawodnego naukowe~ ~0 wyjaśnienia, jak powstawał dźwięk, sam fakt jednak jest niewątpliwy). Kolumny Memnona skruszył wiatr stuleci. Vansleb widział przynaj- ~ , mniej jeszcze dolną częsc jednego z posągów. Petrie widział już tylko ich szczątki i mógł jedynie pośrednio wyciągać wnioski. Wys'okość każdej z tych dwóch królewskich postaci obliczał na dwanaście metrów. (Długość średniego palca u ręki południowego kolosa wyno,si 1,38 metra.) Opodal znalazł Petrie wejście do grobowca piramidy w Hauwara, a tym samym zaginiony grobowiec Amenemheta i jego córki Ptahnofru. Zna- jako człowiek dojrzały. Publikacje naukowe Petriego obejmują dziewięćdziesiąt tomów. Jego trzytomowa Historia Egiptu, wydana w latach 1894-1905, odznacza się niezwykłym bogactwem materiału badawczego i stała się punktem wyjścia wszystkich późniejszych prac w tej dziedzinie. Wydane w 1892 roku sprawozdanie Dziesięć lat prac wykopaliskowych w Egipcie 1881-1891 jeszcze dzisiaj czyta się z najwyższym zainteresowaniem. Urodzony 3 czerwca 1853 roku pod Londynem, rozpoczął swą działalność jako badacz starożytności w Anglii; pierwszą jego publikacją jest praca o Stonehenge, osiedlu z epoki neolitu. Ale już w 1880 roku, mając dwadzieścia siedem lat, udaje się do Egiptu, gdzie odtąd z pewnymi przerwami prowadzi wykopaliska przez czterdzieści sześć lat, do 1926 roku. W dolinie Nilu znajduje greckie miasto Naukratis. Z gruzowisk w Nebeshe odkopuje świątynię Ramzesa. Koło miasta Kantara (ongi przechodził tu wielki trakt wojenny z Egiptu do Syrii, dziś na wielkim placu lądują samoloty) "odskrobuje" we "Wzgórzu Grabarzy" obóz zaciężnych żołnierzy faraona Psametycha I i identyfikuje to miejsce z grecką miejscowością Daphnae i biblijnym Tachpanches. Wreszcie staje tam, gdzie dwieście lat przed nim, w 1672 roku, jako pierwszy stanął dociekliwy badacz europejski V ansleb, lksiądz z Erfurtu: przed szczątkami dwóch olbrzymich posągów z piaskowca przedstawiających króla Amenhotepa III, o których wspomina już Herodot. (Starożytni Grecy nazywali te posągi "kolumnami Memnona". Gdy Eos - Matka Jutrzenka, wschodziła nad horyzontem, jej syn Memnon żalił się i skarżył dźwiękiem, który, choć nie był ludzki, chwytał wszystkich za serce. Wspominają o tym Strabon i Pauzaniasz. Już w czasach dużo późniejszych, w 130 roku naszej ery, Hadrian wraZ ze swą małżonką Sabiną czekali tutaj, aby usłyszeć ten dźwięk. Cierpliwość ich była hojnie nagrodzona, usłyszeli bowiem skargę tak żałosną, że wzruszyła ich jak nic przedtem. Odkąd jednak Septimus Severus kazał "odbudować" górną część posągu, do czego użyto bloków piaskowca, dźwięk nigdy się już nie powtórzył. Do dziś nie mamy żadnego niezawodnego naukowe go wyjaśnienia, jak powstawał dźwięk, sam fakt jednak jest niewątpliwy). Kolumny Memnona skruszył wiatr stuleci. Vansleb widział przynajmniej jeszcze dolną częsc jednego z posągów. Petrie widział już tylko ich szczątki i mógł jedynie pośrednio wyciągać wnioski. Wysokość każdej z tych dwóch królewskich postaci obliczał na dwanaście metrów. (Długość średniego palca u ręki południowego kolosa wynosi 1,38 metra.) Opodal znalazł Petrie wejście do grobowca piramidy w Hauwara, a tym samym zaginiony grobowiec Amenemheta i jego córki Ptahnofru. Zna- lezisko to jeszcze i dziś zasługuje na to, aby dokładnie opowiedzieć jego historię. Nie możemy w tej książce, która nie jest biografią Petriego, wyliczyć wszystkich jego prac wykopaliskowych. A Petrie "kopał" przez całe życie. Nie specjalizował się na żadnym określonym obiekcie, tak jak to uczynił na przykład Evans, który poświęcił dwadzieścia pięć lat na badania samego tylko pałacu w Knossos. Petrie faktycznie "przesiewał" cały Egipt, odbywając przy tym wędrówki przez trzy tysiąclecia. Stał się zwłaszcza - rzecz dla niego charakterystyczna - znawcą rzeczy najmniejszych, najbardziej familiarnych, jakie Egipcjanie pozostawili po sobie: ceramiki i całej drobnej sztuki plastycznej (dokonał tu pracy pionierskiej, pierwszy poddając ją periodyzacji), a zarazem znawcą tego, co Egipt pozostawił po sobie największego, najwznioślejszego i co zachowało się po nasze czasy - olbrzymich, wznoszących się wysoko ku niebu grobowców-piramid. Czytelnik, którego w ostatnich rozdziałach raczyliśmy więcej historią niż historiami, więcej wyliczeniem faktów niż przeżyciami ludzi, prawdopodobnie zaczyna się już niecierpliwić. Spodziewam się, że następne rozdziały wynagrodzą mu dotychczasowe rozczarowania. W 1880 roku pod piramidami w Gizeh pojawił się dziwny Europejczyk. Po zbadaniu terenu znalazł jakiś opuszczony grobowiec, który już przedtem kto inny, kto używał go być może jako magazynu, zaopatrzył w drzwi. Dziwny przybysz oznajmił swemu tragarzowi, że ma zamiar zamieszkać w tym grobie. Istotnie, następnego dnia już się tu urządził. N a skrzyni kopciła lampa naftowa, w kącie syczała spirytusowa kuchenka: William Flinders Petrie był zainstalowany. Odtąd co wieczór, o godzinie, gdy ziemię spowijały granatowe cienie nocy, rozebrany do naga przełaził przez gruzy piętrzące się u stóp wielkiej piramidy, docierał do wejścia i podobny do widma błąkającego się po martwych komorach, znikał w grobowcu. Po północy znowu zeń wyłaził. Miał rozpalone oczy , bolała go głowa, cały był zlany potem, wyglądał jak człowiek wypuszczony Z razpalonego pieca. Potem przykucnąwszy przed swą skrzynią kopiował zrobione naprędce w piramidzie notatki, spisywał pomiary, przekroje podłużne i poprzeczne, spadzistość korytarzy i rozwarcie kątów, rozważał pierwsze hipotezy. Hipotezy? Czegoż mogły dotyczyć? Czyż mogły istnieć jeszcze jakieś tajemnice piramidy, która stała tu od tysięcy lat, widoczna dla wszystkich? Już Herodot ją podziwiał (nie wspominając ani słowa o Sfinksie), a starożytni nazwali ją jednym z siedmiu cudów świata. Ale cudem jest to, co niepojęte. Czyż więc ludziom XIX wieku, zracjonallzowanej i zme- chanizowanej epoki, ludziom pozbawionym wiary i nie mającym żadnego zrozumienia dla wzniosłości, jaka może tkwić w dziełach materialnie nieużytecznych, samo istnienie piramid nie musiało się wydawać zadziwiającą zagadką? Wiedziano, że piramidy były grobami, olbrzymimi domami-sarkofagami. Ale cóż, na Boga, skłoniło faraonów do wznoszenia w tym celu budowli o rozmiarach nie mających sobie równych na ziemi? (Tak sądzono wówczas. Dziś po odkryciach w Ameryce Środkowej wiemy, że w dżungli Tolteków wznoszono podobne budowle). Co zmuszało faraonów, by swe grobowce przeobrażać w fortece z tajemnymi przejściami, ślepymi drzwiami, ślepymi szybami kończącymi się nagle przed jakimś granitowym blokiem? Co skłoniło Cheopsa do tego, by nad swoim grobowcem z budować górę z dwóch i pół miliona metrów sześciennych piaskowca? Petrie, który pracował noc w noc, prawie oślepły, z trudem chwytając oddech w wysuszonym powietrzu na poły zasypanych korytarzy, był zdecydowany rozwiązać naukowymi metodami swego stulecia zagadkę piramid, przeniknąć tajemnicę, dlaczego je wznoszono, poznać sposób ich budowy, znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania nasuwające się każdemu, kto je oglądał. Wiele osiągniętych przez Petriego rezultatów znalazło potwierdzenie, wiele innych zdementowały późniejsze badania. Gdy dziś mówimy o piramidach, nie opieramy się tylko na tym, co mówił niegdyś Petrie. Liczby, które przytaczamy, pochodzą już z nowszych badań. A gdy po raz pierwszy podążamy tropem rabusiów, którzy dzieło faraonów sprowadzili do absurdu, obieramy sobie znowu Petriego za przewodnika. Cofnijmy się w czasy odległe od nas o cztery tysiące lat. Znad brzegu N ilu sunie pod górę tłum nagich niewolników. Są wśród nich i biali, i czarni, jedni o płaskich nosach, inni o grubych wargach i ostrzyżonych głowach. Cuchna zepsutą oliwą, potem, rzodkwią, cebulą i czosnkiem (według Herodota samo wyżywienie niewolników zatrudnionych przy budowie piramidy Cheopsa kosztowało w przeliczeniu ok. dwu milionów dolarów w złocie). Krzycza c pod uderzeniami bata. jęcząc z bólu od wrzynających się w plecy sznurów wloką powoli po wygładzonych płytach granitowej szosy, prowadzącej znad Nilu na plac budowy, na wielkich saniach kamienie , z których każdy ma objętość jednego metra sześciennego. To wśród ich krzyku, ich jęków, ich konania rosła piramida. Rosła tak przez dwadzieścia lat. Co roku, gdy muliste wody Nilu występowały z brzegów, gdy ustawały wszelkie prace w polu, spędzano sto tysięcy robotników faraona, aby budowali jego grobowiec, któremu nadano nazwę "Echet Chufu" - "Horyzont Cheopsa". Piramida rosła. Sprowadzono d wa miliony trzysta tysięcy bloków kamiennych i spiętrzono je na sobie - wszystko to siłą ludzkich mięśni. Każdy bok jej kwadratowej podstawy miał ponad dwieście trzydzieści metrów długości, a gdy wreszcie ukończono budowlę, wierzchołek jej osiągnął wysokość stu czterdziestu sześciu metrów. Grobowiec tego jednego faraona jest prawie tak wysoki jak katedra w Kolonii, przewyższa swą wysokością katedrę ś w w Stefana w Wiedniu i jest znacznie wyższy od bazyliki Św. Piotra w Rzymie - największego kościoła świata chrześcijańskiego - którą zresztą można by wraz z londyńską katedrą Św. Pawła wygodnie pomieścić w tym jednym grobowcu egipskiego faraona. Zużyty tu budulec, na który złożyły się skały i piaskowce z obu brzegów Nilu, wynosi 2 521 000 metrów sześciennych i pokrywa powierzchnię 54300 metrów kwadratowych. Dziś do terenu piramid dojeżdża się tramwajem - tramwajem linii nr 14. Wrzaskliwy tłum dragomanów oraz poganiaczy osłów i wielbłądów czeka tu podróżnych domagając się bakszyszu. Nie słychać już jęku niewolników, wiatr nilowy dawno uniósł echo poświstujących batów i zapach ludzkiego potu. Pozostała jedynie olbrzymia budowla. I nie tylko ta jedna. Starczy wejść na piramidę Cheopsa - największą i najwyższą i spojrzeć na południe (na lewo stoi Sfinks, na prawo druga i trzecia piramida Chefrena i Mykerinusa), a widzi się w dali inną grupę olbrzymich faraonowych grobowców. To piramidy w Abusir, Sakkarze i Dahszur. z wielu innych piramid pozostały tylko ruiny. Piramidę w Abu Roasz rozebrano, tak że można z góry zajrzeć do komory grobowej, którą niegdyś pokrywało tysiąc ton ciężkich głazÓw. Piramida w Hauwara (w której zamulonych korytarzach Petrie w 1889 roku śledził krok za krokiem drogę rabusiów) oraz piramida w Illahun, wzniesiona z niepalonych cegieł wokÓł skalnego rdzenia, nie obroniły się przed niszczącym zębem czasu. Tak zwana "fałszywa piramida" pod Medum ("el Haram-el-Kaddab", tak nazwali ją Arabowie, bo wydawała im się zupełnie odmienna od wszystkich innych piramid) była najbardziej wystawiona na zniszczenie, działania atmosferyczne i lotne piaski, nigdy bowiem nie ukończono jej budowy. A jednak i ona wznosi się na wysokość czterdzieBudowano je od najstarszych czasÓw aż do okresu stu metrów. Piramidy! etiopskich władców z Meroe - sama tylko północna grupa na terenie Meroe liczy czterdzieści jeden piramid, kryjących w sobie mumie trzydziestu czterech królów, pięciu królowych i dwóch następców tronu. Budowano z krwi, potu i łez grobowce dla pojedynczych ludzi, z których każdy był Jedyny i kazał coraz to innym setkom tysięcy bezimiennych niewolników, by uwiecznili jego imię w kamiennym piśmie wznoszącym się ku niebu. Czyż tylko dla swej chwały? Czy tylko z chęci, hy monumentalny kamienny pomnik dawał świadectwo ich wielkości? Czy była to tylko pycha możnych, którzy zatracili miarę zwykłych śmiertelników? Właściwy sens budowy piramid wytłumaczyć można jedynie osobliwym charakterem wieneń religijnych Egipcjan. Nie wiarą w bogów,bo było ich niezliczone mnóstwo, nie uczonością kapłanów, bo obrzędy i dogmaty tak samo zmieniały swe formy jak świątynie "Starego" i "Średniego" i "Nowego Państwa". Zrozumieć je można jedynie na tle podstawowego wierzenia religijnego, że droga człowieka po jego śmierci cielesnej trwa nieprzerwanie dalej i prowadzi do wieczności, że "tamten świat" leży "naprzeciw" nieba i ziemi i że zamieszkują go zmarli, jeżeli - i to jest tu najistotniejsze - dano im na drogę pośmiertną środki potrzebne do dalszej egzystencji. Do tych środkÓw należało w gruncie rzeczy wszystko, z czego nieboszczyk korzystał za życia na ziemi. A więc mocno zbudowany dom, a więc żywność, aby mÓgł zaspokajać głód i pragnienie, a więc służba, niewolnicy i urzędnicy, a więc wszystkie przed- mioty codziennego użytku. Najważniejsze jednak było zachowanie ciała, niezawodne zabezpieczenie go od wszelkich wpływów zewnętrznych, które by mogły spowodować jego rozkład. Tylko wówczas istniała możliwość, że bujająca swobodnie po śmierci dusza człowieka - po egipsku baj będzie mogła każdej chwili powrócić do ciała, do którego była przynależna, i że tak samo będzie mógł powrócić do niego anioł-strÓż, uosobienie jego sił żywotnych - po egipsku ka - który urodził się wraz z człowiekiem, lecz nie zginął wraz z jego śmiercią i nadal żyje, aby dać zmarłemu na tamtym świecie potrzebne siły - na tamtym świecie, gdzie zboże rośnie na siedem łokci wysoko, lecz mimo to wymaga uprawy. To wyobrażenie znalazło dwojaki wyraz: w mumifikacji zwłok (spotykamy ją także u Inków, Maorysów, Jiwarosów i innych ludów, lecz w postaci nieporównanie mniej wykształconej) i w budowie grobów na modłę fortec. Każda bowiem piramida była twierdzą, której jedynym przeznaczeniem było chronić ukrytą w niej mumię przed jakimkolwiek wrogiem, przed wszelką profanacją lub zakłóceniem spokoju. Tysiące żywych ludzi padało ofiarą najcięższej niewolniczej pracy , aby jednemu zmarłemu zapewnić wieczne bezpieczeństwo i wieczne życie. Faraon, który przez dziesięć, piętnaście czy d wadzieścia lat kazał budować dla siebie grobowiec, rujnował siłę ludu, pogrążał w długach nie tylko siebie, lecz także swe dzieci i wnuki. Mało tego, jeszcze po śmierci podrywał finanse swego państwa, gdyż jego ka wymagało ciągłych ofiar, stałych posług kapłańskich. Pewien szczególnie przezorny faraon zapisał kapłanom, którzy mieli celebrować ofiarne nabożeństwa dla jego ka, dochody z d wunastu wsi. Wiara w życie pozagrobowe była tak silna, że zagłuszała wszelki głos politycznego i moralnego rozsądku. Dzieło faraonów - i tylko faraonów. 19. Bogaty pan Ti płynie przez gąszcz papirusQwych zagajników. gdyż mniej od nich możni dostojnicy państwowi zadowalali się skromniejszymi grobowcami, tak zwanymi mastabami, a przeciętni mieszkańcy zwykłym grobem wykopanym w piasku pustyni - jest owocem bezmiernie wybujałego egocentryzmu, któremu obcy był wszelki rodzaj myślenia kategoriami wspólnoty. Piramidy nie służyły gminie pobożnych, jak służyły jej olbrzymie budowle świata chrześcijańskiego, katedry i tumy. Nie były, jak babilońskie wieże zikkuraty, siedliskiem bogów i świętością dla wszystkich. Służyły przede wszystkim tylko jemu, faraonowi, tylko jego martwemu ciału, jego duszy jego ka. , Jedno wszakże jest pewne ponad wszelką wątpliwość: wielkoŚć grobowców, które czterdzieści siedem wieków temu kazali sobie wznosić królowie czwartej dynastii, przekracza wszelką miarę, jaką nakazywała wiara, religia i bezpieczeństwo. Później widzimy, jak wznoszenie tak wielkich piramid bardzo rychło zaczyna zanikać i w końcu całkiem ustaje. Ustaje zaś w czasach, gdy panowali królowie będący nie mniej absolutnymi władcami od Cheopsa, Chefrena i Mykerinusa. którzy byli nawet bardziej podobni do bogów niż ich poprzednicy i - jak Seti I i Ramzes II - oddzieleni jeszcze większą przepaścią od jęczących pod jarzmem pańszczyzny mas swego ludu. J ednym z powodów, dla których zaprzestano wznoszenia wielkich piramid, powodem jednak nazbyt materialistycznym, by sam przez się mógł to wytłumaczyć, była wzrastająca śmiałość rabusiów okradających groby królewskie ze skarbów. Doszło do tego, że w niektórych wsiach to zbójeckie rzemiosło stało się regularnym sposobem zarobkowania: swego rodzaju socjalne wyrównanie między wiecznie głodnymi i wiecznie sytymi (o tych rabusiach, którzy z historii grobowców egipskich uczynili godną pióra Pitavala kronikę wypadków kryminalnych, jeszcze usłyszymy). Piramidy więc nie gwarantowały już mumiom faraonów bezpieczeństwa. To zmusiło do szukania nowych, zgoła odmiennych środków ochronnych, a tym samym i do budowania innego rodzaju grobowców. Dalszy powód zaprzestania budowy piramid prawdopodobnie ujawnić może tylko morfologiczna metoda historyczna, która widzi kultury obok siebie w analogicznym rozwoju i analogicznym upadku i W każdej świeżo powstałej kulturze znajduje tendencję do szturmującej niebo monumentalności. Toteż mimo całej odmienności babilońskich zikkuratów, romańsko-gotyckich budowli kościelnych i egipskich piramid istnieje między nimi też pewne podobieństwo. W szystkie one powstają w początkowym okresie poszczególnych kultur, kiedy to z barbarzyńską, brutalną siłą wznosi się budowle-olbrzymy. (Nie zapominajmy, że wczesne katedry gotyckie były tak wielkie, że cała ludność miasta, w którym je budowano, nie była w stanie ich wypełnić). Siła ta nie uznaje żadnych przeszkód, z najgłębszych pokładów świadomości wydobywa nagle sztukę obliczania niezbędnej statyki i poprzez mozolne przenikanie tajemnic przyrody stwarza pierwsze prawa niezbędnej do tego mechaniki. W XIX wieku, wieku postępu technicznego, nie chciano wierzyć, by to w ogóle było możliwe. Nie chciano wierzyć, że tego rodzaju budowle można było wznosić bez "maszyn", bez wyciągów łańcuchowych, a prawdopodobnie i bez dźwigów i żurawi. Ale pęd do monumentalności prze- zwyciężył wszystkie przeszkody - ilościowa siła wczesnej kultury dorównała jakościowej sile późniejszej cywilizacji! Piramidy zbudowała siła ludzkich mięśni. W wywiercone uprzednio otwory skalne wprowadzano drzewo i tak długo oblewano je wodą, aż zaczynało pęcznieć: w ten sposób odpadały od skał kamienie ciosowe w górach Mokattamu. Na walcach i wozach ciągniono je potem na plac budowy. J edna na drugiej układały się coraz wyżej kamienne warstwy piramid. Do dziś dnia jest w archeologii kwestią otwartą, czy istniał tylko jeden plan budowy, czy też było ich więcej. (Lepsius i Petrie reprezentują dwa skrajnie przeciwstawne poglądy. Nowsze badania skłaniają się raczej ku poglądom Lepsiusa, przypuszczając, że istniało kilka planów, które powstawały niejako "skokami" w miarę tego, jak powiększały się rozmiary budowy). Ci ludzie sprzed czterech tv sięcy siedmiuset lat pracowali z taką dokładnością, że wszystkie błędy popełnione przy budowie wielkiej piramidy w obliczeniu przekrojów poziomych i kątów jak wyraża się Petrie - "można by przykryć dużym palcem jednej ręki". Płyty zaś były tak ściśle dopasowane, że jUŻ przed ośmiuset laty arabski pisarz Abd-el-Latif stwierdzał z podziwem, iż dokonano tu mistrzowskiej roboty, gdyż między spojenia kamiennych płyt nie można wsunąć igły ani włosa. Dziś każdy turysta może to stwierdzić i utrwalić na błonie fotograficznej. Jeżeli zaś pewien krytyk zaznacza, że w zakresie statyki starożytni budowniczowie byli aż nazbyt przezorni, gdyż na przykład dla odciążenia poprzeczek stropów pozostawiali nad nimi pięć wolnych przestrzeni, podczas gdy według nowoczesnych obliczeń wystarczyłaby jedna, to uwaga ta jest niesłuszna. Zapomina on, że i my - w czasach gdy spoistość dźwigarów sprawdzana jest promieniami Roentgena - zwykliśmy budować, i to nie tylko mosty, z pięciokrotną, ośmiokrotną, a nawet dwunastokrotną marżą bezpieczeństwa. Piramidy stać bedą jeszcze długo. Z piramidy Cheopsa odpadł tylko wierzchołek (tworząc płaskowzgórze o powierzchni dziesięciu metrów kwadratowych), a zdobiące ją gładkie oblicowanie z najprzedniejszego piaskowca z gór Mokattamskich, z wyjątkiem małych zachowanych resztek, odpadło odsłaniając żółtawy piaskowiec, który pochodził z innych pobliskich kamieniołomów i stanowił tu główny budulec. Piramida Cheopsa stoi, a wraz z nią stoi i wiele innych. Gdzież jednak są królowie, którzy pragnęli znaleźć w nich bezpieczeństwo, wolne od oba w miejsce spoczynku dla swych martwych ciał i swych ka? . I tu właśnie pycha faraonów poniosła zasłużoną, tragiczną karę. Łaskawiej niż z faraonami los obszedł się z tymi, którZy znaleźli miejsce wiecznego spoczynku nie w kamiennych twierdzach, lecz w ukrytych pod ziemią mastabach i w zwykłych, w piasku wykopanych grobach. Wielu spośród nich nie tknęła ręka rabusia. N atomiast granitowy sarkofag Cheopsa jest okaleczony i pusty. Od jak dawna pusty, nie wiemy. Już Belzoni zastał w r. 1818 sarkofag Chefrena z potrzaskanym wiekiem i wypełniony kamieniami. z pokrytego bogatym ornamentem bazaltowego sarkofagu Mykerinusa już w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, gdy angielski pułkownik Vyse znalazł komorę grobową, brakowało wieka. Części wewnętrznej drewnianej trumny leżały w jednym z górnych pomieszczeń, a wśród nich poniewierały się kawałki mumii królewskiej. (Sarkofag ten zatonął u brzegów Hiszpanii wraz z okrętem, który przewoził go do Anglii). Miliony kamiennych płyt miały chronić martwe ciała królów. Zamurowane chodniki, wymyślne pułapki architektoniczne miały zatrzymać każdego, kto próbowałby świętokradczą ręką sięgnąć po złożone tu bogactwa. W komorach grobowych bowiem pełno było bogactw, pełno nie dających się opisać skarbów. Król, chociaż martwy, pozostawał królem. W chwili gdy jego ka wśliźnie się do mumii i powoła go do nowego życia na tamtym świecie, będzie musiał mieć swe klejnoty, przedmioty zbytku i kosztowne sprzęty, którymi się posługiwał za swego ziemskiego życia, będzie musiał mieć swą dawną broń ze złota i szlachetnych metali, zdobną w lapis-lazuli, drogie kamienie i kryształy 01. Czy piramidy dawałv mu- miom faraonów tę ochronę? Okazało się, że przez swą wielkość nie tylko nie odstraszały rabusiów, lecz wręcz przeciwnie, tym bardziej ich prz yciągały. Pewnie, kamienne płyty piramid ukrywały powierzone im skarby. Ale ich wielkość aż nazbyt wyraźnie wołała: mamy coś do ukrycia! . Toteż rabusie przystąpili do dzieła od najdawniejszych czasów i kontynuują je po dziś dzień. Ile zaś wkładano w to przebiegłości i wytrwałości, ile w tym było korupcji i fortelów, odkrył Petrie, gdy zawiedziony stanął przed pustym sarkofagiem w grobowcu Amenemheta. Tu musimy wtrącić kilka uwag na temat te g o, co mniej więcej od stu lat coraz to poruszane jest w prasie (nie wyłą czając czasopism naukowych) jako "zagadka wielkiej piramidy". Wiadomo, że gdzie zachodzi jeszcze niepewność, tam otwiera się pole do wszelkiego rodzaju spekulatywnych domysłów. Trzeba jednak rozróżniać między spekulacją a hipotezą. Hipoteza jeSt jedną z metod pracy otwiera każdej gałęzi nauki. Biorąc za punkt wyjścia fakt ustalony, możliwości, nad którymi zawsze stoi znak zapytania. Spekulacja natomiast nie zna żadnych hamulców. Tu przeważnie nawet punkt Wyj ś cia lecz dowolnie nie jest "ustalony", "przystosowany", to zaś, co nazywa się wnioskiem, nie jest niczym innym, jak czystą fantazją. Karmiac się złudami spekulacja wstępuje na błędne ścieżki metafizyki, zapuszcza Się w najciemniejszy gąszcz mistyki i na najbardziej tajemniczy t eren fał- szywych interpretacji Pitagorasa i Kabały. .Najniebezpieczniejsze zaś są takie spekulatywne rozważania, które zdają się iść w parze z logiką ową logiką, przed którą my, ludzie XX wieku, zawsze jesteśmy gotowi uchylić czoła. Znaleziska egipskie wprost prowokowały do tego rodzaju spekulatywnych domysłów. Kilka z nich wymieniliśmy jUŻ omawiając sposób interpretowania hieroglifów przed Champollionem. Tu możemy dodać jeszcze jedną, bardzo nowoczesną próbkę. Pani Galahad - pod nazwiskiem "sir Galahad" ukrywa się bowiem kobieta - w swej książce Matki i amazonki występuj,e nie z dyskusyjną tezą, lecz z kategorycznym twierdzeniem, że w Egipcie już w czasach historycznych istniał wyraźny matriarchat (pani Galahad przedstawia zresztą swe dowody tak urzekająco błysk'otliwym stylem, że należałoby sobie życzyć, aby podobny kunszt choć raz przypadł w udziale jakiemuś poważnemu archeologowi). w związku z tym na szczególną wzmiankę zasługuje ekonomista Silvio Gesell, który od 1945 roku znowu cieszy się w Niemczech wielkim rozgłosem. Wychodząc poza ramy swej specjalności Gesell wysunął doniosłe pytanie. czy Mojżeszowi znany był proch ? Silvio Gesell "dowodzi" z niezwykłą "przenikliwością", że Mojżesz, przebywając na dworze Ramzesa, przy pomocy swego teścia Jethro, który jako kapłan miał dostęp do tajemnic, użył Arki Przymierza jako laboratorium do produkowania materiału wybuchowego. Druga księga Mojżesza, rozdział 30, werset 23-38, podaje "receptę" na ten materiał wybuchowy. Płonący krzak cierniowy, egipskie rydwany wojenne, które przewracają się i których koła zostają oderwane przez tajemnicze moce, skała pękająca pod jednym uderzeniem pałki, banda Korego, którą pochłania otwierająca się ziemia, mury J erycha obalone dźwiękiem trąb - wszystko to, zdaniem Gesella, zdziałała nauka: wyprodukowany w Arce Przymierza proch. Czyż Mojżesz nie otrzymał tablicy z dekalogiem wśród huku moździerzy i kłębów dymu? Czyż okazawszy się niezręcznym laborantem nie musiał przez czterdzieści dni leczyć odniesionych oparzeń? Zdanie Silvia Gesella popiera od strony przyrodniczej Johannes Lang, nieustępliwy obrońca teorii próżni światowej. Nie każda jednak spekulacja naukowa talk wyraźnie sama się dyskredytuje. Cała rzecz w tym, że wielka piramida, piramida Cheopsa (ciekawe, że właśnie ona, a nie żadna inna) ,Od najdawniejszych czasów objawiała mistyczne cuda liczb. Całą tę mistykę cyfr należy traktować tak samo jak przytoczone wyżej przykłady, mimo że jeszcze i za naszych czasów od dają się jej poważni naukowcy, którzy skądinąd w dziedzinie swej specjalności mają duże osiągnięcia. Wielką piramidę często określano jako "zakutą w kamień Biblię". Znaimdomy "interpretacje" Biblii. Interpretacje wielkiej piramidy niemal im dorównują. Z rzutu poziomego, ze sposobu razmieszczenia bram, korytarzy, hal i komory grobowej próbowano odczytać całą historię rodzaju ludzkiego. Znalazł się nawet i taki "badacz", który na podstawie tej utrwalonej w piramidzie Cheopsa "historii" przepowiedział na rok 1913 wybuch pierwszej wojny światowej, a ci, którzy go brali na serio, mówili: cóż, omylił się tyIko o jeden rok. A trzeba pamiętać, że ci mistycy liczb rozporządzają materiałami, które, jeśli się ich od razu nie sprowadzi do właściwego znaczenia - działają istotnie oszałamiająco. Tak na przykład faktem jest, że piramidy są ustawione dokładnie według stron świata. Przekątna piramidy Cheopsa z pół ,nocnego wschodu na południowy zachód pokrywa się w swym przedłużeniu z przekątną piramidy Chefrena. Niemal wszystkie jednak dalsze twierdzenia polegają na błędnych pomiarach lub na przesadnym, całkowicie dowolnym rozwijaniu wniosków, jakie można wysnuć z każdej wielkiej budowli, gdy mierzy się ją bardzo małymi jednostkami miary. Piramidę Cheopsa od czasu pierwszych pomiarów dokonanych przez Petriego zmierzono stosunkowo dokładnie. Należy jednak mieć na uwadze, że wszelkie, nawet nowoczesne pomiary dają tylko przybliżone wyniki, gdyż nie zachowała się okładzina piramidy i zburzony jest jej wierzchołek. Żadna więc mistyka liczb, operująca dowodami wymierzonymi w centymetrach Iub calach, nie zasługuje na wiarę. I jeszcze jedno: chociaż musimy przyznać, że Egipcjanie posiadali niezwykłe wiadomości z dziedziny astronomii, to jednak w żadnym razie nie możemy im przypisywać posiadania tak dokładnej miary, jak p. wzorcowy metr paryski (aby zrozumieć obcość świata myśli nie skierowanej, jak myśl dzisiejsza, ku ścisłości, przypominamy tu raz jeszcze charakterystyczny dla Egipcjan brak historycznego poczucia czasu). Nietrudno, operując w stosunku do bardzo wielkiej budowli bardzo małymi wartościami miary, uzyskać frapujące rezultaty. Można uważać za rzecz niemal pewną, że jeżeli katedrę w Chartres lub katedrę kolońską będziemy rozbierać miarą centymetrową, to przez odpowiednie dodawanie, odejmowanie i mnożenie uzyskamy najbardziej nieoczekiwane porównania z wartościami liczbowymi rzędu kosmicznego. w tej też prawdopodobnie płaszczyźnie leży stwierdzenie, że liczba pi nie jest już "ludolfiną", że nie odkrył jej Ludolf van Keulen, lec'z znali ją już budowniczowie piramid. Gdyby się nawet okazało, że Egipcjanie faktycznie utrwalili w wielkiej piramidzie niezwykle doniosłe wiadomości astronomiczne i matematyczne (wiadomości, które nowoczesna nauka osiągnęła dopiero w XIX i XX wieku, np. rzeczywista odległość słońca), to i wtedy nie byłoby powodu do nadawania im jakiegoś mistycznego znaczenia, a już tym bardziej wyprowadzania z nich proroctw. W 1922 roku niemiecki egiptolog Ludwik Borchardt po bardzo dokładnym zbadaniu wielkiej piramidy wydał książkę Gegen die Zahlenmystik an der grossen Pyramide bei Gizeh (przeciwko mistyce cyfr wokół wielkiej piramidy w Gizeh). W książce tej znajdujemy argumenty, które kładą tamę temu zalewowi mistyki. Petrie należał do typu archeologów, których nie odstraszają żadne przeszkody. Był uparty, nieustępliwy, wytrwały, rozmiłowany w tropie- . niu raz natrafionego śladu. Gdy w 1889 roku nie może znaleźć wejscia do zbudowanej z cegieł piramidy jakiegoś króla (nie wiedząc wtedy jeszcze, że królem tym był Amenemhet III, jeden z rzadkich w dziejach Egiptu wielkich władców prowadzących politykę pokojową), przekopuje szyb-tunel w poprzek piramidy i stwierdza, że przed nim byli tu już inni, przemyślniejsi od niego, jeszcze bardziej niż on wytrwali i wprawieni w tropieniu śladów, ludzie dawno minionej epoki, którzy znaleźli drogę, by zbezcześcić grób. Przebijali się do komory grobowej nie z zamiarem wydobycia na światło dzienne świadectw minionej epoki, wydobycia ich ku czci przeszłości i dla dobra nauki współczesnej, lecz po to, aby rabować. Okazało się rzeczą ważną, że właśnie nie kto inny, tylko niestrudzony Petrie był tym człowiekiem, który wpadł na trop jeszcze bardziej od niego niestrudzonych - rabusiów. Gdy przystępował do zbadania tej piramidy, którą jadąc ze wsi Hauwaret-el-Makta na grzbiecie swego osła, osiągał po trzech kwadransach drogi, szukał wejścia tam, gdzie znajdowało się ono niemal we wszystkich piramidach: po stronie północnej. Nie znalazł go jednak, tak jak przed nim nie znaleźli go inni archeologowie. Nie znalazłszy go także po stronie wschodniej, postanowił nie tracić czasu na żmudne poszukiwania i przekopać w poprzek budowli tunel. W spaniała myśl. Ale środki techniczne Petriego były ograniczone. Wiedział, że czeka go ciężka praca , lecz nie przewidywał, że będzie tu musiał kopać przez długie tygodnie. Toteż trzeba z cała siłą wyobraźni wczuć się w jego położenie, gdy po trudach ponoszonych w egipskim skwarze, pracując niedostatecznymi narzędziami i z coraz to buntującym się zespołem robotników, w chwili usunięcia kamienia do szczęśliwie wreszcie znalezionej komory grobowej - stwierdził, że inni go ubiegli. Raz jeszcze spotykamy się tu z uczuciem, które jakże często jest jedyną nagrodą badacza stającego u kresu swych mozolnych poszukiwań, z uczuciem straszliwego rozczarowania, któremu tylko ludzie prawdziwie silni nie dają się złamać. (Petrie, gdyby ten wypadek zdarzył mu się dokładnie w dwadzieścia lat później, doznałby przynajmniej satysfakcji, że to samo spotkało i innych. Nowocześni następcy starożytnych rabu- siów grobów królewskich włamali się do grobowca Amenemheta II, zmarłego około 1420 roku przed Chr . Szukając skarbów pozdzierali bandaże, w które owinięta była mumia. Czekało ich rozczarowanie większe niż Petriego, okazało się bowiem, że już trzy tysiące 1at przed nimi byli tu ich koledzy po fachu, którzy tak gruntownie uporali Się ze swym zadaniem, że nic, ale to dosłownie nic nie pozostawili d1a swych następców). Otwór wyłamany w murze okazał się na razie za wąski, by Petrie mógł przezeń przejść. Nie miał jednak cierpliwości, żeby czekać, aż go poszerzą. Obwiązał więc 1iną egipskiego wyrostka, dał mu do ręki świecę i wysłał go do ciemnej komory grobowej. W chybotliwym świetle świecy ukazały się dwa sarkofagi. Wieka były odwalone, oba sarkofagi - puste. Petriemu jako człowiekowi nauki pozostało tylko jedno: spróbować mimo dokonanego tu rabunku dociec, czyj to był grób. Ale tu pojawiła się nowa trudność. Wnętrze piramidy zalewała woda podskórna. Gdy Petrie poszerzył pierwszy otwór i sam wszedł do komory grobowej, stał po kostki w wodzie; to samo zdarzyło mu się później w pewnym grobie szybowym, w którym znalazł pokrytą klejnotami mumię. Ale tak jak w tym drugim wypadku, Petrie i tutaj nie dał za wygraną. Przeszukał łopatą całą podłogę, cal za calem. Znalazł alabastrowe naczynie, na którym wyryte było imię Amenemhet. W drugiej komorze znalazł mnóstwo wotów. W szystkie były złożone imiennie księżniczce Ptahnofru, córce Amenemheta III. Amenemhet III, król Xll dynastii, panował od 1849 do 1801 roku przed Chr. (według Breasteda). Jego potomkowie zasiadali na tronie Egiptu przez dwieście trzynaście lat, okres zaś, kiedy Amenemhet połączył obie korony Górnego i Dolnego Egiptu, należał do najszczęśliwszych w tym kraju pustoszonym od wieków przez wojny zewnętrzne (przeciwko barbarzyńskim ludom ościennym) i wewnętrzne (przeciw coraz to ponawiającym się powstaniom udzielnych książąt poszczególnych prowincji). Amenemhet starał się o pokój. Wzniósł niezliczone budowle między innymi otoczył groblą całe jezioro - służące zarówno celom świeckim, jak i religijnym, wydał zarządzenia w dziedzinie socjalnej, które według naszych pojęć są może mało ważne, lecz dla Egiptu, z jego podziałem na klasy i gospodarką opartą jedynie na niewolnictwie, miały ogromne znaczenie. On więcej niż wielki Nil pokrywa Egipt zielonością, On kraje obydwa siłą napełnił, Onjest życiem, które chłodzi nozdrza. Skarby, które rozdaje, są strawą d1a tych, ktÓrzy idą za nim. On żywi tych, co wstępują na jego drogę. Król jest pożywieniem, jego usta są dosytem. Znalezienie tego grobu było nie lada zasługą. Jako naukowiec Petrie mógł być zadowolony. Ale jako archeologa, "diggera" pracującego łopatą, pociągało go rozwiązanie innego jeszcze zagadnienia: jaką drogą wtargnęli ci, którzy go ubiegli? Gdzie znajdowało się rzeczywiste wejście do piramidy? Czy rabusie znaleźli te drzwi, których on, a przed nim i inni badacze szukali bezskutecznie? Rabusie szli śladem architektów. Petrie poszedł śladem rabusiów. Podjęcie tego zadania w wiele stuleci po dokonanej tu kradzieży nie ustępowało niemal decyzji przebicia tunelu. Stojąca w piramidzie woda podskórna, błoto, odłamki cegieł i żwir utworzyły twardy szlam i nie brak było takich przejść, prz ez które Petrie, jak za wsze niestrudzony, musiał jak foka czołgać się na brzuchu, z ustami i nosem pełnymi stwardniałego błota. Ale chciał za wszelką cenę dowied zieć się, gdzie znajdowało się prawdziwe wejście! Znalazł je. Wbrew wszystkim d otychczasowym doświadczeniom, wbrew wszelkiej egipskiej tradycji znajdowało się w ścianie południowej. A przecież rabusie mimo to je znaleźli. Czy można się dziwić, że Petrie, zadraśnięty w swej ambicji badacza, pytał sam siebie, czy aby za tym "znalezieniem" nie kryje się jakaś nieczysta sprawa? C zy było ono doprawdy jedynie owocem samej tylko bystrości umysłu, wynikiem niezmordowanej wytrwałości? Powziąwszy pewne podejrzenie Petrie poszedł wywęszonym śladem. Szedł systematycznie drogą, którą niegdyś szli rabusie. Stawał przed wszystkimi przeszkodami, przed którymi i oni stawali. I wciąż odwoływał się do własnej bystrości umysłu, ta zaś nie zawsze dawała mu odpo wiedź, którą rabusie jednak znaleźli. Jakiż to tajemniczy instynkt przeprowadził ich przez wszystkie pułapki, triki i zasadzki faraonowych architektów? Oto jakieś schody urywają się nagle ślepą komorą, z której nie ma wyjścia. Nie ma wyjścia? Rabusie najwidoczniej szybko wykryli, że wyjściem z komory jest sufit, cały strop, który podnosił się jak olbrzymia klapa. z trudem przedostali się przez nią, jak nowocześni kasiarze rozpruwający drzwi panc ernego skarbca. Ale co im to dało? Znaleźli się w krużganku za walonym masywnymi blokami z kamienia. Petrie jako fachowiec mógł ocenić, ile pracy wymagało samo tylko oczyszczenie te go przejścia. Rozumiał uczucia rabusiów, gdy po pok onaniu tej przeszkody znowu natknęli się na komorę bez wyjścia, a następnie, przebywszy już i tę pułapkę, natrafili z kolei na komorę również pozbawioną drzwi. Petrie w końcu sam już nie wiedział, co więcej podziwiać, czy instynkt rabusiów, który za każdym razem wskazywał im właściwe wyjście, czy ich wytrwałość. Nie ulegało bowiem żadnej wątpliwości, że musieli się tu przek opywać przez długie tygodnie, miesiące, może rok cały, a kto wie, czy nie więcej. I to w jakich warunkach! Prawdopodobnie W ciągłym strachu przed strażnikami, kapłanami, a także przed wszystkimi tymi, co ściągali tutaj, aby złożyć Amenemhetowi dary i wota. A może wszystko odbyło się całkiem inaczej? Ambicja Petriego, umiejącego wykrzesywać z siebie tyle inwencji przy pokonywaniu trudności, którymi starożytni architekci dla ochrony królewskich mumii zagrodzili drogę przyszłym świętokradcom, nie pozwalała mu wierzyć, że sama bystrość umysłu tych egipskich rabusiów, prostych, prymitywnych ludzi sprzed wielu stuleci, pomogła im przebrnąć przez te powikłane drogi. Czy nie zachodziła raczej inna możliwość - w literaturze egipskiej znajdu.ją się pewne podstawy ku temu - że rabusie korzystali z czyjejś "fachowej pomocy"? Może kapłani i strażnicy, sprzedajni członkowie skorumpowanej klasy urzędniczej, służyli im wskazówkami i pomocą? I to prowadzi nas do "kryminalnego rozdziału" egipskiej historii. Razpoczął się on w zamierzchłej przeszłości, miał potem swój dalszy ciąg w "Dolinie Królów" i wcale niedawno osiągnął swój punkt kulminacyjny w zgoła już nowoczesnej aferze kryminalnej. Rozdział czternasty ZBÓJCY w «DOLINIE KRÓLÓW» Na początku 1881 roku pewien zamożny, interesujący się sztuką Amerykanin płynął Nilem w górę rzeki do Luksoru, wsi położonej naprzeciw Teb, dawnej rezydencji faraonów. Chciał kupić kilka starych zabytków, omijał jednak oficjalny, od czasu Mariette'a surowo kontrolowany handel zabytkami i zdawał się na własny instynkt. Wieczorami włóczył się po ciemnych zaułkach, zaglądał do kramików na bazarze, aż w końcu zetknął się z pewnym smagłym Egipcjaninem, który zaproponował mu kupno kilku niewątpliwie prawdziwych i cennych przedmiotów. Metoda tego Amerykanina skłania nas do małej dygresji. Dziś każdy informator podróżny ostrzega turystę przed nabywaniem antyków na "czarnym rynku". I słusznie, bo te tak zwane "antyki" są po większej części wyrabiane przez współczesnych egipskich chałupników lub nawet importowane z Europy. Pokątni handlarze chwytają się najprzemyślniejszych sposobó.w, aby nadać im pozór autentyczności. W latach dwudziestych nawet taki znawca antycznych dzieł jak niemiecki historyk sztuki Julius Meier-Graefe dał się wywieść w pole. Gdzieś w piasku - nie wiedzac, że kuty na cztery nogi przewodnik umyślnie go tędy prowadził - znalazł małą sta tuetkę Fakt, że sam ją znalazł, nie pozwolił mu wątpić w prawdziwość tego "antyku". Przekupił więc przewodnika, aby zapewnić sobie jego dyskrecję, i schowawszy posążek pod marynarkę powrócił do hotelu. Chcąc kupić do tej statuetki odpowiedni postument, udał się do pewnego handlarza starożytnościami i przy tej okazji zapytał go, co o niej sądzi. Handlarz uśmiechnął się. "Zaprowadził mnie opowiadał o tym dalej Juliusz Meier-Graefe - do tylnego pomieszczenia swego sklepu, otworzył szafe i pokazał mu cztery czy pięć identycznych posążków, jota w jotę do siebie podobnych, każdy pokryty «tysiącletnią patyną». Dostarczano je z Bolesławca na Śląsku, ale mój handlarz kupował je od pewnego greckiego agenta w Kairze." Z jakimi niespodziankami - poza fałszowaniem antyków w celach zarobkowych - na skutek nieobliczalnych figli liczyć się musi nawet i nauka, wynika to choćby z autobiograficznego opowiadania współczesnego powieściopisarza francuskiego Malraux, byłego komisarza Francji w Chinach i ministra kultury w rządzie generała de Gaulle'a. Nie ma powodu wątpić w prawdziwość opisanego przez niego zdarzenia, chociaż oczywiście nie można go uważać za typowe. Przytaczamy je też tylko jako swego rodzaju curiosum. W 1925 roku Malraux spotkał w jakimś barze w Singapurze pewnego kolekcjonera, rosyjskiego emigranta, który podróżując na koszt muzeum w Bostonie zakupywał dla niego stare dzieła sztuki. Po pierwszym potoku słów w języku rosyjskim pokazał on pisarzowi pięć małych słoni z kości słoniowej, dopiero co kupionych od jakiegoś Hindusa, a które teraz ustawił przed sobą na stole jakby piszczałki organów. - Jak pan widzi, drogi przyjacielu, kupuję takie oto małe słonie, które podczas prac wykopaliskowych wrzucam do grobów, zanim j e znowu zasypujemy. Za jakie pięćdziesiąt lat inni ludzie, otwierając te groby, znajdą w nich małe słonie, pięknie pokryte patyną wieków, i będą piekielnie łamać sobie nad tym głowę... Bawi mnie to, żeby ludziom, którzy przyjdą po mnie, zadawać tego rodzaju łamigłówki. Na jednej z wież w Angkor-Wat, drogi przyjacielu, wyryłem wyjątkowo nieprzyzwoity napis w sanskrycie; gdy go potem odpowiednio zamazałem, wyglądał doprawdy bardzo staro. Z pewnością znajdzie się kiedyś jakiś mądrala, który go odcyfruje. Trzeba w naszych poczciwych bliźnich wywoływać trochę zgorszenia... Po tej dygresji powróćmy do naszego Amerykanina. Chociaż jako egiptolog był dyletantem, znał się trochę na rzeczy. Gdy więc zetknął się w Luksorze z owym Egipcjaninem, jego oferta wprawiła go w takie podniecenie, że nie wdając się w dłuższe targi, należące do uświęconych zwyczajów Wschodu, kupił od niego rzadkiej piękności i wyjątkowo dobrze zachowany papirus. Ukrył go w swym kufrze i ominąwszy szczęśliwie kontrolę policyjną i cęlną czym prędzęj opuścił Egipt. Gdy przybył do Europy, oddał go do ekspertyzy jakiemuś rzeczoznawcy. Dowiedział się, że w istocie nie tylko nabył rzęcz wyjątkowo cenną, lecz ponadto choć dalej sprawy potoczyły się już bez jego udziału - zapoczątkował tym kupnem zgoła niepowszednią afere. Zanim jednak o niej opowiemy, musimy się pokrótce zapoznać z niezwykłą historią "Doliny Królów". "Dolina Królów", znana także pod nazwą "Groby królewskie w Biban-el-Muluk", lęży na zachodnim brzęgu Nilu, naprzeciw Karnaku i Luksoru (gdzie wznoszą się olbrzymie kolumnady i świątynie z okresu "Nowego Państwa"), i stanowi część rozlęgłego, obecnie opustoszałego terenu dawnęj tebańskiej nekropolii. Tu za czasów "Nowego Państwa" powstały podziemne krypty dla zmarłych dostojników, a obok nich także świątynie wzniesione na cześć królów i świątynie boga Amona. Utrzymanie i stała rozbudowa tego olbrzymiego miasta umarłych wy- magały ogromnego personelu. Podlegał on specjalnemu urzędnikowi, który nosił tytuł: "Książę Zachodu i pułkownik wojsk nekropolii." Straż mieszkała w koszarach. W rozsianych grupach domów, które z czasem przybrały rozmiary małych wsi, mieszkali robotnicy zatrudnieni przy robotach ziemnych i budowlanych, kamieniarze i malarze, wszelkiego rodzaju rzemieślnicy i artyści, wreszcie specjaliści od mumifikacji i balsamowania ciał, którzy zachowywali doczesną powłokę zmarłych, tworząc wieczystą powłokę dla ich d uszy, dla ich ka. w szystko to, jak powiedzieliśmy, działo się w okresie "N owego Państwa", gdy na tronie Egiptu zasiadali najpotężniejsi władcy, jacy kiedykolwiek panowali nad tym krajem: "synowie słońca" - Ramzes 1 i Ramzes 11. Były to czasy XVIII, a przede wszystkim XIX dynastii, od około 1350 do 1200 roku przed Chr., czasy - jeżeli myśleć kategoriami analogii Oswalda Spenglera - naszej teraźniejszości, panowania omal że najczystszej cywilizacji i wykształconego "cezaryzmu". To, co wówczas historycznie dokonywało się w Egipcie, to jednocześnie - "jednocześnie" w sensie Spenglerowskim - dokonywało się w Rzymie cezarów, który położył kres monumentalnej kulturze Grecji zachowując z niej tylko "kolosalność", tak jak wyrażona w piramidach wielkość starożytnych Egipcjan wyrodziła się w pompatyczne budowle Karnaku; LuksorU i Abydosu. Stosując dalej Spenglerowskie analogie, to samo działo się " w tym samym czasie" w Niniwie Sanheryba, owym "asyryjskim Rzymie", przejawiało się "jednocześnie" (wciąż w rozumieniu Spenglera) u chińskiego "cezara" Hoang-ti i we wznoszonych od 1.250 roku olbrzymich budowlach indyjskich. Były to czasy, kiedy kulturę Egipcjan spotkało to samo, co obecnie spotyka nas, mieszkańców Zachodu - ludzi Nowego Świata ucieleśnionego w Nowym Jorku, mieście drapaczy chmur. Rozrastaniu się tego największego miasta umarłych na świecie w szczególności zaś pierwszej w ogóle działalności budowlan ej w "Dolinie Królów" - dała początek jedna z najbardziej niezwykłych decyzji króla Tutmosa I (1545-1515 przed Chr.). Wycisnęła ona swe piętno na całej dalszej historii panujących dynastii egipskich. Co więcej, prawdopodobnie miała także znaczenie (chociaż w tym kierunku, wybiegającym daleko poza ramy archeologii, nie podjęto jeszcze prawie żadnych badań) dla ustalenia momentu historycznego, w którym tkwiąca w tradycji, uduchowiona egipska "kultura" przeobraziła się w negującą wszelką tradycję, odduchowioną, burzącą wszystkie wykształcone formy "cywilizację". Tak czy owak, faktem jest, że Tutmos I był pierwszym królem egipskim, który oddalił swój grób od swej pośmiertnej świątyni o całe półtora kilometra i kazał się pochować już nie w widocznym z dala, wspaniałym grobowcu, lecz w ukrytej komorze skalnej. 20. Bogowie egipscy. Z lewej: Ra, Słońce. W środku: Ozyrys, bóg śmierci. z prawej: Izyda, małżonka Ozyrysa, bogini przyrody. Dla nas wydaje się to rzeczą błahą. w Egipcie oznaczało to nagłe, buntownicze zerwanie z utrzymywaną od siedemnastu wieków tradycją. Oddzielając świątynię, w której w okresach świąt składano zmarłemu dary i wota tak niezbędne dla istnienia jego ka, Tutmos stworzył dla własnego ka, a tym samym dla swego życia po śmierci, nieobliczalne trudności. Ale - i to było zewnętrznym bodźcem do tej decyzji - był przekonany, że w ten sposób zapewni swemu martwemu ciału bezpieczeństwo, którego, jak świadczyły o tym sprofanowane i okradziane groby, nie zaznali jego poprzednicy. Motorem wskazówek, które dał swemu architektowi nazwiskiem Ineni, był strach - mimo całego racjonalistycznego rozpadu i laicyzacji religii (XXI dynastia składała się już z "królów-kapłanów", kapłanów Amona, których potęga w państwie od dłuższego czasu stale wzrastała), wciąż jeszcze żyw y strach przed zniszczeniem jego mumii, zbezczeszczeniem grobu. w początkach panowania XVIll dynastii, dynastii tebańskiej, nie było w całym Egipcie bodaj ani jednego grobu królewskiego, który by nie został obrabowany, ani jednej mumii znaczniejszej osoby, która by nie została odarta przynajmniej z części "magicznego rynsztunku", a tym samym na wieczne czasy zbezczeszczona. Przy tym ujęcie rabusiów okradających groby trafiało się niezmiernie rzadko. Co najwyżej tu i ówdzie zdarzało się może, że spłoszeni podczas rabunku musieli uciekać, pozostawiając na miejscu częśćswego łupu. N a pięćset lat przed Tutmosem I nieznany świętokradca, który dla ułatwienia sobie transportu dopiero co pociął na kawałki mumię żony króla Zera, został w tym momencie spłoszony i w pośpiechu ukrył oderwane ramię królowej w jakiejś dziurze w murze grobowca. Angielscy archeologowie znaleźli je tu w 1900 roku w stanie nie uszkodzonym, z zachowanym pod bandażami kosztownym pierścieniem, wysadzanym ametystami i turkusami. Naczelny budowniczy Tutmosa I nazywał się Ineni. Dziś możemy sobie tylko wyobrazić, jak przebiegały narady między monarchą i jego architektem. Powziąwszy decyzję zerwania z tradycją Tutmos zapewne rychło zdał sobie sprawę, że jeżeli chce uniknąć losu swych poprzedników, pozostaje mu tylko jedna droga wyjścia: zachowanie absolutnej tajemnicy co do miejsca i planu grobowca. Wiadomość o tym, jak tego dokonano, zawdzięczamy próżności Ineniego, który na ścianach swej własnej kaplicy grobowej pozostawił szczegółową historię swego życia, w tym także sprawozdanie o budowie pierwszego grobu szybowego. "Sam tylko nadzorowałem budowę grobowca skalnego Najmiłościwszego Króla. Nikt inny go nie widział, nikt inny o nim nie słyszał." Jednakże archeolog Carter, jeden z najlepszych znawców "Doliny Królów", orientując się doskanale w trudnościach, jakie musiała napotykać ta budowa, uważa, że Ineni niewątpliwie zatrudniał Przy niej co najmniej stu robotników. "J est rzeczą jasną - pisze trzeźwo Carter, nie wdając się w moralną ocenę omawianych faktów - że nie można było dopuścić do tego, aby stu czy więcej robotników znając największą tajemnicę króla swobodnie poruszało się wśród innych ludzi. Ineni z pewnością znalazł skuteczne środki, aby na zawsze zamknąć im usta. Roboty te, być może, wykonali jeńcy wojenni, których potem zgładzono." Czy to niesłychane odszczepieństwo, to zerwanie z tradycją dało oczekiwane przez Tutmosa skutki? Jego grób, położony w urwisku zamykającym bezludną ponurą kotlinę, jest pierwszym w "Dolinie Królów". Ineni wykuł w tej skale strome schody i w zasadzie wybudował grób w ten sposób, w jaki potem wszyscy późniejsi architekci faraonów przez pięćset lat budowali groby, tak że Grecy z uwagi na wężykowaty kształt grobowców nazwali je "syryngami" - od słowa syrinx oznaczającego długą fujarkę pasterską. (Strabon, grecki podróżnik w ostatnim stuleciu przed Chr., opisuje już czterdzieści takich "godnych zwiedzenia grobów"). Nie wiemy, jak długo Tutmosowi faktycznie dane było spoczywać w spokoju. Wiemy tylko, że mierzony skalą historii egipskiej okres ten nie mógł trwać zbyt długo. Pewnego dnia wraz z córką i innymi mumiami przeniesiono go gdzie indziej. Nie wykradli go jednak rabusie. Wręcz przeciwnie, zabrano go stąd dla ochrony przed rabusiami, bo już i ten skalny grób nie wydawał się bezpieczny. w owych czasach zaczęto groby królewskie wykuwać w skałach coraz bliżej siebie, jeden obok drugiego. Pozwalało to skupić w jednym miejscu straże i zapobiegało rozproszeniu uwagi. Niemniej rabunek trwał dalej. Do grobowca Tutanchamona rabusie wtargnęli już w dziesięć czy piętnaście lat po jego śmierci. W grobowcu Tutmosa IV pozostawili nawet swój " bilet wizytowy" w postaci napisów wygryzmolonych na ścianie w antycznej gwarze złodziejskiej. Przy tym grób zdemolowali tak doszczętnie, że w sto lat później pełen pietyzmu król Haremheb w ósmym roku swego panowania kazał urzędnikowi nazwiskiem Kej "odbudować grób króla Tutmosa IV - błogosławione niechaj będzie imię jego w świętej siedzibie w zachodnich Tebach". Największe wszakże rozmiary przybrało plądrowanie grobów za panowania XX dytnastii. Minął już wtedy okres wspaniałości i potęgi poprzednich władców - Ramzesa I i II oraz Setiego I i II. Nastąpiło panowanie dziewięciu królów o imieniu Ramzes, którzy nosili jedynie wielkie imię. Rządy ich były niepewne i stale zagrożone. Łapownictwo i korupcja urosły do rozmiarów nowej, nie dającej się uchwycić potęgi. Strażnicy cmentarzy byli w zmowie z kapłanami, nadzorcy dzielnic z naczelnikami powiatu, ba, pewnego dnia okazało się, że nawet sam zarządca zachodnich Teb, najwyższy urzędnik państwa powołany do pieczy nad miastem umarłych, był w spÓłce z rabusiami okradającymi groby. Dziwne ogarnia nas uczucie, gdy dzięki znalezionym papirusom z czasów Ramzesa IX (1142-1123 przed Chr.) stajemy się świadkami sensacyjnego procesu w sprawie plądrowania grobów, w którym sprawcy tych rabunków, dotąd zawsze anonimowi, po raz pierwszy występują imiennie. Pewnego dnia zarządca miejski wschodniej dzielnicy Teb nazwiskiem Pezer otrzymał wiadomość, że w zachodniej części miasta, w mieście umarłych, odbywa się zakrojone na wielką skalę okradanie grobów. Naczelnikiem zachodnich Teb był niejaki Pewero, osobnik wątpliwej uczciwości. Żywili oni dla siebie wzajemnie mało przyjazne uczucia. Można tedy przypuszczać, że Pezer skwapliwie skorzystał z okazji, aby równego mu rangą kolegę pogrążyć w oczach wspólnego zwierzchnika Chamweze, wezyra całego okręgu tebańskiego. (Opisujemy tę historię według barwnego opowiadania Howarda Cartera, który czerpie swe cytaty ze wspaniałego zbioru dokumentów egipskich Breasteda Ancient Records of Egypt.) Ale sprawa źle się skończyła dla Pezera. Popełnił on ten błąd, że w swej skardze wymienił dokładnie ilość splądrowanych grobów. dziesięć grobów królewskich, cztery groby kapłanek i tyle a tyle grobów prywatnych. Nie ulega wątpliwości, że niektÓrzy członkowie komisji, którą Chamweze wydelegował na zachodni brzeg Nilu celem zbadania sprawy, a być może i jej przewodniczący albo nawet sam wezyr ciągnęli zyski z tych kradzieży. Świadczy to zresztą dobrze o przezorności Pewera, płacącego im - jak byśmy to dzisiaj nazwali - "prowizję". Można tedy przypuścić, że komisja wsiadając do łodzi, by przeprawić się przez rzekę, miała już gotowy wyrok. Załatwiła też sprawę w sposób formalno-prawny: nie wchodząc w istotę sprawy , czy rzeczywiście popełniono kradzieże, wykazała, że dane Pezera były nieprawdziwe, włamano się bowiem nie do dziesięciu grobów królewskich, tylko do jednego, i nie do czterech, tylko do dwóch grobów kapłanek. Komisja nie mogła wprawdzie zaprzeczyć, że splądrowano wszystkie niemal groby prywatne, lecz nie uważała tego za wystarczający powód, aby tak zasłużonego urzędnika jak Pewero oddawać pod sąd. Postępowanie umorzono. Następnego dnia triumfujący Pewero (z akt procesu można doskonale wyobrazić sobie charakter tego człowieka!) zgromadził "dozorców, administratorów miasta umarłych, rzemieślników, policję tudzież wszystkich Arabów z nekropolii" i wysłał ich na brzeg wschodni, aby urządzili tam demonstrację (według modnego dziś słownictwa nazwalibyśmy ją "spontaniczną"). Nie omieszkał im przy tym specjalnie zalecić, aby bynajmniej nie trzymali się z dala od domuPezera. Tego Pezerowi było już za wiele. Nie bez powodu uznał, że cała historia zakrawa na wyraźną prowokację, i w swym skądiną d zrozumiałym szale wściekłości popełnił drugi, tym razem fatalny już błąd. w toku gwałtownej sprzeczki z jednym z prowodyrów bandy nąsłanej z zachodniej części miasta zapowiedział w obecności wielu świadków, że o całym tym niesłychanym zajściu doniesie bezpośrednio królowi. Bezpośrednio, a więc z pominięciem wezyra. Na to tylko czekał Pewero. Pobiegł w te pędy do wezyra, aby mu donieść o tym niesłychanym, urągającym wszelkim przepisom ładu i porządku zamiarze Pezera odwołania się do najwyższych instancji z pominięciem drogi służbowej. Wezyr zwołał sąd. Pezer, który popełnił tyle niezręczności, sam musiał teraz wziąć w nim udział jako jeden z sędziów, sam musiał siebie oskarżać i uznać winnym krzywoprzysięstwa. Nie mniej nowoczesne niż sam przebieg tej historii - do bezspornie udokumentowanych faktów niczego nie dodaliśmy, przeciwnie, nasz opis mógłby być znacznie bardziej szczegółowy - jest jej zakończenie, zakończenie jak z bajki, jakiego zawsze pragniemy, lecz rzadko przeżywamy. W dwa lub trzy lata po śledztwie i sądzie, przeprowadzonym przez skorumpowąnych urzędników, ujęto ośmiu opryszków. Gdy "oćwiczono im stopy i dłonie rózgami", złożyli zeznania. Protokół tych zeznań wpadł widocznie w ręce nieprzekupnego urzędniką i dlatego nie został zniszczony. Znajdujemy w nim nazwiska pięciu członków ośmioosobowej bandy. Byli to: kamieniarz Hapi, rzemieślnik Iramun, wieśniak Amenemheb, nosiwoda Kemwese i niewolnik murzyński Ehenufer. Oto ich zeznania: "Otworzyliśmy ich trumny i zdjęliśmy z nich powłoki, w które byli owinięci. Znaleźliśmy dostojną mumię króla... Miał na szyi długi sznur amuletów i klejnotów ze złota. Głowa była zakryta złotą maską; cała dostojna mumia króla była od stóp do głowy pokryta złotem. Powłoki były wewnątrz i od zewnątrz posrebrzane oraz wykładane wszelkiego rodzaju k osztownymi kamieniami. Pozrywaliśmy złoto, które znaleźliśmy na dostojnej mumii boga, a także amulety i klejnoty, jakie miała na szyi i w powłoce, w której spoczywała. w ten sam sposób znaleźliśmy małżonkę króla. Obdarliśmy ją ze wszystkiego, co miała na sobie. Ukradliśmy sprzęty, które znaleźliśmy przy niej, a były to naczynia ze złota, srebra i brązu. Złoto, które znaleźliśmy przy mumiach tych dwojga bogów, amulety, klejnoty i powijaki podzieliliśmy na osiem części." Sąd wydał wyrok skazujący. Fakty potwierdziły więc twierdzenia Pezera, gdyż jednym z grobów, do kt.órych ograbienia przyznali się złoczyńcy, był grób wymieniony w złożonym przez niego doniesieniu. Zdaje się jednak, że i to postępowanie sądowe - potem jeszcze nieraz zdarzały się wyroki sądowe w podobnych sprawach - nie było w stanie powstrzymać systematycznego ograbiania "Doliny Królów". Z dokumentów sądowych wiemy, że włamano się do grobów Amenhotepa III, Setiego I i Ramzesa II i że - jalk pisze Carter - "...za panowania następnych dynastii wszystkie próby strzeżenia grobów królewskich zostały, zdaje się, zaniechane". Carter kreśli ponury obraz rabunków popełnianych w "Dolinie Królów". "Dolina musiała być świadkiem wielu dziwnych rzeczy . Przeprowadzano tu zuchwałe wyprawy. Można sobie wyobrazić, jak całymi dniami toczyły się narady nad planami grabieży - jak nocą spotykano się na skale, jak przekupywano lub ogłuszano strażnikÓw cmentarnych, jak potem zuchwale kopano w ciemnoŚciach, jak przez przebity otwór z trudem przedostawano się do wnętrza komory grobowej, jak w migocącym świetle łuczywa gorączkowo szukano łatwych do przeniesienia skarbów i jak o brzasku rabusie powracali obładowani łupami. Wyobrażając sobie to wszystko, dochodzimy zarazem do wniosku, że było to nieuniknione. Każdy z królów, dbając za życia o odpowiadające jego godności staranne i kosztowne wyposażenie swej mumii, sam przyczyniał się do jej zniszczenia. Pokusa była za wielka. Skarby przechodzące najśmielsze marzenia o bogactwie leżały tu przygotowane, gotowe do wzięcia dla tego, kto znajdzie drogę i środki, aby do nich dotrzeć. Rabusie plądrujący groby wcześniej czy pÓźniej musieli dojść do celu." Ale jeszcze znacznie bardziej wstrząsająca niż ten obraz nakreślony 21. Plan grobowca Tutanchamona przez Cartera musiała być inna scena, która rozegrała się w "Dolinie". Tyle już opowiedzieliśmy o grasujących w niej rabusiach, o zdradzieckich kapłanach, przekupnych urzędnikach, sprzedajnych burmistrzach, o całej tej złodziejskiej organizacji, obejmującej wszelkie szczeble hierarchii społecznej ( organizacji, którą pierwszy przewidział Petrie, gdy w grobie Amenemheta wpadł na trop rabusiów), że mogłoby to wywołać wrażenie, jak gdyby zwłaszcza w okresie xX dynastii nie było już w ogóle w Egipcie ludzi prawych, pobożnych, addających cześć swym zmarłym królom. w tym samym jednak czasie, gdy nocą złodzieje obładawani łupem uchodzili tajnymi ścieżkami, małe grupy wiernych skradały się po innych ścieżkach. Kapłani z konieczności chwytali się metod swych przeciwników, ale w zgoła innym celu. Aby zapobiec grabieży, musieli sami wykradać mumie, wykradać je prędzej niż tamci. w tej prewencyjnej woj- nie podjazdowej, którą mała garstka wiernych i nieprzekupnych kapłanów prowadziła ze znakomicie zorganizowaną bandą złodziei, odpowiadając na spisek przygotowanym w najbliższym ich sąsiedztwie kontrspiskiem, było z pewnością jeszcze więcej tajemniczości, jeszcze więcej sekretnych przygotowań. J eżeli natężymy siłę naszej wyobraźni, usłyszymy szepty, zobaczymy w przyćmionym świetle pochodni nachylone nad otwartym sarkofagiem postacie. Gdyby tych kapłanów złapano "na gorącym uczynku", nic by im nie groziło, byli tu przecież z mocy prawa, lecz jedno spojrzenie przekupnego urzędnika wystarczałoby, aby rabusie zostali poinformowani, którego króla uprowadza się, aby go nie dosięgła ich świętokradcza ręka. Zobaczylibyśmy dalej wędrówkę, jak po dwóch, najwyżej po trzech, spieszą za prowadzącym ich strażnikiem, ostatnim być może, który pozostał wierny swemu urzędowi, jak dźwigają zabalsamowane ciała zmarłych królów, przenoszą mumie z jednego grobowca do drugiego, aby je ochronić przed hienami grobowymi; jak potem, dowiadując się o nowym spisku, znowu udają się na nową wyprawę. Martwi królowie, których mumie miały spoczywać w wiecznym spokoju, zaczynają odbywać wędrówki. Aż pewnego razu wszystko się zmienia. Tym razem już w jasny dzień. Policja zamyka "Dolinę Królów". Tragarze i kolumny jucznych zwierząt transportują olbrzymie trumny unosząc je z niepewnej komory grobowej do innej, nowej kryjówki. Nadciąga wojsko. Kto wie, może znowu wielu świadków musiało się rozstać z życiem, aby tajemnica została dochowana. Mumię Ramzesa III trzy razy wyciągano z grobu i trzy razy na nowo chowano. Podobne wędrówki odbywają również Ahmos, Amenhotep I, Totmes ll, a nawet Ramzes Wielki. Aż w końcu, z braku nowych kryjówek, wielu leży obok siebie w jednym wspólnym grobie. W 14 roku, szóstego dnia trzeciego miesiąca drugiej pory roku przeniesiono Ozyrysa, króla Usermare (Ramzesa II), aby go znów pochować w grobie Ozyrysa, króla Menmare Setiego (I), a pochował go arcykapłan boga Amona, Pinutem." Mumie jednak i w tym nowym grobowcu nie były bezpieczne. Setiego I i Ramzesa II przeniesiono więc do grobowca królowej Inhapi. w grobowcu Amenhotepa Il leży w końcu nie mniej niż trzynaście królewskich mumii. lnne mumie przy różnych sposobnościach wyciągano z pierwotnych grobowców, a potem także z pierwszych i drugich kryjówek. Samotną, pustynną ścieżką (można nią jeszcze i dziś odbyć tę samą drogę) przenoszono je z "Doliny Królów" do grobu wykutego w skalistym uroczysku Der-el-Bahri nie opodal olbrzymiej świątyni, którą zaczęła tu budować Hatszepsut, nieszczęsna współregentka i siostra Tutmosa III. Tutaj nareszcie mumie przez trzy tysiące lat spoczywały w spokoju. Być może przypadek tylko zrządził, że rabusie nie znaleźli miejsca tego grobowca, tak jak przypadek - może ulewny deszcz, który zmył wejście w niżej położonej części "Doliny"? - po pierwszym pobieżnym splądrowaniu uchranił również grobowiec Tutanchamona. Wreszcie za na. szych czasów znów tylko przypadek - podróż amerykańskiego kolekcjonera do Luksoru - sprawił, że ten olbrzymi masowy grób królewsk został ponownie odkryty w 1875 roku naszej ery. Rozdział piętnasty MUMIE Początki "Doliny Królów" giną w mroku bezdziejowości. "Wyobraźmy sobie - jak pisze Howard Carter - bezludną, ale dla Egipcjanina niewątpliwie pełną duchów kotlinę, gdzie wykute w skale podziemne galeIrie stoją obrabowane i puste, niektóre niby pieczary z otwartym wejściem, służą za siedlisko szakalom, sowom i całym chmarom nietoperzy. A jednak «Dolina», chociaż groby jej dawno zostały splądrowane, opuszczone i zburzone, nie straciła nic ze swego tajemniczego uroku. N adal pozostała «Świętą Doliną Królów» i zapwne długo jeszcze ściągała liczne rzesze marzycieli i ciekawych. Za panowania Osorkona I ( około 900 roku przed Chr.) niektóre jej groby zostały ponownie użyte chowano w nich zmarłe kapłanki." W tysiąc lat później w "Dolinie" osiedlili się pierwsi chrześcijańscy pustelnicy, gnieżdżąc się w opuszczonych syryngach. "Splendor i przepych królewski - pisze Carter dalej - zastąpiło pełne pokory ubóstwo. «Dostojna siedziba» króla zmieniła się w ciasną celę eremity." Potem jednak obraz znowu się zmienia. Takie widać było już przeznaczenie "Doliny", że stanowiła jednocześnie siedzibę królów i zbójców. W czasach nowożytnych pierwszy w 1743 roku opisuje "Dolinę" angielski podróżnik Richard Pococke, który z arabskim szejkiem jako przewodnikiem zwiedza czternaście otwartych grobów. (Strabon, jak już wspomnieliśmy, zwiedził ich czterdzieści; obecnie znamy sześćdziesiąt jeden.) Okolica jednak była niepewna. Wśród wzgórz Khurna obozowała banda rozbójników. James Bruce, który zwiedził "Dolinę Królów" w dwadzieścia sześć lat po owym angielskim podróżniku, opowiada o bezskutecznej próbie wykurzenia zbójców. "Wszyscy oni są wyjęci spod prawa i gdziekol wiek by ich napotkano - wydani na śmierć. Stary Osman bej, namiestnik okręgu Girge, nie mogąc dłużej ścierpieć popełnianych przez nich bezeceństw, kazał nazwozić suchego chrustu, obsadził żołnierzami część wzgórza, gdzie gnieździła się większość tych nikczemników, po czym kazał wszystkie pieczary wypełnić wysuszonym chrustem i następnie podpalić. Większość zbójców zginęła; później jednak bandy znowu wzrosły w liczbę i nadal uprawiały dawny proceder." Gdy Bruce, chcąc sporządzić kopie z płaskorzeźb ściennych w grobowcu Ramzesa III, postanowił sPędzić noc w komorze grobowej, przewodników egipskich zdjęło przerażenie. Wśród przekleństw cisnęli swe pochodnie o ziemię i w błyskach dogasającego ognia "rzucali straszliwe proroctwa przepowiadając wszelkie nieszczęścia, jakie natychmiast po ich odejściu nawiedzą pieczarę". Gdy zaś potem, z jednym pozostałym przy nim służącym, jadąc wierzchem wracał do swej łodzi na Nilu, w okrytej już ciemnością kotlinie podniosły się krzyki, a z wierzchołków okalających ją wzgórz posypały się kamienie i kule. Bruce wśród tej strzelaniny musiał ratować się ucieczką. Dodajmy, że i napoleońska Komisja Egipska, która przybyła tu w trzydzieści lat później dla dokonania pomiarów "Doliny" i jej grobów, doznała podobnego przyjęcia: również została ostrzelana przez tebańskich zbójców. Dziś "Dolina Królów" jest celem wycieczek niezliczonych cudzoziemców, przybywających tu z wszystkich krajów świata. W miejscu, gdzie dopiero trzydzieści kilka lat temu odkryto jeden z najbogatrzych skarbów, jaki kiedykolwiek archeologom udało się wydobyć z ziemi, krzykliwi dragomani okładają kijami swe osły, ze schroniska urządzonego pod Der-el - Bahri przez Międzynarodowe Biuro Podróży Cooka nadchodzą turyści, których Arabowie w swoistej angielszczyźnie zachęcają do zwiedzenia d e k i n g s e s t o m b e s. Trudno oprzeć się melancholijnym refleksjom, ale zarazem i powstrzymać od uśmiechu, gdy mając przed oczyma wyo braźni wielką historię doliny Nilu, jej królów i ludów, czyta się w in- formatorze turystycznym następującą praktyczną wskazówkę: "Najważniejsze grobowce i grób Tutanchamona trzy razy w tygodniu w godzinach przedpołudniowych oświetlane są elektrycznością." Największego odkrycia w "Dolinie Królów" , które wprawiło całą opinię europejską w stan takiego napięcia i podniecenia, jaki dotąd w dziejach odkryć archeologicznych wywołało jedynie odkrycie Troi przez Schliemanna, dokonano w 1922 roku. Ale prawie nie mniej zdumiewające było znalezisko odkryte na kilkadziesiąt lat przedtem w jeszcze znacznie dziwniejszych okolicznościach w kotlinie Der-el-Bahri. Przypominamy sobie Amerykanina, któremu w zaułkach Luksoru udało się nabyć cenny egipski papirus. Gdy europejski rzeczoznawca stwierdził jego bezsporna autentyczność i nieocenioną wartość, usiłował wypytać owego Amerykanina o bliższe szczegóły. Zadowolony kolekcjoner wiedząc, że teraz w Europie nikt już nie może mu wydrzeć zdobyczy, odpowiadał chętnie, niczego nie ukrywając. Rzeczoznawca napisał o tym wszystkim szczegółowy list do Kairu. Idąc po nitce do kłęblka wykryto zupełnie niezwykły wypadek systematycznej profanacji grobów królewskich. Profesora Gastona Maspero, dyrektora muzeum w Kairze, ów list z Europy przeraził z dwojakiego powodu. Raz dlatego, że zbiorom muzeum znowu wymknęło się cenne znalezisko - znowu, bo co najmniej od sześciu lat na "czarnym rynku" zabytków coraz to pojawiały się w zagadkowy sposób rzadkie, pod względem naukowym niezwykle wartościowe okazy. Pochodzenia tych przedmiotów nigdy nie udawało się ustalić. Nie można go było dojść nawet i wtedy, gdy szczęśliwi nabywcy, znajdując się już poza granicami Egiptu, wyrażali gotowość udzielenia bliższych szczegółów o okolicznościach, w jakich je zakupili. Przeważnie wymieniali jako sprzedawcę jakiegoś nieznanego osobnika, odznaczającego się wyjątkowo wysokim wzrostem. w zeznaniach ich jednak ten tajemniczy olbrzym występował to jako Arab, to jako młody Murzyn, to znów był zamożnym szejkiem. Drugim jednak powodem wzburzenia profesora Maspero było to, że ów najnowszy akaz, zasygnalizowany mu teraz z Europy, stanowił przedmiot przydany do grobu jednemu z królów XXI dynastii, której grobów dotąd nie udało się odnaleźć. Któż zatem je znalazł? I czy był to grób t y l k o j e d n e g o króla? Już pobieżny przegląd przedmiotów, o których pojawieniu się w pokątnym handlu zabytkami doniesiono profesorowi Maspero, wystarczył mu, aby stwierdzić, że pochodziły one z grobów r ó ż n y c h królów. A że było rzeczą mało prawdopodobną, aby współczesnym rabusiom udało się odkryć naraz aż kilka grobów, więc nasuwał się wniosek, że znaleźli jeden z wielkich grobów zbiorowych. Dla uczonego tej miary co profesor Maspero otwierało to oszałamiające perspektywy. N ależało działać. Skoro zaś policja egipska zawiodła, uznał, że sam musi wpaść na trop nowego rabunku. Po wielu naradach odbytych w ścisłym gronie postanowił wysłać jednego ze swych młodych asystentów do Luksoru. Ów asystent od pierwszej chwili po opuszczeniu statku w przystani na Nilu zachowywał się zupełnie inaczej, niż zazwyczaj zachowuje się archeolog wyruszający na ekspedycję naukową. Zamieszkawszy w tym samym hotelu, w którym przedtem mieszkał Amerykanin, nabywca owego papirusu, dniami i nocami jako bogaty młody "turysta" włóczył się po wszystkich uliczkach i zaułkach bazaru, podzwaniał pieniędzmi, kupował tu i ówdzie jakiś drobiazg płacąc zań hojnie. Gdy wchodził z handlarzami w poufniejsze rozmowy, dawał sute napiwki, utrzymane jednak w takich granicach, aby nie wzbudzały podejrzeń. Otrzymywał coraz to nowe propozycje kupna "zabytków" - imitacji pochodzących z współczesnych warsztatów chałupniczych. Rychło jednak zarówno koncesjonowani, jak dzicy handlarze zorientowali się, że ten młody człowiek, który wiosną 1881 roku włóczył się po Luksorze, nie da się oszukać. Cudzoziemiec cieszył się więc u nich coraz większym szacunkiem. Szacunek, jak wiadomo, rodzi zaufanie. Któregoś dnia pewien handlarz siedzący na progu swego kramu skinął mu głową na znak, że chciałby z nim mówić. Po chwili asystent Muzeum Egipskiego trzymał w ręku mały posążek. Zdołał się opanować i przybrać minę na pozór zupełnie obojętną. Usiadł wraz z handlarzem na rozłożonej macie i zaczął się z nim targować. Obracając przy tym w ręku posążek zdążył się przekonać, że ten nie tylko jest autentyczny i pochodzi sprzed trzech tysięcy lat, lecz co więcej - na co wskazywał napis - stanowi przydatek włożony do grobu jednego z królów XXI dynastii. Targi trwały długo. W końcu asystent kupił małą statuetkę, ale wyrażał się o niej lekceważąco, dając do zrazumienia, że szuka większych, wartościowszych przedmiotów. Jeszcze tego samego dnia zawarł znajomość z pewnym Arabem, mężczyzną w sile wieku i niezwykle wysokiego wzrostu. Olbrzym ten nazywał się Abd-el-Rasul. Był głową szeroko rozgałęzionej rodziny. Młody asystent przez kilka dni kontynuował z nim rozmowy, a gdy na jednym ze spotkań Arab zaofiaro'wał mu kupno innych jeszcze przedmiotów, tym razem pochodzących z gro,bów XIX i XX dynastii, kazał go aresztować. Nie miał już żadnej wątpliwośc'i, że znalazł poszuki wanego sprawcę kradzieży w grobach królewskich. Czy rzeczywiście go znalazł? Abd-el-Rasul wraz z kilkoma krewnymi stanął przed mudirem okręgu Kene, Daudem paszą. Daud pasza osobiście prowadził przesłuchanie. Zjawił się jednak cały poczet świadków odwodowych. Wszyscy mieszkańcy rodzinnej wsi Abd-el-Rasula przysięgali na jego niewinność, na niewinność całej rodziny, jednej - jak zeznawali - z najstarszych i najbardziej szanowanych w całej gminie. Tymczasem asystent, całkowicie przekonany o słuszności swego oskarżenia, wysłał już do Kairu depeszę z wiadomością o pomyślnym wyniku poszukiwań. Teraz musiał bezsilnie przyglądać się temu, jak Abd-el-Rasula i jego krewnych z braku dowodów wypuszczono na wolność. Zaklinał urzędników, by tego n[e czynili - w odpowiedzi wzruszali tylko ramionami. Poszedł do mudira. Ten jedna'k spojrzał na niego ze zdumieniem i dziwiąc się jego niecierpliwości, powiedział mu, żeby czekał. Asystent czekał dzień, potem drugi. Wysłał do Kairu nowy telegram odwołując poprzednią wiadomość. Szarpiąca nerwy niepewność i prawdziwie orientalny spokój mudira przyprawiały go o chorobę. Ale Daud pasza znał swoich l udzi. Howard Carter przytacza w swej książce opowiadanie jednego ze swych najstarszych robotników. W młodych swych latach ujęty jako złodziej, został postawiony przed mudirem. Strach przed surowym Daudem pasza przerodził się w przerażenie, gdy zamiast przed kolegium sędziowskie zaprowadzono go do prywatnego apartamentu paszy, który - jako że rzecz dziala się w skwarny dzień - zażywal chłodzącej kąpieli w wielkiej glinianej wannie. Daud pasza patrzył na niego, nic, tylko patrzył. A1e stary robotnik jeszcze po wielu latach pozostawal pod wrażeniem tej sceny i mówił o niej Carterowi: "...gdy jego oczy przenikaly mnie na wskroś, czulem, jak mróz przechodzi po kościach. Potem powiedzial do mnie spokojnie: «Panieważ stajesz przede mną po raz pierwszy, możesz odejść, a1e miej się na baczności, miej się bardzo na baczności, żebyś nie przyszedl po raz drugi.» Obleciał mnie taki strach, że zmienilem zawód i już nigdy nie stanąłem przed mudirem." Autorytet Dauda paszy - niewątpliwie popierany w razie potrzeby okrutnymi środkami - przyniósł i tym razem owoce, których młody asystent, przykuty wtedy febrą do łóżka, wcale się już nie spodziewał. Bo oto po upływie miesiąca zgłosił się do Dauda paszy jeden z krewnych i wspólników Abd-el-Rasula i złożył wyczerpujące zeznanie. Mudir kazał natychmiast zawiadomić o tym młodego asystenta, który wciąż jeszcze znajdował się w Luksorze. Rozpoczęły się nowe przesłuchania. Okazało się, że cała wieś Khurna - rodzinna wieś Abd-el-Rasula - to zawołani złodzieje i świętokradcy. Rzemiosło to, przechodząc z ojca na syna, kwitło tu od niepamiętnych czasów, prawdopodobnie od XIII wieku przed Chr. Drugiej takiej złodziejskiej dynastii nie było chyba nigdy i nigdzie na świecie. Największym znaleziskiem, jakie ta dynastia odkryła, był zbiorowy grób w Der-el-Bahri. W jego odkryciu i obrabowywaniu szły ze sobą w parze przypadek i systematyczność. Na sześć lat przed opisywanymi tu wydarzeniami, w 1875 roku, Abd-el-Rasul w masywie skalnym wznoszącym się między "Doliną Królów" a kotliną Der-el-Bahri zupełnie przypadkowo odkrył dobrze zamaskowany otwór szybu. Zbadawszy go - nie bez wielu trudności - przekonał się, że natrafił na rozległą komorę grobową ze spoczywającymi w niej mumiami faraonów. Już pierwsze pobieżne rozejrzenie się po komorze powiedziało mu, że można tu wydobyć skarby, które jemu i całej jego rodzinie zapewnią dożywotnią rentę, '0 ile tylko uda się to odkrycie zachować w tajemnicy. Wtajemniczono w nie tylko najpoważniejszych członków rodziny. Wszyscy uroczystą przysięgą zobowiązali się nigdy nie zdradzić tajemnicy, pozostawić skarb tam, gdzie się znajdował od trzech tysięcy lat, traktować go jako zastrzeżone, rzec można, "zmumifikowane" konto bankowe rodziny Abd-el-Rasula, z którego wolno podejmować kwoty tylko na wspólne potrzeby. Trudno wprost uwierzyć, ale faktycznie przez sześć lat udało się zachować tajemnicę. w ciągu tych sześciu 1at rodzina doszła do bogactwa. Wszystko to trwało do chwili, gdy 5 lipca 1881 roku przed otworem grobu stanął pełnomocnik kairskiego Muzeum Egipskiego prowadzony przez Abd-el-Rasula. Była to jedna z owych małych złośli wości losu, że pełnomocnikiem muzeum nie był młody asystent, któremu przypadała cała zasługa wykrycia zbójeckiej bandy, ani profesor Maspero, który je zainicjował. Nowy telegram o niewątpliwych już tym razem zeznaniach nie zastał profesora Maspero w Kairze. Ponieważ nie można było zwlekać, wysłano w jego zastępstwie innego przedstawiciela. Został nim pełniący wówczas przy kairskim muzeum funkcje konserwatora Emil Brugsch-bej, brat słynnego niemieckiego archeologa Henryka Brugscha. Przybywszy do Luksoru zastał swego młodego kolegę, który z takim powodzeniem odegrał rolę detektywa, chorego na febrę. Brugsch złożył "dyplomatyczną" wizytę mudirowi. Wszyscy zainteresowani byli zgodni co do tego, że grób należy niezwłocznie zabezpieczyć, aby nie dopuścić do dalszego rabunku. Wczesnym rankiem 5 lipca Brugsch wyruszył w drogę w towarzystwie Abd-el-Rasula i swego arabskiego pomocnika. To, co niebawem zobaczył, przypominało skarby z bajki o lampie Aladyna, to zaś, co rozegrało się w ciągu najbliższych dziewięciu dni, miało mu na zawsze pozostać w pamięci. Po uciążliwym wspinaniu się na skaliste wzgórze Abd-el-Rasul przystanął i wskazał na otwór zakryty w bardzo prosty sposób kamieniami. Nic dziwnego, że znajdując się w niedostępnym miejscu, w dodatku dobrze zamaskowany, od trzech tysięcy lat nie zwrócił uwagi żadnego człowieka. Abd-el-Rasul zdjął z pleców linę i dał do zrozumienia, że Brugsch będzie musiał opuścić się na niej w głąb lochu. Brugsch, zleciwszy straż nad niebezpiecznym przewodnikiem swemu godnemu zaufania pomocnikowi, bez wahania to uczynił. Ostrożnie, nie bez pewnej obawy, czy kuty na cztery nogi opryszek nie zgotował mu jakiejś zasadzki, opuścił się na dół. Jeżeli nawet tliła się w ndm jakaś iskierka nadziei, że może istotnie coś tutaj znajdzie, to w każdym razie nie podejrzewał, czym to "coś" akaże się w rzeczywistości. Szyb miał głębokość jedenastu metrów. Stanąwszy na dole Brugsch zapalił pochodnię. Kilka kroków, ostry zakręt - i oto oczom jego ukazały się pierwsze olbrzymie sarkofagi. Na jednym z największych, które stały tuż za wejściem, widniał napis wskazujący, iż spoczywa w nim mumia Setiego I, a więc mumia, której w październiku 1817 roku Belzoni na próżno szukał w pierwotnym grobowcu tego faraona w "Dolinie Królów". W migocącym świetle pochodni ukazały się dalsze trumny oraz niezliczone, porozrzucane po podłodze i sarkofagach kosztowności związane z egipskim kultem umarłych. Brugsch posuwał się krok za krokiem dalej. Wtem otwarła się przed nim właściwa komora grobowa. W półmrocznym świetle wydawała się ogromna. Bezładnie rozmieszczone trumny stały, jedlr1e otwarte, inne z zamkniętym jeszcze wiekiem. Niektóre mumie poniewierały się na ziemi wśród rozrzuconych sprzętów, naczyń i klejnotów. Brugsch stał osłupiały. Czy zdawał sobie sprawę w tej sekundzie, że dane mu jest widzieć rzeczy, jakich przed nim ,nie oglądało jeszcze oko Europejczyka? Leżeli przed nim we własnej osobie najpotężniejsi władcy starożytnego świata. Brugsch mogąc się miejscami swobodnie poruszać, to znów czołgając się, stwierdził, że leży tu faraon Ahmos I (1580-1555 przed Chr.), który wsławił się wypędzeniem Hyksosów, "królów pasterzy" (co jednak wbrew dawniejszym poglądom nie pozostaje w żadnym związku z opowiadaniem o wyjściu Żydów z Egiptu), i Amenhotep I (1555-1545 przed Chr.), późniejszy patron całego tebańskiego miasta umarłych. Wreszcie wśród mnóstwa trumien mniej znanych królów egipskich znajduje mumie dwóch największych faraonów, których sława, od tysiącleci przekazywana z pokolenia na pokolenie, nawet bez odkryć archeologów i dociekań historyków przetrwała do naszych czasów. Jest tak oszołomiony tym odkryciem, że trzymając w ręku pochodnię siada na kilka minut: znalazł martwe ciała Tutmosa III (1501-1447 r. przed Chr.) i Ramzesa II (1298-1232 r. przed Chr.), zwanego Wielkim (na którego dworze, jak wówczas wierzono, wychować się miał Mojżesz, prawodawca narodu żydowskiego i całego świata chrześcijańskiego), martwe ciała dwóch władców, którzy - jeden przez pięćdziesiąt cztery, a drugi przez sześćdziesiąt sześć lat panowania - wśród krwi i łez swych poddanych nie tylko stworzyli światowe imperium, ale i długo zdołali je utrzymać. Gdy Brugsch, olśniony ogromem znaleziska, pobieżnie odczytywał dalsze napisy, nie wiedząc, od którego zacząć, natrafił niebawem na historię o , ,wędrujących mumiach". Przed oczyma jego wyobraźni wyłonił się obraz kapłanów, którzy w ciągu niezliczonych nocy unosili ciała mar.twych faraonów z grobowców w "Dolinie Królów" i częstokroć we drując od kryjówki do kryjówki w końcu ułożyli je tu, w Der-el-Bahri, w nowych sarkofagach, jedno obok drugiego. Dość było spojrzeć na niektóre mumie, które pozostawiono oparte tylko o ścianę, aby się domyślić, w jakim pośpiechu i strachu to wszystko się działo. Później, już w Kairze, wstrząśnięty do głębi odczytał to, co kapłani zawierzyli napisom na trumnach - odyseje martwych królów. .1 Zaczął liczyć zebranych tu władców. Doliczył się czterdziestu. Czterdzieści mumii, czterdzieści zabalsamowanych ciał faraonów, którzy ongiś .1 panowali na podobieństwo bogów, a potem spoczywali w spokoju przez trzy tysiące lat, dopóki nie ujrzał ich najpierw zbójca i świętokradca, a potem on, Emil Brugsch-bej. 22. Echnaton i jego małżonka. Teść Tutanchamona daje upominki kapłanowi Efe i jego żonie. Mimo wszystkich środków ostrożności (przedsiębranych po części jeszcze za życia) władcy Egiptu częstokroć bardzo pesymistycznie zapatrywali się na swe bezpieczeństwo po śmierci: "...ci, co wznosili te budowle z granitu, co obmurowali halę w Piramidzie , co tą piękną pracą piękne stworzyli rzeczy... grobowce ich są równie puste jak groby ludzi zmęczonych, którzy umierają na brzegu nie pozostawiając po sobie nikogo bliskiego." Ten pesymizm nie przeszkadzał jednak faraonom przejawiać coraz większej troskliwości o należyte zachowanie swych martwych ciał. Herodot opisuje zwyczaje związane z egipskim kultem umarłych oraz z balsamowaniem ciał, według zebranych przez niego informacji przestrzegane jeszcze w czasie, gdy podróżował po Egipcie (przytaczamy tu tekst za Howardem Carterem). "Gdy umiera jakaś znakomita osoba, kobiety posypują głowy, a niekiedy i twarze ziemią. Potem opuszczają zmarłego, wybiegają z domu i przeciągają ulicami miasta z zakasanymi sukniami, obnażają piersi i biją się w nie. Do ich orszaku przyłączają się wszystkie krewne nieboszczyka i czynią podobnie. Również mężczyźni podkasują szaty i biją się w piersi. Po tych ceremoniach zanoszą zwłoki do zabalsamowania." Czas tu powiedzieć coś niecoś o mumiach. Samo słowo "mumia" ma wielorakie znaczenie. Wspomniany już przez nas arabski podróżnik z XII wieku, Abd-el-Latif, pisze, że w Egipcie sprzedawano po niskich cenach "mumię" jako środek leczniczy. Słowo mumiya lub mumiyai jest słowem arabskim i według Abd-el-Latifa oznacza bądź asfalt, czyli "smołę żydowską", bądź żywicę skalną, którą uzyskiwano z Góry Mumiowej w Derabgerd w Persji. Abd-e1-Latif nazywa mumię "mieszaniną smoły i mirry". w Europie jeszcze w XVI i XVII wieku kwitł ha!Ildel tym produktem. Nawet w XIX wieku aptekarze sprzedawali "mumię" jako lek na złamanie kości i rany. Wreszcie "mumia" oznacza także włosy i paznokcie obcięte żywemu człowiekowi; wtedy jest "częścią człowieka zastępującą całość", a przeto nadającą się do zaklęć i uroków. Gdy dziś mówimy "mumia", mamy prawie wyłącznie na myśli zabalsamowane ciało, zwłaszcza dobrze zachowane ciała starożytnych Egipcjan. Dawniej rozróżniano "naturalną" i "sztuczną" mumifikację. Za "mumię naturalną" uważano ciało, które bez zastosowania specjalnych zabiegów zachowało się w stanie nierozłożonym dzięki pewnym szczególnym warunkom, jak np. zwłoki w klasztorze kapucynów pod Palermo, w klasztorze na Górze Św. Bernarda, w podziemnej "komorze ołowianej" katedry w Bremie lub na zamku Quedlinburg w Niemczech. Rozróżnienie to stosuje się jeszcze i obecnie, jednak z pewnymi ograniczeniami, gdyż liczne badania, w szczególności badania przeprowadzone przez Elliota Smitha oraz dokonana przez Douglasa E. Derry'ego analiza anatomiczna i chemiczna mumii Tutanchamona wykazały, że wspaniałe zakonserwowanie zwłok jest zasługą nie tyle sztuki balsamowania, ile suchego klimatu Egiptu oraz nieobecności bakterii w powietrzu i piasku. W Egipcie znaleziono w piasku pogrzebane bez trumny mumie, które nie wykazywały żadnych śladów usunięcia wnętrzności. Zachowały się one nie gorzej niż zabalsamowane zwłoki, które częstokroć pod działaniem różnych żywic, asfaltów i olejków balsamicznych - papirus Rhind wymienia "wodę z Elefantyny, sodę z Eileithyiaspolis i mleko z miasta Kim" z czasem uległy w znacznym stopniu rozkładowi lub zlepiły się w bezkształtną masę. Dawniej, zwłaszcza w .XIX wieku, przypuszczano, że Egipcjanie posiadali jakieś specjalne, tajemne środki chemiczne. Właściwie do dziś dnia nie udało się znaleźć autentycznego, dokładnego i pełnego przepisu na balsamowanie ciała. Obecnie wiemy jednak, że zastosowanie najróżniejszych ingrediencji podyktowane było raczej rytuałem i mistycznymi względami niż ich działaniem chemicznym. Przy tym nie należy zapominać, że w ciągu tysiącleci sztuka mumifikacji niewątpliwie ulegała wielokrotnym przemianom. Tak np. już Mariette zauważył, że mumie z Memfisu, starsze od innych, są niemal czarne, wysuszone i bardzo kruche, natomiast nowsze mumie z Teb są żółte, mają matowy połysk i zachowały pewną giętkość, czego nie można wytłumaczyć samą tylko różnicą czasu, jaki upłynął od zabalsamowania. Herodot opowiada o trzech sposobach balsamowania, z których pierwszy był trzykrotnie droższy od drugiego; na trzeci, najtańszy, mógł sobie już pozwolić nawet i niższy urzędnik (w żadnym jednak razie prosty człowiek z ludu, który los swego ciała powierzyć mógł jedynie dobrotliwemu klimatowi). W czasach najdawniejszych udawało się zachować tylko zewnętrzny kształt ciała. Później znaleziono środki zapobiegające kurczeniu się skóry, tak że znajdujemy mumie, które zachowały swe indywidualne, dające się jeszcze rozpoznać rysy twarzy. Sam proces mumifikacji na ogół przebiegał w następujący sposób. Nieboszczykowi przede wszystkim wyciągano mózg przez nos za pomocą metalowego haka, po czym kamiennym nożem otwierano jamę brzuszną i wyjmowano wnętrzności (niekiedy usuwano je przez odbytnicę), które chowano w tzw. kanopach (wazonach lub wazach); serce wyjmowano i zastępowano kamiennym skarabeuszem. Z kolei zwłoki po niezwykle gruntownym myciu poddawano "nasoleniu" przez okres przeszło jednego miesiąca. Wreszcie ciało suszono, co według niektórych wiadomości trwało znowu około siedemdziesięciu dni. Mumię chowano bądź w drewnianej trumnie, którą często wkładano w kilka wchodzących jedna w drugą trumien (mających przeważnie kształt ciała ludzkiego), bądź bezpośrednio w sarkofagu; niekiedy te drewniane trumny również wstawiano do kamiennego sarkofagu. Zmarłego chowano w pozycji leżącej z rękami bądź skrzyżowanymi na piersi lub łonie, bądź wyciągniętymi wzdłuż boków. Włosy przeważnie krótko strzyżono, kobietom jednak często pozostawiano długie i wspaniale ondulowane włosy. Włosy na sromie golono. Aby zapobiec zapadnięciu się ciała, wypychano je gliną, piaskiem, żywicami, trocinami, pakułami płóciennymi, dodając do tego różne wonności, w tym, rzecz dziwna - cebulę. Biust kobiet również wypychano. Potem rozpoczynał się długi niewątpliwie proces zawijania ciała w płócienne bandaże i chusty, które z biegiem czasu tak nasiąkały asfaltowymi substancjami, że uczonym częstokroć już nie udawało się ich odwinąć. Złodzieje, chcąc dostać się do ukrytej w tych wiązadłach biżuterii, oczywiście nie zadawali sobie tego trudu - po prostu rozcinali je wszerz i wzdłuż. W 1898 roku Loret, ówczesny generalny dyrektor zarządu zabytków, otworzył między innymi grób Amenhotepa II. I on odkrył "wędrujące mumie" , a mianowicie trzynaście mumii królów, które za panowania XXI dynastii kapłani wśród uciążliwej nocnej pracy przenieśli do jednego wspólnego grobu. Ale Loret nie znalazł nawet w przybliżeniu tej ilości klejnotów co Brugsch. Tylko same mumie były nie uszkodzone (Amenhotep leżał w kamiennym sarkofagu), wszystko inne zostało zrabowane. Mimo to, gdy grób na skutek nalegań sir Williama Garstina znowu zamurowano, aby martwi królowie mogli spoczywać w spokoju, w rok czy w dwa lata później wtargnęli doń znowu złodzieje, wywlekli Amenhotepa z sarkofagu i ciężko uszkodzili jego mumię. Złodzieje byli prawdopodobnie, tak jak wszyscy niemal ich poprzednicy w ciągu kilku tysiącleci, w spółce ze strażnikami. Przykład ten dowodzi, że Brugsch postąpił słusznie ewakuując zbiorowy grób. Wszelkie skrupuły zrodzone z pietyzmu były w ówczesnych warunkach egipskich nie na czasie. Gdy tylko Emil Brugsch-bej wydostał się z wąskiego szybu na powierzchnię ziemi, pozostawiając w grobowcu czterdziestu martwych królów, zastanawiał się nad tym, jalk by ich stąd wydobyć. Pozostawić grób w tym stanie, w jakim się znajdował, znaczyło dopuścić do dalszego rabunku. Chcąc go jednak opróżnić i przewieźć mumie do Kairu, należało zatrudnić całą masę robotników, których można było zwerbować tylko ze wsi Khurna, rodzinnej wsi Abd-el-Rasula, od niepamiętnych czasów siedliska złodziei. Gdy jednak zgłosił się na nową audiencję do mudira, był mimo wszystkich grożących niebezpieczeństw zdecydowany na ewakuację grobu. Już następnego rana przystąpił do pracy z trzystu zwerbowanymi fellachami. Kazał otoczyć teren, po czym wespół ze swym arabskim pomocnikiem wydzielił małą gruPę fellachów wzbudzających większe zaufanie od innych. Ta ciężko pracująca grupa - okazało się, że do wydobycia na powierzchnię ziemi najcięższych przedmiotów potrzeba było szesnastu ludzi - pojedynczo posyłała na górę bezcenne zabytki, które Brugsch i jego pomocnik przyjmowali, rejestrowali i układali rzędem u stóp wzgórza. Pracy tej dokonano w ciągu czterdziestu ośmiu godzin! Howard Carter, archeolog pracujący nowoczesnymi metodami, zaopatruje to lakoniczną uwagą: "Dziś nie pracujemy już tak prędko." Pośpiech ten był zresztą przesadny nie tylko pod względem archeologicznym, okazało się bowiem, że statek z Kairu ma kilka dni spóźnienia. Brugsch-bej kazał zapakować mumie, nakryć trumny i przewieźć je do Luksoru. Na statek załadowano je dopiero 14 lipca. Odtąd jednak Brugsch stał się świadkiem scen, które na nim, trzeźwym naukowcu, zrobiły jeszcze większe wrażenie niż samo odkrycie skarbów. To, co rozgrywało się, podczas gdy statek torował sobie drogę w dół Nilu, wzruszało go już nie jako naukowca, lecz jako człowieka, który nie zatracił uczucia pietyzmu. Wiadomość o ładunku, jaki wiezie ów statek, rozniosła się lotem błyskawicy po wszystkich wsiach nadbrzeżnych i po całym kraju. I oto okazało się, że starożytny Egipt, który w swych władcach widział bogów, jeszcze nie wygasł. Brugsch stojąc na pokładzie zobaczył, jak setki fellachów ze swymi żonami towarzyszą statkowi, jak począwszy od Luksoru aż do wielkiego kolana Nilu, aż do miejscowości Kuft i Kench tworzyły się wciąż nowe i nowe kondukty. Mężczyźni strzelali w powietrze ze strzelb dla uczczenia martwych faraonÓw, kobiety obsypywały sobie ciała i twarze ziemią i pyłem, tarły piersi piaskiem. Podczas gdy statek płynął w dół rzeki, z brzegu rozlegały się żałobne pienia. Cała ta procesja, daleka od wszelkiego przepychu, była wstrząsającym wyrazem młości. Brugsch nie mógł dłużej wytrzymać tego widoku. Odwrócił się. Dręczyło go pytanie: czy postąpił słusznie? Może w oczach tych, którzy na obu brzegach Nilu zawodzili swe skargi i bili się w piersi, i on nie jest niczym innym, jak zbójcą, jednym z owych złodziei i świętokradców, którzy przez trzy tysiące lat bezcześciii te groby? Czy wystarczyło powoływać się na to, że uczynił to w służbie nauki? Howard Carter po wielu latach dał jasną odpowiedź na te pytania. W związku z wydarzeniami, jakie rozegrały się dokoła spra wy grobu Amenhotepa, pisał: "Możemy z tej sprawy wyciągnąć jedną naukę. Polecamy ją krytykom, którzy nazywają nas wandalami, bo zabieramy zabytki z grobów. Przekazując je muzeom, staramy się o ich zachowanie. Pozostawione na miejscu stałyby się wcześniej czy później łupem złodziei, co równałoby się ich zniszczeniu." Gdy Brugsch-bej wylądował w Kairze, wzbogacił nie tylko jedno muzeum. Wzbogacił cały świat, dając mu poznać to, co ongiś istniało we wspaniałości i niepowtarzalnym majestacie. Rozdział szesnasty HOWARD CARTER ODKRYWA GRÓB TUTANCHAMONA W 1902 roku amerykański archeolog Teodor Davis otrzymał od rządu egipskiego koncesję na prowadzenie prac wykopaliskowych w "Dolinie Królów". Prowadził je przez sześć sezonÓw zimowych. Owocem ich było wiele ciekawych znalezisk. Odkrył między innymi groby Tutmosa IV, Siptaha i Haremheba oraz mumię i trumnę Amenhotepa IV, wielkiego "krÓla-kacerza", ktÓry, przybrawszy jako reformator religijny imię "Echnaton" (" Tarcza słoneczna jest zadowolona"), wprowadził na miejsce wyznawanej od wiekÓw religii kult słońca (żoną Echnatona była N efretete, ktÓrej wspaniałe wielobarwne popiersie jest chyba najpopularniejszą u nas rzeźbą egipską). W 1914 roku koncesja przeszła na lorda Carnarvona i Howarda Cartera. Od tego momentu rozpoczyna się historia największego z odkryć grobÓw królewskich w Egipcie, która - jak pisała później siostra Carnarvona w szkicu biograficznym o swym bracie - "zaczyna się jak bajka o lampie Aladyna, a kończy jak grecka legenda o N emezis". Odkrycie grobowca Tutanchamona ma dla naszej książki szczegÓlnie wame znaczenie. W dziejach odkryć archeologicznych jest ono punktem kulminacyjnym wszystkich osiągnięć. Jednocześnie jednak - jeżeli w rozwoju archeologii dostrzeżemy wzrastające napięcie dramatyczne - stanowi niejako perypetię tego dramatu. Pierwszą jego ekspozycję napisał Winckelmann, a prócz niego niezliczona plejada systematykÓw, metodologÓw i specjalistów. Pierwsze węzły dopiero co rozpoczętej akcji rozwiązali Champollion, Grotefend i Rawlinson (o dwóch ostatnich usłyszymy w "Księdze Wież"). Pierwsi czynnie rozwijali ją dalej, zbierając oklaski przy podniesionej kurtynie, Mariette, Lepsius i Petrie w Egipcie, Botta i Layard w Mezopotamii (patrz "Księga Wież") oraz Amerykanie Stephens i Thompson w Jukatanie (patrz "Księga SchodÓw"). Potem akcja, z udziałem wszystkich dramatis personae, po raz pierwszy osiąga zapierające dech w piersiach napięcie w odkryciach Schliemanna i Evansa w Troi i Knossos, następnie zaś Koldeweya i Woolleya w Babilonii i kraju Ur, ojczyźnie Abrahama. Schliemann był w dziejach archeologii ostatnim genialnym dyletantem, prowadzącym swe poszukiwania w pojedynkę. W Knossos i Babilonii pracowały już całe sztaby fachowców. Rządy, monarchowie i książęta, bogaci mecenasi sztuki i nauki, zamożne uniwersytety, instytuty archeologiczne i prywatni finansiści rokrocznie wysyłali dobrze WYposażone ekspedycje z wszystkich części nowożytnego do wszystkich części starożytnego świata. Ale nigdy jeszcze w takiej mierze nie spożytkowano wszystkich poprzednio zebranych doświadczeń ani nie wyzyskano w takim stopniu wszystkich możliwości najróżniejszych dziedzin nauki, jak przy odkryciu grobowca Tutanchamona. Tu istniał tylko jeden nakaz nakaz nauki. Layard musiał jeszcze walczyć z głupim zabobonem, Evans - pokonywać nieżyczliwość miarodajnych władz. Carnarvon i Carter nie znali już tego rodzaju trudności, przeciwnie, korzystali z wszelkiej pomocy rządu. Zazdrość kolegów po fachu, z której zrodziły się oszczerstwa rzucane na Rawlinsona i która zatruwała życie Schliemannowi, zastąpił nie spotykany dotąd w dziejach nauki obraz harmonijnej współpracy i gotowości do pomocy . Minęły już czasy wielkich pionierskich czynów, gdy pojedynczy archeolog - patrz przykład Layarda tylko z osłem i plecakiem wyruszał na zdobycie zagrzebanego w ziemi miasta. Howard Carter , chociaż jako uczeń Petriego był j eszcze badaczem starej szkoły, stał się już niejako - jeżeli wolno użyć tego porównania egzekutorem archeologii, który nie dokonywał zuchwałych wypadów, by odkryć nowe lądy historyczne, lecz stosował ścisłe metody mierniczego, zakreślającego zimnym cyrklem odłogi starej kultury. Przy całej jednak drobiazgowej dokładności naukowej umiał zachować w sercu gorący entuzjazm. Właśnie przez to, że pozostając entuzjastą potrafił za jednym posunięciem podnieść do najwyższej doskonałości ścisłość, dokładność i skrupulatność naukową, stał się jednym z wielkich w królestwie archeologii, w królestwie ludzi, którzy łopatą szukali już nie tylko skarbów i ciał martwych królów, lecz wszystkich tajemnic i zagadek ludzkości, odkąd duch jej nabrał kształtu, wyrazu i oblicza w wysoko rozwiniętych kulturach. Lord Carnarvon to spatykany właści wie ty lko w Anglii typ arystokraty, stanowiący mieszaninę sportowca i zbieracza dzieł sztuki, niezależnego materialnie gentlemana i podróżnika, realisty w działaniu i romantyka w uczuciach. Jeszcze będąc uczniem Trinity College w Cambridge chciał pewnego dnia na własny koszt przywrócić pierwotny, piękny wygląd ohydnie pomalowanej boazerii w swym pokoju. Jako młodzieniec szpera po wszystkich sklepach z antykami, później zaś, jako człowiek dorosły, zbiera namiętnie i z dużą dozą zrozumienia stare sztychy i rysunki. Jednocześnie jednak jest stałym bywalcem na wszystkich torach wyścigowych, ćwiczy się w sztuce strzelania, dopóki nie zostaje doskonałym strzelcem, uprawia sporty wodne i - odziedziczywszy w wieku dwudziestu trzech lat ogromny majątek - odbywa jachtem żaglowym podróż naokoło świata. Trzeci zarejestrowany w Anglii prywatny samochód do niego należy. Staje się namiętnym automobilistą. Namiętność ta miała zadecydować o całym dalszym jego życiu. Około 1900 roku w Niemczech, na szosie w pobliżu uzdrowiska Bad Langenschwalbach, ulega katastrofie samochodowej: jego wóz kapotuje, a on sam obok szeregu poważnych ran nabawia się ciężkiej astmy, która zwłaszcza w warunkach angielskiej zimy przyprawia go o wielkie cierpienia. w 1903 roku udaje się po raz pierwszy do Egiptu z uwagi na łagodność tamtejszego klimatu. Tu trafia na teren prac wykopaliskowych kilku ekspedycji archeologicznych i jako bogaty, niezależny człowiek, nie mając dotychczas żadnego określonego celu życia, dochodzi do wniosku, że właśnie działalność na tym polu daje mu wspaniałą wprost możliwość połączenia zamiłowań sportowych z pragnieniem poważnego zajęcia się sztuką. w 1906 roku sam rozpoczyna wykopaliska. Ale już w ciągu tej pierwszej zimy dochodzi do przekonania, że brak mu wystarczającego przygotowania naukowego. Zwraca się więc o radę do profesora Maspero, który poleca mu młodego Howarda Cartera. Połączenie tych dwóch ludzi było niezwykle szczęśliwe. Howard Carter stanowił idealne uzupełnienie lorda Carnarvona. Był wszechstronnie wykształconym naukowcem i zanim jeszcze lord Carnarvon powierzył mu stały nadzór nad wszystkimi swymi wykopaliskami, nabrał wiele praktycznego doświadczenia jako współpracownik Petriego i Davisa. W swych pracach archeologicznych - chociaż niektórzy krytycy zarzucają mu nadmierną pedanterię - daleki był od typu badacza pozbawionego polotu i interesującego się tylko suchymi faktami. w codziennej pracy był zawsze praktyczny i zręczny , gdy zaś zachodziła potrzeba, dawał dowody wielkiej, nieustraszonej odwagi. Świadczy o tym choćby j ego niezwykła przygoda w 1916 roku. Carter znajdował się wówczas na krótkim urlopie w Luksorze. Pewnego dnia przyszła do niego delegacja starszyzny tej wsi błagając ze wzburzeniem o pomoc. w wyniku zarządzeń spowodowanych wojną, której skutki dały się odczuć nawet w Luksorze, miejscowy aparat urzędniczy był silnie zdekompletowany. Nieodrodni potomkowie Abd-el-Rasula nie omieszkali skorzystać z osłabienia nadzoru policyjnego, aby zabrać się znowu do plądrowania grobów. Jedna taka banda odkryła jakieś znalezisko na zachodnim stoku wzgórza w górnej części "Doliny Królów". Dowiedziała się o tym inna, konkurencyjna banda, która natychmiast wyruszyła na to samo miejsce, aby zapewnić sobie udział w spodziewanych łupach. Dalej potoczyły się wypadki przypominające kiepski film sensacyjny. Między obydwiema bandami doszło do bitwy. Pierwsza, zaskoczona znienacka, została pobita i przepędzona. Zachodziło niebezpieczeństwo, że dojdzie do dalszych krwawych starć. Carter , chociaż znajdował się na urlopie i bynajmniej nie był odpowiedzialny za spokój w okolicy Luksoru, postanowił działać. POsłuchajmy, co sam o tym opowiada: "Dzień miał się już ku schyłkowi. Szybko zebrałem tych niewielu moich robotników, których ominął pobór do wojska, i zaopatrzywszy się w odpowiedni ekwipunek i broń wyruszyłem na miejsce opisanych wydarzeń. Trzeba było w świetle księżyca wspiąć się na wzgórze pod Khurną wysokości 600 metrów. Była już północ, gdy przybyliśmy na miejsce. Przewodnik pokazał mi koniec liny zwisającej z prostopadłej ściany. Nasłuchując usłyszeliśmy odgłosy pracujących na dole rozbójników. Najpierw odciąłem linę, pozbawiając ich tym samym możliwości ucieczki, po czym umocowawszy mą własną, solidną linę opuściłem się na dół. Opuścić się tak o północy na linie do gniazda zbójców, zajętych właśnie plądrowaniem grobów, to rozrywka nie pozbawiona pewnego uroku. Było ich ośmiu przy robocie. Gdy wylądowałem na dole, przeżyłem kilka dość emocjonujących momentów. Dałem im do wyboru albo wynieść się za pomocą mojej liny, albo pozostać na dole bez żadnej liny. W końcu nabrali rozumu i poszli sobie. Resztę nocy spędziłem na dole u stóp tej skały..." Gdy uzupełnimy własną wyobraźnią ten skromny, niemal suchy opis, w którym tylko mimochodem, z wisielczym humorem, zaznaczone jest niebezpieczeństwo sytuacji, ukaże się nam obraz wcale wojowniczo usposobionego archeologa. Zbójcy zresztą, nawet gdyby Carter im nie przeszkodził, i tak doznaliby rozczarowania. Okazało się, że znaleziony przez nich grób, przypuszczalnie przygotowany ongiś dla królowej Hatszepsut, nie zawierał żadnych skarbów. Stał w nim tylko sarkofag z krystalicznego piaskowca. Carnarvon i Howard Carter zabrali się wspólnie do pracy. Dopiero jesienią 1917 roku zdołali poprowadzić wykopaliska na taką skalę, że mogły rokować dobre wyniki. I znowu powtórzyło się to samo, z czym już nieraz spotykaliśmy się w historii nauk: natchnieni szczęśliwą myślą, od razu odgraniczyli teren, na którym później dokonać mieli swego odkrycia. Niebawem jednak różne okoliczności zewnętrzne, krytyczne refleksje, wahania, przede wszystkim zaś "fachowe wskazÓwki" zaczęły działać hamująco, przez co odkrycie grobu Tutanchamona nie tylko uległo opóźnieniu, lecz o mały włos zostałoby w ogóle udaremnione. Czyż nie widzieliśmy, jak już jeden z pierwszych odkrywców archeologicznych, neapolitański markiz Alcubierre, któremu udało się 6 kwietnia1748 roku natrafić na sam środek Pompei, zasypał otwór i począł kopać w innym miejscu, aby dopiero po latach stwierdzić, że właśnie przy owym pierwszym zapuszczeniu rydla w ziemię był na właściwym tropie? Carnarvon i Carter chcieli dokonać swego odkrycia w "Dolinie KrÓlÓw". Przed nimi dziesiątki innych archeologÓw prowadziło tu wykopaliska. Żaden z nich nie pozostawił dokładnych notatek ani tym bardziej planÓw. Na obszarze "Doliny" jedno obok drugiego wznosiły się usypiska gruzów , między nimi zaś leżały wejścia do odkrytych grobÓw. Nie pozostawało nic innego, jak przekopać się przez te usypiska aż do skalnego gruntu kotliny. Carter zaproponował, aby rozpocząć poszukiwania w trójkącie ograniczonym grobami Ramzesa II, Merneptaha i Ramzesa VI. "Choćbym miał - pisze później - narazić się na zarzut, że nietrudno być mądrym po fakcie, pragnę stwierdzić, że liczyliśmy wtedy na pewno, iż znajdziemy grÓb określonego krÓla - grób Tutanchamona." Brzmi to wprost nieprawdopodobnie, jeżeli uprzytomnimy sobie, że "Dolina" była już przetrząśnięta wszerz i wzdłuż. Teza Carnarvona i Cartera była tym śmielsza, że opierali oni swe nadzieje na bardzo kruchych podstawach i że wszyscy specjaliści stanowczo twierdzili, iż okres odkryć w "Dolinie KrÓlów" należy definitywnie do przeszłości. Dokładnie na sto lat przedtem Belzoni oprÓżniwszy groby faraonÓw Ramzesa 1, Setiego 1, Eje i Mentu-her-Chopszefa pisał: "Jestem głęboko przekonany, że w «Dolinie» Biban-el-Muluk nie ma już innych grobów poza tymi, ktÓre nieda wno odkopałem. Opinię moją potwierdza fakt, że niezależnie od mych własnych poszukiwań konsul brytyjski pan Salt, ktÓry przebywał tu po mnie, przez długie miesiące daremnie usiłował znaleźć jeszcze jakiś grób." W dwadzieścia siedem 1at po Belzonim, w 1844 roku, do "Doliny" przybyła wielka ekspedycja pruska, która przeprowadziła gruntowne pomiary. J ej kierownik - był nim znowu Richard Lepsius - opuszczając "Dolinę", rÓwnież był zdania, że wszystko, co można tu było odkryć, zostało już odkryte. A jednak na krótko przed 1900 rokiem Loret, a niedługo po nim Davis odkryli dalsze groby. Teraz dosłownie każde ziarenko piasku w "Dolinie" było już po trzykroć przesiane i obrÓcone na wszystkie strony. Zresztą i Maspero, podpisując jako dyrektor zarządu zabytków koncesję dla lorda Carnarvona, oświadczył, sam będąc uczonym, że uważa ją za bezcelową, gdyż w "Dolinie" nie można już dokonać żadnego odkrycia. CÓż więc dawało Carterowi nadzieję, że mimo wszystko znajdzie tu jeszcze jeden grób, i to w dodatku nie jakiś, lecz grób określonego faraona? Widział na własne oczy znaleziska Davisa. Był wśród nich - znaleziony pod jedną ze skał - fajansowy kubek z wyrytym imieniem Tutanchamana. Ponadto w pobliżu tego miejsca Davis znalazł w pewnym grobie szybowym połamaną drewnianą skrzynię, w której zachowały się j eszcze złote listki również z imieniem Tutanchamona. Davis na tej podstawie wysunął wtedy pochopne twierdzenie, że właśnie ten grób szybowy był miejscem ostatniego spoczynku Tutanchamona. Carter doszedł do innego przekonania, w którym jeszcze bardziej umocnił go fakt, że trzecie znalezisko Davisa przy pierwszym zbadaniu zostało zidentyfikowane niewłaściwie. Były to gliniane naczynia, znalezione w rozpadlinie skalnej, które zawierały na pozór mało ważne gliniane skorupy i lniane bandaże. Ponowne zbadanie tych przedmiotów w nowojorskim Metropolitan Museum of Art wykazało bezspornie, że są to resztki materiałów użytych przy skomplikowanych ceremoniach pogrzebowych Tutanchamona. Ale i na tym nie koniec: Davis odkrywszy w "Dolinie" grobowiec króla-kacerza Echnatona znalazł w nim kilka glinianych pieczęci Tutanchamona. Wszystko to, być może, wygląda bardzo przekonywająco. Zdawałoby się, że Carter miał wszelkie podstawy ku temu, aby wyciągnąć stąd wniosek, że wbrew wszelkim przeciwnym opiniom grób Tutanchamona musi się znajdować w pobliżu tych znalezisk, a więc nie gdzie indziej, tylko w "Dolinie Królów". Ale nie wolno zapominać ani o tym, że odkąd te przedmioty znalazły się w "Dolinie", minęło trzy tysiące lat, ani o niezliczonych wypadkach wywlekania całej zawartoŚci grobów przez kapłanów i rabusiów, ani wreszcie o częstokroć bardzo jeszcze niefachowych metodach przeszukiwania "Doliny" przez pierwszych badających ją archeologów. Cóż składało się na te cztery "dowody" Cartera? Kilka złotych listków, fajansowy kubek, parę glinianych naczyń i kilka pieczęci. Trzeba było mieć wiele wiary we własne szczęście, aby na tym budować nie tylko nadzieję, ale pewność znalezienia grobu Tutanchamona. Rozpocząwszy poszukiwania Carnarvon i Carter już w ciągu pierwszego sezonu zimowego usunęli w obrębie odgraniczonego trójkąta znaczną . przekopali się aż do stóp wejścia do otwartego część warstw gruzu i grobu Ramzesa VI. , ,Tu natknęliśmy się - pisze Carter - na ruiny baraków robotniczych zbudowanych na zwałach dużych brył krzemienia, co w «Dolinie» zawsze wskazuje na bliskość jakiegoś grobu." Tu nastęPuje moment, który w zestawieniu z perypetiami najbliższych paru lat nabiera prawdziwie dramatycznego napięcia: Carter i Carnarvon mianowicie postanowili zaniechać na razie dalszych prac w obranym kierunku, ponieważ zabarykadowałyby one wejście do grobu Ramzesa VI, chętnie odwiedzanego przez turystów. w sezonie zimowym 1919-1920 kontynuowali więc poszukiwania tylko koło wejścia do grobu Ramzesa VI, znajdując zresztą w pewnej małej kryjówce kilka nie pozbawionych wartości archeologicznej pojedynczych przydatków grobowych. "Nigdy jeszcze - notuje Carter w swych pamiętnikach - odkąd prowadziliśmy prace w «Dolinie», nie byliśmy tak bliscy dokonania prawdziwie wielkiego odkrycia." w końcu Carter i Carnarvon "odskrobali" już - jak powiedziałby Petrie - cały wytknięty przez siebie trójkąt z wyjątkiem terenu, na którym stały owe stare baraki robotnicze. Tych jeszcze i teraz nie ruszyli. Zaczęli kopać w zupełnie innym miejscu, w małej bocznej dolinie, w sąsiedztwie grobu Tutmosa III. Tu kopali przez dwa sezony zimowe nie znajdując, jak notuje Carter, "nic szczególnie wartościowego". Odbywają teraz długą naradę i już poważnie zastanawiają się nad tym, czy wo bec stosunkowo skąpych wyników paroletnich prac nie przenieść wykopalisk gdzie indziej! w dotychczasowym miejscu poszukiwań nie zbadany pozostał tylko teren u stóp grobu Ramzesa VI, gdzie na usypisku krzemiennych brył stały baraki robotnicze. Po długich wahaniach i zmienianych raz po raz decyzjach Carnarvon i Carter postanawiają poświęcić pracom w "Dolinie" tylko jeszcze jedną, ale tym razem doprawdy już ostatnią zimę. Zaczynają więc znowu kopać dokładnie w tym samym miejscu, gdzie sześć lat temu przerwali prace - w miejscu, gdzie stoją baraki robotnicze. Gdy zaś wreszcie robią to, co robić mogli już przed sześciu laty, a mianowicie burzą ruiny baraków, natychmiast, za pierwszym niemal zatknięciem kilofa, znajdują wejście do grobu Tutanchamona, najbogatszego grobu Egiptu! "Nagłość tego odkrycia - pisze Carter - wprawiła mnie jak gdyby w stan ogłuszenia. Najbliższe miesiące były tak pełne wydarzeń, że nie miałem wprost czasu na to, aby to wszystko przemyśleć." 3 listopada 1922 roku Carter - lord Carnarvon znajdował się wówczas w Anglii - przystąpił do burzenia baraków robotniczych (były to ruiny baraków zbudowanych za xX dynastii). Już rankiem następnego dnia pod pierwszym zburzonym barakiem natrafiono na kamienny stopień schodów. Do popołudnia 5 listopada odgarnięto dostateczną ilość gruzu, aby nie mieć już najmniejszej wątpliwości, że znaleziono wejście do jakiegoś grobu. Ale może był to jeden z wielu grobów, których nigdy nie wykończono i nie użyto? Jeżeli zaś zawierał jakąś mumię, to może, jak wszystkie inne, był sprofanowany i splądrowany? Może wreszcie - żeby nie pominąć żadnej pesymistycznej możliwości - jeśli w ogóle znajduje się w nim jakaś mumia, okaże się, że jest to mumia jakiegoś urzędnika dworskiego lub kapłana? Prace szybko posuwały się naprzód. Podniecenie Cartera rosło z każdym dniem. S.pod gruzów wyłaniał się stopień po stopniu. O zachodzie słońca - w Egipcie zmierzch zapada nagle - ukazał się dwunasty stopień, a wraz z nim "górna część zamkniętych, pokrytych zaprawą tynkową, zapieczętowanych drzwi". "Zapiecętowane drzwi! - pisze Carter w swych pamiętnikach. A więc wszystko okazało się prawdą... Była to chwila, która każdego archeologa musiałaby przyprawić o dreszcz." Carter zbadał pieczęcie. Były nałożone przez nadzÓr królewskiego miasta umarłych. W grobie zatem spoczywać musiała co najmniej mumia jakiegoś wysokiego dostojnika. Ponieważ zaś od czasów XX dynastii baraki robotnikÓw zamykały dostęp do grobu, więc przynajmniej od tego czasu nie mógł on paść ofiarą rabunku. Carter, drżąc z przejęcia, wywiercił mały otwór w drzwiach, "akurat wystarczający, aby wsunąć przezeń latarkę elektryczną". Stwierdził, że korytarz za drzwiami pełen jest kamieni - jeszcze jeden przekonywający dowód, że grób ten został gruntownie zabezpieczony. Gdy Carter, pozostawiwszy na straży swych najpewniejszych robotników, w świetle księżyca powracał przez "Dolinę" do swej kwatery, był w głębokiej rozterce. "Wszystko, dosłownie wszystko - pisze mogło się kryć za tym korytarzem. Musiałem użyć całej siły woli, aby się opanować, nie wyłamać drzwi i nie prowadzić od razu dalszych poszukiwań." Teraz, podczas gdy muł kłusem zdąża w stronę domu, młody archeolog walczy z tą pokusą. Umiera z niecierpliwości. Jakiś wewnętrzny głos mówi mu, że oto stoi na progu wielkiego, niebywałego odkrycia. I zaprawdę, godna podziwu jest jego decyzja, bo oto po latach daremnych poszukiwań stojąc w obliczu wielkiego znaleziska postanawia zasypać znowu wejście i czekać na powrót lorda Carnarvona, swego protektora i przyjaciela. Rano 6 listopada wysyła telegram: "Dokonałem wreszcie cudownego odkrycia w Dolinie. Wspaniały grób z nie uszkodzonymi pieczęciami. Do pańskiego przybycia wszystko znowu zasypane. Gratuluję!" 8 listopada nadchodzą dwie odpowiedzi: "Wracam w miarę możności natychmiast" , i druga - "Spodziewam się dwudziestego być w Aleksandrii". Wreszcie 23 listopada lord Carnarvon wraz z córką przybywa do Luksoru. Przeszło czternaście dni Carter, zżerany niecierpliwością, czekał bezczynnie przed zasypanym grobem. Już w dwa dni po odkryciu schodów zaczęły napływać niezliczone gratulacje. A1e czego mu winszowano? Jakiego odkrycia? Znalezienia jakiego grobu? Tego Carter wciąż jeszcze nie wiedział. A starczyłoby, gdyby kopał dalej tylko jeszcze na szerokość dłoni. atrafiłby wtedy na wyraźny, usuwający ostatnie wątpliwości odcisk pieczęci Tutanchamona. "Lepiej bym wtedy spał po nocach pisze - i oszczędziłbym sobie trzech tygodni niepewności!" Po południu 24 listopada robotnicy odgarnęli resztki gruzu ze schodów. Carter zeszedł po szesnastu stopniach na dół i stanął przed zapieczętowanymi drzwiami. Teraz dopiero zobaczył wyraźnie odciski pieczęci i wyryte na nich imię Tutanchamona. Ale zobaczył jeszcze coś więcej, coś, co dotąd ukazywało się każdemu odkrywcy grobu królewskiego w Egipcie: ślady, że i tutaj ktoś inny dotarł przed nim, że i tutaj kiedyś grasowali już zbójcy. "Ponieważ teraz całe drzwi były odsłonięte i widoczne w świetle dnia - pisze Carter - zdołaliśmy dostrzec coś, 00 przedtem uszło naszym oczom, a mianowicie, że jedną ich część już dwa razy z rzędu otwierano i znowu zamknięto, i że pierwsze odkryte przez nas pieczęcie, wyobrażające szakala i dziewięciu jeńców wojennych, zostały nałożone na tę otwartą i znowu zamkniętą część drzwi. Natomiast pieczęcie Tutanchamona znajdowały się na drugiej, nie naruszonej połowie drzwi, z czego wynikało, że to nimi właśnie pierwotnie zapieczętowano grób. A więc wbrew naszym oczekiwaniom grób nie był całkowicie nie naruszony. Świętokradcy przekroczyli jego prÓg, i to niejeden raz. Wobec wzniesionych nad nim baraków, rabunek nie mÓgł być dokonany później niż za panowania Ramzesa IV. Fakt, że rabusie opuszczając grobowiec znowu nałożyli nań pieczęcie, świadczył jednak, że nie wszystko zostało zrabowane." Ale po tym odkryciu nastąpiło jeszcze inne. Carter był coraz bardziej zdezorientowany i niepewny. Gdy ze schodÓw usunięto ostatnie resztki gruzu, znalazł skorupy i skrzynie z imieniem Echnatona, Sakere i Tutanchamona oraz skarabeusza Tutmosa IIIi część innego skarabeusza z wyrytym imieniem Amenhotepa III. Czyż z tej rozmaitości imion królewskich można było wysnuć inny wniosek niż ten, że wbrew wszelkim oczekiwaniom znaleźli nie grób jednego króla, lecz kryjówkę wielu mumii królewskich ? Tylko otwarcie drzwi mogło usunąć wszystkie te wątpliwości. Następne dni poświęcono całkowicie temu zadaniu. Za drzwiami - Carter, jak wiemy, stwierdził to już, gdy po raz pierwszy zajrzał przez wydrążony w nich otwór - znajdował się korytarz wypełniony kamieniami. Z tego, jak różnie w różnych miejscach były ułożone, można było wyraźnie poznać, gdzie rabusie wtargnęli do wąskiego tunelu i jak go potem znowu zasypali. Po kilku dniach pracy w głębi korytarza, mniej więcej w odległości dziesięciu metrów od wejścia, natrafiono na drugie drzwi, również zaopatrzone w pieczęcie Tutanchamona i zarządu królewskiej nekropolii. I tu wyraźne ślady wskazywały, którędy świętokradcy wtargnęli do wnętrza. Wobec podobieństwa całego tego rozkładu z pewną odkrytą poprzednio w pobliżu tego miejsca kryjówką Echnatona obaj archeologowie hyli prawie przekonani, że w rzeczywistości znaleźli nie grób, lecz jakąś przejściową kryjówkę "wędrujących mumii". A czyż w takiej kryjówce, najwidoczniej nawiedzonej już przez złodziei, można jeszcze było spodziewać się jakichś większych znalezisk? Chociaż mieli już tylko słabą nadzieję, to jednak w miarę jak usuwano coraz więcej kamieni, zamykających dostęP do tych drugich drzwi, napięcie ich rosło. "Nadeszła - pisze Carter - chwila rozstrzygająca. Drżącymi rękami wydrążyliśmy mały otwór w górnym lewym rogu drzwi..." Carter wziął żelazny pręt i wsunął go do otworu; żelazo przeszło na wylot natrafiając na pustą przestrzeń. Potem, gdy kilka prób przeprowadzonych z zapaloną świecą wykazało, że w pomieszczeniu za drzwiami nie ma gazów, poszerzył otwór. Teraz wszyscy obecni - lord Carnarvon, jego córka lady Evelyn i przybyły na pierwszą wiadomość o odkryciu egiptolog Callender zbili się w ciasną gromadkę koło drzwi. Carter nerwowym ruchem pociera zapałkę, zapala świecę i niepewną ręką przybliża ją do otworu. Dosłownie drżąc z napięcia i ciekawości przykłada do niego głowę, aby nareszcie zajrzeć do wnętrza. Od podmuchu gorącego powietrza światło świecy zaczyna migotać. W pierwszej chwili Carter nic nie może rozpoznać. Potem jednak jego oczy przyzwyczajają się do chybotliwego światła. Dostrzega zrazu niewyraźne kontury, potem cienie pojedynczych przedmiotów, odróżnia kolory, widzi coraz wyraźniej, co zawiera komora za tymi drugimi, opieczętowanymi drzwiami. Nie wydaje z siebie żadnego okrzyku zachwytu. Milczy... Dla czekających prZy nim osób chwile te wydają się wiecznością. W końcu Carnarvon nie mogąc dłużej znieść tej niepewności pyta: "Czy widzi pan coś?" Howard Carter odwraca się powoli. Wzruszony do głębi duszy odpowiada jakby urzeczony: "Tak jest. Widzę cudowne rzeczy." "W całej dotychczasowej historii wykopalisk archeologicznych z pewnością nigdy jeszcze nie widziano tak cudownych rzeczy jak te, które ukazały nam się teraz w świetle naszej lampy elektrycznej." Te słowa Cartera, wypowiedziane w chwili, gdy minęło już pierwsze wzruszenie i wszyscy po kolei zdążyli już zajrzeć przez otwór do wnętrza, potwierdziły się po otwarciu drzwi. W świetle silnej lampy elektrycznej lśniły się złote łoża, złote krzesło tronowe, połyskiwały matowo dwa duże czarne posągi, złote wazy i dziwne skrzynie. Jakieś dziwaczne głowy zwierząt rzucały na ściany fantastyczne cienie. z jednej ze skrzyń wyzierał łeb złotego węża. Dwa czarne posągi stały naprzeciw siebie jak żołnierze na warcie "ze złotymi fartuchami, w złotych sandałach, z maczugą i pałką, ze świętym wężem połyskującym na czole." w śród wszystkich tych wspaniałości, które niepodobna było ogarnąć pobieżnym spojrzeniem, widniały jeszcze ślady żywych ludzi, którzy trzy tysiące lat temu krzątali się po tej komorze. kadź stojąca koło drzwi, do połowy wypełniona jeszcze zaprawą wapienną, zakopcona lampa, odcisk palca pozostawiony przy dotknięciu świeżo pomalowanej powierzchni; na progu leżało naręcze kwiatów - ostatnie pożegnanie zmarłego. Trwało dość długo, nim Carnarvon i Carter , całkowicie pochłonięci kontemplacją tego martwego przepychu i śladów życia sprzed tysięcy lat, nagle ze zdumieniem uświadomili sobie, że wśród całego tego muzealnego bogactwa bezcennych skarbów nigdzie nie widać mumii ani sarkofagu. Czyżby znowu stali przed tak długo rozważanym pytaniem grobowiec czy kryjówka? Po raz pierwszy zaczęli systematycznie oglądać wszystkie ściany. Między obydwoma królewskimi szyldwachami odkryli trzecie, również zapieczętowane drzwi. "Przed oczyma naszej wyobraźni - pisze Carter przesuwało się już wiele innych komór, każda równie pełna przedmiotów jak ta pierwsza, którą mieliśmy przed sobą; potem wizje te znowu pierzchały pozostawiając nas w oszołomieniu." Gdy potem za pomocą silnych lamp elektrycznych, zainstalowanych tymczasem przez Callendera, z badano dokładnie te trzecie drzwi, znaleziono w nich tuż nad ziemią otwór. Był również zapieczętowany, pieczęcie na nim jednak przyłożone były później niż pieczęcie na samych drzwiach. A więc rabusie byli i tutaj. Cóż mogła zawierać ta druga komora albo te:n drugi korytarz? Czy za tymi drzwiami znajdowała się mumia? A jeżeli tak, czy była nie uszkodzona? Niejeden szczegół był zagadkowy. Zadziwiał już cały plan tego grobu czy kryjówki, odbiegający od wszystkich innych znanych dotychczas założeń. Jeszcze znacznie dziwniejsze jednak było co innego: dlaczego rabusie zadali sobie trud przedostania się za te trzecie drzwi nie zrabowawszy uprzednio tego, co tutaj w przedsionku mieli pod ręką? Czego szukali, że przeszli tak obojętnie koło nagromadzonego tu złota? Carter rozglądając się po tym zdumiewającym skarbcu widział w tych przedmiotach więcej niż samą tylko ich wartość materialną. Ileż wiadomości dadzą one badaczom! Z niezliczonych przedmiotów codziennego użytku, przedmiotów zbytku, dzieł kultury, każdy stanowiłby już sowitą nagrodę za trudy i mozoły prac wykopaliskowych całej zimy. Poza tym sztuka egipska pewnej określonej epoki ukazywała się tutaj tak żywo i wyraźnie, że dla Cartera już na pierwszy pobieżny rzut oka było jasne, iż dokładne zbadanie tych znalezisk "zmieni, nawet być może, obali wszystkie dotychczasowe poglądy". Niedługo trwało, a zrobili jeszcze jedno ważne odkrycie. Któryś z nich zajrzał z ciekawości pod jedno z trzech wielkich łóż. Znalazł tu mały otwór. Zawołał resztę obecnych w komorze. Do otworu wprowadzono lampę elektryczną. Oczom archeologów ukazała się mała boczna komora, mniejsza od pierwszej, ale pełna, ba, wypełniona wszelkiego rodzaju przedmiotami użytkowymi i kosztownościami. Tej komory rabusie po swej wizycie nie uporządkowali, jak to widocznie uczynili w przedsionku. "Dzieła swego - mówi Carter - dokonali z gruntownością trzęsienia ziemi." (Tu nasuwa się pytanie: grzebiąc w tych komorach złodzieje, jak można się było zorientować, przenieśli niektóre przedmioty z bocznej komory do przedsionka. To i owo zniszczyli lub złamali. W istocie jednak zrabowali bardzo mało. Nie zrabowali nawet tego, co za drugimi drzwiami wprost pchało im się w ręce. Czyżby zostali spłoszeni?) Do chwili tego nowego odkrycia wszyscy, którym wolno było wejść do komory, byli jakby odurzeni, niezdolni do normalnego myślenia. Dopiero teraz, zobaczywszy, co kryje w sobie boczna komora, i w oczekiwaniu tego, co mogło znajdować się za trzecimi zapieczętowanymi drzwiami, uprzytomnili sobie ogrom czekającego ich zadania naukowego, zrozumieli, ile trudności będą jeszcze musieli pokonać, ile prac zorganizować; nie było mowy o tym, aby z naukowym wykorzystaniem tego znaleziska - nawet tego tylko, które odkryli dotychczas - uporać się w ciągu jednego zimowego sezonu wykopaliskowego. Rozdział siedemnasty ZŁOTY MUR J eżeli teraz usłyszymy, że Carnarvon i Carter postanowili znowu zasypać dopiero co odkopany grób, to krok ten miał zupełnie inne znaczenie niż podobne kroki dawniejszych, niecierpliwych odkrywców, gdy prędko zasypywali miejsca prędko dokonanych odkryć. Wykopaliska związane z odnalezieniem grobu Tutanchamona - wciąż jeszcze nie było pewności, czy jest to jego grób - planowano od pierwszej chwili z taką rozwagą, że można je uważać za wzór prac wykopaliskowych, chociaż skądinąd trzeba uwzględnić, że gdyby wyniki były mniej sensacyjne, Carnarvon i Carter nie doznaliby tej ogromnej pomocy, która wtedy od razu zaczęła napływać ze wszystkich stron świata. Dla Cartera było jasne, że w żadnym razie nie wolno mu przystąpić natychmiast do szybkiego odkopania całego grobu. Pomijając już to, że należało dokładnie ustalić pierwotne położenie wszystkich przedmiotów ( celem uzyskania pewnych datowań chronologicznych oraz innych punktów zaczepienia), trzeba było jeszcze mieć na uwadze, że wiele przedmiotów, aby w ogóle móc je zachować, należało natychmiast po pierwszym dotknięciu - albo jeszcze i przedtem - poddać zabiegom konserwatorskim. Wymagało to - wobec ogromnych rozmiarów odkrycia założenia wielkiego składu różnych chemikalii i s pecjalnych materiałów do pakowania. N ależało ponadto zasięgnąć porady rzeczoznawców co do najlepszych sposobów konserwacji i stworzyć na miejscu laboratorium dla zapewnienia sobie możliwości doraźnej analizy takich obiektów, które rozpadłyby się już za pierwszym dotknięciem. Samo skatalogowanie tak bogatych znalezisk wymagało wielu wstępnych prac organizacyjnych. Wszystkich tych działań nie można było przeprowadzić z "Doliny Królów". Nieodzowny był wyjazd Carnarvona do Londynu; Carter musiał co najmniej wyjechać do Kairu. Ktokolwiek zaś, znając już długą historię grabieży grobów królewskich w Egipcie, miałby jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, czy rozdział ten w naszych czasach można już uważać za definitywnie zamknięty, znajdzie odpowiedź w decyzji Cartera, który 3 grudnia znowu... zasypał grób. Mimo iż pozostawił go pod opieką Callendera, widział w tym jedyną możliwość zabezpieczenia się przed zakusami nowoczesnych naśladowców Abd-el-Rasula. Ledwo zaś przybył do Kairu, zamówił ciężką żelazną kratę dla wewnętrznych drzwi grobowca. Gruntowność i dokładność, z jaką przeprowadzono to największe egipskie wykopalisko, występuje jeszcze wyraźniej w świetle pomocy , z którą często w sposób najbardziej ofiarny i bezinteresowny pośpieszono archeologom ze wszystkich części świata. Carter miał wszelkie powody ku temu, aby w swej książce wyrazić podziękowanie za tę wszechstronną pomoc, z którą się spotkał. Rozpoczyna je od przytoczenia listu, który w czasie jego nieobecności przesłał mu egipski kierownik brygady robotników, a który i my , aby sławić nie tylko pomoc intelektualną, przytaczamy tu za nim: Karnak, L uksor Mr Howard Carter Esq. 5 sierpnia 1923 roku Wielmożny Panie! . Proszę pisarza o napisanie tego listu w nadziei, że cieszy się Pan dobrym zdrowiem, i proszę Boga W szechmogącego, aby miał Pana w opie ce i bezpiecznie przywiódł do nas z powrotem. Proszę pisarza zawiadomić Waszą Ekscelencję, że magazyn nr 15 jest w porządku, skarb jest w porządku, północny magazyn jest w porządku, Wadain i dom w porządku, a wszyscy pańscy robotnicy stosują się we wszystkim do czcigodnych wskazówek W aszej Wielmożności. Rais Hussein, Gas Hassan, Hassan Awad, Abdelad Achmet i wszyscy gafirzy domu pragną przesłać swe najlepsze pozdrowienia. Moje najlepsze pozdrowienia dla Pańskiej czcigodnej Osoby i dla wszystkich członków rodziny Lorda, i dla wszystkich W aszych Przyjaciół w Anglii. Tęskniąc do w aszego rychłego powrotu Wasz bardzo posłuszny sługa Rais Achmet Gurgar. Gdy Carter zwrócił się z nieśmiałym zapytaniem do innej ekspedycji, pracującej w Tebach, a więc w bezpośrednim sąsiedztwie, czy nie mogłaby mu użyczyć swego fotografa, Harry'ego Burtona, kurator działu egipskiego Metropolitan Museum of Art w N owym Jorku, Lythgoe, choć w istocie pozbawiał się przez to potrzebnych mu pomocników, odpowiedział telegraficznie: "Niezmiernie rad służyć wszelką pomocą. Proszę dysponować Burtonem i każdym innym członkiem naszego sztabu." Skutek był taki, że również rysownicy Hall i Hauser oraz kierownik wykopalisk prowadzonych koło piramid pod Liszt, A. C. Mace, przeszli do Cartera. Dyrektor państwowego Instytutu Chemicznego w Kairze, Lucas, zadeklarował gotowość przeznaczenia swego trzymiesięcznego ur lopu na prace potrzebne Carterowi. Dr Alan Gardiner zajął się inskrypcjami, a profesor James H. Breasted z uniwersytetu w Chicago przybył do "Doliny Królów", aby oddać do dyspozycji swą wiedzę fachową przy historycznej ocenie odcisków pieczęci. Już w parę lat później - 11 listopada 1925 roku - dr Saleh-bej-Hamdi i Douglas E. Derry, profesor anatomii Uniwersytetu Egipskiego, przystąpili do anatomicznych i chemicznych badań mumii Tutanchamona. A. Lucas napisał sporą pracą pt. Chemia w grobie traktującą o znalezionych w grobowcu metalach, olejach, tłuszczach i tekstyliach. P. E. Newberry zbadał wieńce kwiatów złożone w grobowcu i określił rodzaje kwiatów sprzed blisko 3300 lat (na podstawie kwiatów i owoców oraz znajomości okresu kwitnięcia bławatków i dojrzewania owoców mandragory - "jabłek miłości" z Pieśni nad pieśniami - Newberry ustalił, że Tutanchamon został pochowany między połową marca a połową kwietnia). "Szczególne substancje" badali Aleksander Scott i H. J. Plender leith. Ta współpraca pierwszorzędnych specjalistów (z dziedzin po części bardzo odległych od archeologii) dawała rękojmię, że ewakuacja grobu Tutanchamona przyniesie większy plon naukowy niż jakiekolwiek dotychczasowe odkrycie grobu w Egipcie. Można więc było przystąpić do pracy. Już 16 grudnia grób znowu otwarto. 18 grudnia fotograf Burton dokonał pierwszych zdjęć w przedsionku grobowca. 27 grudnia pierwszy przedmiot wyniesiono z grobu na powierzchnię ziemi. Gruntowność wymaga czasu. Prace przy grobie Tutanchamona trwały kilka sezonów zimowych. Nie tu miejsce na dokładny ich opis. Idąc za niezwykle barwnym sprawozdaniem Howarda Cartera zatrzymamy się tylko nad najistotniejszymi jego momentami. Nie będziemy bliżej opisywać wszystkich znalezisk i ograniczymy się jedynie do kilku najpiękniejszych okazów. N a pierwszym miejscu wymienimy drewnianą skrzynię, pod względem artystycznym jedno z najcenniejszych dzieł starożytnej sztuki egipskiej. Cała pokryta była cienką warstwą gipsu i malowidłami, w których przepyszna, pełna wyczucia kolorystyka łączy się z niezwykłą subtelnością rysunku. Sceny myśliwskie i wojenne są odtworzone z takim kompozycyjnym opanowaniem szczegółów, że - jak pisze Carter - "przewyższają nawet perskie miniatury". Skrzynia ta zawierała najróżniejsze przedmioty. Aby zdać sobie sprawę ze staranności, z jaką pracowali naukowcy, dość powiedzieć, że Carter zużył trzy tygodnie żmudnej, niezwykle drobiazgowej pracy , aby skrzynię tę opróżnić do dna. Nie mniej wartościowe były trzy wielkie łoża. Przeznaczenie ich znano już z malowideł ściennych w różnych grobowcach, dotąd jednak nigdy jeszcze nie znaleziono ani jednego takiego łoża. Był to bardzo dziwny rodzaj mebla, z podwyższeniem dla nóg zamiast dla głowy. Pierwsze łoże było ozdobione głowami lwów drugie - krów. Trzecie zdobiła głowa jakiegoś fantastycznego zwierza - na poły hipopotama, na poły krokody la. W szystkie trzy były zasypane kosztownościami, bronią i szatami. N a tym wszystkim leżało krzesło tronowe z tak wspaniale zdobionym oparciem, że Carter "bez wahania" twierdzi, iż "jest to najpiękniejszy przedmiot, jaki dotąd znaleziono w Egipcie". Wreszcie wymienić jeszcze należy cztery rydwany. Ponieważ były za duże, by je w całości wprowadzić do grobowca, więc rozpiłowano je na części; potem rabusie jeszcze raz porozrzucali je po całym przedsionku. W szystkie cztery wozy były od góry do dołu pokryte złotem, każdy cal powierzchni zdobiły ornamenty i malowidła lub inkrustacje z barwnego szkła i półszlachetnych kamieni. w samym tylko przedsionku znajdowało się sześćset do siedmiuset przedmiotów. Później usłyszymy jeszcze, jakie napotkano tu trudności nie tylko od wewnątrz (najmniejsza omyłka mogła zniszczyć rzeczy niepowtarzalne), ale i od zewnątrz. 13 maja, przy temperaturze 37 stopni w cieniu, kolejką polową, której szyny stale przenoszono do przodu, wciąż na nowo układając z nich tor , zwieziono pierwsze trzydzieści cztery ciężkie skrzynie na odległy o pÓłtora kilometra brzeg Nilu, gdzie czekał statek towarowy. Bezcenne dary złożone w grobie Tutanchamona odbyły więc tę samą drogę, którą w odwrotnym kierunku przebyły trzy tysiące lat temu, gdy w uroczystej procesji niesiono je do grobowca. W siedem dni później znajdowały się już w Kairze. W połowie lutego pierwsza komora była opróżniona. Było teraz dosyć miejsca, aby mÓc przystąpić do oczekiwanego przez wszystkich z najwyższym napięciem nowego etapu prac: otwarcia zamurowanych drzwi między obydwoma szyldwachami. Spodziewano się uzyskać nareszcie pewność, czy w tej następnej komorze znajduje się mumia. W piątek, 17 lutego, o godzinie drugiej po południu w przedsionku - czyli w pierwszej komorze - zebrało się około dwudziestu osób zaszczyconych zaproszeniem do wzięcia udziału w tym rozstrzygającym momencie odkrycia. żadna z nich nawet nie podejrzewała, co zobaczy w dwie godziny potem. Po dotychczasowych znaleziskach trudno było wyobrazić sobie, że można odkryć rzeczy jeszcze bardziej wartościowe, jeszcze piękniejsze. Zaproszeni goście - członkowie rządu i naukowcy - zajęli miejsca w ciasno ustawionych rzędach krzeseł. Gdy Carter wszedł na schodki, które przystawiono do drzwi, aby mu ułatwić rozebranie zamurowanego wejścia, głęboka cisza zaległa w komorze. Carter z największą ostrożnością wyjął górną wastwę kamieni. Była to żmudna i mozolna praca, groziło bowiem niebezpieczeństwo, że kamienie mbgą się obsunąć, spaść po tamtej stronie ściany i zniszczyć lub uszkodzić to, co się tam znajduje - cokolwiek by to było. Prócz tego musiał starać się zachować w stanie nie uszkodzonym pieczęcie, przedstawiające dużą wartość naukową. Ukazał się pierwszy otwór. Carter opisując później ten moment przyznaje. "Co chwila brała mnie nieprzezwyciężona pokusa, żeby przerwać pracę i zajrzeć do środka." Mace i Callender pomagali mu w pracy. Szmer przeszedł po zebranych, gdy po dziesięciu minutach zażądał, aby mu podano umocowaną na długim sznurze lampę. Przesunął ją przez otwór. To, co zobaczył, przechodziło wszelkie oczekiwania, więcej, było tak niesamowite, że aż adnaturalne, a ponadto na pierwsze wejrzenie zupełnie niezrozumiałe. Ujrzał przed sobą lśniącą ścianę; patrząc z prawa na lewo nie mógł jej ogarnąć wzrokiem. Przesunął lampę tak głęboko, jak tylko się dało. Nie ulegało wątpliwości - stał przed murem z masywnego złota. Prędko jął usuwać dalsze kamienie. Teraz już i reszta osób w przedsionku mogła widzieć ten złoty blask. W miarę jak Carter wraz z Mace' em i Callenderem usu wali kamień po kamieniu, coraz większa część złotego muru stawała się widoczna. "Jakby przez drut elektryczny pisze Carter - czuliśmy, że osobom przyglądającym się z krzeseł za barierą mrowie przechodzi po ciele." Zarówno on, jak Mace i Callender jednocześnie zorientowali się, czym jest ten mur: stali przed wejściem do komory grobowej. To, co uważali za mur , było w istocie zewnętrzną ścianą skrzyni-grobowca zupełnie niebywałych rozmiarów, prawdopodobnie największej i najdrogocenniejszej skrzyni grobowej, jaką kiedykolwiek oglądało ludzkie oko. Nie ulegało . faraona. wątpliwości, że w niej kryć się musi sarkofag z mumią Upłynęły jeszcze dwie godziny, zanim zdołali tak poszerzyć otwór, aby móc wejść do komory grobowej. W dodatku nastąpiła nieprzewidziana przerwa, która wystawiła na próbę cierpliwość wszystkich obecnych. N a progu znaleziono mianowicie rozsiane perły naszyjnika; prawdopodobnie upuścili go tu rabusie. Podczas gdy goście, nie mogąc już usiedzieć, niecierpliwie kręcili się na krzesłach, Carter pieczołowiciezbierał perłę po perle z wytrwałością prawdziwego archeologa, który nawet w oblic'zu rzeczy największych nie lekceważy najmniejszego drobiazgu. Okazało się, że komora grobowa leżała o jeden metr niżej od pierwszej komory - przedsionka grobowca. Carter wziął lampę i opuścił się w dół. Tak jest, stał przed skrzynią grobową. Była tak duża, że wypełniała niemal całą kryptę. Między nią a ścianą, oddzielającą komorę grobową od przedsionka, pozostało tylko wąziutkie przejście szerokości zaledwie sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Idąc tym przejściem musiał poruszać się bardzo ostrożnie, wszędzie bowiem leżały najróżniejsze dary pogrzebowe. Pierwsi za Carterem weszli teraz do krypty lord Carnarvon i Lacau. Oniemieli z podziwu. Próbowali oszacować w przybliżeniu wielkość skrzyni, która jak później wykazały dokładne pomiary, mierzyła 5,00 x 3,30 x 2, 73 metra. Istotnie, od góry do dołu pokrywało ją złoto. Na bokach wysadzanych jasnobłękitnym fajansem widniały różne czarodziejskie znaki - zaklęcia mające zapewnić bezpieczeństwo zmarłemu. Najważniejsze dla wszystkich trzech było teraz pytanie: czy rabusie zdążyli wtargnąć i do tej skrzyni-grobowca? Czy zbezcześcili mumię? Carter stwierdził, że po wschodniej stronie skrzyni wielkie drzwi skrzydłowe były wprawdzie zaryglowane, lecz nie miały na sobie pieczęci. Drżącą ręką odsunął poprzeczną zasuwę. Drzwi trzeszcząc ustąpiły. Stanęli przed drugą, podobną skrzynią ze złota. I ta miała zaryglowane drzwi. Ale na tych drzwiach znajdowały się nie uszkodzone pieczęcie! Wszyscy trzej odetchnęli z głęboką ulgą. Dotąd w tym grobie rabusie zawsze byli przed nimi. Tutaj, przed najważniejszą częścią grobowca, oni byli pierwsi. Znajdą więc mumię nie tkniętą, tak jak ją złożono trzy tysiące lat temu na ostatni spoczynek. Zamknęli z powrotem drzwi, "tak cicho, jak tylko mogliśmy" - pisze Carter. Czuli się intruzami. Nim znowu zamknęli drzwi pierwszej skrzyni, zauważyli spłowiały całun, zwisający nad skrzynią wewnętrzną: "czuliśmy, że jesteśmy w obecności martwego króla, że winniśmy mu okazać głęboką cześć i szacunek". W tej chwili, stojąc u szczytu swych osiągnięć, przytłoczeni wrażeniem wspaniałości, które zobaczyli, nie byli zdolni do żadnych dalszych poszukiwań. A jednak już w następnej minucie czekało ich nowe odkrycie. Gdy przeszli na drugi koniec krypty grobowej, niespodzianie znaleźli niskie drzwi, które prowadziły do jeszcze jednej, mniejszej komory. Z miejsca, w którym się znajdowali, mogli ogarnąć wzrokiem całą jej zawartość. Co zaś musiała ona przedstawiać, świadczą o tym słowa Cartera, który, po wszystkich cudach znalezionych dotąd w grobowcu, pisze: "Dość było jednego spojrzenia, aby się przekonać, że tu właśnie znajdowały się największe skarby całego grobowca." Pośrodku komory stał pomnik cały ze złota. Daleko jednak większe wrażenie niż jego przepych i bogactwo robiły postacie czterech bogiń opiekuńczych. Tyle było w nich wdzięku, tyle naturalności i żywości, tyle wspÓłczucia i błagalnej prośby o litość, że - jak pisze Carter "już samo patrzenie na nie wydawało się niemal świętokradztwem... Nie wstydzę się przyznać, że nie byłem w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa." Carter, Carnarvon i Lacau, idąc powoli wzdłuż złotej ściany, powrócili do przedsionka. Teraz i reszcie obecnych wolno było wejść do krypty. "Ciekawe było - pisze Carter - obserwować ich, gdy znowu jeden po drugim pojawiali się w drzwiach. Oczy ich błyszczały, wszyscy podnosili ręce do góry, jakby podświadomie chcąc dać wyraz temu, że żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co widzieli..." Około godziny piątej po południu, a więc w trzy godziny po przekroczeniu podwojów grobowca, wszyscy obecni znowu wyszli na powierzchnię ziemi. Gdy znaleźli się w jasnym świetle dnia, wydawało im się, że "nawet i sama dolina zmieniła się, ukazywała się w jakimś innym, szczególnym świetle". Dalsze badania tego największego znaleziska w dziejach archeologii ciągnęły się jeszcze przez kilka sezonów zimowych. Pierwsza zima niestety niemal wcale nie została wykorzystana. Lord Carnarvon zmarł. Po jego śmierci wyłoniły się poważne kłopoty, gdyż rząd egipski robił trudności w sprawie przedłużenia koncesji i podziału znalezisk. W końcu dzięki interwencji czynników międzynarodowych udało się doprowadzić do polubownego załatwienia sporu. Można wiĘC było na nowo rozpocząć prace. w zimie 1926/27 roku przedsięwzięto najważniejsze kroki: otwarto złotą skrzynię, rozebrano bezcenne trumny i poddano analizie mumię Tutanchamona. Prace te zrazu przyniosły mało niespodzianek żądnej sensacji publiczności, ale za to egiptologię wzbogaciły wieloma nowymi odkryciami. Potem jednak osiągnęły one swój punkt szczytowy skupiając znowu na sobie uwagę całego świata. Była to chwila, gdy odkrywcy grobu po raz pierwszy spojrzeli w twarz Tutanchamona, zobaczyli we własnej osobie faraona, który, niedostępny dla oka ludzkiego, spoczywał tu od trzydziestu trzech stuleci. Ale właśnie ta chwila, oczekiwana przez wszystkich z napięciem, przyniosła pierwsze i jedyne rozczarowanie w historii odkrycia tego grobu, stanowiąc jeszcze jeden dowód, że i w najpiękniejszym łańcuchu szczęścia trafia się pęknięte ogniwo. Prace rozpoczęto od zburzenia ściany z cegieł, dzielącej przedsionek od krypty grobowej. Następnie rozebrano pierwszą złotą skrzynię. Stała w niej druga, a w tej - trzecia skrzynia. Carter miał wszelkie podstawy ku temu, aby przypuszczać, że teraz ukaże się już sarkofag. Oto jak sam opisuje otwarcie trzeciej skrzyni i związaną z tym nową niespodziankę: "Ledwo mogąc opanować wzburzenie przystąpiłem do otwarcia trzeciej skrzyni. Tej chwili największego napięcia w ciągu całej naszej mozolnej pracy nigdy chyba nie zapomnę. Przeciąłem sznur , zdjąłem cenne pieczęcie, odsunąłem rygle, otworzyłem drzwi i oto stała przed nami - czwarta złota skrzynia. . Była podobna do poprzednich, ale jeszcze wspanialsza, jeszcze piękniej wykonana niż trzecia. Cóż za nieopisana chwila dla archeologa! Znowu więc staliśmy przed niewiadomą. Co kryje w sobie czwarta skrzynia? Drżąc z niecierpliwości odsunąłem rygle tych nie zapieczętowanych drzwi. Drzwi powoli się rozwarły. Przed nami, wypełniając całą skrzynię, stał olbrzymi sarkofag z żółtego kwarcytu, nietknięty, tak jak gdyby go pobożne ręce dopiero co zamknęły. Niezapomniana, wspaniała chwila. Jej wrażenie potęgował jeszcze blask bijący od wewnętrznej ściany złotej skrzyni. W nogach sarkofagu stała bogini opiekuńcza, której rozpostarte ramiona i skrzydła jakby broniły zmarłego przed intruzami. Z głęboką czcią staliśmy przed tą pełną wymowy rzeźbą..." Samo wydostanie tych złotych skrzyń-grobowców na powierzchnię ziemi zajęło osiemdziesiąt cztery dni ciężkiej fizycznej pracy . Skrzynie składały się z około osiemdziesięciu części. Każda z nich była ciężka, nieporęczna, każdą nader łatwo było uszkodzić. W tym wszystkim nie pozbawiony komizmu - którego nawet obok rzeczy wzniosłych nigdy nie powinno się pomijać - jest fakt, że Carter, specjalista w rozbieraniu odkopanych zabytków, ostro krytykuje pracę tych, którzy ongiś zmontowali te skrzynie. Pełen podziwu dla wysokiego kunsztu rzemieślników, którzy je zbudowali, przed zestawieniem starannie ponumerowali i każdą ich część opatrzyli znakami orientacyjnymi, surowo gani monterów. "Skrzynie widocznie montowano w pośpiechu - pisze - powierzając tę pracę ludziom, na których absolutnie nie można było polegać. Pomylili oni różne części i ustawili je w odwrotnym kierunku, tak że drzwi tych skrzyń-grobowców zamiast na wschód otwierały się na zachód; sarkofag zaś zwrócony jest nogami na wschód zamiast na zachód. Ten błąd w końcu można by monterom jeszcze darować. Ale inne zaniedbania są niewybaczalne. Uszkodzili złote ozdoby, tak że dziś jeszcze widać na nich głębokie ślady od uderzeń młotem. W niektórych miejscach odtrącone zostały całe fragmenty. Wiórów i innych odpadków w ogóle nie uprzątnięto." Wreszcie 3 lutego badacze po raz pierwszy zobaczyli odsłonięty całkowicie sarkofag. Wyciosany z jednego monumentalnego bloku najszlachetniejszego żółtego kwarcytu, miał 2, 75 m długości, 1,50 szerokości i 1,50 m wysokości. Nakryty był wiekiem z granitu. Gdy ze zgrzytem pracować zaczęły dźwigi, które miały podnieść ciężkie wieko, ważące 1200 kilogramÓw, w grobowcu znowu zebrało się całe grono zaprcozonych dygnitarzy i uczonych. "WśrÓd głębokiego milczenia - pisze Carter - podniosło się olbrzymie wieko sarkofagu. W pierwszej chwili obecni doznali zawodu: ujrzeli tylko niezliczone zwoje płótna. Ale po odsunięciu tych tkanin oczom ich ukazał się oszałamiający obraz - postać krÓla!" Czy już jego ciało? Nie, złota rzeźba, przedstawiająca chłopięcą postać faraona. Bił od niej taki blask, jak gdyby dopiero co wyszła z pracowni artysty. Głowa i ręce były plastycznie uformowane, ciało natomiast przedstawione w płaskorzeźbie. W skrzyżowanych rękach młody król trzymał egipskie insygnia krÓlewskie: pastorał i kropielnicę, inkrustowane niebieskim fajansem. Twarz była z litego złota, oczy z aragonitu i obsydianu, brwi i rzęsy z lapis-lazuli. Ta mozaika barw czyniła twarz podobną do maski, nadawała jej kamienny, a jednak żywy wyraz. Co jedna'k na Carterze i na reszcie obecnych zrobiło nieporównanie większe wrażenie, to - jak pisze Carter - "...wzruszający wianuszek kwiatów, złożonych przez młodą wdowę, jako ostatnie pożegnanie ukochanego męża. Cały krÓlewski przepych, całe bogactwo, blask złota wszystko to bladło wobec tych skromnych zeschłych kwiatów, które jeszcze zachowały nikły ślad dawnej świeżości kolorów. To one z najbardziej nieodpartą wymową przypominały o znikomości tysiącleci." W zimie 1925/26 roku Carter znowu wchodzi do grobowca, aby otworzyć trumny. Warto przytoczyć słowa, w jakich o tym pisze. "I tym razem nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu nieodgadnionej tajemnicy tego grobu. Znowu owładnęło nami uczucie onieśmielenia i głębokiej czci dla rzeczy dawno minionych, dla dawnej wielkos ci, która wciąż jeszcze była wielkością. Archeolog nawet wtedy, gdy w tłoku swych prac zawodowych wykonuje często mechaniczne czynności, nigdy się całkiem nie wyzbywa tego uczucia." Nie powinniśmy w tych uwagach ani w tamtych o wianuszku kwiatów dopatrywać się taniego sentymentalizmu. Traktujmy je jako głos ludzkiego uczucia. Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jest ono obce i zimno myślącym naukowcom. Nie możemy się tu dłużej zatrzymywać nad różnymi szczegółami i drobnymi zdarzeniami, które towarzyszyły pracy przy otwarciu trumien. Była ona mozolna i trudna. W ciasnym pomieszczeniu wciąż groziło niebezpieczeństwo, że najmniejszy fałszywy krok, niewłaściwe nastawienie dźwigu, załamanie się któregoś ze słupów podtrzymujących sklepienie mogły spowodować poważne uszkodzenie skarbów. Podobnie jak wieko pierwszej trumny, jak i wieko drugiej wyobrażało, w tym samym przepychu i wśród mnóstwa ozdób, młodego faraona w postaci boga Ozyrysa. To samo powtórzyło się przy odsłonięciu trzeciej trumny. W ciągu tych prac zastana wiała wszystkich zupełnie niezrozumiała, ogromna waga trumny. Zagadkę tę rozwiązała znowu jedna z niespodzianek, którym w tym grobowcu nie było końca. Gdy Burton dokonał już swych zdjęć, a Carter usunął wianuszek kwiatów i osłaniający trumnę lniany całun, okazało się, że trzecia trumna, długości 1,85 metra, cała wykonana jest z masywnego złota, grubości od dwóch i pół do trzech i pół milimetra; sam użyty materiał przedstawiał wprost nieocenioną wartość. Zaraz po tej niespodziance - z pewnością nie można jej było nazwać nieprzyjemną - nastąpiło inne odkrycie, które wzbudziło w badaczach najgorsze obawy. Już przy odsłonięciu drugiej trumny stwierdzili, że zdobiące ją ornamenty widocznie ucierpiały od jakiejś wilgotnej substancji. Teraz zaś okazało się, że cała przestrzeń między drugą a trzecią trumną wypełniona była czarną, twardą masą, przypominającą smołę. Wprawdzie udało się całkowicie oczyścić z niej znaleziony tu podwójny naszyjnik ze złotych i fajansowych paciorków, ale nasuwało się niepokojące pytanie, jakie szkody te oleje, użyte widocznie w nadmiernej ilości, wyrządziły samej mumii? Gdy bowiem jeden ze współpracowników Cartera dotknął dobrze na pozór zachowanego ostatniego całuna i wieńca kwiatów z fajansowymi paciorkami, przedmioty te od razu się rozpadły. Święte oleje całkowicie je rozłożyły. Lucas natychmiast przystąpił do chemicznej analizy olejów. Chodziło widocznie o jakąś ciekłą lub półciekłą substancję, której głównymi składnikami były tłuszcze i żywica; obecności żywicy drzewnej - chociaż masa po nagrzaniu wydzielała silny jej zapach - na razie nie udało się stwierdzić. W szystkich znowu ogarnęła gorączka, teraz bowiem miała nastąpić doprawdy ostatnia, rozstrzygająca chwila. Wyciągnięto kilka złotych gwoździ, ujęto złote uchwyty wieka ostatniej trumny i odsłonięto mumię. Tutanchamon, którego archeologowie szukali przez sześć długich lat, leżał przed nimi we własnej osobie. "W takich chwilach - pisze Carter - zawodzą wielkie słowa." Nasuwa się pytanie, na które właściwie dawno już należało odpowiedzieć: kimże był ten faraon, ten Tutanchamon, że pochowano go w takim grobowcu? Otóż, rzecz dziwna, był władcą, który się niczym szczególnie nie wyróżnił. Zmarł w wieku osiemnastu lat. Wiadomo na pewno, że był zięciem Echnatona, "króla-kacerza", a najprawdopodobniej i jego rodzonym synem. W latach chłopięcych, które przypadały na okres reformy religijnej jego teścia, był wyznawcą boga słońca - Atona. Że potem powrÓcił do dawnej religii, świadczy o tym zmiana jego imienia z " Tutanchaton" na " Tutanchamon". Wiemy, że okres jego panowania pod względem politycznym był dosyć burzliwy. Widzimy na obrazach, jak depce nogami jeńcÓw wojennych, a w bitwie w iście krÓlewski sposób kładzie pokotem szeregi nieprzyjaciÓł. Czy jednak w rzeczywistości brał kiedykolwiek udział w jakiejś bitwie, to rzecz wcale niepewna. Nie znamy nawet dokładnego czasu trwania jego panowania; wiemy tylko, że panował około 1350 roku przed Chr. Zasiadł na tronie dzięki małżeństwu z księżniczką Anchesanamon, którą poślubił w bardzo młodym wieku; jeżeli obrazy nie kłamią, była to czarująca istota. Z wielu obrazÓw i płaskorzeźb zdobiących jego grÓb, a także z niektórych przedmiotÓw mających bezpośredni związek z jego osobą, jak np. krzesło tronowe, poznajemy wiele rysÓw charakteru, ukazujących go w raczej dodatnim świetle. Ale o jego czynach monarszych, o rządach wiemy niewiele. Jedno jest pewne: monarcha zmarły w osiemnastym roku życie nie mógł dokonać rzeczy wielkich. Toteż Carter w swym szkicu historycznym nie bez słuszności dochodzi do następującej lakonicznej konkluzji: "Na podstawie tego, co dziś wiemy, możemy powiedzieć z całą pewnością, że jedyną rzeczą godną uwagi w jego życiu było to, że umarł i został pochowany." Stwierdzenie tej prawdy przywodzi do bardzo ważnego wniosku: jeżeli ten osiemnastoletni faraon został pochowany z takim, na nasze zachodnie pojęcia przechodzącym wszelkie wyobrażenie, przepychem, to cÓż dopiero musiały zawierać groby Ramzesa Wielkiego i Setiego I? To ich właśnie ma na myśli Derry, gdy pisze: "Z pewnością każda poszczególna komora w ich grobach zawierała tyleż skarbów co cały grobowiec Tutanchamona." Teraz już łatwo sobie wyobrazić, jakie skarby, nagromadzone w grobowcach królewskich "Doliny", wpadły w ciągu tysiącleci w ręce rabusiów. Widok mumii faraona był zarazem wspaniały i straszny. Namaszczono go taką absurdalną ilością olejÓw, że skleiły się w jedną lepką, obecnie stwardniałą i sczerniałą masę. W przeciwieństwie do tej ciemnej, bezkształtnej masy lśniła prawdzi wie królewskim blaskiem zakrywająca twarz złota maska, która była wolna od wszelkich śladÓw oleju, podobnie jak nogi. Z wielkim trudem po wielu daremnych prÓbach udało się przez nagrzanie do temperatury 500° Celsjusza (zabezpieczając złotą trumnę blachą cynkową) oddzielić drewnianą trumnę od złotej. Gdy przystąpiono do zbadania mumii - jedynej mumii w "Dolinie", której przez trzydzieści trzy wieki nie tknęła żadna ludzka ręka - nasunął się wniosek, sformułowany przez Cartera w następujących słowach: "Ironia losu sprawiła, że archeologowie przekonali się teraz, iż rabusie i kapłani, unosząc obrabowane mumie z grobów, najbardziej przyczynili się do ich konserwacji." Istotnie, na mumie wykradzione lub uprowadzone przed wiekami niszczące oleje wcześniej przestały działać. Mumie te (z wyjątkiem tych, które "wykradli" kapłani) często były uszkodzone i przeważnie obrabowane, ale zachowały się lepiej niż mumia Tutanchamona, która - gdy chodzi o jej stan - wśród wszystkich odkryć w grobowcu stanowiła jedyne rozczarowanie. 11 listopada, o godzinie 9,45 rano, anatom dr Derry przeciął pierwsze wierzchnie bandaże spowijające mumię. z wyjątkiem twarzy i stóp, które nie zetknęły się z olejami, cała mumia była w okropnym stanie. Utlenianie się składników żywicy wywołało coś w rodzaju samospalania się, wskutek czego nie tylko znaczna część bandaży, ale do pewnego stopnia nawet tkanki ciała oraz kości były najdosłowniej zwęglone. Warstwa olejów po części tak stwardniała, że spod poszczególnych członków i samego tułowia trzeba ją było odskrobywać rylcem. Potem dokonano jeszcze jednego nieoczekiwanego odkrycia. Pod wezgłowiem mającym kształt korony znaleziono amulet. Samo przez się nie było to nic nadzwyczajnego, gdyż bandaże spowijające mumię Tutanchamona, podobnie jak bandaże wszystkich innych mumii egipskich, zawierały cały przepisowy "magiczny rynsztunek" - niezliczone amulety, symbole i znaki tajemne. Na ogół amulety tego rodzaju wykonane były z hematytu. Ale amulet znaleziony pod wezgłowiem Tutanchamona był z ż e l a z a! Znalezisko to wskazywało na jeden z najwcześniejszych momentów użycia żelaza w Egipcie; zakrawa to niemal na ironię, że w grobie dosłownie kapiącym od złota jednym z najcenniejszych znalezisk pod względem historyczno-kulturalnym był mały kawałek żelaza! Niezwykle delikatną pracą było odwinięcie ostatnich lnianych bandaży ze zwęglonej głowy młodego faraona. Nawet za najlżejszym dotknięciem małego Pędzelka z sobolego włosia resztki spróchniałych tkanek rozsypywały się w proch. Wreszcie ukazało się - w tym końcowym momencie odkrycia oddajmy głos samemu Carterowi - "...pełne spokoju, łagodne oblicze młodzieńca. Oblicze szlachetne i dostojne, o ładnych rysach i mocnej linii warg." Bogactwo klejnotów i kosztowności, którymi obsypane było ciało Tutanchamona, przekracza wszelkie wyobrażenie. W trakcie odwijania bandaży znajdowano w nich coraz to nowe klejnoty ułożone ogółem w 101 grupach. Palce rąk i nóg tkwiły w złotych tulejkach. Dość powiedzieć, że jeżeli w książce Cartera opis badania mumii zajmuje trzydzieści trzy strony, to więcej niż połowa całego tego opisu poświęcona jest znalezionym przy niej klejnotom. Osiemnastoletni faraon dosłownie spowity był w kilka warstw złota i szlachetnych kamieni. Później prof. Derry ogłosił drukiem osobną pracę przedstawiając wyniki anatomicznych badań mumii Tutanchamona. Przytoczymy tu tylko trzy jego wnioski. Przede wszystkim więc z dużą dozą prawdopodobieństwa udowadnia ojcostwo Echnatona, czyli tezę, według której Tutanchamon był rodzonym synem tego "króla-kacerza". fakt ten ma duże znaczenie dla wyjaśnienia stosunków dynastycznych, a tym samym i politycznych za wymierającej już na tych władcach XVIII dynastii. Po wtóre, wskazuje on na rzecz wysoce interesującą z punktu widzenia historii sztuki (niejednokrotnie podkreślaną także przez Cartera), a mianowicie na stosunek sztuk plastycznych ówczesnego Egiptu do realizmu. Przytoczmy tu jego własne słowa: "Złota maska - pisze - ukazuje Tutanchamona jako młodzieńca o miłej i ujmującej powierzchowności. Komu dane było spojrzeć na odsłoniętą twarz jego mumii, ten może potwierdzić, jak trafnie, z jaką dokładnością i wiernością artysta z czasów XVIII dynastii odtworzył jego rysy. Pozostawił nam na wieczne czasy wyrzeźbiony w niezniszczalnym metalu wspaniały portret młodego monarchy." Wreszcie trzeci wniosek Derry'ego jako anatoma wyjaśnia ostatecznie kwestię wieku Tutanchamona, co do którego źródła historyczne nie dają odpowiedzi. Na podstawie stanu skostnienia guzków stawowych oraz wzrostu goleni Derry ustala, że Tutanchamon liczył od siedemnastu do dziewiętnastu lat; najprawdopodobniej zma rł mając lat osiemnaście. Na tym właściwie moglibyśmy skończyć historię odkopania grobu Tutanchamona. Wprawdzie opróżnienie bocznej komory i małego skarbca przyniosło jeszcze wiele ważnych wiadomości, jednak dla naszego szkicu nie mają one istotnego znaczenia. Z wykopaliskiem tym jednak łączy się jeszcze inna historia, której tu nie możemy pominąć. Jest to historia "klątwy faraona", która miała jakoby spowodować tajemniczą, nienaturalną śmierć ponad dwudziestu osób uczestniczących w odkopaniu grobu Tutanchamona. W ciągu dwustu lat, od których istnieje archeologia, żadne jeszcze znalezisko z dawno zaginionego świata nie nabrało takiego rozgłosu jak odnalezienie tego grobu w "Dolinie Królów" i mumii młodego faraona. Nic w tym dziwnego, skoro odkrycie to nastąpiło już w czasach prasy rotacyjnej, fotografii, filmu, a nawet stawiającego już pierwsze kroki radia. Zainteresowanie, jakie wzbudziło ono na całym świecie, znalazło najpierw wyraz w depeszach gratulacyjnych. Potem zjawili się reporterzy. N astępnie - czyż nie roztrąbiono na wszystkie strony, że znaleziono nieocenione skarby? - zaczęły napływać listy. Jedne były krytyczne, inne entuzjastyczne, jedne podnosiły najcięższe oskarżenia o zbezczeszczenie grobu, inne - jak wspomina Carter - zawierały praktyczne projekty szat śmiertelnych. W ciągu pierwszej zimy każdy dzień przynosił dziesięć do piętnastu takich listów, co najmniej niepotrzebnych, a często wręcz bezsensownych. "Cóż na przykład - pisze Carter - powiedzieć o człowieku, który całkiem na serio zapytuje, czy odkrycie tego grobu rzuciło jakieś nowe światło na sprawę rzekomych belgijskich okrucieństw w Kongo?" Potem zaczęły napływać rzesze turystów. Normalny napływ zwiedzających przybrał niebawem rozmiary istnych pielgrzymek. Ponieważ przy mozolnych i długich pracach w grobowcu, zwłaszcza w pierwszym okresie, rzadko kiedy jakiś przedmiot z grobu wynoszono na światło dzienne (aby go przenieść do laboratorium), więc licznie wśród turystów reprezentowani miłośnicy fotografii wystawali całymi dniami przed grobowcem czekając, aż zdarzy się okazja do pstryknięcia migawkowego zdjęcia. Carter któregoś dnia zauważył, jak kawałek zwykłego płótna do owijania mumii, który kazał sobie przynieść do laboratorium, został aż osiem razy u wieczniony na fotografii. W 1926 roku, gdy grób Tutanchamona stał w centrum uwagi całego świata, zwiedziło go w ciągu trzech miesięcy 12 300 turystów. w tym samym okresie 270 zbiorowych wycieczek odwiedziło założone przy grobowcu laboratorium. J est rzeczą samą przez się zrozumiałą, że w normalnych warunkach pracy dziennikarskiej redakcja dziennika, gdy cały świat mówi o sensacyjnym odkryciu archeologicznym w Egipcie, nie może kazać swym czytelnikom czekać, aż jakiś specjalista-egiptolog napisze o tym sprawozdanie lub artykuł. Do niejednej więc wiadomości agencyjnej lub innych dziennikarskich sprawozdań o znaleziskach w grobie Tutanchamona wkradły się siłą rzeczy błędy i nieścisłości. Leży to już w samej istocie gazety, że do sensacji przykłada większą wagę niż do suchych faktów. w tych warunkach trudno się dziwić, że luki w konkretnym, rzeczowym materiale informacyjnym zaczęto wypełniać płodami wyobraźni. Jak zrodziła się bajka o "klątwie faraona", tego dziś nikt nie potrafi powiedzieć. Tak czy inaczej faktem jest, że nawet jeszcze w latach trzydziestych pokutowała ona na łamach prasy światowej. Oceniać ją można tylko tą samą miarą, co omówioną już przez nas "mistykę liczb", związaną rzekomo z wielką piramidą, tak samo, jak coraz to odświeżaną, z palca wyssaną historię o kwitnącej na nowo "mumiowej pszenicy" ziarnach pszenicy sprzed trzech albo i czterech tysięcy lat, które, włożone do starych grobów egipskich, jakoby zachowały zdolność kiełkowania (odkąd historia ta nabrała rozgłosu, zwykli turyści dość często "odkrywają" takie ziarna w szczelinach zwiedzanych grobów królewskich; sprytni przewodnicy źle na tym nie wychodzą). "Klątwa faraona" to w istocie taki sam "pasjonujący", przejmujący dreszczykiem temat do rozmów, jak słynna "klątwa diamentu Hope" albo straszliwe pasmo tragicznych wypadków spowodowanych rzekomo przez mniej znaną "klątwę mnichów z Locrum" (położonej naprzeciw Dubrownika dalmackiej wyspy , przeklętej przez wypędzonych z niej mnichów późniejsi właściciele tej wysepki - cesarz Maksymilian, cesarzowa austriacka Elżbieta, arcyksiążę Rudolf, król bawarski Ludwik II i arcyksiążę Franciszek Ferdynand - umarli nienaturalną śmiercią). Prawdopodobnie pierwszy asumpt do skonstruowania tej historii o "klątwie faraona" dała nieoczekiwana śmierć lorda Carnarvona, który ukąszony przez moskita zmarł w trzy tygodnie potem, 6 kwietnia 1923 roku. Już wtedy podniosły się głosy mówiące o "karze, która spotkała świętokradcę". Później pod sensacyjnym tytułem Zemsta faraona kolejno pojawiać się zaczęły wiadomości o "drugiej", "trzeciej", "siódmej", "dziewiętnastej" ofierze "klątwy Tutanchamona". O tej dziewiętnastej ofierze pewien dziennik niemiecki 21 lutego 1930 roku donosił w "telegramie własnym z Londynu". "W dniu dzisiejszym siedemdziesięcioośmioletni lord Westbury skoczył przez okno swego położonego na siódmym piętrze mieszkania ponosząc śmierć na miejscu. Syna lorda Westbury, który swego czasu jako sekretarz archeologa Cartera brał udział w odkopaniu grobu Tutanchamona, w listopadzie ubiegłego roku znaleziono martwego w jego mieszkaniu, chociaż poprzedniego wieczora udając się na spoczynek był najzupełniej zdrów. Dokładnej przyczyny śmierci nie udało się ustalić." "Dreszcz grozy przechodzi przez Anglię..." - tymi słowami pewien dziennik rozpoczynał wiadomość o śmierci Archibalda Douglasa Reida, który padł martwy w chwili, gdy chciał prześwietlić promieniami Roentgena jakąś mumię egipską. Potem przyszła kolej na "dwudziestą pierwszą ofiarę faraona". . egiptolog Artur W eigall zmarł od jakiejś "nieznanej odmiany febry". Następnie zmarł A. C. Mace, który wspólnie z Carterem otworzył komorę grobową (w sprawozdaniu o jego śmierci przemilczano jednak fakt, że Mace już przed odkopaniem grobu był chory i chociaż początkowo pomagał Carterowi, musiał właśnie z powodu tej choroby wycofać się z dalszej współpracy przy tym wykopalisku). Wreszcie umiera - popełniając "samobójstwo w stanie nagłego przystępu obłędu" - brat przyrodni lorda Carnarvona, Aubrey Herbert, a w lutym 1929 roku (rzecz na pozór istotnie zastanawiająca) umiera lady Elisabeth Carnarvon od "ukąszenia jakiegoś owada". W 1930 roku spośród wszystkich osób, które współdziałały w odkopaniu grobu, pozostaje przy życiu już tylko sam jego odkrywca - Howard Carter. "Śmierć na prędkich skrzydłach dosięgnie tego, kto zakłóci spokój faraona" - tak brzmiał jeden z wielu szerzonych wariantów "klątwy", zawartej rzekomo w jednej z inskrypcji w grobowcu. Gdy wreszcie pewnego dnia doniesiono, że w Ameryce w tajemniczych warunkach straciła życie w jakimś nieszczęśliwym wypadku jeszcze jedna ofiara faraona, nazwiskiem Carter, czyli że teraz faraon ostrzega już samego odkrywcę grobowca, dosięgając karzącą dłonią jego rodziny, zarówno Carter, jak kilku innych poważnych archeologów uznali, że czas gruntownie rozprawić się z tymi bredniami. Carter pierwszy udziela odpowiedzi. Odkrywca - pisze - "przystępuje do swej pracy z powagą i głęboką czcią, ale bez tego dreszczyka grozy, którego tak bardzo pożąda i któremu tak łatwo ulega żądna sensacji szeroka publiczność". Dalej mówi o "śmiesznych historyjkach", które nie są niczym innym, jak odmianą "opowiadań o duchach". Potem rzeczowo rozpra wia się z twierdzeniem, jakoby samo przekroczenie progu grobowca - co z naukowego punktu widzenia może łatwo byłoby uzasadnić - kryło w sobie niebezpieczeństwo życia. Carter wykazuje, że grób - jak bezspornie stwierdzono - był wolny od jakichkolwiek niebezpiecznych bakterii. W ostatnim zdaniu swej odpowiedzi pisze z goryczą: "W e wszystkich tych niedorzecznych plotkach nie ma ani krzty rozsądku. Widocznie ludzkość od czasów prehistorycznych dokonała mniejszego postęPu, niż to sobie ludziska na ogół wyobrażają." W 1933 roku, chcąc zaspokoić ciekawość opinii publicznej, zabiera głos w tej sprawie niemiecki egiptolog Georg Steindorff. Zadaje sobie przy tym trud, aby tam, gdzie to w ogóle jest jeszcze możliwe, dociec do źródła każdej z tych fantastycznych wiadomości. Stwierdza, że owego Cartera, który w Ameryce padł ofiarą nieszczęśliwego wypadku, nic nie łączyło z archeologiem Carterem poza przypadkową identycznością nazwiska. Stwierdza dalej, że ani lord Westbury, ani j ego syn nie mieli nic wspólnego z odkryciem grobu ani z jego opróżnieniem, ani z samą mumią. Po wielu innych jeszcze dowodach wysuwa w końcu decydujący argument: "klątwa faraona" w ogóle nie istnieje, nie jest zawarta w żadnej inskrypcji grobowej. Steindorff potwierdza to, na co wskazywał już Carter. "Egipski rytuał umarłych nie znał w ogóle tego rodzaju klątw rzucanych na ludzi żywych, znał tylko prośby o pobożne życzenia szczęśliwości dla zmarłego." Próba nadania niektórym, nielicznym zresztą formułom zaklęć, które widniały na kilku magicznych figurkach w komorze grobowej Tutanchamona, znaczenia "klątwy" polega na wyraźnym wwypaczeniu ich sensu. Formuły te, jak pisze Steindorff, "mają odstraszyć wroga Ozyrysa" (tu Ozyrysem jest zmarły), w jakiejkolwiek pojawiłby się postaci. Od czasu odkrycia grobu Tutanchamona wiele ekspedycji archeologicznych prowadziło prace wykopaliskowe w Egipcie. w latach 1939-1940 i 1946 profesor Pierre Montet odkrył pod Tanisem całą "kolonię" grobów królewskich z czasów XXI i XXII dynastii, w tym grób faraona Psusennesa. W wykutych w skale podziemnych galeriach długości przeszło jednego kilometra profesor Sami Gabra znalazł miejsca kultu ibisa, olbrzymie cmentarzyska tych świętych zwierząt. Ekspedycja wyposażona przez króla Faruka dokonała szeregu odkryć sięgających pradziejów Egiptu; znalazła ona groby z drugiego i trzeciego tysiąclecia przed Chr. W 1941 roku dr Achmad Badawi i dr Mustafa El-Amir, zajęci właściwie innymi wykopaliskami, odkryli przypadkowo pod Memfisem miejsce kultu faraona Amenhotepa II i nie tknięty grób księcia Szoszenka zawierający ogromne ilości klejnotów. Od czegóż to irozpoczęła się nasza "Księga Piramid"? Od egipskiej kampanii Napoleona i od narodzin śniadego chłopca nazwiskiem Jean Francois Champollion. w tym samym czasie, gdy nastąpił upadek Napoleona, a młody Champollion zaczął opanowywać obce je zyki, w Getyndze pewien skromny nauczyciel ślęczał nad kilkoma bardzo osobliwymi kopiami starych inskrypcji. Gdy człowiek ten odkrył znaczenie znaków pokrywającego je pisma, można było przystąpić do naukowego zdobycia innego starożytnego imperium, jeszcze starszego od Egiptu, krainy Międzyrzecza Eufratu i Tygrysu, gdzie niegdyś stała wieża Babel, gdzie stała i upadła Niniwa. III. KSIĘGA WIEŻ Przede mną ojciec m6j i ojciec mego ojca rozbili tu swoje namioty... Od dwunastu stuleci prawdziwi wierni - a tylko oni, Bogu niechaj będzie chwała, posiadają prawdziwą mądrość - osiedli w tym kraju, a żaden z nich nie słyszał nigdy o jakimś podziemnym pałacu ani nie słyszeli o nim ci, co byli tu przed nimi. I patrz! Oto przychodzi cudzoziemiec z Zachodu, z kraju odległego o wiele dni drogi, idzie prosto przed siebie na wiadome mu miejsce, bierze laskę, przeciąga linię w jedną stronę, przeciąga linię w drugą stronę. «Tutaj - powiada - jest pałac, a tam - powiada jest brama», i pokazuje nam to, co przez całe nasze życie leżało pod naszymi stopami, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Cudowne! Cudowne! Czy nauczyłeś się tego z książek, od czarnoksiężników, czy od waszych prorokÓw? MÓw, o beju! Powiedz mi tajemnicę mądrości! Przemówienie szejka Abd-el-Rahmana do angielskiego archeologa Layarda. Rozdział osiemnasty PISMO Ś WIĘTE POWIADA O spadających niby miecz sprawiedliwości najazdach Asyryjczyków opowiada Biblia, o budowie wieży Babel, o pysznej Niniwie, o siedemdziesięcioletniej niewoli Żydów, o Nabuchodonozorze. Opowiada o sądzie bożym nad "wielką nierządnicą", o naczyniach gniewu Jehowy, ktÓre siedmiu aniołÓw wylewało na krainę nad Eufratem. Prorocy Izajasz i Jeremiasz głosili swe straszliwe widzenia roztaczając obraz zagłady "najpiękniejszego wśród krÓlestw", obraz zniszczenia "cudownej wspaniałości" Chaldejczyków, ktÓrą Pan zastępów wywrÓci, "jak wywrÓcił Sodomę i Gomorę", iżby "dzikie psy wyły po ich pałacach, a szakale po wesołych zamkach". W stuleciach chrześcijańskiej pobożności słowo Biblii było nietykalne, każda jej litera - święta. Czasy Oświecenia przyniosły krytykę. To samo jednak stulecie, w ktÓrym we wszystkich doktrynach filozoficznych opartych na materializmie krytyka stała się ustawicznym wątpieniem, dowiodło jednocześnie, że jądro Biblii zawierało pod skoruPą pÓźniejszych zmyśleń wiele prawdy. Kraj między Eufratem a Tygrysem był wielką równiną. Tylko tu i tam wznosiły się tajemnicze wzgÓrza. Szumiały nad nimi wichry, szalały kurzawy, piętrząc czarną ziemię w spadziste wydmy, ktÓre rosły tak sto lat, aby potem w ciągu pięciu dalszych stuleci znowu rozwiać się na wszystkie strony. Beduini zatrzymujący się tu, aby odpocząć w drodze i nakarmić swe wielbłądy, nie wiedzieli, czy wzgórza te kryją coś w sobie. Jako wierni wyznawcy Allacha i jego proroka Mahometa nie znali słÓw Biblii opisujących tę krainę. Potrzebne było czyjeś pierwsze przypuszczenie, pierwszy domysł, pytanie. Potrzeba było pierwszego bodźca, energicznej inicjatywy człowieka ze świata zachodniej cywilizacji. Trzeba było, aby ktoś po raz pierwszy zaczął tu kopać... Człowiek, ktÓry pierwszy zapuścił rydel w tę ziemię, urodził się w 1803 roku we Francji. Mając lat trzydzieści ani się domyślał, co stanie się głównym zadaniem jego życia. Wykonywał wtedy jeszcze zawÓd lekarza. Gdy zaś uczestnicząc w pewnej egipskiej ekspedycji naukowej przybył w drodze powrotnej do Kairu, wioząc ze sobą jakieś skrzynie, a policja zażądała ich otwarcia, okazało się, że zawierały one dwanaście tysięcy starannie przyszpilonych owadów. W czternaście lat później ten lekarz i zbieracz owadów wydał pięciotomowe dzieło o Asyrii, ktÓre w zainicjowaniu naukowego odkrycia Międzyrzecza odegrało nie mniejszą rolę niż dwudziestoczterotomowe Description de l'Egypte w zapoczątkowaniu odkrycia starożytnego Egiptu. w niecałe sto lat później w Niemczech - a podobne przykłady można by przytoczyć takze z Francji i Anglii - ukazała się książka profesora Brunona Meissnera pod tytułem Konige Babyloniens und Assyriens (Królowie Babilonii i Asyrii). w aga tego dzieła w najmniejszej mierze polega na jego znaczeniu naukowym. Praca Meissnera wcale zresztą do tego nie pretendowała, stawiała sobie jedynie za zadanie opowiedzieć w popularnej formie o władcach, których świetność przeminęła d wa do pięci u tysięcy lat temu. Dla naszego opisu rozwoju archeologii prawdziwe jej znaczenie tak jak znaczenie wielu innych podobnych książek, które wyszły spod pióra autorów innych narodowości - polega na tym, że w o g ó l e m 0gła być napisana. w jeszcze większej zaś mierze na tym, że mogła być napisana w p o p u l a r n e j formie. "Taki bowiem sposÓb przedstawienia przedmiotu - pisze autor we wstępie - wymaga materiałów dokumentalnych mogących dorzucić soczyste tony do kolorystyki obrazu życia wybitnych mężów i kobiet, jeżeli mają oni powstać przed nami jak żywi." A jak w danym wypadku miała się rzecz z owym materiałem przekazowym? Pomijamy tu przybrane w symbolikę opowieści biblijne i cytujemy dalej Meissnera: "Jeszcze sto lat temu asyriologia była dla nas zamkniętą księgą, a przed kilkudziesięciu laty władcy Babilonu i Asyrii ukazywali się nam jako nieożywione schematy. znaliśmy właściwie tylko ich imiona. Czyż więc po upływie tak krótkiego czasu miałoby dziś być rzeczą możliwą napisać obejmującą ponad dwa tysiąclecia historię starożytnego Międzyrzecza i dać rzeczywistą charakterystykę jego władców?" Książka Meissnera (jal{ wiele innych książek wydanych w tym samym mniej więcej czasie) dowodzi, że w naszym stuleciu napisanie historii Mezopotamii stało się możliwe, że w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat grupa zapalonych "archeologów łopaty", naukowców i dyletantÓw, zdołała wydobyć na światło dzienne całą dawno umarłą kulturę. Co więcej, załączona do tego dzieła tablica chronologiczna daje nam, z bardzo niewieloma lukami, pełny przegląd imion i dat panowania 23. Zdobycie twierdzy syryjskiej. Relief z północnej zewnętrznej ściany wielkiej świątyni z Medinet Habu. władców starożytnej Mezopotamii. Tablicę tę opracował Ernst F. w eidner, jeden z najdziwniejszych wśrÓd często jakże bardzo dziwnych asyriologów. W eidner przez dwadzieścia lat był współredaktorem popularnego tygodnika "Berliner Illustrierte Zeitung" prowadząc dział... krzyżówek i lekkich powieści. Jednocześnie wszakże ogłaszał w prasie fachowej cenne artykuły naukowe z zakresu chronologii asyryjskiej i sam wydawał międzynarodowe czasopismo naukowe poświęcone zagadnieniom asyriologii, które ukazując się w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy zaliczało do swych prenumeratorów tylko uniwersytety i uczonych. Dopiero w 1942 roku, gdy w stolicy Trzeciej Rzeszy wskutek nieustannych nalotów alianclkich bombowcÓw wszelka praca naukowa stała się niemożliwa, objął profesurę na jednej z uczelni austriackich - ku niemałemu zdumieniu wszystkich członkÓw redakcji "Berliner Illustrierte Zeitung", którzy przez dwadzieścia lat nawet nie podejrzewali, że mają w swym gronie wybitnego asyriologa. Znaczenie książki Meissnera i wszystkich innych podobnych książek o dziejach Asyrii i Babilonii polegało więc przede wszystkim na tym, iż w ogóle m o g ł y się ukazać. Spopularyzowane w nich wyniki badań naukowych stanowiły większy triumf nauki niż na przykład pierwsza chronologia egipska Lepsiusa. Podawały one sumę wiadomości nagromadzonych przez trzy generacje opętanych pasją odkrywczą badaczy. Ukazywały sukcesy nie jednego, lecz całej plejady archeologów, wyniki niezliczonych godzin ich pracy czy to w kancelarii konsulatu francuskiego w Mossulu, czy w izdebce getyńskiego nauczyciela, czy pod prażącym słońcem doliny Eufratu i Tygrysu, czy też w małej kabinie okrętowej, gdzie w świetle niespokojnie chybocącej się lampy angielski oficer mozolił się nad tajemnicą pisma klinowego. Wynik żmudnych prac wykopaliskowych w Mezopotamii dlatego wybija się nad wszystkie inne triumfy archeologii, że nie było tu niemal Żadnych widomych śladów minionej wielkości. Nie stały tu, jak na klasycznej ziemi Grecji i Włoch, świątynie ani posągi, nie wznosiły się ku niebu, jak w Egipcie, piramidy i obeliski, nie było, jak w lasach Jukatanu i Meksyku, kamieni ofiarnych opowiadających o hekatombach pomordowanych ofiar. W surowych twarzach Beduinów i Kurdów żaden rys nie nosił śladów wielkości dawnych pokoleń. Skarbnica ich żywych jeszcze podań i legend nie sięgała dalej niż do świetnych czasów Haruna-al-Raszyda; wszystko, co było przedtem, spowijał mrok i ciemności. Żywe zaś jeszcze w czasach obecnych języki, ktÓrymi tu mÓwiono, nie naprowadzały na żaden ślad pobratymstwa z językami sprzed tysiącleci. Triumf ten wreszcie dlatego jest tak wielki, że badacz nie miał tu poza rozproszonymi wzgórzami mało pasującymi do nizinnego krajobrazu Międzyrzecza - żadnego innego punktu wyjścia, jak tylko parę słów Biblii i znajdowane tu i ówdzie gliniane skorupy pokryte dziwnymi znakami klinowymi. Znaki te jednak uwaŻano za ornamentalne ozdoby. w edług słów jednego z wcześniejszych podróżników wyglądały one tak, "jak gdyhy ptaki przeleciały nad mokrym piaskiem". Rozdział dziewiętnasty BOTTA ZNAJDUJE NINIWĘ Aram - Nacharaim, Syria między rzekami - tak w Starym Testamencie nazywa się północna część doliny Eufratu i Tygrysu. To tu leżały miasta, ktÓre ściągnęły na siebie gniew boży. To tu, w Niniwie i w leżącym dalej na południe Babilonie, panowali groźni krÓlowie, którzy mieli innych bogów obok NIEGO i dlatego zostali starci z oblicza ziemi. Znamy ten kraj pod nazwą Mezopotamii. Dziś nazywa się Irakiem, a stolicą jego jest Bagdad. Na pÓłnocy graniczy z Turcją, na zachodzie z Syrią i Jordanią, na południu z Arabią Saudyjską, na wschodzie z Iranem - dawniejszą Persją. Obie rzeki, Eufrat i Tygrys, które z tego kraju, podobnie jak Nil z Egiptu, uczyniły kolebkę kultury, biorą swój początek w Turcji. Płynąc z północnego zachodu na południowy wschód łączą się niedaleko dzisiejszego miasta Basra i wpadają do Zatoki Perskiej (w starożytności wpadały do niej oddzielnymi korytami). Asyria, da wny kraj Assur , rozpościerała się na północy, na pobrzeżu płynącego tu rwącym nurtem Tygrysu. Babilonia, dawny Sumero-Akkad, rozciągała się na południu między Eufratem i Tygrysem sięgając aż do wybrzeży zielonych wÓd Zatoki Perskiej. W pewnej encyklopedii z 1867 roku znajdujemy pod hasłem "Mezopotamia" opis kończący się następującymi słowami: "Okresem największego rozkwitu tego kraju były czasy panowania asyryjskiego i babilońskiego. Pod panowaniem ArabÓw stał on się siedzibą kalifÓw i doszedł jeszcze raz do wielkiego rozkwitu. Dopiero z najazdami Seldżuków, TatarÓw i TurkÓw zaczął podupadać; dziś jest po części bezludną pustynią." W tej to pustyni wznosiły się owe tajemnicze wzgórza o spłaszczonych wierzchołkach i stromych stokach, w wielu miejscach porysowane i popękane jak suszony owczy ser Beduinów. Wzgórza te do tego stopnia rozpaliły wyobraźnię kilku ludzi, że właśnie tu, w Mezopotami, archeologia jako nauka wykopaliskowa mogła święcić swe pierwsze wielkie tri umfy. Paul Emile Botta już w młodych latach odbywał podróże po dalekichkrajach. w 1830 roku wstąpił jako lekarz na służbę Mechmeta Alego i uczestniczył w ekspedycji egipskiej do Sennaaru (właśnie wtedy zebrał wspomnianą już wyżej kolekcję owadów). Mianowany w 1833 roku konsulem francuskim w Aleksandrii, podejmuje podrÓż do Arabii i wydaje o niej pokaźną książkę. W 1840 roku został agentem konsularnym w Mossulu. A miasto to wszakże leży nad górnym Tygrysem... Co dnia o zachodzie słońca Botta uciekając od dusznego powietrza bazarów wyjeżdża konno za miasto. I co dnia wzrok jego zatrzymuje się na owych dziwnych wzgórzach. Nie był pierwszym, którego zaintrygował ich widok. Przed nim już inni podróżnicy, jak Kinneir, Rich, Ainsworth, przypuszczali, że kryją się pod nimi ruiny. (Najbardziej interesującą postacią wśród tych po- drÓżników jęst C. J. Rich. Podobnie jak Champollion był cudownym dzieckięm. Już jako dziewięcioletni chłopięc zaczął studiować języki wschodnie. Mając lat czternaście studiował język chiński. W wieku dwudziestu czterech lat został konsultantem Kompanii Wschodnio-Indyjskiej i odbywał podróże po całej Mezopotamii, ktÓre przysporzyły wielu cennych wiadomości Ówczesnej nauce). Anglicy i Francuzi, znacznie częściej niż na przykład Rosja, Niemcy lub Włochy, dawali nauce i sztucę ludzi będących zarazem wytrawnymi światowcami, ludzi, którzy doskonale reprezentując swe kraje za granicą mieli w sobie żyłkę awanturniczą, a wszęchstronne zaintęresowanie dla znakomitych przejawów życia umysłowego umieli łączyć z głębokim zmysłem spraw politycznych. (Przykładęm tego są w czasach najnowszych Paul Claudel i Andre Malraux we Francji lub pułkownik T. E. Lawrence w Anglii). Botta należał do rzędu tych ludzi. z zawodu był lekarzęm. Interesował się naukami przyrodniczymi. Był dyplomatą i umiał wykorzystywać stosunki towarzyskie. Nie był tylko - archeologiem. Na jego przygotowanie do przyszłego zadania składała się jedynie znajomość języka tubylców, zdobyta w wielu podrÓżach umięjętność utrzymywania przyjaznych stosunków z wyznawcami Proroka i - rzecz nie mniej ważna - niespożyta pracowitość, ktÓrej nie był w stanie złamać zabÓjczy klimat Jemenu i bagnistych żuław nilowych. Z tym rynsztunkięm przystąpił do pracy. Spoglądając dziś rętrospektywnie na jego działalność można z całą pęwnością powiedzięć, że nie miał przed sobą żadnego określonęgo planu, nie wychodził z żadnej śmiało powziętęj hipotezy. W gruncie rzeczy miał tylko jakąś bliżęj nieokreśloną nadzieję z pewną domięszką ciekawości. Toteż w końcu sam nie mniej niż cały świat był zdumiony własnym sukcesem. Dzięń w dzień po zamknięciu konsulatu z nieprawdopodobną wytrwałością badał okolice Mossulu. Odwiedzał dom po domu, wstępował do każdęj chałupy, wszędzie stawiając te samę stęreotypowe pytania: "Czy macie jakieś starożytne przedmioty? Może stare garnki? Starą wazę? Skąd wzięliście cegły, z których zbudowana jest ta stajnia? Skąd pochodzą te gliniane skorupy z dziwnymi znakami klinowymi?" Kupował wszystko, co mu się nadarzyło. Ale gdy zaklinał ludzi, aby mu wskazali miejsce, skąd pochodziły owe przedmioty, wzruszali ty lko ramionami, mówiąc, że Allach jest wielki i z pewnością rozsiał je wszędzie. Niechaj więc sam się rozejrzy. Gdy starania Botty, aby przez wypytywanie ludności ustalić miejsce rokujące szczególnie bogate znaleziska, spełzły na niczym, postanowił rozpocząć wykopaliska pod pierwszym lepszym wzgórzem. Wybór jego padł na wzgÓrze pod Kujundżykiem. Wybór okazał się niefortunny, przynajmniej jeśli chodzi o Bottę i o pie rwszy rok prac wykopaliskowych. Bo że właśnie to wzgórze kryło w sobie ruiny zamku Asurbanipala (którego Grecy nazywali Sardanapalem), odkryć to miał dopiero kto inny. On, Botta, kopał tu daremnie. Wyobraźmy sobie, co to oznacza wytrwać w takiej bezowocnej pracy . Trzeba wczuć się w sytuację badacza, który nie mając żadnej wyraźnej wskazÓwki, wiedziony jedynie nieokreślonym przypuszczeniem, że wzgórza te kryją w sobie coś, co warte jest odkopania, kopał w nich dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, nie znajdując nic prócz paru poszczerbionych cegieł pokrytych znakami, których nikt nie umiał odczytać, lub oprócz kilku torsÓw rzeźb tak potrzaskanych, że . tak prymitywna, że nie całość była niepoznawalna albo wydawała się mogła pobudzić niczyjej wyobraźni. I tak przez okrągły rok. Można się dziwić, że po upływie tego roku Botta, zwiedziony już Czyz niejedną fałszywą informacją tubylców, ze zniecierpliwieniem odprawił gadatliwego Araba, gdy ten w kwiecistych słowach znów jął mu opowiadać o jakimś wzgÓrzu, gdzie pełno jest wszystkich tych przedmiotów, których on, Botta, poszukuje? Że chciał go nawet przepędzić ze swego obozu, gdy coraz natrętniej rozwodził się nad tym, iż pochodzi z odległej wsi, ale usłyszawszy o życzeniach Francuza, jako że lubi w ogóle "Franków", chce mu dopomóc. Botta szuka cegieł - mówi ów Arab - cegieł z napisami? W jego rodzinnej wsi, w Chorsabadzie, jest ich bez liku. Chyba musi to wiedzieć, sk,oro sam zbudował sobie piec z takich cegieł i skoro w jego wsi wszyscy od niepamiętnych czasów robili to samo. Botta, nie mogąc się opędzić przed natarczywością tego człowieka, posłał z nim kilku swych ludzi do Chorsabadu, odległego od wzgórza Kujundżyk o szesnaście kilometrÓw. Dał im dokładne wskazówki, co mają robić. Bo w końcu nie można wiedzieć, a nuż? 24. Asyryjska kawaleria. Chwila, w której Botta zdecydował się wysłać tę małą ekspedycję, uczyniła jego nazwisko nieśmiertelnym w dziejach archeologii. Nazwisko Araba jest dawno zapomniane i nikt o nie nie pyta. Botta pozostał tym, ktÓry wydobył na światło dzienne pierwsze szczątki kultury, co kwitła przez dwa tysiąclecia i dalsze dwa tysiące lat spoczywała pogrzebana w czarnej ziemi, pogrzebana w ludzkiej niepamięci. W tydzień po wysłaniu przez Bottę tej małej grupki ludzi przybył z Chorsabadu wzburzony goniec. Ledwo zapuszczono rydel w ziemię opowiadał - wynurzyły się z niej mury. Ledwo zaś z grubsza odczyszczono je z brudu, ukazały się napisy, obrazy, płaskorzeźby, jakieś straszne zwierzęta... Botta skoczył na konia i poPędził do Chorsabadu. w kilka godzin po. tem siedział przykucnięty w wykopanym dole i rysował fantastyczne postacie, brodatych mężczyzn, uskrzydlone zwierzęta - formy z jalkiegoś zupełnie obcego świata wyobrażeń, postacie, jakich nie widział nawet w Egipcie i jakich nigdy jeszcze nie oglądało oko Europejczyka. w parę dni pÓźniej sprowadził już wszystkich swych robotnikÓw z Kujundżyku. W śród brzęku kilofów i szpadli zaczęły wyłaniać się mury , wciąż nowe mury i mury. Wreszcie nastąpiła chwila, kiedy Botta nie mógł już wątpić, że odkrył jeżeli nie całą Niniwę, to w każdym razie jeden z najwspanialszych pałaców starożytnych królów asyryjskich. Tej pewności nie mógł dłużej zachować dla siebie. Musiał się z nią podzielić z całym światem. Wysyła wiadomość o odkryciu do Francji - do Paryża. "Sądzę - pisze z dumą, a gazety pod wielkimi nagłÓwkami drukują jego słowa - że jestem pierwszym człowiekiem, który odkrył rzeźby pochodzące niewątpliwie z okresu, gdy kwitła Niniwa." Odkrycie pierwszego pałacu asyryjskiego było nie tylko sensacją dziennikarską dla całej Europy. Było także nowiną pierwszorzędnej wagi dla nauki. Dotychczas przypuszczano powszechnie, że to Egipt był kolebką ludzkości. Nigdzie bowiem dzieje ludzkości nie sięgały czasów tak odległych jak w kraju piramid i mumii. O dolinie Eufratu i Tygrysu dotąd opowiadała tylko Biblia - dla nauki XIX wieku "zbiÓr legend i podań". Już więcej wagi przywiązywano do skąpych wzmianek antycznych pisarzy. Te zaś, choć nie były niewiarygodne, częstokroć sobie przeczyły i nie zgadzały się z danymi przytaczanymi przez Biblię. Odkrycie Botty oznaczało zatem ni mniej, ni więcej tylko to, że w Międzyrzeczu faktycznie istniała kultura co najmniej równie stara jak kultura egipska, a być może - jeżeliby teraz nadal dawać wiarę Biblii - nawet starsza od niej, że kwitła tu wśród wspaniałości i potęgi, dopóki ogniem i mieczem nie została starta z oblicza ziemi. Fala entuzjazmu ogarnęła Francję. Mobilizowano na wielką skalę wszystkie środki, aby umożliwić Botcie kontynuowanie prac. Botta prowadził wykopaliska przez trzy lata, od 1843 do 1846 roku. Pracował wbrew klimatowi, wbrew porom roku, wbrew tubylcom, wbrew paszy, tureckiemu gubernatorowi, ktÓremu podlegał ten kraj. Pasza zaś był groźnym despotą i wielkim chciwcem. Dla niestrudzonych poszukiwań Botty znajdował tylko jedno wytłumaczenie: widocznie szuka złota. Zaczął mu więc odstręczać miejscowych robotników, groził im torturami i więzieniem, byle wpaść na ślad jego tajemnicy. Obstawił wzgórze chorsabadzkie kordonem strażników. Pisał raporty do Konstantynopola. Ale Botta był człowiekiem żelaznej wytrzymałości. Nie na próżno był też dyplomatą. N a intrygę odpowiadał intrygą. W końcu pasza oficjalnie dał mu spokój. Ale nieoficjalnie zakazał wszystkim tubylcom, pod groźbą najstraszliwszych kar, pomagać cudzoziemcowi, który kopiąc te rowy nie ma nic innego na celu, jak zbudować tu twierdzę i zagrozić wolności wszystkich ludów Mezopotamii. Botta, niewzruszony, kontynuował wykopaliska. Z ziemi, zbudowany na potężnych tarasach, wynurzał się pałac. Uczeni, ktÓrzy na pierwszą wieść o odkryciu Botty całą rzeszą pośpieszyli na miejsce wykopalisk, rozpoznali w nim wymieniony w proroctwach Izajasza pałac króla Sargona, letnią rezydencję królewską na krańcach Niniwy - coś w rodzaju Wersalu lub powiększonego do olbrzymich rozmiarów poczdamskiego Sanssouci. Pałac zbudowany był w 709 roku przed Chr ., po zdobyciu Babilonu. Z gruzów jedne po drugich wynurzały się coraz to nowe mury , dziedzińce ze zdobnymi w bogate ornamenty portalami, wspaniałe sale, korytarze, komnaty, trÓjdziałowy harem i szczątki tarasowej wieży. Bogactwo rzeźb i płaskorzeźb było oszałamiające.. Raptem, zupełnie niespodzianie, tajemniczy lud Asyryjczyków wyłonił się z mroków czasu. Oto ich wizerunki, oto ich narzędzia i broń, oto widać ich wśród codziennych zajęć domowych, na wojnie, na polowaniu. Ale rzeźby wykonane w wielkiej części z łatwo niszczejącego alabastru, gdy nagle pozbawione zostały chroniącej warstwy gruzu, pod gorącym tchnieniem pustyni rozsypywały się w proch. Wysłany przez rząd francuski, przybył do Chorsabadu Eugene Napoleon Flandin, znany rysownik i podróżnik po Persji, który wydał już kilka albumowych dzieł o zabytkach starożytności. Stał on się d1a Botty tym, czym Vivant Denon dla napoleońskiej Komisji Egipskiej. Z tą wszakże rÓżnicą, że Denon przerysowywał rzeczy, które i nadal się zachowały, gdy tymczasem Flandin prÓbował ratować na papierze ginące na jego oczach maleziska. Botcie udało się pewną ilość rzeźb załadować na tratwy. Ale Tygrys, tutaj, w górnym biegu, rwąca jeszcze i nieposkromiona rzeka górska, nie chciał nieść na swym grzbiecie tego niezwykłego ładunku. Tratwy porwane wirem poczęły kręcić Się w koło, straciły statyczność, przechyliły się i oto bogowie i krÓlowie Asyrii, dopiero co wydarci mrokom wieków, pogrąży li się w odmęcie wód. N ie zrażony tym Botta przedsięwziąwszy wszystkie środki ostrożności wysłał w dół rzeki nowy ładunek. Tym razem bezcenne znaleziska dopłynęły do portu morskiego. Załadowane na okręt, wylądowały wkrÓtce we Francji; w parę miesięcy później stały już w Luwrze. Botta przystąpił teraz do opracowania wielkiego ilustrowanego dzieła o wykopaliskach w Chorsabadzie. Edycją zajęła się dziewięcioosobowa komisja uczonych. W skład jej wchodzili między innymi: Burnouf, niebawem jeden z najwybitniejszych francuskich archeologów (w dwadzieścia lat później Schliemann często cytować go będzie jako jednego ze swych "uczonych przyjaciół"), i pewien Anglik nazwiskiem Layard, którego sława niedługo potem zaćmiła sławę Botty. Layard już wtedy szedł jego śladami. Miał on stać się jednym z najszczęśliwszych archeologów, jacy kiedykolwiek zatknęli łopatę w gruz tysiącleci. J ednakże Botta, pionier na ziemi asyryjskiej, nie poszedł w zapomnienie. Prawda, że jako pionier był w Asyrii tym samym, czym Belzoni w Egipcie - nie znającym hamulców diggerem, "kopaczem", poszukiwaczem zdobyczy dla Luwru. (Po nim inny Francuz, Victor Place znowu konsul - objął w Niniwie rolę "strażnika zabytkÓw", jaką Mariette odegrał w Kairze.) Mimo to jego książka Monuments de Ninive decouverts et decrits par Botta, mesures et dessines par Flandin (Pomniki Niniwy, odkryte i opisane przez Bottę, wymierzone i przerysowane przez Flandina) należy do klasycznych dzieł archeologii. Wydana w latach 1849 i 1850 obejmuje pięć tomów. dwa pierwsze zawierają tablice architektury i rzeźby, tom trzeci i czwarty - zbiór inskrypcji, tom piąty wypełniają opisy. Rozdział dwudziesty ODCYFROWYWANIE PISMA KLINOWEGO Do czyich rąk trafiła książka Botty? Kto doczytał do końca trzeci i czwarty jej tom? Dla kogo zrozumiałe były nagromadzone w nich inskrypcje? Historia wszystkich wielkich osiągnięć naukowych dowodzi, że odkrycie i praktyczne jego spożytkowanie mogą w czasie być bardzo od siebie odległe. Wówczas gdy Botta obok rzeźb zbierał w Chorsabadzie także pokryte dziwnymi znakami klinowymi cegiełki i po sporządzeniu kopii wysyłał je do Paryża (sam nie mając żadnego pojęcia, jak należy czytać te znaki), w różnych punktach Europy i Bliskiego W schodu badania nad pismem klinowym prowadziło wielu uczonych, którzy mieli już w ręku klucz do jego odszyfrowania. Brzmi to wprost nieprawdopodobnie, a jednak już od lat mieli w ręku klucz do odczytania pisma używanego w państwie, o którym dopiero teraz dzięki Botcie po raz pierwszy uzyskali bogate materiały. Jeżeli liczyć od dnia ukazania się książki Botty, mieli go dokładnie od lat czterdziestu siedmiu. Aby posunąć się dalej w odcyfrowaniu tego pisma, brakowało im jedynie nowych, coraz to nowych inskrypcji - innych, dokładniejszych, liczniejszych niż te, które mieli przed oczyma dotychczas. Najistotniejsze wszakże podstawy do odcyfrowania systemÓw pisma klinowego osiągnięto już wtedy, gdy jeszcze nie był odsłonięty ani jeden mur pałacu Sargona, a o Niniwie - gdzie Layard właśnie rozpoczynał wykopaliska - nie wiedziano nic ponad to, co opowiadała o niej Biblia. Teraz, po pionierskim czynie Botty, po dokonanych niebawem odkryciach Layarda, po zdobyciu nowych wiadomości przez pewnego śmiałego Anglika, który niedaleko od miejsca ich wykopalisk opuścił się na linach i hakach ze szczytu prostopadłej skały jedynie po to, aby skopiować wykuty w niej napis klinowy, następowały jedne po drugich coraz to nowe wykopaliska i odkrycia. Odcyfrowywano coraz to nowe teksty, wprowadzano wciąż nowe udoskonalenia do metody ich odczytywania. Wszystko to, w połączeniu z wiadomościami czerpanymi z językoznawstwa i ogólnej znajomości historii archaicznych ludów, złożyło się w ciągu jednego dziesięciolecia na tak zwartą konstrukcję naukową, że w połowie ubiegłego wieku badacze byli już uzbrojeni we wszystkie niezbędne elementy wiedzy, aby mÓc niezwłocznie wziąć na warsztat wyniki każdego nowego odkrycia dokonanego łopatą archeologa. Dla pierwszego jednak człowieka, który zrobił rozstrzygający krok na drodze do odcyfrowania pisma klinowego, bodźcem do tego czynu trudno odnotować ten fakt bez uśmiechu na ustach - nie była bynajmniej ani ciekawość uczonego, ani pęd do odkryć naukowych. Był to Niemiec, rokujący piękne nadzieje młody człowiek w wieku dwudziestu siedmiu lat, w 1802 roku nauczyciel gimnazjum miejskiego w Getyndze. Za pomocą metody, ktÓra zasługuje po wsze czasy na miano genialnej, odcyfrował on pierwsze dziesięć liter jednego z rodzajów pisma klinowego - bo poszedł o zakład, że tego dokona! o istnieniu tekstów pisanych pismem klinowym dowiedziano się już w XVII wieku, kiedy włoski podrÓżnik Pietro della V alle przesłał pierwsze kopie napisów klinowych do Europy. W 1693 roku Aston opublikował w Philosophical Transactions dwa wiersze znaków klinowych skopiowane przez niejakiego Flowera, agenta Kompanii Wschodnio-Indyjskiej w Persji. Najbardziej rewelacyjne wiadomości nie tylko o pismach i zabytkach Azji Przedniej, ale i o jej krajach i zamieszkujących je ludach przywiÓzł Karsten Niebuhr , Hanowerczyk pozostający na służbie króla duńskiego Fryderyka V. W latach 1760 do 1767 wraz z gronem innych uczonych odbył on podrÓż po krajach Wschodu. Już w ciągu pierwszego roku wszyscy członkowie ekspedycji, z wyjątkiem Niebuhra, pomarli. Niebuhr, nieustraszony, sam jeden podróżował dalej, powrÓcił zdrów i cały i wydał swą Reisebeschreibung von Arabien und anderen umliegenden Liindern (Opis podróży po Arabii i innych krajach ościennych) - książkę, którą Napoleon stale miał przy sobie podczas swej wyprawy do Egiptu. Te pierwsze kopie pisma klinowego, niepełne, zniekształcone, źle przerysowane (jeszcze w XVIII wieku słynny angielski orientalista Hyde twierdził, że chodzi tu o wykutą w kamieniu ornamentykę, ale przenigdy o pismo), które różnymi drogami okrężnymi dostały się do Europy, przeważnie nie pochodziły z dawnej Asyrii i Babilonii w ściśle geograficznym znaczeniu tego określenia. Niemal wszystkie bez wyjątku znalezione zostały w olbrzymich rumowiskach o siedem mil na północny wschód od Szirazu, które już Niebuhr słusznie uważał za szczątki dawnego Persepolis. Rumowiska te należą do kultury późniejszej od tej, którą w latach czterdziestych ubiegłego stulecia Botta swym rydlem znowu przywołał do życia. Są to szczątki rezydencji Dariusza i Kserksesa, ruiny olbrzymiego pałacu, który Aleksander Wielki zburzył - według Diodora "podczas pijackiej biesiady, w stanie zamroczenia". O tej samej libacji opowiada także Kleitarch, dodając jednak, że tancerka ateńska Tais w szale tańca porwała z ołtarza płonącą głownię i rzuciła ją między drewniane kol umny pałacu, a pijany Aleksander wraz ze swymi towarzyszami poszedł za jej przykładem. (Droysen w swej Geschichte des Hellenismus mówi o tych relacjach, że "z niepospolitym talentem, lecz kosztem historii, tworzono tu historyjki".) Pałac w Persepolis służył jeszcze za siedzibę średniowiecznym książętom islamu. PÓźniej już tylko owce pasły się wśród jego ruin. Pierwsi podróżnicy "szabrowali" rozsiane tu zabytki; nie ma chyba na świecie ani jednego wielkiego muzeum, które nie mogłoby się poszczycić posiadaniem fragmentów jakiejś płaskorzeźby z Persepolis. Flandin i Coste rysowali te ruiny, Andreas zaś i Stolze sfotografowali je już w 1882 roku. Podobnie jak rzymskie Koloseum, tak i ruiny pałacu Dariusza służyły potem za kamieniołomy. W ubiegłym stuleciu można było obserwować, jak z każdym dziesiątkiem lat ulegały dalszemu zniszczeniu. W latach 1931 do 1934 Ernst Herzfeld na polecenie Oriental Institute uniwersytetu w Chicago zainicjował tu pierwsze systematyczne badania, a zarazem i pierwsze skuteczne środki mające na celu zachowanie ocalałych szczątków. Na ziemiach tych dawne kultury leżą na sobie warstwami jak nigdzie indziej. Można sobie na przykład wyobrazić następującą scenę. Oto jakiś Arab przynosi archeologowi do jego pracowni w Bagdadzie kilka glinianych tabliczek pokrytych pismem klinowym. Na tych tabliczkach, pochodzących być może z Behistunu, mowa jest o Dariuszu, królu Persów. Archeolog, mając zawsze pod ręką swego Herodota, znajduje u niego, a także u nowszych badaczy, potwierdzenie, że Dariusz około 500 roku przed Chr. stał u szczytu swej potęgi i że państwo jego stało się suzerenem olbrzymiego imperium. Badając napisy na innych cegiełkach nasz archeolog znajduje wzmianki wskazujące na dawniejsze dynastie, na wojny, spustoszenia, mordy. Znajduje na przykład wzmiankę o Hammurabim, a więc o innym olbrzymim państwie, które okres swego rozkwitu przeżywało około 1700 roku przed Chr., lub o królu Sanherybie, czyli o trzecim olbrzymim imperium, które istniało tu na przełomie VIII i VII stulecia przed Chr. Aby jednak i na tym nie urwał się łańcuch relacji o owych olbrzymich imperiach, wystarczy, jeżeli nasz archeolog wyjdzie za swym Arabem na ulicę. Zobaczy wtedy, jak ten na najbliższym rogu przykucnie wśród kręgu zebranych tu ludzi, jak cały zamieniony w słuch zawiśnie na ustach ulicznego bajarza opowiadającego monotonnie śpiewnym głosem i z potęgującymi efekt pauzami o Harun-al-Raszydzie, wspaniałym kalifie, który około 800 roku po Chr. - a więc wtedy, gdy na zachodzie Europy panował już Karol Wielki stał u szczytu potęgi, a sława jego mądrości rozchodziła się szeroko po świecie. Jeżeli dodamy do tego nasze najnowsze wiadomości o dziejach Mezopotamii, to okaże się, że między dzisiejszym Damaszkiem a Szirazem kwitło sześć wielkich centrÓw kulturowych, z których każde promieniowało na rozległe obszary i wywarło ogromny wpływ na świat starożytny. Okaże się dalej, że te kultury, ściśnięte na tak wąskim obszarze, wzajem się zazębiając i wzajemnie zapładniając, ale zarazem od siebie niezależne, wypełniły burzliwą treścią pięć tysiącleci historii - pięć tysiącleci częstokroć strasznych, ale często też wzniosłych dziejów ludzkości. Wobec tego bogactwa dziejów ludzkich, przed ktÓrym stanął archeolog w dolinie Eufratu i Tygrysu, dziewięć warstw kulturowych, na które natknął się Schliemann odkopując Troję, było zaprawdę prostym problemem. Zawierały one tylko jedną warstwę kulturową o prawdziwie wielkim znaczeniu historycznym. W Mezopotamii warstw kulturowych b e z znaczenia wprost niepodobna zliczyć. Dość powiedzieć, że jedno tylko miasto z okresu akkadyjskiego, z trzeciego tysiąclecia przed Chr., wznosiło się już na pięciu warstwach takiego gruzu kulturowego w okresie gdy Babilon jeszcze się nie narodził. Że w tak olbrzymich okresach dziejów wraz z wszystkim innym zmieniały się nie tylko języki, lecz także pisma, jest rzeczą samo przez się zrozumiałą. Tak jak jedne hieroglify nie były identyczne z innymi, tak i jedno pismo klinowe nie było tym samym, co inne. Cegiełki z tekstami klinowymi wysłane przez Bottę do Paryża wyglądały zupełnie inaczej niż teksty przywiezione przez Niebuhra z Persepolis. J ednakże właśnie te teksty z Persepolis, te tabliczki sprzed dwu i pół tysiąca lat (i dlatego we wszystkich pierwszych publikacjach o odcyfrowaniu pisma klinowego nigdy nie ma mowy o napisach asyryjskich lub babilońskich, lecz zawsze tylko o persepolitańskich) stały się kluczem do odszyfrowania wszystkich innych tekstów pisma klinowego, ktÓre teraz wynurzały się z gruzÓw w dolinie Eufratu i Tygrysu. Odcyfrowanie pisma klinowego było dziełem genialnym. Pozostanie ono jednym z najwyższych osiągnięć mÓzgu człowieka, godnym stanąć obok największych naukowych i technicznych konstrukcji myślowych ludzkiego umysłu. 9 czerwca 1775 roku w niemieckim mieście Munden urodził się Georg Friedrich Grotefend. Po odbyciu szkół najpierw w mieście rodzinnym, potem w Ilfeld, studiował filologię w Getyndze, gdzie w 1797 roku został zastępcą nauczyciela w miejscowym gimnazjum. W 1803 roku jestprorektorem, potem zaś konrektorem gimnazjum we Frankfurcie nad Menem. W 1817 roku założył stowarzyszenie uczonych dla badań języka niemieckiego. W 1821 roku zostaje dyrektorem liceum w Hanowerze. W 1849 roku - rzecz zwykła w życiu urzędnika - przechodzi na emeryturę. Zmarł 15 grudnia 1853 roku. Mając dwadzieścia siedem lat człowiek ten, którego całe życie, nacechowane wyjątkową prawością, wolne było od wszelkiej ekstrawagancji lub jakiegokolwiek wybryku, pewnego razu przy którejś tam kolejce piwa powziął raptem myśl, żeby pÓjść z kolegami o absurdalny wprost zakład, iż znajdzie klucz do odszyfrowania pisma klinowego. Wszystko, czym wtedy dysponował, ograniczało się do kilku kiepskich kopii napisÓw z Persepolis. Z młodzieńczą beztroską zabrał się do rozwiązania problemu. I właśnie jemu udało się dokonać tego, co najwybitniejsi uczeni owych czasów uważali za rzecz niemożliwą. W 1802 roku przedstawił Akademii Nauk w Getyndze pierwsze wyniki swych badań. Jego liczne późniejsze prace filologiczne dziś są już od dawna pozbawione znaczenia i zapomniane. Ale jedlna jego praca pozostanie na zawsze pracą epokową: Beitrage zur Erlauterung der persepolitanischen Keilschrift (Przyczynki do objaśnienia pisma klinowego z Persepolis). Przystępując do swego zadania Grotefend mÓgł oprzeć się na następujących pracach wstępnych, ktÓrych przed nim dokonali już inni badacze: Inskrypcje w Persepolis wykazywały bardzo różnorodny charakter. Na kilku tabliczkach widoczne były trzy rÓżne rodzaje pisma w trzech wyraźnie odgraniczonych od siebie kolumnach. Uczonym znane były, przede wszystkim z pism antycznych autorów greckich, dzieje dawnych PersÓw, władców z Persepolis; jako młody humanista znał je także Grotefend. Wiedział, że około 540 roku przed Chr. Cyrus pobił na głowę Babilończyków, że stworzywszy pierwsze wielkie imperium perskie przypieczętował na zawsze los Babilonii. Z faktu tego narzucał się wniosek, że co najmniej jeden z trzech napisów musiał być napisem w języku zaborców. Dalej, kierując się ogólnym wyczuciem, które rzeczy najważniejszej zawsze dopatruje się w miejscu centralnym, przypuszczano, że tym tekstem w języku staroperskim według wszelkiego prawdopodobieństwa jest kolumna środkowa. Poza tym badacze tych inskrypcji już przedtem zauważyli, że niezwykle często powtarza się w tych napisach pewna grupa znakÓw i pewien pojedynczy znak. Przypuszczano, że ta grupa znakÓw oznacza być może słowo "krÓl". znajomość innych zabytków starożytnych nasuwała tego rodzaju wniosek. Pojedynczy zaś znak - przebiegającą z lewa na prawo ukośną kreskę klinową - uważano za mak rozdzielczy. To było wszystko - dla odcyfrowania pisma klinowego naprawdę bardzo niewiele. Tym bardziej że te skąpe hipotezy nawet nie dawały pewności, jak należy czytać inskrypcje, nie wyjaśniały, gdzie była górna, a gdzie dolna ich strona, nie mówiąc już o tym, że nie dawały odpowiedzi na pytanie, czy należy czytać to pismo z prawa na lewo, czy z lewa na prawo. Grotefend, od najmłodszych lat przywykły do gruntowności, zabrał się do zbadania sprawy jeszcze raz od samego początku. Champollion, który w dwadzieścia lat później odcyfrował hieroglify, stał - jeżeli uwzględnić istniejące ku temu warunki - przed nierównie mniej skomplikowanym problemem. Grotefend nie miał trÓjjęzycznego kamienia z Rosetty, ktÓry Champollionowi dawał wyraźny przekład. Nie mał ani jednego z figurujących tu obok siebie trzech rÓżnych języków i pism. Nie pozostawało mu więc nic innego, jak rozpocząć od prÓby ścisłego opisu. Najpierw uzasadnił tezę, że znaki klinowe są pismem, a nie ornamentyką. Potem na podstawie konkretnego braku jakichkolwiek zaokrągleń stwierdził, że nie nadają się do "pisania", lecz mogą jedynie być wyciskane rylcem w trwałym materiale. (Wtrąćmy tu nawiasem, że jak obecnie wiemy, ten dla naszych pojęć tak uciążliwy proceder aż do czasów Aleksandra Wielkiego najzupełniej wystarczał do załatwiania wszelkich spraw związanych z życiem politycznym i gospodarczym Mezopotamii i starożytnej Persji. Tak na przykład pisarze jakiegoś magazynu, zamiast zakładać do maszyny do pisania - jak uczynilibyśmy to dziś - drukowane formularze firmowe z kalką i prze bitką, brali świeżo przygotowane, jeszcze miękkie tabliczki gliniane, wyciskali w nich rylcem spis dostarczonych materiałÓw i jedną taką tabliczkę zachowywali dla siebie, drugą zaś wręczali dostawcy. obie cegiełki szybko wypalano w piecu, gdzie tak twardniały, że przetrwały potem wszelkie rodzaje dokumentÓw papierowych i jeszcze po trzech tysiącach lat informują nas o sprawach ówczesnych.) Następnie Grotefend dowiódł, że chociaż znaki klinowe ostrzem swym zwrÓcone były w czterech kierunkach, to jednak zasadniczy kierunek pisma zawsze przebiegał od góry do dołu lub od lewa na prawo. Kąty utworzone przez dwa połączone kliny zawsze rozwierają się w prawo. Z tych na pozór tak prostych stwierdzeń wyciągnął Grotefend pierwszy wniosek, jak należy patrzeć na napisy. "Trzymać należy je tak, aby ostrza klinÓw pionowych zwrócone były w dÓł, ostrza zaś klinów poziomych w prawo i aby kąty także rozwierały się na prawo. Trzymając się tej zasady przekonamy się, że żadne pismo klinowe nie jest pisane w kierunku perpendykularnym, lecz zawsze w kierunku horyzontalnym i że figury umieszczone obok znaków pisarskich na gemmach i walcach nie stanowią podstawy do określenia kierunku pisma." Jednocześnie 25. Tekst klinowy Asurbanipala, sfotografowany z walca. w wierszu trzynastym król mÓwi o założeniu świątyni. w owym czasie kazałem w Babil zbudować na nowo Emach, świątynię bogini Ninmah." Ostatnie cztery wiersze zawierają groźbę: "Kto złośliwym poczynaniem zniszczy napis z imieniem moim lub zmieni jego miejsce, tego niechaj Ninmah oskarży przed Bel Sarrateią i zniszczy w krajach imi i nasienie jego." wyciągnął z tego wniosek, że pismo klinowe czytać należy z lewa na prawo - co tylko nam, ludziom cywilizacji zachodniej, wydaje się rzeczą naturalną. Wszystko to jednak nie posuwało naprzód sprawy odcyfrowania samego pisma. Grotefend stał teraz przed rozstrzygającym krokiem. To, że zrobił ten krok, świadczy o jego geniuszu. Być genialnym znaczy to między innymi mieć zdolność widzenia rzeczy skomplikowanych w ich formie najprostszej, zdolność rozpoznania zasady, na której opiera się jakaś konstrukcja. Prawdziwie genialny pomysł Grotefenda, który zadecydował o powodzeniu jego badań, był zdumiewająco prosty. Trudno przypuścić - powiedział sobie - by pewne uświęcone tradycją zwyczaje związane z napisami na pomnikach (kopie pisma klinowego, które miał przed sobą, były właśnie kopiami inskrypcji pomnikowych) miały ulec jakiejś raptownej zmianie. W jego własnej ojczyźnie napis: "Niechaj spoczywa w pokoju", powtarzający się regularnie na nagrobkach dziadów i pradziadów , będzie przypuszczalnie powtarzał się na grobach wnuków i prawnuków. Dlaczegóż więc stale powracające pierwsze słowa na pomnikach nowoperskich nie miałyby się także znajdować na pomnikach staroperskich, oczywiście pod warunkiem słuszności samego założenia, iż jedna z kolumn zawiera tekst w języku staroperskim ? Innymi słowy, dlaczegóż by inskrypcje w Persepolis nie miały się zaczynać tak samo, jak wszystkie znane mu nowsze inskrypcje "X - wielki król - król królów - król (krajów) A i B - syn Y wielkiego króla - króla królów ..."' czyli rozpoczynać się od stereotypowego wyliczenia genealogii dynastycznej? Myśl ta była genialnym rozwinięciem hipotezy, według której jedna z często występujących grup znaków klinowych oznaczać miała słowo "król". Ten wątek rozumowania otwierał znacznie szersze niż dotąd możliwośCi, pozwalał bowiem od razu wyciągnąć następujące wnioski: jeżeli hipoteza była słuszna - słuszna w dosłownym znaczeniu tego wyrazu - to pierwsze słowo musiało być imieniem króla, potem następować musiał ukośny klin jako znak rozdzielczy, następnie zaś d wa dalsze słowa, z których jedno znowu oznaczać musiało "król". W pierwszej więc części napisu to słowo "król" musiało powtarzać się często! . Możemy tu tylko oddać samą zasadę dalszego, bardzo zawiłego rozumowania Grotefenda. Nie trzeba mieć szczególnie bujnej wyobraźni, aby przedstawić sobie uczucie triumfu, jakie przypuszczalnie opanowało młodego badacza, skromnego nauczyciela gimnazjalnego, gdy w zatopionej w dociekaniach naukowych Getyndze, odległy o tysiące kilometrów od miejsca, gd zie znajdowały się oryginały tych inskrypcji, i w trzy tysiące lat od chwili, gdy zostały napisane - stwierdził, że jego hipotezy są słuszne. słuszne? Nie, słowo to jest zbyt pochopne. Znalazł wprawdzie w inskrypcji powtarzającą się parokrotnie kolejność, którą sobie "wyliczył", i często powtarzający się zespÓł znakÓw, który według jego domniemania oznaczać musiał słowo "krÓl". Ale czy znajdzie się ktoś, kto uzna to za wystarczający dowód ? I co w gruncie rzeczy dało to odkrycie ? Sprawdził raz jeszcze osiągnięte dotąd wyniki. I tu odkrył rzecz następującą: na wszystkich niemal tabliczkach, które miał do dyspozycji, znajdował tylko dwa różne warianty pierwszych grup znakÓw klinowych. Ile razy porównywał tekst, wciąż natrafiał na te same dwie grupy , te same dwa początkowe słowa, które według jego teorii musiały oznaczać imię jakiegoś kr6la. Co więcej, znalazł i takie inskrypcje, ktÓre zawierały jednocześnie oba warianty , czyli obydwa imiona krÓlów! Grotefend był tym zupełnie oszołomiony. Idąc dalej za wątkiem jego teorii mogło to wszak mieć tylko jedno znaczenie, a mianowicie, że wszystkie pomniki i grobowce, z których pochodziły leżące przed nim kopie inskrypcji klinowych, dotyczyły tylko dwóch krÓlÓw. Skoro zaś na niektórych tabliczkach wymienieni oni byli obok siebie, to czyż nie było więcej niż prawdopodobne, że chodziło tu o ojca i syna? Tam gdzie te imiona pojawiają się oddzielnie, po jednym z nizh następowała grupa znakÓw o domniemanym znaczeniu "krÓl",natomiast po drugim imieniu słowo to nie figurowało. Z tego, zgodnie z teorią Grotefenda, wynikałby następujący schemat: "X - kr6l - syn Z Y - król - syn x - krÓla..." Nie wolno zapominać, że dotąd wszystkie rozważania Grotefenda były hipotezą - hipotezą opartą jedynie na częstotliwości kilku znaków,na stałym ich powtarzaniu się i na ich kolejności. Można sobie łatwo wyobrazić, jakie ogarnęło go gorączkowe podniecenie, gdy przy ponownym sprawdzeniu tej ostatniej, podanej wyżej kolejności, nagle jasno i wyraźnie ujrzał przed sobą drogę prowadzącą do faktycznego, nieodpartego udowodnienia swej teorii. Zachęcamy uważnego czytelnika - czyż nie ŻYjemy w stuleciu lubującym się w zgadywankach i wszelkich rodzajach sportu umysłowego? - aby, nim czytać będzie dalej, sam również sprawdził ten ostatni schemat. co w nim rzuca się w oczy? Trudno przeoczyć szczegół prowadzący do rozwiązania zagadki. J est nim pewna luka mająca decydujące znaczenie dla następnego kroku. Ściślej - brak jednego słowa. Jeszcze ściślej - brak słowa "król" po imieniu, ktÓre w przytoczonym wyżej schemacie oznaczone jest literą "Z". Jeżeli bowiem schemat ten istotnie odpowiadał rzeczywistości historycznej, to określał on pewne następstwo dynastyczne - dziadka, ojca i syna, gdzie ojciec i syn byli krÓlami, natomiast dziadek nim nie był. Grotefend mÓgł odetchnąć z uczuciem ulgi: jeżeli badając znany obecnie poczet krÓlów perskich - mÓwił sobie - uda mi się odnaleźć taką jak wyżej opisana grupę trzech pokoleń dynastycznych, to słuszność mej teorii jest udowodniona - rozwiązałem zagadkę pierwszych słÓw pisma klinowego! Czas udzielić głosu Grotefendowi. Niechaj sam opowie o tej decydującej fazie próby odcyfrowania pisma klinowego "Byłem mocno przekonany, że szukać należy dwóch krÓlÓw z dynastii Achemenidów. U ważałem, że starożytni historycy greccy, szczegÓłowo opowiadający o współczesnych im wydarzeniach, są źródłem najbardziej wiarygodnym. Zacząłem tedy przeglądać listę tych krÓlÓw sprawdzając, które imiona najbardziej dają się przystosować do znaków klinowych w inskrypcjach. Nie mogły to być imiona Cyrusa (Kyrosa) i Kambizesa, gdyż dwa imiona powtarzające się w inskrypcjach nie miały jednakowej litery początkowej. Nie mÓgł to w ogóle być ani ża. Artakserkses, w zestawieniu bowiem z zespołami znakÓw den Cyrus, ani pierwsze imię było za krÓtkie, drugie natomiast za długie. Pozostały mi więc tylko imiona Dariusza i Kserksesa. Dawały się one tak łatwo dopasować do grup znakÓw klinowych, że nie mogłem mieć żadnej wątpliwości, iż o nich właśnie chodzi. W dodatku inskrypcja dotycząca syna wymieniała także tytuł krÓlewski ojca, natomiast przy drugim imieniu następującym po imieniu ojca brak było tego tytułu. Spostrzeżenie to potwierdzały wszystkie napisy z Persepolis we wszystkich rodzajach pisma." Dowód zatem był przeprowadzony. Nie tylko Grotefend, ktÓry wierzył w swą teorię, ale i każdy bezstronny krytyk musiał uznać nieodpartą siłę przekonywającą stworzonego tu łańcucha logicznego. Pozostał do zrobienia jeszcze jeden, ostatni krok. Dotychczas Grotefend wychodził z greckiej pisowni imion krÓlewskich przekazanych głÓwnie przez Herodota. Biorąc za punkt wyjścia znane mu imię dziadka (Hystaspesa) pisze dalej. "Ponieważ właściwe odczytanie imion musiało mi umożliwić poznanie dwunastu liter, w tym prócz jednej właśnie wszystkich liter tytułu królewskiego, więc chodziło teraz o to, aby imionom tym, znanym tylko w brzmieniu greckim, nadać brzmienie perskie i przez prawidłowe określenie wartości dźwiękowej każdej litery odcyfrować tytuł krÓlewski i w ten sposób odgadnąć język, w ktÓrym pisane były te inskrypcje. OtÓż z ksiąg Zendawesty (zbiorowa nazwa świętych ksiąg Persów) wyczytałem, że imie Hystaspesa po persku brzmiało Goszap, Kistap, Gu- stasp lub Wisztaspa, co dało mi pierwszych siedem liter w imieniu Hystaspesa wymienionym w inskrypcji Dariusza; ostatnie trzy litery Znakia) Tak odczytał je Grotefend Tak czytamy obecnie Znakib) wg Grotefenda wg obecnego sposobu czytania Znaki c) wg Grotefenda wg obecnego sposobu czytania 26. Tak Grotefend odczytał pierwszy tekst klinowy. rozpoznałem już przedtem przez zestawienie wszystkich tytułów królewskich." Początek był zrobiony. Odtąd uzupełniano, udoskonalano odkrycie Grotefenda. Minęło, rzecz szczególna, ponad trzydzieści lat, zanim zdołano dokonać dalszych decydujących odkryć. Łączą się one z nazwiskiem Francuza Emi1a Burnoufa i Norwega Christiana Lassena; i jeden, i drugi ogłosili wyniki swych badań w 1836 roku. Jedno w tym wszystkim jest zastanawiające. Nazwisko Champolliona, ktÓry odcyfrował hieroglify, znane jest szerokiemu ogółowi. Natomiast mało kto zna dziś nazwisko Grotefenda. Nie uczą go w szkołach, a nawet niektóre dzisiejsze encyklopedie bądź wcale go nie wymieniają, bądź poprzestają na krótkich wzmiankach w źródłach bibliograficznych. A przecież jemu, i tylko jemu, należy się prawo pierwszeństwa w doko- naniu tego rozstrzygającego odkrycia, dzięki ktÓremu można było dopiero poznać wartość historyczną wspaniałych wykopalisk w dolinie Tygrysu i Eufratu. Powiedzieliśmy. prawo pierwszeństwa, gdyż jak wiele innych odkryć i wynalazkÓw ludzkiego umysłu, tak i odcyfrowanie pisma klinowego było dziełem dokonanym kolejno przez dwóch różnych odkrywców. Pismo klinowe zupełnie niezależnie od Grotefenda odcyfrował pewien Anglik. Przy tym, rzecz dziwna, dokonał tego nie tylko później od Grotefenda, lecz rÓwnież pÓźniej niż Burnouf i Lassen, ktÓrzy uzupełnili dzieło Grotefenda. Pierwsze istotne wyniki swych badań Ów Anglik ogłosił dopiero w 1846 roku. Dane mu jednak było przekroczyć w znacznej mierze wszystkie odkrycia swoich poprzedników. Zdołał on wiadomości o piśmie klinowym przenieść z pracowni uczonych na teren uniwersytetÓw, z przedmiotu badań uczynić przedmiot nauczania. Tym samym umożliwione zostało spożytkowanie ich przez wielu badaczy, którzy stopniowo w coraz większej liczbie potrzebni byli do opracowywania odkopywanych w coraz większej ilości materiałÓw inskrypcyjnych. Pewnego dnia bowiem malezi .ono całą bibliotekę składającą się z takich glinianych tabliczek (odkrycie tej biblioteki to osobna historia, o której później jeszcze będzie mowa). Ażeby zdać sobie sprawę z ogromnego bogactwa tekstów klinowych, ukrytych w ziemi Mezopotamii, wystarczy powiedzieć, że do dziś dnia nie odcyfrowano i nie opublikowano wszystkich tabliczek z pismem klinowym, które jedna tylko ekspedycja naukowa V. Hilprechta, Amerykanina niemieckiego pochodzenia, odkryła w Nippurze od1888do1900roku. Rozdział dwudziesty pierwszy POCZWÓRNA PRÓBA W 1837 roku angielski major Henri Creswicke Rawlinson, który przez pewien czas służył w armii perskiej, opuścił się na linach i hakach ze szczytu wysokiej skały pod Behistunem w Persji wyłącznie tylko w celu skopiowania wykutego w tej skale napisu. Anglik ten jest obok Botty drugim asyriologiem, który z zamiłowaniem do tej nauki umiał łączyć życie polityka i światowca. Życie Rawlinsona było w tej samej mierze awanturnicze, w jakiej życie Grotefenda było urzędnicze. Jego zainteresowanie się starożytną Persją zrodziło się z przypadkowego spotkania. Mając lat siedemnaście był aspirantem oficerskim na statku, który płynąc dookoła przylądka Horn znajdował się w drodze do Indii. Aby w tej wielomiesięcznej podrÓży skrócić pasażerom dłużący się czas, wyda wał gazetkę pokładową. Jednym z pasażerów był sir John Malcolm, gubernator Bombaju i wybitny orientalista. Polubił on rozgarniętego siedemnastoletniego redaktora. Prowadzili godzinami rozmowy , których tematem, rzecz jasna, były sprawy interesujące sir Johna Malcolma - historia Persji, język perski, perska literatura. Rozmowy te wywarły decydujący wpływ na zainteresowania Rawlinsona, którym pozostał wierny do końca życia, nawet i wtedy , gdy w latach już znacznie późniejszych absorbowały go odpowiedzialne zadania polityczne. Urodzony w 1810 roku, wstąpił w 1826 roku na służbę w oddziałach wojskowych Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. W 1833 roku stacjonował jako major w Persji. W 1839 roku widzimy go w Kandaharze jako agenta politycznego Anglii w Afganistanie. W 1843 roku zostaje konsulem w Bagdadzie, w 1851 roku - konsulem generalnym z jednoczesnym awansem na podpułkownika. W 1856 roku powraca do Anglii, zostaje wybrany do parlamentu i do rady Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. W 1859 roku mianowany zostaje posłem brytyjskim przy dworze perskim w Teheranie, w latach 1865 do 1868 zasiada znowu w parlamencie. Gdy zaczął się zajmować pismem klinowym, za punkt wyjścia służyły mu te same tabliczki, ktÓrymi jako podstawą do swych badań posługiwał się przed nim Burnouf. I oto następuje rzecz zdumiewająca: Rawlinson, nie wiedząc nic o pracach Grotefenda, Burnoufa i Lassena, odcyfrowuje podobną metodą jak Grotefend najpierw imiona tych samych trzech królów perskich: Darajawahusz (staroperska pisownia imienia Dariusza), Kserksesa (Kszajarszy) i Hystaspesa (Wisztaspy), ponadto zaś jeszcze cztery inne imiona oraz kilka słÓw samego tekstu, choć sposobu ich odczytania nie uważa jeszcze za pewny. Gdy wreszcie w 1836 roku po raz pierwszy zapoznaje się z publikacjami Grotefenda i porÓwnuje swÓj alfabet staroperski z alfabetem skromnego getyngeńskiego nauczyciela, stwierdza, że znacznie przewyższył jego wyniki. Teraz brakowało mu tylko jednego: nowych inskrypcji, a na nich imion, imion i jeszcze raz imion. W świętej od prastarych czasów " boskiej krainie" Bagistanu, rozpościerającej się po obu stronach starożytnego traktu handlowego wiodącego z Hamadanu przez Kermanszah do Babilonu, stoi wysoka, skalista gÓra o dwóch wierzchołkach. Tu okrągło dwa tysiące pięćset lat temu król perski Dariusz (Darajawahusz, Dorejawasz, Dara, Darab, Darejos to tylko różne pisownie i brzmienia tego samego imienia) kazał na urwistej ścianie skalnej, na wysokości pięćdziesięciu metrÓw nad rÓwniną, przymocować płaskorzeźbę i wykuć napisy sławiące jego osobę, jego czyny i zwycięstwa. Na kamiennym pomoście, odstając od skalnej ściany widnieje tu płaskorzeźba, a w niej wypukłe, wyrzeźbione postacie. Wysoko skrząc się w powietrzu, niedostępny dla świetokradczej dłoni, stoi król królÓw, wsparty o łuk, trzymając prawą nogę na powalonym magu Gaumacie, który usiłował mu odebrać tron i krÓlestwo. Za krÓlem stoją dwaj perscy wielmoże, każdy z łukiem, kołczanem i oszczepem. Przed nim, ze skrępowanymi rękami, związani ze sobą postronkiem zarzuconym na szyje - dziewięciu samozwańców, pokonanych i ukaranych "królów kłamstwa". Po obu bokach i poniżej rzeźby widnieją w czternastu kolumnach napisy opowiadające o krÓlu Dariuszu i jego czynach. Pisane są w trzech różnych językach, które już Grotefend odróżnił na tabliczkach w Persepolis, nie umiejąc ich jednak określić: staroperskim, elamskim i babilońskim. Wykuto je w skale w piśmie klinowym z myślą o tym, by trwały tu wiecznie: Oto co wieści król Darajawahusz: Ty, co w przyszłych latach zobaczysz ten napis, który wykuć kazałem w skale, co zobaczysz te ludzkie postacie - nie niszcz i nie burz niczego! Póki nosisz w sobie nasienie, dbaj, by ich nikt nie uszkodził! Rawlinson, dwudziestosześcioletni żołnierz i sportowiec, nie uląkł się owych pięćdziesięciu metrów dzielących napis od równiny. Zawieszony na tej zawrotnej wysokości z narażeniem życia, mogąc w każdej chwili runąć w przepaść, skopiował staroperską kolumnę napisu. O dotarcie do tekstu babilońskiego pokusił się dopiero w parę lat później. Potrzebne były do tego olbrzymie drabiny, liny i potężne haki, w miejscowych warunkach trudne do zdobycia. Ale w 1846 roku przedłożył Królewskiemu Towarzystwu Azjatyckiemu w Londynie nie tylko pierwszą dokładną kopię tego słynnego napisu, lecz zarazem pełny jego przekład. Był to pierwszy wielki, dla wszystkich widoczny i dla wszystkich dostępny triumf badań nad odcyfrowaniem pisma klinowego. W Europie jednak uczeni tymczasem nie prÓżnowali. Zwłaszcza Oppert, Francuz niemieckiego pochodzenia, i Irlandczyk Hincks posunęli się o dalszy krok naprzód. W p0równawczych badaniach dokonano cudów przenikliwości. Dokonała ich zwłaszcza lingwistyka porÓwnawcza posługując się coraz dokładniejszą znajomością języka zend i sanskrytu, przede wszystkim zaś wszystkich językÓw indoeuropejskich, aby zgłębić język staroperski rÓwnież pod względem gramatycznym. Dzięki tym wspólnym wysiłkom wszystkich uczonych udało się, w prawdziwie międzynarodowej wspólnocie pracy , ustalić około sześćdziesięciu znaków staroperskiego pisma klinowego. Tymczasem jednak Rawlinson i inni uczeni podjęli już badania nad pozostałymi kolumnamni napisu behistuńskiego, który rozmiarami swymi przewyższał wszystkie zebrane dotąd materiały. I oto Rawlinson dokonał odkrycia, ktÓre za jednym zamachem zachwiało, niemal przekreśliło wszelką nadzieję na dalsze odcyfrowanie tekstÓw klinowych, zwłaszcza tekstÓw odkopanych osta tnio przez Bottę. Wiemy już, że zarÓwno w inskrypcjach z Persepolis, jak w napisie behistuńskim można było rozpoznać trzy różne języki. Grotefend z niezawodną pewnością rozpoczął pracę nad odszyfrowaniem pisma klinowego tam, gdzie nastręczało ono stosunkowo najmniej trudności i gdzie ponadto mniejsza odległość w czasie umożliwiała przeprowadzenie pewnych porównań z bardziej znanymi grupami językowymi: od kolumny środkowej, którą już przed nim nazwano I klasą pisma klinowego. Teraz jednak, ledwo przezwyciężono trudności odszyfrowania tej I klasy pisma klinowego, zaczęto już zajmować się dwiema pozostałymi klasami. Ostateczne utorowanie do odcyfrowania II klasy pozostanie zasługą Duńczy ka w estergaarda; pierwsza praca o osiągniętych przez niego wynikach ukazała się w Kopenhadze w 1854 roku. Zasługa natomiast odszyfrowania III klasy przypadła w udziale po części Oppertowi, po części zaś znowU Ra Wlinnonowi, który wówczas był konsulem generalnym w Bagdadzie. W toku badań nad pismem klinowym III klasy bardzo rychło jednak dokonano druzgocącego odkrycia. Klasa I - pismo staroperskie - było pismem literowym z alfabetem w pełni porównywalnym z naszymi alfabetami; w piśmie tym każdy zespÓł znakÓw klinowych z reguły oznaczał jedną odrębną literę. Inaczej rzecz miała się z pismem stanowiącym teraz przedmiot dalszego etapu badań. Tutaj pojedynczy znak oznaczał już sylabę, ba, częstokroć nawet całe słowo. Gorzej jeszcze, zdarzały się wypadki - a im dłużej trwały badania, tym były one liczniej .sze - że jeden i ten sam znak służył do oznaczenia kilku rÓżnych sylab, a nawet kilku różnych słÓw, co - jak się w końcu okazało - nie stanowiło wyjątku, lecz raczej regułę. Panowało kompletne zamieszanie. Wydawało się rzeczą zupełnie wykluczoną, aby przebić się przez ten gąszcz wieloznaczności, utorować choćby najskromniejszą ścieżkę wiodącą do odcyfrowania tak pogmatwanego pisma. W szczegÓlności odkrycia opublikowane przez Rawlinsona - z wyraźnym zaznaczeniem, że mimo to można to pismo odczytać - wywołały gwałtowne protesty w s wiecie uczonych i falę oburzenia wśród laikÓw. Do dyskusji włączali się obok fachowców ludzie najmniej do tego powołani. W literackich i naukowych dodatkach dziennikÓw znani i nieznani autorzy , naukowcy i laicy wysuwali pytanie: czy doprawdy ktoś zamierza na serio twierdzić, że takie całkowicie pomieszane pismo rzeczywiście kiedyś istniało? . wieloI że, gdyby istnienie jego miało być faktem, można je mimo tej znaczności odczytać? Odzywały się głosy napominające uczonych, którzy wysuwali podobne twierdzenie, przede wszystkim zaś samego Rawlinsona, aby "zechcieli łaskawie zaniechać" niewczesnych żartÓw, nie mających nic wspÓlnego z nauką. Nie możemy się tu zagłębiać w całe to zawiłe zagadnienie. Jednakże dla zorientowania czytelnika przytaczamy wyrwany z tego całokształtu jeden prosty przykład. Otóż głoska r oznaczona ja9t w tym piśmie przez sześć różnych znakÓw, zależnie od tego, czy mają one wyrażać zgłoski ra, ri, ru, ar , ir lub ur . Gdy zaś do tych zgłosek dochodzi jeszcze jakaś spÓłgłoska, to przez każdorazowe połączenie dwóch znaków powstają znowu inne, odrębne znaki dla zgłosek ram, mar i tak dalej. Wieloznaczność polega na tym, że gdy kilka znakÓw klinowych łączy się w grupę wyrażającą jakieś określone pojęcie lub imię, tracą one swą pierwotną wartość dźwiękową. Tak na przykład grupa znakÓw, wyrażająca imię sławnego krÓla Nabuchodonozora, czytana prawidłowo daje formę tego imienia Nebukudurriussur. Te same znaki, jeżeli każdemu z nich 27. Fragment "słownika" dla uczących się pisma klinowego. Znaleziony w Kujundżyku, pochodzi z VII w. p.n.e. nadać jego zwykłą wartość dźwiękową, dają w rezultacie słowo A n-p a-sa-d u-sis! I oto w owych dniach, gdy wszystkim postronnym obserwatorom wydawało się, że nic nie zdoła rozplątać tego chaosu, we wzgÓrzu Kujundżyk, gdzie przedtem już Botta prowadził wykopaliska, inny archeolog odgrzebał swą łopatą około stu glinianych tabliczek. Tabliczki te, pochodzące, jak później stwierdzono, mniej więcej z połowy VII wieku przed Chr . - sporządzone prawdopodobnie na użytek uczniów szk6ł pisarskich - zawierały objaśnienia wartości poszczegÓlnych znak6w w zestawieniu ze znaczeniem ich odpowiedników w piśmie literowym. Znalezisko to przedstawiało nieocenioną wprost wartość. Nie ulegało wątpliwości: były to słowniki! Słowniki niezbędne dla uczących się abecadła pisma klinowego w okresie, kiedy zaczęto upraszczać, unowocześniać dawne pismo obrazkowe i sylabiczne. Znaleziono potem całe "podręczniki" dla POCZątkujących i zaawansowanych, "słownikif' z zestawieniem nazw sumeryjskich i ich semickich odpowiednikÓw, wreszcie nawet coś w rodzaju "encyklopedii", w której ustawione były rzędami łączące się tematycznie przedmioty codziennego użytku w ten sposób, że w jednej kolumnie podane były ich nazwy sumeryjskie (używane już tylko w tekstach rytualnych i prawniczych), w drugiej zaś nazwy semickie. Oczywista, że malezisko tO, mimo swego ogromnego znaczenia, było z natury rzeczy niekompletne i dawało zaledwie pewne punkty zaczepienia. Tylko fachowiec zna trudności, manowce i wszystkie okrężne drogi, jakimi kroczyć musieli badacze, zanim zdołali dojść do pierwszych wyników swych dociekań, zanim w tym konkretnym wypadku mogli powiedzieć: tak jest, mimo wszystkich wieloznaczności jesteśmy w stanie odczytać nawet najbardziej skomplikowane pismo klinowe. Gdy po tym okresie zupełnego zamieszania w szczególności Rawlinson (atakowany i szkalowany przez niegodnych przeciwnikÓw, jak każdy pionier każdej wielkiej nauki) postanowił przeprowadzić publicznie dowód, iż jest w stanie tego dokonać, Królewskie Towarzystwo Azjatyckie w Londynie zdecydowało się na krok zgoła niezwykły, nie mający prawie precedensu w dziejach nauki. Do czterech najwybitniejszych wÓwczas znawców pisma klinowego wysłano w zapieczętowanych kopertach świeżo odkryty obszerny tekst asyryjski pisany pismem klinowym, prosząc o odczytanie go i odwrotne nadesłanie wynikÓw. żaden z adresatów nie wiedział, że tekst otrzymali do odczytania również trzej inni. Tak więc nie wiedząc jeden o drugim, czterej uczeni - byli to Anglicy Rawlinson i Talbot, Irlandczyk Hincks i Francuz niemieckiego pochodzenia Oppert - zabrali się jednocześnie do pracy . Każdy z osobna, każdy swą własną metodą. W końcu odesłali w zapieczętowanych kopertach wyniki swych prac. Specjalnie powołana komisja zbadała teksty. I to, co jeszcze na krÓtko przedtem tak głośno podawano w wątpliwość, zostało znakomicie udowodnione. Okazało się, że i to tak niezwykle skomplikowane pismo zgłoskowe można odczytać: wszystkie cztery przekłady były w istotnych punktach zupełnie identyczne. Prawda, że ta niezwykła prÓba wywołała rozgoryczenie wielu uczonych. Poczuli się jak gdyby "nabrani" tego rodzaju metodą weryfikacji badań naukowych, obliczoną na aplauz publiczności, lecz nie licującą z godnością nauki. Ale za to w 1857 roku w Londynie mogła się ukazać publikacja zatytułowana: Napis króla Asyrii Tyglatpilezara, przetłumaczony przez Rawlinsona, Talbota, Hincksa i Opperta - publikacja będąca jednym z najświetniejszych i najbardziej przekonywających dowodów, że w brew wszelkim trudnościom można odrębnymi metodami osiągnąć najzupełniej zgodne wyniki na ukowe. Rozwój badań nad pismem klinowym postępował dalej naprzÓd. w dziesięć lat później ukazały się pierwsze elementarze - gramatyki języka asyryjskiego. Badania, wybiegając już poza tajemnicę pisma, zaczęły zgłębiać tajemnicę języków. Dzisiaj wielu naukowców umie czytać pismo klinowe. Jeżeli natrafiają jeszcze na trudności, to tylko na takie, jak niewyraźność znakÓw i fragmentaryczność tabliczek z tekstami trudności natury zewnętrznej, następstwa owych trzech tysięcy lat, które niosąc wiatry i deszcze, piaski i muł, przeciągnęły nad glinianymi cegiełkami, nad murami pałaców, nad miastami starożytności. Rozdział dwudziesty drugi PAŁACE POD WZGÓRZEM NIMRUD W 1854 roku londyński Pałac Kryształowy, w którym trzy lata przedtem mieściła się wystawa światowa, został przeniesiony z Hyde Parku do Sydenham, gdzie zainstalowano w nim muzeum. Ludzie zachodnich stref cywilizacji europejskiej mogli tu po raz pierwszy wyrobić sobie pojęcie o wspaniałości i przepychu pogrzebanych w ziemi metropolii, ktÓre w Biblii zostały tylekroć przeklęte jako siedliska występku i gniazda zepsucia. W zbudowanych tu dwu olbrzymich staroasyryjskich salach i zrekonstruowanej ogromnej fasadzie pałacu po raz pierwszy bezpośrednio przemÓwiła imponująca architektura, o której dotąd opowiadały tylko podania, legendy, wątpliwe opisy podróży antycznych pisarzy i święte księgi. W muzeum sydenhamskim odtworzono wielką halę ceremonialnych przyjęć, krÓlewską komnatę, ustawiono uskrzydlone byki o ludzkich twarzach i posągi Gilgamesza, "zwycięskiego bohatera", "władcy kraju", "pogromcy lwÓw". Ściany były wyłożone cegłami, pokrytymi wielobarwną glazurą, jakich nie zna żadna inna sztuka budowlana. Płaskorzeźby ukazywały pasjonujące sceny myśliwskie i wojenne sprzed dwudziestu siedmiu stuleci, z czasÓw wielkiego krÓla Asurnasyrpala. Człowiek, któremu świat zawdzięczał tę wystawę, nazywał się Austen Henry Layard. W 1839 roku jako nikomu nie znany hołysz przybył konno, z jednym tylko towarzyszem podróży, do Mossulu nad Tygrysem. w roku, gdy muzeum sydenhamskie otworzyło swoje podwoje ukazując nagromadzone w nim skarby, "hołysz" ten zasiadał już jako podsekretarz stanu w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych. Życie Layarda pod niejednym względem przypomina życie Botty i Rawlinsona. Tak jak oni miał w sobie żyłkę awanturniczą, będąc zarazem człowiekiem dużego formatu; jak oni był wybitnym uczonym, łącząc z tym jednak upodobania światowca; jak oni interesował się polityką i znał dobrze wszystkie arkana sztuki obchodzenia się z ludźmi. Pochodził z osiadłej od da wna w Anglii francuskiej rodziny. Oto kilka najważniejszych dat z jego życia. Urodził się 1817 roku w Faryżu. Część dzieciństwa i lat chłopięcych spędził z ojcem we Włoszech. W 1833 roku powraca do Anglli i zaczyna studiować prawo. W 1839 roku widzimy go podrÓżującego po krajach Bliskiego Wschodu. Potem pracuje jakiś czas w poselstwie brytyjskim w Konstantynopolu. W 1845 roku rozpoczyna wykopaliska w Mezopotamii. W latach 1852 i 1861 dwukrotnie powoływany jest na stanowisko podsekretarza stanu w brytyjskim ministerstwie spraw zagranicznych. W 1868 roku zostaje ministrem robÓt publicznych, w 1869 roku - posłem angielskim w Madrycie. Wschód pociąga go od najwcześniejszych lat. Już wtedy marzył o dalekim Bagdadzie i Damaszku, o Persji. Gdy w wieku dwudziestu dwu 1at ślęczy w zatęchłej londyńskiej kancelarii adwokackiej, mając przed sobą mało urozmaiconą, z gÓry ściśle określoną karierę, która nie rokuje mu nic poza tradycyjną peruką angielskiego adwokata, pali za sobą mosty i podąża za swym marzeniem. Jego życie jest przeciwieństwem życia Henryka Schliemanna. Wprawdzie u obu na początku stało młodzieńcze marzenie - u jednego wzbudzone lekturą Homera, u drugiego baśniami z Tysiąca i jednej nocy. Ale Schliemann najpierw szedł twardo i konsekwentnie drogą zdobywania sukcesów materialnych, aby potem, już jako milioner posiadający rozległe stosunki na całym świecie, podążyć szlakiem wyśnionym w latach dziecięcych. Inaczej Layard. Nie m6gł i nie chciał czekać. z młodzieńczym zapałem i z pustą sakiewką wyruszył do krainy z baśni, zobaczył więcej, niż mu baśnie obiecywały, zdobył sławę i zaszczyty i wtedy dopiero zaczął stopień po stopniu osiągać coraz wyższe szczeble kariery. J edno wszakże miał wspólne Z Schliemannem. Tak jak ten na swym amsterdamskim poddaszu uczył się obcych językÓw, aby przygotować się do zadania, do ktÓrego wzywał go głos wewnętrzny, tak Layard już w latach młodzieńczych uczy się wszystkiego, co jak sądzi, może mu się przydać w podrÓży do krainy jego marzeń. A były to rzeczy nader praktyczne, jakże odległe od studiów prawniczych: posługiwanie się kompasem, oznaczanie czasu i miejsca za pomocą sekstansu, sposób użycia wszelkiego rodzaju geograficznych instrumentów pomiarowych. Zapoznawał się także ze sposobami zwalczania chorób tropikalnych i niesieniem pierwszej pomocy w razie nieszczęśliwego wypadku. Wreszcierzecz z pewnością nie najmniej ważna - uczył się języka perskiego i gromadził zasób wiadomości o Iranie i Iraku starając się poznać kraj i ludzi. W 1839 roku wyrywa się z ciasnoty londyńskiej kancelarii i rozpoczyna swą pierwszą podrÓż na Bliski Wschód. Rychło też objawia pewien talent, który posiadało niewielu tylko jego kolegÓw pracujących w tej samej gałęzi nauki: okazuje się nie tylko wielkiej miary badaczem archeologicznym, lecz także świetnym pisarzem, malowniczo i barwnie opisującym swe prace. Posłuchajmy, co sam opowiada o tej pierwszej podróży (cytat jest nieznacznie skrócony): "Jesienią 1839 roku i zimą 1840 roku wędrowałem po Azji Mniejszej i Syrii. Towarzyszył mi człowiek nie mniej ode mnie spragniony wiedzy. Nie zważaliśmy na żadne niebezpieczeństwa. PodrÓż odbywaliśmy konno, sami, we dwÓjkę; za jedyną ochronę służyła nam broń, plecak przytroczony do siodła zawierał całą naszą garderobę, a jeżeli gościnność mieszkańcÓw jakiejś turkmeńskiej wsi lub arabskiego namiotu nie uwalniała nas od tych czynności - sami obrządzaliśmy nasze wierzchowce. W ten sposÓb zapoznawaliśmy się bliżej z ludem. Z przyjemnością wspominam te błogie dni, kiedy o pierwszym brzasku opuszczaliśmy skromną chatę lub zaciszny namiot, aby wędrując przed siebie, gdzie oczy poniosą, znaleźć się o zachodzie słońca u stóp odwiecznych ruin, wśród których jakiś koczujący Arab rozbił swój szałas, lub w jakiejś zapadłej wiosce noszącej jeszcze znaną z dawna nazwę... Poczułem teraz nieprzepartą chęć powędrowania dalej - na ziemie leżące po tamtej stronie Eufratu, ktÓre historia i tradycja określa jako źródło mądrości Zachodu. Większość podrÓżnikÓw odczuwa to samo pragnienie przekroczenia owej wielkiej rzeki i zbadania okolic, ktÓre na mapie dzieli od granic Syrii ogromna biała plama rozpościerająca się od Aleppo aż het po brzegi Tygrysu. Głęboki mrok spowija jeszcze dzieje Asyrii, Babilonii i Chaldei. z nazwami tymi łączą się nazwy wielkich narodÓw, łączy ponury cień historii wielkich miast, olbrzymie rumowiska rozsiane pośrodku pustynnych obszarÓw - tak zagubione w odludnym pustkowiu i tak pozbawione jakiegokolwiek kształtu, że wymykają się spod wszelkiego opisu podrÓżnika; łączą się wreszcie z tymi nazwami resztki owych wielkich ludów jeszcze dziś, zgodnie ze słowami Proroka, koczujące po tych ziemiach, po tych rÓwninach, które zarÓwno Żydzi, jak poganie uważają za kolebkę swego plemienia. 18 marca opuściłem z mym towarzyszem Aleppo. Wciąż jeszcze podróżowaliśmy bez przewodnika, bez służącego. 10 kwietnia przybyliśmy do Mossulu. Podczas naszego pobytu w tym mieście zwiedziliśmy wielkie usypiska na wschodnim brzegu Tygrysu, ktÓre powszechnie uważano za ruiny Niniwy. Wyjeżdżaliśmy również konno na pustynię i zbadaliśmy wzgórze Kalah Szergat, olbrzymie zwalisko kamieni położone nad Tygrysem w odległości około pięćdziesięciu mil od miejsca jego połączenia się z rzeką Zab. W drodze do tego wzgórza zatrzymaliśmy się na noc w małej wiosce Hamum Ali, wokół ktÓrej można jeszc