WSTĘP DO OPOWIADANIA ÓSMEGO



Człowiek wędruje, a po pewnym czasie zapomina o celu podróźy. I idzie dalej, czując nieprzepartą potrzebę podążania naprzód, chociaż sam już nie wie, dokąd zmierza. Cel pozostał gdzieś u początku drogi. Teraz szlak podróży, jak w kartach, wskazują złe i dobre znaki, niespokojne świerzbienie stóp, lot ptaków. Wędrujemy z woli przeznaczenia.
Dlaczego - dobrze wiemy. Nie łudzi nas cel, ale nie zapominamy o intencji. Uświadomiliśmy ją sobie później, o wiele później. Odnaleźliśmy ją w samym wędrowaniu i ona usprawiedliwi każdy przypadkowy cel, jaki osiągniemy.
Zdaliśmy sobie sprawę, że nie podróżujemy, a uciekamy. Zbieg nie myśli, dokąd zdąża, lecz przed czym ucieka.
I to, co z pozoru wydaje się bezcelową tułaczką po przypadkowych, krętych ścieżkach, stanowi w istocie jedyne możliwe Wyjście, świadome unikanie wiecznych prześladowców, którzy nie dają nam spokoju. I podobnie jak prześladowca, chytry i przemyślny, zmienia kierunki obławy, okrąża nas, by przyczaić się na nowych pozycjach, tak i my potrafimy zwęszyć niebezpieczeństwo, zmienić trasę ucieczki, wymknąć się, uczynić coś niespodziewanego. Tak oto w trakcie tej nie ustającej nigdy gry, pełnej sideł, pułapek i przemyślnych wybiegów, ziemia zostaje opleciona drogami. Zbiegowie wydeptują szlaki, którymi wciaż biegną niestrudzenie, na pozór bezsensownie, niczym długonogie owady po powierzchni bagna. Postronny obserwator nie widzi logiki w tej bieganinie, nieuchronności splątania dróg i kierunków, zamierzonej bezcelowości. Dlatego nazywani jesteśmi ludźmi pozbawionymi celu, tułaczami.

Zrozumieliśmy, jak dalece bezbronny jest człowiek stojacy w jednym miejscu. Stoisz i trafia cię bomba. Składasz pieniądze w banku i następuje inflacja. Budujesz dom, a woda podmywa fundamenty. Zaorzesz ziemię, burze niszczą zasiewy. Wierzysz w jakiegoś boga i okazuje się, że jest fałszywy. Zakładasz rodzinę, masz przyjaciół, dom, i pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, wszystko diabli biora. Stoisz na ulicy i cegła spada ci na głowę. Leżysz w łóżku i razi cię apopleksja. I zawsze zastanawiasz się, czy to wszystko przydarzyłoby ci się, gdybyś opuścił to miejsce. Pojęliśmy, jak dalece zagrożony jest człowiek w każdym miejscu, wszędzie. Pozornie jesteś zrównoważony, stateczny, spokojny lecz wszystko to złudzenie.
Człowiek zawsze musi spodziewać się czegoś nieoczekiwanego. Spokoju nie ma. Los człowieka jest niepewny.
Trzeba uciekać, zanim pojawi się niepożądane zaskoczenie, przechytrzyć los.

Nie ma jednak sposobu, by to uczynić, ponieważ już się taki urodziłeś. Dziadowie byli obieżyświatami, będą nimi i wnuki. I nadaremnie piszesz list prosząc o zmiłowanie bodaj dla własnych dzieci, szukając lekarstwa za siedmioma górami:

Niepokoi mnie mój mały synek. Ostatnio często spogląda w niebo i wydaje mu się, że słyszy grzmoty. Ciągnie mnie za poły i nieustannie pyta: "Tato, czy słyszysz grzmoty?", chociaż nic nie zwiastuje burzy. Poradźcie, co mam robić.

Ale sam wiesz, że jemu nic się nie roi. I ty słyszysz groźbę grzmotów, daleki złowieszczy pomruk, stajesz się niespokojny i rozumiesz, że czas wyruszyć. Nie chcesz jednak słuchać tego głosu, nie chcesz, by uwierzyło weń niewinne dziecko. Wiesz wszakże i o tym, że nie ma żadnej rady, nie ma leku, nic nie można uczynić, ponieważ już tacy się urodziliśmy.

Z początku człowieka interesuje ta włóczęga. Zachwyca go różnorodność i barwność zmieniającego się nieustannie życia. Nowe miejsca, inni ludzie i cudowna swoboda- wszystko to utwierdza człowieka w przekonaniu, że żyje pełnią życia. Przysięga, że nigdy nie oprzędzie się kokonem drobnomieszczańskiej wegetacji w domku z firaneczkami. Włóczęga zakochany jest w swoim prześladowcy niepokoju. Dostatecznie jest jeszcze młody i beztroski, dość ma energii, by zrywać przy drodze rozkosze jak dzikie polne kwiaty.

Dopiero później pojawia się potrzeba odpoczynku, pewna ocieżałość ciała, gnuśność w sposobie myślenia, trudności w przystosowaniu się do nowego środowiska. Człowiek czuje, że jego poczynaniami kieruje raczej nawyk niż pragnienie osobistego zadowolenia. Ale nie może się zatrzymać. W szarych komórkach rozrasta się coraz bardziej związek strachu i niepewności. Kiedyś beztroski, dzielny, pewny siebie włóczęga przemierzał samotnie świat, by niespodzianie gdzieś się pojawić, niespodziewanie zniknać, wedle własnych praw i zachcianek. Teraz wędruja po dwóch, trzech, ponieważ tyle rzeczy napawa ich strachem. Idą grupami, trzymając się kurczowo, zespoleni wspólnym lękiem, troską, zmęczeniem. Teraz wkraczają na obcy teren ostrożnie, badawczo, lękliwie, jak stado bizonów, i w mgnieniu oka znikają. Jak stado bizonów rzucające się do ucieczki, gdy tylko któreś zwierzę uniesie w górę łeb, wietrząc niebezpieczeństwo.

Tak oto podróżujemy po morzach i lądach, przez rzeki i jeziora, w powietrzu i pod ziemią, unoszeni przez okręty i pociągi, samochody, wozy i samoloty. Wędrujemy pieszo, dwukołowym, trzykołowym wózkiem, wehikułem ogumionym, nieogumionym, na benzynę, naftę i węgiel, przy pięknej i brzydkiej pogodzie, latem i zimą, w słońcu i w blasku zimnych gwiazd. Wąskimi leśnymi ścieżkami, przez urwiska, po szerokich asfaltowych autostradach, wzdłuż krętych brzegów obfitujących w małe zatoczki i po otwartym morzu, gdzie, jak wzrokiem sięgnąć, rozciąga się tylko linia horyzontu. Wznosimy się w górę i schodzimy do samego jądra ziemi. Ale uciec nie można.

Nie można uciec, nie można również pójść na ugodę z prześladowcami. Nie można się zatrzymać, lecz także nie sposób już wytrwać. Włóczęga przeobraża się w rozpaczliwe, beznadziejne oczekiwanie.

Tymczasem z tego, co było kiedyś dla ciebie cenne, nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Podróżujesz, ale niczego już wokół siebie nie dostrzegasz. Zmieniasz miejsca, lecz nie zwracasz na nie uwagi. Czujesz tylko, że się posuwasz, że dążysz naprzód nieustannie, z mozołem, że jesteś zmęczony, lecz mimo to brniesz dalej, gdyż prześladowca depcze ci po piętach. Oglądasz się z przestrachem, aby sprawdzić, czy rzeczywiście już cię dosięga. Nikogo nie widzisz, lecz wiesz zarazem, że nie wolno ci w to uwierzyć. Zmysły zwodzą człowieka. I głos wewnętrzny, który każe ci iść dalej, znowu ostrzega. I nadchodzi taki czas, że przestajesz się nawet ogladać. Nie dostrzegasz niczego wokół siebie. za sobą, przed sobą. Żyjesz w pustce, krążąc niczym ciało niebieskie w myśl niepojętych dla ciebie reguł. Żyjesz w pustce i wdychasz woń niebezpieczeństwa. Zapomniałeś, dlaczego wytrwać musisz w swej wędrówce, zapomniałeś, dlaczego cię ukarano, uświadamiasz sobie tylko jedno. Trzeba iść dalej. I czekać, czekać, czekać. Zapomniałeś, na co czekasz, ale nieprawdopodobna i straszna wydaje ci się nawet sama myśl, że nic już nie nastąpi. Coś musi się stać, mówisz sobie, i czekasz dalej. Nasłuchujesz grzmotów.

Uciekamy nieustannie i oczekujemy cudu. Pełni napięcia, gotowi jesteśmy powitać go należycie. Wznosimy modły do jego bezkształtnej postaci, skrytej za mglistą zasłoną przyszłości. Modlimy się żarliwie i z rezygnacją, jak zresztą należy się modlić. Znajdujemy się we władaniu sił, przeciw którym nie jesteśmy w stanie uczynić czegokolwiek. Tylko cud może nas uratować. Szukamy, modlimy się, czekamy cudu. Jesteśmy już niespokojni, rozdrażnieni, przestraszeni, zbyt starzy, ale weiąż jeszcze czekamy. Słuchamy, jak przybliżają się grzmoty.

Tułacz ucieka i wyczekuje, ucieka i wyczekuje, wierzy i wątpi, błądzi i modli się, upiera się i korzy, dopóki pewnego dnia nie sprzykrzy mu się wszystko. Póki raz na zawsze nie przeklnie wszystkiego, co żywe i martwe, p6ki nie przestanie troszczyć się o przeszłość i przyszłość, póki nie znajdzie sensu we własnej rozpaczy i póki wreszcie nie pojmie, że jego zwycięstwo leży w ostatecznej ucieczce. Dopóki nie zapragnie ujrzeć na widnokręgu ogromnego grzyba, niosącego całkowitą zagładę. Bo wtedy już nie trzeba będzie niczego oczekiwać.

Aż pewnego dnia, zniechęcony do wszystkiego, położy się na grzbiecie, o nic nie dbając. Położy się, pogodzony z życiem i śmiercią, ze światem i zaświatem, z myśliwym i zwierzyną, położy się i zamknie powieki szybciej, nim dosięgnie go wr6g. Powiesi się, żyły sobie podetnie, podczas kąpieli, zderzy się piersią z pancerzem lokomotywy, połknie grudkę trucizny spokojnie, jakby jadł kolację.

Westchnie, wyciągnie nogi i wreszcie zamknie powieki, szczęśliwie uśmiechnięty. Na tym miejscu wznieście pomnik.
w ten oto sposób prześladowcy ostatecznie doprowadzą do zguby ich wszystkich, co do jednego.



OPOWIADANIE ÓSME

URODZINY

I

Wyspa oddalona była od lądu o jakies pięćset metrów i może kiedyś, w zamierzchłych czasach, w ogóle nie była Wyspą. Teraz oddzielał ją od lądu płytki kanał, pełen zdradliwych i niebezpiecznych wirów. Kiedy przepływało się wyraźnie można było dostrzec przezed łodzią ponure kamieniste dno, pozbawione nawet śladu alg czy ryb. Kanał istniał tylko po to, by wyznaczać granicę. Wcale nie sprawiał wrażenia części morza.

Miasto znajdowało się na lądzie, w pewnym oddaleniu od wyspy. Ale nie aż tak daleko, by nie można go było dojrzeć gołym okiem. Wznosiło się dalekie, strzeliste, warowne i bezlitosne. Wokół niego rozciągał się lazur morza i lazurowe było nad nim niebo. Rzędy niezwykle ciemnych cyprysów okalały drogę wiodącą wzdłuż brzegu do małej zatoczki, do której zawijały łodzie z wyspy. Było jasne, że miasto i wyspa to dwa odmienne światy.

Niegdyś na wyspie znajdował się klasztor. Jeszcze po dziś dzień wznoszą się jego mury, znaczone piętnem licznych przeróbek, poczynionych przez kolejne generacje.
Brzydki, zeszpecony ornamentyką budynek, nieforemne dzieło różnych architektów, stoi, ale tych, którzy go zamieszkiwali, już nie ma.
Najpierw klasztor zamieszkiwali benedyktyni usiłujący nawrócić na prawdziwą wiarę zatwardziałych głagoliaszy*, członków pewnego' niecywilizowanegp ludu. Istnieje o nich wzmianka z około osiemsetnego roku w liście, jaki przeor klasztoru wystosował do samego papieża, w bezprzykładny sposób pomijając tym samym całą hierarchię kościelną, sądził bowiem, że należy szybko i radykalnie zmienić politykę w tych stronach, jezeli pragnie się pozyskać tych niebywale krnąbrnych i sprawiedliwych ludzi. Mnich ten, który przeszedł do historii jako FrancesCo Mantoocchetti, we wspomnianym liście tak między innymi pisze: "...a przebywamy, jako to Jego świątobliwości wiadomo, w kwietniku niezmiernej urody pośród morza leżącym, mającym ptactwa obfitość i wszelakich darów Bożych mnogość, któremu jeszcze żeglarze dawnymi czasy miano Isola di serra ** nadali dla jego bujnej i niezwyczaJnej w owych stronach roślinności. Każde ziarno w tę płodną ziemię przez nas posiane rośnie, jakoby oko Stwórcy ciepłe promienie nań zsyłało, jakoby wodą zraszane było przez Niebo samo.

Bodaj i owo Ziarno, które w duszach ludzkich zasiewamy, kiełkowało tak rychle i urodzajnie! Postanowiłem tedy, za Jego świątobliwości przyzwoleniem, wyspę ochrzcić zaszczytnym imieniem klasztoru naszego i niech takoż na mapach imię jej notowane będzle, iżby morzem żeglujący mogli byli to imię ufnością darzyć, w zatoczce małej ciałom i okrętom swoim odpoczynku użyczyć, a w kaplicy pocieszenie duszom swoim znaleźć..." W ten oto sposób Mantocchetti ochrzcił wyspę i rozpoczął jej historię. Aż do niedawnych czasów na mapach widniało małe ledwie widoczne kółeczko, przy którym jeszcze mniejszymi literkami zaznaczony był napis: w. San Giovanni.

* Głagoliasze - przedstawiciele głagolizmu, religijno-patriotycznego nurtu walczącego w okresie średniowiecza z wpływami i dominacją kleru; obcego (rzymskiego w Chorwacji i greckiego w Macedonii).
* Wyspa cieplarnia (wł.)

Braciszkowie, na brzeg ten przybywszy jako groźni i waleczni mnisi, zdyscyplinowany i uczony zakon, mieszkając tutaj przeistaczali się powoli w dobrodusznych zażywnych zakonników, miękkim wejrzeniem i łagodnymi słowy już nie osądzali, a tylko udzielali napomnień bluźnierczym, krnąbrnym, ale i wesołym tubylcom, którzy ich wkrótce uznali za swoich. I żyli sobie wesp6ł, uprawiając w jednaki sposób swe winnice, pili słodkie wina, spożywali pieczone morskie ryby. Ut in omnibus glorificetur Deus. * Waleczność i wiara powoli znikały z tego świata, jak zresztą wiemy, wkrótce benedyktyni z wyspy San Giovanni przestali otrzymywać dostateczną ilość młodego narybku i szeregi ich się przerzedziły, postarzeli się, zarzucili celibat i całkiem się udobruchali, aż w końcu, pewnego dnia, papież uznał ich za odstępc6w, i ulegli zapomnieniu, odszedł w zapomnienie i klasztor.

A wówczas na miejsce dobrodusznych benedyktynów przybyli służebnicy Niepokalanego Poczęcia, surowsi i bardziej bezlitośni niż ich poprzednicy. Przybyli wypełnić swoją misję i dążyli do celu najkrótszymi i najsroższymi metodami. Zmienili się i zakonnicy w klasztorze, i ludzie wokół niego, i sam klasztor został przebudowany, pożar i przemarsz wojsk zmieniły miasto, jedynie wyspa nic się nie zmieniła: otoczona łagodnym morzem, ciepła, pełna ptactwa i kwiecia.
Ale pomiędzy wyspą i miastem doszło teraz do otwartej wrogości, nagromadziły się zniewagi i pamięć o nich przekazywana była z pokołenia na pokolenie, w kanale wykiełkowała nienawiść, która kwitnąć będzie przez wieki całe. Teraz już rzadko przepływały po nim łodzie z wyspy na ląd i z powrotem.

* Aby wszystko chwaliło Boga. (łac.)


Wreszcie, pewnego dnia, przestały przepływać w ogóle, na długie lata. Roku pańskiego tysiąc trzysta czterdziestego ośmego z kosą na ramieniu, w sinej szacie nawiedziła tę okolicę Signora Peste, morowa zaraza, nie szczędząc nikogo, miasta obracając w perzynę, niwecząc zasiewy, topiąc okręty. Pustoszyła wszystko bezwzględnie, nie przebierając, jak ognisty kary wierzchowiec, co wierzgając kopytami nie patrzy i nie dba, kogo stratuje w furii. Miasto zamknęło przed nim swoje bramy, stęple wyspa odżegnała się od kontaktów z lądem.

I bądź to dlatego, bądź to dzięki jakimś innym cudom, miasto ocalało. L kiedy inne sąsiednie miasta przepadały, pustoszały, gromadząc trupy na wąskich uliczkach, to miasto rozrosło się niemal w dwójnas6b, wzbogaciło, wzniosło pałace. Chorzy i zdrowi z innych stron skamleli u jego murów w poszukiwaniu żywności, schronienia, uzdrowienia, pociechy. Ale bramy miejskie pozostały dla nich bezlitośnie zamknięte; ludzie w mieście chodzili uzbrojeni po zęby niczym w czas oblężenia, ojcowie miasta obchodzili domy i bez miłosierdzia wydalali poza mury każdego, u kogo można było zauważyć najmniejszy ślad choroby.

Okręty stały na kotwicy z dala od nadbrzeża, nie widziało się na ulicach dzieci. Ludzie wdzierali się do kanałów, by wytruć szczury. Niewiasty modliły się w wielkim kościeIe Świętego Krzyża, czarno odziane, z zakrytym obliczem. I miasto naprawdę się ostało: ocalili je strażnicy czuwający na wysuniętych pozycjach, broniąc dostępu do miasta, przepędzając żebraków i kupców, zabijając włóczęg6w i wędrownych śpiewaków. Miasto ocalało.

A i wyspa potrafiła stosunkowo długo utrzymać się w swej izolacji. Zakonnicy, obchodząc wyspę z długimi kopiami w ręku, pełnili straże, pokornie modlili się o zmiłowanie i mężnie znosili gł6d, gdy w końcu zabrakło im żywności. Ale Pani Dżuma nie dbała o to, że Zmoczy rąbek szaty. Uniosła suknię nad kolana i pewnego dnia przebyła kanał. I braciszkowie zakonni ze skruchą, bez słowa zmieniali jeden drugiego, już teraz nie na strażniczych placówkach, lecz na czarnych marach.

Kiedy choroba przerzedziła już ich szeregi, próbowali przedostać się na ląd w poszukiwaniu żywności, chcieli znaleźć jakiegoś Żyda-lekarza, który wyleczyłby pozostałych braci, dał im jakieś purgatyki lub puścił krew. Ale na brzegu ich łodzie powitali miejscy strażnicy, czuwający dniem i nocą, rzucający ciężkie kamienie i śmiercionośne strzały. I braciszkowie powrócili z niczym, aby cierpliwie czekać na ostateczne rozwiązanie celibatu - ślub z bezlitosną siną damą.

I w końcu jeden z nich sam legł na marach wiedząc, że nie ma kto go na nich złożyć. Umarł spowiadając się ostatniemu z braci, przeorowi klasztoru, który, jak glosi niesprawdzona legenda, zwał się Romualdo. Romualdo był jednym z najbardziej surowych i bezwzględnych krzewicieli świętej wiary rzymskokatolickiej, zdyscyplinowanym i srogim bojownikiem, który wiedział, że wszystko bedzie mu wybaczone, ponieważ musiał postępować tak, jak postępował, nie dla siebie, ale dla chwały krzyża. I Romualdo zszedł na brzeg, odwiązał łódź i ruszył w stronę ladu, opuszczając kostnicę, w której rozkładały się ciała jego braci.

Czując w sobie pierwsze symptomy śmiertelnej choroby, wiosłował w stronę lądu, plując krwią, i usiłował pertraktować ze strażnikami miejskimi, którzy czekali nań na brzegu. W braku jakiejkolwiek broni chwycił się ostatniej deski ratunku i pomyślał, że przecież oni też są ludźmi. Próbował im wyjaśnić, że został zupełnie sam, że nie ma już wcale żywności. Szukał zmiłowania. Ale miłosierdzie ludzkie jest poniekąd podobne boskiemu zmiłowaniu:
nie pojawia się nigdy, gdy naprawdę jest potrzebne. Strażnicy go rozpoznali i szydzili zeń. "przynosiłeś ludziom nieszczęście - rzekli do Romualda złośliwie - teraz niesiesz śmierć. Czyliż niepodobny do kruka?" - mówili między sobą.
I walecznemu zakonnikowi nie pozostało nic innego jak przełamanie blokady siłą - stanął na brzegu i wymachując wiosłem ruszył do ataku z nowymi siłami, ponieważ wiedział, że nie walczy o czyjeś życie pozagrobowe, lecz o swoje życie doczesne.

Ale strażnicy i ta choroba w nim drzemiąca okazali się silniejsi i Romualdo zmuszony był wycofać się do łodzi, brocząc krwią z ran rozlicznych. Kiedy przebył kanał i stało się niepodobieństwem, że powróci; kiedy ostygł już w nich zapał bitewny, strażnicy uczuli litość dla samotnego człowieka, który poniósł klęskę.
Jeszcze przez dni kilka widać było na brzegu wyspy ogromną samotną postać odzianą w habit, Jąk bezradnie wymachuje rękoma, biega wzdłuż brzegu, a potem - głosi lęgenda - wielu słyszało przeciągły skowyt podobny do wycia szakala. Aż pewnego dnia Romualdo nie pojawił się już więcej i wyspa pogrążyła się w zupełnej ciszy.

Wkrótce minęło niebezpieczeństwo dżumy, miasta otworzyły na ścieżaj swe podwoje, drogami przeciągali handlarze i żebracy, nie słychać było nawoływań czujnych straży, ulotnił się zapach śmierci. Ale wyspa pozostała zaklęta - nikt nie przepływał przez kanał. Niektórzy myśleli, ze tam człowiek nadal może nabawić się dżumy, inni opowiadali o duchu ogromnego mnicha, który nocą wyje w pustym zrujnowanym klasztorze, znaleźli się i tacy (nigdy ich nie braknie), którzy twierdzili, że przeprawia się na wyspę z powodu wyrzutów sumienia.

Ale lata mijały, zapomniano i o duchach, i o dżumie, i o sumieniu; nowi osadnicy przybyli na wyspę. Najpierw kamieniarze i robotnicy do kamieniołomu, którzy głośnymi uderzeniami stęporów i szczękiem małych młotków wypłoszyli ptactwo, a z ogromnych kamiennych bloków wznieśli na ruinach klasztoru swoje siedziby. Potem nadciągnęli żołnierze wojsk napoleońskich i rozwlekli księgozbiór klasztorny i archiwum, aby fragmenty owej historii pozostały na zawsze niewyjaśniooe.

w skryptorium zamieszkał pewien francuski generał, który jak wieść niesie, rozsiekał szablą księgi i rękopisy, miniatury i kopie, świadectwa mrocznej i nie znanej mu przeszłości. Rozsiekał je w przystępie dzikiej furii na wieść, że jacyś zbóje pobili jego patrol, który wyruszył tego dnia na poszukiwanie żywności. Generał nazywał się Emil Blanchepin, przynajmniej przypuszczać można, że to był właśnie on. Może tylko nie był generałem, lecz jakimś niższym oficerem. Zawsze lepiej zrzucić winę na najniższego.

Ale czas nieubłaganie spieszył ku naszym dniom, nie dbając o przypadkowych towarzyszy podróży. I generał, i jego żołnierze zniknęli, a na ich miejsce zjawiła się całkiem prozaiczna wytwórnia cementu, która szczodrze pokryła całą wyspę szarym pyłem. Pył osiadał na roślinach i powoli, ale wytrwale je dławił. I w taki oto sposób wyspa wkrótce ostała się bez kwiecia. W starym klasztorze zamieszkiwali teraz zarządcy fabryki, Włosi, którzy w klapach surdutów nie mieli kwiatów, lecz popiół z cygar i delikatny pył cementowy. Łodzie, które zawijały na wyspę, były zakurzone i szare, jakby wcale nie płynęły po morzu.

Trwało to dopóty, dopóki austriacki hrabia von Rattenau wyspy nie kupił i nie uczynił z niej swojej letniej rezydencji. Południowy wiatr jugo zmył ślady krwi, burza rozniosła pył, a po wyspie krążył elegancki czarny powóz zaprzężony w parę strojnie przybranych białych koni. Na starym klasztornym tarasie szlachetnie urodzeni austriaccy tenorzy śpiewali arie z oper Verdiego. Naprzeciwko wyspy nadal wznosiło się miasto przyozdobione rybackimi sieciami, twarde i milczące, śpiewające zdławionymi głosami swoje bezdźwięczne rytmiczne pieśni, przy wtórze miarowych uderzeń pięści wybijających takt na blacie stołu.

Hrabia był w podeszłym wieku, gdy wybuchła druga wojna światowa, postanowił więc przed burzliwymi i zmiennymi czasami poszukać schronienia w swej letniej rezydencji. Wyspa w nowej wojnie nie posiadała żadnego znaczenia strategicznego i hrabiego pozostawiono w spokoju niemal do samego jej końca. Hrabia trochę głodował, trochę zażywał spaceru po wyspie w towarzystwie wysokich niemieckich oficerów, którzy zamieszkiwali w przebudowanym klasztorze. Na wyspie nie było już powozu i koni, lecz za to na byłej wieży klasztomej powiewała flaga wielkiej Rzeszy. Niemieccy oficerowie znajdowali, że hrabia jest szalenie uprzejmym człowiekiem i pobyt na wyspie zupełnie przypomina prawdziwe przedwojenne letnisko. W mieście wprawdzie stacjonowało włoskie wojsko, ale Niemcy nie zwracali na to większej uwagi. Włoscy oficerowie, w myśl jakiegoś milczącego porozumienia, nie zaglądali na wyspę. Rozmawiając między sobą wyrażali przekonanie, że starzec trochę zanadto zadziera nosa. Szczególnie przeszkadzała im niemiecka flaga, podczas gdy wedle wszelkiej sprawiedliwości powinna się tam znajdować włoska. Ale hrabia, jak im powiedziano, jest obywatelem niemieckim, wyspa zaś - jego własnością.

Hrabia istotnie wierzył, że wyspa należy do niego, i kiedy przyszło wyzwolenie, dalej wzbraniał wstępu na wyspę, jak to czynił i przedtem. Powiedzieli mu, że wyspa stała się własnością narodu, ale nie chciał uwierzyć. Każde państwo uznaje własność prywatną, tłumaczył sam sobie i nie mógł rozstać się z wyspą. I gdy przypłynęli, aby go przekonać, stary hrabia von Rottenau - z rodu starych dowódców wojskowych, którzy swój waleczny zapał przenieśli potem na handel tytoniem - powitał ich z bronią w ręku, ukryty za kamiennym lwem na molo w przystani.

I podobnie jak niegdyś ojciec Romualdo próbował dostać się na ląd, przedstawiciele miasta usiłowali wedrzeć się na wyspę. Stali na łodzi w pobliżu przystani i próbowali pertraktować z hrabią o oddaniu wyspy. Krzyczeli głośno, stanowiąc wyraźny cel dla przelatujących ze świstem kul, bo starzec nie chciał o niczym słyszeć. Szczęściem strzelba była tak stara jak i on i nikt nie ucierpiał.
Ale delegacja musiała się wycofać.

Wkrótce potem przybyły dwie łodzie motorowe, które zawinęły na wyspę jednocześnie z obydwu stron, i hrabia stał się bezbronny. Umarł w rok później w pewnym zakładzie dla umysłowo chorych w Wiedniu. Stary klasztor został zamieniony na hotel i jest nim po dziś dzień. I oto dochodzimy w historii wyspy do naszych czasów. Tylko że nie nazywa się już San Giovanni. Minęła epoka świętych. Ktoś przypomniał, że wyspa niegdyś nosiła miano Isola di serra, lecz nowa generacja, dzięki Bogu, nie znała już tak dobrze włoskiego, sądzono, że to sera - wieczór. Tym sposobem wyspa otrzymała poetycką nazwę:


Wyspa Wieczorna, a zachodzące słońce doprawdy pięknie barwiło jej brzegi ciemną purpurą.
A po sezonie, gdy nie ma cudzoziemców ani turystów, w wielkim chłodnym hallu siedzi pewien zmęczony starzec i czegoś przed kimś strzeże. Lecz nikt nie nadchodzi; a zresztą - po co? I tak nie ma już nic do zabrania. To tylko hotel. A starzec jest zmęczony i zgarbiony, jakby na swoich barkach dźwigał całe tutejsze dzieje.

II

Minęliśmy łagodne wzniesienie pośrodku wyspy, przeszliśmy przez sosnowy zagajnik i przed naszymi oczami roztoczył się widok na cały brzeg południowy - równe, wymyte przez wiatr białe płyty. Dalej było tylko morze, tylko niezmierzona morska topiel. Teraz nie mógłbym iść dalej, choćbym nawet zechciał, pomyślałem. Nie ma dokąd.

Białe kamienne płyty lśniły w słońcu, wyschnięte niby mrowie pobielałych szkieletów. Jakby już wiele ludzi dotarło tutaj; ich kości wyżera teraz morska sól. Stary Bribirac i ja zatrzymaliśmy się na szczycie wzniesienia.

- Gdy przychodzę tutaj, zawsze mam wrażenie, że znalazłem się na samym końcu świata - powiedział starzec, kierując spojrzenie ku nieskończonej morskiej otchłani. Zadyszał się, jakby ten koniec świata był bardzo wysoki, bardzo odległy. Mnie wspinaczka wydała się krótka, ale trzeba wziąć pod uwagę różnicę wieku.

W milczeniu wskazałem mu dom. Wznosił się nad morzem na małym, osłoniętym kamiennym płaskowyżu, pozbawiony cienia, okolony kolczastą i suchą śródziemnomorską roślinnością. Ściany były na poły zrujnowane, dach zniszczał, sosnowe drewno drzwi wyschło niemal doszczętnie. Ale dom wciąż Jeszcze znajdował się tutaj, na końcu świata.

- Tutaj mnie prowadziłeś? - spytał starzec. - Przecież to zwykła ruina! Gdy mi opowiadałeś o tym domu, myślałem, że na wyspie istnieje coś, czego nie widziałem.
Tutaj już byłem.
- Ja też - powiedziałem.
- Dawno temu. Dla tego domu może nawet przyjechałem na wyspę.
- Doprawdy? - zapytał Bribirac obojętnie, z największym wysiłkiem regulując oddech. - Nie widzę w nim nic nadzwyczajnego. Sądziłem, że przybyłeś tutaj, aby napisać historię klasztoru benedyktytnów. Czyż nie?

Zeszliśmy stromą kamienistą ścieżką, opierając się o szorstkie głazy. Znaleźliśmy się na płaskowyżu przed domem. Drzwi wejściowe były zabite deskami ale z czasem deski też się obluzowały, a zawiasy i drzwi zapadły się w mroczne wnętrze domu.

Kamienie ze ścian rozrzucone były po płaskowyżu - ogromne, grubo ciosane głazy. Jakby olbrzymi grali w kręgle.
- Wiatry? zastanawiałem się, fale? czas? Człowiek po prostu nie potrafi sobie wyobrazić, w jaki sposób powstają ruiny. Istnieje pewien dla nas niepojęty system niszczycielskiego działania czasu.
Usiedliśmy na kamieniach, zwróceni twarzą ku domowi.

Bribirac starczymi drżącymi rękoma skręcił papierosa z taniego tytoniu i zapalił w milczeniu. Siedzieliśmy tak przez pewien czas, a potem on westchnął, oparł się rękami o kolana, wstał, podszedł do krawędzi stromizny i zapatrzył się w morze. Mignął na skraju mojego pola widzenia i przepadł jak mgławica. Patrzyłem na dom.

Byliśmy tutaj dawno temu i obiecaliśmy sobie, że powrócimy. Nikt nie dotrzymał tej obietnicy, jak i tysiąca innych, dawanych w uniesieniu, zapomnianych w następnej chwili obojętności. Obietnic, na które jest zawsze za późno. Szczyciliśmy się tym, że ich nie dotrzymujemy i że zmieniając się żyjemy w zmieniającym się świecie.
Nikt nigdy nie żałował, że nie mamy dokąd powrócić.
Dom odkrył Marijan, przyjaciel mojej młodości, o którym dziś jeszcze nie potrafię myśleć bez wzruszenia. Był to włóczęga i tułacz, swobodny i cyniczny w słowach i postępowaniu, dla niczego nie żywił szacunku, niczego nie kochał bardziej niż siebie, niczym nie był związany.

Uciekał przed każdym jarzmem, jakie świat usiłował nań nałożyć. Unikał więzów rodzinnych, długoterminowych umów urzędowych, stałych przyjaciół i stałych kochanek, zawsze wolał kilka nietrwałych związków niż jeden stały. Zawsze wolał podróżować, tłuc się pociągami i statkami niźli mieszkać w określonym mieście, we własnym mieszkaniu. Nienawidził rzeczy, które w nim budziły chęć ich posiadania.

Rzadko się widywaliśmy, ale nasze spotkania, w różnych miejscach i nieoczekiwanych okolicznościach, zawsze miały jakieś mistyczne znaczenie dla nas obydwóch. Było w nich zawsze pewne dostojeństwo, odświętne uczucie, jakby działo się coś wyjątkowego, coś, co wywrze dalekosiężne skutki nie tylko w naszym życiu, ale i w życiu wszystkich ludzi dokoła, jednak przypadkowym obserwatorom spotkania te wydawały się doskonale naturalne, logiczne i powszednie. Byliśmy, jak sądzę, parą odkrywców, którzy zupełnie nieoczekiwanie spotykają się w dżungli środkowoafrykańskiej. Witają się normalnie i kulturalnie, jakby dopiero wczoraj rozstali się na ulicy rodzinnego miasta, i traktując swoje spotkanie jako zupełnie zwyczajne i naturalne gawędzą pewien czas o całkiem nieważnych sprawach, a potem znów, bez wielkich ceremonii, ruszają każdy w swoją stronę pomiędzy liany i ciemne bagienne rośliny o grubych liściach.

Marijan w czasie, o którym mówię, bez przerwy błądził po brzegu i wyspach. W moim mniemaniu ta jego włóczęga była bezcelowa i bezmyślna, ale bardzo prawdopodobne, że i inni tak samo oceniali moje niespokojne i wytrwałe młodzieńcze wędrówki, wbrew pozorom wypełnione wewnętrzną logiką, kierowane przez nieznaną jakąś gwiazdę, której istnienie zaledwie przeczuwałem.
To on odkrył zapomniany dom na opuszczonej wyspie i tak się złożyło, że on, ja i dwie, teraz bezimienne, dziewczyny, wyruszyliśmy na piętnastodniowe ferie późnowiosenną ciepłą porą owego zapomnianego roku, kiedy to przeżyłem być może najszczęśliwsze chwile w swoim życiu.


Przybyliśmy na wyspę wieczorem i rozlokowaliśmy się w domu wśród zupełnego mroku - nie było ani elektryczności, ani wody, ani ubikacji. Dom wtedy znajdował się jeszcze w jakim takim stanie: były dwa pokoje, kuchnia ze staroświeckim kominkiem, i kiedy pozbieraliśmy rozrzucone, stoczone przez korniki części mebli, wywlekając je spod warstwy kurzu, udało się nam złożyć dwa staromodne łoża małżeńskie, komodę bez szuflad, stół i kilka kiwających się krzeseł. To były jedyne rzeczy, jakie pozostały po dawnych właścicielach, których nigdy nie udało się nam zidentyfikować.

Przez kilka godzin tłukliśmy się po domu, w obłokach kurzu, zabijając skorpiony, zaglądając w mroczne kąty przy migotliwym, upiornym blasku woskowych świec. Położyliśmy na łóżkach gumowe materace, przysposobiliśmy drzwi wejściowe, osadzając je na zardzewiałych zawiasach, i wyznaczyliśmy w kamienistym gruncie miejsce dla nocnych potrzeb, z mocnym postanowieniem, że jutro wykopiemy prawdziwą, najprawdziwszą jamę.
Człowiekowi tak mało potrzeba do szczęścia.

Z drugiej strony wyspy tego właśnie roku stary klasztor przeistaczał się w hotel. Hotel nie był jeszcze otwarty, ale już dowieziono różne rzeczy, zamieszkał więc w nim strażnik z żoną, jedyni poza nami ludzie na wyspie. Żona strażnika pozwoliła nam ugotować kolację na swoim piecu i w swoich naczyniach. Była zgorszona tym, że możemy mieszkać w podobnym kurniku, i litowała się nad "takimi miłymi panienkami". Jej zgorszenie niezmiernie nam pochlebiało.. Marijan i ja posłaliśmy oczywiście dziewczyny, aby zajęły się przygotowaniem kolacji, a one wyruszyły - dwa smukłe cienie w srebrzystej poświacie potykając się o lśniące kamienie, rozkoszując się nową rolą, śmiejąc się dźwięcznie wysokim i szczęśliwym śmiechem, którego echo oddzwaniały puste niebiosa.

Obaj z Marijanem obeszliśmy dom, po gospodarsku poklepując ściany i odrzwia, a potem siedliśmy za stołem w mrocznej kuchni, zapaliliśmy dwie woskowe świece i ucięliśmy sobie małą partyjkę kart. Graliśmy na grosze, po to tylko, aby nie grać całkiem za darmo, w niewinne staromodne sześćdziesiąt sześć, na grubym blacie stołu z surowego drewna, delektując się dowcipami, błazeństwami i facecjami bardziej niż samą grą, zadowoleni ze strat i zysków, i z samych siebie. Świece migotały ciepło i uroczyście jak w dawnych czasach.
- Ho, ho, ho! - upajał się Marijan. - Tak żyli nasi przodkowie. Na dobrą sprawę nic nie widzieli. Znowu pomyliłem asa kier z asem karo.
- Jest wprost wspaniale - powiedziałem.
- Tak. Dobrze, jak tylko być może - rzekł Marijan.
- Nie masz pojęcia o grze - oskarżyłem go. - Nie próbuj wymawiać się złym światłem.
- Z takimi gram i po ciemku. Gdybyśmy tak jeszcze mieli trochę wina, byłoby jak w niebie.
- Że tez nam to nie przyszło do głowy. Wiedzieliśmy, że udajemy się na pustynię, trzeba było wziąć coś do picia. Butelka wina, tomik wierszy i kobieta, jak by powiedział Omar. Trzeba było mieć głowę na karku.

W tym momencie, bez pukania, bez żadnej uprzedniej zapowiedzi, ze skrzypieniem, wolniutko, jakby same otworzyły się drzwi. Otworzyły się na oścież z całym majestatem i w progu, okolony mrokiem, drżący i widmowy w blasku świec, pojawił się starzec z zaświatów, w czarnym odzieniu, siwowłosy i wyniosły niczym król duchów. Popatrzył na nas bez słowa, powoli, na jednego, potem na drugiego, trzymając w rękach dwie ciemne butelki, nie poruszając się z miejsca, ogromny nocny ptak.

Siedzieliśmy w żółtym kręgu świec, nagle nikli i nic nie znaczący w świecie zewnętrznym, w niezmierzonej nocy z której w każdej oto chwili mogły wyłonić się osobliwe widma i przynieść nam coś nieoczekiwanego. Siedzieliśmy, nie wypuszczając z rąk kart, jedynego kontaktu ze światem realnym, i tylko zwróciliśmy głowę w stronę dostojnego starca, czekając na polecenie z jakiegoś inmego świata, nieznanego i może strasznego. Czuliśmy się, jakby odnalazł nas posłaniec samego losu.
Starzec obejrzał nas bez słowa, a potem majestatycznie i wolno wyszedł z tajemniczego półmroku przy drzwiach, zbliżył się do stołu i między świecami ustawił ostrożnie dwie ciemne, pękate, mocno zakorkowane butle. Jeszcze raz objął nas nic nie mówiącym spojrzeniem, odwrócił się automatycznie jak robot i odszedł, uważnie zamykając za sobą drzwi. W chwili gdy stawiał na stole butelki, spojrzałem w Jego oczy i zapamiętałem je: były niebieskie, jasne, puste i spokojne.

Siedzieliśmy jeszcze kilka chwil bez ruchu, oszołomieni, a potem wybuchnęliśmy dziwnym śmiechem, który nas nie opuszczał przez cały czas tych wspaniałych ferii, i otworzyliśmy butelki, w których zabulgotało gęste czerwone wino, perliste i aromatyczne, nasłonecznione i smakowite, wino wyciśnięte z gwiezdnych gron.

Wypiliśmy kilka kieliszków uroczyście jak podczas komunii, potem kilka niczym smakosze, oceniając aromat, kolor, temperaturę. I wkrótce przestaliśmy się dziwić, jak i skąd się wzięło wino, dalej trochę graliśmy, trochę popijaliśmy, i spici na umór, przy ciepłym blasku świec, zaczęliśmy śpiewać rzucając karty po omacku na stół, śpiewać tak serdecznie i tak głośno, że całe stare domostwo odpowiadało echem jak pijana knajpa, nagle znowu pełne życia, odrodzone.

Później nadeszły dziewczyny z kolacją i widząc nas zadowolnych poczuły się szczęśliwe, napiły się razem z nami i śpiewaliśmy w starym opuszczonym domostwie na końcu świata pośród ogromnej nocy.

Dziewczyny wyjaśniły, że ten starzec to po prostu dozorca z hotelu, niemy od urodzenia, i że one go przysłały, zapłaciwszy za wino. Ale nawet opłacone, szczęście jest jednak szczęściem.

O, domu, zapomniany i rozwalony! Stoję przed tobą i wyobrażam sobie, jak cię budują na nowo, jak układają twoje rozproszone kamienie, podnoszą przegniłe belkowanie na stropach, obrzucają wapnem poranione, puste ściahy twych izb. Widzę, jak poranny wiatr unosi wesoły dym znad twego paleniska, słyszę, jak mężczyźni i kobiety hałaśliwie schodzą z górnego piętra, roześmiani, w piżamach, szukając wzrokiem smacznego śniadania, którego zapach drażni ich nozdrza. I patrzę dalej, w twoją przyszłość, i widzę dzieci brązowe od słońca, jak wśród krzyku i popychania schodzą kamienistą ścieżką ku morzu i skaczą w biegu z małego, ale solidnego mola. A na twoim stole, o domu, w doskonałym porządku, jak na płótnie starego mistrza, stoi koszyk ze złocistym chlebem, butla krwistoczerwonego wina i taca pełna owoców.

Stałbym rano, domu, na twym progu, wróżąc pogodę z mgieł na horyzoncie i nawijałbym na kołowrotek długą jedwabną linkę, próbując palcem ostrości wędki. Ryby czekałyby na mnie w ciepłych zatoczkach, utuczone i rozleniwione, tulące się do nadbrzeżnych kamieni. Spojrzałbym w mrok twego wnętrza raz jeszcze, a potem zszedłbym na dół, ku łodziom, aby ci przynieść łup. Oczekiwałbyś mnie, domu.
Ale ty, zdrajco, nie czekałeś na mnie wystarczająco długo. I nie ma już rąk, które by cię ponownie dźwignęły, nie ma belek, które wsparłyby twe stropy, nie ma ludzi, którzy głosami napełniliby pokoje. A ja, jedyny, który przybyłem, nie przyjechałem dla ciebie, lecz dla siebie.
'Ty lko że i dla mnie już nie ma ratunku.
Przybyłem tu, domu zapomniany, wiedząc, że nic nie może się powtórzyć. Przybyłem po to jedynie, aby siG ostatecznie upewnić. Nie ma już też wesołych dziewczyn, powychodziły za mąż - zdradziły nas; Marijan jest gdzieś daleko, zagubiony, na jakiejś wyższej uczelni w Kairze wykłada historię sztuki, cierpliwie znosi życie w jednym miejscu, wśród tych samych ludzi, dusi się, aż oevmego dnia wszystko mu obrzydnie i popełni samobój;two lub wyruszy do jakiegoś portu samoprzezwyciężenia i nieuznawania rozpaczy - zdradził nas; ja obszedłem pół świata, uciekając przed sobą, usiłując nie myśleć o tobie - zdranziłem nas; cóż, że powracam? Wracam jako pokutnik .i rozbitek. Tamten dziwny starzec odszedł z tego ŚWiata
Jak i wszystkie inne rzeczy, które niegdyś były cudem, podobnie jak ty, zagubiony domu! Teraz jest tu tylko twoja ruina, moja ruina i ruina jakiegoś starca, ruina tamtego świata i tamtego czasu, który nas zdradził. Zdradził nas starzec i czas. świat nas zdradził. Zdradziło nas życie.
Ty, domu, jesteś zdrajcą!
vr ty, i ja, domu, powinniśmy by może zacząć od początku w jakimś innym miejscu, w inny sposób. Na tych fundamentach nic już nie można zbudować.
Py u tasz, po cóż tedy przybyłem. Abyśmy razem umarli lub abyśmy rozstali się raz na zawsze.
Tak dalej być nie może.

Starzec wolno podszedł i usiadł przy mnie na kamieniu.
Ale to już nie był tamten starzec.
- Któż to wie, kto tu mógł mieszkać? - zapytał z zainteresowaniem dziejopisa. - Bóg jeden wie.
- Może jacyś ludzie - odparłem, zwracając mu uwagę na tę ewentualność.

III

Bribirac nigdy nie cieszył się z tego, że jest artystą.
Nie traktował tego jako przejawu wyjątkowej łaski bożej, po prostu tolerował swoje przeznaczenie. Być wybranym znaczy być przeklętym, zwykł mawiać później. Ale od samego początku posiadał pełną świadomość tego, że jest wybrany.
"Przeciw temu nic już uczynić nie mogę - pisał w jednym z listów do Viviany - zapach śmierci krąży wokół mnie. Czy zauważyłaś, że sztuka ma zapach śmierci? Płótna, książki, muzyka, wszystko przesiąknięte jest śmiercią." Ale wiedział, że każdemu człowiekowi przeznaczony jest określony krzyż, jednemu cięższy, innemu lżejszy.
Pochodził z bezimiennej rodziny uskoków*, która od pokoleń walczyła z Turkami gdzieś w Dalmatyńskiej Zagorze, i kiedy przyjął najcięższy krzyż ze wszystkich, mężnie zdecydował, że go nieść będzie aż do końca. "Artysta nie śmie zapomnieć o człowieku, musi być subtelny, taktowny i cierpliwy w stosunku do słabego człowieka, mówił Bribirac. - Człowiek nie może ścierpieć artysty na swym grzbiecie. Ale artysta nie może istnieć bez człowieka, to jest stan symbiozy skazany na zagładę, więc jeśli artysta chce jako tako przetrwać, oboje muszą być przebiegli i rozumni, dostatecznie rozumni, aby oszukać los." Postanowil oszukać przeznaczenie.

* uskocy - ludność z terenów Bośni i Hercegowiny, która po opanowaniu kraju przez Turków (XV/XVI w.) prowadziła z nimi walkę zbrojną (główne ośrodki Senj i Karlovac).

Był chyba jednym z pierwszych ludzi w naszym środowisku, w którym zespoliło się pojęcie o trudnym położeniu artysty w społeczeństwie ze świadomością własnego talentu i uporu, niezbędnych dla realizacji dzieła, jakie człowiek winien jest sam sobie. Należy tylko wszystko dokładnie przewidzieć, nie trzeba okazywać ani przyjmować litości. "Człowiekowi może dać uczucie satysfakcji tylko świadomość, że uczynił wszystko, co było w jego mocy." (Listy do Viviany, XII). Wiedział, że nie ma dlań ratunku, ale postanowił oddalać od siebie zgubę, dopóki nie skończy tego, czego skończenie uważał za komieczne. Był potępiony, podobnie jak wszyscy inni, ale postanowił sobie, że ich przeżyje. "Trzeba obliczyć szanse - powiedział - a nie podsycać szalone nadzieje. Ponieważ, w końcu, rozumni i szaleni, wyrachowani i beztroscy, ofiarni i samolubni, świadomi i niedojrzali - wszyscy kończą jednakowo. Tylko niektórzy z nich uczynili to, co chcleli, na przekór wszystkiemu. Urodził się w roku tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym, do gimnazjum uczęszczał w Zagrzebiu. Kiedy zdał maturę, był silnym, tęgim chłopakiem, pełnym nerwowej, niespokojnej energii, ze starczymi rysami twarzyo najrozmaitsze rzeczy przyciągały na przemian jego uwagę niczym magnes. Fizycznie nieruchawy i ociężały, duchowo był żywy i nienasycony jak bąk. Przerzucał się z jednego przedmiotu na drugi i we wszystko wnosił niepokój, niezadowolenie, zupełnie nieoczekiwane pomysły. Niczego nie darzył szacunkiem, wszystko chciał wytłumaczyć na swój sposób, wykorzystać tylko dla siebie. Był niezwykle upartym i niebezpiecznym dyskutantem, ponieważ nigdy nie szanował zasad gry. Potrafił siedzieć na miejscu nieruchomy, skulony, jakby drzemał, a potem nagle rzucał się na przeciwnika z taką elokwencją i emfazą, zarzucał go taką masą realnych i ad hoc wymyślonych faktów, że człowiek był po prostu zaskoczony, skąd bierze się w nim tyle energii, taka zjadliwość i zapał. I póki dawali wiarę jego szczerości, potrafił fałszować swoje przekonania, zmieniać stanowisko, fabrykować fakty i historię czy nawet symulować sam zapał.

W owym czasie z ogromną chęcią udawałem, że posiadam jakieś przekonania, ale zawsze zajmowałem stanowisko przeciwne niż mój rozmówca - czytamy w jednym z zachowanych fragmentów jego Autobiografii. - Jedyne, co faktycznie posiadałem i co mi dawało przewagę nad innymi, to zdrowie i świadomość własnej wartości." Zaczął malować jeszcze w gimnazjum i zaraz wyczuł niebezpieczeństwo: to, co robił, wymykało się spod jego kontroli, było silniejsze od niego'. Wiedział, że maluje dobrze, ale nie pojmował, ile rzeczy powstało wbrew jego woli czy przynajmniej wbrew świadomej chęci. Nie chciał robić niczego, co nie byłoby jego własną, osobistą sprawą.

Gdy namalował coś trawiony malarską pasją, wiedział, że stworzył dzieło z części samego siebie. Lecz nie było nikogo, komu by się to podobało. Jeśli wywarł na siebie pewną presję, uczynił konkretny świadomy wysiłek, mógł w każdej chwili namalować coś, co podobało sie wszystkim. Dobrze zapamiętał smak tego wysiłku, mechanizm tego nacisku. Czuł się przy tym jak flagelant dokładnie pamietający każdą najmniejszą nawet żyłkę na biczu, którym się smaga, aby mógł go ponownie użyć, aby mógł zadawać sobie ból tą samą bronią.
Wiedział, że bez tej broni nie wygra walki z losem.
Do Monachium przybył w roku tysiąc dziewięćset piątym. Ale kiedy inni dążyli niczym pielgrzymi do tej słowiańskiej Mekki (znajdującej się już wtedy u schyłku swej sławy) i gotowi byli chłonąć wszystko, co się dało, jak delikatne i spragnione gąbki niewybrednie wchłaniające soki lądu, który zada im cios ostateczny, on przybył oporny, samolubny, przewrotny i przebiegły jak lis, wewnętrznie skoncentrowany, okrzepły w walce z czymś, co kiełkowało w nim niemal bez jego udziału., Dostał się w ręce niezawodnego profesora Hugo Habermanna. Profesor mówił mu, że nie posiada w ogóle ambicji, że zaprzepaści swój talent nie wykorzystując go.
Tłumaczył mu również, że człowiek musi mieć jakieś ideały, aby mógł coś stworzyć, aby w ogóle mógł żyć. Człowiek musi dążyć do czegoś wyższego, aby zrealizował tyle, ile może i ile mu sądzone. To był słownik tamtych czasów. Bribirac słuchał skulony i zasępiony i krnąbrne w dalszym ciągu hamował i trzymał na wodzy swą niebezpieczną namiętność. Wiedział, że musi się wyrzec nawet ambicji i ideałów, aby jako artysta mógł zrealizować tyle, ile człowiek znieść zdoła.

U Habermanna poznał słynną już "kroatische Schule".
Kraljevicia, Racicia i Becicia. Ale historia niewiele odnotuje o ich przyjaźni.
"Do tego stopnia zachwycałem sie ich malarstwem, chociaż było zupełnie inne od tego, jakim wyobrażałem sobie moje własne w przyszłości, że prawie zboczyłem przez nich z drogi - pisał potem w jednym liście z Paryża. Niemal zapomniałem o swoim kredo i wstąpiłem w szranki szlachetnej rywalizacji. To, co mnie naprawdę uratowało, to mój nos, wrażliwy na wszystko, co pachnie śmiercią." Czuł wokół nich aurę upadku i śmierci. Samo ich malarstwo było malarstwem śmierci, obfitującym w czerń i szarzyzny. Byli zbyt młodzi, zbyt niedoświadczeni, zbyt ułomni i wrażliwi, aby mogli wytrzymać intensywność, napięcie i konsekwencje swej sztuki, która wybuchła w nich jak pożoga, spalając ich, wysączając nawet sam szpik z kości tych biednych ludzi.
"Racić, Kraljević i Becić są lepszymi malarzami - Bribirac chetnie cytował Słowa Olszewskiego - ale Unold, Schulein, Eder czy Harta zawsze zarobią więcej pieniędzy." Bribirac wiedział, że Olszewski ma rację: człowiek w nich niezdolny był udźwignąć brzemienia artysty. Zapach ubóstwa i upadku powlókł patyną ich blade twarze, ich mroczne płótna.

Tak oto Bribirac pozostał na swej drodze, uparty jak osioł. I kiedy oni podziwiali ponurą sztukę Velazqueza w monachijskich galeriach, on chłodno i bez zainteresowania studiował technikę flamandzkich mistrzów. Kiedy wszyscy ci Czesi, Polacy, Węgrzy, Chorwaci usiłowali wycisnać z siebie każdą "kroplę cudownego, doskonałego zapachu", on powstrzymywał w sobie wezbrany potok, wiedzac, że musi znaleźć ujście, przez które wedle własnej Vwoli i pod własną kontrolą będzie mógł wypuścić na wolność nadmiar bogactwa.

Tak jak wspaniale potrafił symulować przekonania, tak samo dobrze potrafił imitować lub udawać style malarstwa. I kiedy przyjechał do Paryża, zaczął pełną parą produkować wylizane i wypolerowane martwe natury i romantyczne morskie pejzaże, z dużą ilością blasku księżyca i spienionych fal. Malował modne wyścigi konne, z lśniącymi i spoconymi końskimi chrapami i ukwieconymi kapeluszami przymilnych damulek; piękne oswojone psy o potulnych pyskach; bukiety kwiatów w wazach o japońskim kolorycie. Można ich było dotknąć ręką. Dla niego wstrętne były kicze, które tak zręcznie preparował, ale handlarze ram kupowali jego obrazy, ludzie dawali je w prezencie jedni drugim na urodziny, prowincjonalne panie domu zdobiły nimi swoje zagracone mieszkania. Nie wzbogacił się na tym, ale i nie głodował. Był zadowolony, że może się utrzymać.
Nawet w Paryżu nie mógł znaleźć spokoju. Nic go nie zadowalało. Szukał czegoś nieustannie na płótnach starych mistrzów w galeriach, oglądał mniej znaczące nowoczesne wernisaże, bezprzykładnie zmieniał towarzystwo i przyjaciół wśród malarzy. Lubił mówić i ciągle wdawał się w długie płomienne polemiki w dusznych malarskich pracowniach. Mówił bez przerwy o malarstwie, jakby tym kompensował swoje banalne kiczowate malowidła, i zawsze reprezentował najbardziej rewolucyjne, najbardziej szalone idee. Minęły dopiero trzy lata od śmierci Cezanne'a i cała młódź malarska odkryła w nim nowego boga, ale Bribirac już wtedy płomiennie przepowiadał, że trzeba dążyć dalej, o wiele dalej, nieustannie posuwać się naprzód. "świat nauczył się od Cezanne'a, czego można się było nauczyć - powiedział - wkrótce wszyscy sprzedamy duszę diabłu za iskrę czegoś nowego." Ale w dalszym ciągu malował złote zachody słońca, wyprasowane jak nowe spodnie. Nikt nie traktował go poważnie.
Kiedyś, pewnego dnia w tysiąc dziewięćset ósmym roku, odbył pielgrzymkę na ulicę l'Abbe Gregoire 45, gdzie za jednym z okien nie osłoniętym firanką, leżał martwy Racić z rewolwerem w dłoni. Nie wpuszczono go na górę.
Stał na ulicy, całkiem samotny, z zaciśniętymi zębami. Ponury jak samo przeznaczenie. Na policji oświadczył potem:
"Absolutnie nie ma znaczenia, czy zabił się sam, czy ktoś mu wsunął rewolwer do ręki. Malarze umierają na malarstwo." Bribiracowi zdawało się, że odkrył pewne prawo, na mocy którego ludzie giną. Ostrzegał swoich przyjaciół:
"Patrzcie, wczoraj znowu jednego pochowali. Strzeżcie życia, abyście ocalili swoją sztukę." w udzielaniu rad nie był samolubny. Modigliani nazywał go "austriackim sępem". Bribirac niemal cieszył się, gdy jakiś młody malarz znikał ze świata przed czasem, gdyż jego prawo znowu znajdowało potwierdzenie. "W chwili śmierci pytaj, za kogo umierasz" - tymi słowy żegnał Kraljevicia, gdy ten opuszczał Paryż, by w tysiąc dziewięćset trzynastym roku skończyć życie w Pozedze. Śmierć Kraljevicia była jeszcze jednym usprawiedliwieniem jego marynistycznych pejzaży i martwej natury.
Tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej Bribirac wrócił do kraju. Prawie całkiem przestał malować.


Był ponury i niezadowolony, nerwowy i zacięty, ale wojnę przeżył lepiej niż inni. Zajmował się głównie handlem i koniec wojny zastał go znowu w Zagrzebiu, bardziej otyłego niż przedtem, spokojniejszego i na pierwszy rzut oka zadowolonego.
Ale ten spokój maskował ostateczną decyzję, wiarę w celowość obranej drogi i tę upartą siłę, która nie zadaje już więcej pytań, lecz wykonuje to, co jest przed nią. Ponieważ dobrze wie, że nie ma już powrotu.
Tym, co, pomogło mu w powzięciu ostatecznej decyzji, był los Modiglianiego. Poznał go jeszcze w Paryżu i uważał za najwybitniejszego malarza młodego pokołenia. Nie lubili się ani trochę, nie zgadzali się absolutnie, lecz jakaś nieprzeparta siła ciągnęła ich ku sobie. Bribirac do końca życia nie mógł się oprzeć uczuciu fascynacji, jakie wzbudził w nim Modigliani jako osobowość i jako malarz.

Bezczelny makaroniarz o byronicznie romantycznej postaci - pisał (Listy do Viviany, VII) - lecz ma Pędzel Japończyka." Modiglianiemu nie podobał się kupiecki duch otyłego bałkańczyka, jego samolubny, pełen hipokryzji styl życia. I kiedy tłumaczył Bribiracowi, że zaprzepaści swój talent, że człowiek musi się poświęcać dla sztuki, że więcej znaczy jeden dobry obraz niż jedno złe ludzkie życie, Bribirac uśmiechał się ze spokojem, milczał i w końcu pytał, czemu on, Modi, się poświęca? Sztuce czy kobietom, alkoholowi czy haszyszowi?

"Obydwaj byliśmy bardzo młodzi. On był zaledwie dwa lata starszy ode mnie, lecz już stał się sławnym malarzem.
Wiedziałem o tym, podobnie jak wielu innych, którzy nie mogli mu pomóc. Zbyt wcześnie stał się wielkim i nie mógł tego wytrzymać. Był za młody i zbyt źle żył, aby znieść wielkość. To go zabiło." (Autobiografia, II, 27) w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku od pewnego wspólnego znajomego z Paryża dostał list zawierający wiadomość, że Modi zmarł na gruźlicę w szpitalu towarzystwa dobroczynności. Ale dobrze wiedział, że malarze nie umierają ani od kuli, ani od wojennego pocisku, ani na gruźliczę, ani na syfilis. Malarze umierają na malarstwo.

Niektórzy są przekorni, zagroził przeznaczeniu.
"Zarobię kupę pieniędzy, obiecuję - pisze do Viviany z Zagrzebia - i wtedy dopiero przyjadę do Ciebie. Wtedy dopiero zacznę malować. Naprawdę. Zrobię to, co wiem, że potrafię i muszę zrobić." Nawet wtedy nie przyszło mu jeszcze do głowy, że na to wszystko może być za późno. Wciąż jeszcze był młody, Wciąż jeszcze posiadał niewyczerpany zasób energii, pobudliwą i zachłanną aktywność, z jednakowym zapałem rzucał się do studiowania rzeźby murzyńskiej, która w tym czasie zaczynała być w modzie, i najnowszych paryskich eksperymentów, odkryć archeologicznych i Kapitału Marksa. Jednego dnia szalał w płomiennym zapale udowadniając, że dadaizm to jedyna prawdziwa droga dzisiejszej sztuki, nazajutrz z jednakim żarem potrafił twierdzić, że to bezmyślność i błazenada, jaką Europejczycy "mydlą oczy naiwnej bałkańskiej prowincji". Zachwycał się Krlezą i potrafił całymi dniami z natchnieniem wygłaszać długie tyrady, wyjątkowo umiejętnie posługujac się prawdziwym krleżiańskim słownictwem i stylem. Potem bez odrobiny wstydu czy wyrzutów sumienia głosił, że każda problematyka, a zwłaszcza społeczna, w sztuce nie ma racji bytu.

Był to wciąż dawny Bribirac, tylko teraz utył jeszcze bardziej i o wiele częściej był pijany. I nader często po pijanemu opowiadał, jak to kiedyś zacznie malować.
Aż pewnego roku nadarzyła mu się okazja, aby zrealizować to, co z zimną krwią zaplanował. Przestał pić, przestał opowiadać, zaprzestał wszystkiego. prócz pracy. Rysy twarzy mu się zaostrzyły, szczęki miał bez przerwy zaciśnięte, spoważniał, bez reszty oddany temu, co było przed nim.

Otrzymał kilka ogromnych zamówień naraz. Jakby jedno pociągało za sobą drugie. O, nikt nie wymagał od niego wybitnych dzieł malarskich. Miały to być raczej prace o charakterze dekoracyjnym. Potrzebna była zręczna i szybka dłoń, która potrafi dzieło wykonać tak, żeby zadowolić upodobania zamawiającego. Losy jednej z tych prac są znane: słynny przemysłowiec i bankier, Sircević, jeden z najbogatszych ludzi w tych zwariowanych czasach, budował olbrzymią luksusową willę na Brodzkim Wzgórzu, koło Slavolskiego Brodu. Bribirac ozdobił wnętrze scenami myśliwskimi, batalistycznymi i aktami kobiecymi. Niestety-, to już nie istnieje - w czasie drugiej wojny światowej, podczas straszliwych bombardowań miast, jakaś zabłąkana bomba trafiła w willę Sircevicia, z której nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Ale może to i lepiej, że tak się stało.

Kiedy minął ten urodzajny rok, Bribirac znowu znalazł się w Zagrzebiu, mając stosunkowo dużą sumę pieniędzy w reku. To mu wystarczało na dziesięć lat skromnego życia. Nie był już młody, stuknęła mu czterdziestka i zawładnęło nim gorączkowe zniecierpliwienie, pośpiech i jakiś lęk, niemiłosiernie przemijający czas deptał mu po piętach.

Zaczął pracować jak szalony - w ogóle nie wychodził całymi dniami z mieszkania. Pracował dniem i nocą, schudł i gryzł się, że nic mu się nie udaje.

'W tym czasie byłem zrozpaczony. Tak się przygotowywałem na tę chwilę, a kiedy nadeszła, stwierdziłem, że jestem bezsilny. Wszystko, cokolwiek malowałem, miało na sobie znamię czegoś już przeze mnie oglądanego. I co gorsza, moje podświadome wzory zmieniały się z szybkościa klatek filmowych: raz podobne do jednego, raz do drugiego malarza. Przeraziłem się i zagubiłem. Znowu zacząłem pić." (Autobiografia, II, 78) Po upływie dwóch lat zorganizował wernisaż, który przeszedł bez żadnego echa, wtedy spakował manatki, płótna, farby, książki i ubranie i pojechał do pewnej małej mieściny na Mljecie, gdzie statek zawijał raz w tygodniu, gdzie nie było elektryczności i gdzie mieszkał w opuszczonym domu, do którego sam wykonał sprzęty z nie ociosanych pni.
Tam, w Polacach, żył całkiem prymitywnie. Jadł, spał i pracował, a jedną rozrywkę stanowiły samotne spacery do Govedjarów, nieco większej osady położonej w sercu wv v s~ Dy, gdzie wypijał jeden lub dwa kieliszki wina, poczym wracał z powrotem do Polacy albo szedł jeszcze dalej do Dużego Jeziora. Byl całkiem samotny.
Szukał swojego obrazu w samym sobie.

"Wiedziałem, że mogę to osiągnąć jedynie cierpliwościa, i uporem. Trzeba było wyleczyć duszę z długich lat banału i plagiatu. Trzeba było nauczyć się wolności, której do tej pory w ogóle nie znałem. Nikt nie mógł mi w tym pomóc" - usprawiedliwia swoją zdradę w stosunku do Viviany, która powoli starzała się samotna, z dala od niego.
Lecz prawda była inna: nikt nie był mu potrzebny.

Kilka osób przypadkowo znalazło się w Polacach: wieczni włóczędzy, piloci szybowców sportowych, lekarze i łowcy żmij. I wkrótce rozeszły się niewiarygodne opowieści o zarośniętym, na pół dzikim malarzu, który tworzy przepiękne obrazy, pełne wewnętrznego blasku i mocy, coś oryginalnego, a zarazem pierwotnego, coś nowoczesnego, a jednocześnie przesiąkniętego tradycją. Potem ludzie nieprzypadkowo zaczęli zagladać do Polacy, to były pielgrzymki; najpierw przybywaii w pojedynkę, badacze, niespokojne i nienasycone duchy, a potem malarze-awanurnicy, wreszcie ci, którzy mieli nadzieję wyciągnąć z tego jakiekolwiek zyski - kupcy, persony urzędowe, handlarze. Proponowali Bribiracowi, aby zorganizował wystawe w Belgradzie, Zagrzebiu, proponowali mu znaczne kwoty pieniędzy za obrazy, ale on odrzucał i jedno, i drugie. Po daremnych próbach kupna usiłowali nawet kraść obrazy, ale to też im się nie udało. I tym sposobem całe bogactwo jego talentu zostało z nim razem. On, który niegdyś tłumił ten talent w sobie, nie mógł się z nim rozstać nawet wtedy, gdy nagle wydobył go na światło dzienne.

Bał się. Tyle życia włożył w te obrazy, że naprawdę bał się o nie, lękał się jak matka, która straciła wsystko
prócz jedynego dziecka. A jego węch, wrażliwy na zapach śmierci, nie opuszczał go teraz. Zapach śmierci otaczał wreszcie jego własne obrazy i artysta nie miał zaufania do nikogo, kto mógłby ich strzec.
I kiedy jego, bezbłędny instynkt ostrzegł go, że nadciąga wielka katastrofa, przed którą nikt uciec nie zdoła, katastrofa, która nie ominie małej mieściny na zapomnianej pustej wyspie, Bribirac przyjął ponętną propozycję pewnego pośrednika, że urządzi mu wystawę w Ameryce, i zabrał ze sobą wszystko, co wziać się dało.
Ale termin ostatecznych rozmów z Amerykanami nieustannie był odkładany, podróż się odwlekała i wojna zastała go w Marsylii, gdzie czekał, aby wsiaść na statek.

Kiedy wreszcie udało mu się oderwać od brzegu, powinszował sam sobie. Myślał pewnie, że jest uratowany.
Jego starannie zapakowane obrazy przewoził jakiś niewielki frachtowiec, który miał zawinąć do Nowego Jorku w parę dni po przybyciu statku pasażerskiego, którym płynął Bribirac. Ale nigdy tam nie dotarł. Jedna z pierwszych torped, jakie wyrzuciły niemieckie łodzie podwodne na Atlantyku na początku wojny, trafiła we francuski frachtowiec "Perpignan II", załadowany szkłem, stylowymi meblami zamożnych domów i całym życiem pewnego malarza.

Który stał na pustym nadbrzeżu ogromnego siwego portu, przygarbiony i znięczony, w rozpiętym płaszczu, wpatrzony w mgły na horyzoncie, skąd przypływały statki. Ale żaden z nich nie był tym właściwym. Właściwy statek leżał na dnie, powoli zanurzał się w piasku, podczas gdy ryby opisywały rytualne kręgi wokół masztu.

Tylko że żaden statek nie mógł się pogrążyć tak głęboko, jak pogrążył się ten samotny i skurczony człowiek na brzegu, przyznawszy w końcu, że walka jest przegrana. Ponieważ, w rezultacie, rozumni i szaleni, wyrachowani i beztroscy, ofiarni i samolubni, zuchwali agresorzy i wylęknieni zbieg.owie, niezarad,ni i przebiegli wojownicy - wszyscy kończą jednakowo. I żaden z nich nie dokonał tego, czego pragnął. Nikt jej nie przechytrzył.
Już więcej nie czuł zapachu śmierci, był bowiem samą śmiercią.
Był stary, zmęczony i zdawał sobie sprawę, że brak mu sił, aby wrócić i zacząć wszystko od nowa. Zakiełkowało w nim ziarno, które w końcu wyrośnie stając się nową różą śmierci. Róża tej barwy, jakiej żaden malarz nie potrafił jeszcze ukraść z rąk przeznaczenia i oddać na płótnie.
Wrócił w tysiąc dziewięćset czterdziestym dziewiątym, gdy już przeszedł był to wszystko, co czeka wysiedleńców.
Kopalnie, i pralnie, i noszenie ciężarów w porcie, i prace w polu w czasie żniw. Nigdy więcej nie dotknał nawet pędzla, nigdy więcej nie poszedł na żaden wernisaż. Obraz na ścianie wywoływał w nim mdłości.

Wrócił do kraju, który był inny niż ta ojczyzna, jaką zapamiętał. Gdziekolwiek poszedł - do kawiarni, teatru. do domu, na dawne miejsca spotkań - nie było już nikogo, kogo by znał. Przyszli inni, inni i młodzi ludzie, obsługiwali go inni kelnerzy, inne życie go otaczało jak cudze ubranie. Przyjaciele zginęli podczas wojny lub po prostu odeszli w mroczne cienie starości i śmierci. Ci, którzy go jeszcze pamiętali lub dopiero z niejakim trudem starali się go sobie przypomnieć, kiwali smutno głowami, okazując zrozumienie i współczucie, bezsilnie machając ręką.
Ale cóż mogli uczynić ci starcy, relikty dawnych, minionych czasów?
Nie było już nąwet wiernej Viviany. Nie mógł się dowiedzieć, czy umarła, czy się przeniosła, czy może wyszła za mąż na stare lata, gdy sprzykrzyło jej sie czekanie na zaklętego księcia. Ludzie, którzy tam teraz mieszkali, byli zupeinie inni.
Znawcy sztuki, kolekcjonerzy, co do których miał nadzieję, że go przynajmniej poznają, zaledwie odnajdywali jego imię w gęstej mgle innych imion z przeszłości, imion, które się plączą, są na końcu języka, ale jakoś brak im siły by się ujawnić, imion nic już nie znaczących. Istniała tylko krucha legenda o nim, a i ona wyblakła, jak wyblakły wszystkie niepewne legendy z dawnych lat, pozbawione pełnego potwierdzenia. Na Mljecie tylko starzy ludzie pamiętali otyłego milczącego człowieka, który wiecznie był umazany farbami i najwyraźniej żył powietrzem, nie mógł bowiem mieć pieniędzy, cuda się nie zdarzają, Ale tamten to był inny człowiek, nąleżący do innego pokolenia, nie ten chudy schorowany starzec. Zresztą kto to może wiedzieć? Po co łamać nad tym głowę? Wszystko było tak dawno. Wiele rzeczy zdarzyło się w ciągu tego czasu. Jakby od tamtej pory upłynęło nie tylko dziesieć, tych niewartych złamąnego grosza, starczych lat, lecz setka o wiele bardziej znaczących lat życia.

W końcu zrozumiał, że jest zapomniany. Zrozumiał, że może nawet w ogóle nie istniał. Ponieważ bez swoich obrazów, bez swych przyjaciół, bez swojego życia, on już naprawdę nie istniał. A dla tego świata, który nigdy od niego niczego nie wymagał ani nie potrzebuje teraz nic innego prócz jego sztuki, dla tego świata, któremu nic więcej dać już z siebie nie może, a który mu wszystko zabrał, mógł się był nawet nie rodzić. Kto teraz udowodni, że kiedykolwiek żył, że komukolwiek był potrzebny?
Przyjął posadę dozorcy hotelowego na pewnej wyspie północnego Adriatyku i zaczął powoli spisywać swoją au tobiografię.

IV

Stałem na molo gładząc kamiennego lwa po zimnej grzywie. Lew beznamiętnie obserwował morze, miał oczy jak dwie martwe kamienne piłeczki przeżarte solą. Zbliżała się ku nam biała łódź pocztowa, kołysana mistralem.
W łodzi znajdował się tylko listonosz. Wolno wiosłował w stronę wyspy. Był juz na tyle blisko, że mogłem rozpoznać służbową czapkę i piaskowożółty mundur, na który czekaliśmy od samego rana. Dlaczego czekaliśmy, lwie? Czyżby to wszystko było jeszcze dla nas takie wążne, czyż nigdy nie zdołamy zerwać z przeszłością? Czy i ja, lwie, będę jak ty wiecznie stać na molo, czekajac na wieści, które nie przychodzą?.

Listonosze wierzą głęboko, że ludzie są im radzi. I dlatego przynosząc listy lekko wyskakują z łodzi, niedbale ją przywiązują i uśmiechnięci niemal po przyjacielsku, od ucha do ucha, wręczają ci list. A cóż dopiero, jeśli to są dwa listy.

- Proszę tu podpisać - powiedział zadowolony.
Obydwa listy były dla mnie. Spojrzałem na nie i rozpoznałem charakter pisma. Odwróciłem je na drugą stronę, jakby potrzebne mi były jakiekolwiek dowody, jakiekolwiek dane.
- Jak się miewa stary? - spytał listonosz, pakując potwierdzenie odbioru do ogromnej skórzanej torby. - Słyszałem, że niedomaga.

Wzruszyłem ramionami. Wiedziałem, że stary patrzy z góry, z okna hotelu, i gdy tylko wejdę do hallu, zapyta o pocztę. Tak jak każdego dnia, odkąd jest chory, pyta mnie, czy widzę łódź pocztową w kanale. Czy zdąża ku nam.
Straciłeś wszelką godność i wstyd, starcze, myślałem rozdrażniony co rano, znowu jesteś zgorzkniały i bezsilny, nie zależy ci już na ukryciu nieszczęścia. Jakbyś nie wiedział, że nie ma nikogo, kto by do ciebie napisał; jakbyś sam o tym nie wiedział! I czy doprawdy aż tak ci to potrzebne? Czy i mnie zawsze będzie aż tak potrzebne? Czy i mnie to w końcu zmoże do tego stopnia? - Choruje - powiedziałern.
Listonosz wskoczył do łodzi, opierając się ręką o molo, odwiązał powróz i siadł do wioseł.
- Długo pan jeszcze będzie na wyspie, panie Mogorović"? - rzucił mimochodem pytanie.
- Nie wiem. A dlaczego pan pyta?
- No, idzie zima, tylko patrzeć. Nie będziemy już tak daleko roznosić poczty. Będzie pan musiał sam przychodzić do miasta, skoro zamieraa pan tu zimować.
- Nie wiem -- odpowiedziałem. - To zależy.
Łódź odpłynęła, mała na ogromnym morzu, które nas dzieliło. Przez jakiś czas spoglądalem w ślad za nią, a potem otworzyłem list. Od Beby.

"Drogi Mogorze!
Dowiedzialam się, że po wyjściu ze szpitala telefonowałeś do mnie. Szkoda, że mnie nie zastałeś, ale może to i lepiej, że się nie spotkaliśmy. Nie wiem, czy moja rodzina ci powiedziała, ale ponieważ dla mnie to wciąż stanowi wielką nowość, jako nowość ci ją przedstawię: wyszłam za mąż. Nie wiem, co mnie napadło, ale jakoś nie mogłam znaleźć innego wyjścia.

Zresztą jest lepiej, niż myślałam. Wyszłam za tego rudego idiotę (nazywam się teraz Frajenfeld - koszmar), którego chyba przypominasz sobie z konserwatorium, tego w okularach - mówiłeś, że to uroczy maminsynek itd.

Jest absolutnie przekonany, że szczyt moich marzeń to lodówka i auto". Cały dzień haruje jak osioł, więc kiedy wraca do domu, jest miękki jak wosk - owijam go sobie wokół palca.

Odkryłam, że strasznie lubię rządzić; kiedy kupi samochód, zmuszę go, żeby mi kupował futra albo perskie dywany, wszystko jedno co. Czasem miewam te swoje humory, wtedy największą przyjemność sprawia mi dokuczanie mu i kłótnia. (Cóż robić, nudzę się!) Przychodzą do nas głównie jego koledzy, tacy sami jak on, chłopcy z dobrych domów - powiedziałbyś: ciepłe kluchy - nie mają odwagi nawet na milimetr zboczyć z linii, tak że o jakiejś zabawie czy zwykłym promiskuityzmie nie ma mowy. Wszystko to razem dość zasmarkane.

Postanowiłam namówić go na dziecko, jeśli potrafi. Może to będzie jakieś rozwiązanie. Mam nadzieję, że nie będzie rude.
W tych dniach odwiedził mnie Aldo, i mój mąż niemal zatrzasnął mu drzwi przed nosem: Aldo wyglądał jak żebrak. Przyszedł, żeby mnie zawiadomić o dacie pogrzebu Krżljaka - chyba ci już ktoś pisał o Krżljaku? Zabił się dwa tygodnie temu i długo nie udało się stwierdzić, czy umyślnie, czy przypadkowo, więc pochowali go dopiero teraz. Aldo zresztą był dość chłodny w stosunku do mnie, wyobraź sobie. Opowiadał, że tobie przekręciło się w głowie od czasu wyjścia ze szpitala. Przypuszcza, że skończysz jako religijny obskurant. Radzę ci, ożeń się! Dla towarzystwa Cygan dał się powiesić.


Ciuk mnie nie znosi. Widywałam go tu i ówdzie, ostatnio na moim ślubie, gdzie pokłócił się z moim meżem i połową gości. Znasz go. Mój ślubny go nie cierpi. Zresztą stał się prawdziwym kawiarnianym cynikiem, chla jak świnia i wszyscy mówią, że teraz strasznie źle maluje.

Widzisz, jak się rozgadałam: nie mam z kim ludzkiego słowa zamienić. Kiedy myślę o Tobie, staję się troche sentymentalna - ale wydaje mi się, że wszystko, co przeżyliśmy razem, było już strasznie dawno.

Cała nasza paczka się rozpadła i czasami, ilekroć wspominam, wiem, że już nic nie mogłoby nas połączyć. Coś nas rozrzuciło jak plewy. Może my sami.
Może tak się dzieje z całym naszym pokoleniem, może w ogóle wszystkim ludziom to się zdarza.
Czasami zastanawiam się, kto z nas jest winien. Czy wszyscy, jak mówił Ciuk, jesteśmy zdrajcami? Czy po prostu sprawy tak się toczą?
Jest dla mnie oczywiste, że czegoś już nie ma. Co to takiego, nie wiem. Ty wiesz na pewno, zawsze w tych sprawach mądrzejszy byłeś ode mnie. Ale to nieważne.
Kto by jeszcze łamał sobie nad tym głowę?
Słyszałam, że praca ci idzie dobrze i robisz forsę na całego. Naturalnie, jak zawsze, absolutnie nie mam pojęcia, czym się zajmujesz. Może jesteś akwizytorem ogłoszeniowym? Czy zwyczajnie trudnisz się przemytem, jak kiedyś?
Mam nadzieję, ze już ci wywietrzały głupie pomysły o pisaniu. To nie dla nas.
Napisz jednak do mnie, jak przyjdzie Ci ochota. Nie gardź mną i nie myśl, że zapomniałam o wszystkim, co było.

Twoja Beba

Drugi list był znacznie krótszy. Wzywali mnie do powrotu i kontynuacji pracy w przedsiębiorstwie ogłoszeniowym, gdzie byłem zatrudniony. List był chłodny, urzędowy i wyraźnie oznajmiał, że "aczkolwiek Przedsiębiorstwo potrzebuje ludzi o Pańskich zdolnościach i doświadczeniu, będzie jednak zmuszone, o ile nie otrzymamy do końca miesiąca Pańskiej definitywnej odpowiedzi, powierzyć Pańskie stanowisko..." itd.

Obydwa listy podarłem na maleńkie kwadraciki i wrzuciłem do morza. Wiatr poniósł je jak płatki kwiatów. za-
kołysały się na wzburzonej powierzchni małej zatoki jak łaln białego kwiecia na wietrze. w tej samej niemal chwili pożałowałem swego nieprzemyślanego czynu, przywidzia~ ło mi się, że coś tracę wraz z tyIIii listami. J akbym wysadził most, po! którym mogłem wrócić.

Ale nie było, widać, dokąd wracać. Nawet wyznaczony termtn po'wrotu minął, zanim list do mnie dotarł. Dzięki temu problem nie istniał. W ten sposób zapadają wielkiej wagi decyzje; kiedy jest już za późno na co innego. Zatem zostaję.
I to dobrze. Dobrze, że zostaję, że nie mogę już wrócić, że nikomu nie jestem już potrzebny. Dzięki temu mogę zostać tutaj z czystym sumieniem, bez obowiązków i powinności. Bribirac jest stary i obłożnie chory, więc jeśli umrze w najbliższym czasie, mógłbym objąć jego posadę, pilnować hotelu i żyć wystarczająco obojętnie.
Na razie, póki nie umrze, jestem mu potrzebny. Potrzebny jestem tutaj, mówię, aby pomóc człowiekowi. Kto z was może się pochwalić, że jest potrzebny człowiekowi?
A zresztą, czy nie wystarczy, że jestem komuś potrzebny?

V

I tak oto tej suchej, chłodnej jesieni, siedząc w ogromnym pustym gmachu, kiedy wiatr wściekle jęczał w sosnach, powitaliśmy ostatnie urodziny zmęczonego Starca. Siedzieliśmy w przestronnym, akustycznym hallu, wyłożonym zimnymi płytami. Trochę mebli, jakie zostały w hallu po sezonie, pokrywały brudne płócienne pokrowce.
Jedynie pośrodku sali stał długi stół, nakryty białym obrusem; starzec i ja siedzieliśmy po obu jego stronach.
Poza sezonem na wyspie nie było elektryczności i rząd świec płonął pomiędzy naszymi oczami. Twarz starca robiła wrażenie bardzo dalekiej, bardzo ciemnej w blasku świec.
Próbowaliśmy rozniecić ogień w staroświeckim kominku, ale bez powodzenia: albo świeże drewno nie chciało się rozpalić, albo też kominek z zatkanym wylotem już od dawna służył jedynie do ozdoby. Od czasu do czasu przysuwałem ręce do płomiennej świecy, aby je rozgrzać.

Czułem, że nie powinienem się tutaj znajdować: to była uroczystość dla jednego tylko człowieka, święto samotnika, i przypadkowy gość, jakim byłem, nie może być mile widziany. Zdawało mi się, że niezręcznie i nietaktownie psuję plany przeznaczenia.

W myśl jakiejś logiki, której twórca nie jest mi znany, starzec powinien być zupełnie sam. Dlaczego jestem tutaj? - zadawałem sobie pytanie. Czy jestem komuś potrzebny, czy w ogóle ktoś komuś może być potrzebny? Czy jestem tylko intruzem, niepożądanym świadkiem, przypadkowym gościem?

Aby koszmar stał się jeszcze większy, przez cały czas jasno zdawaliśmy sobie sprawę, że sami go zgotowaliśmy.
Wino, jakie udało się nam dostać, było wspaniałe, kolację zrobiliśmy z najlepszych produktów, jakie znaleźliśmy w całym miasteczku, przyrządzaliśmy ją starannie i ze smakiem, aranżowaliśmy ją z inwencją i zapałem, podawaliśmy w najwspanialszych naczyniach, w kryształowych kielichach, na błękitnej porcelanie z Cardiff, przy lśniących srebrnych lichtarzach. Trudziliśmy się nad tą kolacją przez cały dzień, zapominając w zapale twórczym, po co ją przygotowujemy, kto do niej zasiądzie.

Podniosłem się, aby puchary napełnić winem. Odepchnięte krzesło napełniło pomieszczenie jękiem i grzmotem. Usiłowałem jak najlżej stąpać po płytach posadzki: dzwoniły niczym miedź.
Wzniosłem kielich bez słowa. Poprzez swój kielich widziałem, jak rząd świec iskrzy się jasno i ciepło, przypominając wigilijne sztuczne ognie. Niemal znienawidziłem to wino, które było tak dobre. Dobre wino bez celu. Kiedy spróbowałem, miałem wrażenie, że własne podniebienie szydzi ze mnie. Było prawie bluźnierstwem w tym momencie oceniać wino.
- Dlaczego nie jesz? - spytał starzec podejrzliwie.
- Nie jestem głodny - odpowiedziałem i moje słowa odbiły się od sklepienia echem jak dzwon. - Kiedy gotowałem, próbowałem jednego, próbowałem drugiego i najadłem się.
Starzec w milczeniu pochylił twarz nad talerzem, grzebiąc bezwolnie widelcem w jedzeniu.
- Czy duży wiatr? - zapytał po pewnym czasie.
- Prawdziwa burza - odrzekłem.
- To tylko wiatr szumi czy morze też?
Nasłuchiwaliśmy uderzeń fal o północne molo.
- Słyszysz? - powiedziałem.
- Myślałem, gdyby tak ktoś przypadkiem... - Starzec spojrzał zawstydzony na jedzenie.
Gdyż nie było nadziei, że ktokolwiek pojawi się przypadkiem.

Nie miało sensu kontynuowanie rozmowy. Skończyliśmy kolację, zestawiliśmy naczynia na jedną stronę stołu i usiedliśmy trochę bliżej siebie, przysunęliśmy świece i wyciągnęliśmy karty. Starzec powoli i uważnie skręcał papierosa z krajowego tytoniu. Ale nie graliśmy. Coś pękło w atmosferze, coś, czego nie można już było naprawić. Zdawało się, że zostaje nam już bardzo mało czasu.
- Byłem nieomal pewny, że od tych urodzin coś się zmieni - powiedział starzec ze zniechęceniem - wydawało mi się, że jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja. A tymczasem nic. Wszystko tak samo. Gramy w karty.
- Co cię napadło, stary? Urodziny to taki sam dzień jak każdy inny. Masz dopiero sześćdziesiąt siedem lat, a narzekasz.
- Nie o lata chodzi. Człowiek zastanawia się tylko:
Dlaczego jeszcze żyję? Jakie to zadanie jeszcze mnie trzyma przy życiu? Ciągle myślisz: Zobaczymy, wszystko się jeszcze wyjaśni, znajdzie się miejsce i dla ciebie. Ale wszystko jest tak, jak było, rzecz jasna. Mam wrażenie, że spełniłem swoją rolę i teraz po prostu nie istnieję. Co mnie jeszcze trzyma przy życiu? Ślepy instynkt. Niezdolność spokojnego zejścia ze świata.
- Teraz się obżarłeś, więc na skutek złego trawienia nachodzą cię czarne myśli - powiedziałem na pocieszenie.
- Nie gadaj byle czego, mały. Wiedziałem o tym wszystkim i przedtem, tylko człowiek nie ma odwagi przyznać się przed samym sobą. I ty wiesz, tylko nie śmiesz mi powiedzieć. Myślisz: Po co mam się znęcać nad starym, niech umrze w spokoju. Ale nie umiera się w spokoju, dopóki nie rozstrzygnie się pewnych spraw.
- Akurat, wiele ich rozstrzygniemy. - machnąłem ręką.
- A kto ciebie pyta? Ja je rozstrzygnąłem. Trzeba tylko poddać się przeznaczeniu i przestać się borykać. Jedynie walka trzyma cię przy życiu. Gdy raz się zdecydujesz, przepadło.
- Mówisz, jakbyś się cieszył, że ty...
- Oczywiście, może mam płakać? Za kim i za czym łzy ronić? Myślisz, że łatwo jest walczyć? Że mi to kiedykolwiek przyniosło jakąś satysfakcję? Diabła tam! Sprzykrzyło mi się i naprawdę się cieszę. Cieszę się, bo to moje ostatnie urodziny i ostatni raz podsycam w sobie nadzieję, choć wiem, że jest daremna, że ostatni raz czekam na coś, co z pewnością nigdy się nie zjawi. Cieszę się, że ostatni raz muszę się za coś obwiniać i z czegoś tłumaczyć. Cieszę się, bo ostatni raz myślę, że żyję, chociaż w istocie od dawna już jestem zupełnie i raz na zawsze martwy. Cieszę się, bo zrozumiałem, że tego, czego teraz nie ma, nigdy faktycznie nie było i nigdy być nie może.
- Dalej, dalej! Nie będziemy chyba teraz negować wszystkiego, co się kiedykolwiek zdarzyło! - powiedziałem bez przekonania, chcąc mu dodać otuchy, współczując mu w istocie. I ty na pewno przeżyłeś wiele, zdobyłeś niejedną fajną babkę i te rzeczy...
- Widzisz, kiedy wróciłem, opowiadano mi, że była wojna, ciężka wojna - westchnął Bribirac, jakby sprawiało mu trudność powtarzanie ogólnie znanej rzeczy ale jak mogę im uwierzyć? Jak można wierzyć, że kiedyś coś w ogóle było? Było tylko to co i teraz. I my byliśmy tym tylko, czym jesteśmy. W jaki sposób można udowodnić, że coś kiedyś było inaczej? Słowami? Słowa, wierz mi, zmieniły się razem z naszym obrazem przeszłości. Mówić, że coś było inaczej, to to samo, co twierdzić, że w dalekiej przyszłości coś będzie inaczej. Można to mówić, ale brak dowodów. Nie można wierzyć, że cokolwiek było inaczej i że kiedyś cokolwiek będzie inaczej, gdy człowiek wie, jak jest. Życie nie jest niczym innym jak tylko umieraniem. życie, mój drogi, to jest to, czym ty i ja żyjemy. Nic nigdy nie było inaczej. To bezsens spodziewać się czegoś po przeszłości i przyszłości.
- Co chcesz powiedzieć? - zapytałem szorstko. - że nie ma sensu żyć? I co z tego? Jakby to wszystko nie było jasne i bez ciebie? Odkryłeś Amerykę, starcze!
Byłem bardziej impertynencki, niż zamierzałem. Ale nie mogłem znieść własnegb współczucia. Współczucie jest tym mostem do bliźniego, który najszybciej załamuje się pod twoim ciężarem. A współczucie we mnie powoli przeistaczało się w niechęć. Niepokój, że kiedyś mógłbym się stać do niego podobny, zamieniał się w nienawiść do wszystkiego, co jest do niego podobne. Czy i ja, gdy mnie zmogą jak jego, będę mieszać z błotem i niszczyć wszystko, co przedstawiało, dla mnie wartość, zapomnę o tym wszystkim, co miało, dla mnie jakieś znaczenie? Niedobrze jest stać koło człowieka zgubionego, człowieka zhańbionego, złamanego. Nieustannie czujesz, że potęguje się w nim zło, że i ciebie także pragnie pociągnąć w przepaść, zbrukać swoją hańbą, złamać cię swoim własnym bólem. Niedobrze jest stać w pobliżu ruin, bo mogą się zwalić i na twoją głowę.
A im bardziej nieugięty i wspaniały był duch, tym mizerniejsze i bardziej odpychające są jego szczątki.
I od tej pory zaczął narastać we mnie bunt przeciwko niemu, przeciwko wszystkiemu, co znaczyły jego słowa i jego życie. Zacisnąwszy wargi stanąłem po drugiej stronie, po stronie bezmyślnego, życia, podsycając w sobie miłość i nienawiść, waleczność i przebiegłość, wiarę i nadzieję, siłę i zajadłość. Stałem się nagle znowu bojownikiem, który wznieść może sztandar ponad głową. To, że nie ma pojęcia, jaki jest na nim emblemat, nie zmienia w niczym jego bojowej zaciekłości i żądzy zwycięstwa. Walczyłem przeciwko niemu i przeciw sobie. Broniłem czegoś, czego nie życzyłbym bronić najgorszemu z wrogów. Ale walka posiadała sens sama w sobie. Czułem wreszcie, że żyję.
Nie współczułem już nikomu na świecie. Najmniej sobie.
I przyłączając się do falangi walczących ze śmiercią, bezimienny i ofiarny jak oni, żywy i zdrowy, wbrew własnej woli i przekonaniom ruszyłem do walki w imię najzwyklejszego życia bez wielkich problemów, bezmyślnego, głupiego, ograniczonego życia, lecz jednak życia..

Oczywiście, człowiek bardzo łatwo może wykrzesać w sobie takie uczucia, gdy zostanie sprowokowany, ale bardzo trudno to wyjaśnić, a jeszcze trudniej znaleźć usprawiedliwienie. Gdy człowiek broni życia, tak mało argumentów ma pod ręką.
Jedynym argumentem jest może samo życie. Ale jak to oznajmić martwemu? Jedyny może argument to nie pytać o nic, lecz być zadowolonym, ale jak to wytłumaczyć niezadowolonemu, któremu ze wszystkiego, co niegdyś posiadał, pozostały tylko pytania?
Czułem, że starzec nie ma racji w tym, co mówi, ale nie mogłem się przeciwstawić, nie miałem jak. Mogłem tylko podwoić bunt, zahartować determiinację, pogłębić wiarę, podsycić nienawiść.

Słuchałem go tego dnia i następnego, i przez wiele jeszcze dni na pustej wyspie, gdy wokół nas szalały burze, zacierały się dnie i noce, smagały późnojesienne wiatry z południa. Gdy łodzie i ludzie omijali wyspę. I czułem, że słowa starca są coraz to mniej bezpłodne, że kiełkuje we mnie ziarno buntu, na urodzajnej glebie moich własnych wyrzutów sumienia nawadnianej rzekami jego zdrady. Równowaga była zachwiana i wtedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że on naprawdę musi wkrótce umrzeć.
A on mówił i mówił, jakby chciał się wygadać za całe życie.
Wszystko, co mogłem mu rzec w odpowiedzi, to: Jednak żyjemy.

- Masz wiele złudzeń - mówił Bribirac, coraz spieszniej, coraz bardziej niecierpliwie. - Człowiek do końca pełen jest złudzeń. Do końca wierzysz, że można odkryć regułę istnienia. Ale wszystko to jest żart, powiadam ci.
Wszystko to tylko odkładanie ostatecznej decyzji. Masz, przywlokłeś się na tę wyspę, chociaż jesteś młody, żeby się z czymś w sobie uporać. Figę osiągniesz. Nie myśl, że i mnie nie chodziły po głowie podobne myśli - przed wojną zostawiłem wszystko i wyjechałem na Mljet. Nie muszę ci mówić, jak to się skończyło. Pamiętam o pewnym zdarzeniu, jakie miało miejsce w Ameryce podczas wojny.

Pewien mieszaniec z wysp Bahama, fenomenalnie bogaty, poddał się kastracji i powędrował gdzieś do Tybetu, aby poznać żywą prawdę czy coś takiego. Pisał stamtąd wiele listów i artykułów i młodzi ludzie mu wierzyli, wpadali w zachwyt. Powstał nawet cały kierunek z niedorzecznym programem. I co się zdarzyło później? Listy z Tybetu przestały nadchodzić, a gdy znowu się po,jawiły, pisane były zniekształconymi słowami, niezrozumiałym językiem, pełne zbzikowanej logiki. W końcu wreszcie zrozumiano, że on w istocie nie jest już człowiekiem, że przemawia w imieniu jakiegoś innego gatunku, nie ludzkiego. Tak się dzieje, gdy człowiek zapragnie sam kierować swym życiem. Gonisz jakiś ideał - i kończysz w Tybecie. I nie widzę wielkiej różnicy między Tybetem a zwykłym kopczykiem przy drodze. Człowiek jest biedny. Wolno mu żyć bezmyślnie. Pozwolono mu na życie takie, jakie jest. Z niczego, co widzi, nie śmie wyciągać konsekwencji. Jedyna konsekwencja, która czeka go na końcu, to śmierć. Po cóż się tedy zachwycać sobą?


Tak mówił starzec. Ale nie miałem najmniejszej chęci poddać się woli losu. Słuchając go czułem, że staję się silniejszy. Bliskość śmierci dawała mi moc.
I zrozumiałem, że ziemskie szczątki tego starca jedynie ja utrzymuję jeszcze przy życiu.
Ja, który jestem samym tylko życiem.

VI

Pewnego ranka starzec spróbował dźwignąć się z pościeli, ale już nie miał sił. Chwyciły go zawroty głowy, skarżył się na jakiś podstępny ból w skroniach i znowu się położył. Leżał na wznak, zupełnie nieruchomo, i przez cały dzień tajemniczo uśmiechał się do obrazów, które mu wirowały pod na wpół przymkniętymi powiekami. Podawałem mu jedzenie, ale wszystko odtrącał machnięciem długiej pożółkłej ręki, nawet nie spojrzał na mnie, wpatrzony w jakiś odległy punkt. Nieustannie odczuwał pragnienie i prosił o wodę, ale, jak zdołałem się zorientować, nie miał temperatury.
Następnego dnia był jeszcze bledszy, spokojniejszy i głos miał słabszy, więc sprowadziłem lekarza. Starzec uśmiechał się i powiedzilał, że nic go nie boli, nic mu nie dolega, nie chce iść na obserwację do szpitala. Lekarz bezradnie rozłożył ręce, dał mi receptę na witaminy, zalecił posilniejsze jedzenie, czarną kawę, umiarkowaną ilość wina i odszedł. Wróciłem do starca, zamierzając go zbesztać, że nie chce się poddać badaniu w mieście, ale napotkałem jego wesołe spod wpółprzymkniętych powiek spojrzenie, pełne zrozumienia, zabarwione, powiedziałbym, nawet jakąś pogodą i rezygnacją.
Niemal w ogóle już się nie poruszał. Ręce jego spoczywały na kołdrze, nieżywe, pergaminowe. Ządał tylko dwóch rzeczy: czegoś do picia i mojej obecności. Niczego mi nie wymawiał, nie marudził i nie zrzędził, ale jego łagodny uśmiech, bezradnie szczęśliwy ze wszystkiego, co go otacza, tyranizował bardziej niż jakiekolwiek żądania.

Usiadłem przy łóżku, słuchając nieprzerwarnego, ledwie słyszalnego mamrotania. Mówił bez końca, niezmordowanie i niezrozumiale. Widać ważne dlań tylko, było, aby ktoś go słuchał, a nie słyszał i rozumiał. Siedziałem tak całymi dniami, zmęczony i niewyspany, patrząc na jego woskową twarz, w ciągu dnia wycieńczoną i przezroczystą, widmową i drżącą w blasku świec. Leżał i powoli stygł, kiedy jesień przeistaczała się w zimę. Nikt nie nadchodził.
Nie było już nic, co mógłbym uczynić.

Kiedy umarł, niemal poczułem ulgę.

Nie, nie cieszyłem się, że umarł, ale po nie kończącym się i beznadziejnym wysiadywaniu przy łożu chorego ożywienie, jakie zapanowało po jego śmierci, oznaczało dla mnie dużą zmianę i wyzwolenie jakiejś energii, która się we mnie nagromadziła. Gdzieś w skrytości ducha odetchnąłem z ulgą, jakbym przebył wreszcie długą i niebezpieczną kładkę ponad jakąś niepojętą przepaścią.

Przez dwa dni pochłonięty byłem bez reszty załatwianiem formalności związanych z pogrzebem. Ktoś to musiał zrobić, a zdaje się, wszyscy się spodziewali i uważali za zupełnie oczywiste, że to mój obowiązek. Łodzie bez przerwy kursowały między wyspą a lądem, przewożąc lekarza dla przeprowadzenia obdukcji zwłok, grabarza, milicjantów. Przyjmowałem ich i żegnałem jak gospodlarz, odpowiadając na szereg pytań dotyczących spraw, o których nie miałem pojęcia, wymyślając dane, popadając w konflikt z biurokracją. Jego najbliżsi krewni? Ostatnie stałe miejsce pobytu zmarłego przed przybyciem na wyspę? Komu pozostawił swoje mienie? Czy wiem o istnieniu jakiegoś dokumentu, mówiącego o tym? Kto pokryje koszta pogrzebu? Gdzie są dokumenty o ubezpieczeniu społecznym?

Bez przerwy musiałem kursować między wyspą a miastem, między miastem a wyspą, tłuc się po urzędach, zdobywać podpisy, wypełniać formularze, szukać odpowiedniej trumny, tanich kwiatów, kobiet, które by go umyły i ubrały. Musiałem zadecydować, czy obrzędu dokona ksiądz i który ksiądz. Nie wiadomo panu, jakiego był wyznania? Dziwne! Chyba rzymskokatolickiego. Czy nie wyraził żadnego życzenia, jak i gdzie ma być pochowany? Biorąc pod uwagę jego wiek, byłoby logiczne, aby pochował go ksiądz. Kim pan jest dla niego? Nikim. Bardzo dziwne. Nikim.
Jestem dla niego nikim. Człowiekiem grzebiącym część własnego losu.

Musiałem pospiesznie uporządkować jego papiery i przekazać je władzom na przechowanie. Legitymacje, świadectwo o zatrudnieniu, wyblakłe fotografie. Sobie pozostawiłem pakiecik listów, starannie przewiązany kawałeczkiem zwykłego sznurka. I dwie teki papierów zapisanych jego drobnym, nieczytelnym pismem. Były to lisy, ktore zwróciła mu Viviana, nim bez niej wyruszył do Ameryki, żółte, wystrzępione na brzegach, ale wciąż jeszcze czytelne. W tekach znajdowała się jego niedokończona Autobiografia, chaotyczna, banalna, fragmentaryczna. Spisywał ją tutaj na wyspie, rzadko i niechętnie, coraz rzadziej, im bardziej zbliżał się do kresu swoich dni. Przypuszczałem, że to nie zainteresuje władz. Zdawało mi się, że byłoby bluźnierstwem, gdyby ktoś to czytał bez szacunku i zrozumienia, i czułem, że przynajmniej tyle mu jestem winien: zabrać, ukryć i zniszczyć te listy.

Musiałem całymi godzinami rozprawiać z jakimś nadętym i pedantycznym przedstawicielem przedsiębiorstwa zarządzającego hotelem na wyspie: czy po śmierci starca wszystko pozostało w porządku; kto może dać gwarancję; jak należy dokonać aktu zdawczo-odbiorczego własności, aby dozorowanie hotelu mógł przejąć kto inny. W rezultacie nie miałem ani jednej chwili na smutek i rozmyślania, nie mogłem poddać się łagodnej atmosferze śmierci. Nie miałem czasu na pełne zachwytu lub nienawiści wspominanie go. Byłem głęboko wdzięczny śmierci, że nie jest jednoznaczna.

Pogrzeb odbył się wczesnym popołudniem, kiedy widzi się najmniej ludzi. Za trumną szedłem ja i dwie czy trzy bezimienme niewiasty w czerni, jakie chyba można znaleźć o każdej porze na każdym cmentarzu. Dął stosunkowo silny, zimny wiatr i wszyscy milczeli. Niewiasty modliły się z pokorą, chyląc głowy pod czarnymi chustami. Ksiądz nad otwartą mogiłą wymamrotał kilka niewyraźnych słów, oficjalnie skinął mi głową i pospiesznie się oddalił. Wokół kostnicy zgromadził się tłum ludzi w oczekiwaniu na jakiś większy i znaczniejszy pogrzeb.

Wszystko skończyło się w dziesięć minut. Nad grobem zostałem ja i zwykły krzyż z jakiegoś miękkiego drewna.
Na krzyżu widniał niezręcznie nagryzmolony czarną farbą napis, jaki sporządziłem na zakurzonym stole przedsiębiorstwa pogrzebowego. Tutaj spoczywa Ivan Bribirac, malarz chorwacki, urodzony w 1886, zmarł w 1953. Napis szybko zmyją deszcze, miękkie drewno rozpęknie się i zszarzeje, słowa zgubią sens, nazwisko straci jakiekolwiek znaczenie. Wzruszyłem ramionami.
Powróciwszy na wyspę uczułem wreszcie, że jestem szalenie zmęczony.

Błądzilem jakiś czas po pustym. budynku, słuchając echa własnych kroków. Zrozumiałem, że coś przepadło bezpowrotnie, ale, o dziwo, nie byłem teraz szczególnie zatroskany z tego powodu. Zapragnąłem położyć się i dobrze wyspać, a potem zacząć wszystko od nowa.

Rzecz jasna, nie było już żadnego powodu, abym pozostał na tej wyspie. Teraz, gdy się nad tym zastanawiałem, spokojny i nieomal zadowolony, wydało mi się śmieszne, że w ogóle myślałem o pozostaniu tutaj. Dziwiłem się sam sobie, czego w ogóle tutaj szukałem. Całe szczęście, że tak się to szybko skończyło. Wszedłem znowu do swojego pokoju i zacząłem systematycznie pakować rzeczy. Kiedy ładowałem książki i papiery do torby podróżnej, wpadła mi w ręce Autobiografia Bribiraca. Przeczytałem ją powierzchownie, siedząc na brzegu nie zasłanego łóżka w zimnym pokoju, który już teraz wyglądał tak, jakbym go opuścił.
Wszystko, co przeczytałem, wydało mi się tak odległe i obce jak z innego świata i innych czasów. Spakowałem Autobiografię i listy, zamknąłem torbę i wyszedłem ostatni raz popatrzeć na wyspę.
Już całkiem się ściemniło i wiatr przybrał na sile. Zdawało się, że gałęzie sosen, fale, wiatr, obłoki, cała tę noc pochłonął wir, z którego nie ma wyjścia. wszystko kotłowało się, jakby ziemia, niebo, i morze zmieniły miejsca. Przytrzymując się rękami mokrych gałęzi zszedłem stromą ściężką na molo. Fale zbryzgały mnie deszczem drobnych, ostrych kropel.

Może to niebezpieczne przepływać kanał o tej porze, pomyślałem. Próbowałem przeniknąć wzrokiem rozkołysaną ciemność, aby ocenić możliwość przeprawy. I wtedy uśmiechnąłem się blado do tego gigantycznego piekielnego kotła, który się toczył przez całe wieki, by znaleźć się tutaj, przede mną, kipiąc przed moimi oczyma, jakby cały spektakl przeznaczony był tylko dla mnie. Czułem się bezsilny, lecz wiedziałem, że przy swojej małej desperackiej odwadze przepłynę go bez względu na porę.
Bowiem w moim splątanym drzewie genealogicznym z pokolenia na pokolenie niczym relikwię dziedziczono pogląd, że gdzieś zawsze istnieje jakieś życie inne od tego tutaj; nie lepsze, nie piękniejsze, lecz po prostu inne może tak samo nieznaczące, może iście bezmyślne, ale takie, w którym i dla nas znajdzie się miejsce. Jeśli twoje życie ci się nie podoba, jeśli ci obmierzło i dokuczyło, jeśli jesteś samotny, zagubiony i przerażony - odejdź, bracie! Zawsze znajdzie się w tobie siła na krok naprzód, aż do ostatniego kroku. I choćby wszystkie kroki oznaczały przejście tej samej drogi, choćby z tego piekła można tylko wpaść do innego piekła, choćby od stworzenia świata wszystko było bez znaczenia, jednak tylko w takim świecie rodzi się człowiek, w takim świecie żyje.

Znowu zerwane są wszystkie więzy, znowu jestem w drodze, ja, zbieg. I przede mną, poza ciemnym niespokojnym morzem rozciąga się nie ograniczony niczym czas, dający mi możliwość wszystkiego, co w ogóle dostępne jest człowiekowi; przede mną tysiąc dróg i sposobów zmiany życia.