OPOWIADANIE SIÓDME
I
SPOTKANIE ZE STARYMI PRZYJACIÓŁMI
Pamiętacie Tanię? Pamiętacie Grabieża? Przypomnijcie ich sobie, a zobaczycie siebie takich, jakimi nigdy nie byliście. Przypomnijcie ich sobie, a przyjdą wam na myśl pragnienia, których nigdy nie mogliście spełnić; okazje, których nie zdołaliście wykorzystać; wolność, której nie potrafiliście sprostać. Przypomnijcie sobie, może zaskoczeni, że wciąż jeszcze istnieje dla nas wszystkich nadzieja, bo nie jesteśmy zbyt starzy, bo wciąż jeszcze żyjemy.
Oto co myślałem jadąc do nich: wciąż jeszcze żyjemy, na przekór wszystkiemu. Ani czas, ani zdarzenia, ani huk dział, ani słowa, nic nie mogło zmienić ostatnich z naszego plemienia - nasze plemię rozmnaża się, dumne, niezwyciężone, wolne. Wciąż jeszcze jesteśmy. Wciąż jeszcze możemy się spotkać, bo nawet jeśli żyjemy w oddalonych punktach kuli ziemskiej, pamiętamy o sobie. Jeszcze nie wszystko stracone.
Tak myślałem, ale w głębi duszy przeczuwałem co innego.
Gdy tylko wysiadłem z pociągu, poczułem się wolny, jakby całą olkolicę, gdzie oni mieszkają, wypełniał ten fluid wolności, który z nich promieniuje. Stałem na pustym peronie małej stacyjki o wczesnym słonecznym poranku i nurzałem się beztrosko i szczęśliwie w świeżym czystym wietrze, który powiewał stamtąd, dokąd zamierzałem się udać. Tu przyszło mi do głowy, że wszystko, co kiedykolwiek myślałem o wolności, związane było z Tanią i Grabieżem.
I dlatego, kiedy patrzyłem na tę szczęśliwą ziemię, którą uświetnili swoją obecnością, byłem pewny, że i ona musi być tak samo cudownie wolna jak jej mieszkańcy.
Ziemia, po której idzie się prostym szlakiem, bez ogrodzeń, dróg, miedz i drutu kolczastego. Słoneczna poranna ziemią, nad którą przepływa świeży swobodny wiatr, pełen jodu.
Leżała przede mną pełna łagodnie zaokrąglonych pagórków, bogata w winnice i drzewa figowe, z ciemnymi wieżami cyprysów i miękkimi kopułami sosen, rozciągała się miękko aż po horyzont, gdzie w niebieskawej mgiełce wznosiły się jak drogowskaz ruiny zamku z dawnych czasów. A między tą małą kolejową stacyjką a starym zamkiem nie było żadnego budynku, żadnego słupa telegraficznego, żadnego komina, który by cię mógł ściągnąć z obłoków. To była cudowna biblijna dolina. Czułem się tak, jakbym znalazł się w zupełnie innym kraju, a przecież byłem u siebie.
Beztrosko jak absolutnie wolny człowiek ogarnąłem spojrzeniem całą tę błogosławioną krainę i wskazując ruiny zapytałem:
- Można tam dojść na przełaj czy tylko drogą?
Kolejarz, w krótkim ciemnym kożuchu pomimo lata, zatrzymał się wymachując zgaszoną latarnią i zmierzył mnie wolno wzrokiem od głowy do brązowej torby podróżnej u moich stóp.
- Idzie pan do gospodarstwa? - zapytał.
- Tak.
- To trzeba drogą - odparł obojętnie. - Tutaj budują lotnisko. Nie widać, bo to za pagórkiem.
Ruszyłem więc wiejską drogą między rowami porosłymi krzakami głogu, patrząc pod nogi, by się nie potknąć o kamienie. W ten sposób wiedziałem przynajmniej, że nie zabłądzę.
Nie jest to ich ziemia, pomyślałem. Świat zresztą nigdy do nas nie należał.
Podobnie gospodarstwo, którym zarządzał, było własnością nie Grabieża, lecz państwa. On posiadał na wysokim morskim brzegu jedynie mały jednopiętrowy domek z ciosanego kamienia, obrośnięty winną latoroślą, kilka koślawych fig w zacisznym miejscu za domem, małe, białe kamienne molo, do którego schodziło się stromym brzegiem po wykutych w skale stopniach, i wysłużoną barkę z motorem wymontowanym ze spisanej na straty piły mechanicznej. Złożona z kilku chałup wieś znajdowała się nie opodal, pośród fioletowozielonych oliwek, wciśnięta w ląd, jakby lękała się morza. Wyraźnie nie rybackie, lecz rolnicze osiedle. Wszystko bardzo odmienne od tego, czego się spodziewałem.
Ale w glębi duszy wiedzialem, że tak będzie.
Grabież mył się przed domem w miednicy postawionej na grubo ciosanej ławie. Był obnażony do pasa, koło jego nóg stał dzban z wodą, za pasek miał zatknięty ręcznik.
Uniósł głowę, wciąż jeszcze pochylony nad miednicą, i popatrzył na mnie zasępiany spod mokrych brwi, jakby spodziewał się jedynie przykrości. Stałem uśmiechając się bez słowa. Czekałem.
Poznał mnie. Twarz mu się rozjaśniła, uderzył mokrą ręką w kolano, wyprostował się.
- Mogor - wykrzyknął. - Na Boga, Pero, to ty! Czemu od razu nie mówisz!
- Przyjechałem zobaczyć, co porabiasz, Grabież - odrzekłem.
Weszliśmy do domu, do czystej typowo dalmatyńskiej kuchni, z pstrokatym obrusem, z porcelanowymi naczyniami, na których pośród kwiatków i wijących się listków widniały napisy "Cukier", "Sól", "Papryka", z półką nakrytą może nawet wczorajszymi gazetami. Na brzegach gazet, które zwisały z krawędzi półki, nożyczkami równo wycięte były małe regularne romby i trójkąty.
Usiadłem za stolem na białej drewnianej ławie. Grabież spiesznie otworzył dolne drzwiczki kredensu i wyciągnął kieliszki i butelkę wina. Bardzo ciemnego wina, którego było zaledwie na dwa czy trzy palce od dna.
- Zostalo trochę z kolacji - wyjaśnił zakłopotany. Czekaj, zaraz... Tania, Taniuszka - krzyknął w stronę drzwi - popatrz, kto przyjechał! Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że ty...
Ktoś schodził po schodach, podczas gdy Grabież nalewał wino. Jeden kieliszek nalał do pelna, na drugi zostało do połowy. Pełny postawił przede mną. Ktoś bardzo powoli - ach, jakże wolno - schodził po stopniach. I raptem zdjął mnie strach, prawdziwy, najprawdziwszy strach.
Pragnąłem, by ten ktoś nigdy nie zszedł.
Strach, a potem znany, stary ostry chłód, ponieważ to, co nadchodziło, zbliżało się nieuchronnie. I jeszcze wciąż tliła się odrobina nadziei na dnie mojej duszy, jeszcze jeden oszalały płomyczek, który, jak sądzę, zostanie mi do końca życia. Do owego ostatecznego odejścia.
Jeszcze nic straconego, pomyślałem.
-Ale kobieta zeszła i pojawiła się w drzwiach kuchni, do której idealnie pasowała, pulchna kobieta, już nie taka młoda, w domowej sukience z kretonu.
- Witaj, Taniusiu - powiedziałem do zjawiskowej postaci z moich snów, starając się przywołać tamtą twarz. Ale już jej nie było.
Kobieta spojrzała na mnie uważnie.
- Mogor, na miły Bóg! Ale się zmieniłeś !
Zmieszany wzruszyłem ramionami.
- Jesteś taki blady. Co porabiasz? Wciąż jeszcze wszystko po staremu?
- Długo chorowałem - odparłem.
- Nie, nie wyglądasz mizernie - rzekł Grabież - lecz my przywykliśmy do ludzi, którzy wciąż są na powietrzu.
- Staliśmy się prawdziwymi pustelnikami - stwierdziła Tania z afektacją. - Prowincjusze, cóż chcesz?
Jeszcze nie wszystko stracone, powtórzyłem w myśli bez przekonania, patrząc, jak Tania pospiesznie parzy kawę.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Nad kuchennym piecem wisiała biała płócienna ścierka wyszywana czerwoną nitka. Wzór przedstawiał taki sam piec kuchenny, nad którym pochylała się taka sama kobieta. Ale oczy jej nie patrzyły na kuchenne gary, lecz zawadiacko zerkały na wyprasowamego dobrodusznego kominiarza, uśmiechniętego niewyraźnie, jak w szkolnej czytance. Pod obrazkiem wyhaftowany był napis, który zapamiętam na zawsze: Miło mi jest, gdy przychodzisz, jeszcze milej, gdy odchodzisz. Nie podobał mi się charakter pisma, był pozbawiony wyrazu.
- Joco, zapytaj go, czy jadł coś od rana. Przygotuję coś - odezwała się Tania.
- Jeśli go dobrze pamiętam, lepiej byłoby spytać, czy coś pił - rzekł Grabież, bawiąc się niedostrzegalnymi okruszynami na stole, z dziwnym uśmiechem, jakby mówił o człowieku, którego już od dawna nie ma.
- Joco ! - upomniała go żona.
- Oczywiście że coś tam wypiłem - powiedziałem, zapominając o niemiłym tonie przymówki w jego głosie.
- Ech, Mogor, Mogor! Zawsze ten sam - pokiwała głową kobieta. No tak. Tak mówi się o człowieku. Zawsze ten sam,
którego znaliśmy kiedyś i który jeszcze dzisiaj postępuje tak jak dawniej, ale już mu to nie uchodzi.
Popatrzyłem na nich, wciąż ten sam. Widziałem, że taki, jaki byłem, już się im nie podobam.
- Od kiedy mówisz do niego "Joco"? - uśmiechnąłem się z przymusem. Naprawdę było dla mnie śmieszne, że Grabieża ktoś nazywa Joco.
Popatrzyli na mnie nie rozumiejąc.
- Chcę powiedzieć, że zawsze wszyscy użyaliśmy przezwiska Grabież. Pamiętam, że i Tania cię tak nazywała, więc mnie to bawi - wyjaśniłem w zakłopotaniu, jakbym chciał się tłumaczyć.
- Grabież to moje prawdziwe nazwisko - rzekł Joco.
Prawdziwe nazwisko, powiedziałem sobie, człowiek może otrzymać zupełnie przypadkowo.
Ale żadną miarą nie mogłem się zmusić, by przyznać, że wszystko stracone. Chciałem jakoś skierować rozmowę na stare czasy, by może obudziło się w nas braterstwo, które nas łączyło, podobieństwo, które wyróżniało nas spośród innych, wolność, która nam wszystkim dawała zadowolenie. Ale taka rozmowa nie miała sensu. Wiedziałem. To były tylko rozpaczliwe drgawki.
- Joco ma wspaniałą pracę - powiedziała Tania. Zrobił dyplom z agronomii dopiero niedawno, a jednak dali mu posadę dyrektora, bo jest starszym człowiekiem, ustatkowanym. Naprawdę się nam tutaj podoba.
- Za rok wykończą nowe komfortowe mieszkanie w pobliżu lotniska - odezwał się Grabież. - Na pewno widziałeś po drodze te wielkie nowoczesne budynki. Za kilka lat będzie tutaj prawdziwe małe miasteczko.
- Za jakieś czterdzieści parę lat wszyscy będziemy ziemią - stwierdziłem, czując straszne zmęczenie po nie przespanej nocy.
- Co to ma do rzeczy? - rzekł Grabież zniecierpliwiony.
Pokazali mnie, co najmniej niechętnie, swojej czteroletniej córeczce. Powiedzieli: "To jest wujek Pero", jakby bali się, że mała może się ode mnie zarazić. Dziewczynka spojrzała na mnie zamyślonymi błękitnymi oczami, złotowłosa i drobna, naiwna i mądra, jak mała arystokratka ze starego sztychu. I wydało mi się, wbrew wszystkiemu, że w jej oczach dostrzegam zrozumienie i współczucie. Małe dzieci i ja pragniemy tego samego, pomyślałem. I zamiast powitania poszukaliśmy w swoich oczach wybaczenia wobec faktu, że świat jest tak urządzony.
- Tikico, idź teraz grzecznie pobawić się przed domem, a my porozmawiamy z wujkiem Perą - powiedziała Tania. Pragnąłem niemal, by i mnie z nią posłali.
- Może nie inaczej by się sprawy miały, gdyby mała była moim dzieckiem. Gdybyś ją miała ze mną - zwróciłem się do Tani. - Może by wszystko wyglądało tak samo.
Oboje drgnęli, w jednakowy sposób zwrócili ku mnie głowy, objęli mnie jednakowo podejrzliwym spojrzeniem, zamknięci w sobie, nie potrzebujący nikogo; żyli w symbiozie, kt6ra zwietrzyła niebezpieczeństwo z zewnątrz. I przypominali mi w tej chwili pewien obraz z ksiażki Thompsona o zwierzętach, którą bardzo lubiłem w dzieciństwie. Obraz przedstawiał białą wilczycę Blankę i czarnego wilka Lobo, jak kroczą obok siebie, przyczajeni, lecz dumni, z jednakowo zadowoloną miną, spoglądając wprost na czytelnika.
Ale jednak było prawdą, że sprawy miałyby się tak samo.
Oczywiście wciąż jeszcze nie uważałem się za pokonanego. Pozostałem przez kilka dni w ich domu pod pretekstem, że po chorobie potrzebny mi jest wypoczynek nad morzem. Próbowałem w tej kobiecie, co teraz traktowała mnie jak biedną zbłąkaną owieczkę, odnaleźć wartości, które kiedyś czyniły ją zjawiskiem w moim świecie. Usiłowałem ponownie zbIiżyć się do tego mężczyzny, doszukać się w nim choć odrobiny wyrzutów sumienia z powodu zdrady, której nie da się jednoznacznie zdefiniować, przynajmniej odrobiny pamięci o tym, co stracił, co razem przepiliśmy, zniszczyli i roztrwonili nie dbając o nic. Starałem się określić mój własny stosunek do nich, do tej nowej wspólnoty, w której nie było dla mnie miejsca. Czy
im zazdroszczę, czy po prostu pogardzam nimi? Czy oburzam się, że odeszli ode mnie na zawsze, czy pragnę cała swoją istotą, by mmie za wszelką cenę przyjęli dol siebie.
Trudziłem się, by zrozumieć miłość tych nierozumnych, zmienionych przez czas ludzi, narzucałem się, by w jakiś sposób na siłę w niej uczestniczyć.
Ale nie byłem im potrzebny, jak i oni mnie potrzebni nie byli. Żyli swoim życiem, które ja uważałem za bezmyślne i puste. I coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie.
Od obojętności przeszliśmy do ukrytej wrogości. Zanadto przypominaliśmy sobie nawzajem to, co było.
I niebawem przed moimi oczami poczęły gasnąć oliwne lampki pod ikonami przeszłości. Zacząłem zapominać, że kiedyś coś było. Przestraszyłem się, że zostaną mi wydarte nawet wspomnienia, i zrozumiałem, że Coś trzeba zrobić: że trzeba odejść.
OPOWIADANIE SIÓDME II
BUZIAK ZA STOKROTKĘ
Obudziłem się bardzo wcześnie, kiedy wszyscy jeszcze spali. Poczułem się ogromnie samotny. Włożyłem bawełnianą koszulę i wyszedłem przed dom. Wszystko wydało się jakieś nierealne, w pogodnym powietrzu dym z mojego papierosa trwał w bezruchu niby kolorowa smuga w szklanej kuli. Rozejrzałem się wokół jak dobry gospodarz, który dokonuje obchodu swojego dobytku i planuje zadania dla służby. Ale nie byłem gospodarzem. Byłem jedynie samotnym człowiekiem i nigdzie na świecie nie istniało nic mojego.
Okrążyłem dom, leniwie zszedłem po słonecznym stoku i znalazłem się na molo - białej kości lądu na modrej rannej powierzchni morza. Pogrzebałem w kieszeni farmerek, wyciągnąłem szpulę i zacząłem powoli rozplątywać linkę. Robiłem to wolno, bardzo, wolno, ponieważ nie miałem najmniejszej ochoty na łowienie ryb. Nie miałem już na nic ochoty. Żółtawa nylonowa żyłka połyskliwie mieniła się w słońcu, nierealna jak babie lato.
Może naprawdę powinienem złowić jakąś rybę, pomyślałem, dobrze wiedząc, że nie zarzucę wędki. Ryba była mi potrzebna po to, abym mógł nawiązać kontakt z jakąś żywą istotą. Zabić ją i tym samym może znaleźć potwierdzenie, że ja sam jeszcze żyję. Ryba może stanowić wielką pociechę dla człowieka.
Ale wyłonił się jeszcze problem przynęty. Gdzie teraz znajdę przynętę? - pytałem morza. To wymaga wysiłku powiedziało morze. Wszystko wymaga tyle wysiłku - odpowiedziałem. Ale ty szukasz pociechy - rzekło mi morze.
Już nie szukam pociechy - odparłem. - Przeszedłem tę faze.
od strony domu zbliżała się Tikica. Stąpała boso, ostrożnie i w zamyśleniu, z rozczochraną złotą czuprynką, w żółtej koszulinie nocnej, która sięgała jej do różowych pięt.
W jednej ręce trzymała sandały, niezręcznie i daleko od siebie, jakby były brudne. Drugą ręka - wodziła po twarzy i włosach, jak gdyby ścierała resztki snu. Była niezwykle poważna, jak zawsze.
Podeszła do mnie, stanęła na białym kamiennym molo bez słowa i nachyliła się nad błękitną tonią, gdzie widać było ciepłe szare cienie ryb, które w pośpiechu szukały pożywienia. Mniejsze żółte ryby w szare plamki przylgnęły do molo przy samej powierzchni, stopiły się z kosmatymi algami, skad błyskawicznie rzucały się do ucieczki, by znowu się uspokoić i leniwie, prawie nie ruszając płetwami dopłynąć do skały mola. Tikica popatrzyła na mnie poważnie. Zwinąłem rozplątaną żyłkę i uśmiechnąłem się do dziewczynki. W wymiętoszonej koszulinie, spod której widać było jedynie różowe palce, wyglądała jak mały żółty dzwonek, sięgający moich kolan.
- Nie będziesz łowić, prawda, wujku Pero? - spytała z troską.
- Nie mam przynęty - odpowiedziałem. - Czy chciałabyś, żeby ci złowić rybkę? Jedną prawdziwą żywa rybkę?
Złowię dla pani rybkę, obiecałem ukochanej, ktorej nie mam.
Tikica zamyśliła się głęboko.
- Niepotrzebna mi - stwierdziła.
- Co, czyżbyś nie lubiła jeść rybek?
- Lubie - odparła. - Ale ty nie lubisz łowić.
- Ja? - wykrzyknąłem zaskoczony - Przecież widziałaś, że już nieraz łowiłem.
- Tobie jest żal małych rybek. I Tikicy jest żal małych rybek.
Może właśnie dlatego, wujku, kontynuowałem zamiast niej, że już wiele razy łowiłeś, że już wiele razy robiłeś rzeczy, których nie lubisz, że złowiłeś zbyt dużo małych rybek. Może dlatego że i sam jesteś złowioną rybą, szamocącą się na wędce, z której nie możesz się zerwać.
Z której nikt się jeszcze nie zerwał. A przeszedłeś już fazę, kiedy wystarczała ci pociecha, współuczestnictwo czy zemsta.
- Pójdziemy się razem kąpać, chcesz? - odezwała się.
- Ty jesteś moją małą rybką - powiedziałem do niej i uśmiechnąłem się radośnie, jakbym pozbył się męczącego cieżaru.
-
Odpowiedziała mi uśmiechem i wyciągnęła rączki. Uściskałem ją i wziąłem na ręce. Była taka ciepła, taka mała i taka żywa. Pogładziła mnie palcami po policzkach.
- Kłuje - powiedziała wstydliwie.
- Teraz włożymy sandałki i pójdziemy na spacer. Ty i ja - zaproponowałem i postawiłem ją na ziemi.
- Teraz włożymy sandałki - powtórzyła Tikica potem zdejmiemy koszulkę, potem uczeszemy się, potem znajdziemy majteczki... gdzie są małe majteczki? Tikica, zgubiła majteczki.
Majteczki znaleźliśmy na szczycie stoku, włożyliśmy je i poszliśmy na spacer jak dwoje dorosłych i samodzielnych ludzi.
- Dlaczego tak wcześnie wstałaś? - zapytałem.
- Najpierw spałam, a potem zobaczyłam, że wyszedłeś na dwór - wyjaśniła. - Nikt się jeszcze nie obudził. Cieszysz się, że przyszłam? - spytała chytrze, próbując spojrzeć mi w oczy. - Nie każesz mi wracać do łóżka? I potem pójdziemy się razem kąpać, prawda, wujku Pero?
- Cieszę się, że przyszłaś - odpowiedziałem poważnie. - Nie musisz wracać. Pójdziemy sobie na spacer.
Ty i ja.
- Ja też się cieszę - powiedziała i uwierzyłem jej.
W milczeniu spacerowaliśmy ścieżką nad morzem, podczas gdy tato i mama spali i spały złe moce, które zwykle
tak bezlitośnie nami rządzą. Spacerowaliśmy samotnie, wolni i beztroscy w porannym złocistym słońcu, morze szumiało pod nami, a cały horyzont otulała błękitnawa przezroczysta mgiełka. Tikica szła przy mnie; najpierw przez pewien czas starała się dotrzymać mi kroku, wyciągała tłuściutkie nożyny, a potem roześmiała się sama do siebie, nie domagając się mojego współudziału w swojej radości, i zaczęła beztrosko biegać koło moich nóg, od czasu do czasu spoglądając na moją twarz z zakłopotaniem, by sprawdzić, czy nie oddaliła się zanadto. Usiłowałem myśleć o czymś bardzo poważnym, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy, a Tikica starała się zwrócić na siebie uwagę. Gdy tylko spojrzałem w drugą stronę, przebiegała tam, śledząc kątem oka, czy na nia patrzę, szybko się schylała, chwytała kamień i rzucała go, do wody lub nagle zatrzymywała się i piszczała, udając, że dostrzegła coś przed sobą na drodze. Pragnęła wszelkimi sposobami potwierdzić, że razem jesteśmy na tym spacerze.
Było mi żal dziecka. Było mi go żal, że musi być ze mną.
Lub że chce być ze mną. Co na jedno wychodzi.
Patrzyłem na nią i wciąż na nowo zdumiewałem się, jaka jest maleńka. To zadziwiające, że ludzka istota może być tak mała, tak żywa. Bardziej niż ja. Przy jej drobnej osóbce czułem własną małość. My dwoje, mali i samotni w ogromnym świecie. Widocznie musiało tak być. Bo inaczej dlaczego by mnie kochała, jeżeli to nazywa się kochaniem? Może tylko jestem jej potrzebny. Jedna mała i samotna istota potrzebuje drugiej równie małej i samotnej. Tak jak mnie jest potrzebna ta mała, pełna życia kuleczka.
Może, by na zawsze zapomnieć, potrzeba mi dziecka, którego nigdy nie będę miał. Ale może to nieważne, czy ma się dziecko, ważne, że jakieś dziecko się kocha. Jedynie miłość może nam dać zdolność zapominania. Spojrzałem na Tikicę. Jakże mocno mógłbym ją pokochać, gdybym się tylko odważył.
Bardzo, Tikico, mógłbym cię bardzo kochać, chociaż nie jesteś moim dzieckiem. I pierwszy raz, odkąd myśle o miłości, nie uląkłem się, że będzie to mnie do czegos zobowiązywać. Ale kto mi da prawo, bym swoją miłością zobowiązywał do wzajemności dziecko, które nie jest moje?
Podskakiwała koło mnie zajęta swoimi sprawami, wymyślała przeróżne zabawy, nieustannie świadoma mojej obecności. Oglądała się co krok, by sprawdzić, czy jej towarzyszę na tym pogodnym spacerze. Czułem, że potrzebuje mojego towarzystwa, że potrzebuje kogoś, dla kogo mogłaby przeżyć tę swoją radość, ale było zupełnie obojętne, kto to jest - ważne, żeby patrzyły na nią opiekuńczo czyjeś oczy. Nie wymagała ode mnie niczego, nawet jej do głowy nie przyszło, że dla kogoś mogłoby to być uciążliwe. wydawało się jej zupełnie naturalne, że będę szczęśliwy, przynajmniej odrobinę szczęśliwy, jeżeli chwilę swego życia poświęcę właśnie jej, że oboje będziemy szczęśliwi, jak byśmy naprawdę kroczyli tą sama nieskończenie pogodną,
mczym nie skalaną drogą, jej drogą.
Chciałbym, Tikico, abyś była moim dzieckiem. Teraz trudno mi wyobrazić sobie, że moje dziecko mogłoby wygladać inaczej niż ty. Nie chciałbym mieć żadnego innego dziecka prócz ciebie. Może właśnie ty jesteś wszystkim, czego mi potrzeba, może przy tobie mógłbym zapomnieć, może mógłbym uwierzyć, że ty właśnie jesteś spełnieniem tej obietnicy, jaką złożyliśmy sobie na początku drogi, może mógłbym zaufać, że oto wreszcie nie jestem sam.
Jakże silny byłbym przy tobie, Tikico! Dziecko może być wielką pociechą dla człowieka. Może jedynie dzięki niemu udaje się nam oszukać samych siebie. Na taką przynętę można złowić nawet najbardziej przebiegłą rybę.
Skręciliśmy wąską ścieżką pod górę, pozostawiając za sobą morze. Nigdy przedtem nie zauważyłem tej ścieżki i nie wiem właściwie, dlaczego skręciliśmy na nią. Może Tikica wybrała ją swym bezbłędnym instynktem, a może coś nas do tego skłoniło - trudno odgadnąć. Ale ruszyłem bez wahania, bez sprzeciwu ta drogą, którą zmuszony byłem iść, w przeświadczeniu, że to sprawa wolnego wyboru.
Ruszyłem za Tikicą jak za wodzem, któremu można zaufać.
Może ty, Tikico, jesteś jedynie narzędziem w czyichś rękach, może tylko po to znalazłaś się przy mnie, by zawładnąć moją wolnością? Bo inaczej dlaczego miałbym wstąpić na zupełnie nieznaną ścieżkę? Ale popatrzyłem na szczupłe ciałko w majteczkach i sandałki, które stawiały drobne kroczki na kamienistej stromej drodze uparcie dążąc naprzód, i wolałem porzucić rozmyślania.
Szliśmy pod górę wąską ścieżką dla osłów, ogrodzoną murkiem z kamieni porośniętym krzakami jeżyn. Od czasu do czasu rzucała na nas cień koślawa figa czy smukły cyprys, a potem wzniesienie stało się łagodniejsze, kamienny murek był coraz niższy, zaczęły pojawiać się koło nas inne drzewa osłaniające nas smugami światła i cienia.
Wreszcie ścieżka zniknęła, po prostu zagubiła się, rozpłynęła niedostrzegalnie, bez ostrzeżenia, wpełzła w trawy jak syta żmija.
Tikica i ja dalej spacerowaliśmy po miękkim kobiercu suchych szeleszczących traw, pośród ciepłych cieni drzew i wysokich dębów. Tikica przestała podskakiwać i poważnie maszerowała noga w nogę ze mną, przytrzymując się ręką moich spodni. Nie mógłbym powiedzieć, czy robiła to ze strachu; lekko dotykała mnie, jakby pragnęła się przekonać, że jeszcze tu jestem. Tikica i ja, pełni majestatu, kroczyliśmy dostojnie i bez pośpiechu, ostrożnie stawiając stopy, by kogoś nie obudzić. By nie przestraszyć ptaka, który oczekuje nas na szczycie wysokiego dębu.
Zrozumiałem bowiem, że gdzieś nas oczekują.
I zupełnie niespodzianie znaleźliśmy się na skraju lasu w białym blasku słońca, które nas oślepiło i przykuło do ziemi. Zdumieni dreptaliśmy w miejscu, nie wierząc własnym oczom. Nie wiem, czy Tikica także, ale ja naprawdę myślałem, że zdarzył się cud. Z dawna oczekiwany.
Przed nami rozciągała się przestronna, falista łąka, obfitująca w łagodne kotlinki, cała pokryta wysoką ciemnozieloną trawą, pełna zapachów i pszczół, motyli i świeżości, otoczona pionową ścianą lasu. Łąka tak ponętna, chłodna i tchnąca błogą pogodą, że przypomitnała duży zaciszny ogród. Jakby nigdy nie wiały tu wiatry, nigdy nie padały deszcze, nigdy nie było suszy. Taka to była łąka.
Otulona cała śnieżnobiałym płaszczem w żółte kropeczki. To tysiące stokrotek - rosły jedna przy drugiej, w małych kępkach, w rzędach, tworzyły ornamenty, rysunki i litery pewnego alfabetu, który tak dobrze umiałem odczytywać w snach. Tysiące stokrotek białych jak śnieg, z tysiącem małych żółtych oczu, które radośnie uśmiechały się do nas na powitanie.
Zapragnąłem biegać po łące do utraty tchu i turlać się w trawie jak psotny koziołek, ale stałem skamieniały, nie śmiałem nawet. drgmąć, by nie obudzić się nagle w innej jakiejś rzeczywistości. I wiedziałem, że ta łąka na zawsze pozostanie we mnie taka, jaką ujrzałem ją w tej chwili: niespodziewana oaza dziwnie daleko od świata. Była to wspaniała łąka.
- Co to, wujku? - spytała Tikica, z niepokojem podnosząc wzrok. - Gdzieśmy przyszli?
- To cud, Tikico. Cud - powiedziałem patrząc na morze białych kwiatów w ciemnozielonej trawie. Słońce przeglądało się w białym zwierciadle kwiecistego kobierca.
To był naprawdę cud. Taka wspaniała łąka w tej okolicy stanowiła oazę chłodu, państwo kwiatów w szarej pustyni kamieni, głogu i spalonego zielska. Roztaczała się niespodziewanie jak Arkadia, gościnnie witała strudzonych podróżnych. Ogarnęło mnie uczucie zadowolenia, wydało mi się, że oboje z Tikicą po uzdrawiającej śmierci dotarliśmy wreszcie zmęczeni i spragnieni, chorzy i znużeni do ożywczego źródła, które jest początkiem wszechrzeczy.
- Tikico! - zawołałem, jak mogłem najgłośniej, wesoło, nagle odrodzony.
Coś się we mnie przełamało i pognałem na łąkę jak źrebak, przyzywając Tikicę okrzykami, by ruszyła za mną, podskoczyłem i fiknąłem koziołka, biegłem, póki mi tchu starczy]o, a potem położyłem się na brzuchu, zanurzyłem twarz w trawie ciężko dysząc i zapragnąłem natychmiast umrzeć w ciemnych pachnących trawach, z płatkami stokrotek na oczach.
Odwróciłem się i usiadłem, palcami chciałem dosięgnąć korzeni, by nie stracić ani jednej ożywczej kropli płynącej z tej błogosławionej gleby. Zaplątałem palce w trawę, pragnąc nigdy ich nie wyplątać. Mocno przywarłem stopami do ziemi, pragnąc na zawsze tu pozostać.
Tikica nadbiegła zarumieniona i zadyszana. Tak się rozpędziła, że ledwie udało jej się zatrzymać. Zarzuciła mi ręce na szyję i śmiała się, próbując złapać oddech. Mocno objęła mnie wilgotnymi rączkami.
- Tak szybko biegłeś, wujku - powiedziała śmiejąc się głośno, czysto, a jej śmiech docierał do wszystkich zakątków tej łąki i do najdalszych zakamarków mojej duszy.
Nic nie odpowiedziałem. Chwyciłem ją wpół, przewróciłem na trawę i przeturlałem kilka razy, a potem sam zacząłem się turlać, przerzucając ją przed soba jak małą beczułkę. Za nami pozostało szerokie pasmo zmiętoszonej trawy.
- Toczy się, toczy jabłuszko czerwone - skandowałem w rytm okręcania małego ciałka Tikicy, przy wtórze dźwięcznego śmiechu.
Potem zmeczeni usiedliśmy w wysokiej trawie. w której kiełkowaiy młode listki coraz nowych stokrotek.
Spoglądaliśmy na siebie od czasu do czasu i za każdym razem wybuchaliśmy śmiechem, jakbyśmy opowiadali sobie oczami niezwykle zabawne historie. A potem, trochę później, ułoźyłem się na plecach leniwie wyciągnięty i obserwowałem śnieżnobiale łodzie obłoków sunące po głębokim ciemnoniebieskim niebie. Zdawało mi się, że ziemia pode mną płynie. Postrzępione brzegi obłoków sięgały wysokich ostrych łodyg traw. Dotykały moich bezładnych myśli, które niczym mgiełka unosily mi się przed oczami.
Tikica na czworakach, bardzo ostrożnie i powoli doczołgała się do mnie i siadła, spogladając na mnie w zamyśleniu. Delikatnie, jakby dotykała pajęczyny, dotknęła opuszkiem palca wskazującego mojej szyi. Odwróciłem głowę i uśmiechnąłem się do niej.
- Znowu jesteś smutny, prawda? - spytała.
- Nie - odparłem zaskoczony. - Dlaczego ci to przyszło do głowy?
- Zawsze iesteś bardzo smutny. Czy ty zawsze jesteś smutny? Ja nie lubię, jak jesteś taki smutny, wujku Pero.
Chcesz, to się znowu poturlamy po trawie? Chcesz?
Podniosłem się, usiadłem i wziąłem ją na kolana. - Teraz jestem wesoły - powiedziałem do niej. Jestem wesoły, kiedy jesteś ze mną, nie będę już smutny.
- Nigdy? Nigdy więcej? - Nigdy więcej. Kiedy tylko będziesz ze mną.
- Zawsze będę z tobą, wujku Pero. Tylko nie bądź już nigdy smutny. I będziemy turlać się po trawie.
- I pływać.
- I opowiadać bajki.
- I chodzić na spacery.
- I jeździć na osiołku.
- I będziemy zrywać kwiatki - powiedziałem. Zerwałem stokrotkę i złożyłem w jej dłonie kwiat, jakbym ofiarowywał jej całe swoje życie.
Chociaż do tej pory nie byłem smutny, rozczuliłem się nad sobą tak bardzo, że niemal chciałem przerwać tę zabawę, przerwać i odejść natychmiast bez pożegnania. Ale ona przyjęla kwiat bardzo poważnie, przyjmując w nim mnie jako brata lub ojca, kochanka lub syna, nieświadomie okrutna w przedłużaniu tej zabawy, która tak łatwo mogła stać się niebezpieczna i dla mnie, i dla niej.
I wszystko wydało mi się tak strasznie realne, tak boleśnie piękne, że przestraszyłem się, że i moja miłość jest prawdziwa, rzeczywista i ostateczna; oblał mnie zimny pot i zapragnąłem powstrzymać kłamstwa, jakie wypowiedziałem, wycofać się z obietnic, które tak łatwo dałem, upojony pieknem. Ponieważ, maleńka, to nie jest rzeczywistość, to się dzieje w nieistniejącym świecie, w wymyślonej Arkadii, w której wszystko, jest możliwe prócz niej samej.
Tikica pracowicie uwiła małe gniazdko w trawie i włożyła do niego stokrotkę, kładąc ją ostrożnie, jakby zrobiona była ze szkła.
- Zerwij mi jeszcze jedną - powiedziała kokieteryjnie.
Zerwałem jeszcze jedną stokrotkę i dałem jej. Ale nie chciała jej wziąć.
- Nie tę - powiedziała - inną, ładniejszą.
- Tę?
- Nie, nie. Tamtą - powiedziała wskazując paluszkiem.
- Którą? Tę?
- Tę - odpowiedziała, wreszcie zadowolona. Złagodniała biorąc ją w ręce i troskliwie układając w gniazdku.
Stokrotka, kt6rą jej dałem, ani trochę nie różniła się od pozostałych. Albo moje oko nie mogło dostrzec tej różnicy, która była aż tak istotna.
- Jeszcze jedną - powiedziała. - Dam ci buzi.
- Naprawdę? - zapytałem szukając stokrotki, która by się jej spodobała.
Spędziliśmy znowu pewien czas na odgadywaniu, która stokrotka odpowiednia jest do jej tylko wiadomego celu.
Dałem jej stokrotkę, a ona uścisnęła mnie obydwiema rękami, przytuliła do mojego policzka wilgotny nosek i chłodne usteczka i dała mi wilgotnego, miękkiego i pachnącego buziaka. Był to bardzo uroczysty buziak. Potem znowu szukaliśmy odpowiedniej stokrotki i znaleźliśmy ją, i znowu otrzymałem buziaka. I dalej przedłużała się zabawa, którą coraz trudniej było, mi wytrzymać.
Na tej łące były tysiące stokrotek, każda z nich warta jednego buziaka, który może zmienić i oczyścić człowieka.
Jakie to proste! Jakże mało trzeba było dać, aby tak wiele otrzymać! Za każdy kwiat można było kupić miłość.
I nagle zapragnąłem nagromadzić tych buziaków na całe życie. I zacząłem zbierać kwiaty gorączkowo, krążyć wśród stokrotek jak szalony, wyrywając całe ich pęki razem z korzeniami i trawą, obydwiema rękami, spiesząc się, by wykorzystać tę niepowtarzalną okazję. Rwałem stokrotki zachłannie, na oślep, spomiędzy kępek darni, gdzie wydawało mi się, że jest ich więcej, gdzie mógłbym zerwać jednym ruchem ręki cały bukiet, spieszyłem się i składałem kwiaty przed zaskoczoną dziewczyneczką, którą tu wszystko cieszyło, chociaż nie wiedziała, co o tym myśleć, i która mnie całowala, całowała, całowała, klepiąc mnie rączynami po policzkach, a śmiech jej przypominał dzwonek na szyi owieczki z bajki.
I poświęciłem się zrywaniu stokrotek z takim zapamiętaniem, i tak się spieszyłem, by nie przepuścić najmmiejszej okazji, jaka mi się nadarza, że wkrótce zapomniałem o celu tego wszystkiego. Zapomniałem nawet, że otrzymuję buziaki, zopomniałem, dlaczego grasuję jak dzik po tej szczęśliwej łące, wyrywając korzenie, depcząc trawę, gniotąc białe płatki w zaciśniętych dłoniach. Zapomniałem, z jakim kupcem handluję, jaki jest przebiegły i łapczywy, i jak się na końcu porachuje ze mną. Zapomniałem, że nikt go jeszcze nie przechytrzył.
Nagle odzyskując przytomność, trzymajac z zakłopotaniem w rękach dwie kępy trawy z ziemią i z korzeniami, zrozumiałem, że targowanie się nie ma sensu, że znowu zostałem oszukany. Nie w tym rzecz, że buziaki się kupuje, lecz że trzeba umieć je przyjmować.
I zrozumiałem także, że Tikica miała rację wybierając z taką uwagą jeden kwiat spośród wielu, kwiat, którego ja nie byłem w stanie odróżnić od innych, a który był tak odmienny. Trzeba zawsze szukać jedynie tego prawdziwego, wyjątkowego kwiatu, którego nie można odnaleźć niedoskonałym okiem. Jakże byłem głupi, kiedy myślałem, że to tylko dziecięcy kaprys - ona wiedziała i wybierała zamiast mnie. Tylko że nikt inny nie może wybrać zamiast ciebie.
Wróciłem powoli na środek łąki, gdzie stała Tikica, strzegąca swego gniazdka, pełnego zgniecionych stokrotek zmieszanych z trawą i ziemią, i korzeniami, i chwastami, i jakimiś innymi przywiędłymi kwiatami o ciemnoczerwonej barwie, które wyglądały jak krople zakrzepłej krwi. Tikica stała z palcem w buzi, z wypiętym brzuszkiem i uważnie obserwowała wyraz mojej twarzy. Co jej powiem? Jak się będę tłumaczyć? Rzuciłem garście trawy i podszedłem do Tikicy powoli, usiadłem bez słowa u jej stóp i siedziałem tak przez kilka chwil, patrząc na swoje puste ręce, a potem przytuliłem małą nagle i mocno, jak człowiek, który znalazł się nad przepaścią i w ostatnim momencie chwyta się gałęzi.
Moja mała Tikico, pieszczotliwie mówiłem do niej w myślach, jeszcze tylko trochę, moja biedna mała dziewczyneczko. Te słowa kierowałem do niej, ale współczucie w nich zawarte przeznaczone było dla mnie. Nie ma sensu marnować słów dla siebie.
Położyła mi dłonie na włosach, jakby chciała mnie pobłogosławić, cudownie uzdrowić. Trwaliśmy tak przez jakiś czas.
- Tikico - powiedziałem - wujek Pero dzisiaj odejdzie, ale ty nie będziesz smutna i nie będzie ci żal, że nie będziemy robić tego wszystkiego, co ci obiecałem. Będziesz się bawić sama lub z tatą, lub z jakimś innym wujkiem.
Wujek Pero musi odejść. Nie może już dłużej zostać, ponieważ czekają na niego inni ludzie i ma jeszcze dużo, dużo pracy, bardzo daleko stąd.
- Gdzie idziesz? - zapytała poważnie. - Tikica przyjdzie do ciebie. Jutro przyjdzie.
- Nie, Tikico, wujek Pero odchodzi bardzo daleko.
- To weź mnie z sobą.
- Nie podobałoby ci się tam, gdzie idzie wujek Pero. Tam nie jest tak jak tutaj. Ludzie nie lubią tam małych dziewczynek. Małe dziewczynki zostają u swojego taty i swojej mamy, gdzie im jest dobrze.
- To dlaczego i ty nie zostaniesz u mamy i taty? Przecież i tobie będzie dobrze. Będziemy się ciągle bawić.
- To jest twój tatuś i twoja mamusia. Ja mam swoich... skrzydlatych krewniaków. Muszę iść, bo oni by się pogniewali.
- Mnie nie będzie już tak dobrze, jak ty pójdziesz.
- Jesteś mała - tłumaczyłem jej. - Jutro już zapomnisz wujka Perę i będziesz się bawić jak dawniej. Jakbyśmy się umówili, nie wspominaliśmy ani słowem o zrywaniu stokrotek. Ona usiadła koło mnie i tak w zadumie i milczeniu siedzieliśmy w wysokiej trawie, zrywając i gryzac bezwiednie wysokie miękkie źdźbła, które miały smak nastroju tej chwili.
- Pojedziesz pociągiem? - spytała Tikica.
- Pociągiem. A może statkiem - odpowiedziałem. Pojadę bardzo daleko. Ale pewnego dnia powrócę, na pewno wrócę, na pewno. Wrócę, żeby zobaczyć, ile urosłaś, i sprawdzić, czy wciąż jesteś grzeczną dziewczyneczką i czy nie zapomniałaś o mnie. Nie wiem kiedy. Ale na pewno za pięć, sześć lat. Będę już wtedy stary i będę miał długie wąsy i brodę, tak jak każdy prawdziwy wujaszek. Ale ty mnie poznasz? Prawda, że mnie poznasz? - Tak - powiedziała Tikica. Jak łatwo było to powiedzieć.
- Ale uważaj, Tikico, ważne jest, żebym i ja ciebie poznał, kiedy wrócę pewnego dnia, żebym zobaczył, że jesteś ta samą Tikicą, którą kochałem. Że urosłaś, ale się nie zmieniłaś. A będziesz mnie lubiła, kiedy wrócę?
- Będę, wujku Pero. Ja nie chcę, żebyś ty wyjechał.
- Muszę wyjechać. Ale wrócę, bo zawsze wracam. Znałem twoją mamę i twojego tatę, gdy jeszcze byli tacy jak ja, i bardzo ich lubiłem. Jak ciebie. Nie pamiętam, czy im kiedyś mówiłem, że wrócę, ale myślałem o tym. I wróciłem. Byłem wszędzie, ale wróciłem. Teraz zostałem zupełnie sam. Odkryłem, że nie mam dokąd wracać. Teraz znowu jestem sam i mam tylko ciebie. Ale gdy tylko wyjadę, ty szybko urośniesz i wyruszysz daleko, do zupełnie innego miasta, gdzie cię odnajdę, a ty mnie nie poznasz. Podniesiesz swój zadarty nosek do góry i przejdziesz obok mnie, jakbyś mnie nie widziała. Może tak będzie najlepiej. A może nie. Może mógłbym cię zabrać z sobą, by walczyć o ciebie przeciwko wszystkim. Żeby rozpocząć walkę od razu, dopóki mam jeszcze czas i siły, dopóki nie straciłem ich na inne rzeczy. Ale ja tylko tak mówię, Tikico. Nie mam już na nic sił. Jakże mógłbym walczyć o ciebie, skoro nie jestem w stanie walczyć o siebie? Nie zakończyłem jeszcze swojej walki. Nie, to nie jest egoizm.
Poświęciłbym się, gdybym wiedział, że dla kogoś ma to jakieś znaczenie. Ale wszystko zmienia się tak szybko, że nie sposób temu nadążyć. I dlatego najlepiej jest odchodzić i nigdy nie wracać. Nie zdobywać przyjaciół, nie kochać się, nie mieć własnych dzieci i nie lubić cudzych.
Najlepiej być jak ten żołnierz na froncie, który boi sie zawierać przyjaźnie, by ich nie stracić, gdy jego przyjaciele zginą. Co by się z nami stało, Tikico- z tobą i ze mną? Dobrze, że muszę odejść. Dobrze, gdy człowiek ma jeszcze dokąd iść. W ten sposób mogę wierzyć, że zawsze byłabyś taka jak teraz. Będę mógł w to wierzyć, póki nie powrócę. I dlatego lepiej będzie, jeżeli nie powrócę do ciebie już nigdy.
Tikica nagle skoczyła i ukryła się w moich ramionach, wciskając mi twarz pod pachę. Pogładziłem ją po włosach, przytuliłem i wyszeptałem kilka pieszczotliwych słów. To wystarczyło, żeby wybuchnęła pŁaczem. I nagle pojąłem, że nie powinienem był jej tego wszystkiego mówić. Lub przynajmniej nie w ten sposób. Miałem nadzieję, że niewiele zrozumiała, ale w głębi duszy wiedziałem, że rozumiała więcej, niż powiedziałem, więcej, niż w ogóle można wyrazić słowami. Pozostała mi tylko nadzieja, że ona szybko o wszystkim zapomni.
I przytuliłem ją mocno, mocno, chowając całą w ramionach, by uchronić ją przed słowami, które wypowiadałem bezwiednie. Szlochała drżąc jak przestraszone szczenię i wpychała mi nos coraz głębiej pod pachę. Trzymaliśmy się mocno, rozpaczliwie przytuleni jak ludzie, którzy się żegnają. Którzy ostatni raz przytulają się do siebie. I buntowaliśmy się przeciwko rozstaniu jak ludzie, za których los rozstrzygnął, że nigdy już się nie spotkają. żałowałem każdego słowa, jakie wypowiedziały moje przeklęte usta, wiedziałem, że nigdy sobie nie wybaczę tej słabości i okrucieństwa. Ale w głębi duszy egoistycznie pragnąłem, by ona pojęła bezlitosną naukę płynącą z tych słów i zapamiętała ją na zawsze. Pragnąłem tego niezależnie od ceny, jaką będę musiał zapłacić.
Ale wiedziałem, że jestem winny, i próbowałem się pocieszyć. Może jednak nie zrozumiała, co mówiłem (może pojęła ból w moich słowach, nie ich treść). Może naprawdę nie zrozumiała, ale przeświadczenie, że posiałem niebezpieczne ziarno, które w każdej chwili może wykiełkować, wystarczy mi, abym się czuł winny. Będę winny, gdy nadejdzie pora żniw. Gdy kto inny zbierze plon.
Jedyna nasza nadzieja, biedna moja dziewczyneczko, że prędko zapomnimy, a na przyszłość zalepimy uszy woskiem.
- Tikico, moja maleńka - powiedziałem głaszcząc ją pieszczotliwie po buzi, odgarniając jej zlepione włosy z czoła. - Dlaczego płaczesz? Wujek Pero wymyślił masę głupstw, ot, tak sobie. Nie mówiłem tego poważnie. Chciałem tylko zobaczyć, ile słów uda mi się wypowiedzieć. Nie płacz, moja mała.
Popatrzyła na mnie przez łzy, a potem rozpłakała się jcszcze bardziej. Nie wiedziałem, co powiedzieć, by ją uspokoić. Nie było takiego słowa na całym świecie.
- Tikico - mówiłem do niej próbując zajrzeć jej w twarz. - To nic, Tikico. Troszkę tylko pożartowaliśmy, i już. Wszystko minie. Wujek Pero bardzo kocha swoją małą Tikicę.
- Kochasz? - spytała przez łzy obejmując mnie rączynami, które były za krótkie, by się złączyć na moim karku.
- I nigdy już stąd nie pójdziesz? Na zawsze zostaniesz z nami, wujku Pero?
- Na zawsze - odpowiedziałem, lżej bowiem znieść smutne kłamstwo niż smutną prawdę. Tak łatwo powiedzeć na zawsze.
A potem razem przyglądaliśmy się mrówkom, goniliśmy za motylkiem i było nam bardzo wesoło, wreszcie zauważyliśmy, że słońce wspięło się już wysoko i że jest zbyt ciepło, by można zostać na łące, więc umówiliśmy się, że pójdziemy nad morze, a teraz najlepiej będzie, jeśli wrócimy na śniadanie, bo właściwie jesteśmy strasznie głodni.
Pójdziemy do domu, do mamy i taty, żeby nam dali jeść.
Na skraju łąki obejrzeliśmy się raz jeszcze, by ogarnąć spojrzeniem zburzoną Arkadię, i w tej chwili zdałem sobie sprawę, że nigdy już nie zobaczę ani Arkadii, ani Tikicy, i ruszyłem między zarośla pozostawiając za sobą cudowną łąkę, której właściwie nie ma i nigdy nie było i której nie odnajdę, gdy znowu będę jej szukał, ponieważ moja łąka jest jak te Zielone Wrota, które znikają, gdy chcemy je otworzyć, a pojawiają się, gdy najmniej się ich spodziewamy.
Wiedziałem: jeżeli jeszcze raz się obejrzę, nie zobaczę już łąki. Ale nie obejrzałem się. Nie było sensu. Wiedziałem o tym od dawna.
Popatrzyłem na Tikicę. Na jej twarzy nie było ani śladu żalu. Jakby nic się nie zdarzyło. Jakbyśmy nie zostawili czegoś, czego już nigdy nie odnajdziemy. A może niczego nie było? Chciałem zapytać Tikicy, czy widziała łąkę naprawdę, ale zrezygnowałem. Jaki by to miało sens?
I zaczęło narastać we mnie przeświadczenie - pozostało mi ono do dziś - że ta łąka tylko mi się śniła.
Odprowadziłem Tikicę do domu, pogłaskałem ją po włosach i posłałem na śniadanie, a sam jeszcze przez czas jakiś stałem na słońcu mrużąc oczy, potem ruszyłem przed siebie, do stacji kolejowe, dziesięć minut drogi stąd, żeby dowiedzieć się, kiedy mój pociąg jedzie dalej.