OPOWIADANIE SZÓSTE
PARTIA POKERA
Raz jeszcze spojrzałem na mroczny pejzaż. Jednolitą szarawą barwę nieba rozjaśniała blada księżycowa poświata. Chmury stały w miejscu, krągłe i brzemienne śniegiem. Peron pod moimi nogami pokryty był brudnym mokrym śniegiem, poprzecinanym czarnymi łukami torów.
Wzdłuż torów śnieg był brudniejszy i topił się na brzegach.
Między niebem i torami zwisały wilgotne ciepłe płachty pary i dymu. Drugi czy trzeci tor wciąż jeszcze głucho oddzwaniał daleki stukot pociągu, który niedawno odjechał.
Odjechał wprawdzie, ale nie w tym kierunku, w którym ja zamierzałem się udać.
Prócz mnie nie było nikogo na stacji. Inni ludzie dawno już zdecydowali, co robić, a kiedy ja wreszcie podjąłem decyzję wyjazdu, pociągi opóźniają się, tkwią w zaspach lub po prostu odchodzą w przeciwnym kierunku. Było coś mistycznego w tym, że rzeczywistość zawsze przeciwstawiała się moim postanowieniom.
Stałem przez jakiś czas pod stacją studiując w słabym żółtym świetle rozkład jazdy i kilka turystycznych fotografii z nienaturalnie spokojnym i nieprzyjemnie szarym morzem. Według wszelkiego prawdopodobieństwa miałem przeczekać tu aż do rana, a morze znowu stało się dalekie i nierzeczywiste.
Drżąc w cienkim płaszczu, z małą torbą podrózną z brązowego płótna w ręku, wszedłem do restauracji dworcowej. Czułem się jak spóźniona jaskółka. Wydawało mi się nieprawdopodobne, że to już zima, że pada śnieg.
W hallu restauracji znajdował się ogromny bufet, bardzo nowoczesny, z błyszczącymi niklowanymi aparatami i kranami, ale ludzie, którzy przy nim stali, pili rakiję z kwaterek jak w bardzo starej karczmie. Drugie poinieszczenie było spokojniejsze i urządzone na modłę prowincjonalną. Stało tu zbyt wiele ciemnobrązowych krzeseł, których oparcia stanowiły niegustowne wachlarze z jasnych drewnianych poprzeczek. Obrusy w niebieską kratkę sprawiały wrażenie nieskazitelnie czystych i wyprasowanych. Usiadłem i zamówiłem omlet z szynką, potem kawę, a kiedy zapaliłem papierosa, stwierdziłem, że już nie czuję się źle, co uznałem za dobry znak dla rekonwalescenta. Świat w moim pojęciu zawsze pełen był dobrych i złych znaków, dla chorych i dla zdrowych, należało jedynie być w miarę przebiegłym i czujnym, by w porę je dostrzec.
Poczułem się zdrów i odzyskałem wiarę w siebie, wiarę, którą straciłem, kiedy mi powiedziano, że spóźniłem się na połączenie z Pulą. Słuchałem przez pewien czas głośnego tykania staromodnego zegara ściennego, a potem zabrałem się do czytania gazet.
Ludzie siedzieli przy stołach, próbując znaleźć jako tako wygodną pozycję do całonocnego czuwania. Wiele osób siedziało w płaszczach, ustawiwszy koło nóg rzędy walizek, toreb i paczek. Porównując swoją małą i wyświechtaną torbę podróżną z tym bogactwem bagaży, czułem się jak bezdomny włóczęga. Co mógłbym, gdybym nawet zechciał, zabrać z sobą w drogę, żeby zajęło aż tyle miejsca?
Nastawiłem wskazówki swojego zegarka według zegara ściennego. Czas leniwie i głucho poruszał obydwie maszynerie. Zrozumiałem nagle ich nieprzyjemne pokrewieństwo i zakryłem rękawem nadgarstek, jakbym musiał przed czymś chronić swój zegarek. Restaurację wypełniał duszny zapach pociągów, ale na dworze nie było żadnego ruchu. Gdzieś z boku, z jakiejś kancelarii dobiegał dzwonek telefonu. Zawiadamiają może, pomyślałem, że i ostatni pociąg utkinął w zaspach. Ale uśmiechnąłem się przekornie, dobrze bowiem wiedziałem, że nie pociągami się podróżuje.
Do restauracji wszedł człowiek w szaroniebieskim mundurze, rozejrzał się zacierając dłonie i podszedł prosto do mojego stolika. Był bez płaszcza i wyglądal świeżo, jakby dopiero co się obudził.
- Można ? - zapytał.
Skinąłem niechętnie głową. Nigdy nie darzyłem mundurów specjałną sympatią. Nie lubiłem siedzieć w dworcowych restauracjach z obcymi ludźmi w mundurach.
- Pan czeka na Tauern? - odezwał się człowiek, wciąż jeszcze troskliwie zacierając ręce, by je ogrzać, i zaczął układać na stole rekwizyty niezbędne przy długim czekaniu: papierośnicę, zapalnicżkę, gazety, cygarniczkę, notes i ołówek. Porządkował je w myśl jakiegoś dziwnie ustalonego systemu, może przyzwyczajenia - papierośnicę i zapalniczkę z lewej strony, gazety z prawej. Ręką strzepnął uważnie okruszyny tytoniu. Dłonie miał długie, kościste i białe, wypielęgnowane, zręczne dłonie, które odbijały od nalanej czerwonej twarzy, nie nazbyt gładko wygolanej, z wąskimi chytrymi oczyma.
- Pan czeka na ekspres Tauern? - zapytał znowu, jakby było zupełnie naturalne, że nie dosłyszałem go za pierwszym razem.
- Nie - odparłem - na osobowy do Puli.
- Szkoda - rzekł człowiek, klepiąc się w udo - moglibyśmy razem czekać i podróżować dalej. Szybciej by nam czas zleciał. A pan o której ma odjazd?
- O szóstej z czymś.
- A, to nie taka znowu wielka różnica. Chce się panu spać? Ja się dobrze wyspałem - kontynuował w stylu gawędziarskim, przyjaźnie, podczas gdy jego ręce, suche i drapieżne, prowadziły na stole zupełnie niezależne odrębne życie. - Wprawdzie nie przyszedłbym jeszcze na dworzec, ale cóż, traf chciał, że mi się w domu urodziło dziecko; nie moje, uchowaj Boże, córki mojej siostrzenicy. Ona zresztą mieszka dość daleko stąd, na wsi, wie pan, gdzie nie ma szpitala ani doktora, więc przyjechała do nas. I wie pan, jak to jest, musialem uciec, żeby się stamtąd wyrwać. Straszne! Ale mimo wszystko zdążyłem się dobrze wyspać.
- Pan też wybiera się w podróż? - zapytałem grzecznie.
- Ach nie, skąd, zależy, jak to rozumieć - roześmiał się serdecznie, wybaczając moją pomyłkę. - Podróżuję służbowo. Ja, jak pan widzi, jestem celnikiem. Mieszkam tutaj, a pracuję na kolei. - Wskazał ręką na sw6j mundur, jakby to wyjaśniało wszystko..
- Ach tak - odparłem wymijająco.
- Wypijmy po jednej rakiji - zaproponował celnik jeśli pan ma ochotę. Pan na urlop? Tak p6źno?
- Na leczenie - powiedziałem. - Właściwie na rekonwalescencję.
- Z Zagrzebia? Naprawdę szkoda, że nie jedzie pan Tauernem - dodał zupełnie bezsensownie, kiwając głową i cmokając z wielkiego żalu.
Najwidoczniej nie pochodził z tych okolic, można to było wyczuć, mówił sztucznie i wszystko w nim było jakieś sztuczne. Lub tak mi się tylko wydawało z powodu munduru.
Popatrzyłem na mosiężne wahadło zegara. Chociaż upłynęło już dużo czasu, wyglądało zupełnie jak przedtem. Takie zegary przywozili kiedyś nasi marynarze z Holandii, podobnie jak i talerze z Cardiff. Ale ten to na pewno imitacja, stwierdziłem, przywieziono go z Wiednia najwyżej przed dziesięcioma laty, razem z wypolerowanym lśniącym wahadłem. Zakołysałem głową jak wielkie wahadło, nasłuchując szumu odległego moirza.
- Jakby pan wycenił taki zegar? - zwr6ciłem się z pytaniem do niebieskawego munduru. - No gdyby go ktoś teraz przywiózł?
- Co, zegar? - z zakłopotaniem odwrócił się celnik. Zegar? Kto by dzisiaj przywoził taki zegar? - Z uniesioną głową wyglądał jak ptak.
Do restauracji weszła kobieta w towarzystwie księdza.
Zdawało mi się, że dostrzegłem ich wcieśniej na peronie, kiedy ogłaszano, że nasz pociąg z powodu śnieżycy nie pojedzie dalej, lecz wróci do Lubljany. A może o nich śniłem. Byłem pewny, że ich skądś znam.
Oboje przesadnie głośno, lecz bez zbytniej serdeczności powitali celnika. Ciepło uścisnęliśmy sobie dłonie, a potem usiedliśmy przy wtórze pomrukiwania i przeprosin.
- Patrzcie ich! Dokąd się wybieracie? - zapytał celnik.
- Do Lesja, mój drogi. Wielebny i ja jedziemy razem do Lesja. Pomyśl tylko, co za zestawienie! - powiedziała kobieta sztucznie.
- Stello! - skarcił ją ksiądz bez gniewu.
Celnik roześmiał się głośno.
- Proponowałam, abyśmy zanocowali tutaj, w hotelu, i pojechali jutro, skoro już tak jest z tymi pociągami, ale on nie chce... - kobieta zakrztusiła się ze śmiechu.
- Stello, bądź rozsądna - rzekł ksiądz spokojnie. Widzisz, że w towarzystwie są obcy ludzie. - Popatrzył na mnie bezbarwnie swoimi zmęczonymi wodnistymi oczami. Ksiądz był w brązowym zimowym płaszczu narzuconym na sutannę. Na jego szyi bieliła się sztywna koloratka, która wrzynała się w starczą, zwiotczałą, ale ogorzałą skórę. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak jeden z tych wiejskich plebanów, którzy już dawno powymierali. Prezentował się okazale. Mówił powoli i wyraźnie i jeżeli choć trochę denerwowało go zachowanie towarzyszki, nie można tego było zupełnie dostrzec.
Stella, sądząc po głosie, była o wiele młodsza, niż na to wyglądała. Dobrze znałem tę twarz i głos, i sposób bycia, i bawełniany sweter jaskrawoczerwonego koloru, trochę przetarty na piersiach. Usta i policzki miała przesadnie wymalowane, szyję gładką i młodą, ale pod oczami widniały dwa ciemnosine łuki chronicznych podkówek. Znałem te oczy, co zawsze przeskakują z twarzy na twarz, sztucznie uśmiechnięte, a bez uśmiechu w głębi zamglonego szkliwa, pełne gorączkowej aktywności. Nie ma dwóch zdań że kurwa, i to z miasta. Może z Lubljany. Ale tak pewne, jakby nosiła mundur. Ten mundur, który odróżnia jej profesję od wszystkich innych. A nosiła go nie bez pewnej dumy.
- On nie chce, pomyśl, Mihajlo, nie chce. Chce mnie ostatecznie zmienić, nawrócić zbłąkaną owieczkę. Nie chce do hotelu - kobieta po prostu dławiła się ze śmiechu.
- ...Co by powiedzieli, gdyby zobaczyli go... wielebnego...
Nagle ten śmiech przeszedł w spazmatyczny głęboki kaszel, jakby chciała usunąć z płuc bolesne lepkie grudki krwi. Ksiądz i celnik pochylili się ku niej z zatroskanymi twarzami, wyciągając tylko bezradnie ręce, ponieważ faktycznie nic nie można było tu zrobić.
- Ona jest bardzo chora, proszę pana - spokojnie wyjaśnił mi ksiądz rozwlekłym głosem. - Proszę mi wybaczyć, ale myślę, że będzie najlepiej, jeśli ją trochę wyprowadzę na powietrze.
Podtrzymując lekko jej ramię wyprowadził ją na peron. Podczas gdy kaszel oddalał się, celnik niecierpliwie bębnił palcami po stole. Widać było, że ledwie może się doczekać chwili, kiedy będzie mógł zacząć mówić.
- Jest strasznie chora - powiedział, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi, jednym tchem, jakby spieszył się, by zdążyć, zanim powrócą. - Ona, wie pan, jest córką jego brata, który umarł w zeszłym roku w Lesju i polecił mu zająć się nią. Ja też, wie pan, jestem z tego samego miasta, z Lesja. Tylko mieszkam tutaj, bo muszę być na głównej linii ze względu na obowiązki służbowe.
A ona dość dawno stąd wyjechała. Wracała czasem co prawda. Może i chciała zostać, ale za dużo było plotek, i tak...
- Jakich plotek? - zapytałem obojętnie, wbrew swojej woli.
- No, o niej... o jej sposobie życia. Mówią, że jest jedną z tych... wie pan. W Lubljanie, rzecz jasna. Była kiedyś bardzo ładna. Powiadają, że zarobiła masę pieniędzy, tylko że wszystko przepiła i przegrała w karty. Jej ojciec też był karciarzem. Strasznym karciarzem. Miał przed wojną tartak, sprzedawał drewno Niemcom i tak dalej;
powiadają, że wszystko stracił w ciągu jednej nocy. Gra pan w pokera? Mówią, że mając cztery króle w ręku trafił u przeciwnika na pokera. Próbował popełnić samobójstwo, ale go uratowali. Chorował do ubiegłego roku. Był gruźlikiem. Posyłała mu trochę pieniędzy, ale co to jest? A potem i ona się rozchorowała z tego wszystkiego.
Nie chciała się wcale leczyć. I teraz ten ksiądz ostatecznie postanowił, że zawiezie ją z powrotem. Po tylu latach, niech pan sobie wyobrazi!
- Trochę za późno, co? - wtrąciłem. - Dlaczego dopiero teraz?
- Kto go tam wie? - Celnik wzruszył ramionami. W zaufaniu powiem panu: on jest zupełny wariat. Nie zauważył pan tego, co?
- Co pan powiedział? - zapytałem, ponieważ zanadto zniżył głos. Ale było za późno, wrócili. Stella usiadła, uśmiechając się profesjonalnie, jakby nic się nie zdarzyło.
Ksiądz skłonił się sztywno i zajął miejsce z zadowoloną miną dobroczyńcy.
- Napijemy się czegoś? - zaproponował celnik, strzelając palcami, by przywołać kelnerkę.
- Dobrze - odezwała się Stella - dla mnie podwójny koniak. Ale na miły Bóg, jak ja wyglądam!
Wytrząsnęła na stół zawartość torebki chcąc znaleźć lusterko, szminkę, grzebień i tusz do rzęs. Niezwłocznie wzięła się do dzieła, napinając i wykrzywiając twarz, by przeprowadzić skomplikowaną operację upiększania. Patrzyłem zafascynowany na stół, gdzie między kluczami, chusteczką, pudełkiem zapałek i papierosami leżała talia kart, przewiązana czerwoną wstążeczką jak podarunek urodzinowy.
- Zagramy? - zaproponowała, dostrzegłszy moje spojrzenie, i w dalszym ciągu spokojnie naciągała powiekę, by szczoteczką lepiej pomalować rzęsy. - Szybciej nam czas zleci. Zresztą nie jest pan wcale zajmujący.
Celnik roześmiał się dziwnym, złośliwym śmiechem.
Ona energicznie włożyła wszystko do torebki i wzięła karty do rąk. Miała mięsiste dłonie o krótkich palcach, dłonie wciąż jeszcze młode. Karty wyglądały obco i absurdalnie w tych rękach. Na pewno wiele przegrywała, pomyślałem nagle, przegrywała tyle, że straciła już nadzieję na wygraną.
- Co pan na to? - zapytała. Ręce jej zupełnie nieznacznie drżały, gdy przypalała papierosa. Robiła to, jakby była na scenie. Ksiądz nachylił się ku mnie.
- Sprawiłby mi pan wielką przyjemność, gdyby zechciał paln udać się ze mną do bufetu - wyszeptał, niezręcznie mrugając. - Napijemy się czegoś.
Nie miałem pojęcia, czego ode mnie chce. Powoli dopiłem koniak i spojrzałem na trzy twarze obok siebie.
Wszyscy troje byli podobni w jakiś sposób. Może dlatego że wszyscy pochodzą z tego Lesjla. Ludzie z tych samych miejscowości mają pewne wspólne rysy, które ich wyróżniają spośród innych.
Wielki stary zegar na ścianie zachrypiał, jakby miał kaszleć, w lokalu zapanowała cisza. Rozejrzałem się, podróżni drzemali, skurczeni w groteskowych pozach. Stella, Mihajlo i ksiądz patrzyli na mnie. Bez sŁowa wstałem, jakbym szedł na rozstrzelanie, i skinąłem głową w stronę księdza. Wyszliśmy do hallu, gdzie powietrze było o wiele świeższe, i stanęliśmy przy bufecie. Zamówiłem koniak.
Ksiądz się ociągał, a potem wziął wodę sodową.
- Pan się zapewne dziwi, dlaczego ośmieliłem się pana inkomodować - powiedział z wszechwiedzącym uśmiechem. - Nie wiem, co panu pański... znajomy, ten Mihajło, naopowiadał, ale niech pan będzie pewny, że cokolwiek powiedział, mówił nieprawdę.
- Nie łamałem sobie nad tym głowy - odrzekłem.
- Słusznie. To zresztą pana nie dotyczy. Lecz mimo wszystko winien jestem panu pewne wyjaśnienie. Zauważył pan, że osoba, której towarzyszę, jest bardzo chora.
Widzi pan, próbuję wszystkiego, by ją wyleczyć, i myślę, że mogę to zrobić lepiej niż jakikolwiek lekarz. Bowiem ma ona chorą duszę, nie ciało, jeżeli rozumie pan, co przez to chcę powiedzieć. Ona się sprzeciwia leczeniu, nie pragnie uzdrowienia, ponieważ pewne rzeczy zakłócają spokój jej duszy. To nasze odejście od stołu jest jedynie częścią mojej terapii. Dziękuję panu za zrozumienie. - Popatrzył na mnie zwycięsko.
- Niezupełnie pana zrozumiałem - odparłem. Wyglądało na to, że naprawdę jest wariatem.
- Muszę panu wszystko dokładnie opowiedzieć. Widzi pan, ta jej choroba jest jedynie skutkiem pewnego... określonego sposobu życia. Rozumie pan? Ale musimy sobie postawić pytanie, dlaczego ona w istocie wstąpiła na tę drogę. Jej ojciec przed wojną był bogaty, bardzo bogaty.
Większą część majątku przegrał w karty już dawno, ale resztki tego bogactwa roztrwonił, a ojca i samą córkę puścił z torbami po wojnie właśnie ten Mihajło...
- Celnik? W jaki sposób?
- To byli jacyś dalsi krewni, zresztą dla pana nie jest ważne dokładne pokrewieństwo. Aby uchronić się przed reformą rolną, jej ojciec większą część majątku przepisał na Mihajła, który mu obiecał, że będzie tego pilnował, póki się wszystko nie uspokoi. Tymczasem Mihajło rozparcelowal ziemię, sprzedawał ją po kawałku, tartak oddał państwu, żeby się przypodobać, a jako ukoronowanie wszystkiego zadenuncjował starego, że próbował zataić tartak przed władzami. Stary był gotów. Już wcześniej chorował, a tych kilka lat więzienia dokonało reszty.
Wypuścili go ze względu na zły stan zdrowia, ale za późno. Stella, mogę panu powiedzieć, wtedy miała szesnaście lat i była bardzo ładna. Mihajło jej nieustannie obiecywał, że przez znajomości wyciągnie ojca z więzienia, i wtedy ją zhańbił. Uległa, bo myślała, że w ten sposób uwolni ojca. Potem naturalnie rozczarowała się i zeszła na manowce, jeszcze zanim ojciec umarł. Ot, i wszystko.
- Nie pojmuję, dlaczego to ich spotkanie ma być terapią. Dziękuję za opowieść. - Czułem, że zaczyna mnie boleć głowa.
- Mój pomysł polega na tym, by śmiało spojrzała przeszłości w oczy i by ją, że tak powiem, przezwyciężyła.
Może dzięki kontaktowi z Mihajłem zrozumie, że jedynie ona jest w stanie uratować swoją duszę.
- Skoro ksiądz wiedział o tym wszystkim, dlaczego nic ksiądz nie uczynił, by temu zapobiec? Dlaczego ksiądz wcześniej o tym nie pomyślał? - Ból głowy wzmagał się niepowstrzymanie jak przypływ morza. - I jak to się stało, że ksiądz właśnie tutaj ich skonfrontował, ją i Mihajła?
Ksiądz zaśmiał się. Wydał mi się diabelnie silny.
- Zwyczajnie. Zupełnie zwyczajme - rzekł niedbale i obejrzał się instynktownie jak zwierzę.
- Rozmawiacie sobie? - rzucił Mihajło, zacierając długie białe dłonie. Wszedł zupełnie niepostrzeżenie i bezszelestnie na swoich gumowych podeszwach. Popatrzył na nas, na jednego, potem na drugiego, z zawodową podejrzliwością.
- Gdzie tu jest toaleta? - zwróciłem się do barmana.
Poszedłem wąskim korytarzem, czując coraz silniejszy ból głowy. Coś się we mnie burzyło przeciwko opowieści, która została mi tak zimno i gładko przekazana. Coś tu było nie w porządku. Coś nie grało. Ale głowa bolała mnie okropnie i nie byłem w stanie znaleźć w tym wszystkim braku logiki czy postawić konkretnego zarzutu. Wiedziałem, że wiele zależy od tego, czy uda mi się skupić.
Wróciłem i przeszedłem koło bufetu, dostrzegając kątem oka, że ksiądz i Mihajło wciąż jeszcze tkwią w tym samym miejscu i o czymś tajemniczo szepczą. Wszedłem do restauracji udając, że ich nie zauważyłem. I w tym momencie zrozumiałem; dlaczego nie mogę przeciwstawić się tej opowieści, zburzyć jej, udowodnić, że jest nieprawdziwa. Nie mogłem nic zrobić, ponieważ była całkowicie pozbawiona sensu. Cały czas, kiedy słuchałem, wysilałem się, by nadać jej jakiś sens, by umiejscowić ją w realnej sytuacji, w tej zwariowanej nocy, w tej ponurej restauracji, ale było to niemożliwe. Zdawało mi się, że czuję w ustach smak żółci. Mdłości i ból głowy przyjęły mnie do swej kompanii, odraza wprosiła się do towarzystwa. Ale gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że tak jest lepiej. Dla nas wszystkich będzie lepiej, by ta opowieść pozostała bez sensu, bez logiki i zakończenia - ta podwójna opowieść zrodzona z chorobliwej wyobraźni, z widmowej atmosfery jakiegoś rozkładu, pochodząca z jakiegoś odległego miejsca na kuli ziemskiej, miejsca, które ma swoją nazwę, ale nie jest zanotowane na żadnej mapie, z miejsca spod znaku zbrodni i śmierci, usiadłem przy stole siląc się na uśmiech. Ale Stella nie odpowiedziała mi uśmiechem. Siedziała skurczona, z niezdrową bladością, pod ciemnym pudrem, z gorzkim grymasem wokół ust
- Pani źle się czuje? - zagadnąłem, nie wiedząc, co mówić.
- Źle? Nie, dziękuję, zupełnie dobrze - powiedziała z roztargnieniem. - Proszę mi dać papierosa.
Podałem jej pudełko.
- Czy bracia są tam? Razem? - zapytała wydmuchując dym, nie oczekując żadnej odpowiedzi, jakby wiedziała na pewno, że tam są i że są razem, akcentując słowo "bracia" szyderczo, lecz bezsilnie. Jakby nie było już ratunku.
- Jacy bracia? - spytałem. - Czyżby ksiądz i Mihajło?
- Ksiądz i Mihajło - odparła Stella. - Pan nie wiedział, że to bracia? - Nie - odrzekłem - nie mówili mi o tym.
- To bracia. Znowu o czymś plotkują. Po co by zresztą tam siedzieli razem? - rozprawiała sama z sobą. - Moi dwaj sławni stryjowie. Nie wiedział pan o tym? Dziwne.
Przecież to widać. Mój zmarły ojciec i oni to trzej bracia.
Przynajmniej tak to się mówi, ale to zbyt piękne słowo: bracia. Mój ojciec, jak w bajce, był trzecim głupim bratem. Tylko że, dla odmiany, tutaj bajka nie kończy się bynajmniej szczęśliwie. Czy pan wie, co ten... ten, ksiądz zrobił? Przed wojną był z tego dość znany. Gazety o nim pisały. Wszystkie kobiety z naszej miejscowości, z Lesja, i z okolicy doprowadzał do autentycznego opętania religijnego. Wtedy był jeszcze młody, przystojny i stuknięty i wodził kobiety na nie kończące się pielgrzymki, kazaniami wprowadzał je w trans. Ludzie z naszej miejscowości chodzili jak błędni. A wie pan dlaczego?
- Nie wiem - powiedziałem. Jej głos przechodził w histeryczny krzyk.
- Żeby móc dobrać się do kobiet, pojmuje pan? Powalał je, te biedne wieśniaczki, gdzie tylko mu się udało, w ich własnych łożach małżeńskich. Moją matkę, żonę swego rodzonego brata, tak prześladował, namawiał, straszył pokutą, że wreszcie, choćby nie wiem jak się opierała, musiała ulec. Mój ojciec wiedział o tym wszystkim, ale nic mie mógł zrobić. Poddała się za jego wiedzą. Legła pod tym łajdakiem, jakby czyniła rzecz bogobojną. Nigdy już jej ze swoich szponów nie wypuścił. Młodo przez to umarła. To samo zabiło ojca, doprowadziło go do tego, że grał w karty do utraty świadomości, że upijał się, póki nie przepadł z kretesem. To, co w końcu zostało z naszego majątku, ze mną włącznie, wykończył święty Mihajło, zawsze taki niewinny, zawsze miły i delikatny, gotowy do pomocy, skłonny poświęcić się dla swojego nieszczęśliwego brata i sieroty.
Och, jakże sprawnie Mihajło i ten stary rozpustnik rozgrabili mienie mojego ojca! A wie pan, dlaczego są tu dzisiaj? Ponieważ wciąż jeszcze się targują o ten kawałek ojcowizny, o moje ciało! Kochanka jednego, córka drugiego. Nie, nie jestem już ładna. Ale nie chcą mnie dla mnie samej, lecz dla czegoś, co jest w nich. Widzi pan, oni muszą skończyć to, co zaczęli. Nie uspokoją się, póki nie zniszczą ostatniej cząstki padliny. Niech pan sobie tylko wyobrazi tę potworność - to stare bydlę twierdzi, że jestem jego córką! Jego córką, krwią z tej ohydnej krwi! Najstraszniejsze, że ja sama czasami zaczynam w to wierzyć. Czy zresztą mój ojciec mógłby mnie taką spłodzić? I teraz, kiedy tam stoją, dzielą się mną jak talią kart: jednemu oko, drugiemu usta, jednemu ręka, drugiemu noga od biodra w dół. Kto mi doda sił, bym mogła się bronić? Zawsze wracam do nich sama z własnej woli i nie mogę się temu oprzeć. Straszne!
Zakryła twarz rękoma, sztucznie i banalnie. - Oni są wszyscy wariaci, wszyscy nienormalni, cała ta rodzina, a mówią, że i mój ojciec był na swój sposób kopnięty.
Wiedzieć, że już przed urodzeniem było się w szponach wariata, i nie móc uciec, to jest, mówię panu, okropne.
Ja, mój drogi chłopcze, mam już dość.
Machnęła ręką, jakby podcinała sobie krtań wyimaginowanym nożem. Rzuciła niedopałek na podłogę, upiła trochę koniaku z kieliszka i wyciągnęła lusterko, by się upewnić, że nic się nie rozmazało na ostatecznej masce.
- Dlaczego pani nic nie robi? - wtrąciłem niedowierzająco, patrząc z obrzydzeniem na te gesty, straszniejsze od jakiejkołwiek opowieści. - Jest pani pełnołetnia, wolna, równouprawniona.
- A jakie mam wyjście? Co mam zrobić? - zapytała obojętnie, chowając lusterko do torby, i wzruszyła ramionami.
- Co by pani chciała zrobić?
Popatrzyła na mnie pustymi oczyma, dziwnie jakoś skuliła się i powiedziała drętwo i cicho, z głębi duszy. - Chciałabym dożyć tej chwili, by ujrzeć, jak zdychają jeden po drugim na zgliszczach własnych domów, oni, ich dzieci i rodziny, i dzieci ich dzieci. Niech zdechną jak bydło, tak jak żyli.
Poczułem lodowaty chłód w krtani. To biblijne posępne przekleństwo tak niegustownie patetyczne, a wydobyte
spod pancerza pudru i szminki, zaskoczyło mnie jak niespodziewane uderzenie. - A pani? - spytałem przestraszony tę zamaskowaną wysłanniczkę, która z dalekiego świata niosła swemu plemieniu przekleństwo i zgubę. - Czego by pani chciała dla siebie?
- Ja? - odrzekła zaskoczona, nie spodziewała się bowiem, że ktokolwiek się o nią zatroszczy, nawet ona sama. Po czym znalazła odpowiedź: - Chciałabym się dobrze bawić!
Dobrze się bawić! Kto wie, jak to sobie wyobrażała.
Straszliwie rozbolała mnie głowa. Pomyślałem, że to może od zaduchu, i z nienawiścią popatrzyłem na śpiących, którzy zabierali mi tlen. Podróżni oparli brody na rękach, na piersiach, na stołach, chrapali i świstali w swoich ciemnych płaszczach z podniesionymi kołnierzami. Nienawidziłem ich, bowiem dla nich ta noc mijała bezboleśnie. Czułem, jak zmora powstała z niewyspania i tych opowieści wciska mnie w głęboki ciemny lej nocy pachnącej stacją kolejową, czułem narastający w piersiach śmiertelny kaszel. Czas upływa, strzeż się - powiedziało staromodne mosiężne wahadło, nagle znowu głośne i rytmiczne - czas upływa, człowiek może tak łatwo umrzeć za młodu. Strzeż się, zmień życie!
Mihajło i ksiądz wrócili, usiedli przy stoliku i uśmiechnęli się obojętnie; byli w dobrych humorach, jakby się im coś powiodło. Jakby obydwaj przechytrzyli kogoś trzeciego, pierwszego lepszego z ludzi złapanych w lepkie macki ich świata.
- Lepiej ci? - zapytał ksiądz troskliwie, dotykając ramienia Stelli koniuszkami wyciągniętych palców.
- Postaw mi Jeszcze jeden koniak - odpowiedziała wyzywająco.
- Nie należy tyle pić, moja droga - rzekł ksiądz.
Mihajlo ze śmiechem przechylił się z krzesłem, przytrzymując się rękami stolika, jakby chciał zaznaczyć, że on jako postronny obserwator znajduje złośliwą radość w tej zabawnej scence niby z operetki.
Gdzie ja jestem? - myślałem usiłując się obudzić, potrząsnąłem głową, by odegnać tę zmorę, zmęczenie i ból, i krople strachu, które wywołały we mnie gorączkę jakiejś nowej choroby. Gdzie się znalazłem? Co to za ludzie?
I jaki jest cel tych opowieści, kłamstw, obmawiania, wybiegów, nienawiści, jadu i trucizny? Dlaczego wybrali właśnie mnie, właśnie teraz, tutaj, żebym tego wszystkiego wysłuchiwał, żeby wszystko po każdym ich wyjaśnieniu stawało się dla mnie tysiąc razy bardziej niezrozumiałe? Dlaczego każdemu z nich tak zależy, by mnie przekonać o winie pozostałych, dlaczego każde stara się narzucić mi swoją wersję dziwnego postępowania zupełnie nie znanych mi ludzi? Dlaczego potrzebny im jest ktoś obcy, przypadkowy przechodzień, słuchacz na jedną noc, by mogli się obnażyć bez żadnych hamulców, bez wstydu, bez sensu?
Czy naprawdę udzielił mi się ich obłęd, czy też na świecie dzieje. się coś, na co nigdy nie zwróciłem uwagi; coś, co zawsze działo się obok nas, podczas gdy my nie oglądając się szliśmy głównymi drogami i głównymi szlakami, niezdolni skręcić, zatrzymać się i dostrzec? Czy aby przeżyć ten sen, trzeba było mokrego jesiennego śniegu, który zasypał tory i drogi; czy trzeba było się zatrzymać w obskumej restauracji dworcowej, pozbawionej świeżego powietrza, czy potrzebna była wilgotna, brudna bezsenna noc i trzy zjawy - niebieska, czarna i czerwona?
I gdzie, w umyśle jakiego pająka, jakiego skorpiona, jakiego sępa zrodziły się te opowieści ulepione z jadu i zakrzepłej krwi, z ropy i dziegciu, jakim cudem i pod jakim niebem mogły się rozmnożyć bezsensy i absurdy tej opowieści, straszliwsze od sensu i prawdy?
Czas upływa - mówiło wahadło - ludzie umierają młodo. Dobrze uważaj, bowiem tak łatwo i ty możesz umrzeć. Prawda się nie liczy, chodzi o to, by żyć dalej i lepiej. Strzeż się, nieważne, kto z nich mówi prawdę, kto ma rację, nieważne, czy ktoś z nich mówi prawdę, i czy ktokolwiek ma rację, ważne jest, by zapamiętać (nie zapomnieć), że są mózgi, wątroby, płuca i krew , w których kiełkuje nienawiść, rozrasta się sina zachłanność, czarna złość i czerwona zawiść, w których niby ohydne ćmy z poczwarki lęgną się te pełne grozy opowieści. Tym opowieściom nie można się nawet przeciwstawić, one wędrują po świecie jak zamaskowani mordercy i w końcu skalają twoje ucho, obrzydzą strawę, zohydzą życie.
- Czy macie państwo coś na ból głowy? - zwróciłem się do wszystkich trojga. Słyszałem pusty dźwięk własnego głosu splatający się z coraz to głośniejszym tykaniem zegara. Mój głos był tak bezsilny i nikły wobec donośnych uderzeń czasu! - Strasznie mnie boli głowa - powiedziałem, ale to nie było to.
Wszyscy troje skierowali na mnie identyczne spojrzenie, trochę zatroskane gwoli przyzwoitości, ale tak podejrzliwe i krytyczne, że niemal się przestraszyłem. Czyżbym powiedział coś nieodpowiedniego? - pomyślałem.
- Ja mam - powiedziała wreszcie Stella, ocknąwszy się po chwili martwej ciszy. - Zawsze noszę z sobą.
Pogrzebała w torebce i podała mi pudełko proszków pełne okruchów tytoniu. Wstałem i poszedłem do bufetu poprosić o szklankę wody. Połknąłem dwie tabletki, a potem po krótkim namyśle wziąłem trzecią. Z góry poczułem poprawę, jaka nastąpi, gdy tabletki zaczną działać, a może gdy nadejdzie dzień lub gdy pozbędę się tych ludzi, jeżeli kiedykolwiek zdołam się od nich uwolnić. Wciąż jeszcze, jak okiem sięgnąć, cały boży świat okrywała ciężka bezsenna noc i nie było nadziei, że się kiedyś od nich uwolnię.
Wracając zatrzymałem się na moment przed ruchomymi szklanymi drzwiami restauracji. Przez szybę, zdobioną podłużnymi mlecznymi pasami, widziałem ich troje, jak siedzą sztywno niczym w jakiejś zbyt realistycznej scenografii. Podróżni i walizy, płaszcze i paczki, krzesła, wieszaki z kapeluszami, wszystko wokół nich było martwe i bezosobowe jak dekoracja, w której podróżni, naszkicowani karykaturalnie i schematycznie, nie różnili się zbytnio od masy bagaży i od pustych płaszczy na oparciach krzeseł.
I wtedy, jakby spektakl naprawdę się rozpoczął, oni troje w milczeniu zaczęli wykonywać bezsensowne ruchy niczym wariaci. Głowa pochyliła się ku głowie, by następnie oddalić się z grymasem; dwie głowy zbliżyły się konfidencjonalnie, trzecia z ciekawością przyłączyła się do nich, potem rozeszły się każda w swoją stronę, z wyrazem takim lub innym, który dla widzów nie ma żadnego znaczenia, jakby patrzyli na grę aktorów z jakiegoś bardzo dalekiego kraju, gdzie i aktorzy, i postacie, jakie odtwarzają, są całkiem od nas odmienne.
Stanąłem w drzwiach, zafascynowany tą pantomimą, Patrz, jak po tym wszystkim serdecznie, jak przyjaźnie rozmawiają, jak ona uśmiecha się swoim żółtozębym zadowolonym uśmiechem, jak ksiądz z namaszczeniem słucha poufnego szeptu nachylonej ku niemu głowy, poważny niby w konfesjonale, jak Mihajło z lubością wypowiada każde słowo, czerwony na twarzy, podczas gdy jego małe oczka wesoło mrugają do obojga słuchaczy. Popatrz, jak wbrew wszystkiemu wyglądają na prawdziwą rodzinę.
Czy to ksiądz machnął ręką Stelli, nie swoją, czy to Stella ma na twarzy kolory Mihajła, nie swoje, a ten trzeci przy ich stoliku, czy to jakiś ksiądz w niebieskawej sutannie, z polakierowanymi paznokciami, z niezdrowym kaszlem, co wstrząsa wymęczonym ciałem? Teatr lalek czy rzeczywistość? Jestem widzem czy aktorem, a może dla kogoś innego, kto stanąłby w tych drzwiach, byłbym jednym z członków tej rodziny, czwartym bratem z takim samym żądłem w sercu?
I patrzyłem, jak niebieski mundur nachyla się ku czerwonemu, jak czarny i niebieski nachylają się nad stołem zasłaniając czerwony, jak czerwony pojawia się między nimi, mundur przy mundurze, członkowie tej samej rodziny, ludzie z tej samej miejscowości, i wreszcie jak niczym w kalejdoskopie zlewają się przed moimi oczyma w jeden upiornie wesoły obraz przypominający fotografię austro-węgierskiej parady wojskowej.
I czerwony, i niebieski, i czarny stapiają się w jeden jedyny mundur jednego jedynego wojska, z trupią czaszką na chorągwi wyglądającej jak nietoperz.
I wreszcie, porwany słusznym gniewem, w mundurze armii, która liczy jednego jedynego żołnierza, wkroczyłem śmiało, między nieprzyjaciół czując się zdrów i silny.
Teraz, kiedy rozpoznałem nieprzyjaciela, oceniłem jego siłę, zdemaskowałem jego broń, byłem niezwyciężony.
Każdy atom mojej nieśmiertelnej istoty był niezdobytą twierdzą.
Czułem, że świat na moment znowu się stał normalny.
A te upiory? Ech, kto by się w naszych czasach poważnie zajmował upiorami!
I usiadłem przy stoliku spokojnie, z uśmieszkiem, uwolniony od bólu głowy i koszmaru, przekonany, że wkrótce będę kontynuował swoją podróż, pewien, że wygrałem bitwę nie mieszczącą się w zasięgu rozumu, że przezwyciężyłem niebezpieczeństwo groźniejsze niż Scylla, że uniknąłem ciosu okrutniejszego niż szpony Charybdy, że wywalczyłem sobie nieogarniony kontynent wolności w sobie samym. I nie było już siły, która mogłaby zagrażać tej armii złożonej z jednego żołnierza.
Czas odegrał teraz gniewnego marsza na wielkim wahadle. Ale wojownicy nie mieli broni, nie domagali się, by ktoś udekorował ich medalami, kroczyli oddaleni jeden od drugiego, z błogim uśmiechem wyrozumiałości na twarzy, każdy oddzielnie czuł zwycięstwo w szpiku kości, w kroplach swojej zmęczonej krwi.
- Jak się pan czuje? - pytali mnie z troską, ale ta troska była oszustwem.
- Niechże się pan czegoś napije - prosili mnie życzliwie, ale ich życzliwość była kłamstwem.
- Biedny. Wciaż jeszcze pana boli? - współczuli mi, ale ich współczucie było fałszem.
Zaproponowali mi znowu, abym rozegrał z nimi partyjkę, i drżącymi rękami zaczęli mi pod nosem tasować karty, jakby samo spojrzenie na talię powinno mnie skusić do gry. Zgodziłem się, ponieważ teraz na wszystko mógłbym się zgodzić bez obawy. Zasiedliśmy we czworo do gry nerwowej, ostrej, emocjonującej, lecz nie dającej specjalnego zadowolenia. Siedziałem z kartami w ręce, spokojny i uśmiechnięty, niemal szczęśliwy, obserwując, jak się między sobą gryzą, jak się nawzajem ograbiają, jak z nienawiścią i zawiścią patrzą na cudzą wygraną, zamartwiają się własnymi stratami, jedno przeciwko drugiemu, ale jednak wszyscy w decydujących momentach przeciwko mnie. Usiłowali obedrzeć mnie ze skóry, przechytrzyć i oszukać, podzielić każdy okruch zdobyczy między siebie, wyrywali sobie pod stołem każdego dinara jak psy. I zupełnie niezainteresowany grą, nie uczestnicząc w niej właściwie, pozwoliłem, by mi zabrali kilka tysięcy, przejrzałem bowiem ich sposoby. Nieuczciwe rozdawanie kart, umówione znaki i ostrzegawcze spojrzenia, a potem przyglądałem się, jak rozdrapują pieniądze niby hieny padlinę, jak już teraz bez umiaru rzucają się na nędzną zdobycz, aby okraść, oszukać, wykiwać mnie, siebie, sam los.
I kiedy na dworze świtało, po dwóch czy trzech godzinach tej nieuczciwej gry, wstałem i zobaczyłem, że i oni się podnoszą, by rozprostować zesztywniałe kości, bardziej niezadowoleni niż przedtem pełni jadu, syci mego przerażenia i skurczeni jak zasuszone resztki nie przespanej nocy.
Wyszedłem na peron, wsłuchując się z zadowoleniem w łoskot nadjeżdżającego pociągu.
- Dlaczego nie miałby pan pojechać z nami? Ekspresem? - zaproponował Mihajło, drżąc w porannym chłodzie w swoim cienkim mundurze. - Potem mógłby się pan przesiąść. Ekspres i tak wyprzedzi osobowy. Mocno ścisnąłem w dłoni uchwyt mojej torby podróżnej, zatrzymując spojrzenie na zamkniętych oknach wagonów, które nadjeżdżały w obłokach pary. Czułem się beztroski i pogodny. Chciałem sam dać gwizdkiem sygnał do odjazdu.
Odwróciłem się jeszcze raz, by spojrzeć na nich. Mam nadzieję, że ich nigdy nie zapomnę, pomyślałem. Teraz mogłem pozwolić sobie na luksus niezapominania. Mihajło stał tuż koło mnie, zacierając ręce, i obserwował mnie z troską. Stella i ksiądz wyglądali przez drzwi restauracji z wyrazem psiej żałości w oczach. Skulili się, jakby im było zimno.
- Przykro mi - odpowiedzlalem głośno - niezmiernie mi przykro, ale ja naprawdę jadę zupełnie gdzie indziej.