WSTĘP DO OPOWIADANIA PIĄTEGO

I

Lękam się, że wkrótce zabraknie na ziemi obszarów, z ktorych mogliby nadejść barbarzyńcy.
Barbarzyńcy przybywali nieustannie, przez całe stulecia, lecz matka ziemia wyczerpała swe zapasy i nie ma już źródeł, z których ponownie mogliby wypłynąć, niepowstrzymani jak ożywczy górski potok, przynoszący zdrowie spragnionym i więdnącym plemionom. Niezliczeni poszukiwacze krążą w poszukiwaniu dróg, nowych rejonów, usiłują odkryć nowe tajemnice, ale drogami, jakie odnajdują, nikt nie nadciąga, nowe rejony to puste, jałowe pustynie piasku lub lodu, a tajemnice powtarzaja się jak pory roku i nie mogą już zaskoczyć, a tym bardziej przestraszyć sytych plemion tubylców. I tym sposobem wszyscy, na całej kuli ziemskiej jesteśmy mniej więcej jednakowi. Niestety.

Tu i ówdzie zabłąka sie czasami jakiś samotny dziwak, urodzony pośród nas na zapomnianej uliczce przedmieścia lub obok stacji benzynowej przy ruchliwej drodze, a nawet w zabitej deskami wsi góralskiej czy gdzieś indziej. Odłącza się powoli, niemal niedostrzegalnie, by nagle zerwać się niczym wściekły pies i odejść pewną aleją o zmierzchu lub przeciwstawić się nam raptownie, zctskoczyć nas, i wtedy orientujemy się, że jest inny niż my. Inaczej myśli, czego innego pragnie. Zabłąka się lub odseparuje od nas rzadki okaz barbarzyńcy, przez chwilę rzuca się i szamoce jak ryba w sieci lub posępny i zamknięty w sobie gapi się z kątów zatłoczonych pokojów, patrzy na wszystko z nienawiścią i chytrością, wyczuwając wrogość i niebezpieczeństwo, on, zupełnie obcy. Potem jak niewolnik godzi się z losem i z rezygnacją znosząc zło, chory z nostalgii, spędzi resztę życia wśród nas.

Umrze w końcu rzekomo na gruźlicę, a naprawdę wskutek jakiejś wewnętrznej zgryzoty lub przeskoczy przez mury, przetnie kraty, przeczołga się pod drutami kolczastymi, ucieknie prześladowcom, ulotni się jak kamfora i zniknie w jakimś kraju, którego nazwy nie znamy i nie wiemy, gdzie sie znajduje. Tam już żadne ludzkie oko go nie dojrzy, zniknie w okolicach, gdzie żyją tylko barbarzyńcy.

Jedynie dzieci - z opowieści o zamierzchłych czasach i ze swoich ulotnych snów - dowiedzą się czegoś o tym błogosławionym kraju, by potem szybko, zbyt szybko zapomnieć.

Lękam się, że wkrótce nie będzie już żadnego barbarzyńcy. Ponieważ pokonano ich lub oswojono, prześladowano, by ich poniżyć, lub męczono, by ich wywyższyć, ponieważ ukarano ich wygnaniem lub wyniszczono zmuszając do przyjęcia chrześcijaństwa, nawracano ich i poskramiano, krzyżowano, nabijano na pal, prażono w ogniu lub pozostawiano na pastwę szczurów w wilgotnych lochach twierdz. A wszystko po to, by wreszcie udowodnić, że barbarzyńcy - mimo wszystkich swoich zwycięstw, mimo chytrości i okrucieństw, mimo pożogi i przemocy - walkę przegrali. A oswojeni zwrócili własną broń przeciwko swym nowym braciom, bardziej nielitościwi niż tubylcy, bardziej papiescy niż sam papież.

I podobnie jak kiedyś, gdy hordy barbarzyńców przygalopowały w dzikim zamęcie, w cudownym bezładzie, paląc twierdze ostatnich tubylców, siekąc zakrzywionymi szablami ostatnich przedstawicieli wygasłych rodów, dzisiaj armie poruszające się na ruchomych twierdzach, ze skomplikowanymi, przemyślnymi stalowymi sieciami, wykorzystując doświadczenia całych stuleci, przetrząsają każdy zakątek ziemi, przeczesują ostatnie zagajniki, oświetlają mroczne kanały, by dobić ostatniego barbarzyńcę, który ze zwycięzcy przeistoczył się w zbiega. Jest jeszcze nadzieja, że niejeden czmychnął i żyje, przenosi się szybko z miejsca na miejsce i wciąż jeszcze udaje mu się wymykać, ale nie próbujcie ufać temu zanadto. Barbarzyńca jest już słaby, wyczerpany i zmęczony, jego rany się nie zasklepiają i nie dotrze już daleko.
Dlatego nie możemy się łudzić.

Nieulękli poszukiwacze postanowili odnaleźć ich i skusić, by znowu wyruszyli na podbój; ale, powiedzcie zresztą sami, czym ich skuszą? Czy zapewnią im miłosierdzie, skoro nie mogą spełnić tej obietnicy? Zawsze bowiem znajdzie się ktoś, kto złamie dane słowo, a obława wciąż jeszcze trwa. Wciąż jeszcze niszczymy to, czego szukamy, zabijamy to, na czym nam zależy, nienawidzimy tego, co chcielibyśmy kochać. Czyż nie uchwaliliśmy szeregu praw, które kładą kres włóczędze, czyż parlamenty nie prześladują kloszardów, czy każde dziwactwo nie jest wyjęte spod prawa? I który porządny barbarzyńca chciałby narażać się na takie ryzyko?
Dlatego już nie przybywają.
A przybywali z ogromnych porośniętych trawą stepów lub z pustych odludnych wyżyn na końcu świata, na niskich kosmatych koniach, odziani w kosmate skóry dzikich zwierząt, zarośnięci i dzicy, nie posiadający nic prócz umiejętności życia. I przynosili nam tę swoją wiedzę i dumną krew, i wspaniałe zdrowie, i bezbłędne prawa, przynosili piękno, jakie jest udziałem jedynie ludzi bezwzględnych i wolnych. Piękno całego świata. Ponieważ świat nagle dzięki tym strudzonym nogom małych koni stał się mały i jednorodny, a piękno jego było jednakie dla każdego. I wszędzie można było dotrzeć jadąc na grzbiecie półdzikiego muła, śpiąc pod pogodnym niebem jakiegokolwiek kraju, porywając piękne dziewczęta jakiejkolwiek rasy, jedząc pożywienie jakiegokolwiek narodu. W ten sposób prawo do wolności mogło stać się prawem świata, gdyby wszystko szło swoim torem. Ale chociaż barbarzyńcy byli przebiegli i uzbrojeni w zakrzywione szable, nie potrafili zwyciężać, ponieważ nie potrafili nienawidzić, gdyż na niczym im nie zależało; nie potrafili stać się wolni, ponieważ nie wiedzieli, czym jest niewola. Dlatego sromotnie przegrali. A bezlitosny zwycięzca wytrzebił ich wszystkich co do jednego.
Nieliczni, jak powiadam, z tych, którzy zostali przy życiu, ukryli się i przystosowali, niektórzy się nawrócili.
Ale nawet tych już dziś nie ma. Dzisiaj najeźdźcy i tubylcy są jednakowi. Rzymianie upodobnili się do Sabinek, oswojeni barbarzyńcy przypominają swoich odwiecznych poskromicieli. Poskromiciele i poskromieni grają te same role i są takimi samymi ofiarami swej bezlitosnej gry.

Barbarzyńca żyje w poskromicielu, poskromiciel w barbarzyńcy. I ukrytemu barbarzyńcy nie Pozostaje nic innego jak stać się niedostrzegalnym, starać się całkowicie stopić z otoczeniem i co rychlej zapomnieć o swoim pochodzeniu, wolności i pięknie.
Aby zachować to, co ma najmniejszą wartość: zwykłe życie. Tylko, drodzy moi, jakie?
I dlatego lepiej szukać ratunku gdzie indziej.

II

I tak oto, dzisiaj, każdego wieczoru w cienistych alejach piękne dziewczyny czekają na kogo innego.
Niby ciemne strzeliste wieże piękne dziewczyny stoją nieruchomo, ukrywając twarze i piersi w pajęczej sieci cienia korony drzew, rozkwitłe i rozłożyste, podobne kasztanom czy platanom wokół siebie. Nie czekają na nas.
Ale i tych, na których mogłyby czekać, też już nie ma.
I stoją tak od chwili, gdy dzień zamienia się w wieczór, aż do tej pełnej tęsknicy i beznadziei pory, gdy wieczór w noc się przemienia, nie doczekawszy się nikogo. Stają się rzewną deszczową mgiełką, która jeszcze przez krótki czas unosi się wokół nas w ciepłym mroku, by potem rozwiać się i z pierwszym nocnym podmuchem wiatru ulecieć ku gwiazdom.


I lękam się, że tak oto tracimy jedną po drugiej. Wkrótce stracimy wszystkie te piękne dziewczyny.
Może odchodzą do krainy, z której niegdyś, dawnymi czasy przybyły, z której wprawdzie wciąż jeszcze przybywają, ale coraz rzadziej i rzadziej. Dzisiaj wiemy jedynie, że kiedyś było ich więcej, O wiele więcej, niemal w sam raz dla nas wszystkich, ale choć było ich tyle, czas nie zaciera w pamięci ich imion i wymawiamy imię każdej z nich z uczuciem, w uniesieniu, z głębokim szacunkiem i nostalgią, jak gdybyśmy przyzywali gołębicę niosącą błogosławieństwo, która już nigdy między nas nie sfrunie. Pamiętamy je tak, jak pamiętamy objawy łaski największej. Bowiem zawsze w głębi duszy wiedzieliśmy, że przybyły ku nam z cudownego świata piękna jedynie z litości dla naszego biednego i szpetnego plemienia. Przybyły, poświęcając tym samym swoją urodę, darowując ją temu światu - i popatrzcie, czy świat się choć trochę odmienił? Cierpliwie nas oczekiwały, ale nie znaliśmy drogi, która do nich prowadzi, i nie nadchodziliśmy. Zmęczyło je daremne czekanie i zwróciły swoje piękne oblicza ku oddalonym światłom. Czekały na nas, byśmy wydarli je niebu, które zabierze te dziewczyny na zawsze, ale my nie byliśmy już w stanie walczyć. I tak oto cudowne i nieskalane zniknęły w nieprzejrzanym świecie odległych mgławic - na próżno darowana uroda, której nie potrafiliśmy przyjąć. Były tutaj i nie dostrzegaliśmy ich, ofiarowano nam piękno, teraz możemy jedynie rozpaczać, dana nam była łaska i miłość, dobroć i spełnienie, ale my nie potrafiliśmy, a może nie mogliśmy temu sprostać.
I mściliśmy się na pięknych dziewczynach za własną niemoc.
Celowo próbowaliśmy je oddalić, zignorować, odepchnąć.

Przywdziewaliśmy pancerze lub włosiennice, by im umknąć, a dziewczyny odziewaliśmy w habity, zasłanialiśmy im twarze, by ich nie widzieć, choć i tak byliśmy już zaślepieni żądzą. Przepędzaliśmy je rzekomo za nierząd, smażyliśmy w ogniu za czary i konszachty z diabłami, zniewalaliśmy je, ale nigdy pojedynczo, zawsze w grupach, abyśmy byli silniejsi, bezcześciliśmy je szyderstwem i prostactwem. Stawialiśmy je nagie pod pręgierzem jako uwodzicielki, przekupywaliśmy je, by się nam oddawały, wabiliśmy je w sidła rozpusty, w sieci pożądania chwytaliśmy ich niewinność, domagając się, by uległy nam bez miłości, lękając się własnej pokory i własnego uczucia. O, jakże trudno nam było się przyznać, że istnieje coś, co jest doskonalsze niż my! Jakże niezńośna zdawała się nam myśl, że istnieje na świecie coś, co jest bardziej samowystarczaLne, szczęśliwsze i o tyle, tyle płodniejsze! I szukaliśmy zapomnienia w Bogu i orężu, w pracy i wyrzeczeniu, w nauce i próżności, lecz nic nie mogło nas zadowolić poza niszczeniem tego piękna, plugawieniem i lżeniem go pogardą i przemocą. Ale i to wszystko, to wszystko, bracia moi, zostałoby nam wybaczone, gdybyśmy nie popełnili grzechu najcięższego ze wszystkich: grzechu ślepoty.

Piękno bowiem żyło obok nas, ślepych i zaślepionych, i przeszło obok, by nigdy już nie powrócić, chyba tylko w bolesnym rozpamiętywaniu. I oto jedynie w jakiejś krągłości bioder, w łuku brwi, w smukłej szyi czy kształtnej nodze zachowały się drobne zaledwie ślady tej piękności, która mogła nas olśniewać przez całe stulecia. I powiadam wam, najmilsi moi druhowie niedoli, żyjemy w świecie pozbawionym piękna.
A co stało się z pięknymi dziewczynami?

W obawie, że będą zmuszone złożyć ofiarę na ołtarzu własnej piękności, poszukiwać zaczęły jakiegokolwiekt byle innego, celu w swoim bezbronnym żywocie, innego przeznaczenia dla tego ciała, tych oczu, tej bezbarwnej szczęśliwej pogody w swoich duszach, celu innego niż obnoszenie własnej piękności. Uczyniły to z poczuciem, że to im nie wystarcza. Z poczuciem, które z wielkim trudem udało się nam w nich stworzyć. Bowiem piękno tak mało im dawało. I zaczęły zajmować się handlem i matematyką, piłką nożną i narciarstwem, biologią i filozofią, stawały się sprawne, biegłe i rozumne, sprawniejsze i rozumniejsze od swych okrutnych nauczycieli. Lepiej potrafiły sprzedawać swoją zręczność i rozum, i siebie, i swoją piękność. Krótko się ostrzygły, zaczęły przemawiać głębokim zdecydowanym głosem na zebraniach politycznych.

I stały się rozgoryczane i cyniczne, z grymasem niezadowolenia w kącikach ust, bardziej konsekwentne w swym cynizmie niż jakikolwiek wyznawca cynizmu, i ocaliły swoje cyniczne życie, uchroniły je rozumnie, na pozór z honorem, domagając się, by dano im tę samą wolność tragiczną, którą tak szczycili się ich mistrzowie i nauczyciele. Po to, by stały się tak samo nieszczęśliwe. I wkrótce różnice się zatarły. Piękne dziewczyny odchodziły, piękno znikało jak promieniowanie kosmiczne, a zdegenerowane odstępczynie, które pozostały, troskliwie i świadomie niosły nam pomoc, wiedzione zawiścią i pragnieniem zemsty, chcąc wytrzebić każdy promyczek zbawiennego piękna, który jedynie z rzadka pojawia się na szarym niebie powszedniości.

I oto teraz, ramię w ramię, żyjemy, bez wielkich uniesień, wspominając chwilami piękno, które na zawsze zniknęło z naszego życia. I spotykamy się na ulicy, w kawiarni, w teatrze, podchodzimy jedni do drugich i gratulujemy sobie serdecznie tego, czegośmy dokonali, nienawidząc jedni drugich i nienawidząc samych siebie.
Wiemy bowiem, że raz jeszcze przegapiliśmy okazje, by się uratować.




OPOWIADANIE PIĄTE


WSPOMNIENIE O TANI

dla N.P.



To była dziewczyna! Nawet bogowie by się takiej nie powstydzili. Ale w tym mieście bogów nie było, nawet jednego jedynego. Tylko ludzie chodzili ulicami, od domu do domu, od rogu do rogu, usiłując zabić nudę grą w karty, winem, plotkami, głównie plotkami. Całe miasto przypominało ogromny szpital lub sanatorium oddzielone od świata. Wszystkie interesy ubijało się tutaj na miejscu.

Nie wiem, jakie niedopatrzenie losu sprawiło, że taka dziewczyna jak Tania pojawiła się w miasteczku. Żeby takie zjawisko żyło i poruszało się, i rozsypywało swój srebrzysty śmiech i pszenicznie złote włosy od uliczki do rynku, od domu do szkoły, od słupa telegraficznego do sklepiku, to po prostu nie mieściło się w głowie. Zabłąkani podróżni przystawali na ulicach miasteczka, jakby ich oczom ukazał się nagle rozległy śnieżny krajobraz. Rankiem wychodzili z brudnego hotelu z knajpą na dole, by wyjechać i nigdy nie powrócić, z walizą nie rozpakowanych rzeczy, z bagażem nudy i brudu, przerażeni, że utopią się w rozmiękłej ziemi jak w zwykłym bagnie, i zatrzymywali się w progu, zakłopotani, jakby w obciążonych bagażem rękach musieli dźwignąć jeszcze jeden ciężar, przypominali sobie, że są nieogoleni i niedomyci, że ich ręce nigdy nie były dostatecznie zadbane. Przystawali w miejscu zaskoczeni taką urodą, świeżością, gibką, barwną młodością, pragnieniem zupełnie bezcielesnym, zatrzymywali się myśląc o własnym nieudanym życiu, o wszystkich okazjach, jakie przegapili, o miłości, której nigdy nie spotkali, zatrzymywali się myśląc o sobie. I odchodzili potem z błękitem w oku, zachowując coś jedynie dla siebie.

Podróżni roznosili tę urodę po świecie, by nic z niej nie zostało dla sprzedawcy, dla listonosza, dla starej kasjerki w banku, dla inkasenta z gazowni, by dla tego miasteczka bez nazwy nie zostało nic, co zdobiłoby jego bezbarwne ulice, upiększało ludzi, wywoływało pogodny uśmiech na ich twarzach. Jedynie podróżni wiedzieli, że Tani nie ma i że w ogóle nie może być tutaj, pośród wiejskich furmanek w dnie targowe, wśród wyczyszczonych do połysku butów na wieczornym korso, wśród leniwych pływaków na brzegu mętnej rzeki. Tania istniała z nimi w innym jakimś świecie, w łagodnym, rozbrzmiewającym muzyką świecie piękna, z którego przyszła - beztrosko uśmiechnięta, nie dostrzegająca niczego wokół siebie - tylko po to, by przejść obok nas jak tchnienie wiecznego zapomnienia, dotyk upojnej szczęśliwości.

Nie, nic inie mogłoby zabłąkanego wędrowcy przekonać, że to cudowne zjawisko naprawdę istnieje wśród koszy zielonych winogron i pryzmy arbuzów przed budynkiem rady powiatowej, pośród opieszałych śmieciarzy, którzy leniwie ciągną obłe konwie na śmiecie w leniwie mijające popołudnie, w miasteczku, gdzie ochrypły dobosz, jakby przeniesiony z jakiejś innej epoki, ogłasza na placykach bezmyślne rozporządzenia o ochronie parków lub płaceniu podatków. Podróżni odjeżdżali szczęśliwi jak po odzyskaniu wzroku, by w swoich stronach opowiadać o przepaścistych słonych jeziorach, wysokich posępnych górach, stuletnich dębach, Niekończących się drogach, niebezpiecznych przepaściach pod mostami i o cudach, które zdolne są opętać człowieka niosąc mu zbawienie w postaci złudnej nadziei, wiary w niespełnione.

Tyle wiem i tyle mogę powiedzieć o Tani. Wszystko inne byłoby niewystarczające lub bluźniercze. Pytam się dzisiaj, czy ktoś w tym miasteczku wiedział o tym, co ci podróżnicy-obieżyświaty, złodzieje życia, przyzwyczajeni zagarniać wszystko, co wpada im w ręce, a jednak świadomi, że są sprawy, do których nigdy nie można powrócić, kradli i zabierali z sobą, zachłanni, bezlitośni i samolubni jak szarańcza. Nie wiem, czy ktokolwiek w tym miasteczku znał coś prócz nudy, zawiści i lęku przed wszystkim, co niezwykłe i odmienne; czy ktoś zdawał sobie sprawę, że świat się nie kończy na granicach tego małego, zakurzonego miasta, że istnieje coś, o czym warto wiedzieć.

Może kiedyś zahaczyłem o to miejsce w swoim dawnym życiu, a może nie i nigdy mi się to nie przytrafi; może niewłaściwie osądzam tych ludzi, którzy mają swoje życie, odmienne od mojego i Tani, nie związane z życiem moim i Tani, ale jest we mnie coś, co nie pozwala mi inaczej wyobrażać sobie tego wszystkiego, co się zdarzyło i o czym chcę opowiedzieć.

Zupełnie prawdopodobne, że w mieście nikt jej nie zauważył, tak trudno bowiem jest spostrzec tych, których widujemy codziennie. Mówię o tym, by do pewnego stopnia usprawiedliwić tych ludzi, ale nic nie może usprawiedliwić grzechu ślepoty.

Jest peWlne, że Tania, nie oglądając się na nic, zgodnie ze swym przeznaczeniem, odejdzie z tego miejsca, gdzie jest obca, i zagubi się w życiu, gdzie nikt nie jest gwiazdą czyjegoś nieba. Nie mogę wyobrazić sobie okoliczności, jakie mogłyby ją zatrzymać. Nie chcę przez to powiedzieć, że dążyła do czegoś "wyższego" czy "lepszego", nie pragnęła zostać na przykład gwiazdą filmową, o co ja oskarżano, lecz była predestynowana, by po prostu odejść z chaosu, tak jak fałszywy ton wyrywa się z harmonijnej frazy. Tania była dziewczyną, która urodziła się po to, by odchodzić. Nie stanowiło to dla niej takiej trudności jak dla nas wszystkich, ponieważ dla niej odchodzenie było stanem naturalnym.

Nikt, jak powiadam, nie dostrzegał niezwykłości jej istnienia, aż do czasu gdy wybuch skandalu rozjątrzył rany i obraza, złość i zawiść zacżęły rozlewać się wszędzie, nie tykając jedynie jej samej. Raptem wszyscy poczuli się osobiście urażeni, że nie zdradziła im dotychczas, kim jest, wszyscy byli głęboko rozgoryczeni, że nikt spośród nich nie został powołany na tron w królestwie, którego nazwy nawet nie znał; wszyscy od samego początku byli pewni, że to właśnie ona, i tylko ona, zdradziła ich mały zamknięty świat dla czegoś haniebnego i zakazanego, czegoś, co graniczy z groźnym czarnym piekłem, które wedle ich rozumienia czyha nieustannie.

Nie przejmowała się zbytnio tym wszystkim, ponieważ zdawało się jej, że problem, czy ona ma rację, nie istnieje, wiele bowiem rzeczy w tym mieście przemijało mimochodem i niedostrzegalnie, a ona nie spodziewała się nawet, że jest obiektem zainteresowania. I była zaskoczona, gdy po tym, co się stało, na korytarzu gimnazjum podszedł do niej nauczyciel gimnastyki, którego wszyscy ze względu na jego sztywny, paradny chód nazywali Fircykiem.
- Zanosi się na to, Taniu, że cię wyrzucą - wycedził przez zęby.
Zaskoczył ją ton złośliwości w jego głosie, mściwość widoczna na jego twarzy. Co mu zrobiłam? - pomyślała.
Czy i on? rzekła do siebie nie bez goryczy.

- Gdybyś mnie słuchała, Taniu, nigdy by do tego nie doszło. Gdybyś zechciała, może udałoby mi się jakoś nakłonić dyrektora... - powiedział Fircyk szybko, rozejrzał się dokoła i opędził się ręką, jakby podczas urlopu strząsał z siebie ciekawe spojrzenia uczniów. Ani trochę nie licowała z nim ta bojaźliwość, ten niepokój i rola szantażysty. Odszedł, a po dwóch krokach jego chód znowu stał się pewny i paradny, twarz przybrała wyniosły wyraz, jak przystało na profesora.
Fircyk był pierwszym mężczyzną, z którym spała. Kąpała się kiedyś daleko w górze rzeki, gdy nadpłynął łodzią, wybierając się na połów ryb czy też z niego wracając, i zaproponował Tani, by popłynęła z nim na pustą wyspę, gdzie się to stało na zimnym żwirze, w wieczornej rosie. Opowiadał jej o swojej nieszczęśliwej żonie i żalił się na swój nieszczęsny los. Potem wciągnęła mokry ciasny kostium na swe nieskalane ciało, bez reszty skoncentrowana na mocowaniu się z mokra tkaniną, i skoczyla do lodowatej wody, pokąs:ana przez komary, ośliniona przez grube wilgotne wargi, ale zupelnie niewinna, niewinna, niewinna..
Jakby nic się nie stało.

Później Fircyk często przychodził po nią, wyciągał na tajemne i jawne schadzki, namawiał, męczył, przeklinał, groził, nieustannie opowiadał o żonie, o kłótniach rodzinnych i sąsiedzkich, o profesorach i uczniach, a ona cierpliwie dreptała u jego boku, słuchając go z uśmieszkiem, nieuchwytnym i zagadkowym jak ona sama, w poczuciu swojej nieskazitemej czystości. Im dłużej go słuchała, tym bardziej stawała się nieskalana, i czas mijał. Wreszcie zrozumiała, że ten człowiek nigdy nawet nie był w stanie jej zbezcześcić, i znosiła w dalszym ciągu jego obecność jako ostateczne oczyszczenie, jako popiół pokory..

Tak jak znosiła swoje życie, by potem całkowicie i bezgranicznie oddać się obieżyświatowi o zielonych okrutnych oczach, który zjawił się tutaj w ramach niejasnego i nielogicznego programu swych podróży, dzikiemu odszczepieńcowi bez wiary, bez domu, bez miłości, bez rozumu; człowiekowi, który zwał się Grabież i nie posiadał na tym świecie nic prócz bezgranicznej wolności i niemiłosiernych oczu, w których były skradzione rzeki i mosty, marne drogi, zapuszczone cmentarze i splątane krajobrazy. Człowiekowi, co bezwstydnie grabił cudze słowa, którymi zniewalał ją i wprawiał w drżenie, słowa wolne - bardziej bezwstydne, bezwzględne i kłamliwe niż wszystko, co słyszała do tej pory. Oddała się bez reszty włóczędze, który w całym tym mieście przychodził tylko do niej i odchodził jedynie od niej. Człowiekowi, z którego po śmierci nie pozostanie nic prócz imienia, ponieważ nigdzie nie przynależy.

Dobrze wiedziała, że nie zdobyła go na zawsze - nikt bowiem nie może zdobyć dla siebie człowieka, który nazywa się Grabież; wiedziała, że nie zdobyła go dla siebie, że zdobyła tylko prawo należenia do niego. Tak, należę do wiatru i ziemi, i nieba, myślała. Tylko dzięki niemu odnalazłam samą siebie, odnalazłam swój los.


Nigdy nie zapragnęła odejść z nim, gdzie oczy poniosą, ale tęskniła zawsze do jego powrotu. I żyła od spotkania do spotkania zupełnie spokojna i opanowana, jakby to dotyczyło nie jej, zwyczajnej dziewczyny, lecz jakiejś innej Tani, pięknej, żyjącej w cudownej krainie miłości, gdzie wszystko jest inaczej. Gdzie kochankowie spotykają się nadzy na leśnym listowiu, na słomie w wysokiej stodole, pośród wierzb nadrzecznych, w skradzionych godzinach między zmierzchem i nocą, gdzie nieustannie słyszę ten głos, który opływa ją, zmienia, czyni godną tej miłości, której nikt inny godzien nie jest.

- Twój brzuch jest jak świeżo upieczony bochen chleba - mówił barbarzyńca, pochylając się nad nią, czarny na tle czarnego nieba, i stapiał się cały - jego oczy, dłonie, słowa, całe jego twarde ciało, ciało włóczęgi - z jej świętym ciałem, pełnym nagle tylu tajemnic, pełnym życia, tak że nie było już różnicy między duszą a ciałem, prócz różnicy w miłości.
- Ten drobny jasny meszek na twoim gibkim łonie jest jak delikatne ziarna na świeżej skórce chleba. Twoje piersi są jak dwa cudowne wezgłowia, tu chciałbym umrzeć ssąc je jak dziecko. Twoje uda sa jak dwa aksamitne łaszące się koty, między którymi przeciskam się wstępując w ciebie jak w ciepłe morze.
Twoje ciało ma smak ananasa i kawy, zapach źrebaka, który staje dęba na wiosennych łąkach snu; twoje ramiona są krągłe i zimne jak dwie leniwe zamyślone ryby. Leżę od stworzenia świata we wgłębieniu pod twoją brodą jak u samego źródła życia i okrywam się twymi włosami, jakbym pędził przez łan młodej pszenicy, która smaga mi twarz. W twoich oczach jest deszcz ostrych gwiazd, który boleśnie mnie biczuje po gołych piersiach. Słabnę od każdego twojego, spojrzenia i słaby jestem wobec ciebie jak wobec śmierci.

Tak mówil barbarzyńca, a Tania stapiała się z jego słowami i z nim, dusza z duszą, ciało z ciałem, białe z czarnym, ponieważ jego ciało było z krwawnika i popiołu, z nocy i żaru, z piasku i z burzy. Ponieważ cały był z niej samej, niestały i szalony, i surowy jak wolność; ponieważ każdy uścisk był jedynie częścią wiecznego pożegnania, nie ma bowiem różnlcy między mężczyzną a kobietą, między duszą a ciałem, między życiem a śmiercią, prócz różnicy w niemiłości.

Nie wiązali się nawet na sekundę, zawsze gotowi się rozstać, żegnając się przy każdym pocałunku, a każdy uścisk był własnością każdego z nich. Pragnęli oddalać się, by znów się zbliżyć. Nie chciała z nim odejść, pragnęła jedynie, by zawsze na nowo spotykali się na granicy swoich światów, niezrozumiali jedno dla drugiego, zawsze wolni i prawdziwi, jakimi mogli być tylko w międzyprzestrzeni, w ziemi niczyjej.

To powinno do pewnego stopnia wyjaśnić, dlaczego Tania potrafiła tak spokojnie i samotnie żyć w świecie, w którym nic nie znaczyła. I dlaczego mogła pozostać nietknięta i czysta mimo całej ohydy skandalu, jaki wybuchł w mieście, gdy profesor Taszko schwytał ją, jak to określił, na gorącym uczynku w stodole koło pewnego domu na skraju miasta, gdzie zakradł się śledząc kochanków niczym wysłannik samego przeznaczenia, i chciwie, w milczeniu oświetlił latarką jej młode, gibkie obnażone ciało, które w niespodziewanym strumieniu światła w nagłym skurczu wstydu bezsilnie trzepotało jak przestraszony ptak. A barbarzyńca, atakując w ciemności jak zaskoczone zwierzę, stłukł Taszkę na kwaśne jabłko i zostawił półżywego na obcym podwórzu.

I nie było już żadnej drogi powrotu, tak jak nie byłoby jej nawet wówczas, gdyby to wszystko rozegrało się inaczej.
A potem, odprowadziwszy Tanię do domu, Grabież odszedł. Jakby odchodził na zawsze, nie troszcząc się o jutro, odszedł na mocy swojego bezsensownego prawa, swoimi tajemnymi drogami, w mrok, by powrócić kiedyś później, o wiele później.
Jestem przekonany, że przeczuwała nieszczęście, jako że wszyscy, na których spada prawdziwe nieszczęście, wiedzą o nim z góry. I kiedy niezliczoną ilość razy przeżywała je w wyobraźni, nieszczęście było dla niej bardziej zabójcze i ostateczne niż to, które spotkało ją naprawdę.

Kiedy więc nadeszło, Tania już była spokojna, pewna siebie, od dawna świadoma, co można utracić, a czego utracić nie sposób. Była jak skazaniec, do którego po rozstrzelaniu podchodzi dziecko i zabija go ostatecznie drewnianym rewolwerem, krzycząc: "Paf!" Pewien jestem, że Tania już od urodzenia gotowa była nieszczęście przyjąć godnie i odważnie i od dawna przygotowana do odejścia czekała tylko na znak.

- Należy wziąć pod uwagę, że i jej pochodzenie społeczne miało tu duży wpływ - powiedział Taszko, mętnie błyskając szkłami okularów, a błękitna żyła na czole nabrzmiała mu jak sznur. Stukał ołówkiem w stół w pokoju nauczycielskim, obserwując kolejno uczestników posiedzenia ciemnymi oczami; jego twarz w obramowaniu białego bandaża zakrywającego uszy przypominała medalion. Na policzku i pod okiem miał sińce. - Nie ma ojca, a jej matka jest, że tak powiem, co najmniej... możemy uważać ją za prostytutkę. Nie jest zatem ani trochę dziwne, że córka zeszła na tę samą drogę. Koledzy, podobnie jak ja, na pewno zauważyli, że uczennica eeee... Kovaczić zachowuje się zbyt kokieteryjnie jak na swój wiek i robi oko do wykładowców i uczniów, co nie przystoi siódmoklasistce - powiedział stary kawaler Taszko. - Ten ostatni... wybryk, ta... hańba dla naszego gimnazjum i, można powiedzieć, dla całego miasta jest po prostu naturalnym efektem wpływu niezdrowego środowiska i zacofania w naszym społeczeństwie - ciągnął dalej Taszko, zły sanm na siebie, że myśli o młodym ciele w smudze światła. - Co powiedzą o nas ojcowie i matki w naszym mieście? Jak wychowujemy ich dzieci? Czy mało już było wymówek, że uczennicy Kovaczić pozwalamy przyjaźnić się z jej rówieśnicami mimo profesji jej matki? Jakiż to przykład dla innych dzieci, które jeszcze dalekie są od takich myśli, nie mówiąc już o tego typu faktach? - Tymczasem w jego głowie kłębiły się myśli. Na pewno było wyjście.
Trzeba było je znaleźć. Dlaczego szedłem za nimi? Dlaczego tak chciałem ich złapać? Kto mi kazał się w to mieszać? Może nikt by się nie dowiedział. Czymże jestem?
Na kim się mszczę? Skąd ta zawiść, nad którą już nie panuję? - Ona jest wprawdzie świetną uczennicą. Ale nie możemy pozwolić... nie jest naszym zadaniem przekazywanie wiedzy ludziom, którzy potem niewłaściwie ją wykorzystuja... kształtujemy oblicze moralne człowieka i musimy zrobić wszystko, by autorytet naszej instytucji i nas samych jako wykładowców nie poniósł szwanku. Z tego wszystkiego jasno, jak sądzę, wynika, że jedynym właściwym posunięciem ze strony naszego grona będzie wydalenie wspomnianej uczennicy ze szkoły. Co więcej, głosuję za tym, by nasza rada powzięła taką, a nie inną decyzję w tej sprawie.
- Pan, kolego, nie ma żadnej podstawy prawnej, by narzucać decyzję - powiedziała stara Dimitrijeviciowa, nauczycielka języka ojczystego, sześćdziesięcioletnia kobieta przed emeryturą o cienkim dziecinnym głosie i wyglądzie poczciwej niani. Nie obawiała się niczego.. Nie bała się sprzeciwić Taszce. - Nie jest pan jeszcze dyrektorem - dodała podniesionym głosem.

Dyrektor siedzący u szczytu stołu raptownie zdjął okulary i zaczął je przecierać chusteczką. Przesunął ręką po czole. Popatrzył badawczo w twarz Taszki. Nie jestem temu winien - mówiły krótkowzroczne, przestraszone oczy dyrektora. Odchrząknął, ale się nie odezwał, czuł się zmęczony i stary.
- Całkowicie zgadzam się z moim przedmówcą - rzekł śpiesznie Fircyk - czyli z kolega Taszką. Uważam, że wykroczenie, o którym na szczęścle w porę dowiedzieliśmy się dzięki koledze Taszce... że to wykroczenie należy, hm... najostrzej osądzić, a winną przykładnie ukarać.

Oczywiście... ukarać. Ze swej strony mogę dodać, że i ja zauważyłem, że Tania, chciałem powiedzieć, uczennica Kovaczić, zanadto hołduje najnowszej modzie, że ubiera się w sposób wyzywający i... że tak powiem, pretensjonalny, innymi słowy, kokieteryjnie, co nie licuje z jej wiekiem i zasadami naszego szkolnego wychowania. Fircyk bardzo uważnie oglądał własne paznokcie. Nagle podniósł wzrok, jakby zdecydował się na coś ważnego. Sądzę, że należy wspomnieć także o jej wyniosłej i chłodnej postawie w stosunku do kolegów i koleżanek, a i w stosunku do nas, wykładowców. Uważała się za coś lepszego dzięki własnej urodzie i nadmiernemu przerostowi ambicji. Uważam, znaczy, że taką parszywą owcę należy wydalić z naszego zdrowego kolektywu.
- Ona przyjaźniła się wyłącznie, podkreślam, z mężczyznami. To okropne! - powiedziała Piękna Angelika, nauczycielka chemii, stara panna, kóra stale nosiła mysioszarą suknię długą po kostki i zawsze miała palce pobrudzone atramentem i kredą, a duszę zarysowaną tabelami i wzorami. Była doktorem chemii i ciągle wszystkim opowiadała o swojej pracy naukowej, której nigdy nie napisze. - Ubierała się bezwstydnie! Nosiła dwuczęściowy kostium kąpielowy, sama widzialam! Bywała w nocnych lokalach o tej porze, kiedy żadna przyzwoita dziewczyna nie powinna pokazywać się na ulicy. W tym wieku, koledzy, to jest.. obrzydliwe! Ja też, proszę kolegów, jestem kobietą i wiem, jak bardzo jesteśmy skłonne do strojenia się i kokieterii, zwłaszcza gdy jesteśmy tak bardzo młode. Ale co za dużo, to niezdrowo! - wrzeszczała Angelika uniesiona świętym oburzeniem. - Kovacziciówna, moim zdaniem, przeciągała strunę pod każdym wzgledem! Chcąc stać się "nowoczesną młodą damą", jedna z tych, co to dzisiaj półgołe wystawiają się na tytułowych stronach czasopism, które należałoby zlikwidować, ona stała się... niemal... no, jedną z takich. Zresztą sądzę, że przymiotów zewnętrznych, jeśli nie towarzyszą im walory duchowe, nie należy w ogóle brać pod uwagę - zakończyła dość nielogicznie. Siadając zwróciła się w strone dyrektora i westchnęła: - Tak mi wstyd, jakbym to ja zrobiła! Jakież nieszczęście dla naszej szkoły! I pomyślcie, co o nas powiedzą w mieście; jakbyśmy my sami szerzyli niemoralność i te... te okropieństwa!


- Przykro mi, że pewne rzeczy słyszę po raz pierwszy - odezwał się dyrektor, nie nazbyt głośno; przecierając nieustannie okulary starał się nie patrzeć na nikogo. - Myślałem, że mała Kovacziciówna jest świetną uczennicą. Jestem co prawda starym człowiekiem - powiedział i chuchnął na okulary, z miną mówiącą, że przesadza - ale wciąż jeszcze pewne sprawy mnie zaskakują.

Oczywiście zgodny będę ze zdaniem większości kolegów i koleżanek, którzy są w bezpośrednim kontakcie z uczennicą i którzy ją znają lepiej ode mnie, ale chciałbym, byśmy w tak delikatnej sprawie wzięli pod uwagę również i inne kryteria. Pragnę powiedzieć, że może w danej sytuacji, aby zachować dobre imię szkoły, rozsądniej byłoby zatuszować cały skandal niż rozpętywać burzę. Mam na myśli uniknięcie plotek i nieprzyjemności. Natomiast nad uczennicą roztoczyć surową kontrolę i polecić jej, by od dziś całkowicie zmieniła swoje postępowalnie. Proszę was, abyście zastanowili się nad takim rozwiązaniem, które nam wszystkim zaoszczędziłoby wielu kłopotów.

- To jest chowanie głowy w piasek - rykmął Taszko - postępowanie po linii najmniejszego oporu! Taka właśnie strusia polityka zaprowadziła nas dzisiaj w ślepy zaułek. Gdybyśmy na czas podjęli odpowiednie kroki...
- O jakiej to strusiej polityce mówi kolega Taszko? - zapytała stara Dimitrijeviciowa, uśmiechmięta łagodnie jak dobra babcia. - Jestem wychowawczynią klasy siódmej, w której jest mała Kovacziciówna. Wielu rzeczy, o których on i pozostali koledzy wspomnieli, w ogóle nie zauważyłam. A może już jestem tak stara, że mniej jestem wrażliwa. Taniusia jest na pewno trochę marzycielsko nastrojona, to prawda, i nie jest zbyt koleżeńska, ale powiedziałabym, że przyczyną tego jest jej powściągliwość i skromność, zbytnia skromność. To jeszcze dziecko i niezależnie od wszystkiego, co się zdarzyło, jeśli się zdarzyło, wierzcie, kocham ją jak własną córkę. Ona jest w okresie dojrzewania, bojaźliwa, porywcza i nieszczęśliwa, i nie ponosi winy za swoją matkę ani za to, co się stało. Któż ponosi winę za cokolwiek, co mu się przytrafia? Jeżeli moi
szanowni koledzy dostrzegli symptomy, które umknęły całkowicie mojej uwadze, dziwi mnie, dlaczego wcześniej nie byli skłonni czegoś przedsięwziąć, przynajmniej porozmawiać z nią. Teraz wszyscy tutaj żądamy jej głowy. Tak łatwo domagać się głowy dziecka. Wyobraźcie sobie, że chodzi o wasze dziecko. Nie wiem, dlaczego każdy z was tak bardzo pragnie tego dzieciobójstwa. Wy, widzę to po waszych twarzach, nawet nie wiecie, kogo zabijacie, podobnie jak i ja nie wiem, kogo bronię, i każda nasza decyzja będzie błędem.

- Wydaje mi się, że postępowanie Tani Kovaczić zasługuje na potępienie - powiedział niepewnie chudy chłopak w swetrze, przedstawiciel klasy siódmej. - Do tej pory nigdy nie pomyślałbym, że Tania... prędzej powiedziałbym to o wszystkich innych niż o niej. Ona jest zresztą dobrą koleżalnką, chociaż z nikim szczególnie... szczególnie się nie przyjaźni. Chciałbym powiedzieć coś o jej sytuacji rodzinnej. Matka dawała jej dużo pieniędzy na stroje i zabawy i często ją wieczorem wypędzała z domu, by mogła... że tak powiem, zostać sama. Może "wypędzała" nie jest właściwym określeniem, ponieważ Tania bardzo chętnie wychodziła na spacer, przeważnie sama, o czym wiem, często bardzo daleko, może spotykała się z tym...
z tym czŁowiekiem. Ale i często bywała, jak to tutaj określono, w nocnych lokalach, czyli w kawiarni hotelowej, przeważnie z nami i nigdy nic specjalnego nie zauważyłem. Była dobrym przyjacielem. Była bardzo dobrym przyjacielem. Może to się jej zdarzyło przez przypadek i wbrew jej woli. Nigdy bym nie pomyślał, że Tania... nie dlatego że... ale... no, nigdy mi to do niej nie pasowało. Mówił o niej jak o osobie, której już nie ma, lub jak o postaci z powieści, która nigdy nie istniała naprawdę.

Był bardzo młody, ale czuł, że niemal dotyka bolesnego sedna sprawy. - Myślę, że wydalenie strasznie by w nią ugodziło - zakończył zwyczajnie, myśląc o żywej istocie.
- Zdaje mi się, że moi koledzy oceniają sprawę zbyt osobiście, a za mało zasadniczo - powiedział Taszko z zaciśniętymi ustami, cedząc słowa, aby każde oddzielnie zaakcentować. - Nie idzie tu jedynie o uczennicę Kovaczić. Teraz już za późno rozwodzić się nad warunkami, jakie doprowadziły do tego, czym się stała. Że tak jest, dość jasno wynika ze słów kolegów. To może być dla nas tylko wskazówką na przyszłość. Tym niemniej uważam, że właśnie w świetle tego faktu należy dać przykład, a nie
zasłaniać się sentymentalizmem lub - tu zwrócił się do dyrektora - obawą przed nieprzyjemnościami.

Obrady na temat pewnej osoby, która może istniała w wyobraźni tych ludzi, trwały kilka godzin, przytoczono wiele argumentów i kontrargumentów ważnych w pojęciu uczestników posiedzenia, było wiele starć i wielu mówców poniosło klęskę, ale wszelkie zwycięstwa i wszelkie klęski były Tani obojętne. Ona czekała sennie uśmiechnięta przy jakimś oknie, szerokim jak w snach, siedziała z rękami skrzyżowanymi na łonie i gdy światło pieściło jej pszenicznozłote włosy, przymrużywszy oczy patrzyła w nieskończony błękit dali, niewinna, spokojna i nieskalana. Czuła się tak czysta i tak niezależna, tak obca wszystkiemu wokół siebie i wyniosła, że już nic nie mogło jej zranić. Czekała nie na decyzję ludzi, którzy gdzieś daleko głowili się nad jej losem, lecz na znak przeznaczony dla niej.

Kiedy inni obradowali nad tym, jak pokierować jej życiem, co uczynić z tą miękką gumą przeznaczenia, kiedy sypały się słowa ciężkie i słowa lekkie, gorzkie słowa szczerości i słodkie przebiegłości, słowa pełne lęku i słowa władcze, kiedy inni zastanawiali się, czy tanię wyrzucić, czy nie, kiedy podjęli decyzję i oznajmili ją zapłakanej matce, która czekała być może zrozpaczona przed drzwiami tych, co często czekali pod jej drzwiami, i kiedy jeszcze być może zapłakana, być może nieszczęśliwa spieszyła do domu czy wlokła się noga za nogą od rogu do rogu, kiedy mijały pośpieszne i obojętne minuty, kiedy tykały niemiłosierne zegary, kiedy w żółwim tempie upływały dnie i noce pozostawiając na wszystkim swoje ślady, kiedy inni nas karali lub nagradzali, wyrzucali lub zatrzymywali, by okazać miłosierdzie, bili po głowie lub udzielali opłaconej łaski, kiedy inni bili się za nas i przeciwko nam, kiedy staliśmy się cudzym mieczem i bardziej jeszcze cudzą tarczą, kiedy inni przekonani o swej wiecznej i niezmiennej mocy wytyczali nam drogę, pewni, że posłusznie wykonamy ich rozkazy - my wszyscy wstawaliśmy od okna zapatrzeni w dal, zrywaliśmy się nagle od kolacji lub z łóżka albo zostawialiśmy rydel wetknięty w ziemię nie przekopaną do końca czy pióro na nie dopisanej książce i ruszaliśmy, rozpoznając znak przeznaczony dla nas.

I Tania, nie dowiedziawszy się nigdy, jaka była ta decyzja, kto i jakim tonem ją wypowiedział, całkiem obojętna na wszystko, co w myśl decyzji innych miało się stać jej udziałem, znając na pamięć swoją drogę i znaki na tej drodze, pełna siły i wiary, w srebrzystych obłokach burzliwego snu, promieniując wdziękiem odeszła zarzuciwszy włosy na ramiona, w prostej sukience, z dziecinnym bukietem niebieskich kwiatków na piersiach, i wsiadła do złocistego pociągu dali, spowita w cudowne piękno znikania, i roztopiła się jak kostka cukru w mgiełce między szczytami i gwiazdami w górze. Zniknęła na zawsze z moich i waszych oczu.