OPOWIADANIE CZWARTE


TRZECIA DRUŻYNA

Trudno mi powiedzieć, po którym to już z kolei zakręcie w dole pod nami niespodziewanie zalśniło srebrzystoszare, ogromne morze. Przetrząsnąłem kieszenie w poszukiwaniu okularów słonecznych, gdyż rozbolały mnie oczy.

Jakiś człowiek zszedł na pobocze, by nas przepuścić. Był zupełnie czarny na tle słońca i morza. Nasz samoch6d drgnął, jakby decydował, czy go przejedzie, czy też dalej będzie zjeżdżał krętą szosą, zazgrzytał hamulcami, niepewnie wziął zakręt i wolno pojechal dalej.
- Zdaje się, złapaliśmy gumę - powiedział szofer. Nerwowo kręcił kierownicą, by powstrzymać znoszenie samochodu na lewo. Będziemy musieli stanąć.
Zatrzymaliśmy się koło zakurzonych akacji, obejrzeliśmy spłaszczoną przednią lewą oponę, a potem spojrzeliśmy na morze przez gałęzie akacji. Z silnika buchał żar, zapach benzyny. Ciuk, który leżał na tylnym siedzeniu, obudził się i wyjrzał przez okno, rozczochrany i zaspany.
- Masz zapasową? - spytałem kierowcy.
Przykucnął przy oponie i udawał, że rozmyśla, co z nią poczać. Ale było za gorąco na rozmyślania.
- Nie mam - odparł. - Kto miał mi dać?
- A kto ci dał samochód? - spytałem zaczepnie. Jesteś szoferem czy nie? (już i tak kłóciliśmy się cały dzień.) - Co cię to obchodzi? - odpowiedział bez zdenerwowania. - Jestem takim samym szoferem jak ty.

- On jest emerytowanym kapitanem "Titanica" - skomentował Ciuk. Wyszedł w skarpetkach na drogę i tańcząc na palcach oglądał sznury, którymi obrazy były przytwietdzone do dachu samochodu. Spojrzał fachowym okiem na oponę i splwnął.
- Co z ciebie za szofer! Kto to kiedy widział, żeby wybrać się w drogę bez zapasowej opony!
- Co z ciebie za malarz! - Szofer splunął w to samo miejsce i wziął się pod boki, skory do kłótni. - Jak opony nie ma, to znaczy, że nie ma, i już.
Przy duszących wyziewach silnika, przy spłaszczonej przegrzanej oponie człowiek szybko staje się kłótliwy.
Zwłaszcza jeżeli przedtem już przez cały dzień się kłócił z innych powodów. To zrozumiałe, że facet był wściekły, bo musiał nas zawieźć do Rijeki. Nie mogliśmy dostać porządnego szofera, więc Ciuk poprosił jakiegoś dyrektora, żeby nam dał byle kogo. Nam samym w żaden sposób nie daliby samochodu do rąk, nawet gdyby wiedzieli, że świetnie umiemy prowadzić. Dostaliśmy kierowcę wycieczkowej motorówki, który swoje dwa wolne dni musiał spędzić wioząc Ciuka, obrazy Ciuka i mnie na występ Ciuka w Rijece.
- I tak zresztą nic nie robi - powiedział Ciuk, strząsając ze mnie i z siebie brzemię współczucia - tylko Szwabki podszczypuje. Turystyka całkiem rozpieści nasze piękne wybrzeże.
- Do diaska - powtarzał szofer przez cały czas. Zbadamy, dla kogo się mamuje mienie państwowe.
Teraz jeszcze i ta opona. Ów człowiek, którego przed chwilą ledwie wyminęliśmy, podszedł i przerwał kłótnię.
I on przykucnął przy samochodzie.
- Jak daleko stąd do najbliższej osady? - zapytałem go.
- Do Rasy? Niedaleko. Będzie z pięć czy sześć kilometrów - odparł.
- Może byś poszedł do Rasy pożyczyć jakąś oponę - zaproponowałem szoferowi.
- Idę, do wszystkich diabłów!


Wściekły wskoczył do auta, zatrzasnął drzwiczki i mruczac coś pod nosem zapalił motor i ruszył tak nieoczekiwanie, że Ciuk i ja ledwie zdążyliśmy wsiąść. Człowiek przestraszony odskoczył, a potem zaczał kląć, spowity chmura dymu, który został za nami.
- Zniszczysz gumę na amen - zauważył Ciuk z niechecią - zniszczysz koło.
- A twoje? - zapytał szofer oglądając się. - Twoje?

Do Rasy przyjechaliśmy na trzech kołach. Ze zgrzytem skręciliśmy z głównej drogi i kołysząc się jak pijany statek wpłynęliśmy na szeroki rynek miasta, które nazywa się Rasa i posiada rynek podobny do wielkiego dziedzińca.
Wysiedliśmy spowici w obłok kurzu i popatrzyliśmy na koło. Wkrótce zebrała się grupka ludzi, która także zaczęła oglądać koło. Byli to przeważnie kierowcy przejeżdżających tędy autobusów i ciężarówek. Cały rynek pełen był autobusów, ciężarówek i podróżnych. Wszyscy patrzyli na nas z litością i ze śmiechem. Przednie lewe kolo wygladało jak blaszana puszka, którą przywiązano do pociągu pospiesznego i wleczono po szynach na jakiejś dłuższej trasie.
- Więc to jest Rasa - powiedziałem, nie myśląc przy tym nic.
Świadom, że jestem ośrodkiem zainteresowania, czekałem zażenowany, aż nasz szofer skończy wiązankę przekleństw, które wydały mi się zbyt mocne jak na tę publikę. Ciuk popatrzył przez okno, machnął ręką gapiom i otworzywszy drzwiczki zaczął bezwstydnie powoli wkładać buty. Stałem przyglądając się domom otaczającym rynek, jakbym szukał wyjścia z klatki. W głębi rynku znajdował się kościół o dziwnej formie geometrycznej i nawa podobna była do hangaru. W pobliżu kościoła zauważyłem tłum ludzi w ciemnych ubraniach i białych koszulach. Na głowach mieli płytkie ciemne kapelusze.
Otarłem pot. Na chusteczce pozostał szarobrązowy ślad.
Czułem kurz między zębami i za kołnierzykiem koszuli: kurz równomiernie pokrył również nasz nieszczęsny samochód.
- Idziemy coś wypić - wyjaśnił Ciuk szoferowi. A ty się zatroszcz, abyśmy jeszcze dzisiaj dojechali.
- Możecie nawet zjeść obiad - odparł szofer, a kiedy przeciskaliśmy się wśród tłumu, dorzucił jeszcze głośniej: - Wisi mi, kiedy dojedziemy! Możecie nawet zjeść kolację.

Uważałem, że ze względu na publikę lepiej powstrzymać sie od wszelkich komentarzy, i zaciągnąłem skacowanego Ciuka do małej gospody, której drzwi zdobiła wątła pokryta kurzem winorośl.
Weszliśmy do środka, w przyjemny chłód, pogadaliśmy trochę z ładną kelnerką, a potem zaczęliśmy systematycznie pić koniak. Po czwartej kolejce wyszedłem zobaczyć, jak postępuje naprawa naszego samochodu. Rynek opustoszał i wyglądał teraz jak obraz Chirica. Nie było nawet skrawka cienia. Gdzie ci wszyscy ludzie zniknęli?, pomyślałem w tej chwili. Gorące południe spoczęło w kurzu jak wielka nabrzmiała ręka. Naszego samochodu nie było widać.
Mrużąc oczy przez czas jakiś spoglądałem w stronę rozżarzonego jak kocioł rynku, a potem wróciłem, by wypić piątą kolejkę koniaku.
- Jacy z nas ludzie? - zapytał Ciuk retorycznie, siedzac sztywno, jakby kij połknął, z kieliszkiem koniaku w ręce.
- Jacy? - rzuciłem obojętnie sadowiąc się przy stoliku.
- Pierwszy raz w życiu jesteśmy w mieście, które zwie sie Rasa, gdzie są kopalnie i tak dalej. Zresztą co tam kopalnie. W mieście, którego nigdy nie widzieliśmy. I zamiast pójść obejrzeć zabytki, zjechać do szybu, poznać życie naszych górników, po prostu przejść się po obcym mieście, zamiast tego wszystkiego siedzimy w knajpie, absolutnie takiej samej jak tysiące innych, w których siedzieliśmy, i pijemy koniak. Żebyśmy przynajmniej chlali jakąś lokalną wódkę.


- Grubo się mylisz - powiedziałem. - Istnieją ogromne różnice między knajpą a knajpą.
Podczas całej naszej rozmowy przez lokal przewijali się ludzie w ciemnych ubraniach i ciemnych płytkich kapeluszach nasadzonych na czubek głowy. Podchodzili do bufetu i pili, wszyscy to samo: piwo, wino, rakiję, i znowu piwo, wino, rakiję. Rzadko kto siadał przy stoliku; wiekszość piła na stojąco, opierając się wielkimi grubymi rękami o ladę.
- Moglibyśmy zjeść obiad - odezwałem się do Ciuka - bo kto wie, kiedy facet wróci.
Moglibyśmy zjeść kotlet cielęcy, paprykarz albo duszoną wątróbkę. A do tego piwo, wiJno lub rakiję.
- Nie mamy pojęcia o życiu normalnych ludzi - rzekł Ciuk. - Proponuję, abyśmy od dzisiaj, od tej chwili, zdecydowanie zmienili front. Otoczyliśmy się pancerzem, straciliśmy grunt pod nogami, jeśli można tak to określić.
Proponuję zmienić front, wyjść na spotkanie szerokim ludowym masom. Ale najpierw, rzecz jasna, zjemy obiad.
Zjedliśmy kotlet cielęcy czy cielęcy paprykarz i wypiliśmy litr czy dwa litry wina w chłodzie małej pustej knajpki na końcu świata, w pobliżu głównej drogi, którą przepływa burzliwe i bezwzględne życie. Dziwni poważni ludzie w świątecznych ubraniach, o kilka numerów za małych, przechodzili obok naszego stolika nie zwracając na nas uwagi, zamawiali z godnością zawsze te same trunki, zawsze w ten sam sposób chwytali kieliszki w dłonie.
Knajpa, podobna do tysięcy takich samych knajp, które wszystkie co do jednej znajdują się na końcu świata.
I zdawało mi się, że naprawdę nie jesteśmy przejazdem w tym mieście ani że jesteśmy w nim po raz pierwszy, lecz już całymi latami codziennie siadujemy właśnie w tej knajpie, jadamy średniej jakości paprykarz popijając przy tym znośne wino. I wszystkie nasze podróże to bezmyślne kręcenie się w kółko, to tylko poszukiwanie znowu tego rodzaju kinajpy, jaka z pewnością czeka nas na końcu każdego etapu.


- Nie jesteśmy już najmłodsi, Ciuk - odezwałem się po obiedzie. - Czas się ożenić.
- Niektórym z nas po raz drugi. Już tego zakosztowałem, dzięki za troskliwość - odrzekł Ciuk.
- Właściwie nie myślałem o małżeństwie, ale, powiedzmy, o stabilizacji, domu, stałej pracy. Jesteśmy dwoma bezdomnymi tułaczami, którzy zestarzeli się podczas włóczęgi. Tłuczemy się od knajpy do knajpy, a i tam uda się nam sprzedać któryś z twych obrazów, uciułamy na wino, potem znowu wyruszamy w drogę, szczęśliwi, że wędrujemy, chociaż tak naprawdę to mamy już tego powyżej uszu. A za każdym razem cieszymy się, jakby ta właśnie podróż miała być ostatnia. Rozumiesz, za każdym razem oczekujemy, że po tej podróży coś się wreszcie zmieni, coś, o czym dowiemy się na jej końcu, i że my obydwaj, zmordowani tułacze, nareszcie odetchniemy.
Wypiliśmy w milczeniu kieliszek wina, a potem Ciuk powiedział:
- To dlatego że nie tułamy się, lecz uciekamy... Płacić, proszę.
Knajpa opustoszała, ładna kelnerka zaczęła zmieniać obrusy w zieloną kratkę i wypróżniać popielniczki. Byliśmy sami w chłodnym lokalu: kelnerka, Ciuk i ja. Ciuk zawsze był ekspertem od ładnych kelnerek i tych rzeczy, wiec ruszyłem w stronę drzwi, podczas gdy on płacił rachunek. Stojąc oparty o futrynę słyszałem, że kelnerka głośno się śmieje, a ciche dyskretne pomrukiwanie Ciuka wypełnia pauzy między dźwięcznymi kaskadami jej śmiechu. Przede mną rozciągał się zupełnie pusty rynek, wypełniony ciężkim, gęstym słonecznym światłem. Z rynku buchał skwar i czułem się słaby i zmęczony. Zapragnąłem jakiegoś pustego pokoju hotelowego, w którym zasnąłbym szybko przy spuszczonych roletach. Co teraz? - pytałem się - Cóż teraz poczniemy? Wróciłem do knajpy. Ciuk i kelnerka stali przy bufecie popijając koniak.
- Ale ja naprawdę już nie mogę - śmiała się. - Nie wolno! nam pić z gośćmi. Jeszcze mnie ktoś zobaczy.


- Właśnie postanowiłem, że zostanę w Rasy na zawsze - powiedział Ciuk odwracając się twarzą ku mnie - do końca życia. To piękne miasto, miasto, w którym naprawdę człowiek mógłby się ustatkować i żyć po bożemu.
Kelnerkę to z niewiadomych powodów rozśmieszyło.
- Gdzie tu jest warsztat samochodowy? - zapytałem. - Wciąż jeszcze nie ma naszego kierowcy.
- Co się martwisz? - zawołał Ciuk, wspaniałomyślny niczym hrabia. - Co nam po kierowcach? Sami jesteśmy kierowcami własnego losu. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zadecydowałem, że zostaniemy górnikami. Wyobraź sobie, górnikami! - Wzniósł ręce w górę, przyzywając niebo na świadka. Potem wrócił do bufetu i dopił koniak. - Tylko myślę, że nie będziemy kopać węgla, a sami zakopiemy się tutaj. W Rasy.
- Nie wie pani? - zwróciłem się do kelnerki.
- Warsztat samochodowy? Nie wiem - odpowiedziała urażona. - Niech pan zapyta jakiegoś szofera na dworze.
- Nie ma nikogo - odparłem. - Gdzie się w ogóle podziali wszyscy ci ludzie, którzy byli tu rano? Wesele jakieś czy co?
- Dzisiaj jest festyn górniczy. Konkursy i zawody z nagrodami - powiedziała kelnerka. - Wszyscy poszli na mecz piłki nożnej.
- Chodźmy na mecz - rzekł Ciuk ochoczo, zapominając o kelnerce. - Będziemy we dwóch udawali trzecią drużynę w terenie. Niezależną drużynę bez bramki.
- Proszę iść prosto, a potem na lewo - wyjaśniła krótko kelnerka. Weszła za ladę i wzięła się energicznie do mycia kieliszków po koniaku. Już i jej się znudziliśmy A co dopiero sobie, skazani na swoje towarzystwo.
Przecięliśmy skwarny rynek i znaleźliśmy się w cieniu budynków z ciemnoczerwonej cegły, przed którymi stały w doniczkach zakurzone oleandry. Kwiaty oleandrów były przywiędłe i miały ciemnokarminowy kolor. Na jakichś schodach siedział znużony człowiek i jadł winogrona. Popatrzył na nas i spuścił oczy, nie przerywając jedzenia. Odniosłem wrażenie, że się znamy. Ale było wykluczone, abym mógł znać kogoś w tej okolicy, więc szybko porzuciłem tę myśl. Chociaż z drugiej strony bardzo było dziwne, że ktoś tak sobie siedzi na schodach i je przejrzałe winogrona w opustoszałym mieście.
Wyszliśmy za miasto, gdzie odbywały się uroczystości.
Były tam łąki wciśnięte między ponure, wysokie nie zalesione góry. Ludzie stłoczyli się na tych łąkach. Czarno-biały uroczysty tłum, który dostojnie się poruszał, witał, żegnał i pozdrawiał znajomych uśmiechem, przywołanym specjalnie na tę okazję. Nie przyzwyczajeni do białych koszul i świątecznej uprzejmości ludzie, sztywni i drętwi, próbowali się zachwycać ruchliwymi postaciami w barwnych dresach, które przewracały się w pyle zdeptanych łąk. Informacja kelnerki nie była dokładna - grano tu nie tylko w piłkę nożną. Na łąkach wytyczono wapnem prowizoryczne boisko do piłki ręcznej i koszykówki, wyznaczono miejsce dla ciężarowców.

Ludzie kręcili się koło tego wszystkiego niezbyt zachwyceni, ale i niezbyt chłodni, lecz majestatyczni w swym przekonaniu, że tej uroczystości nie może popsuć żywiołowa radość z czyjejś porażki lub niepohamowany żal z powodu własnej przegranej.
Czuliśmy się trochę swobodniej przy samym wejściu na boisko, gdzie na małym poletku ogrodzonym kamieniami obracało, się na rożnie pięć czy sześć jagniąt, rumianych i tłustych, młodych i ciepłych jak ledwie dojrzałe owoce.
Gruby mężczyzna w zatłuszczonym wyblakłym fartuchu z podkasanymi rękawami obracał rożen; jego szczupła, drobina żona w czarnej perkalowej sukni polewała tłuszczem rumiane ścierwo nad ogniem, a na długim stole z grubych nie heblowanych desek leżało poćwiartowane na wpół już zimne mięso, które grubas dzielił i pospiesznie zawijał porcje w papier gazetowy. Ciężki zapach łoju unosił się w powietrzu niczym zasłona.

Ten zapach, ten ogień, rożny, baranina (ach, i dzikie charce), to wszystko przypominało mi zawsze czasy tureckie. Nabijanie na pal. Ł6j i igrzyska. Mięso i krew. Prawdopodobnie w związku z janczarami. Rozejrzałem się


po szczytach, czy nie dojrzę konnicy, kopii i turbanów z półksiężycem. Lub z jakimś innym godłem. Ta uroczystość była tak uboga, otoczona i zamknięta niebezpiecznymi górami, że doprawdy w każdej chwili można się było spodziewać nieprzyjaciela. Wszystko jedno pod jakimi sztandarami. Nieprzyjaciela, który szybko zetrze w proch tę idyllę dobrobytu i pokojowej beztroski. Bliskość nieprzyjaciela ostrzegła mnie: Bracie, otwórz szeroko oczy!
Czyż nie widzisz, że ci ludzie bawią się, jakby przyjmowali komunię, że nie marnują czasu, lecz pilnie chłoną drogocenne chwile? Czyż nie dostrzegasz, jak przechodzą z boiska do strzelnicy, by tam w napięciu wystrzelić kilka naboi w tarczę, postać jeszcze chwilę, i godnie idą pokibicować atletom, by i tu zerwać kwiecie rozkoszy i zapominienia? A potem nagle ogladają się z paniką w rozwartych szeroko oczach, obejmują wzrokiem krąg kamiennych szczytów, żeby odetchnąć z ulgą i dalej kibicować piłkarzom albo pić wino lub strzelać z niegroźnych wiatrówek. Podobała mi się powaga i przytomność tych ludzi - rozpoznawalem ich. Znałem tę zabawę, miałem moment obudzenia i dobrze znałem lęk ich i swój przed tym samym nieprzyjacielem. To wszystko mówi ci, że żyjesz w tym samym kraju co oni, należysz do tego samego narodu.
Obaj z Ciukiem wypiliśmy jeszcze po kieliszku czerwonego wina, nie rozmawiając o niczym. I wtedy w ukośnym popołudniowym słońcu, i niehałaśliwie weseli, trochę uroczyści, poczuliśmy, że rośnie w nas pełne szczęścia całkowite zamroczenie alkoholowe, które zdarza się równie rzadko jak pełna szczęścia trzeźwość. Uśmiechając się radośnie i przyglądając się tej specyficznej scenerii błąkaliśmy się wśród ludzi i piliśmy zdrowe czerwone wino, bo tylko ono było w stanie nas przekonać, że możemy pozostać tu na zawsze; Na zawsze zostaś w Rasy. Piliśmy trochę na własny rachunek, trochę stawiali nam ludzie, którzy zaczęli już traktować nas jak swoich. To ich wino wydało mi się jeszcze lepsze, jeszcze smaczniejsze. A tak mało wypiłem! Tak mało można go wypić!


Posuwając się za pewnym zgrzybiałym staruszkiem z butelczyną, który najobficiej nas napoił, przyłączyliśmy sie do hałaśliwej gromady stłoczonej wokół białego słupa.
Wysoki, równy i gruby, wyglądał jak słup telegraficzny, ale naprawdę był to niedawno ścięty pień drzewa, okorowany, gładki i lepki od soków, które wciąż jeszcze sączyły się z jego żył. Na szczycie przytwierdzona była okrągła drewniana płyta, a na niej przywiązane na środku drżało maleńkie różowe prosię, z groteskową czerwoną wstążeczką przewiązaną wokół szyi. Prosię wiercilo się nerwowo, co chwilę któraś noga ześlizgiwała mu się na skraj przepaści, z rozpaczliwym kwikiem i wierzganiem szukało stałego oparcia, aż znów trafiało na sam środek płyty, wystraszone, nie mające odwagi nawet drgnąć. Jego przerażony kwik wywoływał w widzach uczucie złośliwego zadowolenia. Zdawało mi się, że od drżenia prosięcia chwieje się cały słup i ziemia, po której chodzę.

Ale niezależnie od swojego okrucieństwa gra jest grą!
Przez chwilę zachwycamy się nią, a potem nieuchronnie traci dla nas sens i pozostają tylko reguły. I dopóki wszyscy trzymamy się tych reguł, nie jesteśmy w stanie pojąć, że poza rzeczywistością samej gry istnieje jeszcze inna rzeczywistość. Szybko zapomniałem o prosięciu z groteskową czerwoną kokardką, umieszczonym na szczycie absurdalnego słupa. Uwagę moją pochłonął bez reszty człowiek w czarnych spodniach i kamizelce, w białej koszuli i krótkich skarpetkach, który usiłował wspiąć się na wierzchołek słupa. Wdrapał się zaledwie na metr czy dwa ponad ziemię, jego ruchy były nieskoordynowane, goraczkowe, a twarz wykrzywiał kurczowy uśmiech. Nieważne, że nie uda mi się dotrzeć do szczytu - mówił wszystkim ten uśmiech - ważne, że wszyscy dobrze się bawimy. I faktycznie: na pierwszy rzut oka wszyscy bawili się świetnie. Obserwatorzy gestami pomagali zawodnikowi naśladując jego wysiłki, klaskali w dłonie, zachęcali go, śmiejąc się jak on. Ale za beztroskim uśmiechem zawodnika kryło się mocne i rozpaczliwe pragnienie osiągnięcia wierzchołka. Bardzo pragnąłem jego sukcesu, jakby wiele rzeczy od tego zależało. I wiedziałem, że nikt z nas już ani trochę się nie bawi, zjednoczyła nas bowiem siła większa od nas samych, wyrażająca się w nieprzepartym dążeniu do szczytu.
- Co to jest? - zapytał Ciuk staruszka z butelczyną. - Górnikom znudziło się już schodzenie w dół i zaczeli się wspinać w górę?
- To taka gra - odparł z przekonaniem staruszek - kto wlezie, dostaje prosię. Odbywa się to tutaj co roku.
Pan też może spróbować szczęścia.
- Serdeczne dzięki - rzekł Ciuk, zajmując sie przy okazji butelczyną. - Problem szczęścia już rozwiązałem.
- To tradycyjne zawody górnicze - dobrowolne - pospieszył jakiś mądrala z wyjaśnieniem w stylu złego dziennikarskiego reportażu. - W zeszłym roku piorun uderzył w słup na dzień przed świętem.
- Dobrze, że jest pogoda - odpowiedział mu Ciuk. Inaczej szanse zwycięstwa byłyby minimalne.
Zawodnik zdołał tymczasem dotrzeć trochę ponad połovvę wysokości słupa. Było widoczne, że się zmęczył, ponieważ ruchy jego stały się powolniejsze i bezsilnie ślizgał się po słupie jak rozdepana żaba. Wkrótce ślizganie się w miejscu zamieniło się w ześlizgiwanie ku ziemi. Najpierw powolne, a potem tak szybkie, że można by to uznać za upadek.
- Aaaaaaaaaaa! - rozległ się jednogłośny okrzyk rozczarowania, gdy nogą dotknął ziemi. Człowiek w dalszym ciągu śmiał się lekceważaco z własnego niepowodzenia, otrzepywał potłuczone kolana, z zakłopotaniem szukał butów, jakby po tej wycieczce do nieba nie czuł się dobrze na ziemi.
Ale, co było zreszta do przewidzenia, jego upadek nie miał wielkiego znaczenia. Już następny anonimowy zawodnik zajął jego miejsce pod słupem, splunął w garść rozluźnił mięśnie nóg, przyoblekając twarz w maskę obojętności.
- Czy kiedykolwiek ktoś wspiął się na to cudo? - indagował Ciuk staruszka.


- A jakże! Zawsze ktoś się znajdzie - stwierdził staruszek optymistycznie, przekonany, że naprawdę zawsze tak bywa.
- Aaaaaaaaaa! - Szyderczo i z rozczarowaniem tłum powitał upadek drugiego śmiałka.

- Który to już? - pytano. - Szósty? Siódmy?
- Nasi chłopcy nie są już tacy jak niegdyś - odezwał się mądrala z afektowanym westchnieniem.
- Nawet święta już nie są takie - uzupełnił Ciuk.
- Zawsze się ktoś znajdzie - twierdził staruszek. Tylko trochę cierpliwości.
Stałem i patrzyłem, jak śmiałkowie spadają jeden po drugim. Ogarnęło mnie jakieś podniecenie i nie miałem odwagi sformułować własnych myśli. Coś, o czym dawno już zapomniałem, wypłynęło z mroku, z głębi, jak wyblakła ryba. Drżenie, jakiego od dawna nie nasłuchiwałem w sobie, wstrząsnęło wszystkimi nerwami mojego ciała. Jakieś napięcie, ale nie martwa sztywność, lecz przygotowanie do ataku, ożywiło moje zdrętwiałe członki.

Poczułem nagle nieprzeparty bunt i przypływ siły. Bunt i siłę, które marnują się bezużytecznie. Bunt i nienawiść, furię i zdecydowanie, życie i zew krwi, utkane ze wspomnień i przeszłości, z pragnień i marzeń o tym, czym nie jesteśmy, czym mogliśmy być, a nigdy się nie staniemy.
Ktoś musi się znaleźć, pomyślałem, zawsze ktoś musi sie znaleźć. Nie możemy wszyscy przez cały czas, bez sensu, bez miłości, bez spokoju, być jedynie ofiarami.
Światu potrzebna jest aktywność.
- Kiedyś świetnie potrafiłem się wspinać - powiedziałem do Ciuka, patrząc na bezsilny upadek ostatniego zawodnika.
- Czy przypadkiem nie masz ochoty spróbować? zapytał Ciuk szyderczo.
Wiedziałem, w którym miejscu wszyscy popełniają błąd.
Wiedziałem, jak można tego uniknąć.
- Mógłbym wleźć - stwierdziłem - gdybym tylko zdołał uniknąć poślizgu.

- Zwariowałeś - rzekł Ciuk. - Wino ci uderzyło do głowy.
- Niech próbuje - doradzał staruszek - co ma do stracenia?
- Jeśli idzie o prosię - tłumaczył mi Ciuk - mam jeszcze pieniądze, kupię ci takie samo w mieście. Tyś chyba naprawdę oszalał. Widzę jednak, że nic nie pomoże - straciłeś głowę. Powiadam ci...
- Co ty na to, żebym spróbował? - zapytałem go zupełnie spokojnie, jakbym nic nie słyszał.
- Co masz do stracenia? - powtórzył swoje staruszek - Ciuk przez pewien czas patrzył na mnie, potem na słup i znowu na, mnie.
- Założę się o pięć litrów wina, że nie dojdziesz nawet do połowy. Zestarzałeś się. - Dobrze. Przyjmuję zakład - powiedziałem.
Ludzie stojący obok dopingowali mnie. Zdawało się, że nie ma już kandydatów poza mną. Przeznaczenie upatrzyło sobie mnie jako tego, który się zawsze znajdzie.
- Dalej! Dalej!
- Skąd on jest? - pytano.
- Jakiś obcy - rzekł mądrala, jakby fakt, że stoi koło mnie, dawał mu wyższy stopień wtajemniczenia. - Dalej! Długo mamy czekać?
Wyczułem ton szyderstwa i złośliwości w głosach tubylców, jakby mówili: Jakiś obcy przybysz zabawi nas swoim brakiem doświadczenia i naiwnością. Ale głosy te znałem od dawna i już mi nie przeszkadzały. Wiedziałem, że nigdy nie przestanę ich słyszeć.

Zastanawiałem się chwilę, co będzie dla mnie przyjemniejsze jako nagroda: prosię, wino czy samo zwycięstwo nad słupem, starzeniem się, piętnem obcego? Zdecydowałem się na pięć litrów wina i mrugnąłem porozumiewawczo do Ciuka. Rozebrałem się do pasa i dałem mu ubranie do potrzymania. Potem zdjąłem buty i skarpetki i podszedłem do słupa. Piach pod moimi stopami był miękki i ciepły. Bez ubrania poczułem się raptem niezwykle lekki i nieważki. Nie byłem już tak pewny zwycięstwa.


Ale mój entuzjazm nie wygasł. Zanurzyłem dłonie i nogi w piachu, natarłem nim słup tak wysoko, jak tylko mogłem dosięgnąć, a potem starannie wypełniłem nim także jedną kieszeń spodni. Był to dobry piach, zmieszany z szarym kamiennym pyłem, z którego nie zrobi się błoto, a który świetnie będzie się trzymał śliskiego drzewa i spoconych dłoni. Czułem raczej, niż słyszałem, jak ludzie się śmieją.

Skoczyłem na słup, obejmując go nogami, grzbietem lewej stopy i podeszwą prawej. Nie było ślisko. Odpocząłem chwilę, a potem nacierając piachem słup nad sobą zmieniłem uchwyt nóg, tak że pień znalazł się między podeszwami mych stóp, i powoli zacząłem się wspinać. Najpierw ręce, potem nogi; ręce, nogi. Znowu zatrzymałem się, zmieniłem pozycję nóg i odpocząłem. Gładziłem pień wilgotną dłonią umazaną piaszczystym pyłem. Potem znowu objąłem słup rękami, podciągnąłem nogi, ręce, nogi, -odpoczynek i znów wspinaczka.

Obejrzałem się; ziemia została daleko pode mną, okrągła nieważna piłka, kręcąca się na ostrzu wysokiego, wysokiego słupa. Poczułem niebezpiecany wiatr wysokości - nieznaczny ruch, jakby słup się chwiał. Było to łagodne wewnętrzne kołysanie jak na wielkim statku, poczułem pierwsze objawy nudności. Przestałem patrzeć w dół. Pień jest tutaj o wiele cieńszy, pomyślałem, łatwiej będzie pokonać drugi odcinek drogi.

Słyszałem z dołu morze niezrozumiałych słów , ale nagle, wysoki i oddalony, pojąłem, że jest mi wszystko jedno, jakie to słowa. Zostaliśmy sami: słup i ja. I nie było żadnych powodów, by jedno przed drugim grało komedię.
Kim. jesteś, drzewo?, pytałem. Dębem? Zdarto z ciebie skórę i zostawiono jedynie nagi szkielet? A może jesteś tylko szkieletem moich wspomnień i to nasze spotkanie jest tylko kartką z notesu, tylko bladym, żałosnym odbiciem, tylko spotkaniem dwóch okorowanych szkieletów.
I raptem z przerażającą jasnością przypomniałem sobie historię z dębem. A trzeba było jeszcze tylko raz wyciągnąć ręce, by dotrzeć do szczytu.

Po raz pierwszy wspinałem się na ten dąb, gdy jeszcze o niczym nie miałem pojęcia. Wdrapałem się do pierwszego rozwidlenia, gdzie dotarło wielu przede mną i po mnie, a potem zrezygnowałem, nie przydając dalszemu wspinaniu się żadnej specjalnej wagi, i wróciłem. Może w tym leżał bład zasadniczy. Nie powinienem był w ogóle próbować.

Wróciłem i opowiedziałem przyjaciolom, jak to z rozwidlenia konarów dojrzałem, że na pastwiska po drugiej stronie Czarnego Szczytu wyszła stadnina Vlajia. Stadnina stanowiła własność tajemniczego człowieka, którego zwano Vlajem; było w niej bardzo dużo wierzchowców. Pastwiska były ogrodzone, ale potrafiliśmy znaleźć przejścia. Koni pilnowano, ale umieliśmy chyłkiem ich dosiąść. Był to pewien rodzaj ambitnej i niebezpiecznej gry przeciwko koniom i strażnikom.

Powiedziałem im o koniach. To ich podnieciło i zaczęli się szykować w drogę, ale bardziej jeszcze podniecało ich to, co mówiłem o dębie. "Jesteś nowy - powiedzieli mi - dlatego nie wiesz. Dąb jest zaczarowany, zaklęty. Nikt nie może się na niego wdrapać. To nie znaczy , że nikt się na ten dąb nie wdrapał. Byli tacy, ale ich imiona powtarza sie jak imiona z baśni. Może ich nawet nie było, ale istnieją ich imiona. Poświecali się jak legendarni rycerze w walce ze smokami i spadali dębowi do stóp. Jakby pośród posępnych, ponurych gałęzi czarnego dębu śmierć wisiała niczym dojrzały owoc, nieustannie dojrzewając w oczekiwaniu nowych amatorów. Nie wolno ci było wspinać się nawet do pierwszego rozwidlenia. Niegdyś w tej okolicy byli Turcy. Kiedy minął czas ich panowania, wszystkie zrabowane pierścienie i kolczyki złożyli do szkatułki, wydrążyli schowek w najwyższym rozwidleniu dębowych konarów i złożyli tam skarb, by nigdy po niego nie wrócić. Teraz nikt z nich nie żyje. Nie powinieneś się wspinać. Inni śmiałkowie, godniejsi niż ty, zostali ukarani. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem dąb. Popatrzyłem na niego zupełnie zwyczajnie, tak jak zawsze, ale dopiero tym razem zobaczyłem go naprawdę. Dąb. Wysoki i czarny na białawym tle jak grożący palec. Ponura wieża, przyjazna jedynie dla chmur. Dąb wieczny jak skała, mrukliwy nieprzystępny. Żywy na swój własny, niezależny i samotny sposób. I moje małe dziecinne serce zlodowaciało, wobec takiego chłodu, takiej obojętności. Czyż dąb doprawdy mógł do tego stopnia nie przejmować się moją osobą"? I ja, który do tej pory byłem aż tak silny, krzyknąłem boleśnie z powodu jego obojętności. Ale on nadal milczał, nieruchomy, sztywno wyprostowany na tle swojego srebrzystego nieba bez koloru, patrząc na mnie z wyniosłą odrazą jak na gąsienicę. Czy patrzy na mnie, pomyślałem, karła obdarzolnego duszą?

Przestraszyłem się, ale byłem tu nowy. Tak samo jak wszedzie. Człowiek bez swego miejsca na ziemi, bez przesądów, bez nagromadzonych lęków. Przybysz w tym świecie. Przestraszyłem się, ale strach mnie nie ukorzył, lecz zdopingował. Popatrzyłem raz jeszcze na dąb i poczułem się jak mały i anonimowy, niepozorny, ale groźny przeciwnik. I powiedziałem do niego: "Pysznisz się, bo nic nie wiesz." Ale on był zbyt wielki, by to dosłyszeć. Był zbyt wielki i zadufany w sobie. Nie przeczuwał nawet drżenia tego szeptu, który powoduje lawiny.

I dni moje wypełnił obraz dębu na horyzoncie, mojego osobistego nieprzyjaciela, który nie miał o tym najmniejszego pojęcia. Krążyłem wokół niego, mierząc go wzrokiem, nie podchodząc nigdy zbyt blisko, aby się nie zdradzić. Czasem usiłowałem się od niego wyzwolić, zapomnieć o tej tajemnej, pełnej goryczy walce, lecz znowu wracałem, czekając na sprzyjający moment.
Pierwszy dzień naszej jawnej wrogości zepsuł mi rozkosz konnej jazdy, a potem juź codziennie czułem z powodu dębu gorzki smak w ustach, niespokojnie spałem, nerwowo jadłem, stale odwracając się ku oknu. Wybiegałem z domu, by zobaczyć, czy wciąż jeszcze tkwi w tym samym miejscu. Obserwowałem, jaki jest w najróżniejszych porach dnia. o szóstej rano, gdy w jego zgrzybiałych żyłach odzywała się młodzieńcza energia i gdy strząsał ze swego postrzępionego listowia diamentowe kolczyki rosy, był niespokojny i pierzchliwy. W ciężkie letnie południe drętwiał cały, w milczeniu znosząc upał, lecz zachowywał wyniosły spokój, świadom, że południe mija, upał mija, czas i życie mijają, a ON pozostaje. W upiornym mroku pały jeżył się od wieczomego wiatru i nastroszony jak ogromna kwoka przed zaśnięciem machał gałęziami, aby je wreszcie spokojnie ułożyć do snu. Wszystko to czynił z jawnym bezwstydem, jak stuletni starzec, który już nie znajduje nic niewłaściwego w tym, że załatwia swoją potrzebę w miejscu publicznym. Czynił to jak tyran, który może sobie na wszystko pozwolić wobec swych poddanych, nie tracąc przy tym nic ze swego dostojeństwa. Gdybyście, ludzie, wiedzieli, jak bardzo go znienawidziłem za tę jego nieskrępowaną i bezwstydną nagość!

Skwapliwie podsycałem w sobie tę nienawiść, ponieważ musiałem go pokonać. Tę nienawiść zachowałem i wówczas, gdy nasza mała nieprzyjaźń zmieszała się z ogólną wrogością wokół nas. Wojna kilka razy tego roku Przetoczyła się przez naszą okolicę nie tykając jedynie dębu. Pozostaliśmy na swoich miejscach i czekaliśmy na mnie. siebie. To, zdaje się, było jedyne sensowne czekanie.
I chociaż był to czas, kiedy wszystko straciło swą wartość, kiedy już się na nic nie czekało, postanowiłem porachować się z dębem, zanim to, co jest większe od nas, nie porachuje się i z nim, i ze mną. Ach, jakże małym wydawało mi się to zadośćuczynienie mojej nędznej nienawiści! Ale nienawiść była jedyną rzeczą, jaką jeszcze posiadałem, i jedyną rzeczą, jaka mogła mi dać satysfakcję. Wszystko inne dawno wymknęło się spod mej władzy, nawet mój tak zresztą nędzny żywot.

Może błąd tkwił w tym, że z nieważnych osobistych pobudek zdecydowałem się na wykonanie tego zadania. (Ale, rzecz jasna, wtedy byłem jeszcze młody, nie wiedziałem, kogo zamierzam zniszczyć) Byłem przekonany, że mi się uda, ale instynktownie wyczuwałem, że lepiej nie mówić nikomu o moich zamiarach. Ludzie mogliby przypadkowe niepowodzenie potraktować jako ostateczną klęskę, a w tym czasie myślałem, że zawsze znajdę w sobie tyle sił, by przez całe życie, jeśli to potrzebne, wdrapywać się na ten sam dąb, by udowadniać światu na własnym przykładzie swoją rację.

Podszedłem do dębu w porze, która nie była ani rankiem, ani południem, ani wieczorem. Była porą, jaką wybrałem, by zbliżyć się do drzewa. Jakaś bezbarwna mgiełka wypełniła półmrok tej godziny. Godziny martwej bezwietrznej ciszy, zesztywniałych traw. Godziny bez ludzi, bez ruchu, bez przeszłości i przyszłości. Szedłem nic nie myśląc wprost do dębu, nie spodziewając się żadnych sukcesów, żadnego rezultatu. Przygotowałem się, jak gdyby wspinanie trwać miało wiecznie.

Byłoby niewłaściwe nazwać strachem to, co czułem. To była przede wszystkim świadomość, że dzieje się coś doniosłego.
Z łatwością wdrapałem się do pierwszego rozwidlenia konarów. Podniosłem oczy. Niebo nade mną pokrywała mozaika gałęzi odległa i wysoka jak sklepienie gotyckiej katedry. Wszedłem pod liściastą kopułę jak do zimnej i uroczystej świątyni. Zdjąłem z ramienia zwinięty sznur zakończony żelaznym hakiem i przerzuciłem go na wyższe konary. Wchodziłem dalej trzymając się sznura. Zarzuciłem go jeszcze wyżej. Kilka razy nie udało mi się zaczepić haka i musiałem cierpliwie wyciągać szmur z plątaniny gałęzi i zwijać go znowu. Trochę mnie to zdenerwowało i drżałem zlany zimnym potem. Kiedy próbowałem zarzucić sznur jeszcze raz, omal się nie ześliznąłem. Kurczowo złapałem jakąś chropawą gałąź. Uspokoiłem się i ruszyłem dalej. Teraz gałęzie były cieńsze i nie widziałem już ziemi. Ani ziemi, ani nieba. Tylko liście, wszędzie wokół mnie tylko liście. Był to dziwny i nieprzyjemny świat nieruchomego listowia. Gdy stanąłem na cieńszej gałęzi, drgnęła, płosząc mnie niespodziewanym szumem liści. Kto to wie, jakie zapomnime stworzenia żyją w takiej dżungli.

I w ten sposób wspiąłem się do ostatniego rozwidlenia, od którego rozchodziły się trzy konary. Myślałem, że wreszcie znalazłem się bliżej nieba i że chłodzi mnie zwykły zimny wiatr, jaki na tej wysokości prawdopodobnie zawsze wieje. Myślałem, że to dobrze, że jestem tutaj.

I teraz po raz pierwszy rozejrzałem się dokoła. Na cztery strony szerokiego świata. Nie było to ani rano, ani południe, ani wieczór. Ziemia była ciemnozielona i mroczna jak wielkie koło, na horyzoncie mętnie błyskały rozproszcme monotonne światła i wznosiły się prosto w niebo czarne słupy dymu. Większy i mniejszy, większy i mniejszy, niby wedle ustalonego porządku. Dymy powoli rosły i rozwijały się na szczycie jak grzyby. Tam zostawiały smugi jakby ktoś namalował je pędzlem. Ale ja znajdowałem się wyżej nawet od najwyższego słupa dymu, znajdowałem się na szczycie świata. Ani na niebie, ani na ziemi.
Tak musiało tu wyglądać, gdy przechodzili tędy Turcy, myślałem, Dym, ze wszystkich stron dym, pogorzeliska.
półmrok, ni to rano, ni południe, ni wieczór. I nie można było uciec nigdzie, tylko na szczyt świata, by wznieść się ponad to wszystko. Ale i szczyt był niedostępny. Zrzucał uciekinierów, jednego za drugim, zarezerwowany przez czas i pokolenia wyłącznie dla mnie. Oto, dębie, przyszedłem po swoje. Ostatni z bezimiennej rzeszy poszukiwaczy.

Siedziałem w rozwidleniu jak w niebiańskim fotelu szukając skarbu, który należy do mnie. Ale wszędzie dokoła prastara kora dębowa była nietknięta. Nigdzie zagłębienia ani szkatułki. W sąsiednim rozwidleniu miał gniazdo jakiś ptak. Może ptak niezwykły, może tylko wrona, a może w ogóle było to puste gniazdo na szczycie świata. Może ptak zginął gdzieś pośród gorejących pól. Nawet ptaki nie mogą już być zbiegami. Uczyniłem zatem rzecz cenną, powiedziałem sobie. Uciekłem i wrócę niosąc wieści, usprawiedliwiające heroiczne ofiary moich poprzedników. Podniecałem się myślą, jak oznajmię, że szkatułki ze skarbem nie ma, jak powiem prawdę, która ma taką wagę, że warto byłoby za mą nawet zginąć. Nie ma skarbu, nie ma ptaków, nie ma śmierci na dębie. Tylko samotmy dąb na szczycie świata, otoczony dymami, pogorzeliskami, półmrokiem niebezpieczeństwa, rankiem grozy, południem koszmaru, nocą. Śmierci. Dym, dym, dym, tylko dym na całym bożym widnokręgu. I oto dokonałem dzieła. Aby to zapisać, wyciągnąłem z kieszeni nóż i w mglistym wietrze, który przynosi zapach pożarów, groźbę śmierci, śmiejąc się szczęśliwie i zwycięsko wyciąłem w wielkiej gałęzi okrągły, soczysty biały znak, znak na wieczne czasy.

Chwytając się gałęzi zszedłem na ciemnozieloną ziemię, pożegnałem liściasty świat spokoju nade mną. Poklepałem dąb po jego zgrzybiałym pniu i ruszyłem między ludzi, gdzie żyję po dziś dzień.

Powiedziałem kolegom, że wreszcie wdrapałem się na dąb. Skarbu nie ma. Zaprowadziłem ich na pole koło dębu, aby pokazać im, biała ranę, jaką wyciąłem właśnie dlatego, by wszyscy mogii ją zobaczyć. Jak znak na górskim szlaku. Spojrzeli i nie uwierzyli.
- Jego ojciec i matka zginęli - powiedział jeden z chłopców. - W głowie mu się pomieszało. Albo, zmyśla.
- A ta plama? Popatrzcie, biały ślad na najwyższym konarze. To nie dowód? Mówię wam, nie ma skarbu, nie ma ptaków, nie ma śmierci...
Kiwali głowami słuchając, gdy mówiłem o dymach na horyzoncie. Wyglądali jak grupa obślinionych łysych starców.
- A ślad jest pewnie po odłamku pocisku .- odezwał się któryś zamykając dyskusję.
Zresztą wojna była bardzo blisko i nie mieliśmy czasu, by zajmować się tym dłużej. Portem zastanawialiśmy się jakiś czas, czy uciekać, czy zostać na miejscu i czekać na wojsko. Niektórzy zdecydowali się czekać. Ja byłem za ucieczką. A wieczorem, pakując swój skromny dobytek do zawiniątka, pomyślałem: Czy naprawdę wdrapałem się na ten dąb? Czy naprawdę byłem na górze i wyryłem ten znak? Kto to wie? Właściwie nie pamiętam. A może nie jest to nawet takie ważne. Trzeba uciekać.
Wróciłem w wiele lat później. Nie było już ani śladu dębu, nie był niczego. W dąb uderzył grom, spalił koronę, a dzieła zniszczenia dokończyły bomby. Dla mnie zaś przestało być ważne, czy naprawdę się na ten dąb wdrapałem, czy też spadłem..

Moja ręka dotknęła samego brzegu poziomej płyty. Prosię zauważyło mnie i kwiknęło mi prosto w twarz, oczekując może pomocy, może przeczuwając niebezpieczenstwo.
- Jeszcze trochę! - rozległ się czyjś głos, przebijając hałas.
Jeszcze trochę może się wdrapię, a może spadnę i co dalej? Popatrzyłem na prosię i poczułem litość dla niego i dla siebie, myśląc o nadchodzących latach. Wielu próbowało, wielu wspięło się i wielu spadło - jakaż dla nich nagroda? Zwycięzca i zwyciężony są jednacy po wielu chudych latach, bez zwycięstwa i klęski, bez wspinania się i upadku, po wielu szarych dniach pozostają im tylko wspomnienia zwycięstw i klęsk, przeczucie jednakiego kresu. Dobrze wiedziałem, o ile byłby niebezpieczniejszy mój upadek z samego szczytu, wiedziałem, o ile straszniejsze byłoby kajanie się.
- Jeszcze trochę! - rozległ się ten sam głos z dołu. Ale dobrze znałem ten głos i zaślepienie, i bezsilność, i wściekłość w tym głosie. Nie, czyn, jakiego bym dokonał, byłby zwycięstwem nie tylko dla mnie, lecz także dla tego głosu, zdławionego żądzą i nienawiścią, odrażającego przez swoją bezsilność i zawiść. Nie, niestety nie byłem sam na szczycie słupa. I zacząłem powoli schodzić. Powoli i ciężko, śmiertelnie zbolały, śmiertelnie przygnębiony, jakbym kogoś zostawił na marach. Schodziłem, ale wciąż jeszcze płonęła we mnie chęć walki, wciąż jeszcze byłem w samym centrum zmagań, pomiędzy dwiema bezlitosnymi siłami. Jedna pchała mnie w górę, nie pozwalała zrezygnować, druga spokojnie i przekonująco wzywała nmie na ziemię, pewna, że muszę się jej poddać. I schodziłem powoli, zostawiając samego siebie na każdym odcinku wysokiego słupa, coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej spragniony, by dotknąć ziemi i czym prędzej zniknąć. Szkielet zsuwał się wzdłuż szkieletu, by odejść ku ziemi - przeznaczeniu każdego szkieletu.

Mojemu schodzeniu towarzyszyła grobowa cisza. Ludzie nie wiedzieli, co myśleć: czy w ostatniej chwili straciłem siły, czy kpiłem z nich sobie? A może na szczycie zobaczyłem widmo, którego się przeraziłem? Zdawało mi się, że w dole nikt się nie poruszył, wszyscy skamienieli, zaskoczeni czy też urażeni zmiewagą. Ale kiedy zszedłem, taki ciężar przygniatał moje nieszczęśliwe barki, że było mi wszystko jedno, co myślą widzowie.

Podniosła się piekielna wrzawa, gdy odwróciłem się rozluźniając mięśnie. Wszyscy coś krzyczeli i tłumaczyli, ale nic nie rozumiałem. Odsuwali się ode mnie jak od parszywej owcy.
Otarłem pot i wytrząsnąłem piach z kieszeni, stojąc pośród ludzi, którzy mie mieli odwagi mnie dotknąć. I chociaż mnie to obrażało, wiedziałem, że mają rację, ponieważ jestem zarażony chorobą, na którą nie ma lekarstwa. Podszedł do mnie Ciuk, druga parszywa owca, i oddał mi ubranie i buty.
- Masz pięć litrów wina - powiedział na pocieszenie.
Ruszyliśmy torując sobie drogę wśród tłumu. Czułem się strasznie zmęczony. Ludzie wokół mnie głośno dyskutowali o mojej wspinaczce. Było im obojętne, że to wszystko słyszę. Dla nich już nie istniałem. Staruszek z butelczyną patrzył na mnie kręcąc głową. Zastanawiałem się chwilę, o co mu chodzi, ale był za stary, żebym się mógł domyślić. Starcy często kręcą głową z sobie tylko znanych powodów.
Trochę dalej czekał na nas samochód. Szofer spojrzał na mnie ciekawie, ale na szczęście wstrzymał się od komentarzy. Usiadłem na tylnym zderzaku zakładając buty.
Padł na nas wlelki cień góry, zwiastujący zmierzch.
I jak się spodziewałem, kiedy usadowiliśmy się w samochodzie i gdy skończyło się milczenie, Ciuk poczęstował mnie winem, które wyciągnął spod tylnego siedzenia, i rzekł łagodnie:
- To już nie dla nas. Powinniśmy się chyba ożenić.
Dom, rodzina, to jest dla nast' a nie małpie wdrapywanie się nie wiadomo gdzie.
- Ja się wdrapałem - odparłem.
Tylko że ci odrobinkę brakowało ~ zauważył Ciuk z lekkim odcieniem zawiści.
- Mogłem się wspiąć jeszcze ten kawałeczek - stwierdziłem lodowatym tonem, niczego już nie oczekując, bo nie miałem odwagi czegoś jeszcze się spodziewać.
- Może - odezwał się Ciuk - ale jednak nie dotarłeś na wierzchołek, w tym sęk; starcom brak siły na ostatnie uderzenie.
- Mogłem się wdrapać - powtórzyłem - ale nie chciałem. Nie zależało mi na tym.
- Mnie też nie zależało, ale ja się nie wdrapywałem.
- I nie zależy mi też, na tym, co myślisz - powiedziałem i było mi naprawdę wszystko jedno. Bo, nawet gdybym się wdrapał, nie wierzyliby mi. Nawet Ciuk by nie wierzył. I nie chodzi o to, czy dotrzesz do szczytu, czy nie, lecz o to, czy ci uwierzą. A już nikt w nic nie może uwierzyć. I to był tylko jeszcze jeden dowód; można coś zrobić, ale niełatwo w to uwierzyć.

A moze naprawdę tylko starcy nie mają siły na ostatnie uderzenie?
Szofer zapalił reflektory, a my, obrażeni, ukryci w ciemności na tylnych siedzeniach, obserwowaliśmy w milczeniu, jak światło ucieka przed nami, zawsze wyprzedzając nas, jak przestraszony zając. Pędziliśmy drogą między górami i morzem. Cały pejzaż był jednakowo szary i mroczny, góry i morze, niebo i droga.
- Niedobrze mi - powiedziałem po dziesięciu minutach.

- Zatrzymajmy się na chwilę i wypijmy coś w spokoju - zaproponował Ciuk od niechcenia.
Wysiedliśmy na mrocznym zakręcie, gdzie szoferowi udało się zjechać na bok z wąskiej drogi. Ciuk dał mi jedną butelkę, a drugą podniósł sam. Zeszliśmy ostrożnie, przedzierając się wśród ciemistych jeżyn. Spadek początkowo był dość łagodny, potem brzeg wyrównał się; by nagle pionowo opaść ku morzu. Tu usiedliśmy i popijając wino patrzyliśmy na wodę. W oddali jaśniały światełka Rijeki, sznur neonów ciągnął się aż do Kantridy, mnóstwo drobnych okienek w ciemnym mroku.

Ciuk zaśpiewał jedną z naszych dawnych pieśni, niezwykle piękną, niezwykle smutną. Śpiewał tak, jak to tylko on potrafi, niby zwyczajnie, od niechcenia, a jednak świetnie - nie za głośno, nie za patetycznie, nie za wesoło.

- Byłoby nieźle skoczyć stąd - rzekł wreszcie i splunął ze skały w głąb, machając nogami nad wielką wodą.
- Nie gadaj głupstw - odpowiedziałem, przygnębiony bez powodu. - To już nie dla nas.
Ciuka raptem opanowało jakieś podniecenie i zaczął się przechadzać po kamieniach, wymachując rękoma jak na scenie. Daleko w dole w mrocznej głębinie jakaś wielka ryba wyryła bruzdę na gładkiej powierzchni morza, a potem wyskoczyła lśniąca jak lustro.
- Oto, towarzysze, wieloryb domowy zwykły - rzekł Ciuk w światłach rampy - jeden z ostatnich na wybrzeżu adriatyckim. Pozostałe wyginęły w wyniku masowego najazdu barbarzyńskich rybich ludów o odmiennej strukturze społecznej.
- Nie - wtrąciłem. - Wszystkie ryby są jednakowe.
- Oprócz Kotoriby * - odparł pijany Ciuk.
- Nie - odrzekłem - wszystkie odgryzają sobie nawzajem ogony. Wszystkie w końcu zginą.
- Nie ma w tobie poezji, kiedy jesteś trzeźwy, a co dopiero gdy sobie wypijesz - rzekł Ciuk. - Ty tęsknisz tylko, ty możesz tęsknić tylko do prosięcia. Per aspera ad Świnia. Ale, powiedzmy, że to też była świnia. To była morska świnia, prosto z Herodota. Słuchała, jak pięknie śpiewam. A może u Herodota chodziło o jakieś inne bydlę?

* Kotoriba - mała miejscowość na granicy węgierskiej.

- Sam jesteś morska świnia - powiedziałem i rzuciłem pustą butelkę do morza.
- Ignorant - rzekł Ciuk z dostojeństwem - to morska świnia, która na swym grzbiecie uratowała Ariona.

Ale to tylko w mojej wersji. Ariona rzucają w morze za jego związki z tajemnymi mocami, i to wtedy kiedy powrócił z morza na świni. Albo po prostu rzucają go dla samego rzucania. Odpychają go jak intruza. Za to, że zbyt pięknie śpiewa. Zrzucają go z takiej właśnie skały.
- Szczęście, że nie piszesz historii - zauważyłem.
- Nie piszę, niestety. Ale przynajmniej uczestniczę w jej tworzeniu, a może i to nie? Naprawdę myślisz, że nie?
W porządku, niech będzie. Ale pragnąłbym móc ją tworzyć.
Powiedział to wyciągając ramiona w obłudnej tęsknocie. Zapatrzyłem się w mroczne morze przed nami, w mroczną historię za nami.
- Pragnąć też nie możesz - powiedziałem ziewając. Szybko byś się znudził. A poza tym, kto by ci na to pozwolił?
- W porządku, w porządku, nawet tego nie pragnę.
Ale czego ja właściwie chcę? Wyjaśnij mi wobec tego, czego, do diabła, pragnę? Zapragnąłem skoczyć z tej skały, ale heroicznie uratowałeś mi życie. Dlaczego zapragnąłem, jeśli niczego nie pragnę? No i co ty na ten paradoks?
- Czy jedynie ginąc tworzymy historię? - zapytałem.
- Nasze rozważania stają się, jak na mój gust, zbyt poważne w tych okolicznościach - powiedział Ciuk trochę za późno.
- Nie chcemy tworzyć historii, nie chcemy umierać odezwałem się niezwykle poważnie. - I ty, i ja pragniemy jedynie kropli czy dwóch czystego niehistorycznego życia.
- Naturalnie - odrzekł Ciuk, a ja nie mogłem zgadnąć, czy spoważniał, czy mnie parodiuje. - Od kiedy pamiętam, zawsze było za dużo historii, a za mało życia.
Jakby wciąż trwała wojna.
- Czuję, że szybko wytrzeźwieję - powiedziałem po krótszym rozmyślaniu o wartości powagi. - Byłoby lepiej, gdybyśmy dotarli do samochodu i strzelili sobie jeszcze po jednym, jeśli jest co.
- Jest - potwierdził Ciuk przeciągle. - Tylko że nie będzie się nam chciało tu wrócić.
- To co? - spytałem. - Czego żałujesz?

Ruszyliśmy pod górę przez zarośla, w stronę drogi. Kamienie osuwały się nam spod nóg. Ciuk półgłosem zaklął, zaplątał się nogą w polipowate pnącza jeżyny. Chciałem mu szepnąć, żeby się pospieszył, ale się powstrzymałem.
Zdawało, mi się, że jakieś niebezpieczeństwo czyha na mój głos. Jak zbędne i niebezpieczne jest mówienie, stwierdziłem pogrążony w rozmyślaniach.

Zatrzymałem się, żeby odetchnąć czekając na Ciuka, który wyplątywał się z jeżyn kilka metrów niżej. Jedyny dźwięk, jaki słyszałem, to jego oddech i szelest łamanych gałęzi. Jakby wszystkie istniejące dźwięki skupiły się wokół niego. Ten dźwięk przypominał dalekie echo odbijanej piłki. W tym uroczystym, zmartwiałym podniosłym spokoju tylko my dwaj byliśmy wulgarnie, bezwstydnie żywi, energiczni i niewrażliwi. Czułem, że nasza obeoność psuje ten krajobraz.

Spojrzałem na morze. Było ołowianoszare, zupełnie gładkie, ale błyszczące i pełne wewnętrznego drżącego napięcia jak kropla rtęci. Nigdzie na horyzoncie nie było światła, lecz morze błyszczało jak klejnot w mroku. Jak gdyby jakieś cudowne, zimne przenikliwe światło wypełniało je aż do dna. Morze opromieniało tą fluoryzującą światłoŚCią dziwny zarys wyspy, która pływała, granitowa i martwa, w rtęciowym basenie, martwe i nieruchome zarośla jeżyn i dzikiej róży, dwie czy trzy gałęzie okaleczonych sosen. Kiedy Ciuk wynurzył się z zarośli, jego twarz od tej światłości była sino-niebiesko-żółta jak twarz nie z tego świata. Popatrzyłem na swoje ręce - były sztywne i nieruchome, obce. Gdzie ja jestem? Dlaczego jestem tutaj? Jaki to chłód mnie ogarnął? Ciuk zbliżał się do mnie, nagle zatrzymał się i zapytał zdyszany.
- Co jest?

- Coś się z nami dzieje, Ciuk - odpowiedziałem, zaskoczony własnym przestraszonym głosem, gapiąc się jak urzeczony w okrutne żywe zwierciadło, teraz powleczone delikatnym metalicznym odcieniem fioletu. - Dzieje się coś, nad czym nie piosiadamy żadnej kontroli. Coś strasznego, Ciuk.
- Dopiero teraz sobie to uświadomiłeś? - rzekł Ciuk realnie.
- Nie, Ciuk, znajdujemy się w straszliwym niebezpieczeństwie! - wrzasnąłem. - Coś nam grozi, coś się dzieje, czuję, jak mnie coś ściska koło serca. Już dawno nie dźwięczał mi w uszach ten głos - przekonywałem go. Już od dawna nie byłem tak strasznie podniecony. Ciuk, już po nas, po nas. - Panika dosięgła mnie jak stalowa ręka.
Ciuk raptem podniósł palec do ust i świsnął. Rozejrzał się wokół siebie nasłuchując. Pełen napięcia, zgarbiony, -cały zamienił się w słuch. Ale było cicho, nic się nie poruszyło.
- Teraz już po nas - szepnąłem z najwyższym przerażeniem, ogarnięty niemocą. Wiedziałem na sto procent, że już po nas.
- Nie truj - psyklnął Ciuk, nasłuchując głosów, których nie było. Ale dobrze wiedziałem, jakich głosów nasłuchuje, ponieważ i ja je słyszałem. Nic się nie poruszyło.

Morze powlekło się kolorem ciemnobłękitnym, aksamitnym, obłudnie błogim i miękkim.
Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jakiegoś ząbkowanego liścia. Liść był ostry, sztywny i zimny niczym płat metalu. Zerwałem się jak oparzony. Nagle dotarło, do mojej świadomości, że wszystko jest tutaj martwe, metaliczne, sztywne jak ten liść - że nie ma ratunku. Już po nas, wszystko wreszcie pokazało swoje prawdziwe oblicze.

I Ciuk, żywy Ciuk, czując moje drżenie pobiegł jak strzała. Biegł rozpaczliwie - niczym zając, który po raz pierwszy zrozumiał, że całe swoje dotychczasowe życie spędził w świecie pełnym sideł, ale wie także, że nie ma innego świata poza światem sideł, że trzeba kręcić i kluczyć, by uniknąć zasadzek, a mimo to ucieka prosto przed siebie po jednej jedynej linii, która ma jeden jedyny koniec. Ciuk pobiegł nie zastanawiając się, szybko i nadspodziewanie zręcznie.

Kiedy przyszedłem do siebie, oddalił się na dziesięć kroków. Widziałem w mroku, jak jego szerokie bary znikają wśród jeżyn. Pospieszyłem co sił za nim, nie czując zadraśnięć, potykając się o kamienie, padając i wstając, zatrutymi płucami wdychając zatrute powietrze, a usta miałem pełne gorzkiej śliny.
- Nie zostawiaj mnie, Ciuk - szeptałem, wydawało mi się, że krzyczę - nie zostawiaj mnie teraz.
On umykał mi coraz dalej i coraz szybciej. Biegłem, ile sił w nogach, gnany przerażeniem i wściekłością. Nie zostawisz mnie teraz, pomyślałem, ani dla ciebie, ani dla mnie nie ma ratunku. Zginiemy razem. Ale on biegł dalej nie słuchając. Nie chcąc słyszeć mego niemego krzyku.
- W porządku, sukinsynu - wycedziłem przez zęby ale ty też nie uciekniesz, nie ma ratunku. Jeśli ja zginę, ty też się nie uratujesz.
Czułem, że piana pojawia mi się na ustach. Oślepłem już niemal z wysiłku i prawie wpadłem na Ciuka, który się nagle zatrzymał. Spojrzał na mnie dziko.
- Nie wiem, gdzie jesteśmy - powiedział, próbując wzrokiem przeniknąć mrok. Staliśmy ramię w ramię w zupełnej ciemności. Odwróciłem się, by zorientować się według morza, ale morze zgasło. Nie było go już i trudno było odgadnąć, gdzie jest. Otoczył nas czarny, nieprzejrzany mrok. Czułem raczej, niż widziałem, że Ciuk stoi przy mnie. Rozglądaliśmy się bezradnie. ale nie mieliśmy odwagi skręcić w jakimkolwiek kierunku, ponieważ wszystkie były jednakowo niepewne.
- Zdaje się, zabłądziliśmy - powiedziałem łapiąc oddech.
- Na to wygląda - rzekł Ciuk trochę spokojniej. Ale droga nie może już być daleko.
- Faktycznie - odparłem. - Jak długo biegliśmy? Czy nie przeszliśmy przez drogę?


- Widzielibyśmy samochód - wyjaśnił Ciuk. - Nawet gdyby szofer usnął, zostawiłby tylne światło. Prócz tego tu jest zawsze jakiś ruch. Droga nie może być daleko.
To nas trochę uspokoiło. Przestaliśmy odczuwać tę straszną panikę. Droga nie może być daleko.
A mrok, który nas teraz otacza, jest tym samym mrokiem, jaki otaczał nas od samego początku świata. Mrok bez tajemnej grozy, bez widm i upiorów - bezludny absolutny mrok, któremu stopniowo w ciągu stuleci odbieraliśmy życie, i wreszcie je odebraliśmy. Trup mroku.

Mrok, o którym nauczyliśmy się, że istnieje tylko w źrenicy naszego własnego oka, w nas samych. Mrok, który nie jest mrokiem, lecz nieobecnością światła. Czy właśnie my musimy przywrócić mu to, życie, które samiśmy mu zabrali?
Powoli ruszyliśmy pod górę, spokojni i pewni siebie.
Nic już nie może być daleko. A kierunek - czy kierunek doprawdy jest ważny? Gdziekolwiek byśmy nie poszli, musimy gdzieś wyjść - ziemia poprzecinana jest drogami, rzekami, torami kolejowymi, wcześniej czy później znajdziemy właściwy kierunek, prędzej czy później rozpoznamy linię, która zawiedzie nas do celu. Znowu milczeliśmy, myśląc o swoich sprawach. Takie to niepotrzebne, a tak niebezpieczne mówić o tych rzeczach, myślałem pogrążony w zadumie.

Ze wszystkich stron otaczała nas ściana martwego mroku. Ale dobrze wiedzieliśmy, że jeśli nawet znajdujemy się u wrót jakiegoś piekła, to nie może ono być gorsze od piekła, które nosimy w sobie.

Szliśmy tak przez kilka minut lub godzin, nie myśląc o niczym. Nie byliśmy ani trochę zaskoczeni, kiedy w oddali dostrzegliśmy robaczka świętojańskiego - oczekiwane światło. Rozbłysło niespodziewanie, rodząc się nie wiadomo z czego, ale nic nas nie dziwiło, wszystko przewidzieliśmy. Był to wszak naturalny, logiczny cel naszej wędrówki. Byliśmy gotowi przysiąc, że cały czas zdawaliśmy sobie sprawę, że idziemy w stronę tego światła, że wskazywało nam drogę od samego początku. Światełko było coraz bliżej, napełniało nas ostateczną pewnością. Ten nikły blask oznaczał nadejście wielkiego światła. Nam wystarczy, że jesteśmy gotowi na jego przyjęcie.

To będzie koniec wszystkich naszych cierpień. Uśmiechnęliśmy się szczęśliwie do tego światełka i wszystkiego, co ono obiecuje.
. A kiedy naprawdę pojawiło się światło, było tak silne, że nasze źrenice, przywykłe do ciemności, oślepły.
- Przyzwyczaimy się - powiedział Ciuk później. Do ciemności i do siebie nawzajem. Wkrótce będzie nam się wydawało, że nigdy już nic nie zobaczymy.