OPOWIADANIE TRZECIE
ZDRAJCY
Postanowiłem, że bohaterem historii, jaką za chwilę opowiem, będzie Pierre. Ale jeśli zdarzenia i ludzie, którzy w mojej opowieści wiążą się z losem Pierre'a, sprawią, że więcej uwagi poświęcę całej naszej paczce, to dlatego że pragnę być dokładnym. Usiłuję dosłownie odtworzyć wszystkie okoliczności towarzyszące tej historii, abyśmy mogli być obiektywni i by własna egzaltacja nie doprowadziła nas do uwierzenia w prawdy poszczególnych osób. Lękam się bowiem, że prostota tej opowieści wywodzi się w daleko większym stopniu z prostoty i niedoskonałości pamięci niźli z prostoty i logiki zdarzeń. Przeszłość wydaje mi się tak nieskomplikowana i jasna, teraźniejszość zaś jest tak złożona, niejasna i różnorodna, że już niczemu nie daję wiary. Nie mogę wam dlatego zagwarantować prawdy.
Opowieść zaczęła się, że tak powiem, ode mnie, w tym wszystkim pełniłem jedynie rolę obserwatora, mogę więc dokładnie i po kolei opowiedzieć wam tylko to, co widziałem. Prawdziwe zdarzenia ukryte są głęboko. W ludziach, którzy je tworzyli. I podobnie jak nie możemy już uczestniczyć w tych zdarzeniach, nie możemy również poprosić tych ludzi o wyjaśnienie. Bowiem niektórych z nich nie ma już wśród nas. Nie myślę, że umarli. Po prostu nie ma ich. Jesteśmy zmuszeni pisać historię dla siebie samych.
Nie istnieją źródła, które mogłyby nam wskazać, kim byli rodzice Pierre'a, przypuszczam jednak, że jego ojciec był górnikiem, jednym z tych, którzy wyemigrowali w okresie kryzysu lub też wcześniej, człowiekiem chwiejnym i słabym, który nigdy, zatem nawet i w zupełnie nowych warunkach, nie potrafił zerwać z przeszłością. Przez całe życie nie nauczył się języka kraju, w którym pracował, i dwujęzycznie szczebiotał z Francuzką, z którą się ożenił, wieśniaczką ze środkowej Francji, tak jak dwujęzycznie gaworzył z synem, którego żona urodziła mu na parterze domku w zadymionym typowym osiedlu robotniczym. Kiedy ojciec zginął - przysypany gdzieś w szybie kopalni lub zabity w wypadku drogowym - czy też zmarł na gruźlicę po długim pobycie w jakimś sanatorium górniczym, daleko od syna, żona postanowiła uciec z dusznego, czarnego odizolowanego miasta w pobliżu kopalni i powrócić do słonecznych winnic, do swoich stron rodzinnych. A może wcześniej zabiła ją nostalgia. Lub też dokonała tego bomba niemiecka czy amerykańska, ponieważ wszyscy bombardowali tamte okolice. I moiŻe synem zająl się jakiś Komitet Opieki nad Sierotami Wo,jennymi, niewątpliwie Komitet Międzynarodowy. Syn dwujęzycznie wytłumaczył, że ma lat czternaście, dwie pary butów, podał swoje imię. Do chwili jego pełnoletności Komitet Międzynarodowy wymienił obszerną korespondencję z licznymi sekcjami, korespondencję oznaczoną liczbą porządkową, kilka razy przenosił chłopca z sierocińca do sierocińca, gdzie zawsze od początku zaczynał swa edukację, i wreszcie oddał go jakiejś dalszej krewnej w Zagrzebiu, co znacznie podniosło jej autorytet w oczach sąsiadów.
W ten sposób, być może, doszło do tego, że Pierre w dwudziestym roku życia kalecząc chorwacki zdawał maturę i jednocześnie pracował jako mechanik samochodowy w jednym z warsztatów, gdzie zresztą mieszkał w wąskiej ponurej izdebce, bez przyjaciół.
To wszystko dowodzi, że wyobraźnia jest ograniczona i że porusza się po wyznaczonych torach. Niczego nie mozna wymyślić, wszystko już się zdarzyło - ale gdzie indziej i komu innemu. Dzieje Pierre'a były może zupełnie inne, chociaż te tak do niego pasują jak szyte na miarę ubranie. Niezwykle są, jeśli można tak powiedzieć, logiczne. Nie obawiajcie się jednak, aby fakt, iż prawdziwe dzieje Pierre'a były inne, mógł mieć wpływ na dalszy bieg wypadków czy na obiektywizm waszego sądu; już samo to, że na podstawie istniejących danych można interpretować jego historię na wiele różnych (choć tak wyświechtanych) sposobów, dowodzi, jak dalece jest nieistotna.
Jeżeli darujemy sobie tłumaczenie, domysły i wyobraźnię, pozostaną nam gołe fakty, których za każdą cenę nie chciałbym wypaczać. Pierre był wątłej budowy, cherlawy.
Miał śmiesznie małą głowę z ogromnymi uszami, nosił ogromne okulary. Zza grubych szkieł wodniście i nerwowo spoglądały przestraszone szarozielone oczy. Podobnie poruszał się: nerwowo i lękliwie, trzymając ręce przed sobą, jakby w każdej chwili spodziewał się napaści. Dłonie miał szczupłe, o długich palcach, ostrożne - dotykał przedmiotów, jakby były gorące. Ubierał się bardzo brzydko i niedbale, ale buty miał zawsze wypucowane do połysku, raucające się w oczy, co wyraźnie podkreślało jego kaczkowaty, niezręczny chód. Mówił z przerwami, powtarzając często, fragmenty zdania; najwięcej robił błędów w akcentach i przyimkach. Głoski "r" nigdy nie potrafił prawidłowo wymówić; jakże się więc męczył, kiedy chciał powiedzieć: Piehrrr.
Przy tym wszystkim był nieustannie uśmiechniety, pokpiwał z siebie dobrodusznie, razem z innymi, co więcej, przejaskrawiał swoje wady, by wywołać śmiech. Szyderstwo przyjmował jako komplement, dosadny żart jako szczególny zaszczyt. Wśród ogólnego śmiechu i on się śmiał, lękliwie zerkając wokół siebie, zaglądając w cudze twarze, jakby osłaniał się przed jakimś niewidzialnym niebezpieczeństwem lub może szukał jedynie potwierdzenia, że śmieją się do niego, a nie do kogoś innego, właśnie do niego, Pierre'a, który jest otoczony ludźmi, ich śmiechem, a więc - żyje. Wszystko, co mógł mieć wspólnego z tymi, którzy go otaczali, to szyderczy śmiech na wpół wzgardliwej akceptacji; Pierre znał wartość tego skarbu. Pragnął ojczyzny, pragnął gdzieś mieć swoje miejsce i chciał, by gdzieś traktowano go jak swego. Wiedział, że cena za to jest większa od wszystkich, jakie płacił do tej pory. I był gotów płacić. Tylko nie wiadomo właściwie, czym trzeba płacić i czy każda ofiara zostanie przyjęta. Może zresztą nikt nigdy i nigdzie nie mógł zapłacić takiej ceny. I może ustawiczna ofiarność cherlawego krótkowidza, mechanika samochodowego, była tylko cząstką ogólnej ceny.
Wszystko byłoby proste, gdyby miał przyjaciela. Ale nie miał. Nikt nie traktował go na tyle poważnie, by się z nim zaprzyjaźnić. Pragnął mieć przyjaciela bardziej niż cokolwiek na świecie. Usiłował go znaleźć i otoczony ogólnym szyderstwem chwytał się coraz to nowych i skuteczniejszych sposobów. Bardzo chętnie wszędzie go zapraszano, na spotkanie, na tańce, na wakacje, a może i nie zapraszano go, lecz wszędzie przychodził, ale siłą rzeczy zewsząd powracał sam. Do zimnej izdebki, gdzie zapamiętale uczył się po całych nocach, by uciec od myśli lub czegoś, co w jego śmiesznej głowie przypominało myśli.
Chciał mieć dziewczynę i szukał jej. Ale dziewczyny nie traktowały go poważnie i nie uważały za mężczyznę.
Zachowywały się przy nim zupełnie swobodnie, bezceremonialnie, jakby był kobietą. Nie wstydziły się go i nie liczyły na niego. Wracał od nich sam, ulicą Petrinjską do dworca, zaczepiając kobiety, którym potrzebne były pieniądze na bilet. Do prostytutek nie chodził z zasady.
Zwykł był siadywać do rana w barze "Adrija" lub restauracji dworcowej i kalecząc chorwacki rozmawiał z tymi prostytutkami, które nie znalazły klientów, zwierzając się im, zdobywając w zamian ich zaufanie. I znowu pełen obrzydzenia dla siebie wracał samotnie do zimnej izdebki, z butelką koniaku i wykrzywioną twarzą.
Dlatego Beba i ja byliśmy zaskoczeni i zdumieni, gdy ujrzeliśmy go na tarasie "Złotego Wybrzeża". Nie umiem dokładnie powiedzieć, czy to zaskoczenie było przyjemne, czy nie. W tym mieście nad morzem stanowiliśmy odizolowalny niezawisły świat; przestaliśmy rozumieć, co to jest przeszłość i przyszłość, obowiązki, ludzie, z jakimi jesteśmy związani. Kiedy niespodziewanie ujrzałem Pierre'a, poczułem się tak, jakby wszystko (miasto, ulice, beton, sadza, chorzy ludzie) nagle wtargnęło tutaj, do naszej ostatniej kryjówki. Czułem się jak Indianin, który bezsilnie patrzy, jak przez jego ostatnie łowiska prowadzą linię kolejową. Nie potrafię powiedzieć, co czuła Beba. Chichotała.
- Patrz, Pierre! - powiedziała do mnie w tańcu.
Pierre tańczył dość daleko od nas, w półmroku, w jednym z kątów osłoniętego dachem tarasu. Nie mogłem dojrzeć, z kim tańczy, ponieważ jego partnerka stale była zwrócona do nas plecami. I oto sądzę, że w tym miejscu mam okazję, by wyjaśnić, że i teraz, kiedy to piszę, czuję się winny, dręczą mnie wyrzuty sumienia, co zdarza mi się zawsze, ilekroć spotykam Pierre'a. Czuję się winny w imieniu nas wszystkich, a uświadomiłem to sobie już wówczas, na beztroskim tarasie, i to poczucie winy towarzyszy mi nieustannie aż po dziś dzień.
Zawsze byłem najbardziej zadziorny z całej naszej paczki, a w stosunku do niego zachowywałem się szczególnie nieprzyjemnie. Drażniło mnie jego komedianctwo, ciągły sztuczny uśmiech, uległe lizusostwo, drażniło mnie narzucanie się z przyjaźnią, której bynajmniej nie byłem spragniony. Tolerowałem go w towarzystwie i śmiałem się razem z innymi, ale zawsze odczuwałem wstręt połączony z pogardą i głębokim współczuciem, a jego poniżenie przeżywałem z głębokim wstydem jak swoje własne. Gdy spotykałem go, nie wiedziałem, o czym rozmawiać. Czasami niemal zdawało mi się, że jestem w większych tarapatach niż on. To mnie niezmiernie złościło, ponieważ czułem się czymś lepszym od niego. Czasami, kiedy zdarzało mi się być świadkiem jego niepowodzeń z kobietami, było mi go żal i lubiłem go wtedy na swój sposób. Ale ja miałem swoich przyjaciół i swoje troski. Przyjęcie jego przyjaźni oznaczało przyjęcie jego męki. (Brzemię, jakie już dźwigam, jest wystarczające.) I Beba, i ja znaliśmy Pierre'a od dawna.
Znalazłem pustą przestrzeń między głowami tańczących i machnąłem mu ręką. Jego grube okulary mętnie i wesoło rozbłysły z daleka.
Wróciliśmy do stolika zakomunikować nowinę. Za stołem siedział Ciuk, wstawiony jak zwykle, i właściciel motorówki, który miał nas odwieźć z powrotem do miasta, posępny, pijany i szyderczy jak zawsze. Zakochanym spojrzeniem obejmowała go pewna brzydka dziewczyna, która uczepiła się jego ramienia. Najwidoczniej szalenie jej imponowało, że chłopak w ogóle nie zwraca na nią uwagi. On naturalnie na nikogo nie zwracał uwagi. Sterował motorówką patrząc w dal, dokąd nigdy nie dopłynął, i pił zapatrzony w kieliszek.
- Pierre jest tutaj - oznajmiłem bez wstępu.
- Właśnie tu, na tarasie? - zapytał Ciuk bez ciekawości.
- Świat jest mały - odezwała się brzydka dziewczyna.
Wszyscy spojrzeliśmy na nią, jakby powiedziała coś brzydkiego. - Pvawda, że świat jest mały? Tak się mówi, no nie?
- Za mały - odparł sternik zaskoczony, że ona w ogóle jest jeszcze tutaj.
Ciuk ponuro bawił się okruszynami na stole i powiedział:
- Świetnie. Przynajmniej Beba nie będzie musiała cię pocieszać po twoim ostatnim romansie.
- Idiota - rzekłem gniewnie.
- Uspokój się - odezwała się Beba.
- Powiedz, Beba, zupełnie szczerze, czy ci się wyspowiadał?
- Idiota - powiedziała i usiadła.
- Bardzo cierpiał? Namęczyłaś się, żeby go pocieszyć?" - Zamknij dziób - powiedziała Beba. - Jesteś pijany.
- Już nie będę. Najważniejsze, że Pierre jest tutaj.
Teraz jestem szczęśliwy. Czuję, że już nic więcej nie potrzeba mi w życiu.
Pierre podszedł do naszego stolika, niezręczny i krótkowzroczny jak zawsze. Za nim stała dziewczyna, z którą tańczył.
- Czołem, chłopcy - rzekł Pierre, niepewnie i nerwowo przenosząc wzrok z twarzy na twarz, jakby w zwrócony w stronę dziewczyny za sobą. - Znacie Vehrę?
- Jakbyśmy mogli nie znać Very. , - rzekł Ciuk, nie podnosząc wzroku.
J a faktycznie znałem Verę. Ukłoniłem się jej wstając.
Była piękna jak zawsze. Może jeszcze piękniejsza. Szczupła dziewczyna o przepięknych nogach. Miała długie jasne włosy, zebrane w koński ogon, jasną, nieprawdopodobnie gładką skórę. Niebieską bluzkę i bardzo szeroką, kloszową, o ton ciemniejsza spódnicę. Nie znam wielu ulic, na których nie odwracałyby się za nią głowy jak za pociągnięciem sznurka. Jej usta i nos wykrzywiał zawsze grymas, jakby stale czuła jakiś nieprzyjemny zapach. Taki to już, powiedzmy sobie, grymas zawodowy. Wiecie, co myślę: Wiem, że wszyscy na mnie patrzą, ale mnie to nie obchodzi. Lub może jeszcze więcej: Jak macie odwagę pokazywać mi się na oczy, czyż nie widzicie, że jestem przeznaczona dla lepszych niż wy?
- Jakbyśmy mogli nie znać Very? - rzekł Ciuk do ulubionych okruszyn.
- Skąd się tu wziąłeś, Pierre? - zapytałem go.
- Z pociągu. Puf-puf-puf.
Potem rzucił się między stoliki, by znaleźć wolne krzesło dla Very i dla siebie. W tym czasie Vera stała jak posąg przy naszym stoliku, na którym najwyraźniej coś śmierdziało. Była czymś na kształt obrażonej damy. Pierre zakłopotany ustawiał da niej krzesło, niezmiernie zatroskany, by ją wygodnie usadowić.
- Czemu nie poszukasz jakiejś poduszki? - spytał sternik.
Vera uśmiechnęła się po raz pierwszy, dopiero gdy Pierre usiadł. Uśmiechnęła się do Pierre'a.
- Piękny taras - powiedział, odpłacając uśmiechem.
- Tak - rzekła Vera heroicznie.
Widoczne było, że jest zakłopotana (w stylu obrażonej piękności) i niezadowolona, że wszyscy widzimy ją z Pierre'em, tak jak widoczna była radość Pierre'a, że "wszyscy widzimy go z Verą. Ale oczywiście nie tylko jemu było przyjemnie i nie tylko ona czuła się niezręcznie; wszystko to zrozumiałe.
Zauważyłem, że Pierre się zmienił: był pogodny, jakby wypełniony głębokim wewnętrznym szczęściem. Wciąż jeszcze był komediantem, który zabawia towarzystwo własną osobą, ale jego komedianctwo stało się jakieś bardziej szczere, wolne od goryczy, od straszliwegoi wpatrywania się w obce twarze, od oglądania się, gdzie tu czmychnąć. Wyglądał jak szczęśliwie zakochany człowiek. Jak biedak, który nagle znalazł się przed niespodziewanym bogactwem i nie wie, od czego zacząć.
Podobnie nie było dla mnie jasne, co się stało z Verą.
Wyglądała jak nieszczęśliwie zakochana dziewczyna. Zmuszała się do wesołości i śmiała się kokieteryjnie jak zawsze, tylko że teraz do Pierre'a (nie do mnie), ale sztucznie, może nawet trochę niepewnie, patrząc na nasze twarze, jakby chciała z nich wyczytać, co o tym wszystkim myślimy. Popatrzyłem na Ciuka. Badał barwę wina, oglądając je pod światło. to nic, powiedziałem sobie, to nic.
Ona zapomniała, że w ogóle nie myślimy.
Ale reakcja Beby napawała mnie troską. Najpierw przez pewien czas ciekawie i z podziwem oceniała urodę Very, szepcząc do mnie.
- Ale sztuka! Widziałeś te nogi? To podnieca męską część mego charakteru. Musi być głupia jak but.
- Nie - powiedziałem - jest tylko zbyt ładna.
- Bóg wie, co ona w nim widzi? Zdaje mi się, że się kłócą. Czy nie? Spójrz na Pierre'a. Puszy się, jakby Pana Boga złapał za nogi. Czy to nie ta Vera, z którą kiedyś chodziłeś? Na studiach, pamiętam, trzymałeś to w tajemnicy, jakby ci było wstyd albo co.
- Nie było mi wstyd - roześmiałem się.
- Wiem. Zawsze miałeś bzika na punkcie głupich bab.
Słabość do głupoty to twoja grupa krwi. I ja ci się kiedyś podobałam, dawniej, bo myślałeś, że jestem gęś.
- Kto powiedział, że w dalszym ciągu mi się nie podobasz?
- Ale co ta dziewczyna w nim widzi? Co jej strzeliło do głowy? Podejrzewam nawet, że to nie zabawa, ale coś poważnego.
I od tej chwili Beba zaczęła obserwować Pierre'a.
Obserwowała go przez kilka dni, tak jak to tylko Beba potrafi, niczym jastrząb ofiarę, zanim spadnie z góry jak błyskawica. Obserwowała go aż do tego dnia, kiedy późnym popołudniem wyszliśmy na spacer we czworo i kiedy tak się złożyło, że Beba i Pierre poszli dalej ścieżką nad morzem, osłonięci szumem sosen, niemal przytuleni, a Vera i ja wstąpiliśmy do "Złotego Wybrzeża" i usiedliśmy na wysokich stołkach przy barze, wypiliśmy podwójne koniaki, sentymentalnie podziwiając własną urodę w lustrze między butelkami.
Tarapaty zaczęły się przy drugim podwójnym koniaku, kiedy zapalono blade lampy w restauracji. Z tarasu dochodziła muzyka i brzęk nakryć do kolacji. Wylałem troche koniaku na blat i uparcie rysowałem palcem smutne mokre figury na gładkiej powierzchni z plastyku.
- Napijmy się - rzekła Vera.
- Dobra - odpowiedziałem. - Już i tak wypiliśmy co nieco.
- Jutro jadę do Zagrzebia.
Spojrzałem na nią uważnie, a potem narysowałem na blacie jakąś twarz.
- Dopiero co przyjechałaś.
Miałem wrażenie, że się rozpłacze, ale przypomniałem so bie wtedy, że Vera nigdy nie płacze.
- Chcesz, trochę ci podokuczam? - zaproponowałem. - Alte Liebe * i te rzeczy.
Roześmiała się, jak przystoi prawdziwej piękności.
- Na razie mam dosyć na jakiś czas. Robię sobie urlop.
* stara miłość (niem.)
Zamówiłem dwa podwójne koniaki, żeby pocieszyć tych, którym pociecha potrzebna. Kiedy wypiliśmy, byłem zupełnie zalany.
- Chcesz, zdradzę ci pewną tajemnicę - rzekła Vera.
- W imię starej miłości będę milczał jak grób. Przysięgam, że do śmierci będę milczeć jak ryba. Jestem zresztą rybim królem.
Vera uważnie wysłuchała mnie do końca i słuchałaby mnie jeszcze, a ja bym dalej ciągnął ten pijacki bełkot, gdybym nie spostrzegł, że nazbyt uważnie mnie słucha.
- Będę miała dziecko - powiedziała po chwili.
- Hm... - mruknąłem i palcem narysowałem rybę.
I mnie, rybiego króla, powoli spowiła sutanna spowiednika, by nikt mnie nie mógł poznać. Przyjąłem na siebie obowiązek spowiadania innych, królowania incognito" w swoim biednym spustoszonym królestwie.
- Z Pierre'em? - zapytałem głucho.
- Tak - powiedziała Vera. - Jestem w drugim miesiacu.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytałem.
- Nic. Będę miała dziecko. Urodzę tłuste dziecko.
- To znaczy, że ty poważnie ?
- Co poważnie?
- No, z Pierre'em. Myślałem, że to niemożliwe.
- To nic poważnego, jeżeli chcesz przez to powiedzieć, że mam zamiar wyjść za niego. Nie wyjdę za mąż.
- Teraz czy w ogóle?
- W ogóle. Nie kocham go. To nie ma sensu i nie wyjdę za mąż. Ale myślę jednak, że będę musiała zrobić skrobankę. Chociaż chciałabym mieć tłuściutkie dziecko, o czym już mówiłam i czego ty życzliwie wysłuchałeś. Może się zdecyduję.
- Dobrze, że wszystko zależy od ciebie.
- Nie zależy. Ale dobrze by było..
- Co ci w ogóle odbiło z tym Pierre'em ?
- Nie wiem. Samo się to jakoś stało. Był taki biedny i wszyscy z niego kpili. Strasznie się mnie bał. Wiesz, jak się bał? Tak że w ogóle nie odważył się ze mną rozmawiać, przedtem. To mi się podobało, a poza tym kochał mnie. Jakoś inaczej, przynajmniej na początku. Potem widzisz, że nic nie dzieje się inaczej. Zresztą nie wiem.
Próbowałam go pokochać, bo nikt go nie kocha, a wiedziałam, że on mnie kocha, chciałam postępować jak wszystkie dziewczyny, a jednocześnie chciałam go nauczyć, by odróżniał mnie od innych. Najpierw bał się, a potem chciał, żebym mu matkowała. W ogóle mnie nie odróżniał. Musiałam go ciągle pocieszać. To było przyjemne.
Potem przestało być przyjemne. Stale płakał. Mścił się na mnie w ten sposób. Płakał pewnie dlatego, że ja nigdy nie płaczę. W towarzystwie stawiał mnie w nieprzyjemnej sytuacji, nawet chciał, żebym uczestniczyła w jego wygłupach. Abym żartowała sama z siebie. Chmurzył się i złościł, gdy z kimkolwiek rozmawiałam. Przestaliśmy bywać w towarzystwie. Obrażał się, kiedy mówiłam mu, że jest tylko wielką małpą, komediantem, niedorozwiniętym dzieckiem, i kiedy kazałam mu sobie szukać niańki, a nie dziewczyny. Potem przyjechaliśmy tutaj. I to już koniec.
- On wie?
- Nie. Nie mówiłam mu. Jemu takiej rzeczy nie można powiedzieć. Szalałby i byłby nieszczęśliwy. Nie mógłby spać ze zmartwienia, co się stanie. Krzyczałby na mnie.
Jakbym to ja była wszystkiemu winna.
- Może jednak należałoby mu powiedzieć.
- A dlaczego? Co on ma do dziecka? To moje dziecko.
Przez przypadek on mi je zrobił. To się stało przez moją nieostrożność, nie jego. On i tak nie mógłby na nic uważać. Dlaczego mam mu powiedzieć? Teraz i tak już po wszystkim.
- Czy i jemu przeszło?
- Bo ja wiem? Nie obchodzi mnie to. Nic nie mówi, jakby wszystko było w porządku, ale oboje wiemy, że nic nie jest w porządku. Widzę, że się kręci koło Beby, ale nie mówił mi o niej ani słówka. Jakby jej nie było. Jakby wszystko było o.k. Zdaje się, nie byłam dla niego dość dobrą matką. Szuka lepszej mamy, żeby się wypłakiwać na jej łonie, skarżyć się, że mu dokucza samotność, że nikt go nie kocha i wszyscy się z niego wyśmiewają...
I dobrze, że się z niego wyśmiewają, dobrze, że go nie lubią. Należałoby go zabić. Tego zwyrodnialca.
- Może tylko nie rozumie. Może spadło to na niego za wcześnie - powiedziałem bez przekonania do, kobiety siedzącej obok mnie.
- Zrozumiał wszystko, co potrafi. Do niczego więcej nie jest zdolny. On nie może nikogo kochać. Za długo był sam. On by się po prostu skończył, gdyby kogoś pokochał.
Czuje tylko potrzebę kochania kogoś. Jeśli się mu to odbierze, odbierze się wszystko. Jego całego. Co by go wtedy mogło usprawiedliwiać? Myślę, co by go mogło usprawiedliwiać przed nim samym. Jak by sam sobie wytłumaczył swoje komedianctwo, błazenadę, swój strach, okrucieństwo, swój egoizm? No powiedz mi, mądralo. Łatwo być miłosiernym na cudzy rachunek. Łatwo rozumieć z daleka i powiedzieć: On jest niewinny, biedny chłopak.
Guzik mnie obchodzi, winien czy nie. Wobec mnie winien. Tak jak ja winna jestem wobec siebie. Wszyscy są winni, rozumiesz?
Vera wypiła koniak do dna i stuknęla kieliszkiem o bufet
- Jeszcze dwa - powiedziała z wściekłością w głosie - bo wszyscy są winni.
Barmanka spojrzała na nas podejrzliwie.
- On jest wszystkiemu winien - powiedziała do niej Vera, wskazując na mnie. A ja poczułem się tak, jakby miała rację.
Odprowadziłem Verę do hotelu, gdzie dowiedzieliśmy się, że Pierre jeszcze nie wrócił. Tak było również następnej nocy i powtarzało się to codziennie. Vera stawała się coraz bardziej nieszczęśliwa, a ja czułem się coraz bardziej winny. Unikałem ich towarzystwa, odbywali więc spacery we troje: Vera, Beba i Pierre. Próbowałem porozmawiać z Bebą, ale nie chciała mnie słuchać. Była zła i zdenerwowana. Vera nieustannie mówiła o wyjeździe, ale me wyjeżdżała. Często odprowadzałem ją do hotelu, gdzie pytaliśmy o Pierre'a i gdzie płakała na schodach wchodząc, samotna i piękna, do swojego pokoju. Pocieszałem ją, jak mogłem, ale nie byłem w stanie złagodzić jej obrażonej dumy i zmniejszyć bólu. Pragnęła teraz (może), bym ją kochał (teraz) i bym jej to, okazywał, ale ja nie mogłem. Czułem się zbyt już winny i nie chciałem obarczać się jeszcze grzechem litości. Pocieszałem ją na klatce schodowej, pod okiem zaspanego portiera nocnego, który mrugał do mnie za jej plecami. Wracałem do domu myśląc o nich wszystkich, a zwłaszcza o Bebie, która była dla mnie jak siostra.
Pewnego razu przyszedłem do domu, otworzyłem drzwi i nagle poczułem, że jestem strasznie zmęczony. Widziałem przed sobą schody i wiedziałem, że nie będę miał siły po nich wejść. Morze mnie wykończyło, pomyślałem pocieszając się. Ciuk popatrzył na mnie ze szczytu schodów i zrozumiał.
- Chcesz wina? - spytał, pokazując butelkę.
- Aha - powiedziałem i usiadłem na progu.
Ciuk przyniósł butelkę i kieliszki i usiadł koło mnie.
Piliśmy chłodne wino, które pieniło się w kieliszkach.
Siedzieliśmy na progu patrząc w mrok długiej wąskiej ulicy. Jakiś kot chyłkiem przemknął przed naszymi nogami.
- Beby jeszcze nie ma? - zapytałem.
- Nie ma - rzekł Ciuk po chwili z ledwo dostrzegalnym odcieniem niezadowolenia, może gniewu, w głosie.
Spojrzałem na jego żarzący się papieros. W ciszy słyszeliśmy dzwon.
- Musimy ratować Bebę - powiedział nagle ochrypłym głosem.
Otworzyłem usta, by natychmiast odpowiedzieć, zakpić, zażartować (jak zawsze), ale się powstrzymałem. Czułem, że Ciuk jest zakłopotany, bo nie wie, jak powiedzieć to, co pragnie. Byłem zakłopotany z powodu jego zakłopotania.
- Widzisz, od dawna już znamy Bebę, obydwaj - powiedział. - To się jej dotąd nie zdarzyło. MyśIę, że zrobi błąd. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek popełniła błąd nie w wiadomym sensie, ty już wiesz, co przez to roztlrniem. Ale teraz popełni błąd.
- "Kto pracuje, ten grzeszy", rzekł kogut i zeskoczył z kaczki - powiedziałem do swego na wpół opróżnionego kieliszka. Do chłodnego nieomylnego pocieszyciela.
- Tak - rzekł Ciuk.
- Czekaj, nie bądź dzieckiem - powiedziałem. - Czego się zaraz złościsz?
- Już jestem spokojny - odparł Ciuk. Rzucił peta na drugą stronę ulicy. Pet zatoczył wytworny łuk i upadł jak świetlik naprzeciwko nas. - Rzecz w tym, że musimy jej pilnować. Po prostu musimy. Od tego wszystko zależy.
Od tego zależymy i ja, i ty.
- Zacznij od początku - powiedziałem.
- Nie ma początku. Jest tylko środek. Chodzi jedynie o nas. Bądź przez chwilę poważny i powiedz: czym będziemy bez Beby?
- My?
- Czym jesteśmy bez kogokolwiek z nas? Czym jesteśmy bez ciebie i czym, mam nadzieję, beze mnie? Skorupami, pustymi łuskami, ruiną pewnej idei. Naturalnie nikt tej idei nie wymyślił, nie sformułował, ale ona istnieje. Czy istnieje? Długo nie byłem tego świadomy, ale istniała. Teraz wiesz, że ona istnieje i zobowiązuje. Ty odczułeś jej jarzmo, podobnie jak wszyscy odczuliśmy jej strony dodatnie. Teraz jesteś świadomy, że ona istnieje. Ale Beba nie, tak myśIę. Ona jest kobietą. Jest wśród nas, jest jej przyjemnie, że jest wśród nas, ale nie wie, co znaczy być wśród nas. Nie wie, jak bardzo jest uprzywilejowana. Nie wie, że dzięki niej my też jesteśmy uprzywilejowani.
- Wybacz jej, Panie - powiedziałem.
- Może to lepiej, że nie wie. Prościej. Ale musimy ją uchronić, nie ze względu na nią, powtarzam, nie ze względu na nią, ale na nas. Ty nie mogłeś uciec ani ona nie może uciec, bo nikt tego nie może. Nie ma dokąd. Można tylko wyłączyć. Możemy się rozpaść. Rozpadniemy się, jeżeli zaczniemy się wyłączać, jedno po drugim. Nie tylko idea zniknie, nie tylko nasza paczka, znikniemy i my. Ty znikniesz jak bańka mydlana.
- Myślałem, że mnie już nie ma - powiedziałem.
- I nie ma cię. Masz zupełną rację. Nie ma cię. Jesteś nadmuchanym materacem gumowym. Mnie też nie ma.
Nawet Beby nie ma, jeśli właściwie podejść do sprawy.
Co my w ogóle o niej wiemy? Ale my jesteśmy tutaj, istniejemy zachowani w nas samych. I ty, i ja, i Beba, i inni. Dyktujemy, co każde z nas ma robić. Ponieważ inaczej nie można. Nie można istnieć. Ona jest tego najmniej świadoma i dlatego w niej najwyraźniej można dostrzec początki zdrady. Ona, która była duszą naszej paczki, będzie pierwszą, która nas opuści w imię czegoś, co nie istnieje.
- Każdy z nas jest po trosze zdrajcą - powiedziałem poważnie.
- Oczywiście. Zdrada jest zawarta w naszym kredo.
Jesteśmy razem właśnie dlatego, że wszyscy jesteśmy po trosze zdrajcami. Ale zdradzić tę zdradę, to znaczy stać się prawdziwym zdrajcą. Być prawdziwie wiernym, rzeczywiście zależnym, to zdrada. To znaczy ujawnić swoją słabość.
- Wiem - powiedziałem.
- Ty wiesz. Nauczyłeś się tego i karmisz się doświadczeniem. Dlatego z tobą rozmawiam, bo myślę, że możesz mnie zrozumieć. Bo i tobie przyszło do głowy, że musimy ratować Bebę.
- Niedobrze mi - powiedziałem.
- Po winie? - zapytal Ciuk, jakby mu ulżyło, że zmienia się temat rozmowy.
- Nie. - powiedziałem - nie po winie.
Siedzieliśmy patrząc w mrok, my, głosiciele naszej idei.
Z brzemieniem odpowiedzialności na plecach. W chłodnym nocnym powietrzu, przesiąkniętym zapachem mokrych sieci, które rybacy gdzieś na niewidzialnym molo przerzucali ze statku na brzeg. Siedzieliśmy odczuwając mdłości z potrzeby okrucieństwa. Byliśmy niczym tyrani, którzy wysyłają na śmierć wiernych poddanych, aby zachować sens tyranii, sens poddaństwa, sens dalszego życia. Strzegliśmy jałowego stepu, w którym mogliśmy żyć jedynie niszcząc kiełki roślin. Roślin, tak, żywych roślin. My sami, martwi i jałowi, dwie nocne jałowo-mądre sowy. Walczyliśmy, aby utrzymać się w swym nieużytecznym żywocie.
Usłyszeliśmy kroki na ulicy. Jakiś człowiek z ościeniem w ręku przeszedł powoli koło, nas mamrocząc coś jakby pozdrowienie.
- Jeszcze jej nie ma - rzekł Ciuk.
- Przyjdzie - odezwałem się przekonany, że Beba wróci, że nie może być inaczej. Miałem nadzieję, że niepotrzebna jest żadna interwencja, że to życie, na którym nam tak zależy, toczy się samo.
- Każdy z nas jest po trosze zdrajcą - stwierdził Ciuk, jakbyśmy w ogóle nie przerywali rozmowy - dlatego że każdy z nas ma ambicję. Jakąś ambicję, która jest naszą zgubą. Ale wiemy, że zaspokojenie tej ambicji jest niemożliwe, i ukrywamy ją. postępujemy tak, jakby nic nas mie obchodziło. Doceniamy wagę tego, że istniejemy tacy, jacy jesteśmy. Już dawno znaleźliśmy pociechę i wciąż szukamy jej od nowa. Unikamy myślenia o tym. L to jest dobre. Unikamy rozmów na ten temat, i to jest słuszne.
Unikamy ambicji, i to jest najlepsze ze wszystkiego - zakończył.
Jakby chciał powiedzieć: Ponieważ tylko ten, kto znalazł szczęście w klęsce, wiedząc, że nie ma dla niego ratunku, godzien jest być człowiekiem.- Próbowałeś uciec - ciągnął. - Nie dlatego że chciałeś, bo nie jesteś już w stanie chcieć czegokolwiek, zbyt często unikałeś decyzji, zbyt dobrze znasz niebezpieczeństwo, więc nie dlatego że chciałeś, lecz dlatego że musiałeś. Nie próbowałeś głową przebić muru. Nie chciałeś stać się przykładem, na który sam musiałbyś się powoływać, by siebie samego przekonać, jaki to byłeś wspaniały. Ale Beba nic nie wie. Jest w szponach niebezpieczeństwa, którego w ogóle nie dostrzega. Jest zdolna zaprzepaścić i siebie, i nas. Ponieważ ma ambicję.
- Zawsze była ambitną dziewczyną - zauważyłem.
- Tego się właśnie obawiam. Bo teraz ma największą ambicję. Chciałaby żyć mocno czy coś w tym rodzaju.
Usamodzielnić się. Odseparować od nas. Chciałaby, aby ktoś ją kochał. Ją, a nie jej złote pukle w stylu Kim Novak. Chciała by kochać, można by rzec, do szaleństwa.
Chciałaby mieć coś, czego nie ma nikt, co jest tylko jej, jedynie jej, chciałaby być z siebie dumna. Chciałaby mieć pewne obowiązki, które dadzą jej specjalne przywileje.
Nie te obowiązki, jakie my jej narzucamy, nie te przywileje, jakie otrzymuje od innych.
- Współczuję jej - wtrąciłem.
- Współczujesz, ejże? - rzekł Ciuk drwiąco. - A czego jej będzie brak, jeśli pozostanie taka, jaka była? Czy zaraz potrzebny jest dramat? Czy i ona musi być jak my... obciążona?
- Co my o tym wiemy? Może już jest.
- Jeśli tak, to dobrze. Nie ma niebezpieczeństwa. Do końca spełni swój obowiązek. Mam na myśli obowiązek pełnienia roli naszej dziewczyny. Niech będzie ogniskiem idei, uosobieniem tego, w co zawsze będziemy wierzyć, w czym zawsze będziemy mogli znaleźć oparcie, gdy ogarnie nas zmęczenie. Z czego będziemy zawsze czerpiać norwą wiarę w naszą wspólnotę, w potrzebę jej utrzymania, dzięki czemu zawsze na nowo będziemy mogli się utwierdzać w przekonaniu, że to jest jedyny możliwy sposób życia.
- Jednym słowem, niech nie istnieje.
- Lepiej dla niej, żeby nie istniała. Ale nie mówię tego ze względu na nią, ona mnie nie obchodzi. Wiesz o tym.
- Wiem - odrzekłem, ale nie wiedziałem.
- Musimy jej strzec jak domowego sanktuarium, w niej zachowujemy siebie. Zachowujemy świat, jaki zdołaliśmy strworzyć, nie wiem w jakiej mierze, świat bez nieszczęścia i szczęścia. w którym nieszczęście i szczęście są tym samym. Świat papierowy jak domek z kart, ale jedyny możliwy.
- Beba wróci - odezwałem się, nagle przekonany, że wróci. Nagle pewny, że nie trzeba się martwić. Wszyscy wracają. I Beba wróci. Misjonarze są niepotrzebni. I wtedy powiedziałem ze śmiesznym dostojeństwem w głosie:
- Niczego nie stworzyliśmy, Ciuk. A Beba wróci.
Wiedziałem, że inni troszczą się o nas. Myślałem trochę o tamtych dwojgu i wiedziałem, że inni się o nas troszczą tak, że nie musimy nic robić. I poczułem ulgę. Odetchnąłem, zrozumiałem bowiem, że nie jestem tyranem i nie muszę nim być. Że inni pracują dla mnie tak samo jak przeciw mnie. I że to za i przeciw znaczy to samo, jak zresztą wszystko w tym papierowym świecie, ktćrego, nie wiem dlaczego, w ogóle nie stworzyliśmy. Nie stworzyliśmy go my, lecz inni tyralni, którzy są z nami i przeciw nam, z Bebą i przeciwko Bebie, z biednym Ciukiem, kapłamem naszej świętej wspólnoty, i przeciwko biednemu Ciukowi, członkowi tej naszej wspólnoty.
- Beba wróci - rzekłem do Ciuka z ogromną ulgą w głosie.
- Wiem - odparł Ciuk. - Nagadałem masę głupstw.
Ulżyło nam i teraz stary smutek, którego było dosyć i bez tego wszystkiego, zwalił się na nas jak wielki cień ulicy, więc siedzieliśmy pogrążeni w milczeniu, bez celu wpatrując się w mrok.
- Byłoby dobrze, gdybyśmy znaleźli trzeciego do preferansa - odezwałem się znużony.
Graliśmy w karty i piliśmy, łowiliśmy ryby, tańczyliśmy na tarasie, obserwowaliśmy, jak zmieniają się wiatry nad morzem i bonace zastępują południowy Jugo, jak nadciąga coraz więcej błękitnych ryb, jak dojrzewają figi i jak w małych austeriach pojawia się młode mętne wino.
Beba, Vera i Pierre odbywali długie spacery we troje, rozmawiali do późna w noc, upijali się, stworzyli własny, mały nieszczęsny światek trojga ludzi, którzy byli sobie nawzajem potrzebni jak dziura w moście. Vera miewała rano czerwone oczy z niewyspania i płaczu, Pierre robił się coraz bardziej nerwowy, coraz bardziej posępny, unikał nas, gdyśmy go nagabywali, a domagał się naszego współczucia i naszego zaufania, gdy nie mógł już dłużej wytrzymać. Pewnego razu doszło, do bójki pomiędzy nim i Ciukiem, a potem Pierre i ja przez całą noc spacerowaliśmy nad morzem - dął zimny przenikliwy wiatr - aby mógł mi się zwierzyć: jak mu strasznie żal, że pokłócił się z Ciukiem, ale nie mógł inaczej, bo wszyscy są przeciwko niemu, i to wtedy kiedy mu są najbardziej potrzebni, że nikt go nie ceni i nie lubi, bo jest cudzoziemcem, nie skończył studiów, nie zna dobrze haszego języka; chciał mi powiedzieć, że zawsze był samotny i że jestem jego jedynym przyjacielem (co było kłamstwem), że tylko ja go rozumiem (kłamstwo), i niemal rozpłakał się wyznając mi, że on właściwie kocha Bebę, a nie Verę, i nie wie, w jaki sposób pozbyć się Very, która go prześladuje i męczy swoją zazdrością (co było najohydniejszym kłamstwem), i że Ciuk jest po stronie Very i nienawidzi jego, Pierre'a, który jest w ciągłych tarapatach i nie ma nawet doŚć pieniędzy na to, by pozostać w tym mieście i stawiać trunki obydwu kobietom, i zapytał, czy mógłbym pożyczyć mu trochę pieniędzy, wstawić się za nim do Beby i namówić Verę, żeby czym prędzej wyjechała. Jasne, że żadnej z tych rzeczy nie zrobiłem, ponieważ miałem wszystkiego dosyć, i poszedłem spać zostawiając go obrażonego na plaży, gdzie niemal rwał włosy z głowy w rozpaczy nad samym sobą.
Beba też stawała się coraz bardziej nerwowa i niecierpliwa. Rano wstawała zła, jak człowiek, kt6ry porządnie się nie wyspał, nie odpowiadała na nasze pytania, nie robiła nam herbaty z rumem jak dawniej, lecz wychodziła na spotkanie z Pierre'em i Verą i znikała na cały dzień, dopiero późną nocą wchodziła na palcach, by nas nie obudzić i by uniknąć naszych pytań i spojrzeń. Niekiedy widywaliśmy ją na plaży czy w jakimś lokalu lub wieczorem na dansingu, lecz zawsze w towarzystwie Very i Pierre'a;
Stale o czymś rozprawiali, dyskutowali wymachując ręka. prawie zawsze poważni. Vera z czerwonymi oczyma, Pierre zmieszany i zdenerwowa!ny, Beba zła i opryskliwa.
W końcu pewnego dnia Vera wyjechała; Odprowadziłem ją aż do przedziału; m6wiliśmy o dziecku i jej rodzicach, którzy zemdleją, gdy o tym usłyszą, ponieważ na skrobankę było już za późno. Kiedy pociąg ruszył, oboje odetchnęliśmy. Vera stała W oknie machając mi, jakby żegnała się ze mną na zawsze. Ale żegnała się nie ze mną.
Ja po prostu stałem na peronie.
Vera opuściła miasto, ale pOczucie winy pozostało.
W dalszym ciągu wszyscy wstydziliśmy się czegoś i dalej bez celu graliśmy w karty i piliśmy czekając, że cos się stanie. Ale oczywiście nic się nie działo. Beba dalej była zła i nerwowa, Pierre w dalszym ciągu usiłował ją rozweselić, kręcił się koło niej, ale widać było, że to gesty desperata, który usiłuje ocalić żałosne resztki. Było mi żal Beby, że męczy tak siebie samą, ale nie mogłem jej pomóc. Nikt nie mógł nic uczynić w tym wypadku (Inni tyrani porządkowali świat). Było mi żal Beby zwłaszcza wtedy, kiedy razem odprowadzaliśmy Pierre'a, który wreszcie musiał wrócić do Zagrzebia.
Ciuk i ja staliśmy obok Beby jak dwa anioły stróże, w milczeniu złośliwie wpatrywaliśmy się w zmieszanego Pierre'a, który stał rozczochrany w oknie pociągu. Szczerzyliśmy zęby w uśmiechu, radzi z cudzego nieszczęścia, świadomi znowu jak dawniej swojego zwycięstwa i swojej wyższości. Nasze twarze mówiły, że wszystko jest jak przedtem, że nic się nie zmieniło i że szala wagi powróciła do normalnego położenia po chwilowych zakłóceniach spowodowanych naszą nieuwagą. Pierre, cudzoziemiec i błazen, stał w oknie wagonu (wozu cyrkowego), który wiózł go na właŚCiwe miejsce. A my, jedyni prawdziwi ludzie, jedyni bliscy sobie w naszym papierowym świecie, staliśmy na peronie, na który przyjedzie jeszcze wiele pociągów i z którego wiele pociągów odjedzie. Beba zagryzała wargi w obawie, byśmy jej nie robili wyrzutów.
Wciąż jeszcze nie wiedziała, że nie mamy za co jej winić, ponieważ nasz świat jest światem, w którym nie istnieje nagroda i kara.
Zakłopotana twarz Pierre'a wychylała się z okna odjeżdżającego pociągu, ale ani jedna ręka nie uniosła się w geście pożegnania. Była już p6źna jesień i zdawało się, że tylko Pierre odjeżdża tym pociągiem. Nikogo nie było na peronie prócz nas i zawiadowcy stacji. Zawiadowca wszedł do kancelarii trzasnąwszy drzwiami i pozostaliśmy tylko my, my troje, nagle znowu szczęśliwi, weseli, żądni przygód.
- No co, może pójdziemy się czegoś napić? - zapytał Ciuk zacierając ręce, jakby zawarł wyjątkowo korzystną transakcję.
Ruszyliśmy ochoczo. Odwr6ciłem się, by raz jeszcze objąć spojrzeniem pusty peron.
- Nie lubiłeś go - rzekła Beba, nie wiedząc, na co patrzę.
Tego wieczoru zacząl padać deszcz, pierwszy z długich jesiennych deszczy, które jeszcze tyle razy będą powtarzać się w naszym życiu. Znowu siedzieliśmy pijani w "Złotym Wybrzeżu", wśród ostatnich gości, którzy byli nam obojętni i obcy, podobnie jak my im. Lato przeradzało się w jesień jak co roku. Piliśmy obojętnie pośród obojętnych tubylców, utwierdzając w nich poczucie stałej samotności.
Beba zaczynała już być pijana. Zauważyłem, że nie zwraca uwagi, ile pije. Wychylała kieliszek za kieliszkiem typową pijacką metodą do dna i chwilami śmiała się histerycznie. Inni też widzieli, że z Bebą coś jest nie w porządku.
Powiedziałem jej, żeby wyszła trochę na taras.
Odwróciła się do mnie raptownie w pasji, czerwona, brzydka i rozczochrana, i z desperacją oświadczyła: - Co ty myślisz, że jestem pijana? Że jestem pijana, tak? No to co? Przeszkadza ci? A może cię kompromituję? Odwal się i zajmij się sobą.
Rozejrzałem się niepewnie po sali. Ludzie po pijacku i trochę podejrzliwie podśmiewali się z nas. Delikatnieu jąłem Bebę za łokieć i odezwałem się cicho:
- Ty gąsko, jesteś w sztok zalana. Chodź, odprowadzę cię.
- Odwal się! - wrzasnęła Beba i odsuwając się odemnie pociągnęła obrus. Jeden kieliszek się przewrócił i wilgotna plama przecięła biel obrusa. Beba trzymała w dłoni swój napełniony do połowy kieliszek. - Co ci się stało? Stale mi depczesz po piętach. W ojczulka się bawisz, co?
Milczałem i patrzyłem. Ona uspokoiła się, wysączyła kieliszek do dna i chłodno, zdecydowanie powiedziala jeszcze raz: "Odwal się." Potem zaśmiała się histerycznie, a jednak łagodnie i jakby z zażenowaniem, i dodała patrząc mi prosto w oczy:
- Nalej mi, bądź równy facet.
Nalałem, a ona z kieliszkiem w ręku poszła za mną na osłonięty dachem bezwietrzny taras, otoczony szumem deszczu, gdzie stanęła oparta o białą kamienną balustradę, z pochyloną głową i zamkniętymi oczyma, jakby spała.
Kieliszek wypadł jej z rąk i poleciał na kamień gdzieś w dole u mrocznego podnóża tarasu, rozpryskując się z trzaskiem jak żarówka. Ale Beba nie spała, ona płakała.
Płakała bezgłośnie, wstrząsana tłumionym szlochem, oparta o balustradę, zwrócona ku ciemnej masie morza, chmur i deszczu, kryjąc się przede mną, a potem zapłakała głośno, nie powstrzymując łez, zanosząc się od płaczu.
Oparła się o moje ramię. Przytuliłem ją, czując, że jej łzy zwilżają mi koszulę.
- Jestem pijana, widzisz, jaka jestem pijana - szlochała na moim ramieniu. - Prawda, że to okropne? To okropne patrzeć na tak pijaną kobietę.
Nie mogłem się śmiać. Wpatrywała się w zasłonę deszczu i poruszające się w dali niewyraźne światełko, może jakiegoś statku.
- Chciałam się upić, chciałam się upić jak nigdy.
Wiesz... wiesz... żeby wszystko diabli wzięli - powiedziała znowu z tym pijackim smutkiem, który tak dobrze był nam znany.
Milczałem.
- Mam wyrzuty sumienia - stwierdziła lakonicznie..
- Dlaczego? - zapytałem i nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Takie słowa po prostu nie pasowały do niej. To, nie był jej styl. Nie był to język starej spryciary, co to nagle stała się jak święta z obrazka.
- Nigdy nie masz wyrzutów sumienia? A jak się w coś wplączesz i narozrabiasz? Jak się wepchniesz, gdzie cię nie chcą, a potem musisz się wstydzić, bo narozrabiałeś na całego? Bo sprawiłeś, że inni cię nie lubią... bo wiesz, że jesteś samolubne bydlę?
Poklepałem ją lekko po plecach, jakbym uspokajał konia. Beba odsunęła się ode mnie, wpadła w trans; zapłakana i rozgorączkowana patrzyła w mrok, pełna poczucia tej samej winy, którą moglibyśmy przypisać sobie, gdyby nam to było potrzebne.
- A najgorsze, że to mi nigdy nie przejdzie... Tego nie da się zapomnieć, naprawić... to zostanie moje, będzie tylko moją wieczną własnością... jak dom, w którym mieszkam, jak najlepsza suknia balowa.
Uspokoiła się trochę, uśmiechnęła przez łzy i popatrzyła na mnie.
- Wybacz, że cię męczę. To moje sprawy i wiem, że ci zawracam głowę... nie musisz słuchać... zresztą znamy się tak powierzchownie, z tańców, zabaw, i właściwie nigdy nie rozmawiamy.
- Nie ma o czym.
- Wiem. Dobrze wiem. Nie ma o czym. Ale teraz nie mogę wytrzymać. Tylko wtedy gdy nie można już wytrzymać, chce się z kimś porozmawiać. Nie mogę wytrzymać.
Komu mogę coś powiedzieć, jeśli nie tobie? Kto mnie wysłucha?
- Wysłucham cię, naturalnie ze cię wysłucham. Kto inny by słuchał, dobra stara kumpelko z wyrzutami sumienia, wiem, że nie ma tych, którzy słuchają, wiem i chcę, chcę słuchać cię zawsze, ja, jedyny, ostatni spowiednik na świecie, z którego spowiednicy zniknęli tak samo jak ci, którzy się spowiadają, ponieważ coraz mniej jest spraw, którym trudno się oprzeć, chociaż są coraz trudniejsze. Nie mógłem jej tego powiedzieć, ale czułem głębokie współczucie, może nawet miłość - dla niej, która ma tylko mnie, i dla siebie, który nie mam nikogo.
- Czy to grzech chcieć odrobiny szczęścia? Odrobiny miłości? Czy to grzech poszukiwać czegoś, o czym już zapomnieliśmy. czegoś może romantycznego, sentymentalnego, ale... Czy zawsze można to widzieć tylko u innych?
Osiągnąć to jedynie kosztem innych? Po trupach?
Uśmiechnąłem się.
- Kto jest tutaj trupem? Pierre?
- Nie wiem. Może i on. Może my wszyscy. Ale coś zostało zniszczone, i ja jestem temu winna. Ja to zroibiłam.
Byłam samolubna i chciałam uczestniczyć w ich miłości, może nie tylko uczestniczyć, ale zniszczyć ją, zastąpić Verę. Łaknęłam ich miłości, ponieważ nie mam własnej. Nigdy jej nie miałam... i nie będę miała. Byłam trochę zakochana w was... wszędzie chodziliśmy razem, nawet i teraz... ale to nie to... lubimy się, jesteśmy sobie bliscy, ale to wszystko powierzchowne.
- Pomagamy sobie wzajemnie, żeby przeżyć - wtrąciłem.
- Żeby nam czas zleciał, tak... jesteśmy sobie potrzebni, wszyscy, żeby pić, tańczyć. Ale oni byli inni. Sam widziałeś. I ja widziałam. Byli inni, kochali się jakoś od środka... tak, od środka, duszą, i odizolowali się ode mnie, od ciebie, od nas wszystkich, od wszystkiego... Vera i Pierre, czy to nie brzmi jak Kohan i Vlasta * albo Romeo i Julia?
- Nie - odrzekłem krótko.
- Dla mnie brzmi. Nie potrzebowali nikogo. Nikt im
* Bohaterowie poematu romantycznego Kohan i Vlasta pióra Franja Markovicia (1845-1914).
nie był potrzebny. Jakby nie byli z nami, z naszą paczką... jakby nas nie znali... a my chcemy, prawda, chcemy zawsze mieć kogoś, zawsze...
- Bez przesady - powiedziałem z lekka urażony, nie wiem właściwie dlaczego.
- Oni nie mieli tych obaw co my. Mieli siebie. Nie chcieli, żebym była z nimi. A ja chciałam być właśnie z nimi... może jestem pomylona i lekkomyślna, może jestem nieokrzesana i pozornie nieczuła, może wszystko dla mnie jest żartem... ale ja muszę wreszcie znaleźć swoje miejsce, nie w waszej paczce, to jest.. w naszej, ale miejsce naprawdę moje, tylko moje. Pragnęłam otoczyć aureolą ich związek, czerpać ze źródła tej miłości... Nie chciałam nic złego, prawda? Tylko żeby przyjęli mnie do swej tajemniczej wspólnoty, podarowali część tego skarbu, żeby nie zamykali się przede mną jak mimoza, pozwolili mi być z sobą. - Myślałem, że idzie ci o Pierre'a - odezwałem się spokojnie.
- Nie wiem. Nie wydaje mi się. On jest brzydki i biedny. Cały jego urok w tym, że nikt go nie lubi, że nie ma nikogo. Ale wiem, że Vera coś w nim znalazła... jakąś ukrytą wartość, której nie dostrzegaliśmy. Czy ciebie to nigdy nie zastanawia, że jesteśmy tacy powierzchowni...
Nigdy niczego nie dostrzegamy... ale ona odkryła w nim coś zupełnie oryginalnego, coś specyficznego, czego nie ma w nas... widzisz, chciałam w nim, szpetnym, krzywym, na wpół ślepym znaleźć to coś, co udało się odkryć jej...
ona była dowodem, że to w nim jest.. trzeba tylko poszukać... chciałam, aby to należało i do, mnie, ta rzecz, której im zazdrościłam, a której nikt przed Verą nie dostrzegł... nawet nie pragnęłam wyłączać Very ze wspólnoty, może dopiero później... Chciałam, aby ta rzecz, jakiej nikt przed nami nie dostrzegł, nie widzi teraz ani już nie zobaczy, aby ta rzecz była nasza wspólna, by istniała nie w każdym z nas oddzielnie, lecz właśnie w naszej wspólnocie. Rzecz, jakiej nie ma we mnie, nie ma w tobie, rzecz, której zapomnieliśmy kiedyś poszukać. Nie, to nie miłość albo przynajmniej nie tylko miłość; zdaje mi się, że to jest ważniejsze, niemal nieosiągalne... jak szukanie i osiąganie pewnej szlachetności i wielkości, która ukryta jest zupełnie gdzie indziej, niż jej zwykle szukamy. To jest bliskie ideału, jaki zawsze pragnęliśmy osiągnąć: wyłączyć się, odizolować w świecie trwałych wartości i wszystko, co nie jest nasze, uznać za śmieszne, nieważne, przypadkowe... A ja, uosobienie tych naszych dążeń, czułam się jak pogański kapłan, który teraz dopiero pojął istotę swej wiary. Zrozumiałem sens naszej izolacji, która była jałowa, ponieważ zabrakło jej tego... właśnie tego, co można chyba znaleźć... no, że właśnie u Pierre'a... nasza izolacja była jałowa, ponieważ była oparta na porozumieniu, nie na wewnętrznej potrzebie, która istnieje w nas, o której zapomnieliśmy, którą zaniedbaliśmy, której nie możemy zaufać, ponieważ zawiodła już tylu przed nami... My wszyscy zbliżaliśmy się, ale nie zbliżyliśmy się nigdy... całkowicie, do oddania... byliśmy przekonani, że to nie istnieje, że to naiwne, zatem w pewien sposób brzydkie... przekonaliśmy się, że tego nie ma, a przekonał nas o tym alkohol i hulanki, krótkie miłostki i szybkie zmiany, powierzchowne i żartobliwe rozmowy... Wszystko było dobre, co nie trwało zbyt długo... wszystko było dobre, w co nie trzeba było, zbyt głęboko się angażować... wszystko było dobre, co było wesołe... co nie wymagało od nas rozwiązywania problemów, filozofowania... wszystko było dobre, co było nam obojętne, bawiło, nas, a dla innych nie było śmieszne... nie rozmawialiśmy, piliśmy razem...
Precyzyjnie określaliśmy, kto jest nudziarzem i niedołęgą, moralistą lub świętoszkiem, a kto jest "swój". Dlatego wyłączyliśmy Pierre'a, a potem Verę... i teraz tak samo zostawicie mnie, ponieważ musicie mnie zostawić, ponieważ to jest jak obrączka zobowiązująca do ofiary i izolacji, i samotności... ponieważ ja odkryłam, że istnieje coś bardziej wartościowego niż nasze porozumienie, nasza nonszalancja, nasza bezużyteczna izolacja. Wiem, co teraz myślisz. Wszyscy to odkrywamy, ale jednak wracamy...
Myślisz, że wpadłam w zachwyt, zgłupiałam, zapomniałam... wiem, nie znosisz tego wymądrzania się, wiem - to wstyd być mądrym, wstyd za dużo myśleć, wstyd zachwycać się. Te rzeczy są zdyskredytowane, prawda? Wstyd mieć temperament.. wstyd zdradzić przyjaciół jak ja...
Wstyd mieć coś dla siebie... Dlatego powiedziałam, że mam wyrzuty sumienia, podwójne wyrzuty - w stosunku do tamtych dwojga i do was. Ale masz prawo triumfować - tak jak wy wszyscy zawsze triumfowaliście, jak i ja triumfowałam, gdy jakiś dezerter powracał pokorniejszy niż kiedykolwiek. Ty może masz prawo. Może przegrałam, ponieważ ponawiam ten sam udowodniony już błąd.
Zburzyłam to, co między nimi istniało. Jakbym była trucizną, jak gdybym miała w sobie siłę niszczenia. To zła siła. źle jest czuć ją w sobie. Oni dali mi ją odczuć w pełni. Nie przyjęli mnie, nie było dla mnie miejsca, tamto było, tylko ich... i wtedy pomyślałam, że to nie dla nas - że nie jesteśmy w stanie, że nigdy... nigdzie... i to było dla mnie straszne. Nie przyjęli mnie i nikt nie może mnie przyjąć.
- Nie mieli cię gdzie przyjąć - powiedziałem przed siebie w deszcz.
- Zniszczyłam tylko to, co posiadali. I zrobiło mi się tak smutno z powodu Pierre'a, który jest nieszczęśliwy, z powodu Very, której w żaden sposób nie mogłam pojąć i która wyjechała, z powodu was, których zdradziłam, z powodu czegoś, co może nawet nie istnieje; zrobiło mi się smutno dlatego, że to najważniejsze jest nieosiągalne i zniszczone, że nie ma Romea i Julii, że się upiłam, że cię obraziłam, że tylko niszczę wszystko, czegokolwiek dotknę, że jestem samolubna i że chciałabym czegoś więcej niż inni... albo może wszyscy tego chcą, ale nie zwariowali na tyle, żeby się z tym afiszować. I tak się upiłam, że niszczę dalej, bo cóż mi innego pozostaje jak zniszczyć wszystko do końca, żeby nic już nie pozostało, jak zabić w sobie coś, czego może nie trzeba nawet posiadać, bo może to jakiś pierwotny relikt. Bo przecież próbowałam, próbowałam ze wszystkich sił, jak nigdy przedtem, i nie myślałam nawet, że tak potrafię, próbowałam i tylko zniszczyłam to, co już istniało, co może zostało osiągnięte z ogromnym wysiłkiem. Zniszczyłam.
- Nie zniszczyłaś - odrzekłem. - Nie było niczego, co, można było zniszczyć.
I w ten oto sposób porządnie wyspowiadaliśmy się, otarliśmy łzy, uspokoiliśmy się po pewnym czasie i oddzieleni od reszty czekaliśmy, aż deszcz przestanie padać.
Deszcz rzeczywiście szybko ustał i na tarasie zrobiło się chłodno i wietrznie. Drżąc z zimna, objęci wpół, pocieszając się nawzajem widzieliśmy, że deszcz ustał, ale byliśmy pewni, że będzie znowu padać jutro, pojutrze, przez nieprzerwane pasmo nadchodzących dni, i że trzeba wkrótce wyjechać.
Wiedzieliśmy, że musimy powrócić. Że będziemy zawsze powracać z krainy złudzeń. Wiedzieliśmy także, że lato się skończyło.