OPOWIADANIE DRUGIE
Niezwykły przypadek, jaki zdarzył się Petarowi Dobroslavowi Mogoroviciowi dnia 17 października pewnego roku w sali gimnastycznej.
Po co tu przyszedłem, sam dobrze nie wiem. Może, by się trochę odmłodzić patrząc na cudzą młodość, już nie moją. Może dlatego żeby znowu zobaczyć świat, do którego już nie należę, w co nie mogę żadną miarą uwierzyć, chociaż o tym wiem.
Zawsze zajmowało mnie pytanie, gdzie ja właściwie należę. Mogłem określić jedynie, gdzie nie należę. świat, do którego chwilowo należałem, zmieniał się nieustannie, nieobjęty i nieokreślony, a ja towarzyszyłem jego przemianom, unosiłem się na powierzchni jego nurtu, zmieniając miasta, przyjaciół, kochanki, ulubione potrawy.
Jedno było pewne, do tego świata już nie należę.
Ale byłem tu, mimo wszystko. Stanąłem w drzwiach w jasnoszarym ubraniu, białej koszuli i jasnożółtym krawacie, z butelką wina w wiklinowej plecionce, może troche pijany - ale niewiele więcej niż zazwyczaj. Zaledwie jeden kieliszek ponad miarę. Ach, jakże pięknie dałem się ogolić i ostrzyc! Ach, jakże mi błyszczą buty, czarne buty z białym szwem! Pojawiłem się w drzwiach w aureoli blasku i zapachu, pojawiłem się jak anioł na progu zabłoconej lepianki i wszyscy w lepiance znieruchomieli, ze zdumieniem wlepiając wzrok w nieoczekiwane zjawisko.
Ale, widzicie, także teraz, czując się jak anioł zwiastujący dobrą nowinę, wiedziałem, że to nie miejsce dla aniołów - anioły żyją w jakimś nieokreślonym niebie, a tutaj są tylko widma.
I oto znalazłem się tutaj. Na samym progu jeszcze przemknęło mi przez myśl: Dlaczego tu jestem?, ale wkraczając w znaną atmosferę, czując znany zapach potu, skóry, celty i magnezji, widząc zawsze jednakowe twarze, umięśnione ciała zamarłe wpół ruchu, słysząc stłumione echo pod sufitem sali - zapomniałem o upływie lat, o strachu i karze. Poczułem nagły przypływ energii i przesiadłem elastycznym, wygimnastykowanym krokiem, lekko pochylony na lewo, ze spuszczoną głową, niby idąc do ataku, wywijając sporą butlą, jakby jej ciężar był zupełnie nieznaczny.
Czułem się jak niegdyś i wszystko wokół mnie było takie jak dawniej. Jakby to wszystko działo się dziesięć lat temu. Tamta sala gimnastyczna znajdowała się w innym mieście, ale była dokładnie taka sama: zimna, oświetlona żółtymi wysoko zawieszonymi lampami, bardzo pusta, z szeregiem martwych przedmiotów wzdłuż białej szerokiej linii, wyznaczającej boisko. W górze wysokie ciemne już okna, pokryte grubą warstwą kurzu, które sprawiały wrażenie, że jest się w piwnicy. Stojące powietrze z zapachem potu i skóry, jakim przesiąkły materace i przyrządy, z zapachem sznurów i celty, wiecznie obecny kurz z rozkruszonej tkaniny i gumy, którą była impregnowana.
I pośrodku ring. Na który nawet teraz nie mogę patrzeć bez wzruszenia.
Wszedłem i oparłem się ręką o drabinki, ogarnąłem spojrzeniem wszystko. Luka trochę się postarzał, trochę przygarbił. Siedział na wysokim stołku przy samym ringu, ubrany w dres, który kiedyś był ciemnoniebieski, a teraz szary, na łokciach, kolanach i ramionach niemal biały, poprzecierany. Nogami nie sięgał podłogi i trzymał je na poprzeczce stołka, skrzyżowane ręce oparł na kolanach.
Zwrócił w moją stronę jedynie głowę, wciśniętą w ramiona, popatrzył na mnie spod oka, ale nawet nie drgnął.
Zmrużył oczy, aby lepiej mnie widzieć w odległym półmroku. Może mnie nawet poznał, ale nie zmienił się wyraz jego twarzy, trochę cierpki, obojętny, z jakim obserwował przebieg każdej walki, tak samo początkującego, jak i mistrza, komentując cichym, zgorzkniałym, leniwym głosem, nigdy nie rzucając nikomu słowa pochwały.
Tak właśnie popatrzył na mnie, nie okazując, że jest zaskoczony czy uradowany, że przypomina sobie dawne
grzechy czy że ma ochotę ze mną porozmawiać. Uczułem nagle pewne skrępowanie i pamięć mi podpowiedziała:
- to tamten strach; jego spojrzenie mówi to samo strach.
Ale od tamtej pory upłynęło wiele czasu i z łatwością opanowałem to uczucie, bo przecież wszystko się zmieniło, wiele spraw uległo zapomnieniu.
Obok Luki stał nie ogolony otyły człowiek w spodniach, w rozchełstanej koszuli, na którą narzucił dres, i patrzył na ring nie rozglądając się. W jego fizjonomii było coś plugawego i odrażającego. Widywałem takie twarze i wiem, co się za nimi kryje. Widziałem już przedtem tę twarz pełną blizn, złamany nos i naderwane uszy. Widziałem już przedtem tę ogromną bryłę mięśni, niegdyś zwartą i ruchliwą niczym powierzchnia morza, teraz obwisłą i bezwładną z braku treningu. Miał małe świńskie oczka i zdawało się, że powieki tych oczu są stale opuchnięte od jakichś ciosów z przeszłości. To Cigler, były kryminalista, były mistrz państwa w wadze ciężkiej, były trener.
Znajdował się tutaj, by uczyć chłopaków świńskich sposobów walki. Wiem, że Luka go nie lubił, Luka nie znosił metody walki Ciglera, ale tamten umiał przyzwyczaić ludzi do krwi. Teraz był już za stary, by sam ją przelewać.
Na sali znajdowało się jeszcze kilku ludzi w zwykłych ubraniach, którzy zawsze kręcą się koło ringu, ilekroć przeprowadzane są eliminacje do reprezentacji; teraz też się tu kręcili pełniąc jakieś obowiązki, które nigdy w moim pojęciu nie miały określonego charakteru. Nie znałem ich, a oni nie znali mnie, ale wszyscy zwrócili się w stronę drzwi, by spojrzeć na zjawę, która nie należy do ich świata. Chociaż sami prawdopodobnie nic nie robili, zdawało im się, że jakiś wystrojony fircyk i leń wkroczył na ich teren pracy, gdzie leje się pot i krew. Patrzyli na mnie, ale ich wzrok nie miał dla mnie znaczenia. Wszystko, czego mogli ode mnie oczekiwać, było zawarte w trudmym wyczekiwaniu na spojrzenie Luki - spojrzenie, które zawsze domagało się ode mnie czegoś, czego nie byłem w stanie uczuić. I teraz przez moment wydało mi się głupie i denerwujące, że patrzą tak na mnie ludzie, którzy nie mają w tym żadnego celu, jednak w głębi duszy wiedziałem: to dlatego, że nie jestem dość odważny, by przyznać sam przed sobą, że to, co mi najbardziej przeszkadza, czego naprawdę znieść nie mogę, to ciężkie spojrzenie Luki, pełne chłodnego bezkompromisowego oczekiwania.
I świadomość, że nawet teraz nie zdołam uczynić tego, czego, to spojrzenie domaga się ode mnie. Chociaż, rzecz jasna, po tylu latach niczego nie można się po mnie spodziewać...
Koło ringu na materacach i przyrządach gimnastycznych siedzieli młodzi chłopcy w dresach, z ręcznikami zarzuconymi na ramiona, po dwóch, po trzech, oparci plecami jedni o drugich. Niektórych z nich znlałem, innych nie.
Niektórzy zaczynali walczyć na ringu, kiedy ja stanowiłem już klasę.
Oni byli młodą generacją i nie byłem w stanie przeniknać ich spojrzenia. Nie mogłem zgadnąć, co myślą, ponieważ oni myślą inaczej niż ja, niż my. Dlatego może wydało mi się, że widzę w ich oczach niezrozumienie i pogardę. Może całą młodą generację stać jedynie na niezrozumienie i pogardę. Może oni w ogóle nic więcej nie potrafią. Może nie potrafią nawet rozumieć tak, jak trzeba. Ich twarze i oczy nic dla mnie nie znaczyły.
Ale na ringu był Aldo, który dla mnie znaczył wiele. Aldo był moim rówieśnikiem i zaczął walczyć na ringu razem ze mną, w tym samym klubie. Byliśmy "nadzieją".
Że niektórzy z nas tych nadziei nie spełnili, za to już Aldo nie ponosił winy. Ale nie chodzi o mnie. Aldo już nie jest "nadzieją" - jest tylko tym, czym jest. Na każdego chyba przychodzi taki czas, kiedy jest tylko tym, czym jest. Kiedy nie ma już przed nim niczego, co można by osiągnąć.
Chociaż skóra na piersiach i plecach Alda wciąż jeszcze była napięta jak na bębnie i opalona podczas treningów w terenie, jednak nie miała już tego blasku, nie lśniła i nie żyła już tym wewnętrznym blaskiem, jakim żyje skóra młodego ciała. To było napięcie martwej skóry, blask martwego przedmiotu. Początek śmierci. Zwały mięśni na ramionach i bicepsach jeszcze teraz poruszały się w sposób pewny i skoordynowany, zgodny i precyzyjny, ale to była harmonia maszyny, a nie żywego człowieka. Każdy mięsień spełniał swoją funkcję, precyzyjny w formie i ruchu, ale pełnił ją niczym dźwignia, bez zachwytu i entuzjazmu, powtarzał wyuczone ruchy, słuchał nakazu. I to, co teraz walczyło na ringu, nie było ciałem.
To była wierna, lecz pozbawiona inwencji kopia.
Aldo zakończył właśnie jedną serię ciosów, zapędzając przeciwnika w narożnik, zrobił dwa kroki do tyłu, by przygotować się do nowego ataku, gdy Cigler krzyknął:
"Stop!" Ruchy ustały, ale ich echo wciąż jeszcze błąkało się pod wysokim sufitem sali. I ja stanąłem, na dziesięć kroków od ringu.
Aldo niezgrabnie usiłował rękawicą otrzeć pot z czoła.
Twarz miał starą. Po lewej stronie czoła świeża biała blizna pionowo przecinała mu brew, włoski nigdy nie zarosły tego miejsca i lewe oko wyglądało trochę goło.
Sińce podkreślały głęboko, zapadnięte oczy. Piętnaście lat, myślałem, on walczy już piętnaście lat. Gdybym nie przerwał, byłbym taki sam, może byłbym tutaj. I nagle przyszło mi na myśl, że nie obserwuję Alda, lecz siebie, takiego, jakim mogłem być. Jakim zawsze chciałem być.
Szukałem w twarzy Alda groźnego wyrazu, jaki wszyscy pragnęliśmy osiągnąć, lecz go nie dostrzegłem. Widziałem Starość i zmęczenie. W jego twarzy wlele było rutyny, dużo zmęczenia, lecz nie bylo surowości, okrucieństwa ani zaciętości. Blizny nadawały mu wygląd człowieka zniedołężniałego, który przebył ciężką chorobę, i teraz, po długim leżeniu, nie ma zaufania do swego ciała.
Popatrzyliśmy na siebie ze zrozumieniem. Ja na niego uprzejmie, chcąc okazać, że rozstanie i czas nic nie znaczą, a on na mnie z uśmiechem zakłopotania, jakbym przybył z innego świata. I nasze spojrzenia były dziwnie jednakowe pod maską sztucznych uśmiechów. W jednym i w drugim zawiść mieszała się ze współczuciem. Oto co znaczy zrozumienie.
I w tej chwili, kiedy na moment czas się zatrzymał, zrozumiałem, że nie wolno mi było przychodzić tutaj, by szukać tego, czego nie mam, ponieważ to nie istnieje ani tutaj, ani gdziekolwiek indziej. Nigdy nie istniało.
- Dziesięć minut przerwy - powiedział dobry stary Luka, który dla nas wszystkich był zawsze jak ojciec.
Cigler popatrzył na niego z pewnym zdziwieniem, mrużąc jedno oko, a potem machnął ręką i niczym wilk zapędzony w pułapkę powlókł się do kąta, ciężko siadł na rozłożonych tam materacach i obserwował nas z nienawiścią, jaką tacy ludzie zawsze mają w oczach.
Aldo z uśmiechem zakłopotania zszedł z ringu i znużony wolno przedostał się między linkami. Jego przeciwnik zbliżył się do bandy i zmieruchomiał opierając się rękawicaml o loinki, słuchając, co mówi Luka. Był to młody chlopak i z jego twarzy nie można było wyczytać, jak przyjmuje to, co mu Luka szepcze. Oczy miał waskie i małe jak Cigler.
- Przyszedłeś jednak - rzekł do mnie Aldo i odgarniając rękawicą włosy z czoła zmierzył mnie od stóp do głów.
- Doszły mnie słuchy, wiesz, w mieście gadają, że trenuje tu młoda reprezentacja, więc, tak po prostu... chcę trochę popatrzeć...
- W zeszłym tygodniu byliśmy nad Bledem - powiedział Aldo po chwili - i pewnego wieczoru pojawił się Krżljak. Przyszedł popatrzeć. Akurat tamtędy przejeżdżał.
Roześmiałem się, trochę na siłę. Krżljak był tym trzecim. Byliśmy nierozłaczni. Krżljak, Aldo i ja - razem zaczęliśmy uprawiać boks, a potem wszystko się rozleciało; Aldo złamał rękę i nigdy już nie odzyskał dobrej formy, Krżljak się ożenił, a potem rozpił, a ja nie potrafiłem opanować strachu, więc najpierw i ja się rozpiłem, a potem poszedłem swoją drogą, ciągle zmieniając kompanię i sposób życia. A żaden ze sposobów nie był wystarczająco dobry, abym mógł wrócić do boksu. O Krżljaku mówiono, że śledzi każde spotkanie w kraju, i nie tylko w kraju, że pokonuje całe kilometry, by zobaczyć jakiś ważniejszy trening, ale, jak sądzę, trochę w tym było przesady.
- Jestem tu na letnisku - odrzekłem z uśmiechem - siedzę już drugi miesiąc. Nie wiedziałem, że cię spotkam.
Myślałem, że już dawno dałeś sobie spokój.
Ąldo kiwnął głową.
- Jestem tu partnerem podczas sparringu. Chłopcy ucza się na mnie, jak należy zadawać ciosy. - Aldo rozłożył ręce, jakby chciał mnie uściskać, i spojrzał w dół. Jego brzuch pokrywały bladoczerwone plamy jak przy szkarlatynie. Jedna plama była fioletowa. Wyciągnąłem rekę i delikatnie dotknąłem jej palcem. Poczułem ledwo dostrzegalne drgnięcie. Ciosy nie były mocne, ale było ich dużo, w jedno miejsce.
Zrobiło mi się niedobrze.
- Chcesz trochę? - zapytałem Alda wskazując butelke.
Aldo smutnie pokręcił głową. Podniosłem flaszke na wysokość ust i pociągnąłem spory łyk. To było dobre wino. Nosiłem z sobą tylko dobre wino.
- Ej, Mogorze, Mogorze - powiedział Aldo ze śmiechem - im dalej, tym gorzej! - Powiedział to z ckliwym uśmieszkiem, mechanicznie przywołując przeszłość. Drgnąłem, ale wtedy zrozumiałem, że nie przyszło mu nawet do głowy, by mi przyganiać. Ostrożnie ustawiłem butelkę na podłodze.
- No i jacy są? - spytałem, wyciągając rękę w stronę ringu, nie wskazując nikogo wyraźnie.
- w porządku - rzekł Aldo. - Lepsi niż my w ich wieku.
- Lepiej odżywieni - powiedziałem.
- Nie mają złudzeń - odrzekł Aldo.
- To nic nie znaczy - machnąłem ręką i zaśmiałem sie głupio.
- Nie łamią się i niczego się nie boją - tłumaczył Aldo - walą prosto w mięso. Żądni są krwi. My staraliśmy sie przede wszystkim być dobrymi chłopakami, postępować fair. Oni są przede wszystkim niczym. Kiedy walczą, sa prawdziwymi bokserami. Kiedy nie walczą, są po prostu bokserami, którzy nie walczą. - Teraz rozumiem - stwierdziłem.
Ąldo w milczeniu oglądał tasiemkę przy prawej rękawicy.
Krżljak się rozwiódł - powiadomił mnie - słyszałeś?
Uczułem nagły chłód, jakbym razem z winem połknął kostke lodu. Krżljak zakochał sie był bez pamięci.w Mariji ("Maricy-dziewicy", mawiał Aldo). Namawiała go, by przed ślubem rzucił boks. Namawiała go tak długo, tak wytrwale. Pobrali się, pamiętam, byłem na weselu i zazdrościłem Krżljakowi, że się ustatkował, przestał sprzedawać swoje ciało na ringu, że pracuje, zarabia, urządza mieszkanie, pije, kiedy chce i co chce, ma ładną żonę i pełen optymizmu, dodając otuchy wszystkim zagubionym, pobitym, załamanym, wznosi toast po drugiej stronie dłuższego stołu, wznosi toast za mnie i Alda, a my siedzimy sobie, nie najlepiej się czując w świątecznych ubraniach. Trzymając kieliszki w dłoni, pijąc mało i ostrożnie, jutro bowiem mamy trening, a po raz pierwszy weszliśmy do reprezentacji miasta.
Potem, o ile pamiętam, nie widywaliśmy Krżljaka chyba pół roku lub rok, nie jestem pewien. Aldo złamał wtedy rękę, a ja dostałem porządne lanie w spotkaniu z pewnym prowincjonalnym gorylem, dla którego nie istniały reguły walki. Zacząłem miewać napady strachu przed każdym meczem, nawet przed treningiem, bałem się starcia na ringu, stale stosowałem uniki, zacząlem walczyć bardzo technicznie i mało atakować. Luka bywał obecny na treningach, siedział z absolutnie nieruchomą twarzą, w której nie drgał żaden mięsień, obserwował i wzdychał od czasu do czasu. Nie robił mi najmniejszych zarzutów, ale czułem w powietrzu zbliżający się kres.
Pewnego dnia Luka cicho, nie dla żartu bynajmniej, powiedział przy wszystkich: "Mogorze, Mogorze, im dalej, tym gorzej!" z tymi słowy opadł ze mnie cały blask "naszej nadziei", "naszej przyszłości". Pewnego dnia nieźle sobie popiliśmy z Aldem - on miał wtedy rękę w gipsie i postanowiłem, że rzucę boks.
I wtedy, pamiętam, zjawił się Krżljak; blady i pijany, trzęsąc się z oburzenia wymyślał Luce, nam wszystkim. - Jestem zdrowy, zupełnie zdrowy. Spójrzcie no, czego mi brak? Niczego,. Czuję się jak młody bóg. co mogą wiedzieć doktorzy? Luka, bądź człowiekiem...
Ale lekarz orzekł, że dla Krżljaka boks już nie istnieje, choćby nie wiem jak chciał wrócić na ring. I Krżljak, pamiętam, przychodził dalej, blady i pijany, już nie wściekły, lecz zrozpaczony, komentował mecze, wpadając w gniew, gdy ktoś podczas treningu walczył słabo lub nieumiejętnie, wymachiwał zgiętymi rękami, by pokazać młodemu zawodnikowi pewne ciosy, które tylko nam były znane. I wtedy, pamiętam, po raz pierwszy ogarnął mnie prawdziwy strach, gorszy niż strach przed bólem, przed raną, przed klęską. Przestraszyłem się, że stanę się taki jak Krżljak, że nigdy nie będę mógł zostawić boksu.
Ale zadecyduję o tym sam z własnej woli, nie pod presją (a już mi szło słabo, bardzo słabo), pocieszałem się.
Jego zmusiła Marica-dziewica (a ładna była, jeszcze jak ładna!), a to nie to samo, o nie...
A teraz Marica-dziewica rzuciła go. A może on ją rzucił? Chciałem zapytać Alda, ale zrozumiałem, że byłoby to zupełnie zbyteczne.
- Dlaczego mówisz mi o Krżljaku ? - rozzłościłem się. - Co ja mam z nim wspólnego?
- Tak sobie - powiedział Aldo.
- Można by już zacząć - rzekł Cigler, podnosząc się z materaca, punktualny jak szwajcarski zegarek. - Stracicie zbyt wiele ciepła.
Aldo spojrzał na niego spod oka, z łagodną wymówką w oczach, tak jak ukrzyżowany spogląda na człowieka z włócznią.
- Poczekaj jeszcze trochę - powiedział Luka i podszedł do nas. - Jak się masz, Mogorze?
- Dobrze - odpowiedziałem. - Chcesz wina?
- Jak zwykle, nie chcę - wspaniałomyślnie odmówił zawsze ten sam stary Luka. - Nie widzieliśmy się długo.
Co porabiasz?
- Żyje się - odrzekłem. - Nie uprawiam boksu, jeśli ci o to idzie.
- Trzeba już zaczynać - odezwał się Cigler, człowiek bez sumienia, uparty jak osioł. - Chłopcy pomarzną.
- Jesteś zmęczony? - Luka spojrzał pytająco na Alda. Ale nie dałem się zwieść głosowi. Wiedziałem, że Luka nie będzie popędzał Alda, by robił więcej, niż może, lecz jasno zdawałem sobie sprawę, że będzie od niego wymagał tyle, ile się da. Na to pytanie mogła więc być tylko jedna odpowiedź.
Luka stał, spokojny, pewny siebie, niezmienny, i czekał.
Był orędownikiem i entuzjastą swego zawodu, nie żenił się, nie pił, nie palił, nie grał w karty, wcześnie kładł się spać i wcześnie wstawał, myśląc tylko o boksie. z nikim się nie przyjaźnił, nie żywił do nikogo nienawiści, nie dawał się przekupić, nie stosował taryfy ulgowej, nie zezwalał na kompromis - wedle niego ludzie dzielili się na bokserów i niebokserów. Świat był dla niego ringiem, przy którym on stoi, obserwując minuta po minucie, rok po roku tysiące bokserów, pomagając im w zdobyciu hartu ducha, kierując ich na jedyną prawdziwą drogę, swoją drogę, nie pragnąc nawiązać jakichkolwiek stosunków ze światem niebokserów - światem cieni.
Podniosłem butlę i pociągnąłem spory łyk. Luka patrzył na mnie, ale ani Aldo, ani ja nie mieliśmy złudzeń. Wciąż jeszcze czekał na odpowiedź Alda. Jedyną możliwą.
- Nie jestem zmęczony - rzekł nieszczęśnik Aldo. Ale nie mlał innego wyjścia. Tu nie było wyjścia. Gdy raz się zmęczysz, nigdy więcej nie wrócisz.
- Jazda! - zawołał Cigler zgryźliwie, niczym poganiacz na źle odżywionego starego muła.
- Zaczynamy - rzekł Luka cicho, ale jego głos słychać było w najdalszym kącie sali.
On i Cigler mętnie stapiali mi się w oczach. Zaczynamy, pomyślałem, lampy się zakołysały. Zaczynamy, szumiało mi w głowie. Jak dawniej. Teraz tylko ostrożnie, a pokażemy wszystkim. Tylko powoli. Powoli i dokładnie. Zaczynamy - odezwały się mięśnie rąk i klatki piersiowej. Lampy rozkołysały się, zapach soli i potu stał się bardziej intensywny. Nie - podpowiadał mi głos rozsądku - przynajmniej nie teraz. Jesteś pijany.
Długo nie trenowałeś. Nie teraz.
Masz wymówkę - odezwał się inny głos. Nie wino, coś innego, nieśmiertelnego, silniejszego. Coś, co już długo czekało, by znaleźć tę wymówkę. - Masz wspaniałą wymówkę. Nie robisz przecież tego dla samego boksu, lecz po to, by pomóc Aldowi, by go zmienić. Nie bój się, to okazja, tylko raz spróbujesz. Może wszystko wróci. Może wróci choć na chwilę.
Luka odwrócił się i ruszył w stronę ringu oczekując, że jego polecenie zostanie wykonane. Zrobiłem krok i położyłem mu rękę na ramieniu. Stanął w miejscu, wolno obrócił się wokół własnej osi i popatrzył na mnie swymi jasnymi oczyma bez wyrazu, jakby przewidywał, co powiem, jakby przewidywał nawet moje ruchy.
- Może ja mógłbym... - powiedziałem - go zastąpić...
tylko raz, tak tylko, żeby spróbować...
Uśmiechałem się z zakłopotainiem, błagalnie, jak żebrak nie przyzwyczajony do żebrania.
Na twarzy Luki nie było widać śladu najmniejszego drgnienia. Wciąż stał, może był zaskoczony, może się wahał, a może rozmyślał tylko, w jaki sposób łagodnie mi odmówić, ale jego niezdecydowanie wyczułem, nim jeszcze zaistniało; przejrzałem go, spoglądając zwycięsko w stronę grupy niewyraźnych postaci, zaczałem zdejmować jasnoszarą marynarkę.
W białej koszuli, okazały, czułem się jak bokser, który mając za sobą nieprzerwaną serię zwycięstw teraz, przypadkowo, podczas urlopu demonstruje młodej generacji, jak wywołuje się zachwyt mas, gdy walczy się stale.
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha patrząc przez ramię Luki na ring, rzęsiście już oświetlony, pełen napięcia i wyczekiwania. Uczułem, że Aldo schwycił mnie za ramię i mocno ścisnął. Nie bądź głupi - zasyczał jak moje własne sumienie.
Strząsnąłem jego rękę, rękę nienawiści i fałszywej przyjaźni.
- Tylko raz, Aldo - powiedziałem głośno - nie bój się, nie wepchnę się na twoje miejsce.
Powiedziałem to uśmiechnięty, beztroski, wspaniałomyślny, ale coś zepsuło atmosferę, coś było nie tak, twarze zmieniły się, światła zszarzały, a nawet mój krok nie był taki pewny, jak to sobie wyobrażałem.
Aldo powoli wycofał się na tyły, w cień, i zostałem sam w małym kręgu nieprzyjaźnie nastawionych ludzi. Naczupurzyli się jak stado wyczuwające obecność intruza. Oprócz gasnącego uśmiechu zakłopotania nie miałem innej broni by im udowodnić, że nie jestem intruzem. Patrzyłem na u nich, próbowałem mówić wzrokiem: Nie jestem intruzem, powróciłem tylko po długim czasie, jak i wy kiedyś powrócicie. Może ja będę tym, który was powita? A może wasz powrót będzie jeszcze większą porażką, ponieważ z każdym dniem stajemy się sobie bardziej obcy, a następna generacja będzie jeszcze młodsza.
Ale oczywiście wszystko to znaczyło tyle co rzucanie grochem o ścianę. Stali koło mnie, twarz przy twarzy, jedna ogromna twarz, która daje ci do zrozumienia, że jesteś obcy.
Luka stał nieruchomo, nie dowierzając własnym oczom i uszom. Teraz mogę jedynie wyobrażać sobie, co myślał w tamtej chwili; może było mu wstyd za mnie, może mi współczuł, może obraził się w imieniu Alda, a w końcu może naprawdę rozmyślał o tym, żeby mnie przyjąć. Tylko nie miał okazji tego powiedzieć.
Cigler bowiem, który w tej chwili stał z boku niczym marmurowy pomnik, Cigler, który stanowił od początku największe niebezpieczeństwo i którego obecność stale wyczuwałem (nie patrząc nawet) jak groźbę, nieuniknioną, żywiołową jak burza czy trzęsienie ziemi, jak przepaść nie do przebycia między mną a tym światem. Cigler wtrącił się zwyczajnie i skutecznie. Niezależnie od tego, jak bardzo nienawidziłem go w tej chwili, nie mogłem nie podziwiać, jak bez ociągania się, bez wahań, bez fałszywych względów i sentymentalizmu przeciął ten węzeł.
- Przecież ten człowiek jest pijany jak bela - rzekł odkrywając Amerykę i twarz jego wykrzywił grymas, który miał udawać uśmiech. - Ruszaj, Aldo.
- Kto jest pijany? - zapytałem Ciglera, nienawidząc go z całej duszy, i postąpiłem o krok w jego stronę, ze wszystkich możliwych kierunków wybierając ten. Na nieszczęście, może z powodu pijaństwa, może z wściekłości i nienawiści, zatoczyłem się, łapiąc kogoś za rękę wyprostowałem się z trudem i wbiłem wzrok w Ciglera. - Kto jest pijany? - spytałem jeszcze głośniej, zwracając się do jakiegoś niejasnego cienia nienawiści, niemocy, wściekłości, nieszczęścia i samobójczej samotności w samym sobie.
- Pijany jesteś, Mogorze - rzekł łagodnie Luka. Od dawna nie trenowałeś.
- Skądś go pamiętam - zwrócił się Cigler do Luki czy to nie on walczył z Petkovskim? Piórkowa?
Luka skinął glową, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Znaczy się, piórkowa - powiedział Cigler, wykrzywiając twarz bez uśmiechu. - Słyszałem, że dużo pijesz.
Ach, jak ja go nienawidziłem! Jak go nienawidziłem!
- Pijany jesteś człowieku! - rzekł Cigler. - Gdybym ja tak bał się ciosów, nie podchodziłbym do ringu bliżej niż na pięć kilometrów.
- Kto jest pijany? - wrzasnąłem. - Kto się boi?
Ty - głucho odpowiadała cała sala - ty się boisz.
I teraz, gdzieś w głębi duszy boisz się. Nawet gdy jesteś pijany, boisz się. Ty - mówiła mi pewna nieustraszona twarz, twarz Ciglera. Twarz, przed którą rozpadała się cała moja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Która patrzyła na mnie z trybun, gdzie krwawiłem powalony na ziemię, która trzęsła się ze śmiechu, gdy unikałem walki, groteskowo uciekając przed przeciwnikami lżejszymi o dziesięć kilo i dziesięć razy słabszymi. Tylko jedna jedyna twarz, która żąda mojej krwi, mojej ofiary, czyjejkolwiek ofiary. Twarz nigdy nie dość syta krwi i ofiar.
Twarz, kt6ra ponosi winę za wszystko.
I zamachnąłem się lewą z dołu, niżej, niż należy, wyobrażając sobie, jak moja prawa zalśni białym rekawem
i złotą spinką przy mankiecie i zetrze na proch te twarz, na oczach wszystkich.
Ale jeszcze wykonując zamach czułem, że ruchy mam wolne, że nie trafiam, jednak nic już nie dało się poprawić. Mój zamach był taki jak na zwolnionym filmie, a Cigler równie powoli, ale szybciej, o wiele szybciej cofnął się o krok i moja lewa pięść ledwie musnęła jego wciągnięty brzuch; przez moment trwałem wychylony do przodu, pchany siłą rozmachu prawej, gdy nagle coś mnie zatrzymało, coś, czego nie zdążyłem dokładnie zobaczyć, a cóż dopiero uniknąć. Wiedziałem, że to był cios Ciglera, który wszystkiemu był winien, ale który zawsze wszystko wiedział i któremu zawsze się udawało; Ciglera, który po to był tutaj, żeby chłopaków nauczyć świńskich metod walki. Od którego zresztą i ja czegoś się nauczyłem. Zachwiałem się, śniąc, że jestem na morzu. Fale wznoszą się wokół statku jak wielkie brzuchate ryby. Leżę na pokładzie małego stateczku i patrzę na szare zachmurzone niebo. I mówię: Ten wiatr jugo potrwa cały tydzień, może cały rok, może całe moje życie. Ale to nic, powiedziałem, ważne, że jestem wolny. Powiedziałem tak, jakby ta brzydka pogoda dawała mi prawo do wolności, której mi odmawiano.
W istocie resztką świadomości wiedziałem, że to Aldo i jeden z chłopców przenoszą mnie w kąt sali.
Słyszałem wrzawę; każdy usiłował głośno opowiedzieć, co widział i jaki był faktyczny przebieg zajścia. Chociaż nie patrzyłem na Ciglera, mogłem wyobrazić sobie jego twarz. Stał pewnie w środku grupy ze zdumieniem obserwując swoje ręce, które same z siebie działały szybko i skutecznie.
Słyszałem, jak Luka powiedział cicho:
- Nie trzeba było, Cigler... - Nie robiąc wymówek, jedynie konstatując fakt
- Zagalopowałem się. - Cigler wzruszył ramionami. Mam się może dać bić, co?
- Upił się. Mogłeś przecież markować - pieklił się nad moją głową Aldo, zdyszany, trzymając mnie pod pachę
- Tfu! - Cigler odwrócił się, jakby chciał splunąć.
Nie splunął, na tyle był cywilizowany.
Chłopcy śmieli się, otaczając Ciglera niczym bożyszcze.
Z daleka nie rozpoznawałem ich twarzy. Wszystko się kołysało. Wszystko było jedną jedyną twarzą, twarzą Ciglera, jedyną latarnią na szarym rozpaczliwym morzu. Jedyny beznadziejny sygnał dla zabłąkanych i osamotnionych statków.
Bez specjalnej delikatności ułożyli mnie na materacach w ruszy na rekwizyty. Aldo podłożył mi pod głowę parę starych rękawic i przykrył mnie moją marynarką. Poruszyłem głową i próbowałem otworzyć oczy. Potem usta.
żeby coś powiedzieć do Alda. Język miałem ciężki, wypełniał mi całe usta.
- śpij, Mogorze - rzekł Aldo łagodnie.
Łagodnie, ale jakby mówił do trupa. Wybaczył mi, ale wybaczył mi jak człowiekowi martwemu. I potem odszedł;
widziałem, jak jego szerokie bary, które przesłaniały mi ring, oddalają się krok po kroku, szedł niby na szubienicę. Dobry mój, pomyślałem.
- Słuchaj - wytężyłem wszystkie siły, chcąc go zatrzymać, by nie odszedł na zawsze - daj mi wina, prosze cię.
- Teraz nie powinieneś pić. Praktycznie jesteś znokautowany - rzekł Aldo nie zatrzymując się.
- Dajcie mi moją butlę - wezwałem pomocy, ale głos mój był słaby. Nie docierał nawet do Alda. I teraz, kiedy Aldo nie zatrzymał się, wydało mi się, że naprawdę jest mi ogromnie potrzebne. Że nie przetrzymam nawet sekundy, jeżeli się czegoś nie napiję. Wszystko minie po kilku dobrych pełnych łykach.
Cigler podszedł i popatrzył na mnie przymrużonymi oczyma. Przyszedł zobaczyć, czy mnie nie zabił. Byłaby to nieprzyjemna wpadka.
- Moja butelka - jęknąłem. - Pić mi się chce. Proszę.
Cigler odwrócił się bez słowa, chwycił oplecioną wikliną butelkę i trzasnął nią o ziemię tuż koło mojej twarzy.
Stał przez moment, rozmyślając o czymś z obrzydliwym wyrazem twarzy, a potem odszedł. Z ringu dochodził stuk kroków i głuche uderzenia rękawic.
Przesunąłem się bliżej. Wszystko mnie bolało. Czołgałem się milimetr po milimetrze. Złapałem wiklinowe ucho, przyciągnąłem butelkę i przechyliłem ją. Gęste ciepłe wino wlewało mi się do ust, przynosząc ukojenie. Poczułem, że zbliżam się do stanu nieważkości. Albo absolutnego pijaństwa. A może po prostu do śmierci.
Trzeba umrzeć porządnie, powiedziałem sobie i troskliwie ustawiłem butelkę za głową.
Lampy, pomyślałem. Są tak wysoko w górze.
I wtedy zasnąłem ze skrzyżowanymi na piersiach rękami.
Obudziła mnie cisza. Usiadłem i rozejrzałem się wokół.
W sali nie było nikogo. Jedyne oświetlenie stanowiła wysoka latarnia uliczna, która przez okna pod sufitem rzucała skośny promień chłodnego światła. Na dworze na pewno wiał zimny suchy wiatr.
- Do, stu tysięcy diabłów! - rzekłem do głębokiego zimnego echa. Spóźniłem się, przyszło mi do głowy, ale dokąd? Gdzież to się dzisiaj wypuściłem w świątecznym ubraniu, z butlą wina? I czy naprawdę gdzieś się sp6źniłem. Uczułem potworny ból głowy. To od wina i ciosów, przypomniałem sobie. Od dobrego wina, które wciąż jeszcze musi tu gdzieś być.
Szukałem po omacku koło siebie, uparcie, póki nie natrafiłem na butlę. Uśmiechnąłem się do niej w ciemności.
Moja wierna towarzyszko! Napiłem się dobrego wina, ale nie smakowało mi tak, jak można by się spodziewać.
Wstrząsnąłem się i trochę otrzeźwiałem.
Wtedy przyszło mi na myśl, że w sali naprawdę nikogo nie ma, że wszyscy poszli, wszyscy, nawet dozorca, i że jestem zamknięty.
Jak mogli o mnie zapomnieć?, zadawałem sobie pytanie.
Czy Aldo nie pamiętał, że jestem tutaj? Czy Luka nie spojrzał? Czy Ciglera nawet odrobinę nie dręczyło sumienie? I czy nawet tyle, nawet tyle nie jestem wart dla nikogo, nigdzie, nigdy? Jak mogli o mnie tak zwyczajnie zapomnieć?
Ale znałem wszystkie odpowiedzi. To była tylko odrobina retoryki dla uspokojenia sumienia. Mogłem sobie wyobrazić, jak wychodzą jeden za drugim udając, że są zajęci tym lub owym, unikając wspomnienia o mnie, zapoiminając cokolwiek powiedzieć dozorcy. I gdy widzą, jak dozorca gasi światło i zamyka na klucz drzwi, zapominają o mnie na zawsze. Ponieważ lepiej, bym dla nikogo z mch już nie istniał. Żywe memento.
Zapędziłem się z mojego posłania do drzwi sali, namacałem kontakt i zapaliłem światło. żółte, obrzydliwe, wiecznie to samo światło. Zacząłem jak szalony tłuc pięściami w drzwi, krzycząc:
- Otwórzcie, kurwa wasza mać! Chromolę was!
Wszystkich, wszystkich, wszystkich, dodałem w duchu.
Waliłem tak przez chwilę, jak ptak w klatce wspinałem się na drabinki próbując dosięgnąć jakiegoś okna, a potem zmęczyłem się i wreszcie zrezygnowałem z poszukiwania wyjścia. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Jakie w końcu byłoby wyjście? Dokąd mi się spieszy? Gdzie się spóźniłem?
Nigdzie, droga moja butlo, nigdzie się nie spóźnimy. Nikt na nas nie czeka. Nikomu nie jesteśmy potrzebni.
Jedynie sobie nawzajem. Bo i czymże byłbym bez ciebie?
Kto potrafiłby cię cenić i kochać, gdyby mnie nie było?
Jesteśmy jak para ślepców - wspomagamy się w niedoli.
Dzielimy dobro i zło. Najczęściej zło.
Piłem, a co, potem mogłem robić? Znowu piłem. Potrząsając butlą zorientowałem się, że wina zostało niewiele.
Trzeba trochę zachować na później, pomyślałem. Albo, powiedzmy, dla gości. Czym poczęstujemy, gdy ktoś wstąpi? Winem oczywiście. Tylko trzeba go trochę zostawić. Wstałem, nieznacznie tylko się zataczając, i obszedem swoje nowe królestwo. Puste i zimne królestwo. Gdzie wśr6d tak pokornych poddanych król-bokser znajdzie przeciwnika? - pytam (a przeciwnik był tutaj, na pewno).
Spacerowałem tak przez czas jakiś wymachując butlą, zaglądając do kątów nowej ojczyzny. Koło mnie, poza mną, a potem przede mną ślizgał się mój cień. Wydłużał się, zwijał, załamywał, kurczył, wykrzywiał jak chora żmija.
Chciałem poprowadzić z nim banalną konwersację, zawrzeć przyjaźń: butla, cień i ja, jak gdybyśmy tu przybyli prosto z teatru cieni. Otworzyłem usta, by wyrazić mu swoje współczucie.
Ale, na miły Bóg, to już nie był mój cień! To nie mój cień, ludzie! Jakim cudem mógłby nim być? I czy to jestem ja? Spójrzcie tylko na to ubranie, na te ręce, tę postawę - czyż to jestem ja? Czy to mogę być ja? Jeszcze nie jest za późno. Zrzuć z siebie cudze ubranie, cudzy cień, cudze życie - wróć.
I naprawdę zrzuciłem z siebie jasnoszarą marynarkę, która nie pasuje już do tych ramion, tego torsu, rzuciłem na ziemię białą koszulę, która pachnie mięczakiem, perfumowanym pokojem i sztucznością, obnażyłem się do pasa. Korygujac postawę. I już w ogóle nie miałem cienia - byłem sobą (ale przeciwnik wciąż jeszcze był tutaj).
Wziąłem stare rękawice, kt6re służyły mi za poduszkę, i włożyłem je. Lewą łatwo udało mi się zawiązać, ale z prawą poszło gorzej.
- Słodkie moje małe łapki - powiedziałem do rękawic. Przytknąłem je do twarzy, by poczuć ten zapach skóry, by dotknąć tej ciężkiej miękkości, jaką posiada jedynie żywe ciało.
- Sierotki moje - dodałem potem jak w poezji ludowej, przypomniawszy sobie, kto je nosi. I łyknęliśmy jeszcze trochę wina, przechylając butlę. Gęste złote wino wylewało mi się z ust i poiło, także moje rękawice.
"Pół sam pije, pół Szaracowi daje." * Dzielimy dobro i zło. Zwłaszcza zło.
Bowiem człowiek, który raz pokocha strzelbę lub górę, samochód lub rzekę, kota czy psa, już ich nie zostawi.
Jeśli coś go od nich oddzieli, oddzieli go od samego siebie.
Jeżeli sam od nich ucieka, nie opuszczają go. Prześladuja go w snach, w niespodziewanym zatrzymaniu się czasu i zdarzeń. Pojawiają się nieoczekiwanie pod postacią jakiegoś innego uczucia, w przypływie jakiejś innej tkliwości. I człowiek nagle przestaje się śmiać - zdumiony, porażony przeszłością, świadomy, że o tamtym bólu nigdy nie można zapomnieć. Że nigdy więcej nie może już mieć tamtego konia, ale i żadnego innego, bo każdy będzie częściowo tamtym. Częściowo tamtym, częściowo innym. Żadnym.
I leżąc na wznak pod jakimś drzewem, wpatrujac się w dojrzałą letnią gałąź przypomni sobie drzewo, pod którym leżal przed początkiem czasu, i oba drzewa staną się jednym, i wszystko będzie jedną miłością, wszystko będzie pierwszą miłością - nie ma nowej miłości.
* z jugosłowiańskiej poezji ludowej, Szarac to imię konia legendarnego królewicza Marka.
Nie ma nowego drzewa.
Stąd wiemy, że bez tamtej miłości czas nie upływał.
Wszystko się zatrzymało. A chwila, od której już nic sie nie dzieje, umknęła naszej uwadze. Nie wiemy nawet, jak to dokładnie było - jasne jest dla nas jedynie, że jej intensywność była daleko większa od czegokolwiek, co moglibyśmy osiągnąć teraz.
I zaczyna się człowiekowi wydawać, że teraz wszystko powróci, w tym momencie; czuje w sobie narastająca intensywność chwili, pełen jest błogiego przeczucia spełnienia, czuje się bardziej gotowy niż kiedykolwiek, by przyjąć tamtą chwilę, zdolniejszy niż kiedykolwiek, by ją wykorzystać.
Ale chwila rozpływa się, zanim krew osiągnie temperature wrzenia, ciało stygnie jak ciało trupa, staje się coraz zimniejsze, a starczo drżące ręce przekłuwają już pęknięty balon. Boże, nie daj mi wytrzeźwieć!
- Sierotki moje - znowu powiedziałem do rękawic i poglaskalem je jak kota. Będziemy dzielić dobro i zło.
Prawie zawsze zło. Teraz niewątpliwie zło. Im dalej, tym gorzej.
Ale nadzieja wciąż jeszcze we mnie płonęła. Rozjuszony chodziłem po swym królestwie szukając przeciwnika, ofiary , na której bym udowodnił, że to wszystko nieprawda, że dla nas wszystkich wciąż jeszcze istnieje ratunek. Ale kogoś jeszcze musiała tu zaskoczyć noc. I dojrzałem go. Idealnego przeciwnika. Rozpięta jak Chrystus na dwóch elastycznych taśmach, przymocowanych do stropu i podłogi, wisiała obła, pulchna gruszka, gotowa na rzeź. Baran ofiarny, który jest tu tylko po to, by raz jeszcze udowodnić przewagę zniedołężniałego króla.
Poczułem się lekki jak piórko, znowu młody, podniecony bliskością walki. Wszedłem na wyimaginowany ring, rozchmurzony, wypinając dumnie pierś, trochę chełpliwy, pewny siebie jak wesoły zabijaka karczemny, który ma wszystko w nosie. Z radosnym reklamowym uśmiechem kłaniając się na wszystkie strony trybunom, które huczały wrzawą, wznosząc złączone ręce ponad głową, obracając się na wszystkie cztery strony świata. Bez najmniejszego cienia lęku przed walką, która mnie czeka.
Bij! - zakrzyknęły trybuny. Bij! - zakrzyknęła we mnie cała ukryta nienawiść, cała wściekłość, cała siła mściciela. Bij! - zapiszczała histerycznie nadzieja, że wszystko będzie lepiej, że to jest ta chwila, od której wszystko się zmieni.
- Wreszcie cię mam! - zasyczałem w twarz wiecznemu nieprzyjacielowi i zamachnąłem się.
Waliłem w gruszkę, worek ze skóry i trocin, z duszą martwego przedmiotu, pełną nienawiści do mnie, nienawiści, jaką żywić może jedynie martwy przedmiot. Waliłem tak, tańcząc wokół niej, wykonując szkolne figury mając absolutną przewagę. Najpierw wychodzę lewą, mały unik, przerzucam się na prawą, a potem obydwiema rękami na zmianę huraganowy atak, który uniemożliwia przeciwnikowi przejęcie inicjatywy, ścigam go serią aż do bandy, nagle się zatrzymuję, odpieram jego cios i wtedy serwuję mu straszny sierpowy. Od którego się pada.
- To za Krżljaka! - powiedziałem i uderzyłem.
- To za Alda! - powiedziałem i uderzyłem.
- A to za świętej pamięci doin Tomę! - powiedziałem, gromadząc w sobie całą gorycz i słodycz bliskiej zemsty za wszystkie niesprawiedliwości, całą siłę wszystkich niezadanych ciosów. Zamachnąłem się i trafiłem. Uczułem zadowolenie z dokładnie wymierzonego i pewnego uderzenia.
Ale przeciwnik nie padł. To był przeciwnik, który nigdy nie pada.
- To za samego P. D. Mogorovicia, króla ringu na wygnaniu - powiedziałem i bez wytchnienia ruszyłem do nowego ataku. Nic nie mogło mi się oprzeć.
Nic, prócz tego nieżywego, nieczułego. worka trocin.
I moje własne ciosy dalej zwracały się przeciwko mnie.
Każde moje zwycięstwo było moją klęską, każda ofensywa - defensywą. Moja własna siła walczyła przeciwko mnie.
Gdyby przede mną był Joe Louis, słabiej byłbym go tłukł niż tę głupią gruszkę - worek mojej własnej krwi i mięsa. Ach, jakże dobrze mnie znał, jak świetnie odgadywał każdy zamierzony gest. Nie byłem w stanie przewidzieć ruchu własnego ciała. Mojego ciała, które oto ostatecznie mnie pokona.
I wtedy poczułem, że mam wszystkiego dosyć. Dość miałem zemsty i walki, ciosów i uników, zwycięstw i klęsk. Usiadłem pijany na ziemi, oparłem się plecami o drabinki, nie zdejmując rękawic, goły do pasa, rozluźniłem mięśnie jak joga, jak joga wpatrzyłem się w swoje brudne palce u nóg. Siedziałem tak przez jakiś czas, dopóki niejasne plamy snu nie zaczęły mi się rozpływać przed oczyma.
Ale i plamy miały kolor szarej, zimnej, ogromnej, teraz już pustej sali gimnastycznej, oświetlonej brudnożółtymi żarówkami. Sny więźnia były takie same jak jego więzienie.
I kiedy wreszcie stwierdziłem, że nie ma różnicy między snem a jawą, wstałem zataczając się, zębami rozwiązałem rękawice, dowlokłem się do legowiska, uniosłem z jednej strony rozesłaną celtę, wcisnąłem się pod nią i skuliłem na materacach jak chory pies. Kurz piekł mnie w nosie, skrzypiał w zębach. Miałem wrażenie, że wszystko wokół mnie jest brudne, że sam jestem brudny. Nie miałem odwagi poruszyć się, by niepotrzebnie nie wzniecać kurzu. Poczułem ból tamtych uderzeń. Przygotowałem się, aby czujnie powitać nieprzyjazny świt.