OPOWIADANIE PIERWSZE
OGRÓD SŁOWIKÓW
Przybyliśmy do tego miasta z końcem maja czy też z początkiem czerwca, nie pamiętam już dokładnie, ale nastały właśnie upały i morze zrobiło się wystarczająco ciepłe dla amatorów kąpieli. Było to nieduże miasto, które przed wojną należało do Włoch, toteż wielu Włochów po wojnie przeniosło się do swego kraju pozostawiając opustoszałe domostwa. W starej części miasta stały ziejące pustką domy, trzepotały otwartymi na oścież drzwiami, straszyły mrokiem i niszczały pod ciosami południowego wiatru jugo. Długi czas nikt nie wiedział, co począć z tymi domami.
W nowej części miasta panował kryzys mieszkaniowy i ludzie napływający tu z okolicznych wsi tłoczyli się w izdebkach i ciasnych mieszkaniach, po kilka rodzin w jednym. Czy działo się tak dlatego, że w ludziach wciąż jeszcze tkwiło zakorzenione od dawna przekonanie, iż stara, szlachecka część należy do Włochów, a nowa do Chorwatów, i ten narodowy podział pozostał w podświadomości nawet teraz, kiedy w starej części mieszkało wszystkiego z dziesięć rodzin włoskich, czy też po prostu dlatego że w starej części nie istniała kanalizacja ani wodociągi - nie wiem. Ja bowiem, z właściwym sobie aspołecznym poglądem na życie, rozkoszowałem się upiornym i opustoszałym splotem uliczek, po których błąkały się syte tłuste koty i od czasu do czasu jakaś przeraźliwie czarna kobieta.
Pewnego dnia wszyscy jakby nagle zrozumieli, że nie można dopuścić, by stare miasto uległo zniszczeniu, zaczęto mówić, że przekształcone zostanie w szereg komfortowych mieszkań lub w jeden olbrzymi hotel.
Stare miasto niegdyś otoczone było murami i nim mieszkańcy zdecydowali się na wyjście poza obręb potężnych kamiennych umocnień i stworzenie nowej osady, zbudowali, trochę z potrzeby, a trochę shą bezwładu, ile tylko się dało w obrębie murów. w ten oto sposób powstała w wąskich uliczkach owa gęsta, zwarta i mało przejrzysta sieć domów o wysoko sklepionych bramach.
Domy przechodziły jeden w drugi, rozszerzały się, zwężały, wkraczały na sąsiednie fundamenty i oskrzydlały sąsiednie dachy, przystosowując się do wymogów przestrzeni, której z biegiem lat robiło się coraz mniej. Domy wspierały się wzajemnie, wypełniały najmniejszy nawet skrawek wolnej przestrzeni. A kiedy już całą przestrzeń wykorzystano, domy wyrastały jedne na drugich, nie dotykając ziemi, a wysokie kominy i faliste dachy przecinały płaszczyznę nieba. Miasto w istocie stanowiło organiczną całość i niezmiernie trudno byłoby wytyczyć granice pomiędzy domami. Całe miasto stało się jednym niepodzielnym domem.
Ale, rzecz jasna, hotel nie mógł powstać, ponieważ nikt nie czuł się na siłach radykalnie rozstrzygnąć sprawy własności prywatnej, a prócz tego, jak wykazały obliczenia, wanny i muszle klozetowe były zbyt drogie. Jednym słowem, kiedy stwierdzono, że stare miasto nie może mieć wartości ekonomicznej, odkryto, że posiada wartość historyczną. Ale gdy mimo to nie dało się nic zrobić dla jego uratowania, domy zaoferowano artystom, by uczynili z nich pracownie lub letnie rezydencje.
Nie muszę mówić, ile ludzi w całym kraju odkryło nagle, że posiada talent. Dzięki temu w starym mieście zamieszkała niezwykle barwna kolonia: od ekscentrycznych maniaków, którzy byli głęboko przekonani o swojej misji artystycznej i z fanatycznym uporem pracowali w zamkniętych pomieszczeniach od świtu do nocy, aż po solidnych brzuchatych rzemieślników z wielkich miast, pewnych, że zrobili świetny interes. Od starych malarzy, którzy stracili już wszelką nadzieję, że ktoś będzie kupować ich obrazy i doceni ich kunszt, po młodych awanturników i snobów, którym imponowało, że obracają się w kręgach artystycznych. Od ludzi, którzy chcieli po prostu taniej spędzić swój piętnastodniowy urlop (bo będą mogli zjechać z całą rodziną i gotować we własnej kuchni) po tych niepozornych i bezbarwnych osobników, którzy znaleźli się tutaj nie wiadomo skąd, bez jakiejś szczerej chęci i woli, i których spotykało się po dwadzieścia razy na dzień, a nikt nie wiedział, co robią, czym się zajmują, po co tu są. Muszę wykorzystać tę okazję, by powiedzieć, jak niezmiernie miłe, na swój sposób, było to miasto. Morze bowiem i jemu, podobnie jak innym miastom na wybrzeżu, życzliwie ofiarowywało swoje uroki.
Ciuk, Beba i ja przybyliśmy do tego: miasta, by urządzić dom Ciuka. Ciuk wynajął go gdzieś wczesną wiosną, wrócił do Zagrzebia, by sprzedać jakieś obrazy i zarobić parę groszy, a teraz ponownie wrócił, chcąc wyremontować dom, aby jego ogior:ttne i barwne towarzystwo miało gdzie , hulać przez całe lato. Ciuk był jakimś tam malarzem. Co robiła Beba w naszym towarzystwie, po dziś dzień jest dla mnie zagadką. Tego popołudnia, kiedy umawialiśmy się z Ciukiem, że pojedziemy razem remontować dom, Beba złożyła mi przyjacielską wizytę i naturalnym trybem rzeczy stała się niezastąpionym członkiem naszego towarzystwa remontowego z o. o. Zresztą coś tam studiowała, medycynę czy coś w tym rodzaju.
Dom Ciuka był położony nad samym brzegiem i dokładnie na wprost okien w dole okropnie śmierdziały miejskie ścieki. Remont rozpoczął się od tego, że odkryliśmy , iż w knajpie odda'ionej o j akies . dwieście kroków mają wspaniałe wino. Kupiliśmy miotłę, dwa litry wina i wodę sodową. Napiliśmy się, zostawiliśmy Bebę, żeby pozamiatała, i poszliśmy na stację po rzeczy , które przyjechały tym samym pociągiem.
Dom był stosunkowo duży. cztery pokoje na trzech piętrach, kuchnia, piwnica i strych. Pragnienie jak najszybszej adaptacji w nowej ojczyźnie wyrażało się tym, że piwnicę bez przerwy nazywaliśmy dziurą, chociaż asocjacje Beby Na sam dźwięk tego słowa były całkowicie błędne. Stwierdziliśmy, że sprzątanie całego domu staJnowiłoby zbyt wielki wysiłek, i postanowiliśmy zaniechać dalszych porządków, ponieważ i tak przy remoncie zrobi się bałagan, będziemy więc spać wszyscy w jednym pokoju aż do odwołania. Nadmuchaliśmy gumowe materace, wypakowaliśmy walizki i naczynia ze skrzynki, która przyjechała pociągiem, wbiliśmy kilka gwoździ w ściany i ład domowy został zaprowadzony. Ciuk już pierwszego dnia upierał się, że musi porozmawiać z jakimś malarzem pokojowym i elektrykiem. To, rzecz jasna, nastąpiło dużo później.
Pierwsza noc minęła bez większych ekscesów (bez których później nigdy się nie obeszło), tylko Beba, wbrew oczywistej prawdzie, twierdziła, jakoby dostała najgorszy materac, co dokumentuje nasze niedżentelmeńskie zachowanie się, i z pijackim uporem chciała przejść do Ciuka, ale on kategorycznie odmówił.
Rano Beba opowiadała cuda o tym, że przez całą noc nie zmrużyła oka z powodu szczurów, które hałrasowały, a od czasu do czasu nawet przebiegały po niej. Ciuk był śmiertelnie obrażony i twierdził, że w takimn domu nie może być szczurów. Zwyczajnie, nie może być, i już. Są wprawdzie pająki, ale pająki to czyste i spokojne stworzenia, które nikomu jeszcze tak nie dojadły jak Beba jemu, Ciukowi. Tak zrodziło się uczucie szczególnej dumy z naszego domu - niczym wzniesiony sztandar lokalnego patriotyzmu - i niepomni na wszystko, co poprzedniego dnia wydawało się nam najważniejsze na świecie, niepostrzeżenie znaleźliśmy się w ciasnym świecie słońca, rnorza i starego zapomnianego miasta.
Ciuk szybko poznał mnie z niezliczoną czeredą artystycznych typów, wiodących hulaszczy tryb życia i udających cyganerię. w poszukiwaniu malarza pokojowego, który mógłby tanio i w krótkim czasie odnowić wnętrze domu, wstąpiliśmy do kilku znanych miejskich traktierni, gdzie powitano Ciuka jak starego przyjaciela. Podobnie jak ma1arze artyści czy malarze pokojowi, popadłem w stan kilkudniowego pijaństwa, które wywołało we mnie błogie uczucie pojednania, dobroci, tolerancji i dobrego humoru z domieszką sentymentalizmu; uczucie, jakie mnie zawsze ogarnia, gdy jestem nad morzem, piję i nie mam zmartwień.
No i proszę, gdy tylko zaczynam mówić o morzu, staję się sentymentalny. Morze dla mnie zawsze było czymś w rodzaju ogromnej kobiety. W miastach i gdzie indziej morze wspominałem zawsze tak, jak inni wspominają swoją pierwszą miłość. Jeszcze dziś zanurzenie się w ciepłej i łagodnej wodzie wydaje mi się szczytem rozkoszy cielesnej, jakbym przeżywał orgazm z tęgą, lecz zarazem łagodna c i zakochaną kobietą. Chyba, dlatego że morze jest moja c ojczyzną, od której za wcześnie oderwałem się wyruszając w szeroki obcy świat, gdzie teraz upływa większa część mego życia. I chyba dlatego od czasu do czasu czuje jakąś nienawiść do samego siebie, z nadejściem wiosny, gdy miną miejska jesień i zima, płaszcze i parasole, zimni i obcy ludzie. Zimne i obce mieszkania, gdy skończą się próżna i bezowocna praca, deszczowy smutek na ulicach i królewski smutek w barach, czuję, że muszę odejść. Ale może dzieje się tak jedynie dlatego, że ogrom morza przyciąga każdego człowieka.
Także tego roku, jak i w latach minionych, czułem się nad morzem jak szczęśliwy kochanek, który noc całą spędził w ramionach kobiety mogącej nim całkowicie owładnąć i dać mu pełnię rozkoszy. Byłem wspaniałomyślny i tolerancyjny, rozmawiałem z ludźmi, lubiłem sąsiadów i przechodniów, ani razu nie pokłóciłem się z ke1nerami w kawiarni, byłem łagodnym i uśmiechniętym, pogodnym obserwatorem słonecznego miejsca, w jakim żyłem. Po prostu o wszystkim zapomniałem i bez reszty pogrążyłem się w teraźniejszości.
Jadaliśmy w małej brudnej restauracji, gdzie podawano doskonała rybę, piliśmy dobre wino, włóczyliśmy się leniwie po rozprażonych ulicach i z wyciągniętymi nogami siadaliśmy ina piazza przed kawiarnią, zasłaniając się od słońca. Rozmawialiśmy z pijanymi malarzami; gdy spotkaliśmy ich wieczorem, mieli jeszcze w rękach kawałek chleba kupiony rano na śniadanie. Sprzeczaliśmy się z malarzami pokojowymi, aby wprowadzili w czyn zwariowane pomysły Ciuka. Było ich dwóch i żaden nie znał dobrze chorwackiego. Żaden nie miał z tego powodu kompleksu niższości, jako że i włoskiego nie znali lepiej. Jeden po całych dniach śpiewał arie operowe, co Ciuka okropnie denerwowało, drugi bez przerwy mówił, że trzeba lcupić come si dice * to, come si dice tamto:. Tłumaczyliśmy mu po włosku, że questo colore ** nie ma w sklepie i wszystko jedno, niech już będzie giallo *** , skoro nie może być nic innego, ale on i tak robił wszystko na odwrót
Ze względu na malowanie musieliśmy się wynieść z pokoju, w którym spaliśmy. Kiedy podnieśliśmy żelazną siatkę, na podłodze w pyle i wapnie pozostał głęboki ślad.
Przeniosły się z nami dwie butelki na wino i dwulitrowy ciężki syfon, które ustawiliśmy na nowych kopczykach tynku pomieszalnego z kurzem.
Obchodziliśmy wszystkie plaże szukając ładnych dziewczyn, czasami znajdowaliśmy je i włóczyliśmy się parami po ogromnym lesie, który zaczynał się tuż nad brzegiem morza. Beba od czasu do czasu bywała zazdrosna o Ciuka, ale znalazła jakiegoś Francuza, który dwa czy trzy dni bawił swoim jachtem w porcie. Na jachcie niezgorzej popijaliśmy. Francuz niewątpliwie był jednym z tych, co to daleko więcej historii i geografii nauczyli się z kieliszka wina niż z muzeów i zabytków.
* jak to się mówi (wł.)
** tego koloru (wł.)
*** żółty (wł.)
Ciuk i ja usiłowaliśmy mu wyjaśnić, że powinien z tego stworzyć swoją własną filozofię, zamiast się wstydzić, lecz nie wiem, czy się nam to całkowicie powiodło. Francuz był niezwykle szarmancki, jakim zresztą musi być Francuz, a Ciuka szczególnie oczarowało to, że nie miał pojęcia o malarstwie. Beba powiedziała, że ma brzydką żonę, ale nie należało tego traktować poważnie.
Z dziewczynami albo bez dziewczyn obeszliśmy ogromne przepiękne lasy wokół miasta. Obydwaj brudni, w brudnych niebieskich roboczych teksasach i brudnych marynarskich koszulkach, beztrosko włóczyliśmy się kąpiąc się nago w ustronnych zatoczkach, wkładając ubranie na mokrą skórę i kontynuując włóczęgę. Nie zmieniając ubrania graliśmy w treszety*, naprawialiśmy schody w domu, malowaliśmy freski na ścianach naszych pokoi, a wieczorem tańczyliśmy przed hotelem lub na tarasie albo na wyspie za miastem czy też w hali jakiejś fabryki, gdzie pracowało bardzo dużo kobiet. Beba rano krytycznie spoglądała na kolana naszych spodni i nasze buty. Twierdziła, że zdarte czubki butów nigdy jeszcze nie umknęły uwadze doświadczonego ojca.
Prawie nigdy nie bywaliśmy trzeźwi i bardzo mało sypialiśmy. Przychodziliśmy do domu po drugiej, a o świcie budzili nas malarze pokojowi. Oczywiście cała ich praca była najzwyklejszym nabieraniem, ponieważ mimo że rano przychodzili punktualnie, w ciągu dnia nigdy nie mogliśmy ich zastać, gdy ktoś z nas przypadkiem wstąpił do domu. Cały dzień uśmiechaliśmy się błogo zza mglistej zasłony pijaństwa i niewyspania. Malarze pokojowi byli naszymi braćmi, a miasto naszym przyjacielem. Wydawało się, że możemy żyć bez przygód.
* Gra w karty rozpowszechniona na wybrzeżu Adriatyku, podobna do brydża.
Tymczasem w dwa tygodnie po naszym przybyciu przyjechał do Beby jakiś krewny, który pędził bardzo solidny tryb życia i był, jak powiedziała Beba, łącznikiem z całą jej dalszą rodziną; taki ulubieniec wszystkich ciotek, porządny chłopak, który otrzymuje dobre oceny na studiach, nie pali, nie pije i w ogóle zachowuje się wzorowo'. Bebie, rzecz jasna, nie było na rękę zaprezentowanie się mu w naszym towarzystwie., ze względu na ewentualną denuncjację i skandal rodziny, więc pod pretekstem, że przeszkadza jej kurz i brud w domu, przeniosła się do hotelu. Czy udało jej się zwieść solidnego krewniaka, nie wiem.
Nieustające pijaństwo całkiem nas wykończyło, wino nam obrzydło., a bezmyślne i afektowane rozmowy z artystycznymi typami do cna się wyczerpały. Malarze z bohemy mówili same głupstwa, źle znosili a.lkohol, nie umieli tańczyć, nie 2Jnali nikogo z miejscowych, a większość nie potrafiła malować i nie miała pojęcia o malarstwie. Ciuk i ja w zasadzie trzymaliśmy się razem, lecz wkrótce zaczęły się drobne kłótnie i sprzeczki; ponieważ nie mieliśmy komu dokuczać, musieliśmy dokuczać sobie nawzajem.
Leniwie wylegiwaliśmy się całymi rankami na pustej plaży, po której ledwie czasami przechodził malarz w czarnym swetrze z golfem, niosący sztalugi, lub Słowenka z dwojgiem czy trojgiem dzieci i, rzadko, jakiś wysportowany wałkoń, który proponował partię kart czy ping-ponga w hotelu.
Wszystkie te rozrywki już się nam znudziły. Wiedzieliśmy, że malarze zmierzają w kierunku pobliskiego, sosnowego lasku, by zdrzemnąć się w cieniu Il1a miękkim posłaniu z igliwia, że tylko, przygotowują i składają kasety z farbami i pędzle. Słowenki były na ogół stare i otyłe, czerwone na twarzy, pozostawały w cieniu i podnosiły wrzask, gdy któryś ze szkrabów ruszył w stronę morza.
Wrzaski strasznie działały nam na nerwy. Poza tym zwykle były to turystki, które przyjechały ze Słowenii samochodem tylko na dzień czy dwa, a pięćset metrów dalej znajdował się ich mąż, tłusty i brudny, w kombinezonie mechanika, leżący pod samochodem rozklekotanym na złych drogach.
I próżniacy nas denerwowali. Byli to zawodowi podrywacze cudzoziemek, którzy już na długo przed sezonem chodzili w slipach, by opalić się na brąz, i kokietowali farbowanymi wąsikami i napiętymi bicepsami. Oczywiście człowiek nie może brać im za złe ich rzemiosła, coś trzeba robić, ale niestety, czasami trudno ścierpieć pewne cechy, jakie profesja wyrabia w człowieku. Straszliwie im się nudziło i przykro było obserwować, jak marnują swój niewyżyty urok. Miotali kamieniami jak kulą, nie bardzo daleko, ale stylowo. Grali w karty bez zainteresowania, a w ping-ponga wręcz okropnie, ale z gestami i postawą graczy światowej klasy.
Nastąpiło znaczne ożywienie, gdy do pięknego sosnowego lasu, znajdującego się tuż przy plaży, przybyło sto osiemdziesięcioro pełnokrwistych Niemców, w różnym wieku i różnym odzieniu. W lesie w ciągu dwóch dni wyrosły zielone, żółte i czerwone namio,ty i na plaży zaroiło się od barwnych płaszczy kąpielowych. Tego ranka kilku naszych pięknisiów ożywiło się. Jeden popędził do miasta i wrócił z gitarą, którą odtąd stale nosił niedbale przerzuconą przez ramię, chociaż nigdy nie okazał najmniejszej chęci do, grania. Pięknisie zmieszali się z grupą Niemek w wieku od czterdziestu do sześćdziesięciu lat, pokazywali swe śnieżnej białości zęby i przy akompaniamencie westchnień i komplementów dopytywali się o ceny aparatów fotograficznych i zegarków.
Któregoś dnia Ciuk poderwał się z wyrazem obrzydzenia na twarzy i dramatycznie machnąwszy ręką powiedział:
- Nie, to nie jest Rio de Janeiro.
Odeszliśmy zatem, w naszej knajpie zjedliśmy na obiad skumbrie z rusztu, wypiliśmy dwa litry wina i zadecydowaliśmy, że po południu ruszamy na Złote Wybrzeże. Złotym Wybrzeżem nazywano półwysep oddalony od miasta o jakieś pięć czy sześć kilometrów, gdzie znajdowała się restauracja i taras. Było to ulubione miejsce dansingowe całej okolicy. Nie było tam szczególnie pięknie, ale prócz malarzy i Niemców można było spotkać również i ludzkie istoty.
Trochę zawiani kroczyliśmy drogą wzdłuż morza. Było bardzo gorąco, ani skrawka cienia, ponieważ cyprysy po obu stronach drogi były zbyt smukłe i śmigłe. Bardzo wysokie. Bardzo romantyczne. Co było dogodne dla profesjonalnych bywalców Złotego Wybrzeża. Lecz my, pijani i rozgrzani, musieliśmy zboczyć z romantycznej drogi i zejść po kamieniach na brzeg, aby się wykąpać. Tam ich poznaliśmy. Tam poznałem Gertę.
W tej części plaży tylko jedno miejsce nadawało się do kąpieli. Była to mała zatoczka otoczona niskimi gładkimi głazami. Za tymi głazami stromo wznosiła się wysoka biała skała, na skale cyprysy , a za nimi niewidoczna droga.
z drogi nie można było dostrzec zatoczki, ale z zatoczki świetnie widać było otwarte morze, ku któremu zmierzało zachodzące słońce. Wszystko w tej zatoczce olśniewało bielą kamienie, skały za nami i pełne drobnego żwiru dno. W zatoczce było ich troje.
Może nawet nie zeszlibyśmy w dół, gdybyśmy ich wcześniej zauważyli, ale już było za późno. Były tam dwie kobiety i mężczyzna. Jedna z kobiet miała bikini, które zsunęła, wystawiając się na słońce. Gdy spostrzegła, że się zbliżamy, szybko poprawiła kostium i przyczesała włosy trochę oszołomiona słonecznym żarem. Na chwilę zapanowało zmieszanie i niezdecydowanie, a potem Ciuk zaczął energicznie ściągać ubranie, jakby myślał: nie można pozwolić, by jacyś intruzi tu nam przeszkadzali. Ja też byłem tego zdania.
Przez jakiś czas dawaliśmy bezpłatny pokaz naszego kunsztu pływackiego, otrzeźwieliśmy, wyszliśmy otrząsając się jak mokre psy i położyliśmy się na białych, rozgrzanych płaskich kamieniach, a kamienie i słońce oplotły nas swymi ciepłymi ramionami, uspokoiły, złagodziły naszą surowość, czyniąc z nas dwa leniwe zwierzęta, zadowolone, syte i ciepłe.
Obserwowaliśmy trochę naszych sąsiadów. Jedna z kobiet była ładna, bardzo ładna. To znaczy była ładna w porównaniu ze swoją przyjaciółką czy na tle innych kobiet w tym mieście, ale nie powiedziałbym, że była ładna w jakiś szczególnie widoczny sposób. Wszystko trzeba zawsze oceniać w konkretnej sytuacji. Nosiła okulary, miała niebieskie oczy, ciemnoblond włosy, smukłe, jędrne, dość ciemne ciało i pewien wdzięk w ruchach. Wyglądała na Niemkę. Na ładną Niemkę - dla odróżnienia, ta druga na przykład była typową Niemką.
Ciuk i ja przywołaliśmy na twarze nasze odświętne uśmiechy i od razu staliśmy się świadomi skomplikowanej sytuacji. Było jasne, że nasze fluidy koncentrowały się na tej ładniejszej, a to oczywiście prędzej czy później stanie się powodem niezadowolenia w obydwu obozach.
Mężczyzna który był z nimi, uświadomił sobie w pełni własną niższość, ale szybko przyszedł do siebie i rozgadał się. Miał nieprzyjemny sposób mówienia i w ogóle był jakiś blady i bez wyrazu. Podczas jego wspaniałej podniosłej tyrady panie okazywały raczej mniej intelektualne zainteresowania, zerkając chciwie w naszą stronę.
- Miejmy nadzieję, że to nie Szwabki - odezwałem się do Ciuka.
- Nie łudź się, Szwabki! - Ciuk śmiał się z całej duszy.
l doprawdy, to były Niemki. Naciągnęły czepki kąpielowe i weszły do wody, witając piskiem przyjemny chłód.
Ciuk i ja podnieśliśmy się, jakby podrzuciła nas ta sama sprężyna. Popłynąłem za tą ładniejszą. Ciuk stanął na kamieniu, jakby chciał skoczyć do wody, ale w ostatniej chwili zadecydował, że jest za chłodno, i pozostał na brzegu niczym pomnik, przeciągając się leniwie.
- Seehund!*"- krzyknął. - Pass auf!**.
* foka (niem.)
** Uwaga (niem.)
Niemka uśmiechnęła się i płynęła dalej ku otwartemu morzu. Nurkowałem i wypływałem jak rekin. Raz nawet zaszczekałem. To ją tak rozśmieszyło, że zachłysnęła się i niemal zaczęła tonąć: Oczywiście pomoc nadeszła w odpowiedniej chwili. Rozdziawiłem usta, jakbym chciał ją zjeść, tak jak rozwiera paszczę prawdziwy rekin.
Krztusząc się i dławiąc powiedziała po niemiecku coś, co znaczyło mniej więcej: "Proszę mnie nie rozśmieszać, bo się utopię..." i: "Zresztą nie mówi się Seehund, lecz Haifisch *..." i znowu: "Utopię się ze śmiechu..." Słyszałem to, dobrze to słyszałem... dźwięk... akcent... słowa. Naraz odechciało mi się śmiać. Raptem sytuacja straciła dla mnie cały urok. Skrzywiłem się i nagle z jakąś antypatią popatrzyłem na jej wpółprzestraszoną, wpółuśmiechniętą twarz i te krótkowzroczne niebieskie oczy, trochę zaczerwienione od soli.
- Czy mówi pani po angielsku? - zapytałem spokojnie, podtrzymując ją. Okazało się, że mówi i że mówi dobrze. To już lepiej. Płynęliśmy do brzegu rozmawiając.
Nazywała się Gerta i w żaden sposób nie mogła zrozumieć, że my, to znaczy Ciuk i ja, zostaniemy w tym mieście aż do jesieni. Ona miała tu być jeszcze tylko dziesięć dni. Pracowała w dziale rozmów międzynarodowych centrali telefonicznej w Kolonii, a jednocześnie studiowała.
Zapomniałem co. Zapomniałem już wiele rzeczy. Gerta.
Na brzegu nastąpiła ogólna prezentacja. Ciuk spostrzegł, o co chodzi, i zdecydował się na tę drugą, zgodnie z zasadą koleżeńskiej loja1ności. Ta druga nazywała się Elza.
* rekin (niem.)
- Twórca rękodzieła ludowego, jakie sprzedaje się turystom - przedstawił się Ciuk. To niepotrzebnie wyjaśniło pochodzenie kolorowych plam na jego marynarskiej koszulce. - Można by więc powiedzieć, że reprezentuję lud.
Mężczyzna, który doprowadził nasze Niemki do lwiej paszczy, był zupełnie blady i niemal przezroczysty. - Pan pewnie cierpi na jakąś ciężką wewnętrzną chorobę ~ powiedział dobrodusznie Ciuk. - Dobre byłoby dla pana górskie powietrze.
Bladolicy nazywał się Robert. Żaden jeszcze Robert, jakiego znałem w swym krótkim i nie nazbyt bujnym żywocie, nie grzeszył poczuciem humoru. A może po niemiecku dowcipy tracą jakikolwiek sens.
Robert nam wyjaśnił, że faktycznie był ciężko chory przed dwoma laty na zapalenie płuc czy coś podobnego, ale teraz jest zdrowy, zupełnie zdrowy i dziękuje za troskliwość. Ciuk otworzył już usta chcąc coś powiedzieć, ale kiedy zauważył, że Gerta i Elza o czymś szepczą i nie słuchają, machnął tylko ręką.
- Pan rozumie po niemiecku - powiedziała Gerta. Widziałam, jak pan się śmiał. Dlaczego pan nic nie Nie odpowiedziałem. Ciuk z wolna odwrócił się ku nam i niezwykle flegmatycznie i powściągliwie wyrecytował po niemiecku:
- Boi się, żeby nie zdeformować sobie jamy ustnej. On, wiecie, jest wirtuozem w grze na harmonijce.
Nikt się nie uśmiechnął. Było już późne popołudnie i słońce j ak ogromna czerwona piłka staczało się w dół.
Wszystko miało złocisty, rumiany połysk. Nasze ciała poruszały się w złotym płynnym powietrzu. Kamienie były niezwykle białe i przyjemnie rozgrzane. Morze uspokajało się.
- Będzie bonaca* - rzekł do mnie Ciuk. - Nocą popłynę na połów.
Z głową opartą na biodrze Gerty leżałem zwrócony ku morzu. Jej twarz od czasu do czasu nachylała się nade mną. Ładniej wyglądała w okularach. Była bardzo kobieca. Zmęczyło mnie słońce, które tak leniwie, jaśniejąc złocistym blaskiem, z niezmiennym dostojeństwem zniżało się ku linii horyzontu. Jakaś żaglówka, niczym w kiczowatym filmie, pojawiła się na lśniącym szlaku między mną a słońcem. Potem zniknęła na horyzoncie.
Odprowadziliśmy słońce spojrzeniami i milczeliśmy, dopóki nie znikJnął złocisty szlak. Morze zszarzało, a obejmująca je cisZla nad:awała mu coraz to ciemniejszy koloryt; najpierw łagodnie różowawy, potem szaroniebieski i wreszcie liliowy i ciemnoszafirowy.
* cisza (serbo-chorw., z wł;}
Raz jeszcze wykąpaliśmy się w milczeniu i wyszliśmy potem na brzeg trzęsąc się z zimna, przeskakując dla rozgrzewki z kamienia na kamień. Wciągnęliśmy ubrania na mokrą jeszcze skórę. Podczas gdy panie czesały się i malowały, Ciuk wałęsał się po brzegu tam i z powrotem, wymachując mokrymi slipami i trącając stopami kamienie. Pod jednym znalazł małego zielonego kraba o odcieniu malachitu i usiłował włożyć go Elzie za dekolt. Elza piszczała i uciekała, niezgrabnie stawiając bose stopy na ostrych kamieniach. Robert próbował wyjaśnić Ciukowi, że to' nie ma sensu, bo przecież Elza mogłaby dostać szoku nerwowego lub czegoś podobnego. Ciuk wypuścił kraba, który nie zw lekając czmychnął do wody, i zaczął przekunywać Roberta, że to nic takiego, ponieważ krab jest zupełnie niegroźnym małym żyjątkiem, są :natomiast inne, groźniejsze stworzenia. Na przykład żmije. Zmije, które gromadzą się każdego wieczoru o tej właśnie porze na brzegu morza, aby napić się wody, i są strasznie, ale to strasznie jadowite. Robert wykazał wysoki poziom ilntelektualny i nie uwierzył mu. Ale zaczął popędzać swoje stadko.
W tym czasie przy pomocy kamienia odłupałem od skały dwa ślimaki i jednego grzecznie zaproponoWlałem Gercie. Zjadłem, rzecz jasna, obydwa sam. ślimaki były smaczne, słone i odświeżyły mi usta. Zawsze gdy jem ślimaki, czuję się niezwykle uroczyście, jakbym przyjmował komunię w świątyni jakiegoś boga morza. Hostia morza.
ślimaki. Próbowałem to choć trochę wytłumaczyć Gercie, plącząc chorwacki i angielski, ale natknąłem się na mur niezrozumienia. Gerta w odpowiedzi zapytała mnie, czy jestem wierzący. To mówi samo za siebie.
Powoli ruszyliśmy drogą w stronę Złotego Wybrzeża, w przyjemnym półmroku, pośród cyprysów. Z rozkoszą paliliśmy i szliśmy w milczeniu, obserwując czarne cienie, które gromadziły się z obydwu stron białej wstęgi drogi.
To był bardzo przyjemny moment. W takim bowiem dostojnym i majestatycznym mroku nie można żartować ani robić kawałów, ani też w ogóle postępować lekkomyślnie czy komwencjonalnie. W takim mroku ludzie zbliżają się ku sobie, tulą jeden do drugiego w obronie przed mrokiem i przerażającymi myślami. W takim mroku jawi się ta niepewność, która tkwi w nas od chwili narodzin, ta nieufno,ść do wszystkiego, czego nie można sprawdzić, i szukamy bliskiej i intymnej obecności tych nawet ludzi, których żnienawidzimy w blasku światla. Ale nie znaliśmy się i taka intymność była możJiwa do osiągnięcia tylko przez milczenie. Każde z nas bało się powiedzieć cokolwiek. By nie zepsuć nastroju. By nie trzeba było się wstydzić. Aby nie doszło, jakby to powiedział Ciuk, do konfliktu międzynarodowego. Może właśnie wtedy wszystko się zaczęło.
Może się wtedy zaczęło, ale nikt nie mógłby tego zauważyć w restauracji "Złote Wybrzeże". Trwał już dansing, kiedy przyszliśmy, ni z tego, ni z owego, nagle pewni siebie, weseli i rozbawieni, i hałaśliwie przeciskaliśmy się do stolika wymachując mokrymi kostiumami. W istocie był to przestronny, osłonięty dachem taras. Dach spoczywał na wielkich słupach z grubo ciosanego kamienia.
Znaleźliśmy stolik przy balustradzie, zamówiliśmy rybę i wino i spoglądaliśmy na morze. Rozciągało się przed nami jak nieruchoma masa i milczało. Gdy obejmowało się je spojrzeniem, można było wyraźnie odczuć, jak nasze głosy, dzwonienie kieliszków, brzęk naczyń i muzyka odpływają jako zmaterializowany strumień ku mrocznej głębinie. Ale o tym wszystkim nie można mówić w towarzystwie.
Orkiestra była dość podła, ale w granicach wytrzymałości. Jedliśmy ryby z dużą ilością cytryny i masą żółtozielonej świeżej sałaty. Na tarasie było stosunkowo dużo ludzi, w tym wielu nowo przybyłych. Niemcy. W przerwie między tańcami słyszeliśmy, jak grupa chłopców śpiewia drżącymi głosami, ale ochoczo. Było oczywiste, że zaczęli jeszcze, gdy grała orkiestra, ale teraz, w ciszy, głosy ich nagle zabrzmiały samotnie i wyraźnie;
i trochę ckliwe, daremnie usiłujące tworzyć stłumione harmonie. Nie był to fałszywy śpiew pijanych trubadurów, lecz dysharmonia i zmieszanie ludzi świadomych, że znaleźli się w centrum uwagi, że złamali konwencję, ludzi nienawykłych, by śpiewać i łamać konwencje. Łamać małe, niewidne konwencje, dodajmy gwoli ścisłości.
Śpiewali coś, co brzmiało mniej więcej tak:
czivabdżidżi, czivabdżidżi
Das haben wir aUe gern,
Das fressen aUe Leute hier,
Die Damen und die Herren. *
* ćevapcići, ćevapcići
Wszyscy lubimy to jeść,
Tym wszyscy się obżerają,
Panowie i panie też. (niem.)
Może nie zapamiętałem dokładnie słów, ale były one mniej więcej takie, śpiewali na melodię "Tampico, Tampico". Kiedy zaczęli po raz trzeci, ktoś kazał im przestać.
Robert przez cały czas pałał żądzą rozmowy z nami.
Wypytywał o system studiów w Jugosławii i przeciętne miesięczne zarobki, mówił, że słyszał, jakoby tutaj można było dobrze sprzedać sprzęt do łowienia ryb pod wodą.
Nie, nigdy nie łowił ryb, nie umie nawet nurkować, ale sprzęt przywiózł, żeby się nauczyć, a potem ewentualnie sprzedać sprzęt, gdyby zabrakło mu pieniędzy. Nieustannie o coś pytał i dość dużo pił. Radziliśmy mu, żeby nie pił, ponieważ mieliśmy dobry humor i troszczymy się na ogół o bliźniego, ale napełnialiśmy jego kieliszek, ilekroć był pusty, żeby poprawić nastrój. Robert był niezwykle dumny, że rozmawia z mieszkańcami tego miasta, i zuchwale spoglądał dokoła. Niemcy z sąsiednich stolików patrzyli nie bez pewnej zawiści na człowieka, który tak wspaniale potrafił nawiązać kontakty z masami. Takie kontakty z miejscową ludnością posiadają wiele zalet: tubylcy bezpłatnie informują, gdzie można kupić tańsze i lepsze wino, mogą wskazać tańsze pokoje, lepszą kuchnię i wiele innych loka]mych osobliwości. Chociaż Robertowi nie trzeba było tego wszystkiego, jeśli bowiem człowiek przyjrzy mu się uważnie, musi zadać sobie pytanie:
Na co mu lepsze wino?
Robert właściwie upił się już pierwszym litrem, a oprócz tego okazało się, że nie umie tańczyć lub przynajmniej nie tańczy tak dobrze, żeby ktokolwiek miał ochotę z nim zatańczyć, co mnie wcale nie przeszkadzało. Ciuk natomiast okazywał mu jawną niechęć, ponieważ zmuszony był tańczyć z Elzą. Kiedy po pierwszym tańcu wróciliśmy do stolika, zauważyłem, że Ciuk intensywnie wypróżnia kieliszki, by móc wszystko wytrzymać.
Gerta i ja tańczyliśmy wspaniale. Ona należała do tych urodzonych tancerek, które wkładają duszę w każdy krok, tańczą z przyjemnością i nigdy się nie męczą. Może nie wypadłoby to najlepiej w Romeo i Julii, ale teraz jej całkowite zapamiętanie się w tańcu nadawało ruchom pewien wdzięk, a ja czułem, że trzymam w ramionach żywą ruchliwą istotę, peŁną sił, energii, rytmu. To duża rzecz w tańcu. W tym zapamiętaniu zatraciła poczucie dyscypliny i skrępowania i bez najmniejszego wysiłku uwolniła się z ziemskich pęt, wyzwalając i mnie, oddzielając nas od pozostałych tancerzy, od rozmyślań, od konieczności prowadzenia rozmów, od samej nawet muzyki. Odseparowani od wszystkiego mogliśmy się otworzyć jak kwiaty, ofiarując jedno drugiemu wszystko, co dać możemy, rnogliśmy wyzwolić ciało, świadomi jedynie naszego istnienia, aseksualni, a przecież bezwstydni, tańczący zgodnie z obowiązującymi normami, a mimo to dzicy i bezwzględni, śmiejący się i wymieniający banalne uwagi, a jednak instynktownie szczerzy i bliscy. W takim tańcu człowiek ma wrażenie, że razem z partnerem coś tworzy i buduje, a przecież nie ma nic równie destrukcyjnego. Człowiek łudzi się, że jest modny, a wyżywa się w sposób najbardziej pierwotny. Człowiek myśli, że tylko tańczy, że jego uczucia są sprawą prywatną, a zupełnie jawnie wystawia je na widok publiczny.
Saksofonista był niezły, w przeciwleństwie do reszty.
Saksofon miał dobry, stłumiony i chropawy ton i zmieniał taras nad morzem w zadymioną miejską salę, pełną smutku, potu, zmęczenia, nieznanych ludzi, znajdujących rozrywkę w beznadziejnych miejskich zabawach. Na Gertę taniec działał jak opium. Była tak szczęśliwa, jak bywają tylko dobrzy tancerze. I mnie czyniła w jakiś sposób szczęśliwym. Zamieniliśmy wszystkiego kilka słów w przerwach, stojąc i czekając na nowy taniec. I tak bez końca. Z każdego tańca budziliśmy się oszołomieni, zadowoleni, zmęczeni, na wpół pijani, jakbyśmy przybywali z jakiegoś innego świata, gdzie obowiązują inne normy, panują inne stosunki między ludźmi, gdzie nie ma zwątpienia, przeszłości ani przyszłości. Gdzie można popełnić błąd.
Ale bieg wypadków rozwija sie zawsze na naszą niekorzyść. Kiedy wróciliśmy do stolika, zastaliśmy nieprzyjemną scenę. Robert był czerwony na twarzy, bardzo już pijany. Ledwie trzymał się na nogach, stał oparty o krzesło, próbując bełkotliwie przerwać potoki słów, jakie wylewał na niego otyły mężczyzna z sąsiedniego stolika.
Grubas był czerwony, była to czerwień, jaka pojawia się dopiero po trzecim litrze wina. Grubas był człowiekiem familijnym, który przyjechał na urlop z żoną i z dziećmi i który ponad wszystko przekładał partię preferansa na plaży i odrobinę zdrowego domowego wina po kolacji, wszystko w ściśle rodzinnym kółku.
- Głupi smarkacz, świnia! - wykrzykiwał w stronę Roberta. - Macaj ty swoje Szwabki, one są takie same jak ty. Ale nie tykaj mojej żony, wara ci, powiadam.
Gdzieś ty szkoły kończyl, śmieciarzu? Myślą, że jak mają dewizy, to już mogą każdą kobietę... świnia, szwabska świnia!
Robert. zachichotał głupkowato. Rzecz jasna, nie zrozumiał ni słowa i głupio się uśmiechał, kołysząc się niczym maszt zatknięty w łupinę orzecha. To zupełnie wyprowadziło grubasa z równowagi. Skoczył przewracając po drodze krzesła i z całej sily uderzył Roberta w twarz.
- Ty mi nie będziesz... niech cię szlag... - zasyczał grubas, na oślep szukając Roberta między stolikami, pijackim gestem sięgając w próżnię. Robert wciąż jeszcze nic a nic nie rozumiał. Próbował osłonić twarz rękami, bełkotał i potykał się o przewrócone krzesła. Ciuk poderwał się, w oka mgnieniu znalazł się za plecami grubasa i schwcił go za rękę w tej właśnie chwili, gdy tamten szykował się, by zadać ostatni mocny cios.
- Spokój - krzyknął Ciuk - nie widzi pan, że jest pijany... pijany człowiek... daj mu pan spokój... dość!
- I ciebie, i ciebie też! - kipiał ze złości grubas, chwytając Ciuka za gardło. - Opłacają cię? Co? Kolaborant!
Bandyta! Puszczasz się ze Szwabkami... ty...
Ciuk najwyraźniej wściekły zrobił unik, zapominając o prawdziwym powodzie zajścia, i szykował się do walki.
Szybko i zręcznie odwrócił się trzymając za ramiona grubasa, który z grymasem bólu na twarzy potknął się przewrócony stołek i wyrżnął twarzą o ziemię. Podniósł się klnąc ohydnie i długo i otrzepując się rozciętą dłonią.
Na ubraniu zostały mu krwawe plamy i wszystko wyglądało o wiele gorzej, niż było naprawdę. Ciuk stanął w rozkroku i powiedział groźnie, choć bardzo cicho:
- Niech pan więcej nie próbuje, bo na drugi raz, Bóg mi świadkiem...
Kilka kobiet krzyczało, ale większość widzów stała po stronie grubasa. Ktoś za mną powiedział: "Patrzcie go, za kogo to się bije." "Tacy są nasi" - powiedziała jakaś kobieta. "Gdzie milicja? Gdzie kelner? Co to jest?" denerwowali się ludzie.
Jakaś kobieta podeszła do grubasa i mocno go chwyciła, by znowu nie rzucił się na Ciuka. Grubas się wyrywał, lecz niezbyt energicznie. Gerta i ja staliśmy blisko miejsca zajścia, ale na cokolwiek cofniętej pozycji. "Ciuk, gliny" - powiedziałem. Ciuk tylko skinął głową, złapał Roberta za rękę i zaczął się przeciskać ku wyjściu. Elza szła za nimi kiwając głową, jakby chciała powiedzieć: A nie mówiłam?
Nigdy nie zdołałem się już dowiedzieć, o co właścfwie poszło. Ciuk nic nie wiedział, ponieważ tańczył z Elzą i znalazł się na miejscu chwilę przede mną. Robert na drugi dzień nie chciał w ogóle o tym mówić i unikał nas do końca swego krótkiego i nieszczęsnego pobytu. Najwyraźniej czuł się winny.
Dokładne badania przebiegu wypadków, to zadanie historii. Dla współczesnych o wiele bardziej interesujące są skutki. Gerta i ja siedzieliśmy sztywno za stołem, niemi i nieruchomi. Nie rozglądając się. Odczuwaliśmy wrogość otoczenia, powstrzymywaną nienawiść i lekceważenie.
Kelner z obojętną miną porządkował krzesła przy naszym stoliku. Trzy puste krzesła stały przed nami jak oskarżenie. Człowiek przy sąsiednim stoliku mówił bez przerwy, ciężko dysząc i szukając poparcia ogółu: "Nie będą mi... nie będą mi tu..." Cały taras przycichł, a twarze nachyliły się ku innym twarzom, śpiesznie poruszając wargami i ogarniając od czasu do czasu spojrzeniem nasz stolik. We wszystkich oczach malowało się oskarżenie i pogarda. Ktoś splunął.
Wszystko to odnosiło się do mnie, nieprzyjaciela własnego narodu, zdrajcy.
- Płacić - zwróciłem się do kelnera. Ani drgnął.
- Co mu powiedziałeś? - zapytała Gerta.
- Chcę płacić.
Gerta położyŁa dłoń na mojej ręce.
- Nie musimy jeszcze iść, prawda? Tamto nas nie dotyczy, prawda? Tak mi się tu podoba.
Uśmiechnęła się patrząc na mnie z zakłopotaniem, oczekując uprzejmości, przyjaźni, efektów naszej bliskości. Ale w tym momencie nie mogłem sobie przypomnieć, że dobrze mi się z nią tańczyło, nie mogłem dostrzec piękna i łagodności w jej uśmiechu, nie mogłem odczuć kobiecości, którą próbowała przesłonić tutejszą atmosferę chamstwa, krwi, kurzu, wrogości i ostrego wzburzenia. Patrzyłem na nią zaślepiony fałszywym oskarżeniem, zaślepiony nienawiścią do otoczenia, przekonany w głębi duszy, że ona tego wszystkiego nie może pojąć i że uśmiecha się, bo jej wesoło, bo się jej podoba, ponieważ nic jeszcze nie widziała.
- Podoba ci się? - powiedziałem. - Dla ciebie to może nawet śmieszne, co? Co ci to przeszkadza? Co cię obchodzi? Ty przecież nie możesz wiedzieć, co się odezwało w tym człowieku, który napadł twego wszawego Roberta. Czy ci się zdaje, że przez dziesięć lat wszystko można zapomnieć? Nie wiesz, nikt naprawdę nie wie, co zaszło między Robertem i tym facetem. Czy myślisz, że temu człowiekowi, mnie, nam wszystkim jest przyjemnie, że przyjeżdżacie tutaj? Ledwo to znosimy. Znosimy tę smarkaterię, co śpiewa tu w języku, którego zbyt dobrze się nauczyliśmy. Mieliśmy okazję, by się go nauczyć. Tak, zupełnie dobrze go rozumiem. Wszystko rozumiem, do cholery. I śpiewają mi przed nosem. Jeszcze tylko, brakuje, żeby to było Lili Marlen. Piją tu i jedzą, i siedzą nad morzem, rozumiesz, a kto może mieć pewność, czy któryś z nich nie był tu przed dziesięcioma laty, nie jadł, nie pił i nie śpiewał maszerując, powiedz?
- To byli żołnierze, wojsko - powiedziala Gerta cicho.
- Tak, masz rację, wojsko, wasze wojsko, twoje wojsko.
Z karabinami i granatami. Jak każde wojsko. Ale to wojsko było tutaj, rozumiesz? I kto może być pewny, że ten tam, który siedzi i zajada ćevapcići nie zamordował właśnie jego ojca? Wojsko, rozumiesz, pięć lat takiego wojska i dziesięć lat wspominania. A tu śpiewają, upijają się, napastują kobiety, a my musimy czuć się winni przez jakiegoś śmierdzącego Roberta. Moi przyjaciele - widzisz, to są moi przyjaciele - oni na mnie patrzą, jakby to wszystko było wczoraj, rozumiesz? Bo ta gościnność i ta cierpliwość kryje w sobie piętnastoletni mrok najgorszych wspomnień, kleksy w pamięci, kleksy z atramentu, jakiego nie używało się w szkole podstawowej. Jeszcze dzisiaj, gdy widzę Niemca, z trudem się oplanowuję. Opanowuję się, kiedy patrzę na ciebie. Jesteś dla mnie tylko kleksem.
- Miałam dziesięć lat, kiedy skończyła się wojna - powiedziała Gerta bardzo cicho, raptem po niemiecku. I to mnie otrzeźwiło. Nie to, co powiedziała (ach, to już słyszałem), lecz jak powiedziała: cicho, bez akcentu, bez patosu, bez gniewu, bardzo smutna, rozumiejąc moje rozdrażnienie, gotowa dalej słuchać mpjego kazania, moich zniewag, mojej nienawiści, skłonna odpokutować za cudze grzechy - może dIa mnie, może w ogóle. I naraz poczułem, że jestem bardzo zmęczony całą tą gadaniną, gniewem, poczułem się pusty i wyczerpany, jakby wszystko, co powiedziałem, było niepotrzebne i daremne.
Próbowaliśmy znowu tańczyć, byliśmy wyczerpani i znuźeni tym nieszczęśliwym wypadkiem, zbędną udręką, a ludzie patrzyli na nas tłumacząc sobie nasz wstyd z powodu przeszłości jako wstyd z powodu teraźniejszości, i wkrótce musieliśmy odejść, oboje nieszczęśliwi, rozdzieleni kłótnią, niezdolni do przerzucenia mostu ponad niespodziewanym, choć zadawnionym chłodem. Odeszliśmy jak rozgromione wojsko, nie wiedząc, co myślimy i odczuwamy, nienawidząc się, winiąc jedno drugie za klęskę, w duszy czyniąc sobie nawzajem wyrzuty za każdy gest i każde nawet, nie wypowiedziane słowo. Odczuwaliśmy dIa siebie pewne współczucie i nienawidziliśmy się jeszcze bardziej, świadomi tego współczucia, broniąc się przed znienawidzeniem samych siebie.
Znaleźliśmy się na motorówce wśród dziesiątki rozśpiewanych podpitych ludzi, którzy wracali do miasta. Wcisnęliśmy się w kąt nie mówiąc ni słowa, nie patrząc na nikogo, osłaniając się wzajem od zimnego nocnego wiatru i ostrych kropelek wody. Motorówka posuwała się z dużą szybkością, ale nam to nie wystarczało; nie mogliśmy się doczekać końca tej ponurej drogi, bo nie chcieliśmy stać się jedno dla drugiego żywym wyrzutem sumienia i pragnęliśmy w głębi duszy, by coś udaremniło rozstanie, którego nie możemy uniknąć.
Było chyba koło północy, gdy znaleźliśmy się w porcie na molo. Miasto było zupełnie puste i ludzie, którzy wysiedli z motorówki, szybko znikali w wąskich uliczkach.
Staliśmy jakiś czas na molo patrząc w mrok.
- Ty chcesz pewnie pójść do domu - odezwała się Gerta w ciemności.
Nie chciałem.
- Odprowadzę cię - odrzekłem.
Minęliśmy zamkniętą kawiarnię na rynku, gdzie na stołach leżały wywrócone do góry nogami krzesła oświetlone słabym światlem ulicznych latarni. Wszystko było przygnębiające i straszliwie puste. Kroki dudniły głucho pośród wysokich starych murów. Chłodny wiatr szeleścił w liściach palm, które stały w zielonych donicach przed lokalami. Milczeliśmy, póki nie znaleźliśmy się przed campingiem.
Camping tonął w zupełnej ciemności. Widać było, że mieszkają w nim starsi solidni ludzie, ludzie pracy, którzy przyjechali tu odpocząć. Na plaży przed namiotami mętnie połyskiwał biały żwir i słychać było łagodny plusk równomiernie przelewających się nocnych fal.
- Powiedz coś - rzekła Gerta.
- Po co? Nie umiem wyrazić... Jest we mnie jakaś pustka i myślę o innych rzeczach... I nie mam ochoty. Na nic nie mam ochoty. Nie chce mi się iść do domu.
- Zostań - powiedziała Gerta po prostu.
Tak więc pocałowałem ją i pozostałem tej nocy w przytulnym, małym zielonym namiocie, gdzie znajdowały się dwa wąskie łóżka polowe; zostałem, ponieważ koleżanka Gerty nagle rozchorowała się tego dnia i musiała wrócić do Niemiec, do szpitala, gdzie najpewniej spędzi cały urlop, gdyż choroba jest poważna i przewlekła, a nikogo nie ulokowano w namiocie Gerty, przyjemnym ciepłym namiocie pod sosnami nad samym brzegiem, gdzie szumiało morze i gdzie uczyłem Gertę wymawiać słowo "świerszcz". I jedynie tam gdy ona powtarzała je za mną, słowo "świerszcz" brzmiało jak najpiękmiejsza muzyka.
I tak oto pozostałem tu owej nocy, na zawsze pragnąc uchronić słowa, gesty i zapachy, by nigdy już stąd nie powrócić, by później zniknęło wszystko prócz tego czuwania, by pamiętać jedynie o tym, że chciałoby się to wszystko ocalić od zapomnienia.
Kiedy obudziłem się o świcie, Gerty nie było na sąsiednim łóżku. Czułem się złamany i pusty i miałem spieczone wargi. Czekając zapaliłem w łóżku papierosa.
Gerta wróciła odświeżona po kąpieli, z mokrymi włosami, uśmiechnięta, w pasiastym płaszczu kąpielowym. Pocałowała mnie i powiedziała:
- Panie, śniadanie podane.
Ubrałem się i wyszedłem przed namiot. W niespokojnym, przetykanym promieniami słońca cieniu wielkiej sosny przed naszym namiotem stał mały stolik ogrodowy z dwoma krzesłami i gotowym śniadaniem. Gerta pełniła rolę gospodyni i starała się uprzedzić każde moje życzenie. Piliśmy mocną rdzawą herbatę. Obok mas przed innymi namiotami wiele rodzin niemieckich przy podobnych stołach zasiadło do śniadania. Było chyba jeszcze bardzo wcześnie.
Mężczyźni siedzieli i czytali gazety, podczas gdy kobiety sprzątały. Znad morza dochodziły krzyki i pluskanie się dzieciarni. Panowała niezwykle rodzinna atmosfera.
- Co oni powiedzą, jak myślisz? - zapytałem Gertę, wskazując ręką na idyllę rodzinną w lesie, za moimi plecami.
- Niech gadają - powiedziała wesoło, Gerta. - Co nas to obchodzi?
- Nie pojadę do Kolonii - odrzekłem wzruszając ramionami.
- Kto wie? - Gerta zwróciła się do swojej filiżanki.
Roześmiałem się.
- Przynajmniej nie tak szybko - powiedziałem.
Poczuła się urażona.
- Nie musisz się ze mnie naśmiewać.
Zaczęła nagle sprzątać po śniadaniu, krzątając się koło namiotu. Siedziałem, paliłem i patrzyłem na połyskliwe poranne morze. Czułem się bardzo eterycznie, ale o wiele lepiej niż po obudzeniu; Gerta szybko przestała się gniewać i pocałowała mnie w kark.
- Bądź tak dobry i posiedź tu. Muszę odnieść naczynia do hotelu.
Odeszła niosąc naczynia, ale po dziesięciu krokach obejrzała się, radośnie uśmiechnęła, wróciła i postawiwszy naczynia na stole usiadła mi na kolanach.
- Nie wiem - mówiła śmiejąc się przez łzy - zdaje mi się, że boję się odejść. Boję się, że cię nie znajdę, jeśli odejdę. Boję się, że to się nie zdarzyło albo że nie powtórzy się nigdy więcej.
Uśiechnąłem się tylko głupio, drwiąc w duszy i z niej, i z siebie, bo nie czułem się godzien takich wyznań.
- Pragnęłabym, żebyś zawsze był tutaj, przy tym stole, żebym mogła powracać skądś pewna, że cię zastanę. Miała chyba dar formułowania myśli.
- Ale nie będę myśleć. Obiecuję ci, że w ogóle nie będę więcej myśleć.
Nie dopuszczę, by coś nas teraz rozdzieliło w tym krótkim czasie. Obiecuję ci.
Siedziałem ogłupiały, drętwy. Niegodny. Co można na to wszystko odpowiedzieć? Ona obiecuje, że nie będzie myśleć, że przyjechała tutaj tylko na dziesięć dni i że potem wszystko się skończy, i że nie ma na świecie siły, która by to mogła zmienić. Obiecuje, że nie będzie myśleć o rozstaniu, które jest nieuniknione. Obiecuje i spodziewa się, że jej pomogę, że dodam jej sił, by zapomniała o wszystkim prócz teraźniejszości, by zapomniała, że nie można istnieć tak jak my teraz, wyłączeni ze wszystkich światów, sami i szczęśliwi na ogrodowych krzesłach w obliczu połyskliwego błogosławieństwa morza. Ona obiecuje, ponieważ dobrze wie, tak jak ja i wszyscy w tym królestwie nad morzem, że przyjdą nasi zazdrośni uskrzydleni krewniacy i rozdzielą nas kilometrami i dniami, i że nikt o tym nie może zapomnieć, nigdy. Tak samo jak nie może wrócić. Wszystko to jest tak pewne jak najczystsza matematyka, w którą nikt nie wierzy, dopóki nie potwierdzi się w praktyce.
Gerta poszła odnieść naczynia, wesoło podskakując i gwiżdżąc jakąś niemiecką dziecięcą piosenkę. Przez chwilę spoglądałem w ślad za nią. Tam gdzie nadmorska ścieżka znikała mi z oczu, Gerta spotkała się z jakąś znajomą i wdała się z nią w wesołą rozmowę. Pożegnała się ze śmiechem.
Obok naszego namiotu przeszło trzech Niemców w wieku dwudziestu-trzydziestu lat, niosąc pierwszorzędny sprzęt wędkarski. Zawsze chciałem mieć taki sprzęt. Było gdzieś około dziesiątej czy wpół do jedenastej i na pewno nic już nie złowią. Zwłaszcza nie tam gdzie zawsze. Ale nie miałem najmniejszej ochoty śmiać się z nich.
Na brzegu morza, dokładnie naprzeciw miejsca, gdzie siedziałem, bawiły się dzieci. Było ich z dziesięcioro, część w wodzie, część na kamieniach. Zwróciłem uwagę na chłopaka, który był najbardziej hałaśliwy. Miał podwodną maskę i sprzęt do połowu ryb pod wodą, ale bez harpuna. Kusza najwyraźniej od dawna była zepsuta, ale mały szczycił się jej posiadaniem.
Smarkacz był typowym małym Niemcem - jasny jak kukurydza i piegowaty, zarozumiały i mniej tolerancyjny wobec swych kolegów, niż zazwyczaj bywają dzieci w jego wieku. Bawił się w wojnę w ten sposób, że swoją zardzewiałą kuszą groził innym i udawał, że strzela.
Inny, o wiele mniejszy, wymierzył w niego palec i ryknął: "Buuum!" Kukurydziany z lekceważeniem machnął ręka i powiedział coś, czego nie mogłem dosłyszeć. Potem powoli skierował kuszę na małego i zasyczał. Ale tego już nie słyszałem.
Słuchałem silnych ponurych grzmotów z oddali, które wstrząsały ziemią pod nogami. Trwały przez całą noc i całe rano i nie ustawały aż do trzeciej po południu, a my stojąc na wysokim wzgórzu przed naszym domem patrzyliśmy na miasto, skąpane w pogodnym blasku dnia.
Wtedy ostatni raz pojawiły się nad nami partyzanckie samoloty i miasto, przesłonięte ciemnymi chmurami dymu, wypełnił huk wybuchów, języki ognia, słupy wody, które bomby wyrzucały z rzeki, wokół której mieszkańcy skupili się trwożliwie jak oszalałe ze strachu stado. Podstępne grzmoty zbliżały się i raptem zmieniły w oślepiające eksplozje, wśród których słyszeliśmy ostry świst kul i jazgot karabinów maszynowych. Dym wzbił się wysoko i naraz zamienił słoneczną pogodę dnia w groźny deszcz popiołu i ciemne chmury.
W dole po polach wokół miasta biegły małe figurki w zielonych mundurach, padały na ziemię, podnosiły się, znowu biegły bez jakiegoś dostrzegalnego szyku. Drogą leżącą na wprost naszego wzgórza posuwały się kolumny niemieckich samochodów motocykli, wozów i czołgów. Samoloty po pewnym czasie przestały atakować miasto.
Schowały się za wzgórze, potem wyłoniły się jeden po drugim, leciały bardzo nisko, tuż nad drogą,
ostrzeliwując i bombardując, siejąc panikę i zamieszanie na drodze, skąd dobiegało rżenie koni i nierównomierny ryk motorów. Wtedy działa przeciwlotnicze skierowane zostały w naszą stronę, jeden z pocisków eksplodował koło topoli w pobliżu domu, ponieważ samoloty leciały nisko, dokładnie na linii naszych oczu i luf armatnich. Topola w mgnieniu oka została okaleczona, podcięta, połamane gałęzie kołysane wiatrem martwo zwisły z gołego pnia.
"Natychmiast do schronu, szybko" - powiedzieli. Pobiegliśmy najszybciej, jak mogliśmy, za dom, do schronu,
ale zanim dobiegliśmy, koło nas rozerwały się dwa granaty. Jeden trafił w domek stróża w winnicy na dole i zmiótł go doszczętnie. Ale to zobaczyliśmy dopiero potem, po długim siedzeniu w ciemnym schronie, którym
wstrząsały eksplozje i gdzie ze stropu sypał się drobny pył na włosy i w oczy. W schronie długo panowała cisza i wszyscy oczekiwaliśmy z trwogą, że się coś stanie. Nic się jednak nie działo prócz tego, że słyszeliśmy nieprzerwany huk dział, karabinów maszynowych i ogłuszający ryk motoru samolotu.
Po pewnym czasie ktoś wyszedł zobaczyć, co się dzieje.
Potem przyszła kolej na mnie. Wszedłem do domu i patrzyłem przez wybite okno. Przed domem walały się żałosne szczątki naszych trzcinowych mebli ogrodowych, na których zwykle jadaliśmy kolację obserwując mrok nad miastem i blask płynącej zakolami rzeki. Strzelanina nie ustawała, ale strzały odzywaly się z rzadka i bliżej. Zauważyłem na dole w winnicy jakichś ludzi, którzy pospiesznie wspinali się pod górę.. Niekiedy przystawali i strzelali kryjąc się za drzewami lub w parowach. Nagle w naszej winnicy przed domem wzbił się wysoki słup dymu, ziemi, wyrwanych palików i winorośli. I jeszcze jeden, trochę bliżej. To miotacze min. Jeden z ludzi, który biegł pochylony, naraz wyprężył się, wzniósł ręce w górę, stał wyprostowany kilka sekund, jakby chciał dosięgnąć nieba, zerwać świeży obłok zarumieniony przez zachodzące słońce, obrócił się w miejscu i upadł na zbocze między winorośl. Inni szybciej pobiegli ku domowi. W dole, na drodze wiodącej przez winnice, po której wieśniacy każdej jesieni wieźli beczki wina, pojawił się niemiecki samochód pancerny, strzelając z wielkokalibrowego karabinu maszynowego. Jeden pocisk wpadł przez okno, przez które niedawno, milcząc rozglądałem się z ukrycia, i trafił w ścianę. Powstała tam wielka dziura, którą potem uważnie oglądalem. Na samochodzie pancernym wyraźnie widziałem krzyż na białym polu.
Doszedłem do wniosku, że dalsze pozostawanie w domu byłoby niebezpieczne, i chciałem wrócić do schronu. Po drodze spostrzegłem, że już nie jestem sam. W drugim pokoju dwóch mężczyzn ustawiało na oknie karabin maszynowy pośpiesznie i nerwowo. Jednemu spływała z czoła krew. Obydwaj byli brudni, osmoleni i zmęczeni. Patrzyłem stojąc w drzwiach, nie wchodząc do pokoju. Właśnie w chwili gdy zaczęli strzelać, pocisk trafił w ramę okienną. Upadłem na ziemię, oczy miałem pelne tynku. Coś uderzyło mnie w ramię i ręka mi zdrętwiała, ale się tym nie przejąłem. Wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Kurz po eksplozji osiadł, co ułatwiało widoczność. Karabinu już nie było. Nie było też okna i jednego z mężczyzn. Na miejscu okna ziała pustką wielka nieregularna dziura, przez którą widziałem miasto i rzekę. Zapamiętalem dokładnie kształt dziury i pejzaż, jaki obejmowała.
Drugi mężczyzna leżał koło drzwi, pod moimi nogami.
Popatrzyłem na niego chłodno i uważnie. Miał wybałuszcme nieruchome oczy, a jedna jego ręka leżała na piersiach, to znaczy w miejscu, gdzie kiedyś miał piersi. Na brudnej mieszaninie krwi i tynku, szmat i kości. Ten obraz też bardzo dokładnie zapamiętałem, choć nawet nie i przyszło mi na myśl, że zauważyłem wszystkie te szczegóły. Ale teraz, w miarę upływu czasu, widzę, że bardzo uważnie go obejrzałem, i wiem na pewno, że nie zapomnę go nigdy. A wtedy po prostu odwróciłem się, jak gdyby nigdy nic, i wyszedłem z domu kierując się do schronu. W drzwiach spotkałem dwóch biegnących mężczyzn. Jeden zbliżył się. Powitałem go spokojnie wsparty o futrynę, jak przystało na prawdziwego gospodarza, jakby to było zupełnie naturalne, że tu teraz stoję, i on, człowiek, któremu się spieszy, zapytał: "Gdzie tamci dwaj?" Chwilę namyślam się, nie za długo, spoglądam na swoją lewą rękę, z której kapie krew, i mówię zupełnie spokojnie, jakby to było samo przez się zrozumiałe: "Nie żyją. Mina ich trafiła." On na to odwrócił się i odszedł, najpierw zwykłym krokiem, a potem pobiegł w stronę lasku za domem i nie oglądając się zniknął pośród gałęzi jak widmo.
Wróciłem do schronu, nie mówiąc ani słowa, potem w ciemności słyszeliśmy, jak drogą koło naszego domu przejeżdżają samochody pancerne strzelając z karabinów maszynowych, a potem drzwi schronu otwarły się nagle, ukazując jasnoszare niebo, które przyciągało nasze oczy jak magnes. W drzwiach stał niemiecki żołnierz, bez hełmu, z automatem w ręce, czarno rysujący się na tle nieba. "Raus!" - krzyknął. Nikt się nie poruszył. Widzieliśmy, że odpiął granat i trzyma go w ręce niczym dojrzałe jabłko, znów krzyknął: "Raus!", teraz już głośniej i gniewniej, wyszliśmy więc, jeden za drugim, oślepieni światłem, patrząc w lufę karabinu maszynowego, który na cienkich nogach, jak szarozielony robak, sterczał na ziemi u naszych stóp.
Prócz tego, który otworzył drzwi, stało przed nami jeszcze dwóch Niemców. Ciężko oddychali, ale twarze mieli bez wyrazu, obce i nie zapamiętałem ich. Moja ręka wciąż jeszcze krwawiła i czułem się źle, jakbym miał upaść, ale, nie chciałem i zacisnąłem zęby, trzymając się na nogach ostatnim wysiłkiem woli, by nie pokazać, że jestem słaby i aby inni nie spostrzegli, że jestem ranny. Obok domu przebiegło trzech czy czterech Niemców z karabinami.
Jeden z nich, oficer, w ręce trzymał tylko rewolwer. Podbiegł ku nam i wymachując rewolwerem krzyczał po niemiecku coś, czego nie można było zrozumieć. Nasi Niemcy nagle zaczęli ustawiać karabin maszynowy. Oficer czekał ze zniecierpliwieniem. Dwóch pobiegło w stronę lasu, a trzeci podniósł karabin i oparł go o ramię.
Zanim zaczał strzelać, poczułem, że padam na ziemię, która przyjęła mnie serdecznie, zacząłem pogrążać się w głębokim śnie, oczy zamykały mi się jeszcze podczas upadku, który trwał bardzo długo, dając mi czas, bym usnął w miękkim powietrzu, zanim dotknę ziemi. Widziałem jeszcze, jak karabin pluje ogniem z furią miotany w lewo, w prawo, w przód i w tył, widziałem, jak wszystko wokół mnie wali się, szybciej ode mnie, nieodwracalnie, na zawsze. Wtedy zginęła moja matka, mój starszy brat, pewien stary sędzia na emeryturze, który podarował mi na ostatnie urodziny rzeźbione szachy, żona stróża z naszej winnicy, który przed dwoma laty wstąpił do partyzantki i zginał w Bośni, syn sąsiada, z którym się zawsze bawiłem, i dziewczynka, która rankiem przyszła do nas z miasta, aby schronić się przed ewentualnym bombardowaniem. Żona stróża żyła jeszcze przez całą noc, leżała na ziemi jęcząc i powoli stygnąc w opadającej nocnej rosie. Próbowałem podnieść kobietę, ale znowu straciłem przytomność.
Kiedy przyszedłem do siebie, świtało i przyniosłem szklankę wody, która już nie była jej potrzebna. W ten sposób zrozumiałem, że chociaż mam dwanaście lat, jestem bardzo mały i bezsilny. Później wyrosłem, ale bezsilny pozostałem.
Siedziałem, wciąż bezsilny, zbyt bezsilny, by z tym wszystkim zerwać, by porachować się z losem, by krwią spłacić mu własne długi.
Prawie nie zauważyłem, kiedy wróciła Gerta. Podeszła i objęła mnie długimi ciepłymi ramionami, a ja wyrywałem się kurczowo, jakby oplotły mnie dwa ciężkie wieńce, jakie składa się na trumnie, i nagle, odpychając Gertę plecami, zerwałem się od stolika i odwróciwszy się znieruchomiałem; patrzyłem na Gertę, jakbym widział ją po raz pierwszy. Stała w groteskowej pozie, z na wpół wzniesionymi rękami, tak jak ją odepchnąłem, a w jej oczach odbijało się zdumienie i lęk. Patrzyła na mnie przestraszona jak ptak, nic nie pojmując, bojąc się poruszyć, aby nie popełnić omyłki, aby znowu nie zrobić błędu, którego przyczyn ani skutków nie znała. Stojąc tak widziałem strach i drżące oczekiwanie, rozpaczliwą nadzieję i świadomość sytuacji bez wyjścia w tych oczach, które patrzyły na coś silniejszego od niej i niemożliwego do wyjaśnienia.
Jakbym trzymał w ręce groźny czarny karabin.
- Wybacz - powiedziałem. - Byłem zamyślony i przestraszyłaś mnie. - Nagle zmiękłem i zapragnąlem jej powiedzieć coś miłego. Ale brakło mi słów. - Wybacz powiedziałem. - Nie chciałem tego.
Wyraźnie osłabło w niej napięcie, odczuła ulgę. Ale wciaż jeszcze nie wierzyła i spojrzała na mnie tak, jak matka patrzy na dziecko, gdy podejrzewa, że jest chore.
- Ależ mnie przestraszyłeś! - rzekła.
Mocno ją przytuliłem, jakbym chciał jej powiedzieć, że nie mam broni, że wszystko to minęło, że nie musi nic o tym wiedzieć, że nie powinna bać się trupów, ciemności, mnie. Obejmowała mnie i pocieszała, jakby rozumiała to wszystko. Ale wcale nie było ważne, by rozumiała.
- Chodźmy się wykąpać - powiedziałem wesoło i poszliśmy na plażę, gdzie powitało nas poczciwe morze.
W taki oto sposób zakochałem się w Gercie i byłem szczęśliwy, że i ona mnie pokochała, chociaż to nie było już najważniejsze. Nie rozstawaliśmy się przez caly ten dzień, przez następny, przez cały tydzień. Zapomniałem o Ciuku, Bebie, o całym mieście, o remoncie domu, zapomniałem nawet o szybkim rozstaniu. Ciuka spotykałem czasem na ulicy czy na plaży, mrugał do mnie szelmowsko, jakby chciał powiedzieć: Znamy te sprawy. O rozstaniu, które zbliżało się niedostrzegalnie, lecz nieubłaganie, myśleliśmy jedynie podczas obiadu, kiedy ona podawała kelnerowi oznaczony datą kwitek, lub w tych nocnych godzinach, na granicy ciemności i brzasku, kiedy prowadzi się długie i bezsensowne rozmowy, każde ze swojego, łóżka, kiedy miłość jest cicha i zmęczona.
Tak, zapomniałem o mieście, ale miasto nie zapomniało o mnie. Po kilku dniach musiałem wrócić między ludzi.
Była sobota i część Niemców jechała już do domów, dlatego też Gerta powiedziała, że ze względów towarzyskich musi uczestniczyć w kolacji pożegnalnej.
- Skoro już przez cały ten tydzień ani razu nie byłam z nimi, co i tak będą mi mieli za złe, to niech przynajmniej pożegnam się z nimi.
Umówiliśmy się więc, że przyjdę późnym wieczorem, kiedy skończy się już libacja w hotelu. Czułem się bardzo dziwnie bez niej i wyprawa do miasta była dla mnie tak wzruszająca, jakbym powracał do jakiegoś miejsca, w którym nie byłem całymi latami, jakbym wkraczał w jakąś nową ciekawą przygodę.
Wstąpiłem do fryzjera, gdzie mnie przywitano jak starego znajomego, który wraca z dalekiej podróży, czekano na żarty, anegdoty, opowieści o jakichś niesłychanych zdarzeniach; oczekiwano naszego wspólnego śmiechu, śmiechu wyrażającego ulgę po powrocie syna marnotrawnego.
Fryzjer namydlając mnie mrugał wesoło.
- Aha, znaczy, że to tak... Cóż... zabrał się pan do turystów?
.... Dobrze, dobrze. Trochę pan zeszczuplał, ale to zdrowo. He, he. Wie pan, jestem już tutaj dwadzieścia jeden, nie, dwadzieścia dwa lata i wiem, jak to leci. Przed wojlną najlepiej szło z Czeszkami, wie pan, he, he, a ładne bywały... teraz Niemki. Kopialnia złota, powiadam panu, kopalnia złota. To raj dla naszych chłopaków. Widziałem tę pana... niezła, niczego sobie. He, Boże mój, człowiek nie może być zanadto wymagający, ale zła nie jest. Życzy pan strzyżenie? He, he, turyści.
Fryzjer zwracał się do mnie poufale, z głębokim zrozumieniem moich problemów, które nie mogły być inne niż to wszystko, co on już tyle razy przeżywał. Gdybym mu, dajmy na to, powiedział, że to nie to, co on myśli, uśmiechnąłby się dobrodusznie i rzekł: He, he, miłość, ależ tak.
Wie pan, wielu tak mówiło, ale wszystko przechodzi... obojętnieje... miłość czy nie, wszystko jedno. Chłopcy muszą się trochę zabawić, to zupełnie zrozumiałe, he, he, jasne, a dzisiaj już tak jest, muszą też trochę zarobić. Mało kupisz, mało sprzedasz. To jest, mój drogi, turystyka.
A kto mi może gwarantować, że on w końcu nie ma racji?
Fryzjer, jak wielu innych, słowo "turysta" wymawiał z pewną nienawiścią, dobrotliwą i wspaniałomyślną, ale jednak nienawiścią, jakby chodziło o bardzo dojną, ale niezwykle głupią krowę, co na swój sposób było zrozumiałe. Dzień w dzień obserwować białe, a wkrótce potem spieczone na raka kobiety, które zachowują się swawolnie i infantylnie; obserwować śmiesznych mieszczuchów o białych nogach, jak nierozumnie zachowują się przy jedzeniu i piciu, kąpieli, opalaniu się i łowieniu ryb; obserwować smutnych i śmiesznych starców, którzy przybywają z całego śwtata, żeby właśnie w tym mieście wydawać swoje emerytury, renty lub oszczędności; patrzyć, jak wszyscy ci cudzoziemcy bankrutują dzięki miłosnym i finansowym spekulacjom naszych chłopców - nie, niełatwo mieć dobre mniemanie o cudzoziemcach. Tak, cudzoziemiec jest pożyteczny i trzeba okazać szacunek rzeczom, jakie ma lub sprzedaje, ale sam cudzoziemiec?
Niech pan nie próbuje, bardzo proszę, opowiadać bzdur, cudzoziemiec jest turystą! He, a my, wie pan, musimy żyć tutaj także wtedy, kiedy on odjedzie.
Całkiem zrozumiałe było przekonanie fryzjera, że i ja jestem jednym z tych chłopców, z tych próżniaków, którzy po całych dniach spacerują po plaży, wystawiając na pokaz swoje piękne ciała, jednym z tych pustych i wesołych hultajów, którzy patrzą, jak by tu coś zakosić - kobietę lub aparat fotograficzny, wszystko jedno co - którzy sądzą, że spędzili przyjemnie lato, jeśli udało im się naciągnąć jakiegoś naiwniaka; to zrozumiałe, choćbym nie wiem jak się złościł. On z pełną aprobatą wyrażał się o tym, co robię, podobnie jak stary doświadczony człowiek wyraża się o chłopaku, który teraz zachowuje się dokładnie tak jak on sam przed dwudziestoma laty. I powtarzam, kto wie, jak dalece ma rację.
Zapłaciłem i poszedłem na kolację, gdzie znalazłem Ciuka. Ciuk oczywiście był już pijany. Siedział z nim przy stole jakiś malarz w czarnej koszuli zapiętej po szyję. Nazywał się Rade i prócz malarstwa zajmował się sprzedażą różnych rzeczy. Był, krótko mówiąc, miejscowym sklepem komisowym. Gdy tylko usłyszał, kim jestem, zaraz mnie zapytał, czy czegoś mi trzeba i czy mam coś do sprzedania. z początku go nie zrozumiałem.
- Szwabka kupi byle głupstwo, a jeśli chce pan jej dać prezent, to wystarczy muszla, rzeźbiona figurka, ramka z muszelek albo inny drobiazg. Mogę panu to sprzedać okazyjnie, za pieniądze lub drogą wymiany. Niech pan posłucha, jak to dobrze, że pan przyszedł - Rade mówił bardzo szybko i nerwowo - Jest tu jeden taki, który kupuje aparaty fotograficzne w dużych ilościach, z dziesięć sztuk, jakby się znalazło, a nawet więcej. Niech się pan trochę przepyta. A i inne rzeczy, wie pan... jak leci... Uśmiechnął się nerwowo, bawiąc się guzikami koszuli.
Nie pił ani nie palił. Wykonywał swoją pracę.
I on zatem wiedział, że żyję ze Szwabką. Powiedział: "Niech sie pan się zastanowi", i podszedł do jednego z sąsiednich stolików, gdzie znowu pochylił się dyskretnie, kręcąc guzik i szybko poruszając szczęką. Wypiłem kieliszek wina i spojrzałem na Ciuka.
Ciuk patrzył na mnie bez uśmlechu, odrzuciwszy w tył głowę, z na wpół przymkniętymi oczyma, nie mówiąc ni słowa. Nagle poczułem się winny, straszliwie winny.
- Jak się wam mieszka ? - spytałem. M6j głos nie brzmiał pewnie.
- Normalnie - powiedzial Ciuk. - Beba wróciła.
- Muszę do was zajrzeć - rzekłem.
Ciuk nie odpowiedział. Patrzył tylko na mnie, ale tak, jakby nie widział mnie, lecz coś głęboko we mnie ukrytego, coś strasznego i nieprawdopodobnego. Może tak mi się tylko zdawało i może Ciuk po prostu był pijany i patrzył - ale nie jestem tego pewien - jak patrzą pijani ludzie: z uporem, nie oskarżając, ale i nie usprawiedliwiając, po prostu patrzył. A patrzyć nie znaczy rozumieć.
Czułem się winny wobec niego, ponieważ o nim zapomniałem, o nim, o przyjacielu, z którym pozostanę, kiedy wszyscy odejdą, i do którego powrócę nieodwołalnie, tak jak nieodwołalnie rzeka płynie ku morzu. Czułem się winny wobec reprezentanta narodu, mojego narodu, który opuściłem. Czułem się winny woibec kapłana naszej wiary w ostateczny, niezniszczalny pancerz izolacjl, winny jak świeżo wyświęcony ksiądz, który popeŁnił najcięższy grzech. Ja, zdrajca.
- Co z Elzą? - zapytałem.
- Odczep się - powiedzial Ciuk ze znużeniem, wolno wstając z krzesła i przytrzymując się, by nie upaść. Chodź, zagramy w bilard.
Przeszliśmy do kawiarni na przeciwną stronę ulicy, jak to często robiliśmy, zanim się wszystko zdarzyło. Ale nic nie było jak przedtem, chociaż powitały nas te same okrzyki radości, dźwięk zderzających się bil, przekleństwa i soczyste komentarze widzów. Wokół stołu stało z dziesięć osób trzymając kieliszki ze szprycerem lub kije bilardowe, pociągnięte niebieską kredą. Wszyscy skoncentrowani byli na grze i rozmawiali niedbale, słowa przelatywały ponad stołem w dymie tytoniowym jak lekkie i nieważne bile.
Zatrzymałem się w drzwiach, spoglądając na salę, w której nic się inie zmieniło, w kt6rej wciąż trwał ten wieczór sprzed tygodnia, kiedy byłem tu ostatni raz, sprzed roku czy sprzed lat piętnastu. Porażony i zaskoczony tą identycznością chciałem w jakiś sposób wszystkim tym ludziom powiedzieć, że nic już nie jest tak jak dawniej, że wszystko jest jedynie złudzeniem i że sprawy przyjęły inny obrót. Chciałem im powiedzieć, że minął pewien czas, nlezależnie od bil i kijów bilardowych, niezależnie od pustych i daremnie wypowiadanych słów, że dziesięć ostatnich lat wymazało z ich pamięci, z naszej pamięci, coś, co jedynie niepotrzebnie podsycamy i tylko zdaje się nam jeszcze, że odczuwamy, ale stałem bezsilny, czując w sobie powolny i głuchy rytm czasu, który mija bezpowrotnie, całkowicie zmarnowany. I nie było słów, wtedy czy kiedykolwiek później, które mogłyby to wytłumaczyć. Bo wina tkwiła ukryta głęboko w każdym z nas, żaden łagodny wyrok nie był w stanie nas z niej wyzwolić - nie istnieje na świecie tak skuteczna pobłażliwość. I z każdą chwilą wina rośnie, mnożą się urazy.
Byłem chyba dumny, że udało mi się na krótki czas wznieść ponad wąsko pojęty patriotyzm, i żałowalem, że wszyscy ludzie w tej chwili nie mogą wznieść się wraz ze mną na tę wyżynę, aby spojrzeć za siebie, na czas miniony, i ocenić go precyzyjnie i bezstronnie. Ale zrozumiałem, obserwując nieustanne zderzenia bil, że to moja duma jest czcza i próżna, że oni nie mogą się wznieść na tę wyżynę, podobnie jak ja tego nie dokonam, gdy wszystko minie, jak nie dokonałem tego przedtem. I może być, że teraz też nie osiągnąłem tych wyżyn, tylko oszukując sie przywdziewam pustą i balnalną maskę. Mały zbolały egoista ze złymi snami i niewyżytą czułością.
Stałem obok Ciuka obserwując grę w bilard. Ciuk sprzeczał się, był pijany.
- Nie... tylko nie tak; w bandę, tu... - Ciuk wysunął język z przejęcia, jakby to on grał, i z wielką uwagą obserwował stół bilardowy. Bila potoczyła się do jego palca na bandzie, odbiła się, zakręciła wokół osi, i nie trafiła, tocząc się powoli po pustym, przestronnym zielonym blacie stołu.
- Aaaa, źle wymierzone! - podniesionymi głosami wołali obserwatorzy. Gracz nerwowo pociągnął kij bilardowy niebieską kredą i wytarł palce o koszulę.
- Sława przepadła - ozwał się komentarz.
- Zagrasz? - spytał mnie mały bezimienny czlowiek, który spędzał tutaj całe dnie i inajwidoczniej żył z bilardu.
Pokręciłem przecząco głorwą.
- Skąpy jesteś - rzekł człowiek. - Co znaczy stówa?
- Jak nie ma forsy, mógłby ci odstąpić tę swoją dupiastą - dorzucił ktoś z tyłu.
- Musiałby dopłacić - odrzekł człowiek. I do mnie: skąpy jesteś.
- Nie daj się nabierać - odezwał się ktoś za moimi plecami. - Jak na Szwabkę jest całkiem niezła. - Ciuk zachichotał pijacko patrząc na bilard.
- On wie, co dobre - powiedział ktoś z grupy.
- Wygląda na to, że to nie on ją złapał, ale ona jego.
Nie pokazuje się nigdzie, wzięła go pod pantofel. Chcesz zmienić nazwisko?
- Zmienię ci rysopis - odparłem cicho.
Mały człowiek bez celu przesuwał bile po stole, nie ruszajac się z miejsca. Roześmiał się głośno.
-Patrzcie, chłopcy, on jest poważny. Nie mówiłem, że mu się gaci uczepiła, on jest naprawdę poważny. Nagle cała grupa zamarła w bezruchu i zapadło głuche milczenie. Człowiek, który powiedział o zmianie nazwiska, nagle osamotniony, stał przede mną na szeroko rozstawionych nogach i niepewnie rozglądał się dokoła. Wszyscy oczekiwali, że zacznie się bójka.
Człowiek przede mną wciąż jeszcze w pełni sobie tego nie uświadamiał, bowiem wydawało mu się nieprawdopodobne, że swoim powiedzeniem mógłby spowodować bójkę. Wszystko to było przecież naturalne. Gadaliśmy o rzeczach znanych, jak zawsze, i gdzie tu powód do irytacji? Jakaś tam Szwabka! On nie miał najmniejszej ochoty bić się z powodu niemieckiej dziewczy;ny, która zadaje się z jednym z naszych, jak zresztą tysiące innych Szwabek. Wszyscy dobrze wiemy, dlaczego tak się dzieje, więc gdzie tu powód do bójki? Na Boga, odrobina złośliwości nikomu jeszcze nie zaszkodziła! Trochę pożartujemy, rozegramy partyjkę bilardu, wypijemy szprycery i pójdziemy dalej, każdy w swoją stronę. Rób, co chcesz, nic mnie to nie obchodzi, ale nie bądź dzieckiem, wszyscy wiemy, o co chodzi, no nie?
Odwróciłem się, bez słowa ruszyłem do drzwi i wyszedłem nie oglądając się, pieniąc się ze złości i bólu, wciąż jeszcze bezsilny, teraz świadomy, że już taki bezsilny pozostanę aż do końca. Czułem się odrętwiały i zlodowaciały od środka, jakby zatrzymał się we mnie pewien niezwykle skomplikowany i zbawienny proces i jakby cały materiał składający się na ten proces miał na zawsze pozostać niewykorzystany, surowy, we mnie, niczym w arsenale niepotrzebnej, lecz niebezpiecznej zardzewiałej broni. Poświęcając się bowiem, najmniej zbawiamy sami siebie.
Pożegnalna kolacja na tarasie hotelu jeszcze się nie skończyła, poszedłem więc do namiotu, położyłem sie w ubraniu na łóżku i czekałem. Czekałem długo, bardzo długo. Paliłem w ciemności i słuchałem szumu sosen nad głową. Wciąż jeszcze byłem odrętwiały i lękałem się, by nie osłabło we mnie moje silne postanowienie. Bym sam przed sobą nie okazał, że jestem słaby, zraniony. Zacisnąłem zęby czekajac, aż wszystko to minie, aż nareszcie pogrążę się we śnie, aż powrócę do normalnego, codziennego życia, słońca i morza. Wbiłem paznokcie w dłonie, zaciskajac je z całej siły, bym mógł wytrzymać. Abym mógł sam sobie zadać ostatni ciężki cios.
Kończyłem drugiego papierosa, gdy weszła Gerta. Nie widziała mnie, póki nie zapaliła nocnej lampki.
- Jesteś tu! - zawołala radośnie, rzuciła się na łóżko i uściskała mnie.
- Tak się bałam, że nie wrócisz. - Powoli i bez wstydu zaczęła się rozbierać, ostrożnie zdejmując pończochy, by ich nie zaczepić paznokciem. - Wypiłam więcej, niż powinnam. Wiesz, tak się w ciągu tych dni przyzwyczaiłam do ciebie, że było mi jakoś tak... dziwnie. Nie rozstawaliśmy się dotąd, to pierwszy raz... Myślałam, że już nie wrócisz.
Milczałem leżąc nieruchomo i patrzyłem w mrok przed namiotem. Słychać było, jak morze łagodnie uderza o brzeg.
Dostałem telegram - powiedziałem opanowując się.
Ona wypuściła z rąk jakąś część bielizny, którą właśnie układała, i stanęła jak wryta. Bielizna upadła na brzeg łóżka, jakiś czas kołysała się na samym brzegu, a potem powoli osunęła się na ziemię.
- Telegram? - zapytała.
- Muszę natychmiast wrócić do pracy. Wyjeżdżam dziś w nocy.
Nic nie odpowiedziała. Krzątała się po namiocie, porządkujac coś, nie zbliżając się do mnie. Włożyła pasiasty płaszcz kąpielowy, wyszła na dwór po pewnym czasie wróciła i ciężko usiadła na łóżku.
- 0 której musisz wyjechać? - spytała znużona.
- Wkrótce - odpowiedziałem.
Wkrótce, zaraz, jeśli nie chcę zostać, jak najszybciej, póki mi jeszcze starcza sił, by oszukać los, póki jest jeszcze we mnie odrobina okrucieństwa, natychmiast, póki mam jeszcze świadomość, że wiem, czego chcę. Wybacz mi, Gerto.
Muszę odejść, bo w przeciwnym wypadku i ty, i ja moglibyśmy uwierzyć, że jest możliwe coś, co się nigdy nie spełnia. Muszę odejść, bo w przeciwnym wypadku przestałbym wierzyć w siłę i prawo przeszłości. Muszę odejść, abyśmy oboje, i ty, i ja, nie stracili kraju, który w końcu okazuje się zawsze silniejszy i ode mnie, i od ciebie. Muszę odejść, bo mógłbym pomyśleć, że istnieje prawdziwe przebaczenie i prawdziwe zapomnienie. Muszę odejść, bo w przeciwnym wypadku nie mógłbym przeżyć naszego nieuchronnego rozstania, jakie nakazują nam nasi uskrzydleni krewniacy. Wybacz mi, Gerto. W tobie dostrzegłem coś większego od ciebie samej, i to mi wybacz przede wszystkim. Wybacz mi, tak jak nie wybaczyłabyś mi nigdy, gdyby istniala możliwość, że nasza historia będzie trwała dalej. Ponieważ w tobie i we mnie nie ma nic oprócz nas samych, musimy być posłuszni silniejszym od nas, którzy nam to nakazują. Którzy nigdy by nam nie wybaczyli, ponieważ nie są w stanie wybaczać.
Znalazłem się przed domem około drugiej po północy.
Wywróciłem kieszenie i znalazłem klucz. Sam się dziwiłem, skąd jeszcze pamiętam, że gdzieś mam ten klucz.
Brama zaskrzypiała, jakby od długiego czasu nikt jej nie otwierał.
Wchodziłem po drewnianych schodach, które głucho dudniły. Otwarły się drzwi jednego z pokoi i stanął w nich Ciuk, wytężając w ciemności wzrok, by zobaczyć, kto tak późno wraca.
- To ty - rzekł z ulgą, gdy zbliżyłem się do drzwi.
Zatrzymałem się na schodach. Ciuk ziewnął, poskrobał się w głowę i odwrócił się w stronę oświetlonego wnętrza pokoju. - Pocięły mnie komary - powiedział. - Muszę zapalić tabletki firmy Kok.
- Masa komarów - stwierdziłem. - Nie było ich tyle, kiedy przyjechaliśmy.
Ciuk popatrzył na mnie powoli i długo.
- Chcesz się czegoś napić? - zapytał jakby zatroskany.
- Nie chcę. Trzeba iść spać.
- Czekaj. Dam ci parę tabletek. - Wszedł do pokoju i przyniósł mi pudełeczko tabletek. - Zapal to.
Podszedłem po schodach, powoli i bez pośpiechu. Tutaj skręcę na lewo, do pokoju. Ciuk z dołu krzyknął:
- Zapal dwie, w popielniczce. To je odpędzi...
Trzeba zapalić dwie, nie jedną. To je na pewno odpędzi. Wszedłem do pokoju i szeroko otworzyłem okno.
Dmuchnął na mnie chłodny nocny wiatr, przy którym szybko się zasypia i dobrze śpi.
Położyłem się w ubraniu. Z rozmysłem i ze złością oparłem buty na czystej kołdrze. Szukałem po omacku papierosów na szafce nocnej, ale nie mogłem ich znaleźć.
Z wysiłku spociłem się. Nie było papieros6w. Nie było spokoju. Koszula przylepiała mi się do spoconych gorących pleców. Zdawało mi się w ciemności, że nigdy już nie zamknę oczu, miałem wrażenie, że nieustannie rozszerzają się coraz bardziej i bardziej. Próbowałem powstrzymać to rozszerzanie, ale nie panowałem już nad swoimi mięśniami. Ani nad sobą. Powinienem zapalić dwie tabletki w popielniczce. Firma Kok, tabletki dymne przeciwko komarom. Jeden komar ostrożnie dał hasło do nocnego natarcia, przybliżając się ku mnie w nieregularnych kręgach. Śledzilem go w ciemności, odgadując po dźwięku, jak się waha i ostatecznie decyduje na atak.
Leżałem nieruchomo, starając się przewidzieć, gdzie zmierza komar. Bardzo powoli uniosłem prawą rękę i, gdy usiadł mi na powiece, zabiłem go ostrożnym uderzeniem.
Trzeba by wstać i zapalić tabletki. To by je na pewno odpędziło. Nie mialem siły się ruszyć. Powtarzałem zlany zimnym potem: "To je na pewno odpędzi, to je na pewno odpędzi, wszystkie, co do jednego."